Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Książnica Stargardzka
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 168
Rok wydania: 2012
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Marianowo
OPOWIEŚCISĄSIADÓW
MarianowoOPOWIEŚCISĄSIADÓW
MARIANOWO 2012
Redakcja książki:
ks. Jan Dziduch TChr, Bogdan Twardochleb
Autor rozmów i opowieści zamieszczonych w książce:
©Bogdan Twardochleb
Opracowanie graficzne i projekt okładki:
©Andrzej Tomczak; okładka, s. 1: Andrzej Tomczak: Saga marianowska II z cyklu Listy z prowincji (technika mieszana), s. 4: fragment Kroniki parafialnej ks. Edwarda Wowry.
Zdjęcia:
©Bogdan Twardochleb
©archiwum parafii Niepokalanego Poczęcia NMP w Marianowie
ISBN 978-83-61096-25-2
Nakład 300 egz.
Wydawca:
© Sydonia - Stowarzyszenie na rzecz
Ochrony Dziedzictwa Marianowa
© Parafia Rzymskokatolicka
p.w. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Marianowie
Drukarnia Grapus Sp. z o.o.
Jolanta Aniszewska (Muzeum w Stargardzie)
P
iotr Zaremba, pierwszy polski prezydent Szczecina, w swoich wspomnieniach napisał o roku 1945, że był to czas, kiedy życie toczyło się „w krainie nie tyle baśni, ile osobliwej rzeczywistości”. Był to świat realny, ale pełen dramaturgii, nieoczekiwanych i zaskakujących zwrotów oraz nieprzewidywalnych zdarzeń.
Taka „osobliwa” jest też opowieść o dziewięciu rodzinach, które daleko zostawiły swoje rodzinne strony, wybrały niepewny los i przeniosły się - pisząc językiem tamtego czasu - na Ziemie Odzyskane. Tutaj, na tym opuszczonym krańcu nowej Polski, żołnierz w sowieckim mundurze był zdobywcą, ale nie obrońcą, zegarmistrz (szabrownik) nie naprawiał, lecz zabierał co cenniejsze dobra i „byli tacy panowie”, którzy chcieli rozbierać kościoły. Na osadników czekał dom i gospodarstwo, ale ludziom mówiono - wbrew temu, co czuli - że ziemię lepiej uprawiać wspólnie, kolektywnie...
Dziewięć historii jednych z pierwszych polskich mieszkańców Marianowa, Czarnkowa i Wiechowa. Osadników, którzy przyszli na Zachód i - w odróżnieniu od wielu im podobnych - pozostali, by w trudzie, ciężką pracą zarabiać na przysłowiowy chleb dla swoich bliskich. Ich udziałem stal się podobny los, praca, radości i smutki. Spotykali się na żniwach, zabawach i pogrzebach... Dzieci uczyły się w jednej szkole, a po kolędzie przyjmowano tego samego kapłana.
Na kolejnych kartach tej książki toczy się, przerywana nową opowieścią, saga sąsiedzkich losów. Jest tutaj wspomnienie czasów wcześniejszych, jest dramat i trauma wojny, jest też zwyczajna codzienność. Choć słowo zwyczajna tutaj nabiera nowego znaczenia. Ci, którzy w dawnym niemieckim Marienfliess, Żarników, czy też Büche zaczynali budować kolejne dni polskiego Marianowa, Czarnkowa i Wiechowa, mieli w sobie odwagę zakładania nowego domu na obcej im ziemi.
Pierwszy - jak mówi opowieść - był Leszczyński. Jego ojciec do Niemiec przyszedł za pracą jeszcze przed pierwszą wojną światową. Kiedy wybuchła druga wojna światowa, Polacy byli w wielu, jeśli nie we wszystkich pomorskich wsiach. Jako „niewolnicy”, jeńcy wojenni i robotnicy przymusowi. Na początku wojny, prosto z kampanii wrześniowej, trafiał tu polski żołnierz. Potem „na roboty” dołączali kolejni - z przymusu, może łapanek - do pracy do kowala, do gospodarzy, do restauracji i hoteli. Oni też byli więc pierwsi, choć wtedy jeszcze wbrew swojej woli i nie u siebie. Pamiętali wieś, zanim dotknęło ją piętno zniszczeń wojennych.
