Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
„Lwie Serce” jest ostatnią – po „Hałastrze” i „Tatusiu” – częścią bestsellerowej trylogii Moniki Helfer. Tym razem austriacka pisarka tworzy przejmującą elegię dla brata, którego życie i śmierć naznaczyły całą rodzinę. Richard – zecer, fantasta i niepoprawny dziwak – żyje tak, jak chce: w towarzystwie wiernego psa Szamasza, dziewczynki Putzi, wołającej na niego „tato”, trzech niezwykłych kobiet i własnych konfabulacji. Jest postacią jedyną w swoim rodzaju: zachwycającą, nieprzeniknioną, barwną, a zarazem niezwykle kruchą. I to właśnie on stoi w centrum najbardziej intymnej i mrocznej części rodzinnej historii.
Helfer po raz kolejny zachwyca pięknem subtelnej i rytmicznej prozy, w której spotykają się czułość, ironia i melancholia. Pisząc o ekscentrykach, nie próbuje ich wyjaśniać – pozwala, by ich tajemnica nas przyciągała i prowokowała do zadawania pytań. „Lwie Serce” to opowieść o miłości i trudnej sztuce utraty, której uczymy się całe życie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 192
dla naszej hałastry
Taki był mój brat Richard:
chodząc, myślał o leżeniu,
siedząc, myślał o leżeniu,
stojąc, myślał o leżeniu,
nawet latając, myślał o leżeniu.
On zawsze myślał o leżeniu.
Wędrował przed siebie na koślawych nogach, gdziekolwiek te go poniosły, przed siebie, z głową zostawiającą nogi w tyle, bo nie spowalniała jej przecież nierówna ziemia. Podnosił płaskie kamienie, puszczał kaczki, lubił być nad wodą. Schylał się po padalca, kładł go sobie na gołym ramieniu i coś tam mu nucił, Going Up the Country Canned Heat, i w myślach przenosił się do odległej dżungli, gdzie wielcy bracia tego malca szerzyli strach i trwogę. Ktoś inny, ten akurat miał koślawe ręce, opowiadał mu kiedyś, że padalce potrafią odróżnić mowę od śpiewu, tak samo jak węże. Ryby zresztą też nadpływają, powiedział, kiedy człowiek siądzie przy brzegu z magnetofonem i odpowiednią muzyką, i samemu zachowa przy tym spokój.
Mój brat cały dzień miał w oczach całe niebo, a jeśli padalec spadł mu przy tym z ramienia, więcej się już nim nie przejmował – każdy musi radzić sobie sam, zwierzę czy człowiek. Wyglądał jak przystojny brat Alana Wilsona, wokalisty Canned Heat, ten już wtedy nie żył, odebrał sobie życie w wieku dwudziestu siedmiu lat – Richard zrobi to, mając trzydzieści. Pobiegł za nim kiedyś pies, taki, co to mógł się wykazać najrozmaitszymi przodkami, kudłaty, sięgał mu ciut za kolano, była między nimi od razu wzajemna sympatia. Towarzyszył mu, aż zaczęło się zmierzchać i krzaki przypominały duchy. Przed domem, gdzie mieszkał na drugim piętrze, Richard nachylił się do psa i przemówił do zwierzęcia tonem najpierw jak nauczyciel do ucznia, później jak ksiądz do ministranta, a na koniec jak komik do kompana na scenie: „Zostań ze mną, nie odchodź! Nazwę cię, jak ja cię nazwę, jak cię nazwę, nazwę cię: Szamasz. Jesteś moim bogiem słońca. Bądź gościem w mojej chatynce, i w miarę możności nie sraj mi po kątach”. Przyszłość nadejdzie. Tak czy inaczej. Ta pisana zarówno człowiekowi, jak i zwierzęciu. Jakiś kamyczek można jej było bądź co bądź rzucić pod nogi.
