Magia cichych gestów - Katarzyna Kielecka - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Magia cichych gestów ebook i audiobook

Katarzyna Kielecka

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Nie wszystkie historie zaczynają się od słów. Niektóre rodzą się w ciszy.

Przed laty Olaf Zalewski stracił rodziców, a z nimi część swojej tożsamości. Unika gwałtownych zmian, ambitnych wyzwań, ryzyka. Lubi bezpieczną przewidywalność jutra. Tymczasem splot grudniowych wydarzeń zmusza go do powrotu do Warszawy, gdzie czeka go konfrontacja z własnym dzieciństwem, pierwszą miłością oraz dziesięcioletnim synem, którego nigdy dotąd nie spotkał.

Wędrując po tropach własnych wspomnień, Olaf staje twarzą w twarz ze światem, w którym słowa wydają się zbędne, a ich brak wcale nie musi dzielić. Kuba nie słyszy, za to od pierwszych chwil wyzwala w ojcu gwałtowne emocje i potrzebę działania. Rodzina, w jakiej żyje chłopiec, wydaje się skomplikowaną, absurdalną wręcz układanką. Droga do ojcostwa prowadzi Zalewskiego przez małe akty odwagi, ciche gesty i głośne rozczarowania, bo nie pasuje do niej żaden prosty klucz.

Magia cichych gestów to przejmująca opowieść o tęsknocie za bliskością, zrozumieniem, akceptacją i o tym, że najważniejsze wyznania można wyrazić na wiele różnych sposobów...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 316

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 15 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Grzesław Krzyżanowski

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja

Anna Seweryn

Korekta

Urszula Bańcerek

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Slotorsz

Ilustracje na okładce

© Art Media Factory, invisible163, MariaAlam, la, overlays-textures, Rawpixel.com, Who is Danny | stock.adobe.com

Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.

Wydanie I, Katowice 2026

tekst © Katarzyna Kielecka, 2026

© Wydawnictwo Dobre Strony

ISBN 978-83-8461-006-0

Wydawnictwo Dobre Strony

ul. Uniwersytecka 13

40-007 Katowice

[email protected]

+48 884 666 213

Bo przestrzeń, gdzie można rozwinąć skrzydła, to cisza.

Antoine de Saint-Exupéry, Twierdza

Nie ma większej samotności niż życie w tłumie ludzi, z którymi nie można się porozumieć.

Anna Goc, Głusza

Dla fantastycznej ekipy, z którą spędziłam pewien kwietniowy tydzień w Lombardii z chlebowcem w tle

Prolog

W nocy kolejny raz przyśniła mi się Warszawa. Tonęła w porannej mgle, przez co kontury budynków, drzewa i wiaty przystankowe wydawały się dziwnie rozmyte, monochromatyczne, jakby nierealne. Wokół panowała cisza jak makiem zasiał. Nie słyszałem nawet własnego oddechu ani kroków, chociaż pędziłem przez Krakowskie Przedmieście, wyciskając z mięśni maksimum możliwości. Dziwne uczucie.

Ciągnęło mnie na Plac Zamkowy. Od najmłodszych lat uważałem, że to centralny punkt na mapie stolicy, i traktowałem to miejsce bardzo osobiście. Było moje.

Grudzień rozkokosił się wszędzie, od największych miejskich arterii po zapomniane zaułki, w które nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuściłby się dobrowolnie. Porozwieszał na latarniach i w witrynach kolorowe serpentyny świateł, zewsząd łypał figlarnymi oczami elfów, reniferów, aniołków i mikołajów, ludziom wpychał na oblicza rozanielone uśmiechy, a moje serce wprawiał w niecierpliwe drgania. Powietrze przesycone było specyficznym zapachem piernika z powidłami śliwkowymi, który Binia produkowała przed każdym Bożym Narodzeniem w ilościach iście hurtowych, wydzielała nam po odrobinie, a potem rozdawała na prawo i lewo sąsiadom, żeby się nie zmarnowało.

Zbliżał się ten jedyny w roku czas, podczas którego życie triumfowało nad śmiercią, światło nad ciemnością, dobro nad złem, a marzenia były na wyciągnięcie ręki. Pozwoliłem zatem, by wypełniło mnie przekonanie, że w święta wszystko może się zdarzyć. To, co poplątane, zyska zdolność samorozplątania, to, co bolesne, łagodnie się zabliźni, a to, co wygląda na ślepą uliczkę, okaże się po prostu kolejnym zakrętem na ścieżce losu i jedyne, co powinienem zrobić, to odważnie nią pójść.

