MASA o kobietach polskiej mafii - Artur Górski - ebook + książka

MASA o kobietach polskiej mafii ebook

Artur Górski

3,7
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Polski świadek koronny numer jeden przerywa milczenie!

Kim były matki, żony i kochanki polskich gangsterów?

Wstrząsająca opowieść o kobietach w cieniu wielkich mafiosów. Co porabia piękna i bezwzględna Inka, która wystawiła ministra Dębskiego? Poznaj Monikę Z, żonę Słowika, damę z zamiłowaniem do ogromnego luksusu i potencjałem mafijnego bossa. Agnieszka R., konkubina Świni. Git-falbana, czyli prawdziwa kobieta mafii. Niewiarygodna historia pięknej Polki, która trzęsła kalabryjską mafią! Szaleńczo zakochane? Żądne sławy i luksusu? A może z ambicjami, by wpływać na decyzje polskiej mafii?

Wiele osób odradzało pisanie tej książki. Ci, o których napiszecie, wciąż są groźni! – ten argument padał najczęściej. Inny był taki, że podstarzałym gangsterom należy dać już spokój, bo przecież odpokutowali swoje winy, a jeśli nawet nie odpokutowali, to po co wywlekać stare sprawy?

W tej książce znajdują się rzeczy niewygodne dla wielu – i dla gangsterów, i dla biznesmenów, i dla polityków, a nawet dla celebrytów. Także dla samego Masy, który nie wybiela siebie, ale też nie oszczędza dawnych kompanów. Intencja była jasna: cała prawda i tylko prawda. Nawet jeśli nie wszyscy w nią uwierzą.

Artur Górski

Artur Górski – dziennikarz, pisarz, autor wielu powieści sensacyjnych, m.in. „Gucci Boys”, „Al Capone w Warszawie”, „Zdrada Kopernika”, a także książek z gatunku non-fiction „Świat tajnych służb” i „Gang”. Specjalizuje się w problematyce międzynarodowej przestępczości zorganizowanej. Do niedawna redaktor naczelny „Focusa Śledczego”, obecnie redaktor „Focusa Historia”.

Jarosław Sokołowski – pseudonim Masa, były przestępca, jeden z najbardziej wpływowych gangsterów tzw. grupy pruszkowskiej, od 2000 r. świadek koronny. W latach 90. blisko związany z jednym z pruszkowskich bossów Andrzejem K. Pershingiem. Skłócony z większością szefów mafii. Dzięki jego zeznaniom udało się pogrążyć „Pruszków”. Do niedawna felietonista „Focusa Śledczego”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 201

Oceny
3,7 (516 ocen)
175
119
120
76
26
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
agnisiek_85

Nie oderwiesz się od lektury

Czytałam, słuchałam książka mega mi się podoba😊
00
Marysiekamelek

Z braku laku…

Audiobook nieprzyjemny do sluchania. Lektor czyta zbyt szybko chyba w ogole nie zwracajac uwagi na interpunkcje. Zwolnienie szybkosci czytania nic nie daje bo daje nieprzyjemny glos ;/
00



Copyright © Artur Górski, 2014

Projekt okładki

Zbigniew Larwa

Zdjęcie na okładce

Katarzyna Paskuda

paskudaphotography.com

Zdjęcia pochodzą z archiwum Jarosława Sokołowskiego.

Nie traktujemy ich jako ilustracji do konkretnych rozdziałów,

ale jedynie jako uzupełniający materiał reporterski.

Dlatego też nie zostały podpisane.

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Andrzej Opala

Korekta

Anna Mirkowska

ISBN 978-83-7961-694-7

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dlaczego właśnie Masa?

Dlaczego mamy wierzyć akurat Masie, dlaczego jego wspomnienia mają być wiarygodniejsze (i ciekawsze) od relacji innych gangsterów, którzy zajmowali najważniejsze miejsca w hierarchii pruszkowskiej mafii?

Z pewnością niejeden potencjalny czytelnik zada sobie to pytanie, zastanawiając się nad zakupem książki Masa o kobietach polskiej mafii. Fakt, książek o rodzimej przestępczości zorganizowanej jest wiele, część z nich napisali nawet sami gangsterzy i zdaniem niektórych w tej kwestii powiedziano już wszystko.

To nonsens!

Prawda jest zupełnie inna – treści krążące w czytelniczym obiegu to w najlepszym razie zbiór półprawd i niedopowiedzeń; spis plotek, pogłosek i zdarzeń, które nigdy nie miały miejsca. To historia polskiej przestępczości wykreowana przez rozmaite ośrodki (od organów ścigania po media) zainteresowane utrwaleniem własnej jej wersji.

Tymczasem Masa wie, jak było naprawdę. I mało kto, nawet spośród pruszkowskich kompanów Jarosława Sokołowskiego, dysponuje porównywalną wiedzą. Dlaczego? To proste – przede wszystkim Masa był w mafii pruszkowskiej od samego początku. Tworzył ją i wywalczył dla niej czołowe miejsce na gangsterskiej mapie kraju. Właśnie jego brawurowe (choć naturalnie naganne) akcje rozbijania dyskotekowych bramek, czyli, mówiąc wprost, prania po pyskach ochroniarzy, dały początek legendzie o niepokonanych chłopcach z pruszkowskiego „miasta”. Może z dzisiejszego punktu widzenia te ataki na świątynie stołecznej rozrywki jawią się nieco groteskowo, ale w tamtym czasie, na przełomie lat 80. i 90., były świadectwem narodzin brutalnej i niezwykle skutecznej grupy przestępczej.

Jednak wobec tego, co nastąpiło wkrótce potem, dyskotekowe potyczki były jedynie humorystycznym epizodem. W maju 1990 roku, w miejscowości Siestrzeń pod Warszawą, w wyniku gangsterskich porachunków zginęło dwóch pruszkowskich mafiosów wywodzących się ze starej gwardii – Lulek i Słoń. Choć za początek historii polskiej mafii powszechnie uważa się policyjną akcję przeciwko gangsterom w hotelu George w Nadarzynie (lipiec 1990 roku), to tragedia w Siestrzeni dla wielu ludzi z „miasta” stanowiła coś w rodzaju mitu założycielskiego grupy. Masa był uczestnikiem tamtego zdarzenia.

Odwaga, wsparta pokaźną muskulaturą Masy i jego „towarzysza broni” Wojciecha K. „Kiełbasy”, wzbudziła zainteresowanie starej gangsterskiej gwardii, której gwiazdami byli między innymi: Ireneusz P. „Barabas” (nazwany przez media Barabaszem), Janusz P. „Parasol”, bracia Mirosław i Leszek D., czyli Malizna i Wańka, oraz Zygmunt R. „Bolo”. Doświadczenie PRL-owskich recydywistów połączone z entuzjazmem młodych zaowocowało powstaniem najsłynniejszej mafii w historii Polski. Mafii, która jeszcze długo będzie wzbudzała zainteresowanie Polaków i prawdopodobnie nie doczeka się godnego kontynuatora. No i bardzo dobrze – rzecz jasna.