Potem w pokoju, małym, jaki był, rozejrzał się za jakimś miejscem do spania dla Szamasza i zdecydował, że ten będzie leżał na podłodze obok łóżka, na znoszonym płaszczu zimowym, który przynosił mi już trzy razy i który już trzy razy mu łatałam. Dawał psu lekcje. Obaj na leżąco, Richard na łóżku, pies na podłodze. Nie tylko padalce, węże i ryby potrafią odróżnić mowę od śpiewu, lecz także niektóre ssaki, oto co we własnym przekonaniu odkrył już niebawem.
Gdziekolwiek szedł Richard, szedł odtąd także i pies, który podążał wszędzie tam, dokąd nogi powiodły mojego brata. Richard rozbił na patelni cztery jajka i podzielił się nimi z Szamaszem. Uczył psa rozsądnego spojrzenia. Jak się należy. Kiedy się nachylił, żeby pogłaskać sierść, uznał, że brzydko pachnie. Następnego dnia, następnego dnia zamierzał wziąć nad jezioro szampon i porządnie go nim wymyć. Dobry szampon, jeśli Szamasz pod kudłatą sierścią miał wrażliwą skórę. Wszedł do supermarketu, co z psem było zabronione, udawał niedowidzącego, wsunął butelkę najdelikatniejszego szamponu dla dzieci Nivea do torby na udzie, wiszącej na tej samej wysokości co psi pysk wypełniony zębami, i przeszedł obok kas bez płacenia, z nieruchomym wzrokiem i wyciągniętym naprzód wolnym ramieniem, psa miał na krótkiej smyczy. Szamasz był wspólnikiem, patrzył rozsądnie i odpowiedzialnie.
Po tygodniu pies umiał już wszystko, co zdaniem Richarda pies musi umieć. Z wdzięczności wygładził prześcieradło, własną pościel dosunął z jednej strony do ściany, po drugiej stronie położył gruby koc, który wcześniej wyprał w jeziorze, tym samym szamponem co psa, tam miało być miejsca do spania dla Szamasza. „Zaliczyłeś okres próbny”. Pies się połapał i umościł na nowym miejscu.
– Jest stuprocentowo nauczony czystości – opowiadał mi – to wytworny pies, powstrzymuje się nawet od puszczania bąków, robi to dopiero wtedy, gdy jesteśmy na ulicy.
Obaj spali długo i głęboko, i co rano jeden pachniał zapachem drugiego. Obudzili się na śniadanie w niedzielę i chwilę potem położyli się znowu. Richard miał na widoku stałe zajęcie, był rzadkim fachowcem, należał do awangardy klasy pracującej, ale to dopiero po następnej niedzieli, jeszcze siedem razy spanie, potem praca.
W poniedziałek tego wspaniałego lata, jeszcze przed wakacjami, które Richard niczym wieczny uczeń przez całe życie uwzględniał w corocznych planach, w okolicy Jeziora Bodeńskiego, w rejonie sztucznych jezior, znalazł wannę. Służyła być może jako poidło dla koni, żeby nie żłopały wody, w której kąpały się matki z dziećmi. Było wczesne przedpołudnie, ledwo dziewiąta, bez kąpielowiczów, jeszcze bez komarów, jeszcze bez koni, co leją do wody podczas picia z wanny, lato już mocno zaawansowane i zapach, jakby gdzieś wypiekano bułeczki. Zdjął koszulę i dżinsy, związał je i schował za wierzbą. Majtek mój brat nigdy nie nosił, ale nie ze względów światopoglądowych ani nawet praktycznych, tylko dlatego, że nigdy nie znajdował ich w szafie, a najczęściej dlatego, że zapominał je włożyć, i przychodziło mu to na myśl, dopiero gdy był już w dżinsach. Wanna miała kolor skorupek jajka i to podsunęło mu pewien pomysł, bo w przeszłości chciał zilustrować książkę dla dzieci, w której błękitnoczapki skrzacik wypływa na szerokie morze w skorupce jajka. W miejscach, gdzie wanna była obtłuczona, pleniła się rdza, emalia zrobiła się szorstka. Na ziemi stała brązowa kałuża po deszczu. Oderwał z krzaka parę gałązek i oczyścił nimi wannę. Dzieci zostawiły ponton, uszło z niego powietrze, cały był umazany mułem i pełen ślimaków, ale przynajmniej leżało w nim wiosło. I tak to poszło. Wyciągnął wannę na wodę, balansował najpierw na stojąco, potem usiadł. Szamasz skoczył za nim. W jeziorze musiał być nurt, leciutki, niesamowicie leciutki, ale nurt, bo po jednej stronie Ren do niego wpływał, a po drugiej z niego wypływał, bez nurtu nie byłoby to możliwe. A więc jeśli będzie tylko leżał, leżał sobie w tej białej wannie, z psem na nogach, to prześlizgnie się po całym rozległym jeziorze, mijając Rorschach, mijając Konstancję, mijając wyspę Reichenau z ogrodami owocowymi i warzywnymi oraz klasztorem, aż do wodospadu Rheinfall w szwajcarskiej Szafuzie. Tam z dudnieniem pokona w żelaznej wannie huczący wodospad i może nawet przeżyje. Ja, jego siostra, przykleiłam na drzwiach lodówki w kuchni zdjęcie Rheinfall, zawsze je oglądał, kiedy mnie odwiedzał.
Mój mąż, to znaczy mój drugi mąż Michael, z którym wciąż jestem, dobrze znał Richarda. Zaraz po tym, jak się poznaliśmy i zakochaliśmy w sobie, obaj się zaprzyjaźnili, sądzę, że Michael znał go lepiej ode mnie. Po śmierci Richarda powiedział mi: „Nie przychodzi mi do głowy nikt, dla kogo życie było równie mało ważne jak dla Richarda”. Czemu mówi to akurat teraz, zapytałam, ze złością, bo niczego podobnego nie chciałam słuchać. Jego odpowiedź: „Bardziej by go interesowało runąć z wodospadu na złamanie karku, niż byłoby ważne, żeby przy tym przeżyć”. Zdanie miało konstrukcję typową dla mojego brata – Michael go cytował.
Richard był chudy i do tego drobnej budowy, jako dziecko miał chorobę angielską, rachitis. Może przez zbyt mało wapnia albo witaminy D. Przy chodzeniu nogi układały mu się trochę do wewnątrz. Ale nie w sposób mało atrakcyjny. Raczej swobodny. Jakby nie miał żadnego celu. Jakby jego nogi nie miały żadnego celu. Jakby się nigdy nie spieszył. Głowa miała cel, chociaż też tylko czasami. Kiedyś oglądaliśmy na moim małym czarno-białym telewizorze western z Johnem Wayne’em, bohater szedł tam w poprzek błotnistej ulicy do salonu, powiedziałam wtedy: „Tak właśnie chodzisz, Richardzie, dokładnie tak!”. Dokładnie tak nie chodził, ale prawie.
Na pewno trudno mu było utrzymać równowagę w wannie. Wiedział, że w sztucznych jeziorach woda prędko robi się bardzo głęboka i że jeśli się wywróci, będzie musiał pływać. A dobrze pływać nie umiał. Mówił: „Ja umiem dobrze pływać, ale tylko tam, gdzie jeszcze mogę ustać”. A więc nie umiał pływać. Ja też nie umiem. Nigdy byśmy się jednak do tego nie przyznali. Wolelibyśmy utonąć. Jeszcze i dziś trudno mi to napisać. Richard wypadł z wanny, może chciał poudawać piratów, Jima Hawkinsa z Wyspy skarbów Roberta Louisa Stevensona, to była jedna z jego ulubionych książek, ukradł ją z księgarni na wyspie Lindau, powiedział: „Kupić taką książkę, w dodatku na stałym lądzie, byłoby poniżej wszystkiego”. Chciał poudawać Jima Hawkinsa, jak ten wspina się na maszt, a tuż za nim Israel Hands z nożem w zębach. Richard był dorosłym młodym mężczyzną, ale przez połowę swoich dni nie był Richardem, zecerem, tylko kimś innym, kogo akurat dyktowała mu fantazja, żeby przeniósł go w opowieści do nudnej rzeczywistości – albo wyniósł z niej jego samego. Wpadł do wody. Wiosłował rękami. Prychał, parskał, połykał. Wołał Szamasza. Ten obserwował go z wanny, prywatny bóg, który nie pomaga, który umie może odróżnić śpiew od mowy, ale nie mowę od krzyku. I tutaj, jak już niejeden raz wcześniej i później, historia mojego brata mogłaby się zakończyć.
Ale się nie zakończyła.
Bo pewna młoda kobieta, w ciąży, do tego z małym dzieckiem między nogami, opartym pleckami o jej brzuch, siedziała sobie właśnie na złotej folii ratunkowej – podarował ją jej sympatyczny pielęgniarz na zastępstwie, kiedy pięć lat wcześniej trafiła do szpitala, pierwsza zełgana przygoda, zimne dreszcze jako forma szantażu, skończyła akurat piętnaście lat, ten pielęgniarz na zastępstwie zakochał się w niej, spotykała się z nim, zaszła w ciążę, usunęła ją, pozbyła się go, a o tamtą złotą folię dbała odtąd niczym o jakieś trofeum. W każdym razie – właśnie ta młoda kobieta zobaczyła wtedy Richarda. Który wierzgał o życie. Ona, która umiała pływać. Odsunęła maluszka na bok i przykazała mu, żeby nie ruszał się z miejsca i czekał na mamę, i uważnie patrzył, czego mama zaraz dokona, będzie się można bowiem przy tym co nieco nauczyć. Owinęła nóżki dziecka złotą folią, wcale się nie śpiesząc, dopóki tamten wrzeszczy, jeszcze nie utonął, a ratunek w ostatecznej potrzebie to podwójny ratunek. Rzuciła na wodę dziecięcy materac dmuchany, podpłynęła na nim do mojego brata, i jemu też coś przykazała. To mianowicie, żeby się go mocno chwycił i położył na nim na brzuchu. Co ten momentalnie uczynił. I zaraz już się do niej uśmiechał – do tej kobiety w ciąży, o opalonej skórze i imieniu Kitti, właściwie Katharina, ale Kitti brzmiało w jej uszach bardziej wykwintnie.
– Uratowany – powiedziała. Nic więcej.
Nic, dopóki byli w wodzie. Miała skłonność do paplania. Ale pracowała nad swoim charakterem. Umieć milczeć to być tajemniczą. Nie uważała siebie za tajemniczą, ale kto właściwie to robi, wystarczy, jeśli robią to inni. Odsłoniła drobne ząbki, które dobrze pasowały do jej małych rąk i wyglądały jak mleczaki, chociaż nie mogły nimi być, Kitti miała dwadzieścia lat – ale, wiesz, jak wyłuszczył mi to później Richard, „w głębi serca przynajmniej trzydzieści, prawdopodobnie czterdzieści, o ile nawet nie pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt i więcej”. Blond włosy kleiły się jej szaro i mokro do ślicznej okrągłej głowy, i brwi pod idealnie okrągłym czołem też były szaromokre, a oczy tak błękitne, że – jak powiedział Richard – „napędziłyby Afrykańczykom piekielnego stracha.
– Dziękuję – powiedział.
Płynęła z powrotem do brzegu. W pełni z siebie zadowolona. Wybawicielka i tajemnicza. Sama też mam jeszcze powód, żeby jej podziękować – przez to jeszcze chcę powiedzieć: w tym miejscu mojej opowieści.
– Nie umiesz pływać?
– Pewnie, że umiem.
– To czemu przed chwilą nie umiałeś?
– Bo połknąłem kijankę.
– Że co?
– Przy pływaniu. Czy raczej nurkowaniu.
Leżał w wodzie, oparł się łokciami o żwirek na brzegu, uniósł głowę, spojrzał w niebo ponad krzakami i pomyślał: miałem szczęście. Chciał pozostać jeszcze z brzuchem i nogami zanurzonymi w wodzie, woda była jego domeną, ląd jej. Tym sposobem, jak sądził, nie będzie musiał więcej dziękować swojej wybawicielce.
– Na wpół nurkowałem, kiedy nagle nadpłynęła kijanka.
– Co znaczy na wpół nurkować?
– To takie fachowe określenie.
– Nigdy wcześniej nie słyszałam takiego określenia.
– To tłumaczenie z francuskiego.
– Nie wierzę. I co było potem?
– Potem połknąłem tę kijankę.
– Jak?
– Po prostu. Razem z wodą. Jak tabletkę.
– Miałeś otwarte usta przy tym nurkowaniu czy co? Że wpadła ci do nich ta kijanka?
– No tak, miałem, żeby wypuścić powietrze.
– A niby czemu wypuszczasz powietrze przy nurkowaniu?
– Tak się robi, kiedy się nurkuje na wpół. Przy nurkowaniu na wpół tak się robi, owszem.
– Nie wierzę. Niby po co?
– Mniejsza siła wyporu, ot co.
– Nigdy o tym nie słyszałam.
– Tak się to nazywa.
– To znowu jakieś fachowe określenie?
Niewierny Szamasz od razu wyszedł z wanny i siedział już obok malucha na złotej folii ratunkowej. Tarmosił prowiant i wyjadł kiełbasę z bułki, którą podetknęło mu dziecko, nikomu to nie przeszkadzało.
– Ładny to ten pies nie jest – powiedziała Kitti.
– To rzecz względna – powiedział Richard.
– Co ma być względne w brzydkim psie?
– Tam, skąd pochodzi, psy takie jak on uchodzą za szczególnie piękne.
– Trudno mi to sobie wyobrazić. A skąd niby pochodzi?
– Z Timbuktu.
– Nie wierzę. Często już widywałam takie psy. Widać je na każdym obszczywanym rogu.
– Te nasze są podobne do tych z Timbuktu, to fakt. Ale one są zupełnie inne.
– A co on umie?
– Nic.
– Jak to nic?
– No nic. Zupełnie nic. To tylko pies.
– Skoro nic nie umie, to czemu nie wziąłeś sobie jednego z tutejszych?
– Mógłbym powiedzieć, że sam do mnie przybiegł.
– A czemu tak nie powiesz?
– Bo to nieprawda. Chcesz poznać prawdę?
– Niekoniecznie. Niespecjalnie mnie to interesuje. Cały ten pies niespecjalnie mnie interesuje.
– Co masz na myśli, mówiąc, że w głębi serca ma trzydzieści albo czterdzieści lat, o ile nawet nie pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt? – zapytałam Richarda, kiedy opowiedział mi o Kitti, było to niestety sporą chwilę później, za późno już co do większości tych rzeczy.
Nie odpowiedział mi. Ale sama mogłabym sobie odpowiedzieć, i to jeszcze zanim poznałam Kitti. Miał na myśli: ona nie da się mu nabrać. Nie działają na nią jego historyjki. Nie da rady jej oczarować, jak zawsze umiał oczarować wszystkich innych. Nie nastraszy jej, kiedy zgaśnie światło. Nie uwierzy mu, że w nocy zmienia się w seryjnego mordercę, którego sam się nawet obawia. Albo w wilkołaka. W ogóle w nic mu nie uwierzy. Nie uwierzy mu, że Szamasz ma domieszkę zarówno psa pustynnego, jak i hieny, i że odkupił go od jakiegoś dilera za cenę samochodu średniej klasy, że to tropiciel, który wyczuwa nie tylko narkotyki, ale też policję, i to już z daleka. Nie będzie się złościć, gdy ten zacznie pleść androny, powie tylko: nie wierzę. I tyle. Tak wiele dziewcząt i kobiet przepadało za moim bratem, niektórzy mężczyźni także, wszystkich ich oczarował swoimi historyjkami, kołującymi w nieskończonych dygresjach, i nawet jeśli nie wierzyli mu w te historyjki, to jednak byli zachwyceni, bo myśleli sobie: co za poetycka natura, i dopowiadali sobie w głowie: taka natura potrzebuje pomocy, i sami takiej pomocy chcieli mu udzielać, najchętniej na wyłączność. Poza swoimi historyjkami mój brat nie miał wiele do zaoferowania. Żadnych pieniędzy i pragnienia, żeby kiedykolwiek mieć ich dużo, żadnych ambicji. Był ładnym mężczyzną o ładnych kręconych włosach, z twarzą szczuplejszą niż Alan Wilson, cechował go też taki sam brak gustu w kwestiach mody jak tamtego muzyka, który stawał na scenie w wypchanych gabardynowych portkach w jodełkę, podczas gdy jego koledzy śmigali wokół w obcisłych lateksowych spodniach. Richard uśmiechał się do kobiet, odsłaniał krzywego siekacza, ale starać się o nie nigdy się nie starał.
