Mądrość wilków. O tym, jak myślą i troszczą się o siebie. Zdumiewające fakty o zwierzęciu, które jest nam bliższe, niż się wydaje - Elli H. Radinger - ebook
Opis

Kochaj rodzinę, troszcz się o tych, których powierzono twojej opiece, nigdy się nie poddawaj, nigdy nie zaniechaj zabawy – oto wilcze zasady. Wilki z pełną empatią troszczą się o starych i chorych, z miłością wychowują dzieci, a w zabawie potrafią zapomnieć o wszystkim. Myślą, marzą, planują, inteligentnie porozumiewają się ze sobą i są bardziej podobne do nas niż może nam się wydawać.

Elli H. Radinger opowiada frapujące historie, które jak w soczewce ilustrują tak cenne cechy i wartości jak oddanie rodzinie, zaufanie do bliskich, cierpliwość, zdolności przywódcze, czujność, radzenie sobie z porażkami lub śmiercią. Odsłania zdumiewające i do tej pory nieznane fakty z życia wilków i pokazuje, że wilki byłyby lepszymi ludźmi niż my.

„Jedna z najmądrzejszych i pełnych zrozumienia książek o naturze, jakie czytałem – w następnym życiu chciałbym być wilkiem!”

Peter Wohlleben, autor bestsellerów Sekretne życie drzew, Duchowe życie zwierząt i Nieznane więzi natury.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 224

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Już zawsze będziesz odpowiedzialny za to, co oswoiłeś1.

ANTOINE DE SAINT-EXUPÉRY

WPROWADZENIE

Czyli jak pocałowałam wilka i poczułam, że wpadłam

Wszystko ma swój pierwszy raz. W wypadku mojej wyjątkowej relacji z wilkami były nawet trzy „pierwsze razy”: pierwszy pocałunek wilka, pierwszy dziki wilk i pierwszy niemiecki wilk.

Pierwszy wilczy pocałunek dostałam od Imba, sześcioletniego basiora wilka szarego w amerykańskiej zagrodzie badawczej dla wilków. Zostawiłam za sobą dawne życie samodzielnej adwokatki. Delikty karne, spory o czynsz i rozwody wywoływały we mnie coraz większą frustrację. Zamiast z zapałem przyczyniać się do zwycięstwa sprawiedliwości, męczyłam się na każdej rozprawie. Brakowało mi dystansu i twardości, cech niezbędnych do tego, by zostać dobrą adwokatką. Nie potrafiłam i nie chciałam tak spędzić reszty życia. Chciałam wreszcie spełnić swoje największe marzenie i połączyć miłość do pisania z fascynacją wilkami.

Bez wykształcenia biologicznego, ale za to z ogromną pasją i optymizmem zgłosiłam swoją kandydaturę na staż w zakresie etologii wilków w zagrodzie badawczej Wolf Park w stanie Indiana w Stanach Zjednoczonych. Podczas rozmowy wstępnej kierownik badań, profesor Erich Klinghammer, wyjaśnił mi, że o zatrudnieniu praktykanta decyduje wyłącznie przywódca głównej watahy.

Ale jak się ubiega o staż u wilka? Na szczęście nie musiałam tańczyć ani śpiewać bądź też pokazywać sztuczek, jednak przysięgam, że nawet gdybym startowała do teleturnieju Deutschland sucht den Superstar [Niemcy szukają supergwiazdy]2, nie byłabym bardziej zdenerwowana – chociaż właśnie ta emocja jest niewskazana podczas spotkania z wilkiem w zagrodzie. Jak mówił Klinghammer: „Musisz być zupełnie na luzie! On wyczuje twoje zdenerwowanie”.

No to spróbujcie być na luzie, gdy stoicie naprzeciwko pięćdziesięciokilogramowego, obrośniętego futrem kłębu mięśni, który przeszywa was na wylot nieruchomym spojrzeniem żółtych oczu. Nie mogłam się oprzeć skojarzeniom z moim owczarkiem niemieckim, przyjacielem i powiernikiem z dziecięcych lat. No, ale dobrze. W zasadzie Imbo też był tylko dużym psem – bardzo dużym psem. Wytyczne dotyczące bezpieczeństwa pozwoliły mi przygotować się do spotkania, prowadzącym zagrodę zaś uzyskać zabezpieczenie prawne. Podpisałam oświadczenie o zwolnieniu z odpowiedzialności o budzącym niepokój brzmieniu: „Rozumiem, że istnieje ryzyko zranienia i że rany mogą być bardzo poważne”.

Ostrzeżona w ten sposób weszłam wraz z dwoma opiekunami zwierząt do wilczej zagrody, mocno wparłam się nogami w ziemię i wzięłam głęboki oddech. A potem mój świat uległ redukcji do wilka, który zbliżał się do mnie eleganckim kłusem. W popołudniowym słońcu lśniły srebrne pasma jego futra. Czarny nos zwietrzył mój zapach, uszy czujnie skierowały się do przodu. Kątem oka dostrzegłam pozostałych członków watahy Imba, którzy wyczekująco stali przy płocie. Wyraźnie widać było po nich napięcie, czy zdam egzamin i czy szef mnie zaakceptuje. Czułam się tak samo, bo od tego zależało podjęcie stażu. Chodziło więc o to, by przetrwać najbliższych parę sekund.