Pierwsze pociski spadły na Marianowo trzeciego marca 1945 r. We wsi pozostali tylko polscy robotnicy, Niemcy zaczęli pakować wozy i uciekać. W drodze na Berlin zwycięscy żołnierze w radzieckich czołgach zostawili po sobie złe wspomnienie. I choć ludzie o tym pamiętają, nadal zbyt wiele nie chcą o tym publicznie mówić.
Powoli wsie zapełniały się ludźmi. Jednych zawezwali rodzice, inni zatrzymali się tutaj „po drodze do kraju”, jeszcze inni szukali lepszego bytu. Wśród nich byli też tacy, którzy musieli tutaj przyjechać... Tym ostatnim o rodzinnych stronach przypominał wpis w dowodzie: miejsce urodzenia - ZSRR.
Pomorze przyciągało niczym wyśnione Eldorado. Pozostawione niemieckie domostwa kusiły lepszym, zastanym dobrem. Dopiero po przyjeździe okazywało się, że po przejściu wojsk radzieckich i po licznych wyprawach szabrowników - osadników nie witały czyste, zadbane, wyposażone domy. Zostawali tylko najwytrwalsi. Czasami zmieniali domy na kolejne w pobliżu.
„Dziki Zachód”, jak mawiali ludzie, nie był ziemią łatwą. Nie wszyscy pozostali na Pomorzu Zachodnim, wielu wyjeżdżało. Jak mówiono wtedy: do kraju, albo: do Centrali. W tamtym czasie niewielu wierzyło, że te ziemie będą polskie. Trudne były to czasy i niespokojne, ale - jak napisano w jednej z opowieści - „ludzie nie byli nauczone w luksusach żyć”. W pierwszych latach żyli jedynie z tego, co dała im ziemia, a mimo że tutaj było jej pod dostatkiem, to rychło okazało się, że uprawiać należy ją wspólnie, w kołchozach, spółdzielniach produkcyjnych, potem w Państwowych Gospodarstwach Rolnych.
Jest jeden wątek, który oprócz miejsca spaja te opowieści, tak jak cementował od początku lokalną społeczność. Powojenne bagaże były z reguły niewielkie, a jeśli coś już udało się zabrać na wóz czy też do wagonu, to były to najczęściej zwierzęta, trochę żywności, drobne sprzęty i jeszcze te najcenniejsze: obrazki, książeczki, modlitewniki. Wojna ograbiła ludzi z rodzinnych pamiątek, a i pamiętać trzeba o tym, że w prostych domach było ich niewiele. Z reguły jednak troskliwe matki wyposażały swoje córki w wizerunki Chrystusa, Matki Boskiej, czy też świętych patronów. Te chroniono jak najcenniejsze relikwie. W wielu domach wiszą one nadal na ścianach, a zszarzały papier i zniszczone ramy przypominają o tym, że są tutaj od dawna, od początku...
Dla ludzi, którzy przyjeżdżali w te strony z różnych krańców dawnej Polski - z Kujaw, Rzeszowszczyzny, Łódzkiego, Wielkopolski, spod Warszawy, czy zza Buga - wiara była jedną z najważniejszych części ich życia.
Pomorskie wsie zasiedlane były osadnikami, którzy przywozili ze sobą księży, czasami „porywali” ich z transportów. Nawet ówczesne władze zdawały sobie sprawę, że bez kapłanów nie uda się ludzi zatrzymać na tych ziemiach. Protestanckie kościoły zapełniały się wiernymi, a przy drogach wyrastały krzyże i kapliczki. To one wyznaczały polskość wsi i miasteczek. Władze wydawały decyzje o niszczeniu niemieckich kościołów. Wraz z usuwaniem z krajobrazu tych ziem „germańskich” napisów, znikały ślady dawnej przeszłości, która ciągle boleśnie kojarzyła się z bestialstwem wojny, utratą bliskich i ogromem krzywd.
W niemal wszystkich opowieściach pojawia się ksiądz Edward Wowra. Chrystusowiec, który przez dwadzieścia pięć lat sprawował w Marianowie kapłańską posługę. Pełnił ją w czasach najtrudniejszych dla Kościoła, od początku 1950 r. Ludzie go zapamiętali jako człowieka prawego, choć przyznają, że był taki moment, kiedy niejednemu z nich trudno było zaakceptować jego wojenną przeszłość. Musiał być ks. Wowra człowiekiem niezwykle szczerym i prawdomównym, skoro w pierwszej powojennej dekadzie potrafił przyznać się do służby w niemieckim wojsku. I mimo że taki był los wielu Ślązaków, Kaszubów i Pomorzan, to skąd wtedy mogli wiedzieć o tym osadnicy z Ukrainy, czy spod Sieradza? Pyta i sam sobie właściwie odpowiada, rozumiejąc jedną i drugą stronę, jeden z autorów wspomnień.
Sylwetkę księdza Wowry szkicuje ks. prof. dr hab. Bernard Kołodziej w artykule kończącym książkę. Księża Chrystusowcy odegrali na Pomorzu Zachodnim niezwykle ważną rolę, jak choćby ks. Florian Berlik w Szczecinie, ks. Wiktor Szczęsny w Chociwlu (i w Marianowie), ks. Tadeusz Długopolski, ks. Edmund Gagajek, a później ks. Alojzy Piłat w Stargardzie, czy też ks. Edward Wowra w marianowskiej parafii. Równie często pojawiają się we wspomnieniach pierwszych osadników, jak i w materiałach Urzędu Bezpieczeństwa. Udzielali pierwszych na Pomorzu Zachodnim powojennych ślubów, chrzcili dzieci, uczestniczyli w pogrzebach. A jednocześnie musieli zmierzyć się z polityczną rzeczywistością tamtych czasów. Niezłomna postawa wielu kapłanów sprawiła, że ich ówczesne życie było niesłychanie trudne. Ale to właśnie tamte wybory moralne decydowały o tym, jak dzisiaj są pamiętani.
Marianowska saga o sąsiadach to opowieść szczególna. Jest w niej wspomnienie wojny, spalonego domu, złych ale i dobrych Niemców, jenieckiej niewoli, ukrywania Żydów, gett, zsyłek na Syberię, pracy z naszytą na ubranie literą „P”, sowieckich gwałtów i ostatnich niemieckich mieszkańców Marianowa. Gdzieś w tle przewija się PUR (Państwowy Urząd Repatriacyjny), „ciocia UNRRA”, „Wolna Europa” i nakaz pracy. Ledwie wspomniane - wszak nadal potrafią dzielić i boleć - pozostają akcja „Wisła”, wojenna ucieczka z Wołynia do Niemiec i powroty ze Wschodu po 1956 r.
Są też ludzie. Ci znani, jak ks. Wowra, pierwsza nauczycielka, pani Wanda Downarowicz z Wilna, czy też pani Lewicka, kierowniczka Koła Gospodyń Wiejskich. I ci, których nazwiska zatarły się w pamięci.
O trudnych, niespokojnych pierwszych miesiącach, które dla wielu nie oznaczały zaprzestania walki i złożenia broni, przypomina Wacław Kowalski. Był to czas, kiedy ludzie przychodzili nocą, a potem znikali. Wiedziano, że o nic nie należy pytać, i co ważniejsze: nie należy zbyt wiele mówić. W okolicach Marianowa, także w Krzemieniu i Stargardzie, działał w latach 1945-1946 Batalion Pomorski AK - Grupa Młodzieżowa dowodzony przez „Żbika”, Czesława Hołuba. Oddział liczył przeszło trzydzieści osób, wśród nich byli także młodzi mieszkańcy Marianowa, w tym trzej członkowie Polskiego Stronnictwa Ludowego, milicjanci z tutejszego posterunku. Placówka nosiła kryptonim M-18, a jej członkom powierzono zadanie zbierania informacji, gromadzenia broni i pisania ulotek. Grupa została rozbita w marcu 1946 r.
