Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czym jest współczesne wolnomularstwo? Jakie wartości wyznają masoni i dlaczego ich tradycja od ponad trzystu lat inspiruje ludzi na całym świecie?
Masońskie serce, wolnomularski rozum to zbiór refleksji Juliana Reesa – wieloletniego wolnomularza i autora cenionych publikacji poświęconych masonerii. Łącząc osobiste doświadczenia z głęboką znajomością tradycji masońskiej, autor ukazuje wolnomularstwo jako drogę rozwoju intelektualnego, moralnego i duchowego.
Książka porusza zagadnienia związane z symboliką, rytuałem, etyką oraz miejscem wolnomularstwa we współczesnym świecie. Zamiast sensacyjnych teorii i utrwalonych stereotypów, czytelnik znajdzie tu przemyślane eseje o człowieczeństwie, odpowiedzialności, tolerancji, poszukiwaniu prawdy i budowaniu lepszego społeczeństwa.
To lektura zarówno dla osób, które dopiero chcą poznać ideę wolnomularstwa, jak i dla masonów pragnących pogłębić swoje rozumienie tradycji, której są częścią. Mądra, inspirująca i skłaniająca do refleksji książka pokazująca, że prawdziwa siła wolnomularstwa tkwi nie w tajemnicy, lecz w nieustannej pracy nad sobą oraz służbie drugiemu człowiekowi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 179
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Spis treści
Przedmowa do polskiego wydania
Rozdział I Braterska wspólnota
Braterstwem zaś ukoronuj swą dobroć
Obietnica wierności
Dla masonów i masonek słowo „Brat” i „Siostra” to więcej niż nazwa
Trzymaj mnie, chroń przed upadkiem
Szacunek wobec innych
Rozdział II Czym jest wolnomularstwo
Poezja
Wgląd w ludzkie serce
Praca u podstaw
Wymiary wolności
Rozpaleni niebiańskim ogniem
Piękno boskości
Wolność doskonała
Rytuał czy rutyna?
Rozdział III Światło alegorii i duchowości
Zbliżanie się do światła
Boża Mądrość
Trójca, która niesie oświecenie
Rozwijająca się pobożność
Światło i światła
Brama do sfer niebieskich
Przygotowanie do przyjęcia Światła
Chwała niech będzie Świętemu Światłu
Rozdział IV Z powagą o wolnomularstwie
Nie musi być tak, jak jest
Poznaj siebie, Człowiecze!
Tajemnice przyrody i zasady prawdy
Miej odwagę poznać
Ołtarze
Procesje
Rozdział V Prawda sztuki
Prosto w Siłę Ducha
Światło Prawdy
Ukrywając rzeczywistość
Co z oczu, to z serc
Umiarkowany spokój i pokora
Żadnego nakłaniania do niesprawiedliwości
Prawda, ulga i miłość braterska
Rozdział VI Porządek z chaosu
Ewolucja
Wizja z Pieśnią
Przebywać razem w jedności
Uświęcając z pomocą łaski
Harmonia i niezgoda
Mądrość dzięki łasce Boga
Uciec przed pociskami
W noc strachu
Rozdzial VII Narzędzia i klejnoty
Fach i pomysłowość robotnika
Nasze czyny wciąż z nami podróżują
Mądrość, Siła oraz Piękno
Symbole wysokiego rezonansu
Pion
Ars Magna Latomorum
Przedmowa do polskiego wydania
Marzenia o masońskim ekumenizmie humanistycznym
dr Bożena Mirosława Dołęgowska-Wysocka
Z wielkim zadowoleniem, ale i pewną obawą, przyjęłam prośbę wydawnictwa Fosforos o napisanie wstępu, czy też raczej swoich refleksji, na temat pracy Masońskie serce, wolnomularski rozum. Fragmenty dziennika ezoterycznego Juliana Reesa. Po szybkiej kwerendzie w Internecie dowiedziałam się, że autor książki został inicjowany w 1968 roku w loży Kirby nr 2818 pod egidą Wielkiej Zjednoczonej Loży Anglii w Londynie, czyli ma pięćdziesięciopięcioletni staż wolnomularski. W latach 1978–79 był Czcigodnym Mistrzem niemieckojęzycznej Loży Pielgrzym nr 238 i regularnie, od jej założenia w 1997 roku, publikował teksty w kwartalniku „Freemasonry Today”. W latach 2003–2007 pełnił funkcję redaktora działu wiadomości tego pisma. Jego macierzystą obediencją jest obecnie Międzynarodowy Mieszany Zakon Wolnomularski Le Droit Humain.
Gdy brat Julian wstępował do loży, miałam lat… 13 i o masonerii wiedziałam tyle, ile dowiedziałam się z książki Nienackiego Pan Samochodzik i templariusze... W Warszawie istniała wówczas jedna, zakonspirowana Loża Kopernik, do której należało kilkunastu Braci. Dowiedziałam się o tym na początku lat 90. od Brata prof. Tadeusza Cegielskiego. W tamtym okresie odradzało się wolnomularstwo liberalne — związane początkowo z Wielkim Wschodem Francji, a potem Wielkim Wschodem Polski — oraz powstała Wielka Loża Narodowa Polski. Powróciło również do naszej ojczyzny Le Droit Humain, a we Francji doszło do inicjacji Polek. W 2000 roku będą one odpowiedzialne za utworzenie Prometei, pierwszej w historii polskiej loży kobiecej na Wschodzie Warszawy. Dużo inicjatyw, wiele wysiłków, rozdyskutowane i rozemocjonowane środowisko.
Jak to wszystko porównać z wolnomularstwem, o którym pisze Julian Rees, istniejącym na Wyspach Brytyjskich nieprzerwanie od co najmniej czterech wieków, a w formie obediencyjnej od 1717 roku? U nas bogate życie masońskie z czasów Pierwszej Rzeczpospolitej utraciło ciągłość już w 1821 roku, a potem — po raz wtóry — w 1938 roku. Nie reaktywowało się również w Polsce Ludowej. Jednym słowem — mamy piękne tradycje poprzetykane „czarnymi dziurami” nieistnienia, które wynikały z prawnych zakazów.
