Małe Licho i lato z diabłem - Marta Kisiel - ebook + audiobook + książka

Małe Licho i lato z diabłem ebook i audiobook

Marta Kisiel

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Każde dziecko wie, że lato to doskonały czas na Prawdziwą Przygodę. Wie to również Licho, które życzy sobie w końcu wziąć udział chociaż w jednej, niechby i malutkiej. Bożek i jego anioł stróż pakują więc manatki i wyruszają na wakacje u cioci Ody, żeby się byczyć, objadać truskawkami... i przy okazji odkryć odpowiedzi na kilka ważnych pytań.

Ile razy trzeba spaść z roweru, żeby ruszyć przed siebie?

Czy wewnątrz każdego zawziętego wroga może kryć się przyjaciel?

Jakie niebezpieczeństwo nadciąga razem z nocną burzą?

Co czai się w cieniu powalonego drzewa?

No i najważniejsze – ile ptasiego mleczka trzeba, żeby zlepić anioła stróża z czortem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 169

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 41 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Ewa Konstanciak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Ja też chcę przeżyć przygodę – oznajmiło Licho od progu i na znak, że jest w tym pragnieniu niezmiernie stanowcze, wzięło się pod boki i zmarszczyło brwi.

Bożydar Antoni Jekiełłek znieruchomiał na schodach werandy i wybałuszył na anioła wielkie chabrowe oczy, ponieważ nic a nic z tego nie rozumiał. W ogóle.

Przed momentem wrócił ze szkoły, dumnie dzierżąc w garści świadectwo ukończenia klasy trzeciej. Znaczy, dzierżąc metaforycznie, czyli niedosłownie, bo tak naprawdę to miał je w plecaku, razem z zawartością swojej szkolnej szafki. Tę zawartość pani kazała każdemu uczniowi wyciągnąć, odkleić lub zeskrobać i zabrać ze sobą do domu, a najlepiej od razu wyrzucić, zanim przed nastaniem jesieni sama wypełznie, zwoła posiłki i podbije jakiś kontynent. Jesienią ich sala – najlepsza na całym parterze, bo choć niezbyt wielka, to słoneczna i schowana aż za biblioteką przed czujnym radarem surowej wicedyrektorki – na powrót miała się bowiem stać salą pierwszaków. Oni zaś, jako czwartoklasiści pełną gębą, przeniosą się na Piętro, do nowej sali, do całkiem nowego świata, którego Bożek w głębi ducha trochę się obawiał.

Ale nie dziś. Jeszcze nie. W ten ostatni czerwcowy piątek żadne z nich nie myślało o rewolucji, jaka ich czekała za dwa miesiące. Teraz w ogóle nie mieli do tego głowy! Dziś był dzień o zapachu słońca i beztroski, dzień powitania z latem i zarazem pożegnania – tego radosnego, z koleżankami i kolegami z klasy, z którymi niedługo znów się zobaczą, i tego smutniejszego, bo z panią, która przestawała być Ich Panią tak całkiem, na zawsze. Wyściskała ich, wytuliła i wygłaskała, pogroziła palcem ten ostatni, najostatniejszy raz, a potem zagoniła do szafkowych wykopalisk, kwitując co dziwniejsze znaleziska śmiechem albo okrzykami najszczerszej, prawie nieudawanej zgrozy.

W szafce Bożka na przykład, oprócz zapomnianych zeszytów, znalazły się zaschnięte farby w plastikowych pojemniczkach z zakrętką, nadkruszone gumki oraz ogryzki różnokolorowych kredek. Chłopiec zbierał je pieczołowicie dla Gucia, wziąwszy sobie do serca przysłowie, że kto zjada ostatki, ten piękny i gładki, a wszyscy wiedzieli, że im gładszy był Gucio, tym lepszy robił rozbryzg w wannie podczas wieczornych kąpieli.

Były tam również trzy plastelinowe ludki oraz dwa ludki z kasztanów, które skleiły się nieodwracalnie w lepkiego zmutowanego ludkojeża, arkusze kolorowego papieru z dziurami w osobliwych, kanciastych kształtach, jojo bez sznurka, sznurek bez jojo, magnetyczny glut w metalowym puzderku, a także skórka od chleba z kanapki, chyba majowej, a może nawet kwietniowej, która cała już stwardniała oraz, co Bożka fascynowało najbardziej, panią zaś najbardziej zmroziło, porosła śmiesznym mięciusim kożuszkiem, jak gdyby w szkolnej szafce doskwierał jej chłód.

