Matkitaski - Uljana Wolf - ebook
NOWOŚĆ

Matkitaski ebook

Uljana Wolf

0,0

Opis

Książka, która podważa mit języka „ojczystego” jako źródła, schronienia i tożsamości, pokazując język jako pracę: nieustanną, przerywaną, niedoszacowaną. Matkitaski wyrastają z doświadczenia opieki, macierzyństwa i wielojęzyczności, ale nie oferują narracji pocieszenia ani powrotu do pierwotności. Język wydarza się tu w mamrotaniu, jąkaniu, błędzie, dziecięcej paplaninie – tam, gdzie sens nie jest dany, lecz mozolnie wytwarzany. W przekładzie Karoliny Golimowskiej niemiecki i angielski nie tworzą harmonijnego dialogu, lecz produkują tarcia i przesunięcia, ujawniając translacyjność jako podstawowy stan egzystencji. Wolf wiąże ze sobą mit, historię i codzienną pracę opiekuńczą, pokazując, że granice języka, ciała i wspólnoty są strefami przecieku, a nie liniami podziału. Książka ukazuje się w serii „Tu i teraz” jako projekt, który odsłania język będący zadaniem bez końca – praktyką uwikłaną w relacje władzy, zależności i troski.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 43

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Karin, mojej matce

M & C, moim córkom

Put on mother mask & fly right now

A man can fly in mother mask

so can I, Mother Mask

Alice Notley, „Mother Mask”

atena mówi

ha, ha, jowialny jowisz. albo zeus zaświntuszy żartem.

narodziny z głowy, poród głową, jasna sprawa. zawsze jego.

lecz wiedzcie, że najpierw napycha się on:

ciężarną żoną swą metydą, matką zbyt mądrą

a w niej wtopionych dwóch potomków vel poziomków

wszystko to wchłania on, pakuje w strach

przed wyniszczeniem, jak w torbę, wędrujący

organ, który dziadek kronos dawno temu schował w nim

postąpiwszy tak samo ze swoimi poziomkami:

otchłań bez pamięci, dostęp mają tylko duchy

jak szafa wnękowa, a w niej poukładane dzieci

zbroje i kobiety też (torba jest bowiem wielkim

brzuchem). lecz pewnego dnia, gdy do głowy mu uderzy

pochłonięty motłoch, kiedy pęknie zagłębienie w czaszce

on to nazwie ideą, rodzajem linearności, przy której tylko

pomógł kowal, stosując urządzenie gładko tnące.

i nie mówi odtąd o tym, co zostało w środku

o matkach, strachach, brzegach, braciszkach w szafie

pełnej duchów, ale ja widziałam wszystko, głowiąc się dalej

więzozrost

In nova fert animus mutatas dicere formas corpora

Chcę mówić o ciałach przemienionych w nowe formy

Owidiusz, Metamorfozy

zapomnij o początku. znów za dnia filibustruje sobie wprost. w nocy czuć więzozrost, zazębiona sama w sobie dolegliwość. czy potem będzie jeszcze dzień, ratunek jakiś skądś? jakiś ląd, sensowny papier, jakieś coś?

więzozrost, stary zryw, policz jeszcze raz. policz głosy, echa, rwące wiatry. mówi jeden głos: wszystkie się tu zmieszczą. inny mówi: nie wszystko, co się mieści, ma do środka iść. tu się nie chce ratować, nie chce radować, papierów rozdawać, słów, co mówią za innych. nie chce się wyrywać trwodze. aha. ale czy potem będzie jeszcze jakiś ląd? czekaj, czekaj, wszystko ciało, wszystko dzień.

pamiętaj: mute at us. dick errors form us. corporate. tak zaczęła się też nasza saga przemieniania, stary takt, nowy ton, nago znów. jak często można się ratować zastyganiem w formie drzewa albo statku, ptaka, martwego dzieciaka? policz jeszcze raz.

chcieć zapomnieć trwogoczątki. które splatają się międzypokoleniowo, motają nas w wąskie gardła. za nimi jeszcze jedna noc. za nią jeszcze jeden dzień, stworzony przez nas. rozciągnięty tęsknotą za ratunkiem. dlatego właśnie więzozrost, mieniąca przepowiednia: staw rzekomy. sutur, możliwy futur. dlatego głowa nazywa się głową, nie kolanem. w kolanie nie zmieści się już nikt.