Droga masońska Juliana Reesa jest długa — jak już wspomniałam — i bogata w doświadczenia. Bywał Czcigodnym Mistrzem, otrzymywał wysokie masońskie odznaczenia, redagował wolnomularskie czasopisma, napisał dziesiątki artykułów i w sumie sześć książek. Jedną z nich mamy właśnie przed sobą.
To nie jest regularny wykład o wolnomularstwie, a raczej luźne refleksje nad rozmaitymi aspektami masońskiego żywota. Wiele miejsca Rees poświęca symbolom i ich interpretacji. Oto kilka tytułów poszczególnych podrozdziałów: „Braterska wspólnota”, „Wgląd w ludzkie serce”, „Wymiary wolności”, „Rytuał czy rutyna”, „Światło alegorii i duchowości”, „Trójca, która niesie oświecenie” czy „Rozwijająca się pobożność”.
Te wątki będą bardzo ciekawe dla polskich Braci i Sióstr — w tym także dla mnie — bowiem co rusz napotykałam w książce na nawiązujące do fragmentów rytuałów rozważania, które w moich lożach są po prostu inne. Na przykład rytuały polskich lóż kobiecych (bo w 2010 roku powstała druga loża żeńska — Gaja Aeterna) były tłumaczone z języka francuskiego na początku lat 90. Wielka Żeńska Loża Francji „odziedziczyła” zaś francuskie rytuały po braciach z Wielkiej Loży Francji gdzieś na przełomie lat 40. i 50. XX wieku. Bracia z WLF mieli swoją ciągłość już od XVIII wieku. Oczywiście — francuską. Natomiast rytuały, o których opowiada i które interpretuje Julian Rees, mają swoje początki w XVIII wieku. Co rusz w tekście napotykamy odniesienia do „katechizmów” masońskich z właśnie tego okresu.
W tym miejscu winna jestem objaśnienie tym Czytelnikom, dla których mason to po prostu mason. Wolnomularstwo na całym świecie nie ma struktury piramidy i jednego, kierowniczego ośrodka. Jest rozczłonkowana, różnorodna, posługuje się wieloma rytuałami. Jeden z najważniejszych podziałów w wolnomularstwie miał miejsce w drugiej połowie XIX wieku i utrzymuje się po dziś dzień. Dotyczył on duchowej podstawy całego ruchu. Źródłem konfliktu były kwestie związane z religią, w tym z pojęciem Boga (w wolnomularstwie Wielkiego Architekta — lub Budownika, jak mawiają niektórzy — Wszechświata). Czy do wolnomularstwa mogą należeć jedynie wyznawcy religii, także tej naturalnej? Czy masonami mogą być wszyscy ludzie dobrych obyczajów, zarówno wierzący, jak i niewierzący?
Konstytucja pastora Jamesa Andersona z 1721 roku nie pozostawiała w tym względzie żadnych wątpliwości. Jej stosowne zapisy mamy przytoczone także w tej książce poprzedzone uwagami autora. Na kartkach tej książki Julian Rees pisze:
We współczesnym świecie dzieli nas wiele. Dzieli nas język, a wszystkie próby uczynienia języka angielskiego językiem międzynarodowym na nic się nie zdają. Dzielą nas wpływy kulturowe, a żaden z nich nie jest lepszy od innych. Dzieli nas rasa, a my powoli i boleśnie przezwyciężamy ten podział. Dzieli nas religia, albo też wydaje się nam, że tak jest. Dzieli nas ideologia i polityka — często przez własną ślepotę nie dostrzegamy prawd równoległych do tej, której się trzymamy. Czasami wydaje się niemożliwe, abyśmy zadbali o wspólnotę, jedność, czyli te rzeczy, które nas łączą, a nie te, które nas rozdzielają. Nawet wolnomularstwo ma swoje różne, wzajemnie nieakceptujące się tradycje1.
Tak, jedność jest skarbem, który powinien być szczególnie ceniony. Jest ona jednak delikatną rośliną i wymaga pielęgnowania. Oto najlepszy powód zawarty w Konstytucji Jamesa Andersona:
Mularz stosownie do swego stanu winien być posłuszny prawu moralnemu; jeśli prawdziwie pojmuje Sztukę, nie będzie nigdy [ani] głupim ateistą ani niereligijnym libertynem. Jakkolwiek w dawnych czasach Mularze zobowiązani byli w każdym kraju wyznawać religię tego [właśnie] kraju lub narodu, jaką by ona nie była, uważa się dziś za bardziej stosowne, by wyznawali tę Religię, co do której zgadzają się wszyscy ludzie, poszczególne sądy zachowując dla siebie; to jest, aby byli dobrymi i prawymi ludźmi, czyli ludźmi honoru i uczciwości, bez względu na to, przez jakie wyznania czy przekonania nie byliby rozróżnieni. Dzięki temu Mularstwo staje się centrum Związku i środkiem zjednywania prawdziwej przyjaźni między osobami, które inaczej pozostałyby w stałym [od siebie] oddaleniu2.
Od napisania tych słów minęło z górą 300 lat i bardzo duża część świata, zarówno profańskiego, jak i wolnomularskiego, do których zalicza się i pisząca te słowa, uważa, że może „głupich ateistów i libertynów” nie należy przyjmować do loży, jednak tych „mądrych” — jak najbardziej... Piszę to nieco żartobliwie, aczkolwiek temat jest arcypoważny dla światowego wolnomularstwa. Co jakiś czas pojawiają się próby pozbycia się tego — zdawałoby się — nieprzezwyciężonego podziału.
Pomyślałam sobie, że może oto objawił się palec Wielkiego Architekta i napisanie wstępu do książki Juliana Reesa może stać się jedną z takich prób. Od samego początku mej masońskiej drogi, czyli od 1993 roku, w mowie i piśmie, a zwłaszcza na łamach wydawanego przeze mnie i mojego śp. męża Adama Wysockiego „Wolnomularza Polskiego”, szerzyłam ideę humanizmu ekumenicznego, który — nie tylko moim zdaniem — może pomóc poradzić sobie z wewnętrznymi problemami, z którymi musi mierzyć się masoneria.
