Lunatyk - Wojciech Dutka - ebook
Opis

Kraków, 1986. Oficer SB Kazimierz Wiśniak zostaje oddelegowany na spotkanie z grupą oficerów tajnych służb radzieckich i enerdowskich, którzy zajmują się operacją Lunatyk. Pod pozorem powołania wielkiego banku na zachodzie komuniści przygotowują sobie grunt pod przetrwanie. Trwa pierestrojka i system komunistyczny chwieje się w posadach. Po przejściu tajnego szkolenia w Związku Radzieckim Wiśniak wyjeżdża do Nigerii. W kraju pozostawia jednak niezamknięte sprawy… A te komplikują się jeszcze bardziej, gdy Wiśniak przez przypadek zabija w Stambule radzieckiego oficera...

Nowy Jork, 2014 – czarnoskóry detektyw polskiego pochodzenia (po matce), Maks Kwietniewski, otrzymuje od tajemniczego zleceniodawcy sprawę zamordowanego w 1987 w Nigerii amerykańskiego lobbysty. Tropy wiodą go do Polski.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 418

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Rok 1986. ZSRR przeżywa głęboki kryzys gospodarczy. Sowieckie służby specjalne zdają sobie sprawę, że dni bloku wschodniego są policzone.

Ich najwyżsi funkcjonariusze, próbując zgarnąć dla siebie ile się da, planują w Nigerii supertajną operację Lunatyk, w której kluczową rolę ma odegrać Polak, oficer Służby Bezpieczeństwa.

Rok 1992. W polskim sejmie wybucha afera, kiedy okazuje się, że jeden z czołowych posłów, szanowany opozycjonista z czasów PRL-u, był przez lata tajnym współpracownikiem UB. Wkrótce nad Wisłą zostają znalezione jego zwłoki. Rodzina posła nie wierzy w oficjalną wersję mówiącą o samobójstwie.

Rok 2014. Max Kwietniewski, nowojorski detektyw – z polskim pochodzeniem i polską duszą – otrzymuje zlecenie znalezienia pewnego człowieka. Decydując się na przyjęcie go, nie ma pojęcia, do jakiego stopnia podróż do kraju jego matki i zmarłej żony rozdrapie jeszcze niezagojone rany. I zmusi go do zanurzenia się w polskie bagno.

WOJCIECH DUTKA(ur. 1979)

W marcu 2014 r. obronił doktorat na Wydziale Historycznym UJ w Krakowie. W 2014 roku był stypendystą Jewish Foundation for Righteous i Departamentu Stanu USA na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Publikował w najważniejszych polskich czasopismach naukowych: „Kwartalniku Historycznym”, „Przeglądzie Historycznym”, „Przeglądzie Humanistycznym”, „Czasach Nowożytnych”, „Klio”, „Kwartalniku Historii Żydów”, „Roczniku Historii Prasy Polskiej” i wielu innych.

Nakładem Wydawnictwa Albatros ukazało się sześć powieści jego autorstwa: Krew faraonów, Taniec szarańczy, Bractwo Mandylionu, Czerń i purpura, Kartagińskie ostrze orazLunatyk. W wolnych chwilach podróżuje. Lubi wino z Nowego Świata. Pisze następne powieści, jest też nauczycielem historii w programie matury międzynarodowej.

Tego autora

KREW FARAONÓWTANIEC SZARAŃCZYBRACTWO MANDYLIONUCZERŃ I PURPURAKARTAGIŃSKIE OSTRZELUNATYK

Copyright © Wojciech Dutka 2016All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2016

Redakcja: Marzena Wasilewska

Zdjęcia na okładce: Ysbrand Cosign/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-7985-356-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Prolog

Lunatyk to inaczej chodzący we śnie. Taka przypadłość zdarza się dzieciom, a u dorosłych jest już chorobą. Lunatyk może wykonywać podczas snu różne czynności, nie wiedząc o tym, co robi. W roku 1990, kiedy Polska Rzeczpospolita Ludowa przedzierzgnęła się ostatecznie w Trzecią Rzeczpospolitą, to pojęcie zyskało nowe, metaforyczne, znaczenie.

W pewien słoneczny wiosenny dzień na wysypisku śmieci w Radiowie, na granicy Warszawy i Starych Babic, nieustannie płonęły stosy dokumentów zwożonych ciężarówkami z przepastnych archiwów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Pracownicy wysypiska dostali zakaz zbliżania się do płonących stosów. Nikt nie mógł fotografować, a wokół rozstawiono ubranych po cywilnemu tajniaków.

Pułkownik Służby Bezpieczeństwa patrzył beznamiętnie na trawione ogniem dokumenty. On wiedział, że palono tego dnia mało znaczące szpargały, akta osobowe pionków, podczas gdy prawdziwi rozgrywający mogli czuć się bezpieczni. Pułkownik podszedł do jednego ze stosów i odpalił hawańskie cygaro, jedno z ostatnich, jakie otrzymał w prezencie od kubańskich towarzyszy.

– Dobrze się pali to dziadostwo – mruknął pod nosem.

Wiedział, że najważniejsze akta są bezpieczne w kilku willach w Konstancinie. Teczki dawnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa PRL to władza. I trzeba używać jej przezornie, mając wciąż na smyczy tych, których złamano i którzy przysłużyli się systemowi. Pułkownik wiedział też, że nowe niekomunistyczne władze Polski w rządzie premiera Mazowieckiego będą się poruszały bez tych teczek jak lunatyk, po omacku.

W zaparkowanym niecały kilometr od wysypiska samochodzie, mercedesie kupionym za dewizy w Niemczech Zachodnich, znajdowały się teczki, które nie mogły spłonąć. Pułkownik otrzymał z Moskwy rozkaz zniszczenia ich, ale podejrzewając, że w innych czasach mogą się stać polisą ubezpieczeniową, nie wykonał go. Takich materiałów się nie niszczy, pomyślał. Dotyczyły one operacji Lunatyk, tajnej akcji służb radzieckich, polskich i enerdowskich, i miały zapewnić przetrwanie funkcjonariuszom tajnej policji. Stanowiły wiedzę, za którą już zginęli ludzie. Każdy, kto trafiłby na ślad operacji Lunatyk, musiał umrzeć. Pułkownik sądził, że wyczyścił archiwum ze wszystkich śladów po operacji. Już nikt nigdy nie miał się dowiedzieć, co naprawdę się stało.

Mylił się.

Gdy w 1995 roku młody pracownik Urzędu Ochrony Państwa, Andrzej Skotnicki, przez przypadek znalazł w dokumentach tajnego współpracownika o pseudonimie Iluminator notatkę będącą jedynym śladem po operacji, nie wiedział, że odkrycie to zmieni życie nie tylko jego, ale też kilku innych osób na różnych kontynentach.

Operacja Lunatyk jeszcze się nie skończyła…

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział pierwszyTAJNIAK

Kraków, czerwiec 1986

Dzień był deszczowy i chłodny jak na tę porę roku. Wiśniak szedł Plantami. Mijał obojętnie szarych peerelowskich przechodniów. W gruncie rzeczy gardził nimi. Czuł się od nich lepszy nie tylko dlatego, że miał nowego poloneza, ale dlatego, że miał władzę. Szedł do krakowskiej siedziby Służby Bezpieczeństwa z poczuciem rutyny. Praca nie sprawiała mu już takiej przyjemności jak w stanie wojennym. Ale nawet teraz nie można było narzekać na całkowity zastój. Nie dalej jak dwa dni wcześniej koledzy dali wycisk jakimś dwóm gówniarzom z parafialnej oazy złapanym na roznoszeniu ulotek o Katyniu. Dostali po dupie tak, że przez najbliższe lata nie będą chcieli myśleć o żadnej działalności opozycyjnej. Solidarność była od pięciu lat rozbita i zdelegalizowana. Gówniarze, pomyślał, uśmiechając się do siebie pod wąsem, co oni mogą wiedzieć o życiu? On wiedział całkiem sporo. Skończone studia prawnicze, znajomość języków obcych, żadnych krępujących go więzów rodzinnych, stała i dobrze płatna praca, której się nie wstydził, liczne przywileje i poczucie absolutnej bezkarności, czegóż chcieć więcej?

Jak na syna upartego chłopa spod Kielc, Kazimierz Wiśniak zaszedł w SB dość wysoko. Z powodu pochodzenia czuł wdzięczność wobec władzy ludowej. Dała mu wszystko, o czym marzył. Nie był jednak ideowym komunistą. Każdy rodzaj niepraktycznego idealizmu miał w głębokim poważaniu. Był pragmatykiem i cynikiem. Idąc do pracy, rozmyślał często nad przebiegiem kariery. Nigdy nie zaniedbał swoich obowiązków. Był wazeliniarzem, tam gdzie wymagała tego sytuacja; nie tracąc poczucia pewności siebie, okazywał pokorę starszym w hierarchii oficerom, ale bywał też brutalny i bezwzględny – w zależności od potrzeb. Nade wszystko jednak pilnował kariery.