Jest w tych opowieściach także trudna rzeczywistość peerelowskiej Polski. Partia, kołchoz i POM-y (Państwowe Ośrodki Maszynowe), w których pracowało wielu mężczyzn z okolicznych wsi. Starsi pamiętają też zabawy nad jeziorem, ciuchcię i kino...
Kolejne dziesięciolecia zamykają się w kilku zdaniach. Prosto i zwyczajnie, bo to, o czym mówią rozmówcy, było częścią ich życia. Życia, które im jawi się jako zwykle i przeciętne. Była wojna, a potem proste życie. Ważne były dzieci, zdrowie, spokojny dom. Dzisiaj wydają się być nieco onieśmieleni, gdy padają pytania o przeszłość. Bo o czym tu mówić? - zdają się pytać. Przecież wszyscy wiedzą, jak było. A prawda jest taka, że tamten czas był wyjątkowy, różnie też został zapamiętany. Sedno jest jednak nie w drobnych szczegółach, które mają prawo być inne. Ono tkwi w prawdziwości emocji, uczuć i przeżyć. Odwagą jest zmierzyć się z własną pamięcią, ze wspomnieniem, które dzielone jest z rodziną i wieloma sąsiadami. Mówić o swoich uczuciach, życiu i tęsknotach, nawet jeśli potem nastąpi kolejna noc bolesnych wspomnień...
Mieszkańcy wsi powoli w nią wrastali, po latach zaczęli także odkrywać jej dawną przeszłość. Do pierwszego licznego przyjazdu dawnych mieszkańców Marianowa doszło w 1995 r. Czas pozwolił przytłumić złe wspomnienia i teraz łatwiej mówić o niemieckich poprzednikach. Dzisiaj też historię Sydonii znają nie tylko dawni mieszkańcy Marienfliess, ale i wszystkie dzieci w Marianowie i okolicach. Z ocalałych fragmentów płyt z dawnych wiejskich cmentarzy tworzone są lapidaria. Jedna z bohaterek, wspominając swoją mamę, mówi, jak po wielu latach od zakończenia wojny „pogadała, pościskała, a na koniec popłakała się” wraz z Niemką. Nad losem i utraconym przez obie domem.
Wszyscy bohaterowie tej książki w czasie wojny byli młodymi ludźmi, niektórzy dziećmi. Wiele do tego obrazu mogłyby wnieść wspomnienia tych, którzy już odeszli, starszych o pokolenie. Pytania im niezadane pozostaną jednak w próżni, choć pozostaje mieć nadzieję, że za kilka lat ktoś podejmie trud porozmawiania z dziećmi i wnukami dzisiejszych rozmówców, urodzonymi już na tej ziemi, ze wspomnieniem dzieciństwa w latach Peerelu, z doświadczeniem narodzin wolnej Polski i dylematem: zostać czy wyjechać. Oni szukają swoich odpowiedzi na pytanie, gdzie jest i będzie ich dom. Ich dziadkowie żyli i pracowali w Marianowie, ale gdzie był ich dom i serce? Jadwiga Radaszewska kończy swoją opowieść zdaniem: „To już nie powinno się nigdy powtórzyć, żeby nie można było żyć tam, skąd się jest..
Dzisiejsze Marianowo to wieś szczególna. Ulice mają tu swojskie nazwy, jest jezioro, które przyciąga gości, jest Majówka ze Sztuką, międzynarodowe plenery artystów, spektakle wiejskiego teatru etc., etc. Takie niemal małe miasteczko. Wyjątkowość miesza się tutaj z typowością. Marianowska plebania, gdzie gospodarzem jest ks. Jan Dziduch, od lat przyciąga wielu mieszkańców, parafian i gości.
