Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Mała historia znikania. Opowieść o Rzece to literacka wędrówka wzdłuż wysychającej rzeki i jednocześnie w głąb pamięci, krajobrazu oraz relacji człowieka z przyrodą.
Daniel Petryczkiewicz przez kilka lat towarzyszy Małej — niepozornej podwarszawskiej rzece — obserwując jej stopniowe zanikanie: osuszanie doliny, regulacje, grodzenia i dewastację. Idąc jej korytem, także wtedy, gdy nie ma w nim już wody, opowiada historię miejsca, ludzi, zwierząt i roślin, ale przede wszystkim stawia pytanie o to, czym/kim jest rzeka — i czy może przestać istnieć. Być może źródłem prawdziwej nadziei jest świadome doświadczanie nieuniknionej straty?
To książka na styku reportażu, eseju filozoficznego i osobistego dziennika drogi. Historia o wodzie jako żywej istocie, o przemocy przestarzałego prawa i infrastruktury, o pamięci krajobrazu i o potrzebie nowej opowieści — takiej, która pozwoli nam myśleć i czuć razem z rzeką, zamiast z nią walczyć.
To także manifest czułej uwagi, solidarności z całą naturą (od chruścików przez mokradła aż po gwiazdy) i sprzeciwu wobec świata, w którym to, co małe i kruche, znika bez świadków. Lektura, która płynie prosto do serca, budzi nadzieję i skłania do działania.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 410
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
[konteksty]
Czy rzeka to tylko woda, która płynie pomiędzy dwoma brzegami? Czy są nią też skarpy, które wyrzeźbiła? Piaszczyste łachy, które naniosła? A co z doliną, w której od wieków się rozlewała? Co z meandrami, którymi się wiła? Co ze starorzeczami, które są jej powidokami? Co z zimorodkami, bobrami, wydrami, żabami moczarowymi, kaczkami krzyżówkami, chruścikami, piskorzami, ważkami, jaskrami wodnymi i wszystkimi innymi stworzeniami w niej i dzięki niej żyjącymi? Co z mokradłami, moczarami, torfowiskami i rozlewiskami, które tworzy? Czy one wszystkie i oni wszyscy są rzeką?
Czy rzeka może przestać być rzeką? Czy kiedy znika woda, to znika rzeka? Co, jeśli odetniemy jej meandry i starorzecza? Co, jeśli osuszymy jej mokradła i torfowiska?
A jeśli nie będą już nad rzekę przylatywać zimorodki i krzyżówki? Jeśli bobry nie będą budować nad nią swoich żeremi? Jeśli nie będą fruwać nad nią ważki? Albo rosnąć olsy na jej rozlewisku? Czy jeśli przestaną kwitnąć jaskry wodne, to pozostanie rzeką, czy już przestanie nią być?
A co, jeśli zabudujemy jej dolinę? Jeśli zamienimy koryto rzeki w wyprostowany rów? Co, jeśli przekształcimy ją w drogę wodną z systemem śluz i jazów?
Czy wciąż będzie rzeką?
Kim jest Rzeka?
[wędrówka]
Rok 2024.
16 listopada.
Cztery lata i jedenaście dni od dewastacji Rozlewiska.
Zamglona sobota patrzy na mnie smętnie. W powietrzu unoszą się krople wilgoci, przyklejają się do wszystkiego wokół. Park Zdrojowy w Konstancinie udaje dzikość, choć tak naprawdę jest wyrafinowanym pantoflarzem. Został założony jako park angielski pod koniec XIX wieku przez hrabiego Witolda Skórzewskiego, którego imię nosi od 2009 roku. Miał nawiązywać do środowiska przyrodniczego w stanie dzikim, w opozycji do francuskich parków barokowych, gdzie dominowały przystrzyżone od linijki żywopłoty. I rzeczywiście zdziczał po drugiej wojnie światowej, a dzisiejszy wygląd zawdzięcza rewitalizacji przeprowadzonej w 2010 roku. Jak mówią niektórzy: z parku w stylu angielskim przekształcił się w park w stylu nijakim. Trzeba jednak przyznać, że sędziwe dęby, klony i lipy robią wrażenie. Otrząsnęły się z liści, a te otuliły ziemię żółtobrązowym kocem.
Wciągam półwodery, zapinam kurtkę. Chwilę zastanawiam się, którą laskę wędrowną ze sobą zabrać. Na towarzysza wybieram cięższy, leszczynowy kij, który ma rodzaj rączki. Drewno w tym miejscu zareagowało obronnie na jakiś bodziec, wytwarzając nadmiar tkanki. Jesteśmy podobni do drzew – nam też czasem w miejscu wrażliwym robi się zgrubienie: czasem na skórze, czasem na sercu… Moja dłoń pasuje do tego zgrubienia, co bardzo mnie cieszy. Dopasowuję paski plecaka. Ruszam przez pusty o tej porze dnia park. Schodzę do koryta rzeki, ale zamiast w wodzie, brodzę w liściach. Nie szeleszczą, zalega na nich wilgoć. Idę do ujścia Małej. Tam rozpocznę wędrówkę.
Mała łączy swoje ciało z Jeziorką na wysokości dawnej śluzy przemysłowej, jazu, który miejscowi nazywają imberfal. Słowo pochodzi prawdopodobnie z niemieckiego Überfall, które w hydrotechnice oznacza przelew wody przez koronę jazu. To jeden z tych lokalnych toponimów, jeśli go znasz – jesteś lokals. Śluza powstała w 1954 roku na potrzeby fabryki papieru.