Te grudniowe sny o Warszawie co roku wytykały mi z czułością strofującej niani, że przeszłość tkwi we mnie nieutulona, nieposprzątana, niezaleczona, i dręczyły trudną do stłumienia tęsknotą. Wiedziałem, że ignorowanie ich to głupota. Nie da się bez ustanku zamiatać problemów pod dywan. Święta to wyśmienity katalizator zmian, idealny moment dla początków i końców, które od dawna cierpliwie czekają, aż człowiek wykrzesze z siebie odwagę.

Minąłem Bednarską i w oddali dostrzegłem zarys Kolumny Zygmunta III Wazy. Zawibrowało we mnie znajome podniecenie. Zacząłem biec jeszcze szybciej, gnany niecierpliwością. Zbyt długo się tam nie pojawiałem. Mój kilkuletni rytuał pogawędek z postacią z pomnika okrutnie przerwało życie i teraz wreszcie mogłem do niego wrócić.

Na chodniku leżała warstwa świeżego śniegu, wystarczająco gruba, by głuszyć rytm kroków. Było jednak dosyć ciepło. Mróz ledwo ślizgał się po powierzchni gruntu, dlatego zgadywałem, że zostawiam za sobą wytopiony czarny szlaczek w kształcie podeszew.

Poluzowałem szalik, odpiąłem pod szyją suwak kurtki, mimowolnie obejrzałem się za siebie i wrosłem w ziemię. Szedłem sam, a jednak po obu stronach moich śladów wyraźnie dostrzegłem odciśnięte buty dwóch innych osób. Serce opadło mi na wysokość pępka i zabiło nierównym rytmem. Rozejrzałem się, lecz poza tkwiącymi w sielskiej symetrii bryłami kamienic nie zobaczyłem nic.

Zaklaskałem, wykonałem w powietrzu kilka rozpaczliwych gestów i wreszcie zawołałem piskliwym dziecięcym głosem:

– Halo, jest tu kto?

Odpowiedziało mi falowanie echa, a po nim bezdenna cisza. Wystraszony nie na żarty, pobiegłem przed siebie. Po policzkach spływały mi łzy. W normalnej sytuacji pewnie bym się ich wstydził, ale teraz nikt nie mógł mnie zobaczyć. Zziajany dotarłem pod postument, z rozpędu wszedłem na pierwszy stopień, wytarłem rękawem policzki i zadarłem głowę. Szczyt kolumny ginął w sinej mgle, lecz nie miałem wątpliwości, że jest pusty. Ani wąsatej postaci w rycerskiej zbroi z szablą w ręku, ani krzyża. Zygmunt III Waza zniknął!

– Ej! – krzyknąłem. – Gdzie jesteś?

Zimny palec popukał mnie w plecy. Podskoczyłem jak oparzony i odwróciłem się na pięcie. Zachłysnąłem się szlochem, spotniały mi dłonie, a zęby zadzwoniły o siebie.

– Nie desperuj. – Męski głos wydobywał się niczym ze studni i zrozumiałem, że pochodzi z głębokich otchłani nawet nie mojej, a cudzej pamięci. – To ja cię pytam, gdzie jesteś, Olo. W jakim punkcie życia?

– Nie wiem – wydukałem przez łzy.

– A powinieneś wiedzieć. Dorośnij wreszcie, weź sprawy we własne ręce. Nie dotrzesz do żadnego sensownego celu, jeśli nie zaczniesz od Warszawy.

Ożyw obraz

1.

Dwadzieścia cztery piłeczki do ping-ponga zbombardowały panele podłogowe. Nieprzyjemny odgłos wdarł się w leniwy spokój wczesnego poranka i w ciągu paru sekund wywołał napięcie w atmosferze. Zawtórowało mu rzucone damskim głosem przekleństwo:

– Cazzo!

Olaf Zalewski z wysiłkiem rozkleił powieki i ospale podniósł się na łokciu.

– Co się dzieje? – zapytał nieprzytomnie.

– Nic. Pakuję swoje rzeczy. Przypadkiem zrzuciłam pudełko z twoimi gadżetami, bo znowu stało na brzegu biurka. Planujesz zdobić nimi choinkę? – zaatakowała Rosa Zanetti, po czym dodała zirytowanym tonem: – Nie odpowiadaj. W sumie to już nie moja sprawa.