Film przed moimi oczami rozwijał się w zwolnionym tempie. Potężne tylne łapy wilka lekko się ugięły, szykując do skoku. Gdy wybił się w moją stronę, a ja sprężyłam się do odparcia uderzenia, nie było już odwrotu. Łapska wielkości dłoni wylądowały mi na ramionach, imponujące kły znalazły się parę centymetrów od mojej twarzy. Świat się zatrzymał. A potem Imbo szorstkim językiem polizał mnie kilka razy po twarzy. Ten „pocałunek” uzależnił mnie od „narkotyku” o nazwie wilk.

Po udzielonej przez Imba akceptacji rozpoczęłam staż wśród wilków z Wolf Park. Uczyłam się wszystkiego o opiece nad wilkami i o ich zachowaniu w zagrodzie, karmiłam wilczęta butelką i w ciągu kolejnych miesięcy dostałam liczne mokre dowody miłości od Imba i reszty watahy.

Gdy pół roku później przeniosłam się w ostępy Minnesoty, byłam znakomicie wykształcona i uważałam, że o tych zwierzętach wiem już wszystko. I wtedy spotkałam pierwszego dzikiego wilka.

Chata z bali, w której mieszkałam, znajdowała się nad jeziorem z dala od cywilizacji, w samym środku terenów zamieszkiwanych przez wilki i niedźwiedzie. W noworoczny poranek, przy minus trzydziestu stopniach, założyłam rakiety śnieżne, by ruszyć na poszukiwanie wilczych tropów. Do tej pory nie udało mi się zobaczyć szarych sąsiadów, tylko ich wycie upewniało mnie, że gdzieś tam są. Jednak minionej nocy, gdy długo stałam przed chatą i wsłuchana w wilczy chór podziwiałam zorzę polarną, nagły ruch na jeziorze odwrócił moją uwagę od widowiska na niebie. Przez połyskującą lodową taflę przemknęły w pościgu za czymś cztery wilki, aż znikły za horyzontem. Nie byłam w stanie dostrzec, za czym goniły.

Następnego dnia zerwałam się wczesnym rankiem, by je odszukać. Ostrożnie podążałam ich śladem przez las. Prowadził w gęstwinę, na przełaj, przez chaszcze, obok skał i kamieni, wzdłuż pokrytych śniegiem połaci. Z mozołem posuwałam się naprzód. Od czasu do czasu trafiałam na okrągłe zagłębienia, przypuszczalnie legowiska jeleni. Obfite żółte ślady znakowania na śniegu świadczyły o tym, że wilki również zauważyły te miejsca. Po godzinie podążania za tropem znalazłam świeże ślady krwi, a chwilę później odkryłam martwego młodego jelenia wirginijskiego. Uklękłam i pomacałam go. Był jeszcze ciepły. Brzuch miał rozerwany i brakowało mu tylnej nogi. Żołądek leżał z boku, serce i wątroba zniknęły. Rany kąsane na gardle i nogach dowodziły, że zwierzę długo nie cierpiało.

Jak okiem sięgnąć nigdzie wilków nie było, jednak nagle poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Ciągle klęczałam na śniegu. Nie najlepsza pozycja, gdy stoi za tobą głodny wilk. W zwolnionym tempie podniosłam się i odwróciłam. Stał tylko parę metrów ode mnie. Wilk szary. Ze zjeżonym futrem na karku, jakby właśnie przebiegł przez pole elektryczne, i nastroszonymi uszami mierzył mnie wzrokiem, przechyliwszy lekko głowę na bok. Nozdrza mu drżały, gdy próbował pochwycić mój zapach, ale wiatr wiał z innego kierunku. Widać było po nim – młodym zwierzęciu – że nie ma pojęcia, kim lub czym jestem. Wstrzymałam oddech. Oczywiście dzikie wilki nie atakują ludzi, ale czy ten wilk o tym wiedział? Był głodny, a między nim a jego ciężko zdobytym pożywieniem stałam tylko ja.

– Hej, wilku! – Czy to ze mnie wydobyło się to skrzeknięcie?

Zwierzę drgnęło i odskoczyło o krok. Równocześnie na poły uniesiony ogon przycisnął się do brzucha. Ciekawość przerodziła się w strach. Zrobił połowiczny piruet na tylnych łapach i prysnął w las. Jeszcze dobrą chwilę patrzyłam zafascynowana na drzewa, za którymi zniknął.

W ciągu następnych miesięcy nauczyłam się więcej o życiu i zachowaniu wilków żyjących na swobodzie oraz o prowadzeniu badań, telemetrii i monitoringu od biologów z International Wolf Center, ośrodka badań nad wilkami w Ely na północy Minnesoty, oraz od wilków koło mojego domu.

Gdy w 1995 roku w amerykańskim Parku Narodowym Yellowstone osiedlono pierwsze wilki szare z Kanady, rozpoczął się następny „wilczy” rozdział w moim życiu. Pracowałam jako wolontariuszka przy wilczym projekcie w Yellowstone, wspierając biologów podczas badań terenowych. W tym celu przebywałam przeważnie w Lamar Valley, położonej na wysokości dwóch i pół tysiąca metrów nad poziomem morza rozległej dolinie na północy parku narodowego, obserwowałam żyjące tam wilcze rodziny, a swoje obserwacje przekazywałam biologom.

Było to przed dwudziestu laty. Od tamtej pory mam za sobą dobrze ponad dziesięć tysięcy obserwacji wilków. Czasami dzieliło nas od siebie ledwie parę metrów. Nigdy nie czułam się zagrożona ani też się nie bałam. To, że mogłam niemal codziennie widywać te zwierzęta, traktowałam jako wielki przywilej. By tego doświadczyć, kilkakrotnie przelatywałam co roku dziesięć tysięcy kilometrów przez Atlantyk, ponieważ w Niemczech oficjalnie nie było wilków. Gdy w 2000 roku również i tutaj potwierdzono obecność tych nieśmiałych zwierząt, nie robiłam sobie nadziei, że kiedykolwiek je zobaczę.