W 2012 roku napisałam do „Wolnomularza Polskiego” artykuł Ziemia oazą w Kosmosie, czyli o konieczności zakopania toporów:
Pytania zadawane życiu publicznemu przez masonów mają najczęściej sens filozoficzny i etyczny — podkreślałam. Moim zdaniem w dzisiejszym świecie, zdominowanym przez myślenie materialistyczne, konsumpcyjne i finansowe, czas zakopać topory między ludźmi chcącymi u podstaw życia społeczeństw widzieć wartości, czy to humanistyczne, czy to wypływające z inspiracji religijnych. Lepsze jest bowiem życie oparte na wartościach duchowych niż życie bez nich. Czas na ogólnoludzki Dekalog! Czas na ogólnoludzki ruch ekumeniczny! I w tym ruchu powinni czynnie uczestniczyć wolnomularze wszystkich rytów i obrządków3.
Dopiero kilka lat po napisaniu tych słów napotkałam pojęcie humanistycznego ekumenizmu (które jest bliskie polskiemu filozofowi Adamowi Schaffowi). Jego twórcą był wybitny hiszpański teolog José Gómez Caffarena, który napisał m.in.:
...nawołuję do humanistycznego ekumenizmu, który lepiej pozwala nam uzmysłowić sobie to, co wspólne pod powierzchownymi różnicami, który kieruje nasze spojrzenie przede wszystkim na to, co zasadnicze, i już dzisiaj wskazuje drogę do wspólnego celu, chociaż jeszcze istnieje dystans między wkładami poszczególnych humanizmów. Jako chrześcijanin uważam, że mój wkład do tego ekumenicznego koncertu jest specyficzny, i nie chciałbym z niego rezygnować. Dziękuję wszystkim innym za ich wkład, i przyznaję również, że inni częstokroć byli pionierami4.
Na naszym masońskim gruncie od dawna istnieje ponadobediencyjny ruch ekumeniczny. Jego ideom służy od ponad stu lat Uniwersalna Liga Masońska (UFL), która ma swe korzenie w międzynarodowym ruchu esperantystów. Przez wiele lat działał w niej, jako Prezydent UFL, mój mąż i brat — Adam Wysocki, redaktor naczelny „Wolnomularza Polskiego”. Obserwuję ze smutkiem, że obecnie cała Liga się zestarzała. Jednak jej idea porozumienia ponad wszystkimi masońskimi podziałami — nie. Nadal jest żywa i potrzebna. Być może trzeba jednak pójść jeszcze dalej niż UFL, myśleć o ekumenicznych lożach, w których by odłożono na bok wszystkie stare podziały (na regularnych, nieregularnych, konserwatywnych czy liberalnych). Marzyłaby mi się, by inicjowanie siostry czy brata w jednej loży dawałoby im wstęp do wszystkich lóż na całym świecie. Może to, co piszę, to masońska herezja lub utopia, podobnie jak humanizm ekumeniczny. Być może. Wiem jedno — bez marzeń nasz świat, nieraz straszliwy, byłby jeszcze gorszym miejscem do życia.
Niedawno powtórzyłam te słowa w kieleckiej Loży Gen. Michał Tokarzewski-Karaszewicz podczas wygłaszania deski pod tytułem Sztuczna inteligencja wstępuje do loży. Opowiedziałam Siostrom i Braciom o mojej wymarzonej loży, którą — inspirując się Lemem — nazwałam „Solaris” Powiedziałam wtedy, że: „Marzy mi się loża ekumeniczna, w której pracowaliby Siostry z Braćmi, regularni z nieregularnymi, ci obediencyjni z niezależnymi, zwanymi przez przeciwników dzikimi. I nie liczyłoby się nic poza tym, że wszyscy byliby wolni i dobrych obyczajów”.
Chcę tu dodać i podkreślić, że na naszym polskim pozalożowym międzyobediencyjnym gruncie od dawna nie ma problemu ze wzajemnym szacunkiem i współdziałaniem. Od 2012 roku funkcjonuje Instytut Sztuka Królewska w Polsce, stowarzyszenie, które jest jednym z patronów niniejszej książki. Jego założycielami i członkami byli Siostry i Bracia z Wielkiej Loży Narodowej Polski (na czele z Bratem profesorem Tadeuszem Cegielskim, obecnym prezesem ISK), Wielkiego Wschodu Polski, Le Droit Humain Polska, Wielkiej Loży Kultur i Duchowości czy wreszcie Prometei i Gai Aeterny — lóż kobiecych Wielkiej Żeńskiej Loży Francji, do których należy pisząca te słowa, obecna wiceprezeska ISK. Metody pracy wypracowane przez Instytut oraz braterskie i siostrzane stosunki pokazują, że, niezależnie od wszystkich historycznych podziałów, ruchy masońskie mają wspólne, niewzruszone podstawy, o których w swojej książce, z taką swadą i przejęciem, pisze brat Julian Rees.
Nie mogę się oprzeć, by nie zamieścić kilku bliskich mi, pochodzących z tej publikacji, cytatów:
My, którzy znamy dobrze sens zostawienia na zewnątrz przedmiotów materialnych, chcemy pozostawić za sobą o wiele więcej: prozaiczne troski życia codziennego, zmartwienia zaprzątające nasze umysły, zmagania, z którymi większość z nas — zwykłych śmiertelników i śmiertelniczek — zmaga się każdego dnia, ale także emocjonalne przywiązanie i wiele więcej. Pragniemy zostawić to wszystko za sobą, odciąć się od tego bardzo dokładnie5.
Czy pamiętacie słynny masoński skrót V.I.T.R.I.O.L.? Visita interiora terrae, rectificandoque, invenies occultum lapidem. W tłumaczeniu: „Odwiedź wnętrze ziemi, a przez oczyszczenie odnajdziesz kamień tajemny”. Odwiedź swoje własne wnętrze i odkryj, ujawnij swoją prawdziwą naturę lub swój doskonały kamień, tak abyś mógł lub mogła naprawdę poznać siebie6.
Wojna wybucha z winy tych, którym brakuje wewnętrznego pokoju. Czas wsłuchać się nie w jej rozpaczliwe dźwięki, lecz w ciche i nalegające głosy, wzywające do zgody, pokoju, harmonii i rozsądku, czyli najsilniejszych mocy, które — jeśli zostaną usłyszane — służyć będą ludzkiemu dobru7.