Wszystko to, razem ze świadectwem oraz książką, chłopiec przytaszczył do domu tego ostatniego dnia szkoły – a zarazem pierwszego dnia swoich pierwszych prawdziwych wakacji, które właśnie się rozpoczynały.

Plany miał na ten wspaniały czas wielkie, przeogromne wręcz.

Po pierwsze, zamierzał siedzieć do późna, najlepiej każdego wieczoru, i przeczytać wszystkie, ale to wszyściuteńkie zaległe książki, które piętrzyły się obok jego łóżka. Stos ów już trzy razy przewrócił się na Gucia, równie zafascynowanego, co zaskoczonego chybotliwością konstrukcji, zwłaszcza potraktowanej serią zamaszystych pacnięć. Cóż. Mały potwór nie od dziś ignorował co bardziej karkołomne koncepcje, których nie obejmował ani umysłem, ani macką, a grawitacja zdecydowanie była jedną z nich.

Po drugie (wskutek pierwszego), Bożek chciał wylegiwać się każdego ranka w pościeli i czytać dalej, rzecz jasna. A potem snuć się po domu w piżamie, z nieumytymi zębami i czupryną rozczochraną jeszcze bardziej niż zwykle, póki ktoś dorosły nie zauważy, że właściwie jeszcze chwila i będzie się musiał przebrać z tej piżamy… z powrotem w piżamę, żeby pójść spać, co w sumie pasowało do jego planów.

Po trzecie, postanowił precyzyjnie sprawdzić, ile czereśni pomieści człowiek typu dziecko, lat dziesięć (i pół), co jednakże wymagało dotrwania do kluczowego momentu, kiedy czereśnie dojrzeją, za to tuż przed tym, jak zainteresują się nimi szpaki i robaczki. Oraz różowe króliki. No i mama. Mama była zdolna pomieścić chyba wszystkie czereśnie świata (i jeszcze morele na dokładkę).

Po czwarte, gdyby śmiała koncepcja z piżamą całodobową nie wypaliła, Bożek zamierzał sprawdzić, czy sięga już z czwartej gałęzi drzewa za domem do piątej albo nawet wyżej. To z kolei wymagało sporej dyskrecji, żeby dorośli nie zauważyli i nie zgłosili protestu, oraz asekuracji. Bo choć Gucio w grawitację nie wierzył, to grawitacja z pewnością wierzyła w Bożka, a on nie zamierzał się z nią kłócić.

Po piąte – i najważniejsze – musiał przysiąść w końcu fałdów nad Glutami w Podziemiach, grą bardzo przygodową, taką z fabułą, planszą, figurkami i takimi tam, nad którą pracował od kilku miesięcy. Znaczy, może tak nie do końca PRACOWAŁ. Najpierw przez trzy albo cztery tygodnie szukał tytułu idealnego i kiedy już mu się wydawało, że znalazł, przyszedł wujek Konrad i zaczął tłumaczyć, że nie ma takiego pudełka, na którym zmieściłoby się „Bazyl Bazyleor, Mistszsz Szalbierstwa, i Złowrogie Gluty w Niezgłębionych Podziemiach Ciemności ze Stworami. Gra Rodzinna”, i że „mistrz” pisze się jednak nieco krócej (między innymi). Ponieważ wujek znał się na tytułach, a do tego używał przykrych słów, takich jak PRZYDAWKA lub ALITERACJA, Bożek szybko pogodził się z cięciem i wykaligrafowawszy wersję skróconą na okładce zeszytu, przystąpił do spisywania fabuły.

W tym samym czasie Licho z poświęceniem szykowało skomplikowaną trójwymiarową planszę z kartonu, osobistego pierza, rolek po papierowych ręcznikach i patyczków po lodach, wujaszek Turu zaś, jak zawsze nieoceniony, rzeźbił drewniane figurki bohaterów i średnio raz w tygodniu upewniał się, czy tytułowy heros aby na pewno ma być (tu zerkał do notatek) „taką fajną kozą wyposażoną w kilogram cukierków, patelnię i cymbałki”.

Po tych kilku miesiącach z wymiętolonego i zabazgrolonego zeszytu już prawie wyłaniał się pierwszy z siedemnastu scenariuszy Prawdziwej Podziemnej Przygody, wraz z zestawem dwustu pięciu Unikatowych Kart Przedmiotów i Zrządzeń Losu, z których powtarzała się zaledwie połowa.

Licho wciąż tuptało po całym domu w poszukiwaniu kartonów, żeby dokleić i ozdobić kolejne piętra planszy, zanim różowe króliki znowu wtranżolą Lochy Lodowego Lamentu albo zostawią bobki w Pieczarze Przeklętej Paszczy, a wujaszek Turu nieustannie dopytywał, czy to na pewno mają być cymbałki, nie zaś, na przykład, Byczy Bęben Bojowy albo Gargantuiczny Gong Grozy. (I czy Bożek nie mógłby jednak zacząć przygody z projektowaniem gier planszowych od czegoś prostszego, jak bierki. Albo kapsle).

– Nie – odpowiadał twardo chłopiec, na co wujaszek wzdychał ciężko i wracał do rzeźbienia cymbałków, które zmieściłyby się w pudełku zapałek, i to razem z cymbalistą.

Krótko mówiąc, przez te dwa wyczekiwane, wymarzone, wytęsknione miesiące wakacji Bożek zamierzał robić to wszystko, co jeszcze przed rokiem, zanim poszedł do szkoły, uważał za całkiem zwyczajne. Jasne, szkoła była dość fajna i koledzy też (z wyjątkiem tych, którzy nie byli), ale dopiero teraz dotarło do niego, jak bardzo mu brakowało tej niespiesznej i chaotycznej codzienności, wolnej od popędzających go ciągle wskazówek zegara. Sęk w tym, że żadnego z tych planów, choć arcyprzyjemnych, nie dało się nazwać przygodą przez dostatecznie duże Przy, żeby zaspokoić oczekiwania małego anioła w tym zakresie.

– No bo wiesz – podjęło tymczasem Licho, uznawszy, że dość już manifestowania tej całej stanowczości, pora rozwinąć myśl. – Ty miałeś przygody, alleluja. Takie z emocjami i siniakami, i wyprawami, i w ogóle! A ja nie miałom ani jednej, ani w zaświatach, ani w podmiędzypiekle…

– Przednadpiekle – poprawił Bożek skrupulatnie.

– Tam też nie miałom! – zakrzyknęło Licho i tupnęło bamboszkiem dla większego wrażenia. – Nic nie miałom i nigdzie nie byłom, bo ty mnie nigdzie nie zabierasz!

Chłopiec zmarszczył czoło, czując osobliwe swędzenie w okolicy sumienia. Rzeczywiście, tak się jakoś samo złożyło, że z całych dwóch przygód, jakie go dotychczas spotkały, małego anioła stróża ominęły obydwie. Ale Bożek wcale tego nie planował! Ani przygód, ani braku Licha. Tak się po prostu samo z siebie wydarzyło, i już, te zaświaty i piekła, i w ogóle…

– No, głupio wyszło… – przyznał przed aniołem i sobą samym.

Przestąpił nerwowo z nogi na nogę, ściągając przy tym łopatki, jak gdyby jego ciało odruchowo poszukiwało sposobu, żeby się podrapać. A im mocniejsze odczuwało swędzenie, tym wyraźniej Bożek uświadamiał sobie, że niepostrzeżenie w jego życiu zrobiło się naprawdę sporo miejsca na świat za ogrodzeniem i wszystkie te nowe, fascynujące sprawy: na szkołę, kolegów, prawdziwego ludzkiego przyjaciela, a nawet na czorta stróża i dwie najbardziej odjechane, nieludzkie ciocie pod słońcem. A sprawy stare, zepchnięte gdzieś do kąta, zerkały niepewnie w stronę tych nowych, czekając cichutko na swoją kolej.

– To może rozbijemy sobie namiot? – zaproponował, uśmiechając się tyleż niepewnie, co zachęcająco. – W ogrodzie, chciałobyś? Nad stawem. Na… na cały tydzień! Moglibyśmy słuchać świerszczy, liczyć świetliki, szukać jaszczurek, robić łuki i strzały z patyków, a wieczorem rozpalalibyśmy ognisko, pieklibyśmy ziemniaczki i…

Urwał, widząc nietęgą minę Licha. Nie na taką przygodę liczyło. Z drugiej strony – niemal widział kolejne myśli, jak gdyby przewijały się jaśniejącymi zgłoskami po czole anioła stróża – zjeść pieczone ziemniaczki albo nie zjeść? Och, alleluja… Nawet anielska natura nie wystarczyła, żeby oprzeć się tej pokusie.