Masa nigdy nie znalazł się na samym szczycie władzy grupy pruszkowskiej (gdyby się na nim znalazł, nie mógłby uzyskać statusu świadka koronnego), ale był na tyle blisko niego, że doskonale wiedział, jak ta władza funkcjonuje i jakimi ludźmi są bossowie. Ci ostatni tak bardzo ufali Masie, że w pewnym momencie to on właściwie rządził grupą, był kimś w rodzaju prezesa korporacji, który ma nad sobą jedynie właścicieli.

Jednocześnie Jarosław Sokołowski utrzymywał stały kontakt z mafijnymi dołami – jego umięśnieni bojówkarze realizowali polecenia góry, która już nie musiała się martwić o to, czy wszystko przebiegnie po jej myśli. Od tego był Masa – on miał zapewnić starym pruszkowskim i spokój, i pieniądze.

Właśnie z powyższych powodów którykolwiek z bossów, gdyby go spytać, jak wyglądały konkretne operacje gangsterskie, miałby kłopot z ich dokładnym opisaniem. Bo go przy nich nie było. A Jarosław Sokołowski, krążąc między górą a dołem, wszystko widział i wszystko słyszał. Co więcej – jego losy tak się potoczyły, że musiał kilkakrotnie wchodzić w ryzykowne sojusze: najpierw przyjaźnił się z Kiełbasą (czy, jak czasem sam o nim mówi, Kiełbachą), a gdy ten zaczął szukać sobie kompanów w konkurencyjnym gangu, ich drogi się rozeszły. Pracował dla starych, czyli Parasola i Wańki, a po pojawieniu się Andrzeja K., czyli Pershinga, przeszedł pod jego skrzydła. I wszedł w konflikt z dotychczasowymi szefami. Podczas gdy Pruszków prowadził wojnę podjazdową z gdańskim bossem Nikodemem S. „Nikosiem”, Masa – nie bacząc na wściekłość starych – pił z nim wódkę i robił interesy.

Można zatem powiedzieć, że szedł po bandzie, narażając się na bolesny upadek, ale to właśnie dzięki temu więcej widział i więcej wiedział.

To nie wszystko: podczas gdy pruszkowscy bossowie raczej kisili się we własnym sosie, spędzając całe dnie na wspólnym balowaniu i wspominaniu historii sprzed lat, Masę ciągnęło do wielkiego świata. Bywał na rautach z udziałem polityków, spotykał się z gwiazdami popkultury, brylował na imprezach sportowych. Z tej potrzeby dorównania elitom (i oczywiście zgarnięcia wielkich pieniędzy) powstała jedna z najlepszych dyskotek w tej części Europy – warszawska Planeta. Dla jej właściciela, czyli Masy, to był zupełnie inny świat, pełen przepychu i kamer, świat, do którego nie mieli wstępu nawet pruszkowscy bossowie. Właśnie tam Masa popijał whisky z dziewczynami ze Spice Girls czy z gwiazdorami Modern Talking i podsuwał laski słynnemu koszykarzowi-aktorowi Dennisowi Rodmanowi. Tam zabawiał się z kobietami i decydował o tym, które z nich zdobędą koronę w konkursach piękności. Wśród gości dyskoteki nie zabrakło nawet Al-Saadiego, jednego z synów libijskiego dyktatora Mu’ammara al-Kaddafiego! Nie wspominając o takich championach sportu jak Andrzej Gołota czy Dariusz Michalczewski…

Między innymi dzięki Planecie z napakowanego gangusa Masa zamienił się w celebrytę, z którym znajomość stawała się powodem do dumy. W pewnym momencie właśnie jego klub stał się dla niego przepustką do lepszego towarzystwa.

A potem karta się odwróciła – czując na plecach oddech pruszkowskich starych, Masa postanowił uciec z mafii i podjąć z nią walkę jako świadek koronny. Dzięki jego zeznaniom, składanym od 2000 roku, udało się skutecznie uderzyć w Pruszków i na długie lata zamknąć jego szefów oraz „żołnierzy”. Wersję Masy potwierdził niezawisły sąd, co jest niezłą rekomendacją również dla… tej książki.

Ale ten etap – współpraca z wymiarem sprawiedliwości – stał się także dla Jarosława Sokołowskiego okazją do poznania ciemnej strony mocy, tyle że widzianej od strony prawa. To też była dla niego wielka lekcja.

Czy to znaczy, że Masa ujawnił sądowi wszystko, co miał do powiedzenia? Nie – wiedza procesowa konieczna do skazania przestępców to jedno, a cała reszta, której sąd nie potrzebował (czyli kilka razy tyle), to drugie. I właśnie te pominięte informacje są podstawą opowieści, która złożyła się na książkę Masa o kobietach polskiej mafii.

Jeśli Jarosław Sokołowski ujawnia wszystko, co wie o polskiej przestępczości zorganizowanej – w tej opowieści koncentrując się na kobietach mafii – to można mieć pewność, że żaden inny autor nie jest w stanie bardziej niż on zbliżyć się do prawdy.

Książkę tę dedykuję mojej Kasi.

Jarosław Sokołowski

OD AUTORA:

Jarosław Sokołowski „Masa”

– Na co komu kolejna książka o polskiej mafii? – zapytacie. Przecież na ten temat powiedziano już wszystko, a księgarniane półki uginają się pod ciężarem coraz to nowszych publikacji.

Odpowiem krótko: żal mi tych półek, bo muszą dźwigać ciężar, który często ma niewielką wagę gatunkową. Rzeczywiście – publikacji o polskiej mafii jest sporo i wciąż pojawiają się kolejni specjaliści ujawniający nowe rewelacje na temat burzliwych lat 90.

Problem w tym, że czytając książki i artykuły o mafii, przeważnie zadaję sobie pytanie: czy ich autorzy nie żyją przypadkiem w jakimś równoległym świecie, w którym istnieje Pruszków bis, wprawdzie przypominający ten mój, ale jedynie w niewielkiej części? Gdy dochodzi do porównania detali, to nasze światy – czy raczej nasze wersje zdarzeń – rozjeżdżają się w zupełnie różnych kierunkach.