Masoneria może nas nauczyć, jak stać się lepszymi mężczyznami i kobietami. Musimy tylko obserwować igłę busoli, upewniać się, że pion jest we właściwej pozycji, słuchać, czy harmonijna muzyka nadal gra8.
Nie, wolnomularstwo nie ma nam prawa niczego dyktować, tak samo jak nie ma prawa narzucać dogmatów czy wyznań wiary. Dlaczego? Ponieważ, mówiąc wprost, nie potrzebujemy dogmatów ani wyznań wiary. Mamy w naszym systemie najcenniejszy ze wszystkich kamieni szlachetnych, czyli Prawdę. Nie prawdę tego czy innego systemu politycznego lub religijnego, nie „prawdę”, nie prawdę którejś cnoty moralnej, ale Prawdę absolutną. Weryfikujemy za pomocą kątownika nasz doskonały kamień, sprawdzamy, czy jest prawdziwy, foremny, bezbłędny, niezachwiany9.
Kosmicznemu pięknu, majestatowi, harmonii i jedności może odpowiadać równie kosmiczny chaos, ból, zniszczenie i śmierć. We wszystkich tych przypadkach jedna strona, dobra, twórcza i podtrzymująca, jest tylko awersem drugiej, złej, osłabiającej, niszczącej. Z wspaniałości może powstać tragedia10.
Pisząc to, siedzę w ogrodzie, otoczony przez świadectwa życia. Widzę motyla, który trzepocze wokół krzewu. Słyszę ptaka, który popisuje się swoim wokalem. Czuję bicie własnego serca. Nie jestem fatalistą, ale zdaję sobie sprawę, że w każdej chwili motyl może się znieruchomieć, ptak zamilknąć, a moje serce zatrzymać się na zawsze11.
To podróż, a nie cel, nadaje naszym stopniom wartość. Prostota tego prawdziwego stwierdzenia utkwiła mi w pamięci jako kamień milowy we wszystkim, do czego dążymy12.
Mały Książę, bohater książki Antoine de Saint-Exupéry’ego o tym samym tytule, chce dowiedzieć się od swojego nowego przyjaciela, lisa, tajemnicy jego spostrzegawczości. Lis początkowo wzbrania się, ale w końcu ją zdradza: „Oto mój sekret. Jest on bardzo prosty. Możesz widzieć prawidłowo tylko za pomocą serca. Oczyma nie można dostrzec tego, co istotne”. Oceniając siebie i innych, zamknijmy czasem oczy i spróbujmy patrzeć sercem13.
Czytając te ostatnie słowa z Małego księcia, poczułam nagle ogromne wzruszenie i pewność, że w tych, kończących książkę, zdaniach mieści się Prawda Autora, moja, a także milionów sióstr i braci rozsianych po całym ziemskim globie. Książka Brata Antoine de Saint-Exupéry’ego była jedną z moich ulubionych lektur i, będąc młodą masonką, napisałam o niej deskę pt. Mały książkę, wolnomularz idealny?, którą wygłosiłam na początku naszego tysiąclecia w loży Prometea. Oto jej fragment:
Jaki świat idealny rysuje się z kart Małego Księcia? — konkludowałam. — Oto świat ludzi, którzy nie są samotni w tłumie, którzy nie ranią się słowem, odczuwają istotę spraw, a nie tylko ich pozór; świat ludzi współczujących i odpowiedzialnych za swoje czyny; świat ludzi bliskich sobie i życzliwych. Czy, zdaniem autora, istnieje gdzieś taki świat Bowiem Mały Książę nie widzi go na Ziemi. Pomogą nam tu kolejne słowa mądrego lisa, który poradził chłopcu, jak ma go oswoić:
„— Otóż — mówi lis — potrzebny jest obrządek.
— Co to znaczy „obrządek”? — spytał Mały Książę.
— To także coś całkiem zapomnianego — opowiedział lis. — Dzięki obrządkowi pewien dzień odróżnia się od innych, pewna godzina od innych godzin”14.
A może opisując swój świat pożądany, Saint-Exupery opisywał także idealną lożę masońską? Lożę skupiającą ludzi życzliwych i bliskich sobie; szanujących się nawzajem i swoje uczucia. Odpowiedzialnych za świat wraz z całą naturą i będących pożytecznymi dla tego świata. Podających się zwyczajowemu rytuałowi, czyli obrządkowi, dzięki któremu „pewien dzień odróżnia się od innych, a pewna godzina od innych godzin”15…
To moja deska sprzed lat. W rozmowie zamieszczonej 24 września 2016 roku na łamach „The Spiritual Survival” dotyczącej znaczeniu rytuału w życiu człowieka oraz jego roli w wolnomularstwie Rees podkreśla, że rytuał ma większe znaczenie niż się nam wydaje, gdyż wpływa na nasze codzienne życie, dając nam poczucie bezpieczeństwa. Wiele różnych kultur odwołuje się do rytuału, pokazując swoją uniwersalność. Wolnomularstwo, choć oparte na starożytnych tradycjach i mitologiach, nie powinno być postrzegane jako zwykły klub towarzyski, lecz jako coś większego i bardziej archetypowego. Jest to ruch o charakterze duchowym i nie ma znaczenia, czy poszczególne loże to akceptują, czy też nie. Rytuał masoński pozwala uzyskać dostęp do własnej duchowości i wspiera rozwój duchowy. Rees podkreśla, że wolnomularstwo jest związane z szerszym ruchem zachodniego ezoteryzmu i czerpie z neoplatonizmu, teozofii, różokrzyża, kabalistyki i hermetyzmu. Jego zdaniem odpowiednio zrozumiane wolnomularstwo może prowadzić do samopoznania i duchowego rozwoju jego adeptów. I niech te słowa będą zakończeniem refleksji nad książką Masoński rozum, wolnomularskie serce Juliana Reesa, którą serdecznie polecam wszystkim Siostrom i Braciom. Ekumenicznie.