Z furią cisnęła na łóżko otwartą walizkę. Kauczukowe kółko boleśnie wbiło się mężczyźnie w kolano, bo cienka kołdra nie stanowiła dostatecznej ochrony. Lekko się skrzywił, lecz postanowił nie komentować tego ataku. Wysunął się z pościeli i stanął na podłodze boso, odziany jedynie w bokserki.

– Trzeba to pozbierać – powiedział.

– Bądź łaskaw najpierw założyć spodnie.

Poczuł się nieswojo, jakby go przyłapała na czymś kompromitującym. Omiótł wzrokiem smukłą postać w czarnych dżinsach i liliowym golfie. Długie ciemne włosy związała w kok, żeby nie przeszkadzały, i tylko grzywka swobodnie podskakiwała na jej czole. Na przegubach dłoni pobrzękiwały cienkie srebrne bransoletki, a małe usta, posmarowane bezbarwnym błyszczykiem, drżały lekko. Pozornie sprawiała wrażenie opanowanej i tylko ten ostatni detal zdradzał, że to, co robiła, nie przychodziło jej z łatwością.

Mężczyzna ściągnął z fotela sprany T-shirt z napisem „Zermatt” i charakterystycznym zarysem Matterhornu. Przywiózł go z wypadu do Szwajcarii pięć albo sześć lat temu. Nie potrafił sobie przypomnieć, której zimy jeździł tam na nartach, i szybko porzucił próby w tym względzie, bo chwilowo nie miało to znaczenia. Wskoczył w luźne spodnie dresowe i łypnął w lustro.

Niedawno obchodził trzydzieste trzecie urodziny, a nadal nie mógł powiedzieć, że jako tako panuje nad własnym życiem. Pozornie nie miał sobie nic do zarzucenia. Odkąd skończył studia, praca sama pukała do jego drzwi. Jako tłumacz dysponujący sześcioma językami nie narzekał na brak zleceń. Cieszył się niezłym zdrowiem i kondycją, dogadywał się z nielicznymi kumplami i jeszcze mniej liczną rodziną, nie popadał w konflikty z ludźmi ani prawem, rzadko pił, nie palił, nie zażywał środków halucynogennych. Zgrzytała w nim tylko przeszłość oraz nieumiejętność budowania trwałych relacji uczuciowych. W tym względzie szło mu zwyczajnie do kitu. Przyjaciel Zalewskiego, Alessandro Conte, z zawodu psychoterapeuta, uparcie twierdził, że te dwie kwestie łączy związek przyczynowo-skutkowy.

Olaf podobał się kobietom, chociaż był zbyt lekki, zbyt drobny, by uchodzić za klasycznego adonisa. Pasjami przemierzał góry na rowerze, na nartach lub na własnych nogach, uwielbiał grać w ping-ponga, czasem biegał, za to nie znosił spędzać jałowych godzin na siłowni na monotonnym powtarzaniu kolejnych serii ćwiczeń. Te upodobania w połączeniu z genami po przodkach ukształtowały mu sylwetkę zwinną, zgrabną, lecz z pewnością nie muskularną.

Pogodna i raczej dobrotliwa trójkątna twarz o łagodnych rysach z prostym, klasycznym nosem i błękitnymi tęczówkami pod strzechą pszenicznych włosów zapewniały Zalewskiemu wygląd wiecznego studenta. By dodać sobie powagi, od sześciu lat się nie golił. Nosił krótki, równo przycięty zarost, lecz to niewiele zmieniało. Nadal miał w sobie coś z chłopca, zwłaszcza gdy się zajrzało w jego oczy. To właśnie w nich, pod wierzchnią warstwą humoru, wręcz krotochwili, skrywały się ślady tęsknoty, lęku, a nawet wstydu. Mało komu jednak pozwalał sięgać tak głęboko. Rosie Zanetti nigdy się to nie udało.

Pozbierał do plastikowego pudełka rozsypane na podłodze piłeczki, wyciągnął spod łóżka dwie paletki i odłożył na komodę.

– Tłumaczyłem ci, że nie musisz wyprowadzać się od razu. – Odchrząknął, czując nieprzyjemne drapanie w gardle. – Tuż przed świętami trudno znaleźć mieszkanie do wynajęcia, a ja nie mam nic przeciwko, żebyś została tak długo, jak potrzebujesz. Miejsca nie brakuje.