I musiało minąć kolejnych dziesięć lat, zanim po raz pierwszy zobaczyłam w Niemczech wilka na wolności.

Wracałam ze spotkania autorskiego i wczesnym rankiem jechałam pociągiem Intercity-Express z Lipska do Frankfurtu. Konduktor postawił przede mną na stoliku cappuccino, a ja właśnie sięgałam po gazetę, gdy spojrzałam przez okno i dostrzegłam na polu coś brązowego. Jeżeli człowiek spędza wiele czasu ze zwierzętami na łonie natury, rozwija w sobie zdolność, którą można przyrównać do pewnej wilczej cechy, czyli posiadanego przez nie wzorca wizualnego ofiar albo krajobrazu. Nieświadomie przyswajam scenę, którą widzę, i czuję, że coś się nie zgadza, zanim jeszcze mogę to konkretnie zdefiniować. Teraz to uczucie błyskawicznie się pojawiło. Co to było? Zbyt długie nogi jak na lisa. Długi ogon, czyli nie sarna. Niech ktoś zatrzyma ten pociąg! – pomyślałam. Ale on niepowstrzymanie pędził dalej. Przywarłam do szyby, przechyliłam się nad stolikiem, wylewając przy tym kawę na gazetę. Tak, to wilk! Stał nieruchomo i wpatrywał się w coś na skraju lasu. Chwilę później obraz widziany z okien pędzącego pociągu zdążył się już rozmyć.

Był to pierwszy i jak dotąd jedyny raz, gdy miałam tyle szczęścia, by zobaczyć w Niemczech dzikiego wilka.

Obserwowanie wilków w naturze to nigdy niekończąca się historia. Oglądamy je podczas kopulacji, a po kilku miesiącach widzimy jej rezultat, jak na krótkich nóżkach fika koziołki z nory, przypatrujemy się walce maluchów o najlepsze miejsce przy „barze mlecznym” u mamy, cieszymy się z ich pierwszych, niepewnych sukcesów myśliwskich (hura! – mysz!), cierpimy razem z nimi, gdy się zranią, opłakujemy ich śmierć, śmiejemy się z żartów i zabaw, uczestniczymy w próbach flirtu, póki cykl nie dobiegnie końca i wszystko nie zacznie się od nowa.

Jestem zagorzałą wilkoholiczką, uzależnioną od wilków i mam objawy odstawienia, gdy nie ma mnie przy nich. Na wilczym terenie bezustannie się rozglądam za swoim „towarem”, którego mi nigdy dosyć. Wielu ludziom wystarcza, gdy zobaczą wilka raz czy dwa razy w życiu. Mnie nie, chcę ich coraz więcej. I dlatego czekam na kolejne wilcze obserwacje – nieważne, czy przy minus czterdziestu stopniach Celsjusza czy też w palącym słońcu i wśród gryzących owadów. Naciągam dodatkową parę wzmacnianych skarpetek, wsuwam do rękawiczek wkładki rozgrzewające albo smaruję się kremem z filtrem przeciwsłonecznym i środkiem na komary.

A potem sterczę na dworze godzinami i trwam niewzruszenie na posterunku, znoszę każdą pogodę. Postępuję tak, bo wiem, że wilki robią rzeczy, których nie chcę przegapić. A jeśli akurat nic nie robią, chcę wiedzieć, co się może wydarzyć za chwilę.

Jeżeli w pobliżu nie ma żadnych wilków, czekam, póki nie przyjdą. A gdy wreszcie się pojawiają, czuję, że właśnie dzieje się coś wyjątkowego. To intensywne chwile, w których świat wydaje się żywy i wiecznotrwały.

Mam wielkie szczęście, że wilki pozwoliły mi uczestniczyć w swoim życiu – w polowaniu, kryciu czy wychowywaniu młodych. Stwierdziłam, że zwierzęta te bardzo przypominają nas, ludzi, w swoich zachowaniach: są troskliwymi członkami rodzin, autorytarnymi, lecz sprawiedliwymi przywódcami, współczującymi pomocnikami, postrzelonymi nastolatkami albo głupkowatymi błaznami.

Ponadto w trakcie obserwacji dowiedziałam się, że wilk jest wspaniałym mistrzem i nauczycielem, od którego możemy się paru rzeczy w życiu nauczyć.

Wilcze watahy stały się cząstką mnie samej. Tak długie zgłębianie ich zachowań społecznych zmieniło mnie. Pojęcia w rodzaju moralności, odpowiedzialności czy miłości zyskały nowy sens. Wilki są moimi nauczycielami i źródłem inspiracji. Każdego dnia uczą mnie na nowo widzenia świata oczami innych – oczami wilków.

Nasze najlepsze cechy okazujemy w miłości do rodziny, bo jest ona miarą naszej stabilizacji i wyznacza naszą lojalność.