Powiedziałam
Autorka wstąpiła do paryskiej loży Róża Wiatrów (Wielka Żeńska Loża Francji) we wrześniu 1993 r. W 1998 r. została mistrzynią wolnomularską. W Polsce jest członkinią dwóch warszawskich lóż „niebieskich”: Prometei i Gai Aeterny oraz jednej „czerwonej” — Lux Orientis. Była Czcigodną Mistrzynią Prometei w latach 2010–2013 i Gai w latach 2019–2022. Wraz z mężem i bratem red. Adamem W. Wysockim, pracującym w kilku lożach Wielkiego Wschodu Polski, założyła i współredagowała pismo „Wolnomularz Polski” w latach 1993–2018. Jest autorką wielu artykułów w tym periodyku. Pod jej redakcją ukazała się publikacja Suknia i fartuszek. Z dziejów masonerii kobiecej w Polsce od XVIII do XXI w. Od 2010 r. prowadzi blog ASZERA, w którym porusza także problemy masonerii we współczesnym świecie. Jest członkiem–założycielem Instytutu Sztuka Królewska w Polsce, od marca 2022 r. jego wiceprezeską.
Bodaj najistotniejszym elementem wolnomularstwa jest wspólnotowe pokrewieństwo. Na przestrzeni wieków mężczyźni i kobiety dołączali do starożytnej tradycji sztuki masońskiej nie tylko po to, aby rozwinąć się i duchowo wzbogacić. Pragnęli także umocnić związek z otaczającymi ich ludźmi, połączyć się, by stworzyć jedność, która wyraża się na wielu poziomach — społecznym, duchowym, filantropijnym i innych.
Braterstwo, wspólnota, budowanie więzi. Narodziny ludzkiej cywilizacji pokrywają się z podjętą przez człowieka decyzją, aby połączyć życie swoje i innych przedstawicieli gatunku. Rachunek korzyści wskazywał na to, że codzienna praca i radość zyskują na sile, gdy są dzielone, a nie przeżywane w odosobnieniu. Gdy ludzie zdali sobie sprawę, jak wiele daje im współpraca przy polowaniach, uprawie roślin czy obronie przed różnorakimi zagrożeniami, rozpoczął się pewien proces. Powoli wykształcało się społeczeństwo kobiet i mężczyzn, których interes nie był już wyłącznie jednostkowy — dostrzeżono wagę i znaczenie dobra wspólnego.
Świadomość tego, że całość to więcej niż suma pojedynczych elementów, nigdy nie zyskuje takiej jasności, jakiej nabiera w czasie wojny. Konflikty łączą mężczyzn i kobiety w wyjątkowy sposób, a ci, którzy wzięli w nich udział, zgodnie mówią o głębi i sile więzi, która łączy ze sobą ludzi. Można wręcz powiedzieć, że miłość bliźniego budzi się w tak niesprzyjających warunkach, jako miłość zrodzona z cierpienia i trudności. Z niego zaś wykluwa się wielka radość, której źródłem są zawiązane relacje braterskie.
Nie jest więc przypadkiem, że po światowych konfliktach, takich jak te z XX wieku, następował wyraźny wzrost liczby masonów i masonek. Troska o dobro zbiorowości, zaistniała w ekstremalnych warunkach pola walki, przekształciła się we wspólne starania o pomyślność tej społeczności, którą zaczynali tworzyć dopiero co zwolnieni ze służby żołnierze i żołnierki.
Ta właśnie troska jest w masonerii bardzo ważna. To prawda, że decyzję o wstąpieniu na ścieżki duchowego doskonalenia podejmuje się indywidualnie. Jednak stawiający na nich kolejne kroki czerpie siłę ze współdziałania — kształtowanie jednostkowego charakteru i osobistego gmachu staje się budowaniem społeczeństwa, wznoszeniem gmachu ku doskonałości całej ludzkości.
Braterstwem zaś ukoronuj swą dobroć
Niech dzwonów ton rozgoni pychę
Ludzkie kłamstwo i plugawość
Niechaj biją ku chwale prawdy i sprawiedliwości
Powszechnej miłości i dobra
Alfred Lord Tennyson16
Czy mieliście ostatnio w rękach egzemplarz Juliusza Cezara Szekspira? Ten dramat to coś, co można nazwać piekielnie udaną opowieścią. Pojawia się w niej jednak zdanie, które przez wiele lat uważałem za głęboko przygnębiające, a brzmi ono tak:
Zło, które czynią ludzie, trwa i po nich,
Dobro zaś grzebie się razem z ich kośćmi17.
Dostrzegłem w tych słowach ogromną rozpacz. Okazują się prawdziwe, biorąc pod uwagę Józefa Stalina, Adolfa Hitlera oraz innych zbrodniarzy.
Kiedy mój najmłodszy syn czytał Juliusza Cezara w ramach przygotowań do szkolnego egzaminu z literatury angielskiej, podzieliłem się z nim przekonaniem o głębokim nihilizmie tkwiącym w tym stwierdzeniu. Nie zgodził się ze mną i wskazał, że owa myśl Marka Antoniusza, a może samego Szekspira, była tak naprawdę do cna ironiczna. Trudno było się nie zgodzić — oto jak wiele uczymy się od młodszego pokolenia! To zdarzenie na nowo wznieciło we mnie iskrę owego ducha, który uparcie podpowiada, że dobro przewyższa zło. Jeśli — jako jednostki obdarzone wolną wolą — weźmiemy odpowiedzialność za nasze myśli i czyny, to okaże się, że możemy, a nawet musimy, usilnie odpierać tragiczne nonsensy, których słuszność tak często chce nam wmówić świat. I właśnie jako takie jednostki możemy podjąć się tego samodzielnie, nie bacząc na to, czy wszyscy wokół nas są tego samego zdania. Trzepot skrzydeł motyla w Ameryce Południowej może bez większego problemu wywołać burzę na Alasce.
Nie zmienia to faktu, że działania podejmowane wspólnie z innymi cechuje zazwyczaj większa celowość i skuteczność niż jest to w przypadku indywidualnych wysiłków. Czytałem ostatnio książkę Przetrzymać tę miłość lana McEwana. Nie mam zamiaru zdradzać fabuły, szczególnie jeśli nie zdążyliście się jeszcze z nią zapoznać. Wspomnę tylko, że w pierwszym rozdziale opisana jest scena, w której sześciu mężczyzn próbuje przytrzymać odlatujący balon wypełniony helem, do którego przymocowany jest kosz, a w nim uwięziony mały chłopiec. Kiedy sześciu mężczyzn trzyma balon, jest szansa, że nie oderwie się on od ziemi. Jednak w ich głowach zaczynają rodzić się wątpliwości. Po pierwsze — ich sześciu może nie zdołać utrzymać balonu. Po drugie — czy fizyczna siła każdego z osobna podoła temu wyzwaniu? Ciekawa sytuacja. Mężczyzna, który polegnie najszybciej, skutecznie zniweczy szansę pozostałych pięciu — czterech kolejnych puści balon, jeden po drugim. Ostatni, który wytrwa, poluźnia chwyt dopiero wtedy, gdy nie będzie już w stanie dłużej wytrzymać — wtedy jest już jednak za późno, więc śmiertelnie upada.