Zaczynał pracę w SB w czasie trwania protestów w Radomiu i Ursusie w 1976 roku. Śmiał się w duchu z tej gównianej studenckiej kolekcji opozycjonistów, jak mawiał o warszawskich studentach politechniki i uniwersytetu. Za rozpracowanie środowiska akademickiego dostał awans. Już nie musiał udawać kogoś innego, choć tamta gra operacyjna dostarczała mu dużo przyjemności. SB szybko przeniosła go z Warszawy do Krakowa, aby nikt go nie rozpoznał. Zmienił więc Departament Trzeci, zajmujący się opozycją, na Czwarty, który miał za zadanie walkę z Kościołem katolickim. Od Ursusa i Radomia minęło trochę czasu i nikt ze studentów aresztowanych wówczas w Warszawie nie dowiedział się, kto ich sypnął. Kraków okazał się bardzo trudnym terenem – wielki ośrodek uniwersytecki z głęboko konserwatywną elitą i potężnym Kościołem umocnionym przez kardynała Wojtyłę. Na szczęście ten koszmar był już za nim. Stan wojenny zamroził wszystko. Generał Jaruzelski – jak mawiano w esbeckich kręgach – twardo trzymał kraj za mordę. Służba Bezpieczeństwa miała gęste struktury, w każdej wojewódzkiej komendzie Milicji Obywatelskiej znajdowała się ich komórka nadzorująca pracę TW – tajnych współpracowników bezpieki. Wiśniak kierował w Krakowie komórką do rozpracowywania kleru i środowisk katolickich.

Pełnił funkcję łącznika między watykańskimi kontaktami operacyjnymi Służby Bezpieczeństwa i krajem. Odkąd kardynał Wojtyła został papieżem (w esbecji nie mówiono na niego inaczej niż „jebany Wojtyła”), SB nieustannie wysyłała swoich agentów do Watykanu. Jednak po trzynastym maja 1981 roku, kiedy Turek Mehmet Ali Aǧca strzelał do papieża, w SB zapanowała panika. Należało zadbać, by zniknęły jakiekolwiek powiązania między wynajętymi do tej brudnej roboty Turkami, nadzorującymi akcję służbami bułgarskimi, KGB – czyli zleceniodawcą zamachu – i polskimi służbami, które odpowiadały za sprzątanie: pozbywanie się świadków, niszczenie dowodów oraz likwidację kont. Wiśniak decyzją ludzi na najwyższym szczeblu został oddelegowany do tej roboty i najwyraźniej nie zawiódł, bo na początku 1982 roku z Moskwy przyszło polecenie, żeby awansować porucznika Wiśniaka na kapitana.

*

Zjawił się w pracy punktualnie. Wchodząc do budynku, pokazał legitymację, przeszedł przed szybą, za którą siedział uważny i gorliwy portier, i skierował się do swojego biura na drugim piętrze. Minął uśmiechającą się do niego sekretarkę. Wiedział, że gdyby kiwnął palcem, poszłaby z nim do łóżka, ale nie lubił łatwych kobiet i łatwych spraw. Rzucił niedbale teczkę z papierami, ściągnął popelinowy płaszcz i powiesił go na drewnianym wieszaku z wyrytymi inicjałami jego imienia i nazwiska. Podszedł do okna, otworzył je, po czym zasiadł za biurkiem i zapalił pierwszego papierosa w pracy – caro. W przeciwieństwie do innych esbeków, których gabinety wypełniały się w trakcie dnia szaroniebieskimi chmurami dymu, on palił niewiele.

Usiadł na krześle i zaczął przeglądać leżącą na biurku „Trybunę Ludu”. Przerzucał ze znudzeniem strony. Czytał, że rośnie produkcja, zwiększają się moce wydobywcze kopalni, buduje się coraz więcej statków, a młodzież uczy się coraz lepiej. Po jakimś czasie lekturę przerwała mu sekretarka.

– Towarzyszu kapitanie, macie rozmowę z Warszawą.

– A czego chcą?

– Pułkownik Gozdawa z MSW.

Powiedział, że odbierze w gabinecie. Gdy wyszła, siorbnął herbacianą lurę zaparzoną w szklance. Kiedy telefon zadzwonił na bezpiecznej linii, podniósł słuchawkę. Poznał ochrypły, bardzo charakterystyczny głos Gozdawy.

– Jak żyjecie w tym waszym Krakówku?

– Dobrze, nie narzekam.

– Mecz oglądaliście? – zapytał Gozdawa.

– Tarasiewicz w słupek – odpowiedział Wiśniak, mając na myśli niewykorzystaną sytuację w dobrym meczu z Brazylią rozegranym przez drużynę Piechniczka na mundialu w Meksyku. – Ale niestety umoczyliśmy, cztery do zera.

– Kurwa, nie przypuszczałem, że będzie tak wysoko – rzucił pułkownik Gozdawa, zapalony kibic piłkarski.

– Towarzyszu pułkowniku, nie o meczu chcieliście mówić – przypomniał mu Wiśniak.

– Tak, to prawda. Towarzyszu, słuchajcie, jest sprawa, na której można dużo zyskać.

– Jaka?

– To nie na telefon. Chciałbym, żebyście przyjechali jutro do Warszawy. Powiem wam tylko tyle, że to będzie się dla was wiązać z wyzwaniem i awansem zarazem. Zgadzacie się?

– Jak mogę się zgodzić, skoro nie znam sprawy?

– Dowiecie się wszystkiego. Nie pożałujecie – powiedział Gozdawa i zakończył rozmowę.

Wiśniakowi nie było w smak spędzić kilka godzin w polonezie. Czego oni, kurwa, w tej Warszawie nie wymyślą! – zaklął w duchu, ale uznał, że nie ma wyboru. Gozdawa zawsze był mu bardzo życzliwy. Nie odtrąca się ręki, która dobrze karmi. Obydwaj mieli wyjątkowe doświadczenie w sprawach trudnych. Po zabójstwie księdza Popiełuszki, dokonanym przez oficerów SB z pionu pułkownika Pietruszki, to właśnie Wiśniak i Gozdawa dostali rozkaz „posprzątania” po sprawie. Wyczyścili cały wydział z wszelkich dokumentów dotyczących zabitego duszpasterza Solidarności. Oficjalnie zabójstwo było wynikiem wybryku kilku krewkich i zatroskanych o los PRL-u oficerów, którzy postanowili „klesze dołożyć”. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że rozkaz zabicia księdza wydano na samej górze.

Zerknął na grafik. O dwunastej miał się spotkać w krakowskim ZOO z ważnym tajnym współpracownikiem, najlepszym, jakiego udało mu się zwerbować w ciągu całej pracy dla peerelowskiego państwa. Był to człowiek opozycji, z wybitną przeszłością – w stanie wojennym siedział w więzieniu, co uwiarygodniało go w oczach Solidarności. Agent Wiśniaka działał też blisko Kościoła, choć nie był duchownym. Miał do przekazania miesięczny raport. Nigdy nie spotykali się w krakowskiej siedzibie SB ani na komendach milicji. Wiśniak był na to zbyt ostrożny, a przełożeni, widząc jego bezwzględność, sukcesy w zwalczaniu opozycji i oddanie komunistycznej sprawie, zostawiali mu dużą swobodę operacyjną.

Krakowskie ZOO, tego samego dnia

– Zawsze się zastanawiam, dlaczego wybiera pan na spotkanie to miejsce, przed wybiegiem lwów – zwrócił się do siedzącego na ławce mężczyzny, który czytał gazetę.

– Bo to drapieżniki – odparł tamten. – Tak jak my.

Wiśniakowi podobała się ta metafora. Skłonność do znajdowania w tej smutnej robocie odrobiny niekłamanej przyjemności łączyła ich. Odkąd w 1976 roku zwerbował tego lekarza, ich współpraca układała się modelowo. Właściwie trudno powiedzieć, czy go zwerbował, bo Władysław Skotnicki po prostu napisał do SB list, w którym proponował swoje usługi. Było to coś tak nieprawdopodobnego, że w krakowskim oddziale esbecji po przeczytaniu tego listu osłupieli. Skotnickiego przydzielono do porucznika Wiśniaka, taki był wówczas jego stopień.

Zaczęli rozpracowywać środowisko lekarzy współpracujących z Komitetem Obrony Robotników powstałym po wydarzeniach w Radomiu i Ursusie. Po wyborze kardynała Wojtyły na papieża TW Iluminator (taki pseudonim wymyślił dla siebie Skotnicki) zajął się środowiskiem krakowskiego Kościoła. Szybko zdobył zaufanie swoją pobożnością i niechęcią do komunizmu. Wiśniaka i TW Iluminatora połączyła dziwna relacja, w której było tyle samo przyjaźni, co wzajemnej zazdrości.

Połączyła ich także sprawa Popiełuszki. Iluminator nie należał wprawdzie do kręgu najbliższych przyjaciół duchownego, ale miał do nich swobodny dostęp. Pomagał organizować wizyty w archidiecezji krakowskiej, w której ksiądz Popiełuszko z powodu swojego zaangażowania politycznego nie był zbyt lubiany, oraz na Śląsku. To właśnie od niego w październiku 1984 roku, w przeddzień porwania, wyszła informacja, jaką drogą Popiełuszko będzie wracał ze Śląska do Warszawy.