Niedawno czytałem artykuł cenionego dziennikarza śledczego, który w jednym z portali internetowych opowiada w odcinkach o grupie pruszkowskiej – ten akurat był poświęcony mojemu przyjacielowi, czyli Wojciechowi K. „Kiełbasie”. Nie wdając się w szczegóły, powiem tylko: cztery zdania, pięć błędów. Zgadza się jedynie to, że Wojtek nie żyje. Wszystko inne zostało wyssane z palca. Ile zatem są warte takie informacje? Nie wspominam już o nadawaniu gangsterom ksywek przez media – wielu z nich dowiedziało się o swoich pseudonimach z prasy. W tej książce jednak będziemy się trzymać medialnej wersji, żeby nie robić dodatkowego zamieszania. Skoro dziennikarze nazwali Zygmunta R. Bolem (a nigdy Bolem nie był; ten pseudonim nosił ktoś zupełnie inny), to niech już tak zostanie.

Autorzy bestsellerowego Alfabetu mafii, Ewa Ornacka i Piotr Pytlakowski, we wstępie do nowej edycji tego dzieła napisali: Kiedy tworzyliśmy pierwsze wydanie Alfabetu mafii, mieliśmy złudne poczucie, że o przestępczym świecie wiemy prawie wszystko. Dzisiaj, po latach, pora się przyznać do grzechu pychy. Nie wiedzieliśmy wszystkiego wtedy, nie wiemy też teraz, a czasem mamy świadomość, że gubimy się w meandrach tego świata1”.

Cytując filmowego klasyka, mogę skomentować to krótko: Przez grzeczność nie zaprzeczę. Tak jednak – uczciwie – powinna postawić sprawę większość rodzimych „speców od mafii”.

Oczywiście, trudno winić dziennikarzy, bo przecież dysponują jedynie wiadomościami krążącymi w mediach i nie zadają sobie trudu, żeby je weryfikować. Inna sprawa, że często nie wiedzą, gdzie to zrobić i z czyją pomocą.

Dodatkowo pewną rolę w dezinformowaniu społeczeństwa odegrało kino, które – takie jego prawo! – przedstawiło polską mafię we własnej, mocno ubarwionej wersji. Niestety, wielu Polaków uwierzyło, że prawda ekranu jest prawdą obiektywną.

Jeśli jednak kogoś interesuje to, jak faktycznie funkcjonowała rodzima przestępczość zorganizowana, musi zapomnieć o kinie, literaturze i najgorszym nośniku wiedzy, czyli plotkach.

Co tu dużo gadać – sędziowie orzekający w kolejnych procesach Pruszkowa nie zawsze dochodzą do właściwych wniosków. Nie zamierzam poddawać krytyce naszego wymiaru sprawiedliwości, ale zastanawia mnie, dlaczego zapadają takie, a nie inne wyroki. Dlaczego na wolności są ludzie, którzy powinni oglądać niebo przez kraty – dla dobra ogółu, a nierzadko także dla dobra ich samych? Ludzie wierzą, że gangster X jest niewinny, bo wypuszczono go na wolność, a ja wiem, że ma wiele na sumieniu, chociaż prokuratura nie była w stanie mu tego udowodnić.

Jest to jednak tylko element większej całości – cała prawda o mafii wciąż czeka na opisanie, bo dotychczas więcej jest na jej temat spekulacji niż faktów. I ja zamierzam pomóc tej prawdzie dotrzeć do Polaków.

Można powiedzieć, że byłem przy narodzinach grupy pruszkowskiej, byłem uczestnikiem i świadkiem najważniejszych wydarzeń w jej historii i wiem na ten temat naprawdę bardzo dużo. Owszem, wszystko ujawniłem organom ścigania, ale to, po pierwsze, wypłynęło na zewnątrz w formie bardzo zniekształconej (przypominają mi się dowcipy o radiu Erewań), a po drugie, zeznania ograniczały się do informacji niezbędnych z procesowego punktu widzenia. Koloryt funkcjonowania kryminalnego podziemia w nich znikał, a moim zdaniem to jest dla czytelnika najciekawsze. Ta książka i kolejne, które przygotowujemy, pokażą czytelnikom, co to znaczyło być pruszkowskim gangsterem, jakie profity i zagrożenia się z tym wiązały. Mówiąc krótko – takiego filmu nie zobaczycie w żadnym kinie! Zapewniam, że odsłonię przed Wami świat, z którego istnienia w ogóle nie zdawaliście sobie sprawy.

Wiem, że tego typu świadectw jest więcej, ale musicie pamiętać o jednej, podstawowej rzeczy: relacje bossów, którzy faktycznie rozdawali karty w mafijnym biznesie, a następnie zostali „przeczołgani” przez prawo, zawsze będą miały na celu obronę ich – rzekomo – dobrego imienia. Z kolei rewelacje pochodzące od płotek, które dziś kreują się na wielkich gangsterów (kto to sprawdzi?), mają zerową wartość i lepiej zająć się czymś pożyteczniejszym niż ich lekturą.

Zresztą na wybitnych speców od Pruszkowa kreują się nie tylko gangsterzy, ale także prawnicy, co czasami przybiera formy karykaturalne. Oto przykład. W jednym z pruszkowskich procesów asystentką pewnego wybitnego adwokata była pani L. W czasie rozprawy wręcz nie dawała dojść do głosu swojemu szefowi, gwiazdorzyła, stawiała świadkom absurdalne pytania, wykazując się przy tym zupełną ignorancją, i tak naprawdę psuła całą robotę adwokatowi. Ten w pewnym momencie nie wytrzymał i warknął do niej: „Siad!”. Sala zamarła. Rzeczywiście, na chwilę ją zgasił, ale – jak się miało okazać – nie na długo. Po kilku latach spotkałem ją na kolejnej rozprawie. Tym razem bez żadnych zahamowań kreowała się na wybitną znawczynię polskiej przestępczości zorganizowanej. Jak oznajmiła wszem wobec – zęby zjadła na mafii pruszkowskiej.

Dobrze, że nikomu po tych zębach nie zostały ślady.

Wiem, co myśli wielu z Was: Masa gangster chce się wybielić i dalej pogrążać byłych kompanów.

To nieprawda – nie będę się wybielał, o czym przekonacie się z lektury tej książki. Kiedyś byłem naprawdę złym człowiekiem i ludzie, którzy się mnie bali, wiedzieli, dlaczego się boją. Ale to jest przeszłość – teraz staram się naprawiać błędy popłnione za młodu, a jako świadek koronny płacę wysoką cenę za decyzję o współpracy z wymiarem sprawiedliwości.

Niczego też nie zmyślam, bo niczego bym nie ugrał – to, co zeznałem prokuraturze, wchodzi do tak zwanego pakietu umorzeń, i ci, którzy choć trochę znają się na prawie, wiedzą, że naraziłbym się na kłopoty, gdybym teraz zaczął konfabulować, kreować jakąś własną, fałszywą wersję wydarzeń z przeszłości.

A ja już mam dość kłopotów.

Jedyne czego chcę, to opowiedzieć Wam, jak naprawdę wyglądało życie w mafii i jaką rolę w historii III RP odegrała grupa pruszkowska. Zapewniam Was, że była to bardzo duża rola, a kontaktów z nami do dziś wstydzi się wiele osób z ówczesnego świecznika.

