Marion, córka mgły - Katarzyna Enerlich - ebook
NOWOŚĆ

Marion, córka mgły ebook

Katarzyna Enerlich

0,0

Opis

V tom sagi rozpoczętej „Akuszerką z Sensburga”.

 

W Domu na Wygonie pojawia się nieznajomy. Kiedyś nazywał się Dieter – dziś to Edmund. Po nagłej śmierci rodziców rozdzielono go z rodzeństwem. „Rozdzielili nas jak szczeniaki” – powie po latach, wracając w rodzinne strony, by odnaleźć ślad i grób przybranej siostry, Marion. Liczy na pomoc kobiet z Domu na Wygonie. Jest rok 2020.

 

Sto lat wcześniej w klasztorze staroobrzędowców w Wojnowie pojawia się dziewczynka, którą przyniósł nurt rzeki. To właśnie Marion. Dorasta wśród uli i łąk, w brzęczeniu owadów odnajdując spokój i ucząc się życia. Staje się zaklinaczką pszczół. Gdy Marion, brutalnie odcięta od pierwszej, młodzieńczej miłości, trafia na służbę do dworu Heitmannów w Pustnicku, jej życie gwałtownie przyspiesza. We dworze poznaje Joachima – starszego pszczelarza, z którym ma prowadzić pasiekę. Nowa miłość przychodzi do Marion niespodziewanie, choć w milczeniu mężczyzny kryje się jakaś tajemnica.

 

Marion czuje więcej – jej ciało działa jak barometr. Wyczuwa choroby i przeczuwa to, co nieuchronne. Herta Becker, szeptucha z Warpun, dostrzega w niej potężną moc. Nazywa ją „córką mgły” i namawia, by przyjęła swój dar. W tle tej historii majaczy postać Jegle – matki Marion i Dietera, która podjęła dramatyczną decyzję, o jakiej nikt nie miał się dowiedzieć. To ona oddała Marion rzece, a milczenie o tym czynie stało się klątwą kładącą się cieniem na losach całego rodu.

 

Współcześnie Basia z Domu na Wygonie trafia na pamiętnik córki szeptuchy, Anny Becker. Na jego kartach odkrywa prawdę o Marion, przyrodniej siostrze Dietera – Edmunda.

 

Czytelnik w tej powieści wędruje przez mazurską głuszę, Królewiec, Olsztyn i Berlin lat trzydziestych – świat, nad którym zbiera się już wojenna burza. Tom kończy się rok przed wybuchem wojny. Marion ma jeszcze w sobie siłę, miłość i swoje miejsce na ziemi. I wierzy, że to wystarczy, by żyć.

 

 

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 451

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2026, Katarzyna Enerlich

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN 978-83-8241-389-2

Projekt okładki: Zuzanna Malinowska Studio

Korekta: Dorota Ring

Skład i łamanie: Jacek Antoniuk

Zdjęcie na okładce: Franz Backofen (1806–1881) | Polona

[email protected]@gmail.com

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

U źródła opowieści

Każda opowieść ma swój dom, swoje źródło i swojego człowieka. Tak było i w tym przypadku. Zwykle podziękowania kończą powieść, ja jednak chcę zacząć od nich, by Czytelnik od samego początku był świadomy obecności fikcji i wyobraźni Autorki. Zatem niech to będzie miejsce na wdzięczność, nim jeszcze się wejdzie w tę opowieść.

Książka, którą trzymacie w dłoniach, nie byłaby tak pełna historii, barw i zapachów dawnych Mazur, gdyby nie życzliwość osób, które pomogły mi odnaleźć ten dawny klimat. Szczególne podziękowania kieruję do Edmunda Milewskiego (dawniej: Dietera Klinka) i jego żony Elżbiety za wspólny czas w ich domu w Niborku gm. Sorkwity, w pięknej śnieżnej scenerii, i podzielenie się ze mną zajmującą opowieścią z życia pana Edmunda. Czynię Go bohaterem mojej powieści, zainspirowana Jego losami – dwa nazwiska, dwie matki i dramatyczne rozdzielenie z rodzeństwem. „Rozdzielili nas jak szczeniaki” – powiedział, a ja od razu wiedziałam, że o tym życiu trzeba napisać książkę. Odbiegam jednak od faktów, tworząc z nich tylko ramę dla opowieści, wiążę jego losy z losami bohaterów fikcyjnych, których stworzyłam w swojej wyobraźni, na tle prawdziwych i nieprawdziwych wydarzeń. Mieszam i ugniatam te okruchy prawdy i nieprawdy, jak kiedyś stare zielarki mieszały zioła w swoich kamiennych moździerzach, i tworzę nową opowieść, wspierając się starymi dokumentami, książkami i opowieściami, w których wciąż tętni echo przedwojennych: Pustnik, Wojnowa, Reszla, Kętrzyna, Mrągowa, Stachowizny, Pisza, Olsztyna i Królewca. Wszystko po to, by ocalić od zapomnienia ducha tamtych czasów, a nie tylko suche fakty z ludzkich biografii.

