20,00 zł
Bombardowanie rodzinnego miasta, wojenna zawierucha, rozpacz i czyhająca na każdym kroku śmierć. Na obraz nieustępliwie broniącej się Warszawy spoglądają zmęczone oczy Heleny Głowackiej — matki trzech synów: Stacha, Piotra i Julka. Walące się mury sąsiednich kamienic czy głos krzyczący ostrzeżenia o nalotach z trzeszczącego radia nie budzą w sercu kobiety lęku o własne życie, lecz o losy swojej rodziny.
Terror II wojny światowej przerywa dotychczasowe życie Głowackich. Pani Helena mieszka w jednej z warszawskich kamienic i każdego dnia, z duszą na ramieniu, wyczekuje wiadomości od synów walczących w obronie miasta. To właśnie zatroskana matka ukazuje czytelnikowi codzienność cywilów pozostających pod ostrzałem agresora. Miłość i ciepłe relacje rodzinne zderzają się z brutalnymi działaniami żołnierzy III Rzeszy: łapankami, rewizjami, morderstwami i deportacjami do obozów pracy.
Autorem tekstu jest urodzony w 1921 roku przedstawiciel „pokolenia Kolumbów'' — Krzysztof Kamil Baczyński. To właśnie w rozkwicie młodości pisarza na jego rodzinne miasto spadają bomby. Podharcmistrz Szarych Szeregów, podchorąży Armii Krajowej, poeta polskiej konspiracji II wojny światowej oddał w swoim tekście realia wojny obronnej w stolicy oraz represje w pierwszych latach niemieckiej okupacji.
Właśnie szczególnie bezwzględne traktowanie Warszawy i jej mieszkańców (w innych częściach kraju sytuacja często wyglądała odmiennie) doprowadziło — poprzez rozpacz — do postawy nieustępliwego oporu i potrzeby buntu, które stały się podglebiem powstania warszawskiego 1944 roku. Na tym doświadczeniu i emocjach bazując, dowódcy Polskiego Państwa Podziemnego mogli 31 lipca 1944 roku wydać rozkaz o wybuchu powstania 1 sierpnia o godzinie 17:00.
Autora niniejszego utworu, starszego strzelca AK, wybuch powstania zaskoczył w okolicach pl. Teatralnego, gdzie został wysłany po odbiór butów dla oddziału. Wobec rozwoju wypadków nie mógł przedostać się na Wolę, do swej macierzystej jednostki, przyłączył się więc do najbliższego ochotniczego oddziału w pałacu Blanka, gdzie zginął śmiertelnie raniony w głowę przez niemieckiego strzelca wyborowego 4 sierpnia 1944 r.
Opowiadanie Matka Krzysztofa Kamila Baczyńskiego jest dostępne jako e-book w formatach EPUB i MOBI oraz jako PDF.
Książkę polecają Wolne Lektury — najpopularniejsza biblioteka on-line.
Krzysztof Kamil Baczyński
Matka
Epoka: Współczesność Rodzaj: Epika Gatunek: opowiadanie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 50
Rok wydania: 2025
Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, jest dostępna on-line na stronie wolnelektury.pl.
Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury.
ISBN-978-83-288-8026-9
Pani Głowacka siedziała zamknięta w kręgu światła niewielkiej lampy stojącej na stole. Czytała pracowicie. Właśnie nie inaczej, a pracowicie i z wysiłkiem. Litery układały się przed jej oczami w puste zdania, nic niezawierające. Co pewien czas spostrzegała, że przeczytawszy stronę, nie potrafiłaby powtórzyć jej treści. Więc znów pracowicie, starając się uważać jak najlepiej, odczytywała po raz drugi i trzeci to samo. Żmudna to była praca. Cały czas niepokój zwyciężał treść, która przesuwała się przed jej oczami.
Było to mocowanie się jej lęku z cienkim wątkiem książki. Co chwila przerywała czytanie i mimochodem, ukradkiem zerkała na fotografię Julka, sama przed sobą się ukrywając. Znów rozległy się przeraźliwe syreny, które jednak, jak niecelne strzały, prześliznęły się mimo niej. Nieomal ich nie słyszała. Było jej obojętne wszystko. Bombardowanie, wojna, choroba, która podkopywała jej siły coraz bardziej. Julek, Julek — to były jedyne słowa, które wychodziły z jej ust, kiedy pragnęła wypowiedzieć swój lęk, swoje cierpienie.
Tymczasem słychać już było z podwórza pokrzykiwania spłoszonych ludzi, hałas zamykanej bramy i wrzask radia z kilku mieszkań: „Uwaga, uwaga, nadchodzi!”1 Głos przeszywający, do głębi przejmujący swoim ostrzegawczym, grożącym tonem. To dopiero obudziło z letargu panią Helenę.
Przypomniała sobie swój obowiązek, swoją służbę, i niechętnie, powoli, ciągle otępiała jeszcze, zaczęła się ubierać.
Kiedy zeszła na dół, w bramie tłoczyli się ludzie i rozmawiali, podnieceni, nerwowi:
— Złapali jednego drania dzisiaj.
— Gdzie, panie, gdzie?
— O, tu stoi, też go przed nalotem schowali.
Pani Helena rzuciła okiem w tę stronę. Stali tam dwaj polscy żołnierze, zaspani i znużeni, w niezbyt dobrze dopasowanych płaszczach, a między nimi on — Wróg. Młody, może dziewiętnastoletni chłopiec w zgrabnym, szarym mundurze. Oczy miał wytrzeszczone, jakby w wielkim wysiłku, spojrzenie tępe i bezduszne.
— Takie ścierwo od razu pod mur trzeba — powiedział ktoś głośno.
Jeniec2 spojrzał w kierunku mówiącego bladymi, niebieskimi oczami, jakby czuł, że to o nim mowa.