Chyba mogę obejść się bez formułowania morału. Nie wystarczy wspomnieć, że razem zdolni jesteśmy osiągnąć znacznie więcej niż w pojedynkę. Należy podkreślić, że koniecznym warunkiem, by przedsięwzięcie zakończyło się sukcesem, jest upór oraz wspólna praca. Wolnomularstwo zachęca do działania kolektywnego i nam je umożliwia. Nie możemy dopuścić, aby ego wraz z samolubnymi interesami stanęły nam na drodze w wykonywaniu naszej pracy. Zgodnie z tym, co przypomniał mi jeden z Braci, wspominając o pewnej loży, której dwaj członkowie pozostawali skłóceni: „W ostatecznym rozrachunku loża to coś więcej niż suma tworzących ją części”.
Tę regułę skodyfikował Laurence Dermott, pierwszy Wielki Sekretarz Wielkiej Dawnej Loży Anglii. Napisał on w Ahiman Rezon, jednej z części Księgi Konstytucji, następujące słowa:
Społeczeństwo ludzkie nie przetrwa bez obopólnej zgody i życzliwości, tak jak to dzieje się w przypadku konstrukcji kamiennego łuku, który runąłby na ziemię, gdyby jeden element nie stanowił dla drugiego oparcia.
Kamienny zwornik na szczycie łuku nie na darmo określa się także mianem „klucza” — w przypadku jego usunięcia, konstrukcja zawali się, niezależnie od tego, jak duże są pozostałe kamienie i jak wiele ich jest. Czy należy to interpretować jako wspólne przekonanie, że, udzielając pomocy innym, w razie potrzeby będziemy mogli liczyć na to samo? Znam pewną lożę — i nie jest to odosobniony przykład — której Bracia i Siostry niestrudzenie pracują nad zorganizowaniem hospicjum dla nieuleczalnie chorych Indiach z Ameryki Południowej. Wiem, że żaden z członków nie robi tego, licząc na jakąś formę uznania — sama sugestia byłaby już zniewagą.
Skłaniam się ku przekonaniu, nie będąc przy tym utopijnym idealistą, że poprzez braterskie starania o lepszy świat naprawdę możemy sięgnąć gwiazd. Jesteśmy zdolni powołać do życia — dzięki naszym naukom i moralnemu bogactwu, które konstytuują autentyczne wolnomularstwo — prawdziwe dobro, harmonię i Światło.
Zdajmy sobie sprawę z naszego potencjału. Sprawdźmy więc, jak potężną burzę zdolni jesteśmy razem wzniecić na wspomnianej Alasce. Tkwiące w nas iskry boskości nie migoczą przecież bez powodu.
Obietnica wierności
Wszystkie podniosłe przedsięwzięcia poprzedzone są przysięgą, zobowiązaniem. We współczesnym świecie zbyt często słyszymy obietnicę rzuconą w naszą stronę tylko po to, by później rozczarowało nas jej niedotrzymanie. Tak łatwo jest powiedzieć. Mogą przecież kierować nami jak najlepsze intencje, możemy szczerze chcieć coś zrobić — mimo to niesprzyjające okoliczności biorą nad nami górę.
Inicjacja w wielu starożytnych obrzędach wiązała się z koniecznością złożenia uroczystej przysięgi; podkreślało to powagę podejmowanego kroku. Innym słowem, oznaczającym to, czym jest ślubowanie, jest termin „zobowiązanie” — zobowiązanie do zdyscyplinowanej i trwałej prawdomówności oraz nieodstępowania od rzeczy, w które decydujemy się angażować.
Ogólnie rzecz ujmując, inicjacja ideowo odnosi się do rytuału przejścia, przesunięcia z danego stanu do kolejnego. Rytuały przejścia towarzyszą między innymi narodzinom dziecka, wprowadzeniu do wspólnoty religijnej, rozpoczęciu szkoły, dojrzewaniu, osiąganiu dorosłości, obronie dyplomu, zawieraniu małżeństwa oraz innym życiowym przełomom. Takim momentem, kamieniem milowym, jest inicjacja masońska. Krok ten pociąga za sobą zmianę statusu osoby i daje się podzielić na trzy etapy — wyłączenie, zawieszenie i włączenie.
Tak więc w pierwszej fazie inicjacji zostajemy odseparowani od naszego dawnego życia i zwyczajów. Opaska zasłania nam oczy i na pewien czas tracimy „wolność”, by później odzyskać ją w nieporównywalnie większym wymiarze. Znajdujemy się teraz „gdzieś pomiędzy” — nie oddzieleni całkowicie od tego, co było, ale też nadal nie włączeni w ciało masonerii. Jest to faza liminalna (łac. limen, próg). Towarzysząca nam na co dzień stałość tożsamości nieco się rozmywa, co powoduje dezorientację. Etap ten charakteryzuje otwartość i nieokreśloność, przez co dochodzi do rozszczelnienia granic myśli, samorozumienia i modeli zachowania. Dzięki temu otwiera się droga, która prowadzi do czegoś nowego.
Aby pokonać tę fazę i wreszcie zostać włączonym, konieczne jest, abyśmy złożyli śluby, przysięgę, zobowiązanie, które zwiążą nas z nowym stanem i stowarzyszeniem. Gdyby cel naszej masońskiej drogi nie był aż tak znaczący, uroczyste ślubowanie nie byłoby konieczne. Dlatego też wysoki stopień powagi, która towarzyszy przysiędze, jest sygnałem i ostrzeżeniem, że droga, którą kandydat będzie kroczyć, jest niezmiernie istotna. Nie ma tu miejsca na lekkomyślne i błahe obietnice.