– Ale z masełkiem? – upewniło się Licho, na co Bożek rozpromienił się w okamgnieniu.

– No jasne! Chyba nie myślisz, że Krakers dopuściłby do pieczonych ziemniaczków bez masełka?

– Nigdy – orzekło Licho bez wahania. – Przecież pieczone ziemniaczki bez masełka to jak… jak… jak truskawki bez śmietany i cukru!

Ledwie dokończyło zdanie, a deski pod ich stopami zadrżały od bulgoczącego pomruku, który przetoczywszy się przez cały dom i ogród, zatrzymał się dopiero na ogrodzeniu. Tak, Krakers całkowicie się z nimi zgadzał. Ziemniaczki bez masełka były czymś absolutnie, bezapelacyjnie i kategorycznie niedopuszczalnym.

Porzuciwszy zawartość szkolnej szafki w pierwszym lepszym kącie, gdzie mogła sobie dalej dojrzewać do woli, Bożek i Licho czym prędzej zabrali się do tych całych wakacji.

Stary dom na uboczu jak zawsze tętnił życiem – nie tylko dlatego, że pod dachowym okapem znów kleciły sobie gniazdo wiecznie naburmuszone osy, a pracowite mrówki zwierały szyki pod oknem, szykując się do desantu pościennego i bezpośredniego uderzenia na spiżarkę, gdzie stygł, szczodrze posypany cukrem pudrem, wielki placek z truskawkami. Słodko-ciepła woń unosiła się w powietrzu, wabiąc zewsząd owady, anioły i dzieci. Lecz na śmiałków wszelkiego gatunku, którzy odważyli się zbliżyć choćby paluch do gorącej blachy, czekała wszechwiedząca macka Krakersa. Starannie wymierzonym trzepnięciem przypominała, że ciasto jest na deser, a pora deseru przypada PO obiedzie, tymczasem wciąż trwa pora PRZED obiadem, bo ledwie minęła jedenasta, w związku z czym proszę w tył zwrot, naprzód marsz oraz wymarsz wojsk austriackich!

Na szczęście druga macka jednocześnie wciskała wygnanym śmiałkom kobiałkę z resztą truskawek, trzecia zaś butelkę domowej lemoniady ze świeżymi listkami mięty, żeby jakoś do tego obiadu dotrwali. Dlatego Bożek i Licho, zamiast protestować, od razu popędzili na piętro i przez okno w pokoju wujka Konrada wydostali się ze swoją zdobyczą na płaski daszek nad werandą, skąd rozciągał się idealny widok na wszystko dokoła.

Stąd, majtając nogami, mogli liczyć świetliste refleksy na tafli stawu. (Jak również, od czasu do czasu, serię dynamicznych bąbelków, które – jeśli wierzyć okrzykom gderliwego utopca – wcale nie były tym, co myśleli. Tyle że oni i tak wiedzieli swoje i zaśmiewali się do rozpuku, aż sami puszczali bąbelki. Ale to z lemoniady, serio!). Przy okazji przyjrzeli się też bardzo uważnie grządkom, jak zawsze o tej porze roku pełnym różnorakich barw, zapachów oraz smaków, na wypadek gdyby umknęły im jakieś niedawno dojrzałe pyszności, następnie zaś chaszczom, zarastającym najodleglejsze zakątki ogrodu, skłębionym i nieprzystępnym. Aż się prosiły, żeby w nie wleźć, zdobyć kilka świeżych zadrapań i kto wie, może odkryć parę tajemnic dotychczas nieodkrytych?

Czas mijał niezauważenie, słońce osuwało się coraz niżej, w domu pod ich pupami toczyło się życie – to codzienne i niecodzienne, zwyczajne i nadprzyrodzone. Ktoś prał, ktoś gotował, ktoś bulgotał w butelce albo wtykał macki między drzwi. I może sprawiła to truskawkowa słodycz, która kapała mu z palców i brody, może błogi szum anielskich skrzydeł tuż obok (i równie anielskie, acz już nie tak błogie kichanie), a może tęsknota za czasami beztroski – w każdym razie ten otulony ogrodzeniem skraweczek świata naraz wydał się Bożkowi rajem, a to, co za, co dalej, pomału przestawało istnieć.

Był tylko on, jego anioł stróż i cudowny początek lata.