Ta książka powstała dzięki mieszkańcom tutejszej parafii i tym, którzy obdarowani zostali nieustającą cierpliwością w słuchaniu, wnikliwością w zadawaniu pytań i przekonaniem o tym, jak ważne są wspomnienia. Bez zaangażowania ks. Jana Dziducha i pióra Bogdana Twardochleba nie byłoby opowieści o powolnym oswajaniu otoczenia, budowaniu w sobie i swoich bliskich poczucia własnego domu i „dumy w marianowskim narodzie”. To im właśnie mieszkańcy powierzyli swoje historie. Ku pamięci czasu i miejsca.
Losy zapisane w tej książce są podobne do przeżyć wielu innych ludzi, którzy zmagali się z trudną powojenną rzeczywistością Pomorza Zachodniego. Wszyscy jednak wiemy, że tych rozmów oraz zapisów było i jest ciągle zbyt mało. Coraz mniej jest także tych, których można pytać o tamte lata. Wyjątkowe jest to, że rozmówcy, przybliżając czytelnikom swoje historie, z osobnych, bardzo osobistych wspomnień stworzyli rodzimą sagę o sąsiedzkich losach, ludziach z Marianowa, Czarnkowa, Wiechowa...
Opowieść Eugeniusza Leszczyńskiego
N
ikt nie mieszka w Marianowie dłużej niż Eugeniusz Leszczyński. Urodził się w lutym 1936 roku w Niemczech, w dzisiejszym Wiewiecku między Drawskiem Pomorskim a Węgorzynem. Wiewiecko nazywało się wtedy Henkenhagen, Drawsko Pomorskie - Dramburg, a Węgorzyno - Wangerin.
Jego ojciec miał na imię Feliks. W Henkenhagen pracował na majątku, a urodził się w 1898 roku pod Sieradzem, w okolicach Piasków Lututowskich, Wieruszowa i Wielunia, wówczas pod zaborem rosyjskim. Matka, Ida z domu Zullsdorf, pochodziła spod Drawska, a raczej - Dramburga. Pobrali się w 1921 roku.
Były to czasy, kiedy wielu ludzi z biednych ziem zaboru rosyjskiego szukało pracy w innych krajach. Do Niemiec często szli „na saksy”, roboty sezonowe. Dziadek pana Eugeniusza był stolarzem. Z pierwszą żoną, która zmarła, gdy Feliks Leszczyński miał dwa lata, dochowali się dziewięciorga dzieci, z drugą - dwanaściorga... W domu się nie przelewało. Dlatego Feliks, gdy miał już kilkanaście lat, zaciągnął się z rówieśnikami do żydowskiego handlarza, który pod Sieradzem skupował gęsi, a sprzedawał je w Berlinie. Ale trzeba je było do Berlina zapędzić i do tego najmował nastoletnich chłopaków.
Jego ojciec doszedł z gęśmi do Berlina i tam został, bo gęsi trzeba było podtuczyć, a po uboju skubać i patroszyć, zanim przed świętami trafiły na sprzedaż. Rodzinny dom zobaczył dopiero w 1946 roku, gdy minęły dwie wojny.
* * *
Nie cały czas był w Berlinie. Pracował także daleko od stolicy Niemiec, w kopalni soli i kopalni węgla, gdzie wydarzyła się katastrofa: przez kilka dni był zasypany, ale szczęśliwie przeżył. Później przeniósł się w okolice Dramburga, dziś Drawska Pomorskiego, gdzie poznał Idę Züllsdorf. Jej ojciec pracował w młynie wodnym, który prawdopodobnie stoi do dziś.
- Nie byłem tam po wojnie - mówi Leszczyński. - Matka chciała jechać, ale czasu nie było. Wiem, że dom, w którym mieszkaliśmy z czterema rodzinami, ocalał.