Na początku przysięgi wierności kandydat (lub kandydatka) uroczyście przyrzeka, w obecności Zasady Stwórczej, że nigdy nie ujawni żadnego z wolnomularskich sekretów. Przeciwnicy masonerii twierdzą, że świadczy to o istnieniu czegoś złowrogiego, a nawet nielegalnego, co masoni starają się ukryć. Prawda jest zupełnie inna. Siła i wartość tajemnicy mają wiele wspólnego z tym, kto ją zna i jak ją wykorzystuje. Wolnomularze zobowiązują się nie zdradzać tego, w jaki sposób zostają inicjowani nie dlatego, że pozostałym nigdy nie wolno będzie poznać owego sekretu. Chodzi o to, że powinno się go poznać tylko wtedy, gdy dochodzi do samej inicjacji — jest to sekret, który wymaga przeżycia, a nie poznania poprzez lekturę.
Z inicjacją jest jak z kreatywnością. Kompozytor, który tworzy operę, nie wykonuje jej fragmentów przed ostatecznym ukończeniem, zaś malarz nie pokazuje swojego obrazu, nim ten nie będzie gotowy. W przeciwnym wypadku ulotniłby całą kreatywność, którą do tej pory włożył w swoje dzieło — energia uległaby rozproszeniu. Inicjacja masońska najlepiej sprawdza się wtedy, gdy energia jest w pełnym przepływie, kiedy stopień napięcia jest najwyższy.
Użyliśmy słowa wierność. Wszyscy zgodzimy się, że, jeśli mamy związać się z braterską wspólnotą, jednym z warunków tego zaufania jest dochowanie wierności naszym nowym braciom i siostrom. Wiedza, która ostatecznie wiedzie ku samopoznania, musi pozostać w gronie tych, którzy są już wtajemniczeni.
Tak więc kandydat i kandydatka zobowiązują się nie zdradzać tego, czego doświadczają. Doświadczenie to rzeczywiście trafny termin, skoro w naszym rytuale znajduje się bardzo niewiele rzeczy, o których nie da się bez trudu przeczytać w książkach dostępnych w powszechnej sprzedaży. Na koniec kandydat lub kandydatka oświadczają, że, zdradzając to zaufanie, utracą prawo do członkostwa w jakimkolwiek stowarzyszeniu ludzi, którzy cenią honor i cnotę bardziej niż rangę społeczną i majątek. Proces tworzenia więzi między kandydatem a wolnomularstwem jest więc praktycznie ukończony.
Dla masonów i masonek słowo „Brat” i „Siostra” to więcej niż nazwa
Umysł człowieka tak jest utworzony
Jak tchnienie muzyki i jej harmonia.
Kunszt tajemniczy, niewidzialny, spaja
Żywioły sprzeczne i każe im w zgodzie
Pulsować.
William Wordsworth18
Przypomniano mi niedawno, że zrządzenia losu mogą działać na wiele ciekawych sposobów. Pewien młody człowiek o imieniu Erwin (imię zmienione) przybył w latach trzydziestych ubiegłego wieku z Niemiec do Cambridge, aby studiować medycynę. Tym sposobem zdołał przetrwać Holokaust, podczas którego zginęła znaczna część jego rodziny.
Erwin ukończył studia i został wcielony do Korpusu Medycznego Armii Królewskiej, stając się z czasem wybitnym przedstawicielem profesji lekarskiej na skalę krajową. Został także inicjowany do wolnomularstwa i dołączył do niemieckojęzycznej loży w Londynie, która to, ze względu na swój międzynarodowy status, regularnie odwiedzała loże w Europie kontynentalnej, głównie w Niemczech. Erwin nie dał się jednak namówić na udział w żadnej z wizyt — nie z powodu bezpośredniej nienawiści wobec swojego miejsca urodzenia, ale po prostu dlatego, że odczuwał dyskomfort, znajdując się w towarzystwie kogoś, kto w jego podejrzeniu mógł, choćby w niewielkim stopniu, brać udział w ponurych wydarzeniach zagłady. W końcu jednak przyjaciele z loży dopięli swego i Erwin, co prawda niechętnie, zgodził się.
Doświadczenie to okazało się, według jego własnych słów, praktycznie nie do zniesienia. Właściwie do wszystkich miejsc, które odwiedził i do każdego człowieka, którego spotkał, czuł odrazę. Wprawdzie więzy braterstwa masońskiego w znacznym stopniu łagodziły to wrażenie, ale, ogólnie rzecz ujmując, Erwin nie uznałby tej wizyty za udaną. Zdradził mi kiedyś, że, stojąc na ulicy i patrząc na mijających go ludzi, nie mógł uwolnić się od natrętnych myśli — „czy byłeś jednym z nich?” i „a może to ty?” lub „wyglądasz, jakbyś mógł...”. W takich sytuacjach okazuje się, że wyobraźnia może być naprawdę okrutna. Erwin postanowił, że nigdy już czegoś takiego nie powtórzy.
Obustronne wizyty były na przestrzeni kolejnych lat kontynuowane. Lożę Erwina odwiedziła inna, z Frankfurtu. Mistrz londyńskiej loży, Wolfgang (imię również zmienione), będący rówieśnikiem Erwina, dorastał w innej części Niemiec, studiował na uniwersytecie i, jak tysiące jego rodaków, został powołany do walki w słusznej, jak wszyscy sądzili, sprawie. Opisał mi niegdyś przerażenie, jakie ogarnęło go w 1945 roku, gdy dowiedział się o bestialstwie Trzeciej Rzeszy.
Między Wolfgangiem i Erwinem zawiązało się coś więcej niż luźna znajomość. Pewnego dnia Erwin zaprosił Wolfganga do swojego domu w Londynie. Wolfgang zapytał swojego Brata, dlaczego ten nigdy nie brał udziału w masońskich wizytach w Niemczech. Po pewnym czasie Erwin wyznał, jaki był powód. Wolfgang nie próbował przekonywać, działać wbrew jego woli. Jednak kilka dni później zwrócił się do Erwina: „Słuchaj, nawet nie próbuję sobie wyobrazić cierpienia, jakie tkwi w Tobie od wydarzeń Holokaustu. Oczywiście nie mogę też walczyć z uczuciami, jakimi, z racji tego, obdarzasz moich rodaków. Mimo tego, zarówno ja, jak i Ty, stąpamy po mozaikowym bruku, a więzy naszego braterstwa przekraczają wszystko inne. W naszych lożach Ty i ja stanowimy jedność. Poza Lożą rzeczywiście mogą istnieć wszelkiego rodzaju wpływy, które zdolne są nas podzielić — jeśli jednak zdołasz pokonać te przeszkody, przez które czujesz niechęć do mojego kraju, mogę Cię zapewnić, że uczyni Cię to bogatszym. Jeśli zaś poddasz się i pozwolisz, aby nieufność i nienawiść zagościły w Twoim życiu, złoczyńcy naprawdę odniosą zwycięstwo”.