Władysław Skotnicki popatrzył na swojego oficera prowadzącego z lekceważeniem. Uważał się za lepszego tajniaka niż on.

– Raport jest w gazecie – powiedział.

– Potrzebuje pan pieniędzy? – zapytał Wiśniak. – Jutro muszę jechać do Warszawy.

– Nie, załatwimy to następnym razem. Osiem tysięcy złotych. W gotówce.

– Oczywiście.

Bezpieka regularnie płaciła Skotnickiemu, na jego prośbę w niezbyt wielkich sumach, aby w domu żona i dzieci nie zdziwiły się, skąd ma tyle pieniędzy. Bo Władysław Skotnicki w czasie, kiedy nie był TW Iluminatorem, starał się być mężem i ojcem. Miał dwoje dzieci – córkę i syna, a im w szarej rzeczywistości lat osiemdziesiątych nie mogło zabraknąć niczego.

Warszawa, MSW, dzień następny

Pułkownik Gozdawa, esbek ze szkoły Moczara, był człowiekiem bezwzględnym, o dużym poczuciu własnej wartości. Lubił dobre cygara, oczywiście kubańskie, dobrą wódkę i drogie dziwki. W resorcie się go bali. Cieszył się pełnym zaufaniem generała, a kontakty pułkownika z towarzyszami radzieckimi zapewniały mu niezależność. Odpowiadał za działanie departamentu współpracy z innymi policjami politycznymi bloku wschodniego, w tym za kontakty operacyjne z KGB oraz ze wschodnioniemieckim Stasi. Oprócz tego był partyjnym sybarytą, których w owym czasie w resorcie nie brakowało. Nawet jeśli kiedyś mógł się podobać kobietom, to teraz wyraźnie zaokrąglony brzuch, z trudem ukrywany przez o numer większy błękitny mundur MSW, nie pozostawiał cienia złudzeń co do kondycji pułkownika. Gozdawa miał orli nos, krótkie siwiejące włosy i rumiane policzki. Zaanonsowano przybycie kapitana Wiśniaka. Na widok gościa pułkownik wstał, podszedł do niego, po czym ruchem ręki zaprosił go do zajęcia miejsca przy stoliku, na którym stała popielniczka pełna niedopałków. Obaj zapalili. Gozdawa w przeciwieństwie do Wiśniaka palił marlboro, kupowane zawsze za dewizy lub po prostu sprowadzane z Zachodu. Najchętniej napiłby się z kapitanem wódki, ale rozmawiali przecież w godzinach urzędowych, a Jaruzelski nie lubił picia w pracy. Wiśniak cały czas zastanawiał się, jaki jest cel jego wezwania do siedziby ministerstwa. Biurko Gozdawy było zawalone papierami. Czy on, kurwa, nie zna się na porządku? – zastanawiał się Wiśniak. Pułkownik siorbał herbatę posłodzoną trzema łyżeczkami cukru.

– Czy jesteście odważni? – Odchrząknął, chcąc przybrać nieco bardziej familiarny ton.

– Myślę, że tak – odrzekł bez wahania kapitan.

– Zastanówcie się dobrze. Od tej odpowiedzi dużo zależy. My tu, w resorcie, przypatrujemy się wam. Ja się przypatruję i sądzę, że byłbyś, Kazik, idealnym kandydatem.

– Do czego, towarzyszu pułkowniku? – Wiśniak nie miał odwagi przejść na ty.

– Nie macie rodziny, wasi rodzice nie żyją – kontynuował Gozdawa. – Mam tu waszą teczkę. Z zebranych dokumentów wynika, że nienagannie pełniliście służbę na tym trudnym froncie walki wewnętrznej, jaką Polska Ludowa stacza każdego dnia.

– Robię to, co robię. – Wiśniak nie lubił partyjnej gadki szmatki. Za Gierka dosyć się tego nasłuchał.

– Na jakie ryzyko moglibyście się zgodzić? – zapytał badawczo Gozdawa. – Gdybyście musieli wyjechać za granicę.

Wiśniak dopiero teraz przenikliwie popatrzył przełożonemu w oczy.

– Na duże – odparł, i ta odpowiedź podobała się Gozdawie.

– To bardzo dobrze. Obserwuję waszą zdolność do uczenia się języków obcych. Znacie francuski, niemiecki, angielski.

– Również rosyjski.

– Ten język wszyscy znają. – Gozdawa znowu odchrząknął. – Szczególnie wysoko oceniam waszą operację przeciwko klerowi w Krakowie. Macie duże doświadczenie w resorcie.

– Staram się, towarzyszu pułkowniku.

– Jak nazywała się ta operacja, którą tak zaskoczyliście krakowski kler?

– Zakrystia. – Ta operacja przyniosła Wiśniakowi pewną sławę w resorcie.

– No właśnie, Zakrystia. Opowiedzcie mi o niej. Ucieszcie mnie relacją o tym, jak kolejny pierdolony klecha zaczął nam jeść z ręki.

Kraków, rok wcześniej

Ojciec Tymoteusz Morawski jak co tydzień szedł na spotkanie. Czuł się zbrukany. Codziennie, kiedy sprawował mszę świętą, chciał się schować pod ołtarzem, bo miał wrażenie, że o jego zdradzie wiedzą wszyscy. Coraz częściej pojawiały się myśli, żeby ze sobą skończyć. Czuł się zaszczuty i złamany. Jak do tego doszło? Jak to się stało, że został zdrajcą? W czasie Świąt Wielkanocnych ludzie modlili się do Jezusa i przeklinali Judasza, apostoła, który wydał Pana. A teraz Judaszem był on. Zdrada parzyła mu sumienie jak rozżarzony węgiel dłoń.

Kilka miesięcy wcześniej ojciec Tymoteusz poczuł się bardzo źle podczas rekolekcji adwentowych. Myślał, że to grypa. Gorączka utrzymywała się tygodniami, osłabienie i bóle w okolicach węzłów chłonnych nie dawały mu wytchnienia. Poszedł do wskazanego przez przełożonego w klasztorze lekarza, a ten, przebadawszy go, dał skierowanie na cito na oddział onkologiczny. Diagnoza specjalistów brzmiała jak wyrok. Chłoniak. Całą nadzieję ojciec Tymoteusz pokładał w tym, że nowotwór był jeszcze we wczesnym stadium i przy zastosowaniu odpowiedniej chemioterapii można go było pokonać. Ale w chwili, kiedy najbardziej potrzebował pomocy, dał znać o sobie cały dramat peerelowskiej służby zdrowia. Takiej chemii nikt w Polsce jeszcze nie stosował. Ksiądz wrócił załamany na parafię i upił się winem mszalnym. Znalazł go stary proboszcz.

– Księże Tymoteuszu, co się księdzu stało? – spytał przejęty.

Tymoteusz przez chwilę patrzył na swojego zwierzchnika nieprzytomnym wzrokiem, a potem wyznał mu prawdę.

– Ksiądz powinien się więcej modlić – poradził mu proboszcz.

– Modlitwa wyleczy mnie z nowotworu?

– Pomieszało się księdzu w głowie. Bóg leczy wszystko. Musi ksiądz tylko znaleźć w sobie żarliwą i głęboką wiarę.

Tymoteusz miał wrażenie, że rozmawiają nie o jednej religii, ale o dwóch. Jego religia uznawała, że człowiek został stworzony w fizyczności, a więc rak był też częścią przyrody, której z kolei częścią był on. Tylko że on nie chciał umierać, wierząc, że Bóg dokona cudu, albo czekając, aż peerelowska służba zdrowia skaże go na cierpienia. Tymoteusz był jak niewierny Tomasz – nie uwierzy, póki nie zobaczy.

– Mimo to chciałbym się poddać leczeniu – odpowiedział proboszczowi. – To może mnie wyłączyć na jakiś czas z pracy w parafii.

– Proszę napisać podanie do księdza biskupa – odrzekł gniewnie proboszcz, który nie takiej odpowiedzi się spodziewał.

I Tymoteusz napisał do biskupa, nie wiedząc, że idzie ścieżką nie do Pana Boga, ale w objęcia Służby Bezpieczeństwa. W szpitalu, na oddziale onkologicznym, pracowała pielęgniarka, która była wtyczką SB. Informacja o chorym na nowotwór duchownym była cenna, więc już wkrótce do parafii Tymoteusza zawitał ktoś, kto miał wystawić wiarę księdza na poważną próbę. Zanim jednak do tego doszło, chory słabł z miesiąca na miesiąc, bezskutecznie czekając na chemioterapię. Czuł się zmęczony walką, a żarliwa modlitwa nie przynosiła mu ulgi. Ksiądz czuł, że stanął przed najtrudniejszą próbą w swoim życiu: jak zachować wiarę, mając świadomość nieuniknionego końca życia. A nie chciał być męczennikiem. Kochał Boga – tak przynajmniej mu się wydawało – tak jak można kochać kogoś, kogo nikt nigdy na oczy nie oglądał. Kochał Boga wiejskich kapliczek, nabożnego różańca, kochał Boga z niedzielnej oazy, dającego proste odpowiedzi na najbardziej złożone pytania. Teraz jednak ów Bóg milczał, a Tymoteusz z każdym dniem zapadał się w sobie, w swojej własnej małej pustce, na której dnie istniał tylko strach przed śmiercią, przed nieodwracalnym końcem. A chciał żyć za wszelką cenę.