Ida i Feliks Leszczyńscy pracowali najpierw na majątku w Henkenhagen, a potem wędrowali - od majątku do majątku. W 1938 roku trafili do Saatzig, dzisiejszego Szadzka, dwa lata później do Mössin, dzisiejszej Mosiny, a w roku 1943 do Marienfliess, czyli Marianowa. W Mössin pracowali u gospodarza, który nazywał się Botzel, a w Marienfliess u Modrowa, którego majątek był tam, gdzie dziś jest szkoła podstawowa. Właścicielem młyna był Pribenow.
Feliks Leszczyński był u Modrowa oborowym. Zona mu pomagała, ale głównie zajmowała się domem i dziećmi. Byli wtedy w Marienfliess jedynym polsko-niemieckim małżeństwem.
Mówi, że w czasach niemieckich mieszkało w Marienfliess do 1300 osób. Były trzy piekarnie, trzy rzeźnie, kilka sklepów spożywczych, sklep odzieżowy i gospodarstwa domowego. Było trzech kowali i trzech fryzjerów, krawcy, stolarze, bednarze, trzy hotele i dwie stacje benzynowe. Wiejskie imprezy organizowano nad jeziorem, gdzie była strzelnica i płyta do tańca. Zabawy odbywały się tam jeszcze parę lat po wojnie.
* * *
Kościół w czasach niemieckich był protestancki, bo w tutejszych regionach Niemiec katolików było bardzo niewielu. Pastor mieszkał we wsi Büche (dziś Wiechowo), gdzie miał duże gospodarstwo. Do Marienfliess przyjeżdżał bryczką.
Do kościoła wchodziło się od strony ogrodu. Tuż za drzwiami było wejście na chór, bo balkony (empory) zaczynały się już od wejścia. Boczne empory, które są charakterystyczne dla kościołów budowanych lub przebudowywanych na protestanckie - jak w Marianowie - rozebrane zostały po wojnie, gdy proboszczem był ks. Edward Wowra. Podobnie działo się w wielu kościołach na całym Pomorzu Zachodnim, przejmowanych po 1945 roku przez katolików.
- Stary ołtarz jest ten sam i organy te same - mówi Leszczyński. - Za Niemca organy miały silnik, jak dzisiaj. Jak nie chodził, to trzeba było dmuchać powietrze pedałami. Dla dzieciaków to była wielka radość, wejść na te pedały i podeptać.
* * *
Gdy zaczęła się wojna, Eugeniusz Leszczyński miał 3,5 roku. Cóż może pamiętać? Tyle, że w Marienfliess, dzisiejszym Marianowie, było spokojnie, bo wojna toczyła się gdzieś daleko. Pamięta jednak taki czas, że we wsi i w wioskach okolicznych zaczęli się pojawiać Polacy.
- Jako niewolnicy, do pracy u Niemców - mówi. - W Marianowie najpierw był Filipowski, później Drozd, Kraśniewski, Giecold.
Filipowski pochodził z Krakowskiego. Dostał się do niewoli we wrześniu 1939 roku. Z zawodu był rzeźnikiem i „wziął go” Pieper, też rzeźnik. Giecold był kowalem, pracował u kowala, a po wojnie został na jego gospodarce, podobnie jak Filipowski na gospodarce Piepera. Kraśniewski pracował u gospodarza, który miał dom tam, gdzie do niedawna był klub, a przed 1945 rokiem hotel i na dole restauracja. Drugi hotel był koło torów „ciuchci”, razem z piekarnią. W domu tym dziś mieszkają nauczyciele.
- Teraz u nas też jest u nas sporo sklepów, restauracja i trzy hotele - mówi Leszczyński.
* * *
Wspomina, że w czasie wojny Filipowski, Kraśniewski, Giecold przychodzili do jego ojca. Kolegowali się.
- Szli wtedy do pokoju i gadali po polsku. Co mnie, dzieciaka, to interesowało? Nie rozumiałem po polsku. Kolegów miałem samych Niemców.
Wcześniej niż języka polskiego Leszczyński nauczył się francuskiego. Gdy mieszkał z rodzicami w Mössin, byli tam jeńcy francuscy. Biegał do nich, zlecali mu różne sprawy.