Kiedyś w końcu mi odpowiedział: – Jest młodsza ode mnie, ale dużo więcej przeszła, nigdy jej nie dorównam.
Czemu Kitti go chciała? Skoro nie dała mu się przecież oczarować. Raz mi powiedział: – Seks mnie nie interesuje. – Zapytałam, trzeba przyznać, że to osobliwe pytanie: – Czemu seks cię nie interesuje? – Odpowiedział: – Za mało niespodzianek.
Kitti go sobie wzięła. Jeszcze kiedy wierzgał w wodzie i prychał, i wzywał psa na pomoc, wciągnęła go na listę mężczyzn, którzy wchodzili w grę jako zastępczy ojcowie dla jej nienarodzonego dziecka i dla malucha na złotej folii.
– Wyjdźże już z tej wody – powiedziała. – Przecież jesteś już uratowany. Chodź tu do nas, na koc.
Richard się krępował, bo był nagi.
Kitti zdjęła strój kąpielowy, jednoczęściowy, wysoki już brzuch wydął jej pępek, nie każdy musiał to oglądać.
– Teraz widzisz mnie taką, jaka jestem – powiedziała. – I ja też chciałabym zobaczyć cię teraz takim, jaki jesteś.
I tak stali nago naprzeciwko siebie. Pływaczka i nieumiejący pływać. Chudy mężczyzna o białej skórze i opalona kobieta z brzuchem niczym piłka, co chce się wydostać na zewnętrz. Rozebrała teraz też swoje dziecko, które nazywała Putzi, Przylepką, miało na sobie tylko czerwone wełniane majteczki, u góry główka czarna i jak kłębek wełny, z przodu brązowa twarzyczka, na której połyskiwały oczka, co wyglądało nawet trochę gniewnie, ale gniewne w ogóle nie było, wcale a wcale.
– Chodź, Putzi – powiedziała – stań przy mamie!
Byli więc teraz we troje, nadzy jak rodzinka z samego rana w roześmianej łazience, rodzinka, która cieszy się na kolejnego członka w brzuchu mamy.
– Nie mam męża – powiedziała Kitti.
– Wiele dzieci nie ma ojca – powiedział Richard i już ruszał pleść androny, jak to miał w zwyczaju, kołować w nieskończonych dygresjach. – Ja szczęśliwie mam, to dziwny człowiek, ma amputowaną nogę, odmroził ją sobie na wojnie, był wtedy w Rosji…
Przerwała mu.
– Putzi 1 chciałaby mieć ojca – powiedziała. – I Putzi 2 w moim brzuchu też.
Czy najpóźniej w tym momencie nie zadźwięczał mu w głowie żaden dzwonek, spytałam mojego brata. Och, powiedział. Spokojnie włożył swoje rzeczy, zagwizdał na Szamasza – chciał odejść, podziękować już przecież podziękował, a czy to było naprawdę uratowanie życia, w tym punkcie opinie mogły być podzielone, jakimś sposobem na pewno dosięgnąłby przecież wanny i się jej uchwycił. Był przyzwyczajony do tego, że kobiety chciały się nim opiekować, jedne dawały mu to do zrozumienia tak, drugie inaczej, Kitti miała własną metodę. Wszystko to niewinne w niewinny poniedziałkowy poranek niewinnego lata, kiedy skądś pachniało świeżymi bułeczkami.
– Hej, stój! – zawołała, jeszcze się wtedy nawet nie obrócił do odejścia. – Nie mam twojego adresu i nie wiem, jak się nazywasz.