HANIEL LONG

ZNACZENIE RODZINY

Czyli dlaczego tak ważna jest troska o tych, których powierzono naszej opiece

Wilki leżały zwinięte na śniegu. Przypominały krąg z szarych kamieni, gdzieniegdzie można było dostrzec drgające ucho czy łapę. Smukła wilczyca przeciągnęła się i przewróciła na bok. Jej ciemnoszare futro przecinał wzdłuż podbrzusza srebrny pas. Pozostałe wilki miały ciemne futro na grzbiecie z rdzawymi plamami na piersi. Wilczy rodzice odpoczywali parę metrów dalej, przyciśnięci grzbietami do siebie, wokół nich leżały porozrzucane dwulatki i roczniaki, wyczerpane gonitwami i tarmoszeniem się z rodzeństwem.

Maluchy zbudziły się pierwsze. Rozdzieliły między sobą kilka szturchańców, po czym skoczyły na te, które jeszcze spały. Przez kilka minut przypominały bandę rozzuchwalonych nastolatków. A następnie otrząsnęły się i rozejrzały dookoła. Jeden z roczniaków jako pierwszy runął naprzód, dając susa nad śpiącymi dorosłymi, inne poszły za nim. Najmłodszy pośliznął się i wpadł na ojca, który zerwał się na równe nogi i warknął na szczeniaka. Junior natychmiast przewrócił się na grzbiet i zaskomlał, na co ojciec polizał go po twarzy. W tym momencie wróciła banda urwisów. Doskoczyła do przywódcy stada, wytarzała się z nim w śniegu i umknęła. Zbudziło to pozostałych dorosłych członków rodziny.

Młode wilki dopadły do przywódców watahy i zasypały je gradem pocałunków, liźnięć i delikatnych, pieszczotliwych ukąszeń. Skakały przez nie i szturchały się wzajem, tworząc ogromny kłąb, w którym trudno było rozróżnić, gdzie kończy się jeden wilk, a zaczyna drugi. Czule chwytały zębami pyski rodzeństwa, kręciły się, ocierały i dotykały, przepełzały pod pniakami, skakały przez skałki i przedzierały przez krzaki blokujące im drogę. Wszędzie widać było błyszczące oczy i machające na wszystkie strony ogony. Ci ogarnięci największym entuzjazmem dawali susa w sam środek zgrai tylko po to, żeby po prostu tam być. Wyraz czystej radości życia.

Jeden z wilczków wdrapał się na wzgórek, a za nim podążyli jego młodsi bracia. Spojrzeli po sobie, a następnie wszyscy razem skoczyli ponad krawędzią zbocza i ślizgiem zjechali po śniegu. Wirowali przy tym wokół własnej osi, ciągnąc za sobą tuman śnieżnego pyłu. Gdy dotarli na dół, wyglądali jak wilki śnieżne.

Wreszcie jeden z grupy dobył z siebie głos. Inne mu zawtórowały. Niemal wszystkie wstały i wyły w najrozmaitszych tonacjach. Niektóre śpiewały, inne piszczały podniecone, dwa leżące wilki uniosły głowy i dołączyły do wycia. Śpiew się wzmagał, wybuchając fenomenalnym finałem.

Pierwsze wilki ruszyły w drogę. Kilkoro młodziaków bawiło się jeszcze w berka. Ale wkrótce cała rodzina podjęła wędrówkę i rozciągniętą linią maszerowała górskim grzbietem.

Niewiele scen w przyrodzie obserwuje się z takim wzruszeniem jak życie wilczej rodziny3. W przeciwieństwie do warczących i szczerzących zęby kreatur, które możemy oglądać w filmach, egzystencję dzikich wilków cechuje harmonia, a ich wzajemne kontakty są radosne i czułe. Szczeniaki są ukochanym i pilnie strzeżonym skarbem watahy, zatem odpowiednio do tego się je traktuje. Nie tylko rodzice, lecz także cała rodzina wraz z ciotkami, wujami i starszym rodzeństwem troszczy się o nie, a troskę tę można opisać jedynie jako altruistyczną, czyli bezinteresowną4. Starym i rannym członkom rodziny zapewnia się pożywienie, nigdy nie zostawia się ich na łasce losu. Każdy członek stada wie, gdzie jest jego miejsce i kto podejmuje decyzje. Wszyscy ciągle zapewniają się o swoim oddaniu i uwadze poprzez bezustanne interakcje i rytuały. Silne więzy rodzinne stanowią ważną ochronę w świecie natury i pomagają przetrwać.

System społeczny wilków jest obiektem licznych studiów zarówno biologów, jak i psychologów, którzy są zdania, że człowiek może się wiele dowiedzieć o sobie samym, obserwując wilki. Chcąc lepiej zrozumieć ich zachowania społeczne, etolodzy podzielili wilki na dwa podstawowe typy charakterologiczne:

Typ A to typ śmiały, energiczny i ekstrawertyczny. Rzuca się z motyką na słońce i szybko gubi w sytuacjach, które są dla niego nowe i których nie może kontrolować poprzez swoje zachowania. Po porażce potrzebuje dłuższych przerw. Takie wilcze (i ludzkie) osobowości są zwykle wesołe, ale i męczące w obcowaniu – przynajmniej dopóki mogą wszystko regulować na swoją modłę. Gdy staje się to niemożliwe, tracą rezon i wołają o pomoc.

Zupełnie inny jest typ B. Jego zasadnicze podejście do życia polega na arystokratycznej powściągliwości. Tego rodzaju introwertyczne charaktery czekają najpierw, co się stanie, ale potem lepiej się przystosowują.

Wilcza rodzina jest zasadniczo zbiorowiskiem takich typów osobowościowych. Oboje przywódcy, czyli rodzice, stanowią niemal zawsze połączenie typu A i B, które się wzajemnie uzupełniają. Nie oznacza to bynajmniej, że typ A to zawsze samiec, a typ B to zawsze samica.

U nas, ludzi, też istnieją rozmaite typy charakterów. Zastanawialiście się już kiedyś, do jakiego typu należycie? Jeżeli jesteście ekstrawertycznym typem A, musicie się nauczyć panowania nad sobą w pewnych sytuacjach i tłumienia chęci do zbyt impulsywnych poczynań. Jako powściągliwy, nieśmiały typ B macie czasem problem ze zbyt powolnym działaniem i brakiem odpowiednio szybkiej reakcji. Zgodnie z zasadą: „Kto późno przychodzi, ten sam sobie szkodzi”.

Naturalnie między obydwoma typami osobowości istnieją jeszcze najróżniejsze warianty i typy mieszane. Ja prezentuję łagodniejszą formę typu B z lekką domieszką typu A.

Znajomość tych faktów często mi się przydaje w relacjach międzyludzkich stosownie do reguły: „To jest po prostu A czy B i inaczej nie może”. Wprawdzie krytycy podziału na typy A i B są zdania, że charaktery podstawowe mogą się zmienić w każdym momencie, jednak z doświadczenia wiem, że nasza najpierwotniejsza osobowość podstawowa zawsze ostatecznie dojdzie do głosu, nie możemy więc na dłuższą metę stroić się w cudze piórka.

Podobnie jak poszczególne wilki, tak też wilcze rodziny mają coś w rodzaju osobowości grupowej. Naturę niektórych watah określają na przykład despotyczni przywódcy lub ponure indywidua. Z tego powodu wzajemne oddziaływanie wilczych charakterów sprawia, że jedna wataha jest zasadniczo przyjaźniejsza jak Druidy5, inna zaś poważniejsza i budząca większy strach jak wataha Mollie.

Roczniak z watahy Druidów (typ A) przebiega jak gdyby nigdy nic przez drogę, nie zwracając uwagi na samochody.

Oba typy osobowości występują licznie u wilków z Lamar Valley w Yellowstone. Szczególnie dobrze to widać, gdy przechodzą przez szosy, na których czekają turyści i samochody. Typy A zachowują się niezależnie, świadomie i bez wahania idą prosto przed siebie, czasami nawet w ogóle nie zwracając uwagi na ludzi. Typy B natomiast tylko w skrajnej potrzebie zdecydują się przebiec przez drogę.

Pamiętam pewne wydarzenie z maja 2011 roku. Dorosły, bardzo ostrożny wilk typu B desperacko próbował przejść przez drogę, jednak nie miał odwagi z powodu wielu turystów. Wolał zaczekać do zapadnięcia ciemności, więc poszukał sobie ukrycia. Schował się jednak zbyt blisko nory kojotów. Kojoci rodzice wyskoczyli z jamy i zaatakowali go. Wilk – już zdenerwowany obecnością dwunogów, a teraz jeszcze ścigany wśród drażniących wrzasków przez mniejszych krewniaków i kąsany przez nich w pośladki – dał drapaka i popędził przez szosę, przecinając grupę ludzi. Zapewne w jego oczach stanowiła mniejsze zło.

Od 2012 roku wilki utraciły w Stanach Zjednoczonych status gatunku objętego ochroną i poluje się na nie nawet na terenach graniczących z Yellowstone. W parku narodowym są nadal chronione. Ale wilki nie trzymają się wyznaczonych granic. Opuszczają park i trafiają na karabiny myśliwych. Zadaję sobie pytanie, czy w tej sytuacji typy B, takie jak opisany wyżej tchórz, nie mają większych szans na przeżycie. Może to odważni podbijają świat, ale przetrwają cisi i nieśmiali.

Struktury władzy są u ssaków określone już poprzez hierarchię w obrębie rodziny. Rodzice decydują za dzieci, starsze rodzeństwo za młodsze. Oznacza to, że nie trzeba zdobywać pozycji w walce lub za pomocą zabiegów politycznych bądź też – jak u właścicieli psów – ustalając, komu wolno siedzieć na kanapie, a komu nie. Rodzice nie muszą udowadniać, że do nich należy ostatnie słowo. Tak po prostu jest. Z racji swojego doświadczenia dokonują oni wyborów w imię dobra i bezpieczeństwa grupy, bo zawsze chcą dla niej tego, co najlepsze.

U wilków wszystko kręci się wokół rodziny. Stanowi ona dla nich bazę, bezpieczeństwo, stabilizację, jedyny cel istnienia. Dla niej są nawet gotowe poświęcić życie. W kwietniu 2013 roku wraz z innymi obserwatorami wilków stałam na wzgórzu w Lamar Valley, by przyjrzeć się norze rozrodczej wilczycy z watahy Lamar. Od narodzin wilcząt minęło pięć dni. W pewnym momencie zobaczyłam szesnaście wilków z watahy Mollie wbiegających do lasu, w którym znajdowała się nora. Bałam się najgorszego. Nagle z lasu wyłoniło się siedemnaście wilków, pierwsza, wyprzedzając nieco pozostałe, pędziła wadera z watahy Lamar. Stawką biegu było jej życie. Przed kilkoma dniami urodziła czworo szczeniąt i była osłabiona. Wilki z watahy Mollie prędko ją dogoniły, a ja wstrzymałam oddech. Wilczyca gnała ku stromej skale. Za moment musiała się zatrzymać i stawić czoła prześladowcom, którzy bez trudu mogli ją zabić. Oznaczało to śmierć również dla jej bezbronnych dzieci. Wataha Mollie zabije je w norze albo umrą z głodu.