Szczególne słowa wdzięczności kieruję do Wiesława Puławskiego z Warpun. To on, urodzony w tej wsi i wierny jej dziejom, od lat pielęgnuje lokalną historię i podtrzymuje więzi z dawnymi mieszkańcami – autochtonami, żyjącymi dziś w Niemczech. To dzięki Jego opowieściom poznałam postacie prawdziwej akuszerki i pielęgniarki, Herty Becker, oraz jej córki Anny. Choć na kartach powieści pozwoliłam sobie przenieść obie kobiety nieco w czasie i dodałam im zupełnie inne losy, to mam nadzieję, że ich siła i otwarcie na innych stały się sercem tej historii.

Marion, dziewczynka wyłowiona z rzeki, jest postacią fikcyjną, ale łączą się w niej losy kobiet zielarek na dawnych Prusach Wschodnich. To tu, nad brzegiem Krutyni, splatają się nitki wszystkich moich opowieści. Prawdziwe jest zielarstwo z Wojnowa i niezmiennie dziękuję właścicielowi klasztoru, Tomaszowi Ludwikowskiemu, za otwartość, życzliwość oraz wszystkie historie, którymi tak chętnie się ze mną dzieli. O tym miejscu pisałam już w Rzece ludzi osobnych, wracałam do niego w Akuszerce z Sensburga i kolejnych tomach sagi, więc i w tym, piątym z kolei, klasztor musiał odnaleźć swoje miejsce.

Dziękuję również znakomitym pszczelarzom: Krzysztofowi Nojszewskiemu (twórcy doskonałych Miodów z Mazur) oraz Pawłowi Jastrzębskiemu za nieocenione konsultacje. Pszczelarstwo przedwojenne różniło się od obecnego i nie miałam odwagi pisać o Marion jako zaklinaczce pszczół bez ich fachowego wsparcia. Dzięki ich wiedzy świat pasieki Marion zyskał prawdziwy, dawny blask.

To dzięki Wam wszystkim w tej historii, choć utkanej z wyobraźni, można wyczuć prawdziwe życie.

Zanim dowiecie się, co Basia, potomkini akuszerki z Sensburga, odkryła na kartach starego pamiętnika Anny Becker, przyjmijcie moje zaproszenie do świata, w którym granica między tym, co rzeczywiste, a tym, co magiczne, jest cienka jak rzednąca mgła nad pełną tajemnic mazurską ziemią.

Z Marion spotkamy się jeszcze w kolejnym, szóstym tomie.

Dobrze zatem, jeśli sagę tę czyta się od pierwszego tomu, czyli od Akuszerki z Sensburga przez kolejne: Ziele Marianny, Dom na Wygonie, Powrót do Domu. Jednak każdą z tych książek można też czytać oddzielnie. Będę szczęśliwa, jeśli lektura obecnej zachęci, by sięgnąć do poprzednich tomów.

Tymczasem życzę dobrego czytania. Mam nadzieję, że granice fikcji z prawdą rozmyły się na tyle dokładnie, że staną się dla Was nierozpoznawalne.

Autorka

Mgła stała nad rozmoczoną od deszczu i wysmaganą wiatrami ziemią. Przemoknięte drzewa traciły swoje kontury na horyzoncie szarego nieba. Ich kora lśniła, a gałęzie chyliły się niczym baldachy chroniącego przed ukrytym złem arcydzięgla. Okoliczne wioski tonęły w wilgoci, jak w za dużym płaszczu.

Mgła widziała wszystko.

Mgła na samym początku istnienia wsączyła się w najmniejsze szczeliny czasu i istnienia, gromadziła się tam i pęczniała, by nasiąknąć naturą wszystkiego, by potem wypłynąć niczym rozgrzany dymny dziegieć albo słodkawy wosk i rozlać się po świecie, sprawiając, że wszystko stało się połączone ze wszystkim. Soki roślin połączyły się z drobinami kurzu, włosy starych zielarek z korzeniami dzikich bylic, gorycze piołunów zaplotły się z błyskawicami majowych burz.