Jeziorka na prawie całej swojej długości jest wciąż dość dziką rzeką, pełną meandrów i starorzeczy. Tworzy cudowną dolinę, o której niewielu wie. Przez stulecia Jeziorka stanowiła granicę wewnętrzną historycznego Mazowsza. To na tej rzece przez 500 lat kończyła się ziemia Czerska, a zaczynała Warszawska. Warto zwrócić uwagę na toponim: niegdyś nazwa tej rzeki brzmiała Gyeziora, czyli Jeziora. Dzisiaj trudno dostrzec jej dawną potęgę, niesie niewiele wody, z czego połowa to mniej lub bardziej oczyszczone ścieki. A jednak! „Jej koryto było kiedyś dużo szersze, a nurt rwący niczym Pilica”1 – pisze na portalu OkoliceKonstancina.pl Paweł Komosa.
Jeszcze w roku 1853 wylewała niezmiernie często, czyniąc przeprawę niezwykle utrudnioną, choć funkcjonował tu przewóz, jak pisano wówczas, z tego powodu stawała się nie do przebycia dla dzieci zmierzających do szkoły. O trudnościach związanych z przebyciem rzeki niech świadczy fakt, iż w Jeziornie Oborskiej w XVIII wieku ulokowano austerię [rodzaj karczmy – DP], w której podróżni, oczekując na sprzyjające do przeprawy warunki, mogli przenocować. We wcześniejszych stuleciach rzeka zaś rozlewała się w tym miejscu, tworząc nieprzebyte jezioro, stąd wywiedziono zapewne jej nazwę. Z czasem, gdy koryto Wisły się odsunęło, Jeziorka podążyła za nim, jednak rozlewiska pozostały, skąd z rzadka wystawał grunt, czyli Grąd [historyczna nazwa jednej z okolicznych wsi; aktualnie nieistniejąca – DP], gdzie ulokowano młyn, a z czasem Papiernię.
W ramach potężnych prac regulacyjnych dolnego odcinka rzeki zbudowano jej nowe koryto i ujście do Wisły. Także dzisiejsze połączenie Małej z Jeziorką jest wytworem rąk ludzkich. Nie sposób dociec, jak dokładnie obie rzeki łączyły się wcześniej – tyle razy rejon ujścia oraz okoliczną sieć rzeczną przebudowywano. Wciąż jednak miejsce to ma w sobie dzikość. Grząski teren dobrze pamięta, że kiedyś był deltą rzeki, a jeszcze dawniej – jeziorem. Poskręcane wierzby leżą bezwładnie, powalone przez starość albo podgryzione przez bobry, a gęste trzcinowisko porasta brzegi.
Jest też płot z siatki, który stoi nad brzegiem niezgodnie z prawem i nie daje możliwości swobodnego przejścia. Aby podejść do samego ujścia, trzeba przetrawersować skarpę, trzymając się go jak chwytów w skale. Inaczej łatwo ześliznąć się do wody. Staję na cyplu, gdzie siostry rzeki – Mała i Jeziorka – łączą swoje ciała. Ale to, co widzę, to wyłącznie wody Jeziorki, bo Mała od wielu miesięcy jest wyschnięta. Do koryta Małej trafia cofka z wody piętrzonej przez imberfal.Rzeka pracuje tu ze spokojem. Krzyżówki rysują swoim lotem linie na idealnie gładkiej powierzchni wody, która załamuje się i leci w dół poza zasięg mojego wzroku. Po prawej pulsuje i szumi miasto. Sobota to dzień targowy. Odwracam się do tego świata plecami i rozpoczynam marsz.
Wędrówkę wzdłuż rzeki można podejmować dwojako: od początku do ujścia, które nie zawsze jest naturalne, lub od ujścia do początku, który nie zawsze jestźródłem. Wyznawczynią pierwszego podejścia jest Małgosia Lebda – ultramaratonka, poetka, rzeczniczka rzek. Twierdzi, że rzece powinno się towarzyszyć w drodze do morza. Nie jest ważne, czy wpada do niego bezpośrednio, czy jako dopływ innej rzeki. Każda z polskich rzek kończy bieg, mieszając słodkie wody ze słonością Bałtyku. To z Małgosią i jej ówczesnym partnerem Rafałem Siderskim, artystą wizualnym, towarzyszyliśmy Małej od początku do ujścia 16 sierpnia 2022 roku. Rzecznikiem drugiego podejścia jest Adam Robiński, autor książek, dziennikarz, obieżykraj. Adam twierdzi, że początek rzeki, źródło, zawsze jest owiane tajemnicą. Coś w tym jest. Pamiętam dobrze, kiedy jako dzieciak z wypiekami na twarzy śledziłem wyprawę Tomka Wilmowskiego* i jego przyjaciół do źródeł Amazonki. Z Adamem przeszliśmy wzdłuż wiosennej Małej w poszukiwaniu jej źródła 18 kwietnia 2021 roku. Wędrówka została opisana w książce Adama Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów2.Małgosię wzywa morze, Adama pociąga tajemnica początku. Ja godzę oba podejścia.
Towarzyszę Małej od ponad pięciu lat. Wędruję nad nią codziennie. Czasem samotnie, czasem w towarzystwie innych istot. Raz płynąłem po Małej SUP-em**. Wiele razy rzeka pokazała mi, że mimo infantylnej nazwy potrafi być niedostępna i dyktować własne warunki. Raz skąpałem się w przejmująco zimnej wodzie, kiedy załamał się pode mną lód. Kiedy indziej nurkowałem, aby ratować utopiony aparat. Niezliczoną ilość razy wylewałem wodę z przelanych kaloszy i woderów. „Powtarzanie pogłębia bycie”3, mówi Byung-Chul Han.