Ale nie doceniliśmy woli przetrwania wilczycy. Popędziła ku szosie, na której stali turyści. Wilczyca była przyzwyczajona do ludzi, przebiegła drogę, zatrzymała się i spojrzała ku ścigającym ją wilkom, które nie odważyły się przebiec na drugą stronę.

Mimo że przywódczyni watahy Lamar była już bezpieczna, jej rodzinie nadal groziło niebezpieczeństwo. Między nią a jej dziećmi stali napastnicy, którym wystarczyło tylko odwrócić się i pobiec do nory, by pozabijać wilczęta.

W tym momencie tuż obok watahy Mollie zjawiła się dwuletnia córka przywódczyni watahy Lamar. Wilki natychmiast się ku niej rzuciły. Młoda wilczyca pognała na wschód, daleko od nory z wilczętami, wataha Mollie następowała jej na pięty. Ta córka wadery była jednym z najszybszych zwierząt w stadzie i znała każdą piędź ziemi w swoim rewirze. Bez trudu mogła ujść wrogom.

Zdenerwowana wataha Mollie pokręciła się jeszcze chwilę tu i tam, po czym wycofała się do własnego rewiru. Tamtego roku nie pojawiła się już w pobliżu nory w dolinie Lamar. Gdy tylko napastnicy odeszli, wadera powróciła do szczeniaków. Parę tygodni później zobaczyłam ją, jak razem z potomstwem biegała zdrowa i zadowolona.

Rodzina zmienia wszystko. Dla niej jesteśmy gotowi na wyrzeczenia, na poniesienie ofiar.

Mimo że śmierć rodziny ogłaszano już nieskończenie wiele razy, to jednak nie jest ona modelem powoli znikającym z rynku, lecz nieodmiennie trwa. Pojęcie rodziny nie obejmuje przy tym jedynie klasycznego małżeństwa, zaliczamy tu również rodziny patchworkowe, osoby samotnie wychowujące dzieci i partnerstwa jednopłciowe.

Im szybciej toczy się życie i im bardziej skomplikowany staje się „zewnętrzny” świat, tym bardziej tęsknimy za rodziną i tradycyjnymi wartościami takimi jak wspólnota, uczciwość, zaufanie i wierność. W obliczu przerastającej nas rzeczywistości uciekamy w ściśle określony, przewidywalny świat. Moralność szalonych lat, które przyszły po 1968 roku, kiedy to zbuntowaliśmy się przeciwko establishmentowi i jego tradycyjnym modelom życia, ustąpiła moralności lat pięćdziesiątych. Nagle znowu wielu znalazło szczęście w posiadaniu meblościanki i ogródka działkowego i nie przejmuje się łatką drobnomieszczaństwa.

Wilki to drobnomieszczanie pełną gębą. Żyją według wartości, za którymi tęsknimy. Poprzez liczne wspólne rytuały umacniają się wzajemnie w poczuciu stabilności i zaufania.

Rytuały są znaczącą częścią wilczego życia i przyczyniają się do wzmocnienia relacji społecznych – ceremonia pobudki, którą opisałam na początku rozdziału, powitanie przywódców, gdy wracają z polowania do domu, wspólne wycie.

Dla nas – podobnie jak dla wilków – rodzinne rytuały są niezbędne. Dają nam poczucie bliskości, wspólnoty, zakotwiczenie w życiu i wzmacniają więzi międzyludzkie. Ich wagę w codziennym życiu rozumiemy dopiero, gdy znikają.

W nowoczesnych rodzinach niemal się nie spotyka dawniejszych rytuałów – tych niedzielnych wypraw do kościoła, po których następował wspólny obiad i odwiedziny u babci. Gdyby choć raz dziennie udało się nam zgromadzić całą rodzinę przy wspólnym posiłku, to już byłoby nieźle.

Osobiście staram się, by nawet w najbardziej zabieganym czasie przynajmniej jeden dzień w tygodniu przeznaczać dla rodziny lub przyjaciół. Wspólne przeżycia utrwalają poczucie wzajemnej przynależności i ugruntowują tożsamość jednostki, a tym samym również instynktowne zaufanie, że nie zostanie porzucona. Ważną rzeczą jest przy tym konsekwentne przestrzeganie rytuałów rodzinnych. Z reguły dzieci są nimi zachwycone, bo tego rodzaju rutyna strukturyzuje im dzień – na przykład regularne wspólne posiłki są okazją do usprawniania komunikacji między rodzicami a dziećmi.

Wilcze dzieci także muszą uczyć się życia. Czynią to, obserwując rodziców i naśladując ich we wszystkim, co robią. Wprawdzie małe wilczki cieszą się niemal absolutną swobodą, jednak im też trzeba czasami wytyczyć wyraźne granice.

Kiedyś wczesnym latem obserwowałam wilczą rodzinę, która zmierzała w stronę Yellowstone przez Lamar Valley. Młode wilczę guzdrało się z tyłu. Wszędzie były ciekawsze rzeczy do odkrycia i do obwąchania niż trzymanie się stada. Rodzina kilka razy zaczekała, by do niej doszlusowało. Jednak w którymś momencie jej cierpliwość się skończyła. Wilki pobiegły dalej, zostawiając marudera samego. Gdy się zorientował, że stracił z nimi kontakt, wpadł w panikę i zaczął długo i przejmująco wyć, by je przywołać z powrotem. Do tej pory ten sposób zawsze działał, jednak tym razem zawiódł. Nastał wieczór, zanim wilcza rodzina przygarnęła malucha, który powitał ją z wyraźną ulgą. Dostał nauczkę i od tej pory trzymał się grupy.