Właśnie wówczas przyszedł gość. Władysław Skotnicki był cenionym działaczem katolickim i opozycjonistą. Został aresztowany jeszcze przed stanem wojennym po incydencie w Bydgoszczy w marcu 1981 roku, kiedy to milicja pobiła Rulewskiego. W czerwcu 1982, podczas stanu wojennego, wyszedł na wolność. Miał nieposzlakowaną opinię niezależnego działacza.

– Czy mógłbym prosić księdza o chwilę rozmowy? – zapytał uprzejmie po niedzielnej mszy.

– Tak, oczywiście, pójdziemy do mnie na plebanię – zaproponował ksiądz.

Pan Władysław sprawiał wrażenie osoby głęboko i nie na żarty zatroskanej stanem zdrowia swojego duszpasterza.

– Słyszałem o kłopotach księdza ze zdrowiem – powiedział, widząc, jak ksiądz wychudł.

– Dziewczyny z oazy za dużo mówią – rzucił trochę zirytowany Tymoteusz, choć wszyscy wiedzieli o jego chorobie.

– Proszę nie zaprzeczać. Na parafii słychać to i owo, a ja mam wiele znajomości wśród lekarzy. Sam jestem lekarzem. Rak nie musi oznaczać wyroku.

– Co to pomoże, skoro tyle miesięcy czekam na chemioterapię. – Tymoteusz westchnął.

– Ksiądz musi wzmocnić organizm. Myślę, że leczenie w Polsce księdzu nie pomoże, a tymczasem zachodnie szpitale radzą sobie lepiej z nowotworami. W Berlinie Zachodnim, na przykład, na pewno znalazłby się ośrodek, w którym by księdzu pomogli – powiedział Władysław Skotnicki.

– To jest możliwe? Można sobie, ot tak, wyjechać na leczenie? Pewnie trzeba mieć znajomości, których ja nie mam.

– Nieprawda, ma ksiądz mnie. – Skotnicki położył na jego stoliku nocnym kartkę. – Tam znajdzie ksiądz telefon do człowieka, który może pomóc. Przecież ksiądz jest taki młody, ma prawo żyć…

Gdy zostawił osłupiałego Tymoteusza samego, ten podszedł do stolika nocnego i zobaczył na kartce numer telefonu. Nie chciał wierzyć, że Bóg wysłuchał go w takiej chwili. Rano zadzwonił. Międzymiastowa szybko połączyła rozmowę. Telefon odebrał mężczyzna, który zaproponował mu wyjazd na leczenie do Niemiec w zamian za pewne informacje o innych księżach. Tymoteusz trochę się zdenerwował, ale uspokoiły go słowa, że nic się nie dzieje bez wiedzy jego przełożonych. Miał się regularnie widywać z wysłannikiem prymasa i przekazywać mu informacje. Ksiądz, z którym się spotykał, nie wzbudził jego podejrzeń – wylegitymował się, okazując list od prymasa Glempa z jego własnoręcznym podpisem. Dwa tygodnie później ojciec Tymoteusz wyjechał na leczenie do Berlina Zachodniego, a w SB założono jego teczkę – nadano mu kryptonim Augustyn.

Warszawa, MSW, czerwiec 1986

Gozdawa nienawidził Kościoła jak większość esbeków zajmujących się zwalczaniem tej instytucji w Departamencie Czwartym MSW. Miał dobre zdanie o ludziach pracujących w tym departamencie. Kościołowi należało przypierdolić, tak jak Wiśniak zrobił to w Krakowie albo tak jak grupa operacyjna Piotrowskiego zatłukła Popiełuszkę. Był zachwycony rzecznikiem rządu, Jerzym Urbanem, który jako Jan Rem skutecznie ośmieszał kler. Wiśniak właśnie skończył opowieść o tym, jak zwerbował do współpracy księdza Morawskiego, który coraz lepiej wywiązuje się z powierzanych mu zadań. Dzięki niemu krakowska SB wiedziała bardzo dużo o zamierzeniach kardynała Macharskiego, następcy Wojtyły na tronie arcybiskupów krakowskich. Ksiądz Tymoteusz przez jakiś czas pracował jako sekretarz Macharskiego. W Warszawie pozyskanie go do współpracy uznano za duży sukces.

– Czy ten twój TW Iluminator dalej pracuje? – zapytał Gozdawa zza swojego biurka.

– Oczywiście, towarzyszu pułkowniku – odparł Wiśniak. – Dzięki niemu mamy stały wgląd do krakowskiej kurii, a odkąd Wojtyła wylądował w Rzymie, dzieją się tam ważne rzeczy. To mój największy sukces – oznajmił z triumfem w głosie. – Dzięki Iluminatorowi mamy dostęp do Macharskiego i pośrednio do całego episkopatu. Jest z nimi w jak najlepszych stosunkach.

Gozdawa szybko skojarzył ten kryptonim z nazwiskiem bardzo znanego opozycjonisty. Uśmiechnął się z satysfakcją. Opozycja była pewna, że działa przeciw systemowi, a tymczasem to system sterował opozycją.

– Towarzyszu pułkowniku, co to za misja, którą chcecie mi powierzyć? – zapytał Wiśniak.

– O tym dowiecie się od towarzyszy radzieckich. Jedziemy do ambasady.

– Co proszę? – rzucił zaskoczony Wiśniak.

– Coście tacy zdziwieni? Jedziemy do radzieckich towarzyszy.

– To ich pomysł?

– Oczywiście – odparł Gozdawa. – À propos tego klechy z Krakowa… Morawskiego, nadaliście mu kryptonim Augustyn. Dobrze dla nas pracuje. Przekazałem dziś jego teczkę do generała Ciastonia. Ludzie generała i on sam ucieszą się z takiego agenta wśród reakcyjnego kleru.

– Zabieracie mi tę sprawę? – zapytał Wiśniak z nutą wyrzutu w głosie. – Obydwaj są dobrymi tajnymi współpracownikami.

– Nie przesadzajcie! Macie być mieczem i tarczą partii, tam gdzie partia zechce, byście dla niej pracowali. TW Iluminator oraz TW Augustyn należą do nas. To nie jest wasz prywatny folwark. To jest front walki z przeciwnikami systemu.

– Nie znacie Iluminatora – powiedział Wiśniak, spoglądając z obawą na szefa. – Jest niebezpieczny.

Pułkownikowi Gozdawie umknął jeden mały szczegół. Czytając materiały z teczki TW Augustyna, czyli księdza Tymoteusza Morawskiego, pił nad papierami słodką herbatę. Kilka kropel spadło na notatkę sporządzoną w celu przeniesienia w stan spoczynku kapitana Wiśniaka, który właśnie wstępował na nową drogę. Pułkownik zaklął siarczyście i nie chcąc zabrudzić czcionki w maszynie do pisania, odłożył notatkę na okno. Na czerwcowym słońcu szybko wyschła. Zawierała adnotację, że kapitan Wiśniak został przeniesiony do AKWARIUM, operacja Lunatyk. A potem Gozdawa nie włożył tej kartki do teczki pracownika SB Wiśniaka. Przez zwykłe niechlujstwo pułkownika znalazła się w teczce TW Augustyna. Tego samego dnia odesłał obie do archiwum.

*

Przed budynkiem czekała czarna wołga. Wiśniak zauważył, że limuzyna ma dyplomatyczne numery rejestracyjne. Doszedł do wniosku, że Ruscy razem z wydziałem wewnętrznym, którym kieruje Gozdawa, musieli go rozpracowywać. Tylko po co? Musieli być pewni jego lojalności pod każdym względem. Wsiadał do wołgi pełen obaw.

Z powodu korka w Alejach Jerozolimskich jechali aż dziesięć minut. Radziecka ambasada w Warszawie była niewątpliwie największym budynkiem należącym do obcego państwa w PRL-u. Położony naprzeciw niej Belweder wyglądał nader skromnie.

Samochód wjechał na teren ambasady od ulicy Belwederskiej, przejechał przez parking wydziału konsularnego i skierował się do głównego budynku. Obydwaj oficerowie wysiedli i zostali zaprowadzeni do małej sali konferencyjnej na pierwszym piętrze.

– Przyjechaliśmy w sam raz – mruknął Gozdawa.

W sali zaciemniono okna, szumiał podłączony do prądu projektor do przezroczy. W pomieszczeniu znajdowało się jeszcze dwóch mężczyzn – radziecki oficer i Niemiec w mundurze Stasi. Było za ciemno, by dostrzec stopień na epoletach. Gozdawa zignorował Niemca i podszedł do Rosjanina. Był to chargé d’affaires ambasady, pułkownik Wasilij Kuzniecow, który tak naprawdę był utajnionym koordynatorem GRU1 w Polsce. Radziecki wywiad wojskowy miał swoje interesy w Europie Środkowej i nie były to interesy zbieżne z oficjalnym stanowiskiem Michaiła Gorbaczowa. Wiśniak szybko się zorientował, że spotkanie ma charakter roboczy i jest najwyraźniej tajne.