A potem Kitti wyjaśniła mu, a znali się wtedy jeszcze nawet nie kwadrans, prosto z mostu, że potrzebuje kogoś, kto popilnuje Putzi 1, kiedy ona sama będzie w szpitalu wydawała na świat Putzi 2. I czy on. No bo bądź co bądź uratowała mu życie.
Zapisał jej swój adres długopisem na wewnętrznej stronie przedramienia. A ona wyciągnęła ku niemu nagi brzuch i dotknęła nim klamry jego paska, a on ujął jej twarz w dłonie, ale to tylko dlatego, że jakoś logiczne wydało mu się tak zrobić.
– Logiczne. – Zrezygnowana westchnęłam.
Nic więcej, tak czy owak, nie było.
– Przysięgam. Nic więcej nie było!
Było jednak troszeczkę więcej. Kitti powiedziała do Putzi, a Richard uznał to za zabawne i nic więcej, nic więcej: – Daj tacie buziaka!
Dziewczynka miała wtedy wyciągnąć do góry słodką brązową twarzyczkę i zacisnąć słodkie czarne oczka, a on pochylić się i palcem wskazującym dotknąć jej ust.
I? Richard dalej wędrował przed siebie na koślawych nogach, dokąd te go poniosły. Miał teraz pracę. Zarabiał nieźle, ale wcale nie dobrze. Był zecerem. Taki zecer zarabiał zwykle więcej niż on. Lubił swój zawód. Wszystko w nim lubił, zapach, brud, hałas. Zawód nadawał mu we własnych oczach jakąś ważność. Ale właściwie mój brat był malarzem. Kiedy leżał na podłodze w mieszkaniu i malował, a malował tylko na leżąco, jakżeby inaczej, to wtedy, tak bym powiedziała, gdyby ktoś mnie zapytał, wtedy był szczęśliwy. A gdyby zapytano mnie jeszcze, co przez to rozumiem, odpowiedziałabym: podczas malowania nie myślał o niczym. O sobie samym w ogóle. Nie myślał też ani o piciu, ani o jedzeniu, ani o paleniu, kiedy malował, ani o kobietach, to jasne, i ani o swoich obywatelskich obowiązkach, ani o duchach, w które wierzył, bo chciał w nie wierzyć. Myślałam zawsze: dobrze, że wyuczył się jakiegoś zawodu. To jak materac dmuchany na wodzie. Niektórzy wielce mądrzy ludzie przywidywali wprawdzie już wtedy, że szacowny zawód zecera niebawem wymrze. Bo u drzwi stał komputer. U drzwi stała cała era komputerów. I to niebawem już u każdych drzwi.
Ale tymczasem u drzwi do mieszkania mojego brata na drugim piętrze w górnej części miasta stała Kitti, dźwigając przed sobą ciążę niczym komodę. Jakiś miły mężczyzna wpuścił ją do budynku. Usta uszminkowane szeroko i krwistoczerwono, włosy kręcone i ufarbowane na miodowy blond, w połączeniu z brzuchem: niewiniątko. Czy ją pamięta. To ona, ta która uratowała mu życie.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
Tytuł wydania oryginalnego: Löwenherz
Język oryginału: niemiecki
Copyright © 2022 Carl Hanser Verlag GmbH & Co. KG, München
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Filtry, 2026
Copyright © for the Polish translation by Arkadiusz Żychliński, 2026
Wydanie I, Warszawa 2026
Opieka redakcyjna: d2d.pl
Redakcja: Magdalena Kędzierska-Zaporowska / d2d.pl
Korekty: Beata Marzec / d2d.pl, Kinga Kosiba / d2d.pl
Projekt okładki: Marta Konarzewska / konarzewska.pl
Projekt typograficzny, skład i redakcja techniczna: Robert Oleś
Książka wydana przy finansowym wsparciu austriackiego Bundesministerium für Wohnen, Kunst, Kultur, Medien und Sport
Książka wydana przy wsparciu finansowym Austriackiego Forum Kultury w Warszawie
Wydawnictwo Filtry sp. z o.o.
ul. Filtrowa 61 m. 13
02-056 Warszawa
www.wydawnictwofiltry.pl
ISBN 978-83-68180-88-6