Tamtego dnia mgła oplatała świat duszny od deszczu i ciężki od żałobnych pieśni, które natychmiast wsiąkały w błoto. Na horyzoncie lasu u granic Königshöhe1 odcinał się żałobny kondukt. Na wozie trzęsła się zbita z desek trumna, wyłożona żółtą, ciężką od wilgoci słomą. Cmentarz rozwarł przed nimi zardzewiałą bramę. Dążyli do grobu, jakby prowadziła ich Rzeka Pożegnań. Nad otwartym grobem stanęła ona, Jegle – kobieta w czerni, wpatrzona w księdza z taką furią w oczach, jakby każde jego słowo, wygłoszone nad grobem, chciała wymazać i zastąpić własnym – bo tylko ona wiedziała, ile w niej bólu i zgrozy. Wtedy wydarzył się ten fatalny znak. Sznur wyślizgnął się z rąk grabarza, a trumna uderzyła o dno z głuchym łoskotem pękającego drewna. Jegle, widząc to, padła na ziemię, brudząc sobie błotem czarną suknię, a wiejskie baby, przerażone złą wróżbą, szybko kreśliły znaki krzyża. Płacz, drżenie, oczy wznoszone do nieba. Ale tam, na górze, była tylko wszechwiedząca i wszechczująca Mgła.

Zasypali grób grudami wilgotnej ziemi. Słomę z wozu skrupulatnie zebrali i złożyli pod lipą – zaklinali potem zmarłego, by tam spoczął i nie wracał straszyć żywych.

Niedługo potem Jegle zniknęła. Wyjechała ze swojej chaty o świcie, wozem wyładowanym gratami, pod którymi ukryła tajemniczy tłumoczek. Ruszyła traktem na Sensburg i przepadła bez wieści. Nigdy więcej jej w tych stronach nie widziano. Mówiono jednak potem, że za jej wozem poszła Mgła, gęsta i wierna, szczelnie otulając ukryty pod kocami bagaż – niewielki koszyk, jakby chroniła największą tajemnicę.

Dom na Wygonie, Zełwągi, grudzień 2020 rok; Marianna i Basia

Czas w starym domu Marianny gęstniał i sączył się powoli, przybierając barwę starego bursztynu. Zima, która rozsiadła się za oknem niczym śnieżna królowa, zdawała się nie mieć wstępu do chaty – tylko odgłosy wiatru i stękanie drzew z pobliskiego lasu przenikały stare belki. Miało się wrażenie, że cienka jak pergamin granica pomiędzy zakurzoną przeszłością a nieuchronną przyszłością pęka i przepuszcza jasną smugę światła. Czy to możliwe, by te dwa światy mogły się ze sobą połączyć? Czy jest gdzieś jakiś punkt styczny?

W pokoju naprzeciwko okna siedziała przygarbiona kobieta, Marianna. Potomkini akuszerki z Sensburga. W jej kruchym, stuletnim ciele, zasuszonym niczym gałązka piołunu, tlił się duch dawnych Mazur – tej dziwnej krainy rozlanych po całej połaci szklistych wód i mgieł, wstających o świcie nad trzcinowiskami, do której sprowadziła się niegdyś jej matka, Stanisława. Wybrała do życia miejsce pełne szeptu starych drzew, pamiętających jeszcze czasy sprzed wielkich wojen, kiedy to ludzie połączeni były jakąś pierwotną więzią.

Choć teraz siedziała nieruchomo w fotelu, uwięziona w swym sędziwym ciele, czując coraz bardziej ciążące nogi, jej serce wciąż błądziło po pachnących grzybnią leśnych drogach, między kępami jałowca, grząskimi ścieżkami z nadjeziornych szlaków, gdzie zapach sprężystego tataraku mieszał się z chłodem porannej wody.

Czy to będzie ostatnia jej zima na tej ziemi? Czy jeszcze zazna przebudzenia wiosny, buchającego ciepła lata i złocistego drżenia jesieni?

Marianna trwała niczym czekająca na coś strażniczka... I patrzyła na ogień. Palił się zrazu nieśmiało, pełgał po podrzuconych przez wnuczkę Basię szczapach. Grudniowy chłód ciągnął od sieni, ale z każdą minutą wygrywało z nim ciepło z kominka. Otulona wełnianym pledem, z okularami na nosie i odłożoną na stolik książką znieruchomiała pod dotykiem wspomnień i lęku przed odejściem. Zatem można tak po prostu zostawić to ciało, te myśli, te opowieści wewnątrz niej i pójść w drogę ku nicości?

Wiedziała, że stanie się to niedługo. Nie zostało jej wiele czasu. Niedługo zgaśnie, niczym iskra na tych szczapach... Zabierze ze sobą wspomnienia, obrazy ludzi, miejsc, zdarzeń. Pamięć. Nie sposób się tym wszystkim podzielić. To jest tylko i wyłącznie jej bagaż, nikomu go nie może dać, nikt tak naprawdę jej nie pozna.