- Po francusku szło mi dobrze - mówi. - W czterdziestym piątym, jak przyszyli Ruscy, nauczyłem się po rusku. Później trzeba się było uczyć polskiego.
* * *
Rosjanie przyjechali do Marienfliess czołgami, 3 marca 1945 roku.
- Lepiej nie wspominać - mówi Leszczyński. - Oni nie wiedzieli, jak w łóżku spać. Wywalali pierzyny i czerwony materiał brali sobie na chorągwie. Każdy chciał mieć swoją.
Prądu nie było w Marienfliess już pod koniec lutego 1945 roku. Nie można było włączyć radia i ludzie nie wiedzieli, co się dzieje. Leszczyński wspomina, że kiedy od strony Büche (Wiechowa) słychać było strzały, w Marienfliess początkowo wszyscy myśleli, że to ćwiczenia na poligonie. Kiedy jednak 3 marca, w piątek, na wieś spadło pięć pocisków, zaczęli pakować wozy i uciekać. Most przez rzekę był zburzony, dlatego uciekali polną drogą, koło cmentarza, w stronę Schönebeck (Dzwonowa) i autostrady na Berlin. Leszczyńscy zostali.
- Mój ojciec mówił, że gdzie będzie uciekał. A my, dzieciaki, co mieli do gadania...?
Inni polscy robotnicy też zostali.
* * *
W czerwonym domu, koło stacji kolei wąskotorowej do Trampke (dziś to Trąbki), gdzie mieszkali Leszczyńscy, mieszkały też dwie rodziny Ukraińców. Nazywali się Zolnikow i Aliszow. Za oborą wykopali wielki dół, naznosili pierzyn i przykryli deskami. Gdy zaczął się ostrzał, schowali tam może siedemdziesiąt osób, Polaków i Ukraińców, dzieci i starców. Wszyscy siedzieli w tym dole dziesięć, dwanaście godzin. Wyszli, gdy wjechali Rosjanie.
- Krzyczeli „urra, urra” i pytali tylko, ile do Berlina - mówi Leszczyński.
Potem jedni poszli na Berlin, inni zostali w Marienfliess. W dwóch domach przy szosie, po prawej stronie rzeki, zainstalowali NKWD1.
We wsi, w czasach niemieckich, były dwa protestanckie domy klasztorne, w których mieszkały i pracowały panny z bogatych rodzin. Leszczyński mówi, że 5 albo 6 marca Rosjanie spalili dom, który był przy szosie do Trąbek. Los kobiet był w tamtym czasie wyjątkowo tragiczny.
- Co tu mówić... - Leszczyński macha ręką.
Wspomina, że gdy Rosjanie weszli do wsi, trzeba było bydło i świnie wypuścić z obór i chlewów na pastwiska, żeby przeżyły. Był jeszcze śnieg, zwierzęta wypędzali Polacy i paru starych Niemców, którzy nie mogli uciec ze swoimi.
Rosjanie zabrali krowy na majątek, a później kazali ojcu i siostrze Leszczyńskiego oraz paru Niemcom gnać je na wschód.
- Ojciec przyznał się, że mówi po polsku, niemiecku i rosyjsku dlatego go wzięli - dodaje Leszczyński. - Dognali krowy pod Piłę, na majątek. Kiedy Rosjanie w nocy popili się i posnęli, to ojciec, siostra i sześciu, siedmiu Niemców uciekło i wrócili do Marianowa.
Rosjanie byli w Marianowie do sierpnia, września 1945 roku. Leszczyński wspomina:
- Jeszcze my kartofle kopali. Polacy je zasadzili, a później Ruscy nie dawali nam kopać.
* * *
Gdy wojna się skończyła, Niemcy wracali do Marienfliess, do swoich domów. Polacy też już zaczęli tu przyjeżdżać. Feliks Leszczyński został pierwszym sołtysem. W specjalnej księdze zapisywał wszystkich, którzy przyjeżdżali. W lipcu albo sierpniu Niemców poprowadzono do Trąbek i wywieziono za Odrę.
Eugeniusz Leszczyński mówi, że jeśli chodzi o Polaków, pierwsi przyjechali „zegarmistrze” - tak nazywano szabrowników. Potem przyszli żołnierze wracający z frontu. Dostali gospodarki.
Szabrownicy wywozili, co chcieli. W budynku koło kościoła Niemcy urządzili w czasie wojny magazyny. Leszczyński pamięta, że zawalone były worami suszonych skórek pomarańczowych, pomarańczy i korków do butelek. Szabrownicy wywieźli wszystko.
Meble i pianina wywozili Rosjanie, gromadząc je najpierw na rampie w Trąbkach. Kiedy „trofiejny” towar mieli już ładować na wagony, Polacy oblali go w nocy benzyną i wszystko spłonęło.
Już w 1945 roku przyjeżdżali do Marianowa osadnicy z Kujaw, Łódzkiego, także spod Sieradza, potem z Kresów Wschodnich, a w 1947 roku osiedlono cztery rodziny z akcji „Wisła”2. Polscy robotnicy, którzy pracowali w Marianowie w czasach niemieckich, jeździli w swoje strony i ściągali swoich krewnych i znajomych. Feliks Leszczyński ściągnął szwagra i syna siostry. Byli też tacy, którzy nie chcieli w Marianowie zostać i wracali „do Polski” - jak się wtedy mówiło. Czuli się na Zachodzie źle i obawiali powrotu Niemców.
- Z pierwszych osadników spod Sieradza to już chyba tylko Janik został - mówi Leszczyński. - Ludzie, zwłaszcza ze Wschodu, żenili się najpierw tylko między sobą. Później wszystko się pokrzyżowało. Teraz w Marianowie każdy jest tutejszy.
* * *
Pierwszym proboszczem był ksiądz Wiktor Szczęsny, chrystusowiec, bo chrystusowcy byli na tych ziemiach pierwsi. Dziś mieszka w Płotach, ma 92 lata3.
Tuż po wojnie kościół parafialny był w Chociwlu. Ks. Szczęsny przyjeżdżał do Marianowa raz w miesiącu, albo ludzie z Marianowa jeździli do Chociwla.
Ksiądz Edward Wowra był w Marianowie 25 lat. Do okolicznych wsi dojeżdżał najpierw rowerem, później bryczką, skuterem Simson, wreszcie „wuefemką”4. W latach pięćdziesiątych władza chciała mu konia zabrać, więc trzymał go u Zygadły, niby że to był koń Zygadły.
Kłopotów miał dużo. Leszczyński wspomina, że chyba pod koniec lat pięćdziesiątych powiedział podczas mszy, że w czasie wojny, jako wikary, służył w niemieckim wojsku.
- Pochodził ze Śląska i musiał iść, jak przyszły lata na pobór. Taki był los wielu Ślązaków, Kaszubów i Pomorzan. Ale skąd mogli o tym wiedzieć ludzie spod Sieradza, albo z Ukrainy? Zrobili listę i pisali do władz, żeby Wowrę zabrać z Marianowa. On to przetrzymał.
* * *
Żona Eugeniusza Leszczyńskiego pochodzi z Kujaw, z okolic Piotrkowa Kujawskiego. Najpierw do Marianowa przyjechały jej ciotki, a ona przyjechała do ciotek. Z mężem poznali się w Marianowie.
Leszczyński prawie cały czas pracował w Marianowie. Jego ojciec zmarł w 1961 roku, matka - w 1977. Pochowani są na tutejszym cmentarzu.
Przejął po nich gospodarstwo, którego już nie prowadzi, bo wiek i choroby nie pozwalają. Ponad dwadzieścia lat pracował też w firmach państwowych - na kolei w Trąbkach i w POM-ie, jako kierowca. Ziemię sprzedał w 1994 roku. Emeryturę ma niewielką - siedemset złotych za gospodarkę i sto... za 22 lata państwowej pracy.