Ta wędrówka będzie szczególna. Pierwszy raz będę towarzyszył rzece, w której nie ma wody. Chcę nadać temu towarzyszeniu inny niż tylko ludzki wymiar. Będę wędrował tak, jak poruszają się zwierzęta, ich ścieżkami. Nie będę wychodził z koryta, aby obejść leżące w nim powalone drzewa, gałęzie czy mostki. Będę pod nimi przechodził, przeczołgiwał się, klękał, zginał kark. Wiem, że są miejsca w Dolinie, gdzie woda jest obecna. Tam zamierzam zaspokajać pragnienie. Chcę choć przez jeden dzień poczuć to, co mogą czuć inne istoty żyjące w Dolinie. Chcę doświadczyć, co im robimy. Bo rzeka nie znika ot tak. Chcę to poczuć własnym ciałem w geście solidarności z jej Istotą.
Roger Deakin w książce Waterlog: A Swimmer’s Journey Through Britain [Waterlog: Podróż pływaka przez Wielką Brytanię] z 1999 roku przyjmuje podobną perspektywę. Chce poczuć na własnej skórze to, co zrobiliśmy rzekom, jeziorom i mokradłom. Wchodzi do wody – niezależnie od jej czystości, temperatury czy formy własności – na takich samych prawach jak wodni mieszkańcy. Woda ma go zasiedlić. Swoją odyseję rozpoczyna od zanurzenia się w fosie w Suffolk w czasie nadchodzącej burzy. „Chciałem podążać za deszczem w jego meandrach po naszej ziemi, by ponownie połączyć się z morzem i wyrwać się z frustracji życia”4. Deakin wyobraził sobie połączony szlak jezior, rzek, bagien i kąpielisk i podążył nim. Swoją podróż rozpoczął jako pięćdziesięciolatek. W Kornwalii wszedł do Red River, skażonej kadmem, miedzią, cynkiem i arsenem. „Jeśli nie miałeś jeszcze okazji zanurzyć się w rozcieńczonym arszeniku i wielu innych truciznach, to miejsce dla ciebie” – mówił ironicznie. Płakał na parkingu Tesco po wyjściu ze strumienia Lark, nie mogąc zrozumieć, dlaczego woda na półkach kosztuje kilka funtów, a ta w strumieniu traktowana jest jak ściek.
Magdalena Czubaszek, autorka tekstu o Deakinie, zatytułowanego Dzikie pływanie,stawia pytania, które ja także wielokrotnie wypowiadam. Czy dziś jeszcze pływamy w rzekach? Czy jest gdzie? Czy rzeki i jeziora są dla nas dostępne? Czubaszek wspomina przeprowadzkę do Warszawy i kąpiel w Wiśle. „Ściągnęłam spodnie, koszulkę i weszłam do wody. Muliste dno niezbyt mi pasowało, ale woda była wspaniała. Stojący na brzegu znajomi nie kryli zszokowania, wręcz obrzydzenia. – Fajnie tak kąpać się w ściekach? – pytali”5. Co doprowadziło do sytuacji, że kąpiel w rzece, która jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym była normalnością, dziś stała się czymś „dzikim” i niezwykłym? Jak to się stało, że woda z rzeki nie nadaje się do picia, a w wielu miejscach strach do niej włożyć nawet rękę?
Pierwszy raz w Małej pływałem w roku wodnej obfitości, czyli w 2021. Według nomenklatury Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej (IMGW) był to rok normalny: temperatury nie odbiegały od średniej wieloletniej i wystąpiły opady śniegu zimą, dzięki czemu wiosna i lato były tak mokre. To jedyny taki rok w czasie minionej dekady. Na szczęście w odróżnieniu od wód, do których wskakiwał Deakin, Mała – szczególnie w swoim końcowym odcinku – niesie czystą wodę, która gdyby nie jej rdzawy kolor, mogłaby mieć wysoką klasę czystości.
Innym wyzwaniem, z którymi mierzy się Deakin, jest „święte” prawo własności. W pociętej płotami Wielkiej Brytanii, gdzie większość brzegów rzek to tereny prywatne – rzeczywiście jest to wyzwanie. Tu nasuwa się od razu pytanie – czyja jest rzeka? W Polsce rzeki i jeziora nie mogą być własnością prywatną. Jednocześnie dostęp do nich od strony brzegu nie jest już niestety taką oczywistą sprawą. Teoretycznie reguluje tę kwestię Prawo wodne, gwarantując tak zwany pas techniczny o szerokości od 1,5 do 3 metrów wzdłuż brzegów wód publicznych – obszar, który musi być dostępny dla wszystkich. Rzeczywistość jednak temu przeczy, mimo że praktyka dostępu do publicznych wód powierzchniowych ma u nas długie tradycje sięgające średniowiecza. Wystarczy pojechać na przykład na Mazury, gdzie aktualnie trwa plaga zagradzania brzegów jezior i blokowania do nich dostępu od strony lądu. Jeszcze kilka lat temu pływałem w Wigrach w Rosochatym Rogu. Teraz nie jest to już możliwe – właściciel zagrodził plaże, zamknął pomost. Takich miejsc jest dziś mnóstwo. Rzeki i jeziora, nie dość, że coraz mniej zdatne do pływania z powodu zanieczyszczeń, teraz jeszcze są zamykane wbrew prawu w imię prywaty.
Po przejściu pod dwoma parkowymi mostkami i mostem nad ulicą Sienkiewicza zatrzymuję się przed płotem. Dalej Mała wpływa na jedną z kilku posiadłości w granicach Konstancina. Nie ma do niej dostępu: nie mogę przejść rzeką, mimo że prawo gwarantuje do niej dostęp. Żelazny płot jest bezwzględny. Nawet bóbr się tamtędy nie prześliźnie. Wychodzę z suchego koryta i ruszam wzdłuż ruchliwej i pełnej samochodów ulicy Piłsudskiego. Nie mam po co skręcać w Batorego, bo przy kościele pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny także nie ma dostępu do rzeki.
[konteksty]
Kiedy pytałem w Konstancinie-Jeziornie, jaka rzeka przepływa przez miasto, każdy mówił mi, że Jeziorka. Ale to nie była cała prawda, więc dopytywałem dalej.
„Pyta pan o Smródkę? Inaczej zwaną Strumykiem albo Śmierdziuszką?” – to była najczęstsza reakcja moich współmieszkańców. Kiedy trafiłem nad rzekę w 2020 roku, nawet lokalni historycy pasjonaci nie byli w stanie nic pewnego o niej powiedzieć. Google także milczał. Wypluwał zaznaczoną na niebiesko linię na mapie Wód Polskich oraz identyfikator Podziału Hydrograficznego Polski: 2588. Dalej był opis: ciek stały, naturalny, szerokość między 1,5–5 metrów, długość 16,7 kilometra.
Sprawdziłem jeszcze w wykazie prowadzonym przez Komisję Standaryzacji Nazw Geograficznych. Znajduje się tam 8100 nazw cieków: rzek, potoków, strug, strumieni, starych koryt, kanałów i rowów, a także wykazy 136 nazw źródeł i 16 nazw wodospadów. Jest tylko jedna Mała.
W 1990 roku w konstancińskim Parku Zdrojowym odbył się festyn im. Jadwigi Pate, zorganizowany przez stowarzyszenie mieszkańców Konstancina-Jeziorny URBI. Przy tej okazji opublikowali oni manifest:
Powodowani wzrastającą przestępczością, postanowiliśmy zorganizować się w celu przywrócenia spokoju i ładu. Pierwsze zebranie odbyło się 17 marca b.r. Zaangażowano policjantów z psami, zorganizowano patrole samochodowe i przy poparciu społeczeństwa roztoczono całonocną opiekę nad miastem. Festyn, na którym Państwo gościcie, jest próbą przełamania dotychczasowej atomizacji naszej społeczności, próbą jej integracji. […] Pragniemy, by chociaż przez 7 godzin trwania Festynu Konstancin był taki, jakim był kiedyś i jakim być powinien. Najbliższe cele URBI to, obok dotychczasowej działalności, doprowadzenie do tego, by konstanciński strumyk zwany „Smródką” był znowu czysty, by były w nim, jak kiedyś, ryby i raki…6.
Paweł Komosa – konstanciński historyk, pasjonat i mieszkaniec okolicy, redaktor naczelny portalu OkoliceKonstancina.pl – zwraca uwagę, że o ile Jeziorka jako duża rzeka miała swoją pozycję w lokalnej pamięci i historii, o tyle Mała, czy jakkolwiek wcześniej się nazywała – zupełnie nie. Nie jest pewne, dlaczego tak się stało, ale Komosa ma pewną teorię. Dzisiejszy Konstancin-Jeziorna to miasto młode, powstałe dopiero w 1969 roku. Zostało sklejone z wielu bytów – dużo, dużo starszych, o różnej historii i tożsamości. Pierwsze wzmianki o osadnictwie w tym rejonie pochodzą z X wieku, ale wykopaliska świadczą o jeszcze wcześniejszej obecności ludzi na tym terenie. Kluczowa w osadnictwie była – co nie jest niespodzianką – bliskość rzeki. Chodzi oczywiście o Wisłę, wzdłuż której powstawały pierwsze wsie, osady, gospody. To wzdłuż największej polskiej rzeki prowadził szlak handlowy przez Czersk aż do Kijowa, a sama rzeka była przez stulecia głównym szlakiem transportowym z Gdańska w głąb kraju. Jedną z najstarszych wiślanych przepraw prowadzono w Gassach, wsi założonej w XVI wieku, która jest dziś częścią gminy Konstancin-Jeziorna. W XVII wieku zbudowano istniejący do dzisiaj dwór w Oborach. W podobnym okresie zaczęli przybywać na te zimie Olędrzy – osadnicy z okolic Fryzji i Niemiec. W XVIII wieku tworzyli na tyle dużą społeczność, że zaczęli zakładać własne wsie.
Wisła rozlewała się wtedy szeroko, a jej główne koryto „chodziło” nawet kilka kilometrów, stanowiąc wyzwanie nie tylko dla właścicieli dóbr, którzy jednej wiosny mieli łąki po prawej, a drugiej po lewej stronie rzeki, ale też dla ówczesnych osadników. Kiedy w wyobraźni cofam się do XVIII wieku i wcześniej, to widzę teren wyglądający jak Amazonia – pełny torfowisk, rozlewisk, mokradeł, łączących się i dzielących koryt rzecznych, starorzeczy, meandrów, powstających i znikających jezior.
Jeziorka, druga największa rzeka w okolicy, płynęła za dawnych czasów co najmniej dwoma korytami.
[…] nad jednym położona była Jeziorna Królewska, nad drugim Jeziorna Oborska. Dziś jedyny nurt płynie w zupełnie innym miejscu. Niegdyś Jeziorka wiła się wśród rozlewisk, w kierunku Wisły płynąc przez teren obecnego Mirkowa. Wszak obecna szkoła Montessori czy boisko RKS Mirków położone są na jej dawnym lewym brzegu, prawy stanowiłby mur Papierni7
– opisuje Komosa. Jeziorka przez stulecia wpadała do Wisły. Przez wieki starsza siostra przesuwała swoje koryto, tworząc między innymi odnogę zwaną Wilanówką, w której przez jakiś czas Jeziorka kończyła swój bieg. W wyniku rozbudowy obwałowań, które w międzyczasie postawiono, zabezpieczono rozwijające się osadnictwo, a przede wszystkim powstałą w XVIII wieku Papiernię Królewską na Jeziorce. Jednak cały układ wodny zmieniła przebudowa wałów i sieci rzecznej po powodzi z 1947 roku oraz budowa w latach pięćdziesiątych elektrociepłowni Siekierki. Gdzieś tam, przez nikogo nienazwana i niezauważana, płynęła także Mała, która nawet tak się nie nazywała. Mała na tyle, żeby nie wpisać się w tożsamość okolicy i mieszkańców.
Od 1867 roku nad Jeziorką można mówić o jednej gminie – Jeziornej, powstałej z połączenia Jeziornej Bankowej i Jeziornej Oborskiej. Sam Konstancin powstał trzydzieści lat później – początkowo jako letnisko. Można powiedzieć, że Jeziorna była tubylcza i właśnie dlatego zachowała swoją tożsamość i pamięć o okolicy. W Konstancinie dominowali przyjezdni, którzy nie wiedzieli nawet za bardzo, jak nazywa się duża rzeka płynąca przez Konstancin, a co dopiero ta mniejsza.
Nie za górami ani morzami, ale na szesnastej wiorście za Warszawą stała się osobliwość. Nie wspomniała o niej kronika skandalów lub teatralna, a jednak jest bardzo zajmująca. Przystępując do jej opisania, mam do wyboru fletnię poety albo łokieć kupca i skalpel lekarski; wolę jednak zostać mieszczuchem, z żyłką ziemiańską, który jest szczęśliwy, że nawet cudzoziemiec, przyzwyczajony do porządku, wygód i dobrego stylu, chętnie w niej zamieszkał. Szczere piaski mazowieckie, przepuszczalne – najważniejszy warunek zdrowotności – bujny las młodociany, gęsto podszyty, z częścią starodrzewu, wśród którego królują wiekowe dęby, obfitość wody w dwóch rzeczkach [wyr. DP], podczas upału cień na każdym kroku, a w dni słotne ganki dookoła domu – oto w grubszych zarysach fizyonomia Konstancina, zadawalającej najzupełniej hygenistów8
– pisał w 1900 roku w tygodniku kulturalno-literackim „Biesiada Literacka” autor ukrywający się pod pseudonimem Sęp.
Kontekstem dla pierwotnej nazwy Małej jest Urzecze, region historyczny i etnograficzny będący częścią doliny Środkowej Wisły. Jedną z nacji, która nadała tej krainie specyficznego charakteru, byli Olędrzy, czyli osadnicy pochodzenia niderlandzkiego, niemieckiego lub fryzyjskiego. Zapraszano ich do Polski od XVI wieku, aby pomogli w zasiedlaniu terenów w dolinie Wisły, która w tamtym czasie była potężną, dziką rzeką, a jej dolina pełna starorzeczy, terenów podmokłych, regularnie zalewanych. Ale miało to też dobrą stronę: rzeka żywiła swoją dolinę, nanosząc żyzne namuły – mady, które przy odpowiednim gospodarowaniu dawały dużo wyższe plony. Dziedzictwem Olędrów była umiejętność osuszania terenów zalewowych, której uczyli się od średniowiecza na niderlandzkiej depresji narażonej na żywioł Morza Północnego. W Polsce Olędrzy najpierw pojawili się na wybrzeżu Bałtyku w okolicach Żuław, a następnie ruszyli w górę Wisły, gdzie zasiedlali nadrzeczne tereny zalewowe. Budowali wały, systemy melioracji, sadzili wierzby, wpływając na okoliczny krajobraz. Rozczochrane sylwetki wierzb na horyzoncie uznajemy za tradycyjny mazowiecki krajobraz, nie pamiętając, skąd się tam wzięły.
Czytając o Olędrach, lubię myśleć, że chcieli oni żyć w zgodzie z wodą. Potrafili ją czytać, wiedzieli, kiedy niesie życie, a kiedy jest zagrożeniem. Nie odwracali się do rzeki plecami. Chałupy stawiali na sztucznie usypanych wzniesieniach, zwanych terpami, w taki sposób, że kiedy przychodziła wielka woda, której nie dało się uniknąć, przepływała ona przez środek domu, nie czyniąc wielkich szkód. Trytwy, czyli groble olęderskie, pozwalały bezpiecznie przemieszczać się po bezmiarach rozlanych wód. Budowane były trochę jak tamy bobrowe – w środku umacniane wierzbowymi gałęziami (faszynami), z zewnątrz obłożone ziemią. Wierzba była w rękach Olędrów drzewem do zadań specjalnych. Rosła bardzo szybko, pobierała duże ilości wody, osuszając teren. Dostarczała materiału na opał i budulca do wyplatania płotów. Olędrzy sadzili wierzby w równych rzędach na miedzach, między polami, łąkami, a także wzdłuż dróg. Regularnie je ogławiali, czyli ścinali siekierką kilkuletnie pędy – trzyletnie na chrust, cztero-, pięcioletnie na kołki. Owszem, czynili sobie Ziemię poddaną, ale jednocześnie poddawali się jej rytmowi. Była to forma symbiozy i równowagi, dająca im poczucie bezpieczeństwa i stabilności.
Aby zrozumieć historyczną nazwę Małej, trzeba wejść na dawną groblę, oddzielającą wieś Solec (hist. Szulec) od Czarnowa. To mazowiecki landszaft: wijąca się droga, po obu stronach wierzby. Rozczochrane, rosochate, niektóre rozwrzeszczane, inne zamknięte w sobie. Wszystkie sędziwe. Nestorki krajobrazu. Gdybyśmy rozumieli, o czym mówią, kiwając przy tym swoimi czuprynami, usłyszelibyśmy prawdopodobnie o rycerzach rodu Pierzchała, których granice dóbr „sua divisione incipiendo a Wierzbna”9 – początek brały od rzeczki Wierzbnej. Takie zapisy – najstarsze, na jakie trafili konstancińscy historycy – pochodzą z Metryki Księstwa Mazowieckiego. Spisano je w 1428 roku, zachowały się w dokumentach granicznych dóbr oborskich sporządzonych w XVIII wieku.
Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich (1880–1902) podaje: „Wierzbna, rzeczka, wypływa z lasów w okolicy wsi Wierzbno w powiecie Warszawskim i uchodzi we wsi Jeziornie do Jeziorki. Na wiosnę tak zmieniała wody Jeziorki, że w Jeziornie wtedy białego papieru robić nie było można”10. Szczególnie interesująca jest ta ostatnia wzmianka! Trzeba wyjaśnić, że Jeziorna znana była z jednej z pierwszych na ziemiach Polskich i swego czasu największej w kraju fabryki papieru. To tutaj, w Królewskiej Papierni, wyprodukowano papier, na którym w 1791 roku spisano Konstytucję Trzeciego Maja. Nawet dziś, kiedy w Małej jest woda, ma ona kolor rdzawy – szczególnie na końcowych kilometrach rzeki. Wiele osób pyta mnie o ten kolor, obawiając się, że woda jest zanieczyszczona. W 2005 roku w ramach monitoringu lokalnego wód podziemnych i powierzchniowych dla rejonu ujęć wodociągowych „Nowe Wierzbno”, „Warecka” oraz „Grapa” (zrealizowanego na zlecenie Urzędu Miasta i Gminy Konstancin-Jeziorna) poddano analizie próbki wody pobranej z rzeki Małej11. Większość analizowanych wskaźników spełniała normy II lub I klasy, jednak normy w zakresie barwy kwalifikowały wodę do klasy IV. Kolor wody w Małej/Wierzbnej pochodzi od rudawców – rodzaju skał, które wyścielają dno Doliny i które powstały wskutek wypłukiwania związków żelaza z gliny pokrywającej brzegi rzeki. Glina została naniesiona tu przez lądolód w czasie ostatniego zlodowacenia.
Warto zwrócić uwagę na dwa szczegóły. Słownik wspomina o miejscu, z którego wypływała rzeka – to lasy w okolicy Wierzbna. Dziś znacznie bliżej początku ówczesnej rzeki jest wieś Czarnów, której założycielem w 1858 roku był Julian Czarnowski, dziedzic Chylic. Osadę Wierzbno założono w tym samym roku. Drugi szczegół dotyczy sugerowanej długości rzeki, innej niż dzisiejsza. Mapy Special Karte von Südpreussen z 1802–1803 roku samej rzeki nie pokazują, ale pozwalają zidentyfikować podłużną, podmokłą dolinę, wijącą się od okolic Czarnowa aż niemal po wieś Dobiesz. Ponad 100 lat starsze, z lat 1911–1932, pokazują w tym samym miejscu rzekę, która zaczyna się w okolicy wsi Wypęk (część majątku szlacheckiego Baniocha; wieś Dobiesz leży około kilometra w górę rzeki). Wydaje się, że miała wtedy mniej niż połowę dzisiejszej długości. W swoim obecnym kształcie i kilometrażu pojawia się ona dopiero na mapach powojennych, opracowanych w Wojskowym Instytucie Geograficznym po 1931 roku.
We wspomnieniach z 1928 roku opisanych przez pierwszego badacza dziejów letniska Konstancin, Józefa Hertela, znajduje się mapa Parku Zdrojowego12. Rysował ją odręcznie z pamięci pan Paweł Elsztajn. Mała podpisana jest tam jako Struga-Kanał. Z kolei w opracowaniu naukowym Kazimierza Orthweina Przemiany kulturalne i społeczne w podwarszawskim osiedlu Skolimów-Konstancin13 Mała wzmiankowana jest jako bystry potok dzielący opisywaną posesję państwa Zawiszów14. Miejscowy proboszcz, nieżyjący już ks. Bogdan Jaworek, który objął rektorat kościoła w 1972 roku, wspominał, że w Strumyku woda była czysta i łowił w niej ryby. Na mapie z 1990 roku umieszczonej w przewodniku po polskich uzdrowiskach pojawia się już nazwa Mała Rzeczka. Przy samym ujściu Małej do Jeziorki jest uliczka, nazywa się Strumykowa.
Może i Małej nie zauważano, ale Komosa twierdzi, że było ją dość mocno czuć. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że ścieki Konstancina, zanim zbudowano oczyszczalnię, były odprowadzane niedaleko ujścia Małej, gdzieś w okolicy starej elektrowni – dziś nieistniejącej, w miejscu której jest plac zabaw w Parku Zdrojowym. Odnotowano nawet awanturę z Papiernią, która narzekała na zanieczyszczenie wody przez prawostronny dopływ. Trzeba nadmienić, że woda płynąca wtedy w Jeziorce była ponoć krystalicznie czysta – o czym świadczyła też jakość papieru wyrabianego w Królewskiej Papierni. Trudno w to dzisiaj uwierzyć. Drugą, późniejszą i dużo poważniejszą przyczyną zanieczyszczenia rzeki oraz uciążliwego zapachu było ekobójstwo latami dokonywane przez zakłady produkcyjne Hortex z Góry Kalwarii. Od lat siedemdziesiątych dokonywały one zrzutu nieoczyszczonych ścieków oraz mazutu do rowu melioracyjnego R-42, który łączył się z Małą we wsi Ługówka. To 14 kilometrów w górę rzeki od Konstancina.
Chyba największą uwagę okolicznych mieszkańców przyciągnęła Mała w czasie pamiętnej – jednej z największych w dziejach nowożytnej Polski – powodzi w 1947 roku. Została uwieczniona na fotografiach przez Marię Chrząszczową. Zaledwie dwa lata po zakończeniu drugiej wojny światowej zniszczoną i odbudowywaną z poświęceniem Polskę nawiedziła potężna powódź wiosenna. W tamtych latach – choć nie na taką skalę – powódź była zjawiskiem stosunkowo częstym: po obfitujących w śnieg zimach, w okresie przedwiośnia przychodził czas gwałtownych roztopów i nagłego, znacznego przyboru wód w rzekach. Dziś trudno to sobie wyobrazić, bo wskutek postępującego globalnego ocieplenia śniegu w zimie niewiele jest już nawet w górach. W marcu 1947 roku z południa polski popłynęły rzekami kry, mające miejscami prawie metr grubości. Po drodze spiętrzały się na naturalnych i ludzkich przeszkodach – w tym na tonach zalegającej w korytach rzek stali, pochodzącej ze zniszczonych w czasie wojny mostów i przepraw.
Z konstancińskich kadrów Chrząszczowej najbardziej w pamięć zapadają mi dwa obrazy. Pierwszy to uśmiechnięte dzieciaki, które korzystają z tej niezwykłej sytuacji. Wsiadają do łódek zaimprowizowanych z drewnianych balii albo aluminiowych garnków i wiosłują po rozlanej rzece, która płynie konstancińskimi ulicami. Druga fotografia przedstawia dziewczynkę, która z nieco szelmowską miną przeprawia się na drugą stronę zalanej ulicy Batorego. Nie chce zamoczyć butów. Wchodzi na podmurowanie płotu i trzymając się sztachet, trawersuje ulicę ponad wodą.
Nie mogę uciec od analogii do tego obrazu. 4 grudnia 2021 poszliśmy razem ze słuchaczkami i słuchaczami Szkoły Ekopoetyki oraz innymi osobami aktywistycznymi do wsi Solec nad Małą, do miejsca, gdzie deweloper rozpoczynał budowę osiedla i zdewastował odcinek rzeki koparką. My z kolei chcieliśmy podkreślić tożsamość Małej, wbić symbolicznie tabliczkę z jej nazwą, powiedzieć światu, że tutaj jest rzeka, a nie jakiś rów, który można bezkarnie przekopać i zniszczyć. Na drugą stronę Małej przechodziliśmy w identyczny sposób jak dziewczynka ze zdjęcia z 1947 roku. Strawersowaliśmy płot Rezydencji Chojnów – osiedla, które stoi na rzece i przegradza jej Dolinę. Na zdjęciu upamiętniającym tamtą przeprawę nie widzę twarzy, ale rozpoznaję postacie. Justyna, Zuza, Kasia. Przytulone do płotu, skupione. Żadna nie chce wpaść do lodowatej wody. Na brzegu przeprawy pilnuje Frank – psi towarzysz wędrówki. Na pierwszym planie zdjęcia – niebieska tabliczka z nazwą „Mała” .
Obie fotografie dzielą 74 lata, zupełnie inna rzeczywistość gospodarcza, społeczna i klimatyczna. Ale łączy je Rzeka.
Tylko tyle, co dwie garści kropel wiemy o rzece, która była tak mało znacząca, że niewielu potrafiło jej nazwę zapamiętać. Coraz mniej żyje tych, którzy pamiętają, jak łowili w niej ryby albo jak rozlewała się w Dolinie. Opowieść się rozpada, byt odsyłany jest w zapomnienie. Dolinę osuszono, rzekę wyprostowano, odcinając kolejne jej meandry. Wierzby wycięto, teren zabudowano, a ona cofa się coraz bardziej w głąb siebie samej. Nawet jeśli znika, to niemal nikt tego nie zauważa. Kto by pamiętał imię kogoś, kto jest tak mały, że prawie go nie ma?
Mała. Brzmi tak, jakby ktoś, kto musiał ją wymyślić, wyrzucił z siebie cokolwiek, słowo mało znaczące i niezobowiązujące. Ktoś, kto tą nazwę nadawał, był zbyt leniwy, żeby sięgnąć do dawnych opowieści albo celowo chciał jej historię umniejszyć.
Mała. Tak mówi się do dziewczynki, kiedy nie traktuje się jej serio, albo do kobiety, kiedy chce się ją zdeprecjonować, uciszyć. Mała może brzmieć też serdecznie, ale wciąż mało poważnie. A przecież wszystkie źródła wskazują, że tu płynęła rzeka. Że żyła. I wcale aż taka mała nie była. Jeśli – jak mówi filozof Byung Chul-Han – „opowieść posiada moc nowego początku”, a „każde działanie zmieniające świat wychodzi od opowieści”15, to może jest nadzieja na nie-zapomnienie? Wszak świat stworzony jest ze słów, a kiedy zmienia się opowieść – zmienia się świat, jak mówiła z kolei w mowie noblowskiej Tokarczuk16.
Opowieści i pieśni zawsze miały moc tworzenia wspólnoty, która gromadziła się wokół drzewa lub w pobliżu rzeki. Opowieści i pieśni tworzyły świat.
Czy zaśpiewacie ze mną pieśń o Małej?
Dalsza część w wersji pełnej
* Tomek Wilmowski to bohater dziesięciotomowej serii przygodowo-podróżniczej autorstwa Alfreda Szklarskiego, która ukazywała się od końca lat pięćdziesiątych XX wieku i opowiada o przygodach Tomka i jego przyjaciół, podróżujących po różnych zakątkach świata.
** Stand up paddle – rodzaj dmuchanej deski, na której pływa się na stojąco, odpychając się wiosłem.
Ujście
1 Paweł Komosa, Rzeka graniczna, 28 sierpnia 2017, https://okolicekonstancina.pl/2017/08/28/rzeka-graniczna/ [dostęp: 6.02.2025].
2 Adam Robiński, Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów. Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2022.
3 Byung-Chul Han, Absolutny brak bycia [w:] Duch nadziei i inne eseje, przeł. Rafał Pokrywka, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2025, s. 135.
4 Roger Deakin, Waterlog: A Swimmer’s Journey Through Britain, Chatto & Windus, London 1999, s. 4. Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przekłady z angielskiego w tłumaczeniu autora.
5 Magdalena Czubaszek, Dzikie pływanie, 2024, www.dwutygodnik.com/artykul/11390-dzikie-pywanie.html [dostęp: 6.02.2025].
6 Adam Zyszczyk, Wspomnienia: Festyn im. Jadwigi Pate – czerwiec 1990, 2 marca 2025, https://okolicekonstancina.pl/2025/03/02/festyn-im-jadwigi-pate-czerwiec-1990/ [dostęp: 6.02.2025].
7 Paweł Komosa, Rzeka…
8 Adam Zyszczyk, Początki Konstancina – Biesiada Literacka 1900, 12 stycznia 2023, https://okolicekonstancina.pl/2023/01/12/poczatki-konstancina-biesiada-literacka-1900/ [dostęp: 6.02.2025]; „Biesiada Literacka” 1099, nr 23 i 27.
9 Paweł Komosa, Rzeczka tajemnic, 11 października 2021, https://okolicekonstancina.pl/2021/10/11/rzeczka-tajemnic/ [dostęp: 6.02.2025].
10Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, t. XIII: Warmbrun – Worowo, red. Bronisław Chlebowski, Filip Sulimierski, nakł. Władysława Walewskiego, Warszawa 1893, s. 398.
11Raport oddziaływania na środowisko. Budowa obwodnic m. Konstancin – Jeziorna i m. Góra Kalwaria w ciągu drogi wojewódzkiej nr 724, oprac. Andrzej Krzyśków i in., 2008, https://siskom.waw.pl/dw/724/ROS.pdf [dostęp: 6.02.2025].
12 Józef Hertel, Legendarne casino w Konstancinie, Wydawnictwo Uzdrowiska Polskie – Józef Hertel, Konstancin 2001, s. 106.
13 Kazimierz Orthwein, Przemiany kulturalne i społeczne w podwarszawskim osiedlu Skolimów–Konstancin, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1969,s. 198–199.
14 Tamże.
15 Byung-Chul Han, Storyselling [w:] Kryzys narracji i inne eseje, przeł. Rafał Pokrywka, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2024, s. 198–199.
16 Olga Tokarczuk, Czuły narrator, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020, s. 7–27.
Daniel Petryczkiewicz, Mała historia znikania. Opowieść o Rzece
Warszawa 2026
Copyright © by Daniel Petryczkiewicz, 2026
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-68823-00-4
Redakcja: Ewelina Szyszkowska
Korekta: Sylwia Mieczkowska
Opieka redakcyjna: Jaś Kapela
Projekt okładki: Maja Madejska
Ilustracje: Karolina Petryczkiewicz
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
ul. Jasna 10 lok. 3
00-013 Warszawa
wydawnictwo.krytykapolityczna.pl
Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w Prześniona x Łoskot Cafe (ul. Jasna 10, Warszawa), księgarni internetowej KP (wydawnictwo.krytykapolityczna.pl) i w dobrych księgarniach na terenie całej Polski.
Okładka
Karta tytułowa
Spis treści
Czym jest rzeka?
Ujście
krople
Przypisy końcowe
Karta redakcyjna
Okładka
Strona tytułowa
Spis treści
Meritum publikacji
Przypisy
Strona redakcyjna