Pani Helenie zrobiło się nagle żal Niemca. Taki młody. Jakby wiedział, że mówią o nim. Przylgnął wzrokiem do warg mówiącego, jakby chciał zrozumieć, rozsupłać te obce, twarde wyrazy. Jeniec w tej chwili spojrzał jeszcze raz na tego, kto powiedział ten krótki i jednoznaczny wyrok, i nagle uśmiechnął się.
— Biedak — szepnęła jakaś kobieta w chustce. — Oj, źle na wojnie, co? — powiedziała do jeńca. — Pewno prosto od matki wzięli — zwróciła się do przypatrującego się tłumu.
— Pewnie, toż to chłopak jeszcze — wysapał przez wąsy dozorca.
— Tak, tak, litujcie się, litujcie. Ale to głupi z nas naród, jak Boga kocham — zaczął pan Henryk Kalinowski z trzeciego piętra. W tej chwili spostrzegł panią Helenę i ukłonił się. — My — mówił dalej — my nad każdym łotrem się litujemy, tylko nad nami nikt się nie zlituje. Zobaczycie, jakby broń Boże, co się stało i oni by u nas rządzili, toby nam oczy żywcem wydzierali. Mówią już, że pod Poznaniem wszystkich mężczyzn i chłopców na samochody i — w nieznane.3 Hitler pisał, że Polacy to naród, który trzeba co do nogi wytępić...
— Tak się mówi, panie tego, ale to plotki. Niemcy też ludzie, tak znów mordować toby nas nie mordowali. Przecie bezbronnego narodu i najgorszy drań rznąć nie będzie.
— Nie będzie, no, no, no, co pan powie — Kalinowski wzruszył ramionami i odszedł.
— Powietrze drżało. Teraz słychać było już wyraźne, nierówne warczenie obciążonych maszyn. Do bramy wpadł ktoś jeszcze w szalonym pośpiechu i usłyszano pierwszą ciężką detonację.
Pani Helena pomyślała jeszcze: „Taki chłopak, pewno ma z osiemnaście lat, jak Julek. I Julek może teraz...”
Dom wstrząsnął się cały i z góry, gdzieś z sufitu bramy, spadło kilka cegieł. Pani Głowacka uczuła, jak pęd powietrza uderza w jej plecy, i upadła na ziemię. Przez chwilę słychać było łoskot walących się ścian i huk gruzu rozsypującego się po ziemi. Wszystko przykrył ciężki tuman dymu i kurzu.
Podnosząc się, zauważyła, że wokoło ludzie cali są unurzani w czarnym pyle i tylko oczodoły, niepokryte czarną mąką, świecą jak trupie.
Dwu było rannych. Dozorca i jeniec. Franciszek jęczał cicho, kiedy położono go na prowizorycznych noszach, i klął strasznie, ciężkimi, dosadnymi słowami. Belka żelazna upadając, strzaskała mu ramię. Wił się z bólu i kurczowo trzymał za rękaw płaczącą żonę. Potem, nie mogąc już wytrzymać bólu, zaczął płakać: „O Boże mój, Boże”.
Jeniec leżał blady, ranny w głowę, i spod jasnych włosów wąskim strumykiem sączyła mu się krew. Żołnierze zapalili papierosy i z twarzami czarnymi jeszcze od pyłu jęli majstrować z płaszczów jakieś nosze.
— Niech cię — powiedział jeden. — Jeszcze ciebie, cholero, muszę ratować, a wczoraj sam pewnoś z kilkadziesiąt osób zabił.
— To lotnik? — zainteresował się ktoś z tłumu. Żołnierz nie odpowiedział. Splunął tylko i zaczął opatrywać głowę Niemca chustką do nosa.
„A Julek też może teraz... — pomyślała pani Helena. — Nie, nie, nie. Boże, zlituj się nad nim”.
*
Z daleka dochodziły jeszcze odgłosy detonacji i świst kul armatnich.
— Znów szkopy4 atakują — powiedział pan Kalinowski.
— Może pójdzie pan ze mną po chleb, panie Henryku, dobrze? Staś i Piotrek pewno dziś będą na kolacji.
Szli więc razem ulicą, która z wolna zaczęła się znów zaludniać.
Minęli ich idący szybkim krokiem sanitariusze, prowadzący jakiegoś rannego, potem ze świstem przemknęła karetka Czerwonego Krzyża5.
— Znów natłukli ludzi. Co za podłość, co za podłość — szeptał Kalinowski.
Przed sklepem stało ze dwadzieścia osób „w ogonku”.
— Jest już chleb? — spytała pani Głowacka.
— Tylko patrzeć, o, już wydaje! — zawołał jakiś chłopak.
„Ten nawet podobny do Julka — pomyślała pani Helena. — Włosy ma takie jasne i ten sam wzrost będzie miał. Nawet takie szare ubranie, w jakim Julek wyszedł”.
Chłopak tymczasem perorował6 zawzięcie z dwiema kobietami, które widać rozpoczęły z nim rozmowę.
— O, nie damy się, proszę pani. Dzisiaj chociażby... Już dziesięć samolotów im strącili. Nasi to dobrze strzelają. Zresztą dużo nas jeszcze, tylko czekamy, kiedy broń nową dadzą.
— Wytłuką nas wszystkich — powiedziała wtedy jedna z kobiet. — Wszystkich wytłuką jak muchy w garnku. Toć co nasi im zrobią tymi kilkoma armatami.
— Ale duch jest — zaperzył się7 chłopak. — Jak to wytłuką? Jak będziemy jęczeć, to jeszcze gorzej będzie. Tu idzie o Polskę, rozumie pani, o Polskę, a nie tam o tych, co ich wytłuką. Wszystkich nie wytłuką.