Nie muszę chyba mówić, że w świetle tej prawdy rany Erwina zaczęły się goić. Od tego czasu złożył wiele wizyt w Niemczech — masońskich i nie tylko. Zawarł dobre i trwałe przyjaźnie, został też odznaczony przez Zjednoczoną Wielką Lożę Niemiec za zasługi dla masonerii. Pozostał wdzięczny Wolfgangowi za jego delikatną interwencję.
Jest to jedynie przykład tego, jaka może być nasza odpowiedź na bestialstwo, które człowiek zdolny jest zgotować swojemu bliźniemu. Czy winniśmy już zawsze ulegać przygnębieniu, jakie wywołuje ciężar zła? Czy mamy pozwolić, aby wpływało ono negatywnie na nasze życie? A może zdolni jesteśmy do tego, co Immanuel Kant nazwał „nieograniczoną zdolnością człowieka do dobra”? Każda zbrodnia przeciwko ludzkości zasługuje na prawdziwie humanitarny odzew i zaangażowanie z naszej strony — wymaga starań, by naprawić wyrządzone zło. Nie zapominajmy, że ten sam duch, który tak serdecznie połączył Erwina i Wolfganga, nieustannie inspiruje mężczyzn i kobiety na całym świecie do aktów zrozumienia, tolerancji oraz pojednania.
Trzymaj mnie, chroń przed upadkiem
Natura jest to sztuka utajona oku,
Wszelki traf jest zrządzeniem skrytego wyroku,
Spór jest zgodnością, której człowiek nie poznaje,
Złe zaś cząstkowe, dobrem powszechnym się staje.
A choć się rozum zżyma i pycha się złości,
Przecież prawda, że wszystko jest dobrem istności.
Alexander Pope19
Istnieje ryzyko, że przesadzam z oglądaniem telewizji. Dawniej miałem w zwyczaju krytykować programy telewizyjne takie jak Big Brother, Najsłabsze ogniwo czy Jestem gwiazdą. Zdarzyło mi się jednak obejrzeć doskonałe antidotum na całe to publiczne upokarzanie. Kilka lat temu Trevor MacDonald z ITN był gospodarzem programu podobnego do Ryzykantów, w którym protestanci i katolicy z Irlandii Północnej zostali umieszczeni w swoim bliskim sąsiedztwie na wyspie Man. Wszystko to w ramach testu wytrzymałości — fizycznej, a także tej, która dotyczy różnic kulturowych, wzajemnych uprzedzeń i nieufności.
Już w połowie programu zdarzył się moment prawdy. Protestancka kobieta łamiącym się głosem zaczęła opowiadać o tym, jak bliscy krewni — bracia i kuzyni — zostali zabici przez katolików. Katolicy zaś wspominali o upokorzeniach, których doznali z rąk tych pierwszych. Wypłynęły wspomnienia o „murach pokoju” w Belfaście20, porównywanych do ich berlińskiego odpowiednika. Dała się też jednak zauważyć grupa ludzi, którzy nie dopuszczali się przemocy fizycznej wobec siebie nawzajem i powstrzymywali się od słownych przykrości. Katolicy i protestanci zostali celowo połączeni w pary, aby wspólnie gotować i radzić sobie z trudnymi wyzwaniami — okoliczności wymagały od nich współpracy.
Dwie spośród zebranych kobiet, protestantka i katoliczka, w przeszłości brały udział — po przeciwnych stronach barykady — w konfrontacji w szkole Świętego Krzyża w Belfaście, podczas której matki obu zantagonizowanych wyznań obrzucały się nawzajem wyzwiskami, odprowadzając swoje dzieci na zajęcia. Wzięły udział w programie zupełnie nieświadome tego, że łączy je minione zdarzenie. Dowiedziały się tego dopiero w trakcie trwania programu — był to już jednak krok w kierunku oswojenia się z sytuacją i jej zaakceptowania. Z czasem zrozumiały jałowość zjawiska blame culture, tej sztucznej blokady postawionej między nimi, i zmieniły do siebie swój stosunek.
Pod koniec programu te dwie bohaterki stworzyły razem zespół na potrzeby ćwiczenia, polegającego na zsuwaniu się po wiszącej linie. Protestantkę, zwisającą przy groźnie wyglądającej ścianie skalnej, sparaliżował strach. Katoliczka, jej niegdysiejsza przeciwniczka, asekurowała ją na szczycie góry i dodawała swojej partnerce otuchy.Mówiła do niej w sposób przypominający słowa matki do dziecka, który pomaga nam w chwilach bezradności i samotności: „Zaufaj mi — nie pozwolę, byś spadła”. Jedno z najbardziej poruszających zdań dało się słyszeć pomiędzy osobami, które jeszcze do niedawna miały się za śmiertelnych wrogów.
Jako masoni i masonki dysponujemy wieloma przykładami tego, że nasza wyjątkowa organizacja przezwycięża kulturowe, polityczne, rasowe i wyznaniowe różnice. Sam przebywałem w jednej w loży z żydami i muzułmanami, a w innej z irlandzkimi katolikami i protestantami. Między innymi po to przecież istnieje nasz Zakon. Nazwy wielu lóż pochodzą od rzeczownika „harmonia” lub przymiotnika „harmonijny” — i nie jest to przypadek, jako że harmonia to kolejny niezbędny element naszego Rzemiosła. Jej waga jest porównywalna do znaczenia medytacji w obrębie religii. Harmonia, najdoskonalej wyrażana w muzyce i malarstwie, może być równie dobrze oddana przez słowo, gest lub spojrzenie.