– Poradzę sobie – odburknęła z zaczepnością chojraka, który za nic nie opuści gardy.

Wzruszył ramionami. Wsunął na nos okulary z prostokątnymi czarnymi oprawkami, spojrzał za okno w wykuszu i z zadowoleniem odkrył, że pada śnieg. Lubił zimę. Miejsce, w którym mieszkał, gwarantowało mu przez część roku białe krajobrazy, a jednocześnie nie fundowało tęgich mrozów. W tym względzie, jak i w wielu innych, było idealne.

Przysiadł na parapecie, splótł ręce na piersiach i przyglądał się, jak pustoszeje czterodrzwiowa szafa, zajmująca całą ścianę w jego sypialni. Cisza krzyczała w uszach niezręcznym dyskomfortem, więc po chwili ponownie się odezwał:

– Ktoś po ciebie przyjedzie?

Rosa z hukiem zamknęła wieko walizki, przygniotła kolanem i energicznie zapięła suwak.

– Tak! – wydusiła przez zęby.

– Brat? Edoardo?

– A mam innego brata? – Postękując, zwlekła bagaż na podłogę i popchnęła w kierunku drzwi. Kółeczka zaterkotały donośnie.

– I po co się denerwujesz? Pytam z troski.

Wdrapała się na krzesło, stanęła na palcach, wyjęła z najwyższej półki składaną sportową torbę, podsunęła ją pod toaletkę i jednym ruchem zgarnęła do środka stos kosmetyków. Następnie opróżniła szuflady, pełne kobiecych szpargałów. Na koniec rozejrzała się po pokoju. W jej oczach błysnęły łzy i bezradność.

– Za późno na troskę. Ustaliliśmy przecież, że to koniec. Wesołych świąt, Olo.

– A jednak szkoda – wymamrotał, bo nagle zrobiło mu się żal trzech wspólnych lat. Nie było przecież źle. Lubili się, na początku wyraźnie czuli do siebie miętę. Nie bez kozery kupił jej pierścionek i zaproponował, by się do niego wprowadziła…

Z Rosy zeszło powietrze, które dotąd rozdymało ją i niemal unosiło kilka centymetrów nad ziemią. Przygarbiła się, zmalała. Podeszła do Zalewskiego. Jej nozdrza zafalowały, jak zawsze, gdy pokonywało ją wzruszenie, a ona uparcie próbowała z nim walczyć. Olaf poddał się odruchowi i ją przytulił. Bez oporu pozwoliła na ten gest.

– Przepraszam. – Zachlipała prosto w jego obojczyk. – Nie powinnam tak natrętnie naciskać na dziecko, a potem, kiedy nie zachodziłam w ciążę, na to, żebyś się przebadał… To nie jest droga dla każdego.

– Przepraszam – powtórzył jak echo. – Zabrakło mi odwagi. Rozczarowałem cię, a wystarczyło powiedzieć…

– Że nie zależy ci na byciu ojcem? – Nieznacznie się odsunęła.

Poprawił okulary na nosie i zerknął za okno. Drobniutkie płatki śniegu wirowały nad pobielonymi górami. Wyglądały jak cukier puder sypany przez gęste sitko na powierzchnię karpatki. „To najpiękniejszy krajobraz na świecie – pomyślał. – I po co moje głupie serce natrętnie przypomina mi o Warszawie?…”.

– Że już nim jestem. Mam syna, a to oznacza, że w tym zakresie mój organizm działa prawidłowo.

Oczy Rosy się zaokrągliły. Powoli wysunęła się z objęć Olafa i wbiła w niego pełne wyrzutu spojrzenie.

– Oszukałeś mnie?

Skrzywił się i pokręcił głową.

– Nie do końca… To sprawa sprzed lat. Nie utrzymuję kontaktów z tamtą kobietą, nigdy nie widziałem naszego dziecka, nie łożę na jego utrzymanie. Oczywiście nie wykręcam się, jestem gotów płacić alimenty, gdyby zaszła taka potrzeba, ale jak dotąd… – próbował wyjaśniać.