Zdziwiło go, że w pokoju jest także bardzo ładna kobieta. Brunetka, w znakomicie dopasowanym mundurze porucznika GRU, układała przezrocza. Gdy weszli do pomieszczenia, odwróciła się w stronę Wiśniaka. Na widok jej twarzy, pięknych oczu i wyraźnie rysującego się pod mundurem biustu od razu pomyślał o tym, że miałby ochotę ją przelecieć. Panuj nad sobą człowieku, ofuknął się po chwili. Kobieta uśmiechnęła się serdecznie do najstarszego rangą radzieckiego oficera, dała znak, że wszystko jest przygotowane, po czym wyszła.

Kuzniecow gestem zaprosił Polaków, by zasiedli w wygodnych fotelach, po czym włączył projektor. Językiem roboczym był rosyjski, z którym Wiśniak radził sobie całkiem dobrze. Oficer GRU pokazał kilka nieoficjalnych statystyk, które zaskoczyły Wiśniaka. Bez ogródek przyznawał, że Związek Radziecki przeżywa kryzys, który porównał do poważnego zawału. Z wyraźną irytacją mówił o Gorbaczowie, którego program przebudowy gospodarki pierestrojka i jawność w życiu publicznym, czyli głasnost, musiały mieć katastrofalne konsekwencje. Kilka zdań utkwiło Wiśniakowi głęboko w pamięci:

– Musimy przygotować się na działanie w zmienionych warunkach. Musimy przygotować nasze służby do gospodarki rynkowej. Amerykanie odcięli nam możliwości kredytowania w zachodnich bankach. Trzeba dać zdecydowaną odpowiedź.

Kuzniecow mówił także dużo o Afryce. Dlaczego o Afryce? Tego akurat Wiśniak nie mógł zrozumieć, ale wyglądało na to, że radzieccy towarzysze kurewsko serio traktowali nowe otwarcie. Nie mieściło mu się to w głowie, że ZSRR jest na skraju przepaści. A skoro tak było, to na skraju przepaści znalazła się również Polska Ludowa. Pomyślał o tym, jak długo sprzątali z Gozdawą po sprawie Popiełuszki. Setki nadgodzin poświęconych na niszczenie lub fałszowanie stenogramów z podsłuchów telefonicznych, rozkazów operacyjnych, grafików esbeków i samego rozkazu zlikwidowania księdza. Na myśl o tym, że być może za to wszystko będą musieli zapłacić tacy jak on, po plecach przeszły mu ciarki. Na razie opozycja była rozbita, siedziała w więzieniach albo przebywała na emigracji, ale jeśli Związek Radziecki miałby nie przeżyć „stanu zawałowego”, to ludzie po prostu zmiotą władzę komunistyczną jak powódź, która niepowstrzymana miażdży i niszczy wszystko po drodze. Jesteśmy w czarnej dupie, przemknęło mu przez głowę.

Po chwili zauważył, że wyświetlona mapa Afryki nie pokazuje rzeczywistych granic, ale strefy wpływów. Egipt, Sudan, Etiopia – wszystko radzieckie. Strefy wpływów brytyjskich i francuskich pokrywały się z dawnymi koloniami. Wyjątek stanowiła Nigeria; ta była podzielona na pół: Zachód i ZSRR. Kuzniecow szczegółowo nakreślił sytuację tego kraju – Nigeria dopiero co wyszła z bezlitosnej wojny domowej, która pochłonęła milion istnień.

– To dla nas szansa – powiedział enigmatycznie.

Po dwóch godzinach zaprosił Polaków i Niemca na obiad. Podano bliny z kawiorem i śmietaną oraz rosyjską zupę rybną. Dobre żarcie jak na kryzys, pomyślał Wiśniak. Przy posiłku dołączyła do nich kobieta w mundurze GRU. Była naprawdę atrakcyjna. Znowu pomyślał o tym, że chętnie by ją przeleciał, ale wiedział, że takie jak ona idą z facetem do łóżka, a potem beznamiętnie podrzynają mu gardło. Atmosfera spotkania przypominała mu akademicki wykład, ale Wiśniak był zbyt inteligentny, by nie dostrzec, że to przykrywka do czegoś ważniejszego, mniej formalnego. Po obiedzie radzieccy oficerowie zaprosili Polaków oraz Niemca w mundurze Stasi do podziemnego pomieszczenia wyłożonego korkiem. Rosjanie pokazywali tylko to, co chcieli pokazać. Do dźwiękoszczelnego pomieszczenia weszli we czterech, ale po chwili dołączyła do nich kobieta.

– To, co teraz powiem, jest ściśle tajne – oznajmił Kuzniecow. – Nasi przełożeni nie wiedzą o tym.

– Towarzysz Jaruzelski nic nie wie? – zapytał zaskoczony pułkownik Gozdawa.

Kuzniecow popatrzył na niego z pobłażliwym uśmiechem.

– Towarzysz Jaruzelski się wyżywi, nawet kiedy będziemy musieli opuścić Polskę – odparł. – Tak jak Gorbaczow. Chodzi o to, że my musimy to przetrwać. Przeżyć.

– Proszę przejść do sedna – odezwał się oficer Stasi.

– Podejmujemy operację o kryptonimie Lunatyk – oświadczył Kuzniecow. – Wszystkie szczegóły opracował towarzysz Genske.

Niemiec był rudy. Nie lubię rudych, przemknęło przez myśl Wiśniakowi, matka mówiła, że to fałszywi ludzie. Enerdowiec był postawny, wysoki, miał na oko metr dziewięćdziesiąt. Orli nos dodawał jego twarzy drapieżności.

– Dziękuję, towarzyszu pułkowniku – powiedział Genske. – W rzeczywistości zamysł operacji został opracowany przez trzy wywiady, ale zdecydowaliśmy, że bezpośrednim wykonawcą będzie oficer służb Polski Ludowej.

– Można wiedzieć dlaczego? – zapytał Wiśniak.

– Oczywiście – odparł beznamiętnie enerdowiec. – Polska Ludowa ma zdecydowanie najlepsze notowania wśród państw afrykańskich. Jesteście bardziej wiarygodni od Rumunów i Bułgarów, nie mówiąc już o Rosjanach. – To miała być ironia, ale Genskemu jakoś to nie wyszło.

Kuzniecow popatrzył na niego z irytacją.

– A przede wszystkim od was, Niemiec to Niemiec – mruknął pod wąsem Gozdawa, posyłając oficerowi Stasi drobną złośliwość.

Genske oczywiście zbył uwagę Polaka milczeniem.

– Radzieccy towarzysze ze względu na politykę odprężenia, jaką uskutecznia Gorbaczow, nie mogą się oficjalnie angażować w realizację tego projektu, ale zachowają ogólny nadzór – powiedział.

Następnie poprosił, by mu nie przerywać. Plan operacji Lunatyk został rozłożony na lata. Wywiady wyłożą duże pieniądze, w grę wchodzą dziesiątki milionów dolarów, jednak nie w celu siania zamętu, finansowania ugrupowań terrorystycznych, jak niegdyś Frakcja Czerwonej Armii. Za te pieniądze powstanie duży bank w Europie Zachodniej, który otworzy filie w Niemczech, Francji, Włoszech i innych krajach. Będzie odgrywał rolę ośrodka wpływu w myśl leninowskiej teorii o agentach wpływu; będzie kupował poparcie rządów Zachodu, korumpował polityków, finansował dziesiątki firm, w których znajdą zatrudnienie byli pracownicy wywiadów z krajów komunistycznych.

– A co ma z tym wspólnego Afryka? – Wiśniak nie wytrzymał i radziecka towarzyszka posłała mu karcące spojrzenie.

– Czy wy, Polacy, zawsze musicie robić coś w nieodpowiednim momencie? – rzucił zirytowany Genske, ale mówił dalej: – Komórka naszego wywiadu w Nigerii jest pewna, że zachodnioniemiecki koncern paliwowy Shell odkrył w tym kraju wielkie złoża ropy naftowej, porównywalne z wenezuelskimi. Kilkanaście procent światowych złóż ropy, i to jest inwestycja rozwojowa. Nowy prozachodni rząd Nigerii zamierza oddać te złoża w ręce zachodnich inwestorów. Nie możemy do tego dopuścić. Nasz bank musi zdobyć, oczywiście przez podstawione firmy słupy, kontrolę nad tymi złożami. I to jest zadanie dla wywiadu PRL-u. Macie bardzo dobre kontakty z oficjelami nigeryjskimi. Powinniśmy to wykorzystać.

Głos zabrał Kuzniecow, który do tej pory przysłuchiwał się wywodowi oficera Stasi. Wymiana ciosów między Niemcem i Polakami w pewnym sensie go bawiła.

– Proszę państwa, operacja Lunatyk ma długofalowe zadania. Jak wiecie, ZSRR w latach siedemdziesiątych zintensyfikował działania przeciwko USA w Ameryce Łacińskiej i krajach Bliskiego Wschodu. Według naszego studium wywiadu gospodarczego GRU, Afryka może odegrać doniosłą rolę. Kontynent jest na uboczu zainteresowania zachodnich wywiadów. Propagowanie socjalizmu w Afryce jest też najzwyczajniej opłacalne, pomyślcie, ile broni z Polski, ZSRR i NRD zdołamy tam sprzedać. Czarni bez przerwy wywołują wojny, więc czemuż nie mielibyśmy ich dozbrajać? Jakich pistoletów maszynowych najczęściej używają w Afryce?

– Oczywiście kałasznikowa – odpowiedziała kobieta.

– To, co teraz powiem – ciągnął Kuzniecow – nie ma nic wspólnego z ortodoksyjnym podejściem do socjalizmu. Chiński przywódca Deng Xiaoping powiedział, że nie ma nic złego w bogaceniu się. Musimy przygotować sobie grunt pod nową sytuację polityczną, jaka w ciągu dwóch, może trzech lat zmieni Europę Środkową. Polscy towarzysze muszą wziąć na siebie Nigerię. Trzeba się zająć tamtejszym premierem.

– Możecie go przecież utłuc w jakiejś plemiennej rzezi. To nie jest trudne dla KGB – powiedział wprost Wiśniak.

– Oczywiście, możemy nawet utłuc premiera Polski, i to też nie jest trudne dla KGB – odciął się Kuzniecow. – Bank oparty na strategicznych złożach ropy naftowej w Nigerii da nam w zmienionych warunkach politycznych szansę nie tylko na przetrwanie, ale też na prowadzenie działalności o szeroko zakrojonym charakterze. Możemy wpływać na politykę Europy Zachodniej i krajów Trzeciego Świata w dużo bardziej zawoalowany sposób i, co najważniejsze, w świetle prawa wszystkie nasze działania będą legalne.

– To nowe zastosowanie marksizmu w warunkach zmieniających się układów politycznych – dodał enerdowiec. – To marksizm, towarzyszu Wiśniak, daje nam podstawę do zrównania tego, co nieporównywalne, złączenia ognia z wodą, stwierdzenia, że białe jest czarne, a czarne białe. Niestety, część kierownictwa partyjnego w Polsce i NRD, mówię o towarzyszu Honeckerze, nie wyobraża sobie upadku socjalizmu. Po to jesteśmy mieczem i tarczą partii, by takie rzeczy wiedzieć. I dlatego działamy.

Zapadła chwila kłopotliwego milczenia. Wiśniak zdał sobie sprawę, że zgadzając się wziąć udział w tej operacji, będzie musiał zerwać ze swoim dotychczasowym życiem, przekreślić je, stać się kimś innym. Zawsze jednak chciał się wyrwać z Polski.

– Towarzyszu Wiśniak, czy zgadzacie się wziąć udział w tej operacji?

– Tak, zgadzam się.

– Znamy wasze dossier, towarzyszu. Macie ponadprzeciętną zdolność uczenia się języków obcych, adaptacji, nie jesteście związani rodziną i wiemy, że nas nie zdradzicie – powiedział Kuzniecow.

– Skąd wiecie, że was nie zdradzę? – zapytał Wiśniak.

– Ponieważ to się wam nie opłaci – odparł oficer GRU. – Nas się nie zdradza, bo mamy najdłuższe ręce na świecie. Znaleźlibyśmy was wszędzie.

*

TW Iluminator wściekał się, że jego oficer prowadzący się nie odzywa. Zawsze dostawał od niego pieniądze za dobry raport o kolegach ze zdelegalizowanej Solidarności, ale kapitan Wiśniak od wielu tygodni milczał. Czyżby SB zapomniała o Iluminatorze?

Tajny współpracownik Iluminator prowadził intymny dziennik swojej zdrady. Była to forma ekspiacji.

Z dziennika Władysława Skotnickiego

25 października 1986

Kapitan Wiśniak milczy. I to akurat teraz, kiedy razem z księdzem Morawskim jesteśmy blisko podziemnej drukarni, która pracuje w jednej z krakowskich parafii. Księdzu podoba się ta robota coraz bardziej. Bo niby dlaczego miałaby mu się nie podobać? Razem możemy wycisnąć każdą forsę od innych księży lubiących sobie pobzykać. Wszystko to interes. Nie mam wyrzutów sumienia. Ksiądz Morawski również. Obaj doszliśmy do wniosku, że sumienie to wymysł.

Zdrajca dobrze czuł się ze swoją zdradą. Wkrótce SB znów się odezwała, tym razem jednak TW Iluminator przeszedł pod bezpośrednią kuratelę pułkownika Gozdawy, który po zniknięciu Wiśniaka przejął najcenniejszych informatorów. Prowadzony przez Gozdawę Skotnicki jeszcze przez trzy lata pełnił swoją funkcję, po roku 1990 SB przestała istnieć, a teczka Iluminatora – jak go zapewniono – miała zostać zniszczona. Tyle że materiały z jego teczki zostały w 1987 roku zmikrofilmowane i miały czekać na półce, aż ktoś je odnajdzie.

*

Ksiądz Tymoteusz Morawski wcale nie czuł się zdrajcą. Po wstrząsie, jakim było podpisanie esbeckiej deklaracji współpracy, i wycieńczającej chemioterapii w szpitalu Charite w Berlinie wrócił odmieniony. Na pozór dalej był posłuszny i wykonywał wszelkie polecenia. Pisał kazania, chrzcił, wzywał do życia zgodnego z naukami papieża, animował młodzież na oazie. Większość wiernych bardzo mu ufała, a wielu chłopaków angażowało się w działania studenckiego NZS. Ksiądz na wszystkich pisał raporty, przekazując SB bezcenną wiedzę na temat problemów osobistych potencjalnych informatorów. Miał jedną niezaprzeczalną przewagę nad innymi TW – znał swoich parafian.

Po dwóch latach został przesunięty do krakowskiej kurii. Obudził w sobie pragnienie kariery naukowej, która wśród księży jest zastępczą formą przydawania sobie ważności. Doktorat zrobił z eklezjologii. W końcu go dostrzeżono i wysłano do Rzymu na uniwersytet papieski Angelicum. Tam zyskał kontakty, a także kolejną porcję bezcennej wiedzy o watykańskich układach, ludziach i ich słabościach. Nadszedł rok 1990. Komunizm się skończył równie nagle, jak się zaczął, a Tymoteusz po raz pierwszy poczuł się wolny. Gdy w roku 1992, podczas reorganizacji diecezji w Polsce, został wyświęcony na biskupa pomocniczego archidiecezji warszawskiej, wydawało mu się, że ciemna przeszłość została wymazana.

Ewangelia mówi jednak, że jeśli ktoś popełnia zdradę w rzeczy małej, popełni ją także w wielkiej. A jedno zło pociąga inne. Tyle że biskup Tymoteusz Morawski już nie odróżniał dobra od zła. Jeśli światło, które jest w tobie, jest ciemnością, jakże wielka to ciemność!2.

Rozdział drugiŚMIERĆ W STAMBULE

Wiśniak kilka następnych miesięcy spędził w ośrodku szkoleniowym dla agentów GRU w Związku Radzieckim. Nie potrafiłby jednak powiedzieć, jak nazywało się miasto, w którym znajdował się ośrodek – miało bowiem numer. Ulice również nie miały nazw, tylko numery. Nie należało zadawać pytań, ale bezwzględnie wykonywać polecenia. Szkolenie było mordercze w pełnym tego słowa znaczeniu. Po jego zakończeniu pozwolono Wiśniakowi spędzić trzy tygodnie w Warszawie, żeby zamknął swoje sprawy. Od pułkownika odebrał teczkę z pieniędzmi, bronią, zestawami trucizn oraz kilkoma kompletami dokumentów znakomicie sfabrykowanych przez GRU na podstawie skradzionych wcześniej oryginalnych dokumentów kilku obywateli państw zachodnich.

– Od dzisiaj Kazimierz Wiśniak przechodzi do historii – powiedział Gozdawa. – Nazywacie się Andrzej Małysiak, tutaj jest wasz życiorys i nowe dokumenty.

Położył na biurku dużą szarą kopertę.

– Jesteście absolwentem prawa Uniwersytetu Warszawskiego, co jest zresztą zgodne z prawdą, i wyjeżdżacie na placówkę dyplomatyczną Polski Ludowej do Lagos w Nigerii. Podróżujecie przez Stambuł. W Turcji spotkacie się z tamtejszym rezydentem GRU i polecicie radzieckim samolotem do Afryki.

Wiśniak powoli zaczął rozumieć, że ta maskarada sprowadza się do całkowitego zerwania z jego dawną tożsamością. Po kilku miesiącach, widząc drobiazgowe przygotowania GRU oraz polskich służb, wiedział, że to nie są żarty i że operacja Lunatyk jest najpoważniejszą, jaką polski wywiad podjął we współpracy z innymi służbami Układu Warszawskiego. Cel stawiany przez Rosjan był jasny – umożliwić przygotowanie bazy finansowej dla działalności tych służb w ukryciu po przejściu krajów bloku wschodniego na gospodarkę rynkową. Wiśniak podejrzewał, że wierchuszka GRU nie ufa Gorbaczowowi i przygotowuje sobie grunt pod legalną działalność, na wypadek gdyby coś niedobrego miało przytrafić się Związkowi Radzieckiemu. Od Gozdawy otrzymał polecenie, by część pieniędzy na kontach nowego banku była do dyspozycji działaczy PZPR oraz szefostwa SB.

Po wyjeździe z Europy miał zniknąć, przedzierzgnąć się w niewidzialnego, ukrytego za gąszczem naftowych spółek i kont bankowych anioła stróża komunistycznych służb specjalnych, które utworzą bank zapewniający im przetrwanie. Nie wierzył w komunizm. Na studiach czytał wprawdzie Kapitał Marksa i jego esej o Ludwiku Feuerbachu, ale uważał go za skończonego durnia. Wiśniak nie wierzył w Boga, ale nie wierzył także w pochody pierwszomajowe, a „towarzyszem Szmaciakiem” gardził.

Na dzień przed wyjazdem w pokoju hotelowym, w którym był już zameldowany jako Andrzej Małysiak, ktoś zapukał do drzwi. Był to pułkownik Kuzniecow.

– No i co, towarzysz Polak? – zagadnął Rosjanin. – Jak się czujecie w nowej skórze?

– Doskonale, towarzyszu pułkowniku.

– Darujmy sobie tego towarzysza pułkownika. Wasilij jestem.

– Siadajcie.

Rosjanin rozsiadł się w fotelu.

– Za jakiś czas będziecie na Zachodzie – zaczął Kuzniecow, a Wiśniak pilnie słuchał. – Teraz jednak czeka was trochę pracy, czasami przyjemnej, czasami brudnej. Amerykańskie CIA oraz brytyjskie MI5 dostają pieniądze od swoich rządów, my będziemy musieli osobiście na siebie zarobić. Sam pojechałbym na Zachód i robił to, czym wy będziecie się zajmować, ale nie mogę.

– Co was trzyma w Moskwie?

– Sam siebie trzymam, a ściślej mówiąc, trzyma nas instytucja, w której pracuję. Nie łudźcie się, że wasz polski Komitet Centralny PZPR o was wie. To operacja służb, nie rządów.

– Rozumiem.

– Nie wiem, czy rozumiecie. Jaruzelski nieźle by się wkurwił, gdyby się dowiedział, że polskie służby robią coś za jego plecami. Tak samo Gorbaczow. Ale my, służby, tarcza i miecz partii, mamy już dość. Chcemy sobie upaść brzuchy, zarobić na dziwki, wódę, dobre samochody i życie, bo jak pisał Lermontow, nikt nie wie, co się kryje za bezmiarem czasu. Socjalizm to idea tak samo popieprzona jak fanatyzm pierwszych chrześcijan. Ja, Wasilij Kuzniecow, syn kierownika zmiany w fabryce traktorów w Kujbyszewie, wyznaję jedyną możliwą do przyjęcia marksistowską zasadę, że byt określa świadomość. A nasz byt pozostawia dużo do życzenia, bo nie łudzę się, że ZSRR przeżyje Gorbaczowa. Wy macie zadbać o nasz byt.

Ostatnie słowa zabrzmiały jak ostrzeżenie. Wiśniak wiedział, że gdyby zdradził, jego ciało trafi do jakiegoś rowu i nikt nie dowie się, kim był i jak zginął. Przełknął ślinę. Słowa Rosjanina zrobiły na nim wrażenie.

– Jadąc na Zachód, a teraz do Nigerii, nie jedziecie sami. Kiedy wy byliście na szkoleniu GRU, my stworzyliśmy wam siatkę kontaktów oraz swoiste itinerarium, gdzie bezpieczne będą czekały na was pieniądze.

– Ile, jeśli mogę wiedzieć? – zapytał Wiśniak.

– Na początek dwadzieścia milionów dolarów. To na razie wystarczy wam na rozkręcenie interesu w Nigerii. Waszym celem jest przejęcie firmy sprzedającej nigeryjską ropę na Zachód. Jeżeli to się nie uda, musicie zrobić wszystko, żeby założyć firmę i kupić działki roponośne w Nigerii.

– Po co? W Rosji macie ropy aż nadto, żeby zalać nią Zachód.

– Wy nie rozumiecie, Kazimierzu Stanisławowiczu – argumentował Kuzniecow. – Wy macie stworzyć pozory zachodniej firmy, która po kilku latach stanie się ważna. Wtedy my zaczniemy działać. Macie być agentem wpływu, rozumiecie?

Wiśniak doskonale znał metody pracy radzieckiego wywiadu. Wiedział, co to jest agent wpływu. Miał urabiać zachodnią opinię publiczną, finansować partie polityczne, kulturę, pokazywać matuszkę Rosję jako raj na ziemi. Czy miał też przeciwdziałać wpływom USA?

– Mam przeszkadzać Amerykanom? – Myślał o firmach gigantach jak Exxon czy Shell.

– Ależ skąd! Wy macie na tym zarobić. Chwytacie?

– Mam z dwudziestu milionów zrobić sto milionów i założyć firmę?

– Małodiec! – Zadowolony Rosjanin odchrząknął. – Będziecie pod stałą obserwacją. Cały czas, nawet wtedy, gdy okrzepniecie i staniecie się, kim tam chcecie, Francuzem czy Niemcem, my będziemy mieć was na oku. Pamiętajcie o tym. Macie podwoić nasz kapitał na złe czasy, jakie, niestety, nadchodzą.

– Rozumiem.

– Kontakt przez towarzysza Genskego w Berlinie. Tylko przez niego. Proszę unikać kontaktowania się ze mną oficjalnymi kanałami, aby nie wzbudzić podejrzeń czynników partyjnych. Lunatyk to jest nasza operacja.

Rosjanin zostawił Wiśniakowi niebieską teczkę i wyszedł z pokoju hotelowego równie tajemniczo, jak się zjawił. Teczka zawierała listę kontaktów w kilku krajach europejskich oraz w Turcji i państwach afrykańskich, a także wykaz kont bankowych, na których GRU ulokowało fundusze na prowadzenie operacji Lunatyk. Oprócz tego znajdowały się tam nazwiska afrykańskich oficjeli przekupionych przez służby radzieckie.

Tydzień później, po załatwieniu swoich spraw, Wiśniak alias Andrzej Małysiak, nowy chargé d’affaires ambasady PRL, wyjechał przez Budapeszt do Stambułu.

Budapeszt, marzec 1987

Wybierając się do Budapesztu koleją, zabrał ze sobą wyłącznie niezbędne rzeczy. Wszystkie ubrania miał zamiar kupić na miejscu w Lagos – sprowadzić eleganckie koszule i garnitury prosto z Londynu. Podróż była nużąca, toteż większość drogi Wiśniak przespał. W Budapeszcie zameldował się w ambasadzie PRL przy Városligeti fasor pod numerem szesnastym, gdzie miał kilka dni czekać na radzieckiego doradcę, w rzeczywistości opiekuna misji, ogon, który miał za sobą ciągnąć do Afryki.

Już drugiego dnia, po powrocie z miasta (Wiśniak miał słabość do budapeszteńskiej secesji), zastał w swoim pokoju mężczyznę w szarym garniturze z kazachskiej wełny. Nie miał wątpliwości, że jest to człowiek od Kuzniecowa. Nie należało zadawać pytań. Nieznajomy na jego widok uśmiechnął się.

– Jestem waszym oficerem prowadzącym. Nazywam się Uljanow – przedstawił się Rosjanin.

– Andrzej Małysiak. – Masz nazwisko Lenina, akurat w to uwierzę, pomyślał Wiśniak.

– Wiem, kim jesteście towarzyszu Małysiak. Jutro lecimy do Stambułu. Tu macie bilet na samolot. Nie spóźnijcie się na odprawę.

Rosjanin wyszedł bez pożegnania. Wiśniak już przywykł do zachowania Rosjan, najczęściej bezczelnego lub ocierającego się o lekceważenie, mimo to był poirytowany. Wszedł do mojego pokoju na terenie polskiej ambasady jak do stodoły, pomyślał. Przebrał się, wypił na sen małą butelkę węgierskiego tokaju i poszedł spać.

Stambuł, 1987

Turcja była forpocztą polityczną i militarną Zachodu w Azji. Wiśniak nie bez pewnej satysfakcji pomyślał, że dla Sowietów Turcja jako członek NATO, tuż koło Kaukazu, to jak wrzód na tyłku. Miał ochotę zapytać swojego opiekuna, czy lubi Turków, ale w porę ugryzł się w język. Rosjanin zakazał mu opuszczać teren konsulatu.

– Turecka policja ma tajniaków wszędzie. Bez przerwy obserwują każdego, kto stąd wychodzi. Nikt nie może was zidentyfikować ani zrobić wam zdjęcia. Jutro spotkamy się z ważnym człowiekiem. To nasz bankier od różnych spraw.