Każdy ma w sobie jakąś mgłę...

Miała sto lat i siedem miesięcy. Nie sądziła, że dożyje tak sędziwego wieku! Kiedy była młoda, już siedemdziesiąt lat wydawało się jej schyłkiem życia. Dziś chętne przywróciłaby samej sobie tamte siły i tamto ciało.

Kościste palce skubały krawędź pledu.

W środku niej zwinięta w kłębek mała dziewczynka zrodzona z pól i łąk drżała razem z nią.

Jeszcze niedawno obchodziła swój jubileusz – rodzina i znajomi bardzo się postarali. Zjawiły się władze miasta i gminy, był tort, gratulacje i prezenty – zestaw wełnianej pościeli i obraz autorstwa lokalnego malarza. Radio Olsztyn i jakiś portal internetowy zrobili z nią wywiady, zamieścili jej zdjęcia sprzed lat, a na końcu fotografię z czasów obecnych. Spoglądała z niej drobna, pomarszczona twarz, okolona wianuszkiem białych jak mleko włosów.

„Niemożliwe, że to jestem ja” – pomyślała, przyglądając się samej sobie wpatrzonej wprost w obiektyw. Miała wrażenie, że życie spłatało jej figla, umieszczając młodą duszę w tym dziwnym, słabnącym z dnia na dzień ciele.

Jeszcze niedawno chodziła po polach z płóciennym workiem, zbierała zioła, patrzyła w słońce, przecierając oczy zakurzoną dłonią. Jeszcze niedawno jechała do swojego ukochanego Tadeusza, późniejszego męża, do jego rodzinnego Niedźwiedziego Rogu, by razem z nim stroić choinkę i kleić pierogi z kapustą i grzybami...

Nim została jego żoną, wiele się w ich życiu wydarzyło – kiedy dziś patrzyła na to wszystko, kiwała głową ze zrozumieniem dla tego, co ludzie nazywają miłością. Ale to zrozumienie przyszło do niej bardzo późno.

Wnuczka Basia. W niej widziała jakby obraz siebie – córka Nadzia miała więcej cech swojego ojca, Wojtka, partyjnego działacza i człowieka z pogmatwaną przeszłością. Odebrany siłą syn Galiny, byłej mniszki z Klasztoru Staroobrzędowego w Wojnowie, osierocony przez przybranych rodziców – wrócił po latach pod skrzydła na nowo odzyskanej matki.

Jak dobrze, że Basia wróciła z tych Niemiec! Emigracja wnuczki uwierała ją niemal od początku, jakby w przeczuciu, że nic z tego nie wyjdzie, a ta prędzej czy później wróci do Polski. Tym razem jej niemieckie korzenie nie zwyciężyły – Basia zatrzasnęła za sobą drzwi równie mocno i stanowczo, jak robiła to niegdyś Marianna, gdy opuszczała Puszczę Białą, rodzinne strony koło Wyszkowa, i udawała się na mazurską emigrację za swoją matką.

Rozpierała ją duma, że Basia została lekarką, idąc w ślady prababci Stasi. Podobnie jak ona, pragnęła nieść pomoc i zmieniać ludzkie życie. Coś jednak musiało pęknąć, skoro porzuciła powołanie i wciąż nie potrafiła odnaleźć nowej drogi. Teraz żyła tu nader skromnie, żyjąc jedynie z oszczędności i trwając w dziwnym zawieszeniu.

Marianna nie pytała, co się wydarzyło. Wystarczyło, że nieustannie robiła to Nadzia. O, dobrze znała dociekliwość córki – skrupulatność odziedziczoną po ojcu. Nie raz powtarzała jej, by zostawiła Basię w spokoju; gdy przyjdzie czas, dziewczyna sama wyzna prawdę. Prośby jednak na niewiele się zdawały.

Na szczęście kiedy tylko Nadzia miała więcej pracy, natychmiast zapominała o córce, bo obowiązki pochłaniały ją bez reszty. Od lat mogła już być na spokojnej emeryturze i razem z Kurtem zwiedzać świat – jak to planowali przed laty, jednak wciąż to odkładali. Oboje lubili pracować, a Pensjonat „Na Wygonie” przynosił spore zyski. Zatrudniali dwie kobiety ze wsi, a kiedy Basia wróciła do Polski, włączyła się do pomocy i teraz pensjonat stał się prawdziwie rodzinnym biznesem.