nocozroście, stary moście, jak nazywa się ta czułość, którą się zapomina: mutatas? matkitask? ta przynajmniej jest niebębna.

camp corinth, medeated

& tak jak merope, powstająca z zaszytymi

ustami z biesiady europy

matka odurzonej glauke, która jest

asteroidą, i zwie się podobnie do gwiazd

może też podobnie do snu

bo córka w swojej białej sukni

tak leniwie się obraca jak żadna inna

powiedz mi, jak merope, której do tej pory

w historii albo pośród

czasów   żaden opowiadacz   (poza może c. wolf, the other wolf?)

nie dał imienia, tell me, jak powstała

z biesiady, z ustami

zlepionymi urazą w 

kryptodół twierdzy, jak zeszła

z legitymacją prasową uwieszoną u szyi

naszyjnikiem płonących wybrzeży

obrębionych łódeczkami

& tak jak jej celem był

camp corinth i strajk głodowy

jej działanie raczej w lewo czy zielono

w kierunku zmiany, jakiejś change

tak w środku, gdzie panoszą się afekty

charged, no takich nie widziałaś nigdzie

„Albo postradałem zmysły, albo

ich miastopolityka wewnętrzna zbudowana jest na zbrodni”

& tak jak jej plakat wieścił albo

cicho: ścieżka odmówionych, not classified

sęk w tym że nikt się nie połapał i tylko

owinięte we flagę złote

pałki świtu paradowały

przed obozem odpicowane z psami skilosami

& później ona w labiryncie, gdzie

nikt za nią nie chciał podążać    („nikt przecież nie wie, ile obozów...”)

pochwyciła zimny kamień

zrozumiała, co poczuły jej koniuszki

palców, ryciny „jak jasne pociągnięcia pędzla”

pożary petów na skórze

resztki domostw, drżące dwellings

ślady niechcianych dzieci lokalnych

telefonów stacjonarnych, blizny     (ale komórki

skonfiskowane przez strażników)

& mimo to na ścianach

zmaterializowane, znalazła te wyśnione

esemesy jaskiniowe, chaosy setek

przesuwanych wte i wewte & reporterów później:

deportowanych

& me, wymacałam kamień, obaw pełna

drobnokostna, położona na łopatki

czaszki i na kręgi: tu gnieżdżą się

internowane, ifinoe, córki

innych światów. NOTHING anything

IS POSSIBLE PASSOLINI ANYMORE

any-rope, anony-rope, grab-the-rope

& jej córki, więc dla powtórki, 288

chwiejna glauke, w 1890 odkrył ją

robert luther, nie zginęła w opowieści

PSSLN & innejwolf

od trucizny w sukni od medei, tylko raczej

od wiedzy     (medeated)     (podpalonej)

o swojej niepartycypacji w życiu

swojej śródpartycypacji w zabijaniu

zwanym także budująco

sumieniem śródlądzia, które się obnaży

osiemdziesiąt procent „illegal immigrant”

z glaukową pieśnią wyjścia na ustach:

suknia biała

suknia biała, on fire

dudni w studni, jumping higher

ending dwelling, fuckin dalej

(zainicjowane brutalnie)

ale nawet ja taka jestem śródlądowo stosowana

na sobie mam

nieprzekonującą szatę śródlądowych dam

& podążając za merope, wciąż natrafiam na płynące

panie, przechwycone w morzu na

pontonach, w brudnych przemytniczych szponach

uchwycone tu przez śródlądowych mistrzów

z mózgu frontalnie zaklejonymi płatami, frontexowe

logo już jest z nami, tools

for fools:

„nie będziemy strzelać”

but tis your-rope, tis our-rope, tis me-me-me-rope

& merope

kobieta                     (lie)

(lies there)   multi-

plies there

& patrz teraz postrzępione, nici z ust

ciągnące, kupacamp corinth ku światłu

pchające, koniec manifestwierdzy

tańczące powstające z biesiady

ropy

me myśli: ona już ani λεξη nie piśnie, teraz już tylko fleksimorze