Wiśniak pamiętał z tak zwanej „wiedzy operacyjnej” SB, że tureckie Szare Wilki, do których należał Ali Aǧca, mogły być finansowane przez radzieckie służby. Członkowie Szarych Wilków, choć nie byli komunistami, ale nacjonalistami, świetnie się nadawali – tak jak Kurdowie – do destabilizacji Turcji. Nie zdziwił się więc, że Rosjanie mają kogoś, kto pilnuje brudnej kasy. Wiedział też, że już w momencie opuszczenia PRL-u żarty się skończyły. I na pewno w chwili przybycia do Lagos zostanie zidentyfikowany przez amerykańskie służby. Cała mistyfikacja, do której przygotowywano się przez kilka miesięcy, opierała się na założeniu, że GRU zdoła przygotować „dowody” jego fałszywej tożsamości. Tak więc ktoś w Warszawie miał potwierdzić Amerykanom, że Andrzej Małysiak to nie kto inny, tylko Andrzej Małysiak. Za kilka lat miał rozpłynąć się w zachodnim społeczeństwie i wówczas nikt nie może go rozpoznać na zdjęciu zrobionym podczas zwiedzania Stambułu w towarzystwie oficera GRU w 1987 roku.

Nazajutrz Rosjanin przyszedł rano. Zjedli śniadanie na terenie konsulatu, po czym wsiedli do czarnej wołgi na radzieckich numerach dyplomatycznych i pojechali do azjatyckiej części Stambułu, w gęste uliczki portowej Galaty. Wiśniak wysiadł i poszedł za Rosjaninem, który najwyraźniej wiedział, dokąd i po co idzie. Po kilkunastu minutach marszu wąskimi uliczkami weszli do eleganckiego hotelu, który powstał w zaadaptowanej do tego celu willi dawnego tureckiego bogacza. To prawda, że Turcja była kiedyś biednym krajem, ale zdarzali się wtedy w Stambule ludzie bardzo bogaci. Rosjanin zaprowadził Polaka na piętro, do eleganckiego biura. Wiśniak rzucił okiem na orientalne meble z ciemnego drewna i na ornamentykę na ścianach. Kolor indygo przeplatał się z innymi, jaśniejszymi i cieplejszymi odcieniami błękitu. Uljanow zwrócił się po rosyjsku do grubego Turka siedzącego za biurkiem i palącego fajkę. Musiał używać doskonałego gatunku tytoniu, bo Wiśniak nagle zapragnął zapalić. Zwalisty Turek wstał i podszedł do przybyszów. Uścisnął najpierw dłoń Rosjanina, a potem Wiśniaka, skupiając przez chwilę wzrok na tym drugim.

– A więc to ty będziesz teraz dbał o nasze interesy? – zapytał po angielsku z bardzo kiepskim akcentem. – Nazywam się Hassan i jestem… finansistą.

– Andrzej Małysiak – przedstawił się rzeczowo Wiśniak, obydwaj jednak wiedzieli, że ich prawdziwe nazwiska brzmią zupełnie inaczej.

Na znak gospodarza obaj oficerowie usiedli w wygodnych skórzanych fotelach. Hassan kazał służącemu przynieść kawę parzoną na sposób turecki, a więc kilkakrotnie doprowadzaną do wrzenia w małej ilości wody. PRL-owska kawa po turecku z tą nie miała nic wspólnego.

– U nas, w Stambule, nie sposób prowadzić interesów bez łyka kawy – powiedział.

Wiśniak skosztował jej; była niewiarygodnie mocna i słodka. Uljanow wprowadził go w temat. Hassan cały czas badawczo przyglądał się Polakowi. Był sympatykiem zdelegalizowanej Komunistycznej Partii Turcji. Chociaż nie zostało to powiedziane wprost, Wiśniak nie miał wątpliwości, że jest też agentem GRU w Turcji. Prowadził hotel, który pełnił także funkcję luksusowego burdelu dla oficerów tajnych służb z państw komunistycznych. Hassan był również człowiekiem kontaktowym dla agentów GRU w państwach Bliskiego Wschodu i Afryki. Przekazywał im gotówkę, ale też inwestował pieniądze radzieckich służb w odpowiednio dobrane i sprawdzone firmy zachodnie działające w Turcji. Komunizm nigdy nie odrzucał stosowania kapitalistycznych metod do pokonania kapitalizmu. Tak czynił Lenin w czasach NEP-u i tak czyniło GRU wiele lat po śmierci wodza rewolucji.

W czasie objaśnień Rosjanina Wiśniak przypatrywał się ukradkiem Turkowi. Jego nalana, rumiana twarz zdradzała pewność siebie, spryt i bezwzględność. Pomyślał, że lepiej mieć tego człowieka po swojej stronie. Szybko doszli do porozumienia. Turek miał otworzyć do jego wyłącznej dyspozycji konto w tureckim banku w Nigerii, na które GRU miało przekazać pieniądze przeznaczone na operację Lunatyk. Hassan miał także zostać partnerem spółki, którą Wiśniak powinien stworzyć dla ułatwienia transferu środków finansowych, jakie GRU zamierzało zarobić na inwestycji w nigeryjskie pola naftowe. Wiśniak cały czas zastanawiał się, jakie jeszcze inne powiązania musi mieć ów Turek, skoro GRU, instytucja z założenia nieufna, mu zaufało. Tak czy owak, na pewno wywiązywał się ze swoich obowiązków nader skutecznie i lojalnie, bo w przeciwnym razie GRU już dawno wysłałoby go do raju Proroka. Wiśniak uznał więc, że dobre stosunki z Hassanem będą miały dla niego ważne – jeśli nie fundamentalne – znaczenie. Rozumiał także, że Turek w zamyśle GRU miał go kontrolować, i podejrzewał, że Rosjanie tego samego będą oczekiwali po nim: że będzie kontrolował Hassana. W końcu radziecki system zawsze opierał się na powszechnym donosicielstwie.

*

Po dokonaniu oficjalnych ustaleń Hassan zaprosił swoich gości na wieczór turecki. Czarna wołga zawiozła ich przez wielkie miasto do azjatyckiej części. Wiśniak oglądał w szybie nieprzebrane tłumy ludzi ciągnących we wszystkich kierunkach. Stambuł nocą przypominał wielkie mrowisko. Plac Taksim położony w centrum miasta stanowił też centrum nocnego życia. Ulice od niego odchodzące pełne były ludzi pijących kawę serwowaną po turecku, w malutkich filiżankach, z kardamonem lub innymi wonnymi przyprawami, rozmawiających o interesach lub wymieniających najświeższe ploteczki. Stambuł, zalany światłem neonów, był dla przybysza z PRL-u czymś zupełnie nowym i nieoczekiwanym. Wołga co chwilę stawała na światłach lub po prostu kierowca zmuszany był do hamowania, żeby przepuścić ludzi zupełnie ignorujących wszelkie zasady ruchu drogowego. Żelazny most spinający część europejską Stambułu i Galatę położoną w Azji wywarł na Wiśniaku ogromne wrażenie – jakby samochód frunął nad ciemną tonią morza, odbijającego gdzieniegdzie kolorowe światła miasta.

– Coś mi się zdaje, że nasz gospodarz jest udziałowcem tego burdelu, do którego nas wiezie – szepnął do Rosjanina Wiśniak w jego języku.

Uljanow wzruszył ramionami. Wołga zatrzymała się przed eleganckim hotelem, na którego fasadzie zainstalowano świecący na czerwono neon. Wiśniak nie znał wprawdzie tureckiego, ale zorientował się po napisie, że miejsce to nazywa się Haremem Hassana lub coś w tym stylu. Gdy weszli do środka, gospodarz poprowadził ich do eleganckiego lokalu. Wiśniak nawet nie wiedział, kiedy zaroiło się w nim od skąpo ubranych dziewczyn; w tle słychać było orientalne tony. Wprawdzie Allah zabrania alkoholu, hazardu, palenia tytoniu i korzystania z burdeli, lecz w Stambule nie traktowano Allaha poważnie. Wiśniak nie miał nic przeciw przygodzie, zwłaszcza że na szkoleniu w Związku Radzieckim nie było ku temu zbyt wielu okazji. Perspektywa spędzenia kilku miłych chwil w towarzystwie tych niewiarygodnie pięknych, zgrabnych dziewczyn była zbyt kusząca, by odmówić.

Śmiech Uljanowa otrzeźwił go. Rosjanin pozbył się swojej wyuczonej w KGB wstrzemięźliwości w okazywaniu tego, co myśli. Kazał prostytutkom tańczyć, na co te chętnie się zgodziły. Jedna z dziewczyn o kruczoczarnych włosach – młoda i powabna – usiadła Wiśniakowi na kolanach. Miesiące wstrzemięźliwości dały o sobie znak; poczuł, że jest mocno pobudzony. Wstał z fotela, a uwieszona na jego ramieniu dziewczyna, która nie znała ani słowa po rosyjsku czy polsku, pokazała mu na migi, gdzie powinien skręcić, aby dotrzeć do miejsca przeznaczenia – dużego pokoju z szerokim łóżkiem.