Jesteście gotowi na zaskakującą podroż w czasie? Jeśli tak, to zapraszam.

1 E. Ornacka, P. Pytlakowski, Nowy alfabet mafii, Poznań 2013, s. 7.

OD AUTORA:

Artur Górski

Był luty 1996 roku, gdy wraz z kolegą z redakcji tygodnika „Wiadomości Kulturalne”, w którym zajmowałem się literaturą i kulturą masową, słuchaliśmy radia. Zelektryzowała nas wtedy wiadomość z ostatniej chwili o śmierci pruszkowskiego gangstera Wojciecha K. „Kiełbasy” (o którym Jarosław Sokołowski „Masa” czasami mówi w tej książce Kiełbacha). Zdaniem policji za zamachem najprawdopodobniej stoi gangster o pseudonimie Masa – poinformował spiker i przeszedł do kolejnej informacji.

Przyznaję: po raz pierwszy usłyszałem wtedy o istnieniu Masy. Jak na dziennikarza interesującego się problematyką kryminalną – dość późno.

– Wyobrażam sobie, jak musi wyglądać ten Masa – powiedział mój kolega, rozpoczynając długi monolog na temat napakowanych „karków”, które stanowiły zdecydowaną większość w strukturach rodzimej przestępczości zorganizowanej.

Mnie nie interesowało, jak wygląda Masa. Miałem nadzieję, że nigdy nie będę musiał na własne oczy oglądać człowieka, który stał się dla mnie ucieleśnieniem zła i okrucieństwa.

Od tamtego dnia minęło ponad siedemnaście lat. Ze wspomnianym kolegą redakcyjnym straciłem kontakt, a moim nowym kolegą – tym razem w magazynie „Śledczy” – został… Masa. Zaproponowałem mu felieton w kierowanym przeze mnie piśmie i po pewnym czasie doszliśmy do wniosku, że warto byłoby zaprezentować historię grupy pruszkowskiej w formie książki.

I tak powstał tom Masa o kobietach polskiej mafii.

Dziś wiem (czy raczej – chcę w to wierzyć), że Masa nie miał nic wspólnego ze śmiercią swojego przyjaciela Wojciecha K., choć od czasu do czasu media powątpiewają w jego niewinność. Gdyby jednak było inaczej, on nie zostałby świadkiem koronnym, a ja musiałbym szukać innego wspólnika literackiego.

Masa nie jest też już dla mnie ucieleśnieniem zła i okrucieństwa, ale raczej symbolem dramatycznej próby wydostania się z mafijnego bagna. Próby, która nie wszystkim się udaje.

Kiedy zacząłem współpracę z Jarkiem Sokołowskim, często pytano mnie, dlaczego koleguję się z gangsterem i pozwalam mu przedstawiać jego – z pewnością zakłamaną – wersję wydarzeń. Kolejnych kumpli chce pogrążyć? – pytano zgryźliwie, przypisując mi współdziałanie w złej sprawie. Ba, na Facebooku potraciłem nieco znajomych, bo uznali mnie oni za adepta sztuki gangsterskiej.

Fakt – jak to się mówi w bandyckiej kminie, „latam” z Masą, ale nie jako gangster, lecz jako współautor książki, która, mam nadzieję, wywoła trochę fermentu i wniesie wiele do dyskusji o rodzimej przestępczości zorganizowanej. Masa jest dla mnie kompanem w wielkiej dziennikarsko-literackiej przygodzie, w odkrywaniu mojej Atlantydy. Nawet jeśli zatonęła gdzieś między Pruszkowem a Wołominem.

Zanim podjąłem decyzję o pracy nad tą publikacją (i wcześniej, gdy zaproponowałem Masie felieton) miałem oczywiście sporo rozmaitych wątpliwości, ale wiedziałem, że mogę je rozwiać jedynie „w boju”, czyli we wspólnej grze. Ta gra – co naturalne – zakłada także weryfikowanie słów Masy w innych źródłach, często niezbyt mu przychylnych.

Praca nad książką Masa o kobietach polskiej mafii uświadomiła mi, jak bardzo złożoną i wieloznaczną materią była rodzima przestępczość zorganizowana lat 90. Zrozumiałem też, że aby ją oceniać, trzeba ją poznać naprawdę bardzo dobrze. Wciąż nie mogę się uważać za eksperta w tej dziedzinie i być może nigdy nim nie zostanę, tym bardziej że moim zadaniem jest „prowadzenie przesłuchania”, a nie występowanie w roli mentora. Ta rola mi wystarczy.

Dlaczego naszą opowieść zaczynamy od kobiet? A czy trzeba to tłumaczyć? To fascynujący wątek funkcjonowania mafii, często zresztą eksplorowany przez kino i literaturę. Jakie były kobiety, które umiały zawrócić w głowach twardzielom z kałaszami i wpływać na ich działalność przestępczą? Czy rzeczywiście opływały w luksusy i czy cieszyła je fortuna zdobyta dzięki krzywdzie innych?

Powiem krótko – nie ma jednej prawdy o kobietach w taki czy inny sposób związanych z mafią i w tej książce staramy się to pokazać. Może to zabrzmi nieco patetycznie i tandetnie, ale w ich życiu było tyle samo szampana, ile łez.

O czym czytelnik za chwilę sam się przekona.

ZAMIAST PROLOGU

Wszyscy myślą, że wciskamy kit...

Popołudniowe wrześniowe słońce oświetla polanę kilka kilometrów na południe od Pruszkowa. Siedzimy w ośmiu na działce, która niegdyś służyła pruszkowskim gangsterom jako „dziupla”. Dziś stoi na niej ładny drewniany bungalow, w którym mieszka gospodarz. Nic już nie przypomina tu dawnych czasów – wydaje się, że od zawsze miejsce to służyło wyłącznie rekreacji.

Tego dnia jest za ciepło, żeby imprezować w środku. Siedzimy więc na zewnątrz i wspominamy nie aż tak odległą przeszłość. Jest dobrze – piękna przyroda, słońce, wódka i grill. Czego chcieć więcej, szczególnie gdy w miarę upływu czasu atmosfera się rozluźnia i wspomnienia stają się coraz barwniejsze? I jeśli głównym tematem są kobiety? Oczywiście, nie tylko one, bo przecież trudno nie poświęcić kilku słów ich partnerom, którzy często gościli na pierwszych stronach gazet, tyle że pod nazwiskami skróconymi do pierwszej litery. Czasami więc wspomnienia te mają formę listy przyjaciół, czasami – rejestru wrogów, a nierzadko – apelu poległych. I tych, którzy padli podczas wymiany ognia, i tych, którzy przegrali w starciu z wódką czy chorobą.

Prawdę mówiąc, z tych wszystkich, którzy tworzyli mafię pruszkowską na przełomie lat 80. i 90., została w zasadzie już tylko garstka. Kiedy więc we wspomnienia wkrada się nieznośny martyrologiczny ton, ktoś rzuca prowokacyjnie: Zaraz przyjadą Słowik z Parasolem i poprawią nam humory.

Gwoli wyjaśnienia – Andrzej Z. „Słowik”, który kilka tygodni wcześniej opuścił więzienie, i Janusz P. „Parasol” to główni negatywni bohaterowie wspomnień. Tego dnia ucztują byli gangsterzy (i jeden dziennikarz) związani z Masą, a więc ci, którym niespieszno do spotkania ze wspomnianymi bossami Pruszkowa. Wszyscy imprezujący na działce wiedzą, że powstaje książka o historii polskiej mafii i nikomu nie przeszkadza malutki dyktafon leżący między wódką a zakąską. Może wszystkim zależy na tym, aby ta książka była jak najbliższa prawdy, a może po prostu w tym towarzystwie Masie nadal się nie odmawia?

Gospodarzem jest Bawół. Jeśli ktoś z czytelników widzi oczami wyobraźni, jak powinien wyglądać gangster, to Bawół jest jego całkowitym zaprzeczeniem – kulturalny starszy dżentelmen z zawadiackim wąsikiem i rodowym sygnetem na palcu przywodzi na myśl raczej bywalca przedwojennej kawiarni Ziemiańskiej, gdzie spotykała się artystyczna elita Warszawy, niż bandycki Pruszków sześćdziesiąt lat później. I choć trudno go nazwać gangsterem, bo był jedynie taksówkarzem mafii wożącym bandytów na akcje (od przestępczych po erotyczne), to za swój związek z „miastem” zapłacił odsiadką. Konkretnie: pomagał dwóm klientom zza Buga w wykupie samochodu, a ponieważ byli na celowniku policji, wpadł. Ale i tę odsiadkę Bawół wspomina z pewną nostalgią, bo odczuł wówczas na swojej skórze, co to znaczy być z Pruszkowa. Otóż kiedy koledzy spod celi i strażnicy dowiedzieli się, że jest w bliskich związkach z Masą i Parasolem, zaczęli go traktować jak więziennego VIP-a. Mógł nawet – w co trudno uwierzyć – chodzić o dowolnej porze na spacerniak. Nawet w nocy.

Faktycznie w jakimś sensie był członkiem grupy, ze wszystkimi płynącymi z tego profitami, o czym za chwilę.

Bawół, jak sam twierdzi, wie więcej niż niejeden z gangsterów – zna ich sekrety jak każdy zaufany taksówkarz. I, co podkreśla, wszystko, co przeżył z nimi, przeżył prawie wyłącznie na trzeźwo. Jak to człowiek za kółkiem. A zatem nie będzie koloryzował i zmyślał tego, co uleciało z pamięci.

Oddajmy mu głos.

– Trudno sobie wyobrazić, czym naprawdę był Pruszków. Bo nie każdy sobie dziś uświadamia, o jakiej potędze mówimy. Młodzi to nawet często nie chcą uwierzyć w to, co się tu działo kilkanaście lat temu. A co się działo?

Oto przykład, mało spektakularny, ale bardzo wymowny. Lata dziewięćdziesiąte, główna ulica Pruszkowa, z jednej strony jedzie swoim samochodem Dzikus, a z drugiej ja. Wiozę Parasola i jeszcze kogoś. Czerwone światło – zatrzymujemy się. Dzikus, czyli Czesiek B., zaczyna rozmowę z Parasolem. Widać, że mają sobie dużo do powiedzenia i raczej szybko nie skończą. Tymczasem zapala się zielone światło. Trzeba ruszać. No, chyba że jest się Parasolem i Dzikusem. Wtedy można robić, co się chce. Gadają, gadają, gadają… Z obu stron tworzą się gigantyczne korki, ale nikt nie trąbi, bo wszyscy wiedzą, kto i dlaczego doprowadził do tego zatoru. Za mną stoi policyjny radiowóz. W normalnej sytuacji reakcja funkcjonariuszy byłaby natychmiastowa, a ja dostałbym mandat. Patrzę w lusterko wsteczne i co widzę? Policja grzecznie wjeżdża na chodnik i wymija nas, nawet nie patrząc na moją taksówkę, żeby nie wkurwić pana Parasola natrętnym spojrzeniem. Oni doskonale zdają sobie sprawę, że jak bossowie mafii chcą porozmawiać, to nie wolno im w tym przeszkadzać. Chwilę później wszystkie samochody korzystają z tego swoistego objazdu. Dzikus i Parasol nawet nie zauważyli całej sytuacji i gadali tak długo, aż im się wyczerpał temat.

Temat gangstera w samochodzie wywołuje lawinę kolejnych przykładów na bezkarność Pruszkowa. Do rozmowy włącza się Sławomir K. „Chińczyk” (nie mylić z Jarosławem M. z grupy Żaby, noszącym ten sam przydomek), jeden z najbardziej zaufanych ludzi Masy. Panowie do dziś utrzymują ze sobą bliskie kontakty.

– Pamiętam, jak kiedyś Krzyś, to znaczy Ryszard P., jechał napruty jak balon swoim fiatem. Ledwie trzymał prosto głowę. Wreszcie zatrzymał się na ulicy Bolesława Prusa. Nie wiedział, że na ogonie siedzi mu policja, która zorientowała się, że z kierowcą coś jest nie tak. Podjechali, patrzą na niego, a on ledwie unosi łeb i bełkocze: „Kiego chuja? Wypad mi stąd”. No i oni oczywiście grzecznie odjechali. Krzyś to był wyjątkowy gbur, nie tylko dla mundurowych, ale i dla swoich.

Bawół: – Czasem sodówa mu do głowy uderzała, aż miło. W Ożarowie był kiedyś salon z automatami – w zasadzie zwykła buda, ale bardzo popularna. I Krzyś przyjechał po swoją dolę, po haracz. Jak zobaczył, ile jest kapusty, to położył się na stole bilardowym i powiedział, żeby go przykryć banknotami. Zupełnie jakby to była olbrzymia kołdra.

Bawół odchodzi na chwilę od stołu, rozrzuca pogrzebaczem węgiel pod grillem i kładzie na tackach kiełbasę. Masa „posypuje” wszystkim swoją nalewkę. Za chwilę gospodarz wraca do wspomnień.

– Tak się działo w całej Polsce. Teraz, jak to opowiadam, słyszę, że wciskam kit, bo to przecież niemożliwe. Otóż możliwe. I kto był z pruszkowskimi, ten bardzo na tym korzystał. Kto z nimi nie był, musiał mieć się na baczności. Do mnie „miasto” miało szacunek.

Byli gangsterzy, zgromadzeni w domu Bawoła, skwapliwie potakują. Faktycznie, był ich zaufanym człowiekiem i zawsze mógł liczyć na ich przychylność. A gangsterzy naprawdę bywali szczodrzy.

– Często jeździłem w Polskę z Masą. Przeważnie na balety i na popijawy. Jak po dwóch dniach wracaliśmy, to Jarek mi płacił takie honoraria, że aż go musiałem powstrzymywać, mówiłem, że nie zasłużyłem. A on na to: Masz, jak daję, nie pierdol, że ci się nie przyda.

Podobnie szczodry wobec zaprzyjaźnionych taksówkarzy był najsłynniejszy amerykański gangster Al Capone. Do legendy przeszedł napiwek dany szoferowi, który przywiózł go na wyścigi konne. Należność za kurs wynosiła zaledwie kilka dolarów, ale Capone rzucił zdumionemu mężczyźnie pięć studolarowych banknotów i zażyczył sobie jedynie, aby taksówka czekała na niego o szóstej. Oczywiście takich przypadków było o wiele więcej. Dlaczego więc nasi bossowie, opływający w podobne fortuny, mieliby zachowywać się inaczej?

Masa: – A ludzie się mnie pytają, gdzie ja, kurwa, przetańczyłem te pieniądze. No tak – właśnie przetańczyłem, miałem kapuchy jak lodu, ale lubiłem też wykazać się gestem. Kiedy byłem w nastroju, sypałem kasą na lewo i prawo. Kiedy ktoś miał problem finansowy, walił z tym do mnie, bo wiedział, że z reguły nie odmawiam. Miałem zawsze kieszenie pełne forsy i wyciągałem z nich takie kwoty, że ludziom opadały szczęki. Nie dawałem po pięćdziesiąt złotych, ale po tysiąc, a często i więcej. Jak szliśmy do knajpy, każdy kelner chciał nas obsługiwać, bo wiedział, że potrafimy okazać wyjątkową hojność w zamian za właściwą opiekę. Dużo zarabiałem, dużo wydawałem i to było normalne. Król przyjechał, złotem płaci – tej zasady trzymałem się do końca.

Ale trzeba przyznać, że Bawół nie miał z nami lekko. Pamiętacie, jak zamieniliśmy jego fiata w czołg wjeżdżający do Berlina? Siedemnastu nas wsiadło do środka. Zresztą nie tylko do środka – także do bagażnika i na dach. Aha, był też mój pies, Ben. Chyba jechaliśmy do sklepu nocnego po gorzałę. To był kurs z fasonem, no nie?

– To ile ty w końcu miałeś tej kasy? – pyta ktoś Masę. Ten zastanawia się i po chwili odpowiada:

– Trudno podać konkretne liczby, tym bardziej że pieniędzy nie trzymałem na koncie, więc nie zachowały się żadne potwierdzenia wpłat czy przelewów. Miałem solidny sejf w domu i to był mój bank, z którego ciągle wyjmowałem i do którego nieustannie wkładałem. Powiem wam tak: w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku zrobiłem największe w życiu jednorazowe zakupy. Pojechałem do dealera Mercedesa do Anina i zostawiłem tam milion trzysta tysięcy złotych. Nie żadnym przelewem – po prostu wyjąłem kasę i położyłem na stół.

– Przecież nie było wtedy na rynku aż tak drogich samochodów – oponuje ktoś i zaraz słyszy wytłumaczenie:

– A kto mówi, że kupiłem jednego merca? Kupiłem trzy: S klasę i CL dla siebie, a dla żony CLK. Tyle to kosztowało. W ramach rewanżu dostałem złotą kartę Mercedesa.

Lufka. Trzeba po latach opić tę transakcję. S klasa to naprawdę fajna limuzyna.

Bawół: – Pamiętacie tę kelnerkę z barku U Frytki przy dworcu PKP w Pruszkowie?

Wspomnienie kelnerki wywołuje salwę śmiechu. Prawie wszyscy dobrze pamiętają, o co chodzi, ale Masa postanawia jeszcze raz opowiedzieć tę historię.

– Podjechaliśmy kiedyś do Frytki, żeby sobie wypić po piwku i pogadać. No, ale byliśmy już nieźle wstawieni. Po jakimś czasie podchodzi kelnerka, zresztą żona policjanta, i pyta, czy nam czegoś nie potrzeba. No to mówimy, że zabrakło nam fajek. I jak ona się dobrze spisze, to jej się opłaci. Mówiąc krótko – za fajkę sto zielonych, a za przypalenie – pięćdziesiąt. Chyba nie uwierzyła, ale przyniosła papierosy. Jednego, drugiego, trzeciego – w sumie byliśmy tam kilka godzin. W końcu poszliśmy. Wracamy tam następnego dnia i pytamy, czy jest ta nasza kelnerka. A barman nam na to: Dziś wzięła wolne, bo kupuje sobie samochód.

Tyle laska zarobiła w kilka godzin.

Bawół: – Ale nie każdy był taki hojny. Często woziłem Parasola. Zdarzało się, że i w dzień, i w nocy. Ale on nie uważał za stosowne, żeby mi płacić. Pamiętam, jak mi kiedyś powiedział: Widzisz, zapłaciłbym ci, ale zbieram wszystkie pieniądze do worka dla chłopaków, którzy siedzą w puszce. Pieprzył, oczywiście – żaden chłopak nie zobaczył pieniędzy z tego legendarnego worka. Z Masą było inaczej – jak dostałem trochę forsy i przegrałem ją na automatach, to Jarek mi wszystko zwracał. Oczywiście, robił groźną minę, mówił, że to ostatni raz, ale pieniądze od niego dostawałem. Aż głupio się do tego przyznawać. Wiecie, ile w sumie przegrałem między tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym a dwa tysiące pierwszym rokiem? Siedemdziesiąt tysięcy papieru!

Chińczyk: – Mnie też Masa nie żałował, nie powiem. Kiedyś spotkaliśmy się u jubilera – on przyjechał kupić żonie omegę z białego złota, a ja po prostu oglądałem zegarki. Podobał mi się taki jeden firmy Rado. I Masa wtedy, nie wiem, czy nie na żarty, mówi: Jak będziesz miał urodziny, to ci taki kupię. A, kurwa, traf chciał, że to był dwudziesty pierwszy maja – moje urodziny. I chciał, nie chciał, ale wyciągnął kapustę i kupił mi to rado. Jak pokazałem go Mięśniakom2, to im oczy rozbłysły. Zaczęli mi zazdrościć, więc następnego dnia Masa kupił im po telewizorze. Sam Mięśniak dostał mazdę trzysta dwadzieścia trzy.

Wracamy do tematu wyjazdów. Podczas nich główny taksówkarz też korzystał z życia, a przynajmniej gangsterzy dawali mu taką możliwość. W odpowiedzi na pytanie, jak to było na tych licznych pruszkowskich baletach, Bawół wymownie się uśmiecha i przyznaje:

– Pamiętam konkretną sytuację. Przyjechaliśmy do hotelu i oni od razu poszli się zabawiać z panienkami. A ja, jako że byłem zmęczony, poszedłem spać. To znaczy taki miałem zamiar. A tu nagle puk-puk do drzwi. Otwieram, a tam stoją dwie laski i mówią: My do pana.

– No i co? Nie dałeś się prosić?

– Ależ skąd, miałem przecież żonę…

– Taaaa, nie ruchał, święty się znalazł – dobiega z drugiego końca stołu.

Chińczyk: – Może i nie ruchał. Ale wszystko potem paplał żonie. A ta z kolei opowiadała innym. No i docierało do mojej kobiety, że wprawdzie Bawół był święty, ale Chińczyk, czyli ja, ruchał panienki. I taki to był z nim interes. Więc pewnego razu poszedłem na postój, znalazłem Bawoła i dałem mu w ryj. I mówię: To taki z ciebie kumpel? Wozisz nas, a potem opowiadasz na lewo i prawo, co my tam robimy? Obowiązuje cię omerta, palancie.

Słońce powoli zaczyna chować się za drzewami. Robi się coraz chłodniej, ale dzięki intensywnie polewanym trunkom nikt tego nie czuje. Zabawa się rozkręca, każdy sypie wspomnieniami jak z rękawa. Jedne nadadzą się do publikacji, inne autorzy niniejszego tekstu zachowają dla siebie. Bawół ma w zanadrzu jeszcze kilka podobnych historii. Kiedyś zawiózł pijanego Masę do burdelu. Ten kazał dwóm panienkom zająć się taksówkarzem, po czym zamroczony alkoholem zasnął, nawet nie dotknąwszy żadnej z dziewczyn. Agencje towarzyskie były zresztą czymś więcej niż tylko miejscami, w których pospiesznie uprawiano seks – czasami służyły za noclegownie, czasami za biura, gdzie spotykano się w celach biznesowych, czasami za lokale, w których organizowano przyjęcia. Takie gangsterskie świetlice…

Chińczyk: – Dajmy spokój Bawołowi. Przypomniała mi się inna historia. Kiedyś przyjechał do mnie do domu… mniejsza z tym, kto to był. Jeden z bossów. Towarzyszył mu taksówkarz, na którego mówiliśmy Alaska. Przyjechał i mówi: Jedziemy do burdelu. Ale taki był najarany, że zanim zaparkowaliśmy pod burdelem, już chciał dymać Alaskę. W samochodzie kazał sobie ściągać spodnie, bo mu łapy drżały. W końcu zadzwoniliśmy po Budzika (Wojciecha B.) i ten go bezpiecznie doprowadził do panienek. On taki był! Swoim chłopakom kazał się po rękach całować, klękać przed sobą. Słowik był nie lepszy. Jak wobec kogoś czuł się mocny, to pomiatał nim, nieustannie pokazywał, kto tu rządzi.

Bawół: – Wszyscy byli najarani na dymanie, tyle że nie każdy robił z siebie pośmiewisko.

Masa: – Fakt, a większość pań ze Żbikowa3 to nie były obiekty szczególnie trudne do zdobycia. Pamiętacie Bumbla? Tego konusa, co kumplom obrabiał kobiety? Przecież jak Bryndziak (Marcin B.) poszedł siedzieć, to ten od razu poleciał do jego żony. Oczywiście z flaszką wódy.

Chińczyk: – U mojej też był, tyle że nic nie dostał. Ale jak poleciał do kobity jednego z naszych, do żony Mai, to wyobracał ją na wszystkie możliwe sposoby. Jak Maja dowiedział się, co jest grane – bo ona się w końcu przyznała – to taką jej rewolucję zrobił, że rany boskie!

Masa: – A Wieżę pamiętacie? Tę, co się kumplowała z Płetwą?

Znowu śmiech – najwyraźniej w tej kakofonicznej opowieści (bo wszyscy się przekrzykują, często wątki urywają się w najlepszym momencie) pojawiły się postacie, które przeszły do legendy. Takiej, oczywiście, którą wspomina się z łezką w oku.

Masa kontynuuje: – Wieża i Płetwa – ksywki stąd, że jedna bardzo wysoka, a druga o wielkich stopach – lubiły się zabawić z chłopakami i często chodziły tam, gdzie ekipa balowała. Zachodzę kiedyś do Uroczej, popularnej mordowni w Pruszkowie, i widzę, że Wieża i Płetwa napierdalają się z chłopakami. Ale nie chodzi o jakieś tam poklepywanie się po plecach, tylko pranie po mordach. Ale nic, siadam, popijam i podchodzi do mnie Wieża. No to ja coś jej tam burknąłem, chyba nawet rzuciłem mięsem, a ona mnie luuuuu w mordę. Z całej siły. To ja na to: Ach, ty ruro, i też buch ją w twarz. Zerwała się i pobiegła do kuchni. A ja za nią. Wtedy ona chwyciła za gar z ziemniakami i chlusnęła mi nimi po oczach. Zagotowało się we mnie i oprawiłem ją solidnie. Ale to była taka herod-baba, że jak jej nie unieruchomiłeś, to wstawała i dalej się tłukła. Ot, takie typowe pruszkowskie nieporozumienie towarzyskie. Wieża i Płetwa to tak naprawdę było dwóch charakternych chłopaków, choć w damskiej skórze.

Chińczyk: – Mąż Wieży to był z nią biedny… Jak zaczął z kumplami robić wódkę ze spirytusu, to dość szybko doszedł do dużej kapusty. No i od razu kupił sobie nowe audi sto – w tamtym czasie to był sam szyk. Postanowił uczcić zakup. Podjechał na postój taksówek, zaprosił chłopaków do środka i zaczęli chlać gorzałę. Ostatecznie nie codziennie kupuje się audi sto. I wtedy pojawiła się Wieża – zobaczyła, że jej mąż pije z kumplami, i wkurwiła się. Poszła do domu po bejsbola i wróciła na postój. Chłopaki nawet nie przeczuwali, jakie zagrożenie nadciąga. Nagle usłyszeli huk – to Wieża rozpieprzała najnowszy nabytek swojego ślubnego. Szyby, dach, maska – w zasadzie samochód można było oddać na złom. Fakt, ostra była babka. Szkoda jej, zapiła się na śmierć. Więcej szczęścia miała Płetwa – znalazła sobie jakiegoś przyzwoitego faceta, zmieniła środowisko. Jak to mówią: ślad po niej zaginął.

Dochodzi dziesiąta wieczorem – węgle pod grillem są już zimne. Prawie tak jak wódka, której nie może zabraknąć na stole. Mimo że dojechało jeszcze kilku chłopaków, impreza powoli zaczyna wchodzić w fazę finałową. Pojawiają się nowe wątki, nowe historie, ale narratorzy opowiadają je pospiesznie, trochę na zasadzie: lepiej po łebkach niż w ogóle. Jednym z ostatnich bohaterów wieczoru wspomnień jest Czesław B. „Dzikus”, o którym już wcześniej była mowa.

Masa: – To był jeden z większych elegantów w Pruszkowie, a menda jak mało który. Tyle mi numerów wykręcił, że aż szkoda gadać. Ale tak skubany dbał o siebie, że nawet po pięćdziesiątce miał zęby jak perełki. No i oczywiście z taką gębą mógł być pewien, że niejedna laska poleci na niego.

Chińczyk: – Ale on miał specyficzny gust… Dymał piętnastolatki…

Masa: – Nie tylko. Tak jak i inni był amatorem cudzych kobiet. Kiedyś puknął żonę jakiegoś gościa. Myślał, że mu wszystko wolno, i nie spodziewał się odwetu. Tymczasem tamten kupił sobie belgijkę – taki archaiczny pistolet kaliber sześć trzydzieści pięć milimetra – i poszukał Dzikusa. Jak go zobaczył, to podszedł do niego i strzelił mu w plecy. Ale trafił na farciarza – kula odbiła się od łopatki Dzikusa i tyle. Dzikus wrócił do domu, nakleił sobie plaster na małą rankę. Był tak samo pancerny jak Parasol. Przecież Janusz P. dostał kiedyś trzynaście „pestek” i też wielka krzywda mu się nie stała. Jak widać, odpowiednia masa mięśniowa robi swoje. Kto to zrobił? A cholera wie… jakiś dobry człowiek. Parasol na pewno zasłużył i niejeden chciałby zrobić to samo. No, ale egzekucja się nie powiodła.

Po tej strzelaninie Janusz wsiadł do taksówki i pojechał do chłopaków na Wrzesin4, żeby wydać im jakieś dyspozycje. Dopiero potem zawieźli go do szpitala, gdzie mu wyjęto kule. Parasol miał wielu wrogów, ale podejrzewam, że najgorzej życzyły mu kobiety, które dręczył. A był w tym niedoścignionym mistrzem. Niejedna prostytutka czy tancerka go-go, która miała nieszczęście spotkać go na swej drodze, z radością wywaliłaby mu w łeb magazynek.

I tak po raz kolejny schodzimy na tematykę damsko-męską. Może to więc dobry pomysł, aby opowieść o najsłynniejszej polskiej mafii rozpocząć od kobiet, które krążyły wokół Pruszkowa?

*

Kobieta mafii ma – według wielu – twarz Nastassji Kinski. Ta piękna niemiecka aktorka o polskich korzeniach wcieliła się w jedną z głównych ról gangsterskiej sagi pod oryginalnym tytułem Bella Mafia. Zagrała Sophię Luciano, która po śmierci męża mafiosa – wraz z innymi wdowami po gangsterach – przejmuje bandycki interes i radzi sobie nie gorzej niż mężczyźni, sięgając po brutalne metody, ponoć tradycyjnie zarezerwowane dla facetów.

Ci, którzy sądzą, że takie kobiety jak Sophia istnieją wyłącznie w wyobraźni producentów z Hollywood i należą do świata, który w rzeczywistości nie istnieje – są w błędzie.

Kobieta mafii ma bowiem wiele twarzy i jeszcze więcej znaczeń. Raz jest to faktyczna przywódczyni grupy przestępczej, raz jedynie małżonka gangstera, w mniejszym bądź większym stopniu zorientowana co do charakteru pracy, którą wykonuje jej druga połowa.

Zresztą nie ma się co ograniczać wyłącznie do żon – wiadomo, że gangsterzy, świadomi ulotności swej fortuny i sławy, łapczywie korzystają z tego, co im podsuwa życie. A oprócz czasami naprawdę wielkich pieniędzy podsuwa im ono piękne kobiety gotowe odgrywać rolę tej drugiej, nieformalnej, czasami o wiele ważniejszej od żony.

Mówiąc krótko, trudno znaleźć gangstera, któremu byłaby niemiła myśl o kochance. O przelotnych „numerach” z dziewczynami, których imion (a nierzadko także twarzy) przestępca pewnie nawet nigdy nie poznał (jeśli „robił to” w ciemności albo w określonej pozycji), nie ma nawet co wspominać.

Czyli kobieta mafii – cokolwiek to znaczy – może mieć twarz hollywoodzkiej gwiazdy albo… po prostu jej nie mieć, jako obiekt, który posłużył do zaspokojenia żądzy.

Vita brevis, ars longa, czyli „życie krótkie, sztuka długa” – głosi rzymska maksyma, będąca tłumaczeniem myśli Hipokratesa. W całości sentencja ta brzmi: „Życie krótkie, sztuka długa, okazja ulotna, doświadczenie niebezpieczne, sąd niełatwy”.

Czyż można trafniej podsumować obyczaje panujące w strukturach przestępczości zorganizowanej? Świadomość krótkiego życia, najeżonego niebezpiecznymi doświadczeniami, wśród których sąd wcale nie był tym najgorszym, powodowała, że chłopcy z „miasta” zawsze lgnęli do kobiet. Tych i tamtych…

Kobiety mafii były więc ważne, dość ważne i zupełne nieważne. Ale czy tego samego nie można powiedzieć o gangsterach? Były ukochane matki, od których wychowania zależało, czy młody człowiek pójdzie drogą przestępstwa czy też nie. Były ubóstwiane, choć zdradzane żony, które czasem chciały wpływać na gangsterskie decyzje mężów, a czasem pragnęły uciec jak najdalej od ich świata. Były także panie, których przygoda z mafią nie trwała dłużej niż kilka chwil.

Przyjrzymy się wszystkim typom kobiet związanych i z samym Pruszkowem, i z innymi organizacjami przestępczymi krążącymi po „mieście” w ciągu ostatniego ćwierćwiecza.

Zacznijmy od tych, od których najchętniej zaczęliby sami gangsterzy.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

2 Mięśniaki – grupa odpowiedzialna za rozwiązania siłowe, kierowana przez Grzegorza Ł. „Mięśniaka” (przyp. A.G.).

3 Żbików – owiana złą sławą dzielnica Pruszkowa (przyp. aut.).

4 Wrzesin – dzielnica Pruszkowa, w której znajduje się szpital (przyp. A.G.).

Spis treści

Dlaczego właśnie Masa?

OD AUTORA: Jarosław Sokołowski „Masa”

OD AUTORA: Artur Górski

ZAMIAST PROLOGU. Wszyscy myślą, że wciskamy kit...

Punkty orientacyjne

Okładka