Tak wygląda wychowanie wilczymi metodami – młodemu wilczkowi niczego się nie zabrania, wolno mu czynić samodzielne doświadczenia i uczyć się, że każde działanie ma swoje konsekwencje. Wilczy rodzice trzymają potomstwo w przemyślanym szpagacie – z jednej strony są pobłażliwi, z drugiej ograniczają swobodę, z jednej strony są beztroskimi towarzyszami zabaw, z drugiej stawiają granice.

W jednym punkcie metody wychowawcze wilków różnią się od sposobów stosowanych przez wielu ludzkich rodziców – wilki są jednomyślne i na zewnątrz zawsze występują solidarnie. Wilczęta nie mają szans na wygrywanie rodziców przeciwko sobie w myśl zasady: „Jak tata mi nie pozwoli, to pójdę do mamy”. W kwestiach pedagogicznych cała wilcza rodzina trzyma się razem, wliczając wujów i ciotki. Wszyscy biorą udział w dyscyplinowaniu potomstwa. Dlatego też dorosłe wilki nie wtrącają się, gdy roczniak przywołuje do porządku szczeniaka, który na przykład zanadto mu działa na nerwy.

Wilcze szczenięta tak samo jak ludzkie dzieci potrzebują rodziców, którzy wskażą im kierunek. Wzorców, według których mogą się orientować, a wreszcie kogoś, kto – w razie potrzeby – wyznaczy granice raz na zawsze.

W procesie wychowawczym cała wilcza rodzina troszczy się o maluchy. Gdy szczeniaki ssą jeszcze w norze matkę, ojciec i starsze rodzeństwo przynoszą jej pożywienie. Później zaś wszyscy członkowie rodziny karmią latorośle, zwracając wstępnie strawione mięso.

Wilczątko sprawdza, czy może pojawi się coś do jedzenia.

Wilczy ojcowie szaleją na punkcie swoich dzieci. Potężny przywódca watahy Druidów również był zauroczonym ojcem. Nie tylko z oddaniem troszczył się o własne potomstwo, lecz nawet zaadoptował kilkoro swoich wnuków, gdy jedna z jego córek po krótkim tête-à-tête z obcym wilkiem wróciła ciężarna na łono rodziny. Jednym z ulubionych zajęć przywódcy była zabawa i zapasy z wilczkami. Uwielbiał udawać, że przegrywa. Pozwalał, by jedno z wilcząt wskakiwało na niego i wgryzało mu się w futro. Przewracał się wtedy na grzbiet, a maluch, majtając ogonem, stał triumfalnie na nim.

Zdolność do udawania czegoś – w tym wypadku bycia pokonanym – świadczy o tym, że zwierzę rozumie, jak jego zachowanie jest postrzegane przez innych. To oznaka inteligencji. A maluchy z pewnością wiedziały, że „kapitulacja” była tylko odgrywana, jednak w ten sposób mogły poczuć, jak to jest pokonać kogoś, kto jest od nich o tyle większy. Takiej wiary w siebie wilki przez całe życie potrzebują codziennie jako myśliwi.

Jednak nawet wilczy rodzice nie są doskonali. Oni również miewają humory, okazują gniew, frustrację, wściekłość i niecierpliwość, ale też radość, miłość, zachwyt i uciechę. Emocje te często się zmieniają, tak samo jak u nas, gdy wstaniemy rano lewą nogą. Jeżeli wilczy rodzice są w niektórych sytuacjach zniecierpliwieni, niczego to nie zmienia w zasadniczym stosunku zaufania, jaki łączy ze sobą członków rodziny.

Roczniaki w wilczej rodzinie z równą czułością dbają o młodsze rodzeństwo. Ich rola jest niezastąpiona i pomaga watasze przetrwać. Jeżeli dany miot nie przeżyje, w kolejnym roku zabraknie go jako pomocników w wychowaniu młodszych braci i sióstr.

Szczególną scenę ukazującą miłość między rodzeństwem miałam okazję oglądać pewnej wiosny, gdy podczas roztopów spokojne wody zamieniają się w rwące potoki. To pora, w której wilcza rodzina przeprowadza się z nor do rewiru łowieckiego, tak zwanego terenu spotkań. W tym celu musi także przekroczyć rzeki. Dorośli płyną pierwsi, pokazując maluchom, jak to się robi. Wyją do nich z przeciwnego brzegu, zachęcając do pójścia w ich ślady. Obserwowałam, jak jedno ze szczeniąt nie miało na to odwagi i skomląc, biegało na brzegu w tę i we w tę. Co chwila wsadzało łapę do wody i odwracało się zniechęcone. Wreszcie siostra z powrotem podpłynęła do niego, chwyciła patyk leżący na brzegu i skierowała uwagę malucha na zabawę. A następnie, wabiąc go patykiem, skłoniła do wejścia do wody i pomogła mu w ten sposób przedostać się na drugi brzeg.

W wilczej rodzinie każdy jej członek jest ważny dla grupy i zna swoje miejsce, z którego działa dla jej dobra. Nie decydują o nim ani rodzice, ani przywódcy watahy. Młode wilczki wcześnie orientują się w swoich mocnych stronach i samodzielnie włączają się do gry, gdy trzeba podać pomocną łapę. Są szybcy naganiacze, niezastąpieni podczas polowań, z kolei w kopnym śniegu najsilniejsi biegną przodem, torując drogę, a wyjątkowo cierpliwi są znakomitymi niańkami.