We wrześniu Kurt przeszedł udar. Upadł nieopodal zagrody dla owiec, w momencie gdy je karmił. Dopiero dwie godziny później znalazła go Basia; natychmiast udzieliła mu pierwszej pomocy, ale było już za późno. Kiedy pogotowie zabierało ojca, rokowania nie dawały nadziei. Pacjent nigdy nie wróci do pełnej sprawności – usłyszały od lekarzy w szpitalu w Biskupcu, dokąd zawiozła go karetka.

Kiedy wrócił do domu i ułożono go w wysokim, specjalistycznym łóżku, Marianna westchnęła cicho: 

– Jaka to niesprawiedliwość. On młodszy, silniejszy, a już nie wstanie. A ja wciąż chodzę po tym świecie, sama nie wiem po co...

– Babciu, nie mów tak – zaoponowała Basia, gładząc jej pomarszczoną, chudą dłoń. – Jesteś nam potrzebna.

Od czasu powrotu wnuczka z niemal naukową skrupulatnością spisywała jej wspomnienia. Wciąż dopytywała o szczegóły, wyciągała stare zdjęcia i prosiła o identyfikację wyblakłych twarzy. Marianna początkowo wzbraniała się przed tym, uznając grzebanie w przeszłości za stratę czasu. Potem jednak poczuła, że im więcej mówi, tym lżej przychodzą jej kolejne opowieści. Odżywały zapachy, smaki i barwy dawnych lat. W końcu sama zaczęła inicjować te sesje, ponaglając młodą kobietę do notowania. Basia, w wolnych chwilach, chętnie chwytała za pióro lub nagrywała wszystko nowoczesnym telefonem. Urządzenie, ku zdumieniu Marianny, potrafiło zamienić głos w słowo pisane, które wnuczka odczytywała jej potem, dbając o każdy szczegół.

Przeglądanie zdjęć z każdym dniem sprawiało jej coraz większą radość. Palcami muskała wyblakłe odbitki, jakby mogła poczuć szorstkość dawnych swetrów czy gładkość letnich sukienek. Noce przynosiły ukojenie – w snach znów stawała się tamtą Marianną: pachnącą ziołami, pełną pasji i wiecznie zabieganą, by udźwignąć trud komunistycznej jeszcze codzienności. Te senne powroty stały się jej najmilszą odskocznią; żałowała tylko, że kończą się wraz z nadejściem świtu. Każde przebudzenie łączyło się z lekkim rozczarowaniem – oto znów wraca do coraz bardziej zawodzącego ją ciała, do tych pomarszczonych palców, sinych ust i bolących kolan. A potem znów zjawiała się Basia, spragniona kolejnych opowieści.

– Babciu, a nie bałaś się w stanie wojennym?

– A co najbardziej lubiłaś gotować na święta?

– Pamiętasz jeszcze przepis na metrowca?

– A jak robiłaś tę maść z żywokostu? A to słynne mydło borowinowe? – dopytywała, zawieszając głos.

Zakres pytań był ogromny; Basię interesowało dosłownie wszystko. Marianna cieszyła się z tej ciekawości, choć w głębi ducha nie mogła wyjść ze zdumienia. Nawet Nadzia przez całe życie nie zadała jej tylu pytań, ile wnuczka zdołała w ciągu tych kilku ostatnich miesięcy. Cieszyło ją to, ale jednocześnie niepokoiło. Czyżby Basia wiedziała, że ona, Marianna, wkrótce odejdzie? Że ich czas skraca się nieubłaganie i potrzeba złapać z niego jeszcze tyle, ile się da? Na co komu te wszystkie wspomnienia? Przecież i tak nigdy nie oddadzą tego, kim naprawdę była. Nie cofną czasu ani nie sprawią, że ktokolwiek w pełni zrozumie jej życie... Niektóre rzeczy po prostu muszą zniknąć razem z człowiekiem.

Basia była dla niej taka dobra. Po swoim powrocie do Polski niewiele mówiła, nie dzieliła się też żadnym pomysłem na życie, jakby na razie zbierała tylko w sobie wydarzenia, łącząc je w nowe projekty. Marianna jednak czuła, że Basia dba o nią, jakby chciała jej wynagrodzić lata spędzone w Niemczech. Nie musiała nic mówić – jej drobne gesty były jak rytuały. Poprawiała pled na nogach delikatnie, jakby dotykała kruche pisklę, wcierała maści w przesuszoną skórę, jakby dotykała płatków kwiatów. Kiedy stawiała przed Marianną kubek z ziołowym naparem, robiła to niemal bezszelestnie, nie chcąc przerwać ciszy żadnym nagłym dźwiękiem.

Miało się wrażenie, że w ten sposób pragnie pomóc jej w łagodnym przeżyciu tych dziwnych, ostatnich lat. Nikt z dawnych znajomych i przyjaciół Marianny już nie żył i od długiego czasu odczuwała dojmującą samotność. Na świecie nie było żadnego świadka jej dzieciństwa i młodości. Również historia jej mamy, znanej akuszerki i pierwszej powojennej pielęgniarki, odeszła w niepamięć. Młodzi ludzie, wciąż dokądś spieszący się, nie mieli czasu na wspomnienia i teraz tylko Basia od czasu do czasu poruszała w pamięci babki tę sentymentalną nutę. Po powrocie z Niemiec wnuczka zamieszkała właśnie z nią, w starej, choć z czasem rozbudowanej i wyremontowanej chacie. A mogła przecież wybrać nowy, wygodny dom rodziców, który stał tuż obok – wystarczyło przejść przez niewielką łąkę. Basia wolała jednak skrzypiące podłogi starego rodzinnego domu, przeniesionego z Puszczy Białej, i bliskość babci. Ostatecznie uznano to rozwiązanie za najlepsze – Marianna miała opiekę i nie była sama. Nie znosiła obcych osób kręcących się po domu, choć nawet Basia potrafiła zajść jej za skórę. Wnuczka bez przerwy słuchała audiobooków, wypełniając przestrzeń nieustannym szumem głosów. Tymczasem Marianna coraz bardziej łaknęła ciszy; im była starsza, tym mocniej ją celebrowała. Czasem nachodziła ją nawet grzeszna myśl, że ze wszystkich zmysłów chciałaby stracić słuch. Nie musiała wtedy prowadzić rozmów, na które nie miała już ochoty.

– Świat jest taki głośny i przegadany – stwierdzała niekiedy, a potem zamykała się na cztery spusty w swoim pokoju. Wszyscy mówili, że dziwaczeje na starość i kiwali ze zrozumieniem głowami. To ich politowanie też czasem ją irytowało, więc zamykała się w sobie jeszcze bardziej.

Jedynie to Basine zamiłowanie do wspomnień i otwieranie dzięki niej pamięci działało na starszą panią kojąco i dobrze – mówiła wtedy długo i chętnie, mając wrażenie, że czas odwrócił swój bieg.

W jej opowieściach powracał więc Mystkówiec Stary – miejsce narodzin, i Suwin, gdzie dorastała. Przywoływała kolejne wioski Puszczy Białej, okolice Pułtuska i Wyszkowa, gdzie spędziła młodość, zanim ruszyła na poszukiwanie matki w dalekich Prusach. Dziś, z perspektywy lat, uznawała, że było to czyste szaleństwo. Świat płonął w wojennej zawierusze, a ona – młoda i uparta – wyjechała w nieznane.

„Jaka ja byłam wtedy niezłomna” – myślała z niedowierzaniem, przywołując obraz opuszczonej chaty w głębi lasu, którą własnymi rękami doprowadziła do jakiego takiego stanu używalności. To tam znalazła schronienie, gdy Rosjanie napadli na dom Galiny i Marcina Gramsów, u których mieszkała podczas wojny. Towarzyszył jej wtedy Marcin; pamiętała jego dumę, gdy widział, co zrobiła, by zapewnić im bezpieczny kąt.

To ona, Marianna, założyła pierwszą w powojennym Mrągowie zielarnię, stając się miejscowym barwnym ptakiem i żywym symbolem odradzającego się miasta. Gdziekolwiek się pojawiała, witano ją z szacunkiem. Żyła w blasku sławy swojej matki, słynnej akuszerki Stanisławy Liszewskiej, której imię budziło wówczas podziw w całym regionie. O jej życiu krążyły wręcz legendy – powstał nawet spektakl, wystawiany na deskach Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Ach, co to były za czasy! Była taka dumna ze swojej matki!

Jak dawno nie widziała miasta! Biblioteka, kino, koncerty – wszystko to stanowiło przeszłość. Jej świat skurczył się do starej chaty na skraju Zełwąg, skrawka ogrodu i wąskiej ścieżki prowadzącej ku lasowi. Dalej nogi już nie niosły. Spacerowała czasem, wsparta na wysłużonej lasce, ale z każdym dniem dystans stawał się krótszy, a krok cięższy. Nie chciała jednak całkiem zrezygnować ze swych wypraw; resztkami sił czepiała się powidoku tamtej silnej, pełnej energii dziewczyny, którą niegdyś była.

Na zdrowie, poza dokuczliwymi bólami stawów, w zasadzie nie narzekała. Omijały ją dolegliwości żołądkowe i tak typowe dla starości przewlekłe niemoce. „Dobre geny” – mawiała i pewnie miała rację. Wszak w Puszczy Białej od wieków żył lud twardy, krzepki i odporny na wszelkie choróbska. Może i ją czas oszczędzał tak samo jak dawnych sąsiadów, po których dziś pozostały już tylko mgliste wspomnienia i stare groby na cmentarzu w Pniewie.

Mężczyźni jej życia... Wojtek, ojciec Nadzi, potem rybak Tadeusz o pięknej duszy, ale najważniejszy był ten pierwszy – leśniczy Janek. Tak długo na siebie czekali! Musieli oboje owdowieć, by los w końcu pozwolił im się odnaleźć, choć przecież od zawsze byli sobie pisani. Jak łatwo zmarnować miłość... Dzisiaj, bogatsza o te wszystkie lata, nie popełniłaby już tego błędu.

Została dziś w domu sama, bo Basia z Nadzią wybrały się do miasta na przedświąteczne sprawunki. Marianna dołożyła polano do kominka, ogień wesoło strzelił iskrami. Do chorego Kurta, który wciąż wymagał opieki, miała wpaść później Kinga – młoda rehabilitantka, która wchodziła do domu jak domownik; Nadzia ufała jej bezgranicznie. Dziewczyna zawsze zaglądała też do Marianny, by rzucić wesołe powitanie i upewnić się, czy starszej pani niczego nie brakuje. Czasem pomagała jej wstać albo nastawiała wodę na herbatę, albo parzyła ziółka. Marianna czuła, że dziewczyna lubi być potrzebna, więc angażowała ją w proste czynności, które wciąż jeszcze dawała radę robić sama.

Las był dziś wyjątkowo spokojny. Zwykle o tej porze roku wiatry nadchodziły tu z różnych stron i wpadały w wir akurat na jej podwórku. Miała wrażenie, że całe siedlisko trzeszczy wówczas w szwach, jakby miało za chwilę poderwać się do lotu razem z ocalałymi jeszcze gdzieniegdzie liśćmi. Ogień w kominku rozbuchał się na dobre, wypełniając niewielki staroświecki salon połączony z kuchnią przyjemnym, kojącym ciepłem. Przed laty pomieszczenia te dzieliła solidna ściana, tak jak chciał jej nieznany ojciec Edmund, który zbudował ten dom. Po dawnym remoncie zyskały wspólną, otwartą przestrzeń. Dom stał się przestronniejszy, choć miało to swoją cenę. Gotowanie odbywało się teraz na oczach wszystkich, a gdy ktoś brał się do krojenia cebuli, cała rodzina ocierała załzawione oczy, wdychając jej ostry zapach.

Zbliżało się południe, sięgnęła więc po niewielkie radio stojące na parapecie. Od lat, z tym samym nabożeństwem, czekała w południe na dźwięki Hejnału Mariackiego, płynące z odbiornika. Czas pędził, świat wywracał się do góry nogami, a ta melodia i odgłos kroków na wieży trwały niewzruszone. Były dla niej punktem odniesienia, jedyną stałą rzeczą, jaka jej pozostała. Każdego dnia, gdy spiker zapowiadał południe, Marianna czuła to samo wzruszenie – jakby te kilka nut łączyło jej dzisiejszą starość z całą przeszłością.

Zawsze słuchała hejnału do końca.

I teraz również przesunęła do siebie szklankę z wystygłą już herbatą i zasłuchała się w pierwsze takty.

Pukanie do drzwi brutalnie przerwało jej codzienną ceremonię. Zamarła na chwilę z ręką zawieszoną nad radiem, chcąc ściszyć dźwięk. Kto to mógł być? Nikogo się nie spodziewała, wszyscy wyjechali do miasta, a ją samą rzadko już ktoś odwiedzał. Przez moment pomyślała o Kindze, ale szybko odrzuciła tę myśl. Opiekunka Kurta nie pukała, wchodziła do domu pewnie, jak do siebie. Kto więc stał za progiem? Hejnał wciąż płynął z głośnika, a pukanie powtórzyło się – tym razem głośniej i bardziej natarczywie.

– Halo, jest tam kto? – Usłyszała męski, niemłody już głos.

– Proszę! – zawołała odruchowo, mając cichą nadzieję, że drzwi nie są zakluczone i nie będzie musiała zrzucać z kolan ciepłego koca.

Klamka szczęknęła, a stare drzwi uchyliły się z przeciągłym skrzypnięciem. Z fotela przy oknie Marianna widziała je doskonale. Zawsze tu siadała – stąd miała na oku cały dom, czując się niczym strażniczka własnego królestwa.

Do sieni wszedł starszy, postawny mężczyzna. Mimo wieku widać było po nim krzepę, a dłonie, którymi otrzepywał czapkę ze śniegu, miał jak bochny chleba.

– Szukam pani Marianny – zawołał już od progu. – Mogę wejść?

Nie czekając na zaproszenie, postąpił kilka kroków i stanął przed nią, błądząc wzrokiem po kątach, jakby szukał wzrokiem pozostałych domowników.

– A o co chodzi? – zapytała, mierząc go nieufnym spojrzeniem spod przymrużonych powiek.

– Pani ma na imię Marianna?

– Tak, to ja.

– Nazywam się Edmund Milewski, choć to nazwisko pewnie nic pani nie powie. Kiedyś nazywałem się Dieter Klink. Jestem młodszym bratem Marion... Pani ją chyba znała?

Na dźwięk imienia Marion serce Marianny zadrżało i w oczach natychmiast pojawiły się łzy wzruszenia. Mała Marion... Piękna dziewczynka, która niczym Mojżesz w wiklinowym koszyku przypłynęła Krutynią do klasztoru! Pamiętała ją doskonale, swoją rówieśnicę. Była ulubienicą jej matki oraz Galiny, jej późniejszej teściowej – jeszcze w czasach, gdy obie mieszkały w klasztorze.

Ale zaraz, zaraz...

Jak to możliwe, że ten człowiek jest jej bratem?! Przecież Marion, mówiło się o tym w rodzinie i klasztorze, nie miała rodzeństwa, została porzucona przez matkę jako nieślubne dziecko z jakimś księdzem z przedwojennych Użranek – tyle usłyszała kiedyś od mamy, a ta od samej Marion, gdy już chorowała. Bo Marion z czasem udało się ustalić swoje pochodzenie, chociaż nie zdążyła nigdy odnaleźć rodziców. Wspomnienia o niej żyły w pamięci Stasi, a potem w niej – niewyjaśniona tajemnica. Ta nagła wiadomość wywróciła do góry nogami wszystko, co przez lata wiedzieli o Marion.

– Bratem? – wyszeptała, wpatrując się wnikliwie w mężczyznę. – Jak to?...

– Tak, młodszym o szesnaście lat bratem Marion – powtórzył, jakby sam wciąż oswajał się z tą myślą. – Moja ciotka, Erna Dudda, wyznała mi to na łożu śmierci. To były jeszcze lata sześćdziesiąte. Wie pani, jak to jest: człowiek młody, wiecznie w biegu, nie przywiązuje wagi do takich opowieści. Powiedziała, że moja matka, której nie pamiętam, bo zabrał ją tyfus, gdy miałem zaledwie dziesięć miesięcy, jeszcze przed wojną urodziła nieślubną córkę. Podobno położyła małą Marion w koszyku na rzece, z nadzieją, że nurt zaniesie ją pod mury klasztoru. Wtedy uznałem, że to starcze majaczenia ciotki. I prawie o tym zapomniałem. Dopiero pół roku temu, gdy dopadła mnie ciężka choroba i śmierć zajrzała w oczy, obiecałem sobie w gorączce jedno: jeśli przeżyję, odnajdę tych, którzy znali moją siostrę. Chciałem ocalić pamięć o niej, może nawet odnaleźć jej grób i położyć na nim kwiaty. I tak, po nitce do kłębka, trafiłem tutaj. Obecny właściciel Klasztoru Staroobrzędowego w Wojnowie powiedział mi, że pani ją znała, że była bliska waszej rodzinie.

Zamilkł. Patrzył na nią z wyczekiwaniem i napięciem na twarzy.

Marianna, słuchając tego, pobladła i przyłożyła dłonie do ust, po czym głucho jęknęła. Kręciła głową z niedowierzaniem, nerwowo przebierając palcami. Drżała, zdjęta nagłym wzruszeniem.

– Ach... Marion... Czyżby jej tajemnica miała się wyjaśnić? I to jeszcze za mojego życia... Niemożliwe...

W jednej chwili uświadomiła sobie, że oto tajemnica, która tak bardzo domagała się ujawnienia, właśnie znajduje swoje rozwiązanie. Spojrzała w dal, przez okno, na ścianę ukrytego za śnieżną zasłoną lasu, jakby szukając w tym widoku ratunku, zrozumienia. Po chwili jednak opanowała emocje, przeniosła wzrok na mężczyznę i odezwała się ponownie:

– Rzeczywiście, ma pan jej spojrzenie, choć zupełnie inny kolor oczu. Oczy Marion miały kolor ciemnego bursztynu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 Przedwojenna nazwa Użranek koło Mrągowa. ↩