Pierwsza niespodzianka przyszła jeszcze tego samego dnia, na długo przed zmierzchem.

Bożek i Licho, zmęczeni upalnym popołudniem, trzecią godzinę moczyli się w stawie, kiedy zgrzytnęły zawiasy bramy. Do domu wrócił wujaszek Turu, taszcząc torby z zakupami. Nie pozwolił im jednak zajrzeć do środka, za to szybko wytłumaczył, że ani człowiek (na pewno), ani istota anielska (raczej) nie występuje naturalnie w odcieniu sinym, przynajmniej nie za życia, więc może by tak w końcu wyleźli z tej wody, zanim ich skóra pokryje się śluzem i brodawkami, między palcami wyrośnie błona, a oczka zrobią PYK i tak już im zostanie.

Utopiec, urażony prędkością, z jaką chłopiec i anioł wyskoczyli z wody, wywalił na nich jęzor i opadł na dno stawu, skąd od czasu do czasu wypuszczał sfochowane bąbelki.

Nie zdążyli jeszcze wrócić do standardowej kolorystyki, kiedy brama rozwarła się na całą szerokość i na podwórko wjechał samochód z wujkiem Konradem i mamą, ciągnąc za sobą solidnych rozmiarów przyczepkę. Cokolwiek na niej spoczywało, przykryte wielką plandeką, tu było kanciaste, tam obłe, gdzie indziej zaś podłużne. Ledwie brama zamknęła się z powrotem, w ogrodzie zaroiło się od stworzeń małych i dużych, które raźno zabrały się do rozładowywania, dźwigania, taszczenia i wleczenia, jak również turlania i układania rzeczy na rzeczach.

I w takich oto okolicznościach Bożek dowiedział się, że ich dom czeka Generalny Remont.

Niestety, określenie „generalny” wcale nie znaczyło, że będą często salutować, maszerować i dostawać medale, a na werandzie postawią armatę, tylko że czeka ich strasznie dużo zamieszania, od parteru aż po strych. A kto wie, czy nie zajrzą też do piwnicy, mimo protestów Krakersa, że mu prószą tynkiem do sałatki.

– Bo widzisz, bratku, to jest tak – tłumaczył Bożkowi wujaszek Turu. – W starych domach wszystko ciągle niszczeje, sypie się i kruszy. Taki już ich urok, a jak nie urok, to… no, ogólnie przekichane. Nasz dom był naprawdę stary już w czasach, kiedy ja sam brykałem jeszcze w krótkich porciętach. A jak może zauważyłeś, a może nie – mrugnął porozumiewawczo – dawno zdążyłem wyrosnąć i z porciąt, i z brykania…

– No i trzeba jeszcze gdzieś wcisnąć kolejną warstwę mieszkańców – dodała mama, wzdychając przy tym tak cicho, że nikt nie zauważył.

Nikt oprócz wujka Konrada, który nie rwał włosów z głowy wyłącznie dlatego, że chwilowo nie miał wolnych rąk. Przystanął, zgięty pod ciężarem worka cementu w pełen wyrzutu znak zapytania, i resztkami sił rzucił im smętne spojrzenie.

– Ale co ja mogłem?… Dziewczyna ma już żar-ptaka po ciotecznej babce, a teraz trafił jej się nagle polewik po stryju. Miłe stworzenie, bardzo przyjazne, tyle że kombinacja z żar-ptakiem jest chyba najgorsza z możliwych.

– A czemu? – zapytał Bożek.

Dawno temu wujek Konrad sam odziedziczył zgraję nadprzyrodzonych stworzeń, z Lichem i Krakersem na czele, a odkąd przed dziesięcioma laty otworzył przytulisko dla dożywotników, którzy nie mogli dłużej mieszkać ze swoimi ludźmi, mimowolnie stał się w tym temacie chodzącą encyklopedią. Dość chudą, to fakt, lecz bardzo kompetentną.

 

Cykl Małe Licho

• Małe Licho i tajemnica Niebożątka

• Małe Licho i anioł z kamienia

• Małe Licho i lato z diabłem

• Małe Licho i babskie sprawki

• Małe Licho i krok w nieznane

Korekta: Magdalena Matuszewska

 

Projekt okładki, ilustracje wykorzystane na okładce oraz wewnątrz książki: Agnieszka Wajda

 

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.

03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210

[email protected]

www.wydawnictwomieta.pl

tel. +48 505 636 224

 

ISBN 978-83-68608-84-7