My też posiadamy indywidualne talenty, które możemy wykorzystać dla dobra rodziny bądź w pracy zawodowej. Niektórzy z nas są cierpliwi i potrafią słuchać, inni są impulsywni i wcielają w życie nowe pomysły. Jeszcze inni to mediatorzy i rozjemcy. I tak samo w wilczym stadzie istnieją osobniki, które potrafią przywrócić pokój. Ustawiają się pomiędzy kąsającymi się, warczącymi kłótnikami i czekają – ze stoickim spokojem, rozluźnione i świadome swojej wewnętrznej siły. Gdy wzburzone fale opadną i wszyscy się uspokoją, wilki wracają do codziennych zajęć.

Gdy podpatruję życie rodzinne wilków, nierzadko zadaję sobie pytanie, dlaczego u dwunogów wszystko wydaje się o tyle bardziej skomplikowane. Czy chodzi o to, że u nas rodzina nie stanowi centrum życia, tak jak u wilków?

Nie! Wręcz przeciwnie. Rodzina jest dziś tak silna jak nigdy dotąd, a stosunek rodziców do dzieci tak dobry, jak już dawno nie był. Taki wniosek płynie z raportu Shella dotyczącego badań nad niemiecką młodzieżą za rok 2015. Prawie dziewięćdziesiąt procent nastolatków ma dobry kontakt z rodzicami, a prawie trzy czwarte z nich chciałoby wychowywać swoje dzieci w podobny sposób, w jaki sami zostali wychowani. Uważają, że człowiek potrzebuje rodziny, by żyć szczęśliwie. W czasach, gdy wymagania stawiane w szkole, podczas praktyk zawodowych i w pierwszych latach pracy są coraz większe, przeważająca część młodzieży znajduje podporę i wsparcie emocjonalne w rodzicach. Ale nawet gdybyśmy pragnęli postawić rodzinę w centrum życia, to u ludzi – inaczej niż u wilków – pragnienia i rzeczywistość dnia codziennego często się rozchodzą.

Wszyscy członkowie wilczej watahy podporządkowani są doświadczonym wilkom przywódcom, którzy jako rodzice pokazują dzieciom własnym życiem, na czym polega odpowiedzialność, i decydują, co jest najlepsze dla rodziny. Naturalnie każdy z wilków ma także możliwość pójścia własną drogą lub zaprotestowania przeciwko decyzjom podjętym przez przywódców. To jego niekwestionowane prawo. Równocześnie doświadczeni przywódcy cieszą się najwyższym szacunkiem. Wilcza rodzina funkcjonuje dzięki łączącym ją ścisłym i bezwarunkowym więziom oraz wzajemnej trosce. Niekiedy można przeczytać, że stado zabiło stare lub chore wilki. Może się to zdarzyć w nienaturalnej sytuacji w zagrodzie, jednakże nie odpowiada rzeczywistości w dzikim świecie. Często widywałam, jak wilki doznawały obrażeń podczas polowania czy walki z rywalami. Rodzina nieodmiennie się o nie troszczyła. Gdy ruszała na polowanie, jeden z wilków zostawał z rannym. Gdy wracała, przynosiła pożywienie. Raz nawet widziałam, jak wilki zwymiotowały mięso dla starego wilka, co zwykle czynią jedynie dla szczeniąt. O stare i chore zwierzęta dba się, dopóki ich stan zdrowia się nie poprawi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Antoine de Saint-Exupéry, Mały Książę, tłum. Ewa Łozińska-Małkiewicz, Toruń 2000, s. 62 (przyp. tłum.). [wróć]

Polskim odpowiednikiem tego teleturnieju jest Idol (przyp. tłum.). [wróć]

Wilcze stado (wataha) składa się przeważnie z pary rodzicielskiej i jej potomstwa (dzieci z pierwszego i drugiego miotu) oraz pojedynczych wujów i ciotek. W biologicznym znaczeniu chodzi tu więc o rodzinę. Od czasu do czasu może się zdarzyć, że do stada przyjmowani są obcy przybysze. We współczesnych badaniach wilków żyjących na swobodzie używa się pojęć „stado” i „wilcza rodzina” w tożsamym znaczeniu. Stado jest wilczą rodziną i odwrotnie. [wróć]

Nie chodzi o altruizm w potocznym tego słowa znaczeniu, czyli o kierowanie się w swoim postępowaniu dobrem innych, bo z punktu widzenia nauki nie o tym jest mowa. Przedstawiane zwierzęta są ze sobą spokrewnione, więc opiekując się szczeniakami czy nawet poświęcając dla nich życie, promują własne geny, a zatem działają na własną korzyść. To tak zwany altruizm krewniaczy, bliżej opisywany przez autorkę na stronie 48 (przyp. tłum.). [wróć]

Nazwy wilczych watah w Yellowstone pochodzą zwykle od obszarów, na których mieści się ich macierzysty rewir. Wilki z watahy Druidów żyły u stóp góry Druid Peak. Wyjątkiem jest wataha Leopolda, która nosi imię po działaczu na rzecz ochrony przyrody Aldzie Leopoldzie, i wataha Mollie. Wilki z tego stada zostały nazwane – między innymi z uwagi na swoją siłę i sprawność – imieniem Mollie Beattie, głównej rzeczniczki ich ponownego osiedlenia w Yellowstone, która zmarła na raka niedługo po powrocie wilków. [wróć]