Nie bardzo ją to interesowało. Wręcz dodatkowo ją rozsierdził, bo chwyciła rączkę walizki i wyszła z sypialni, rzucając przez ramię:

– Stronzo!*

Olaf obserwował przez okno, jak pokonuje zewnętrzne schody, mija furtkę, dociera do zaparkowanego przy bramie Nissana X-Trail i wpada prosto w objęcia mężczyzny, który z niego wysiadł. Człowiek ów był rosły, barczysty, co wyraźnie rzucało się w oczy mimo pikowanej kurtki. Czarne włosy zaczesał do góry z użyciem żelu lub innego klajstra, bo niemożliwe, by się tak dobrze trzymały same z siebie. Gdy tulił Rosę, uniósł głowę, ukazując oblicze o kanciastych rysach i szerokich kościach policzkowych. Patrzył na wykusz na piętrze. Jego pełne pogardy spojrzenie na moment splotło się ze wzrokiem Zalewskiego. Potem wsunął dłonie we włosy kobiety i nakrył jej usta swoimi.

Ten obcy facet w żadnym razie nie przypominał Edoarda Zanettiego, niedoszłego szwagra, z którym Olaf widywał się dziesiątki razy. Za to właśnie okazał się teraźniejszością i przyszłością Rosy oraz być może jedną z przyczyn tego, że jej związek z Olafem się zakończył. Padający śnieg wytrwale okrywał parę bielą, jakby nakładał na nich miękki pluszowy koc i pretendował do roli orędownika ich związku.

– Ciekawe, od jak dawna przyprawiała mi rogi – podsumował Zalewski.

Na biurku obok pudełka z piłeczkami do ping-ponga leżał nieduży złoty krążek z małym diamentem i pęk kluczy do mieszkania. Widomy znak, że miłość, o ile to naprawdę była ona, na dobre przestała istnieć. Olaf w nagłym gniewie otworzył szufladę, by zsunąć do niej oba fanty. Sprawa była zamknięta.

Pod prysznicem zmył z siebie resztki konsternacji i niesmaku. Zdążył przemyśleć gruntownie poranne zdarzenia i przemówić sobie do rozumu, że przecież tego chciał, zależało mu na rozstaniu. Ustalili z Rosą, że nie ma innego wyjścia, już kilka dni temu, przed jej służbowym wypadem do Rzymu, i wszystko przebiegło niemal zgodnie z planem. Owszem, ją zabolało, że nie wspomniał wcześniej o synu, a jego męskie ego ucierpiało nieco, gdy ujrzał swojego następcę, ale w ogólnym rozrachunku niczego to nie zmieniało. Nadal lubił tę kobietę, doceniał jej błyskotliwość, wytrwałość, z jaką dążyła do realizacji celów, urodę i dźwięczny alt, którym kosiła konkurencję w klubie karaoke w Iseo. Poza tym jednak wszystko, co ich łączyło, dawno wygasło. Nie kochali się, nie czuli chęci, by na siłę sklejać swoje życiorysy, ich relacja zaczynała im ciążyć i nie było sensu zatruwać nią świąt albo, co jeszcze gorsze, wnosić ją jak niepotrzebny bagaż za próg kolejnego roku.

Olaf założył dżinsy i bluzę z kapturem. Stopy wsunął w adidasy. Przeczesał palcami wilgotne włosy i rozejrzał się w poszukiwaniu telefonu. Znalazł go na podłodze przy szafce nocnej. Przeczytał serię pytań Alessandra i wpisał do komunikatora lakoniczną wiadomość:

Wyprowadziła się. Szczegóły potem.

Przez chwilę toczył wewnętrzną walkę, czy zaścielić łóżko, machnął ręką na ten detal i wyszedł za drzwi. Zanim jednak przekręcił klucz w zamku, wrócił i pospiesznie poprawił pościel, przypomniawszy sobie słowa przyjaciela: „Wielkie zmiany zaczyna się od małych kroków. Jeśli dziś uporządkujesz łóżko, jutro zmobilizujesz się do porządkowania życia”.

– Niech będzie, że wygrałeś, byku – mruknął pod jego adresem.

Przekrzywił głowę, krytycznie ocenił wynik swojej pracy i wreszcie z ulgą opuścił mieszkanie. Naciągnął kaptur, pokonał schody, obiegł dom, poprawił przekrzywiony wieniec adwentowy na drzwiach Balbiny Scotti, chwycił ciężką kołatkę trzymaną w zębach przez łeb mosiężnego lwa i zapukał.

Ożyw obraz

* wł. dupek

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Cytaty i dedykacja

Prolog

1.

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja