Ludojady z Tsavo - John Henry Patterson - ebook

Ludojady z Tsavo ebook

John Henry Patterson

5,0
37,56 zł

lub
Opis

Ludojady z Tsavo to nie tylko jedna z najlepszych historii o ludojadach - to przede wszystkim reportaż naocznego świadka wyczynów dwóch ludożerczych lwów terroryzujących wschodnią Afrykę przez blisko rok. W tym czasie udało im się niemal całkowicie zatrzymać budowę jednej z linii kolejowych i uśmiercić ponad sto osób.

Relacja podpułkownika Johna Henry'ego Patersona, inżyniera kierującego pracami konstrukcyjnymi, znakomicie oddaje atmosferę paraliżującego strachu, zabobonu i desperacji towarzyszącą długotrwałym usiłowaniom upolowania niesławnych bestii - które ostatecznie padły od kul jej autora.

Książkę wzbogacają opisy wielu innych barwnych przygód z udziałem dzikich zwierząt sawanny i buszu.

„Uważam że przypadek ugandyjskich lwów ludojadów… jest jedną z najniezwyklejszych udokumentowanych historii tego rodzaju.”

Theodore Roosevelt

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 246

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0



Wstęp

Z największą obawą przedkładam uwadze czytelników niniejsze stronice, jakoż poniektórzy moi przyjaciele tak wytrwale namawiali mnie, bym opisał swe niecodzienne przeżycia w Afryce, że w końcu przemogłem wahania i to uczyniłem.

Zapewne wielu spośród czytelników, którzy zawsze żyli pod opiekuńczymi skrzydłami cywilizacji, uzna opis niektórych zdarzeń za przekoloryzowany. Otóż zapewniam, że raczej starałem się miarkować poszczególne relacje, aniżeli je wyjaskrawiać, a moją najpierwszą troską było jasne i obiektywne przedstawienie faktów.

Trzeba pamiętać, że kiedy wydarzenia te się rozgrywały, warunki panujące w Brytyjskiej Afryce Wschodniej były zupełnie różne od obecnych. Kolej – ten symbol nowoczesności – wówczas dopiero tam powstawała, a obszary, przez które ją przeprowadzano, były jeszcze całkiem dzikie i takie zresztą są nadal, jeśli choć trochę oddalić się od trakcji.

Jeżeli ta niewyszukana narracja o dwóch latach spędzonych w zupełnej dziczy choćby w małym stopniu pobudzi czyjeś zainteresowanie tym pięknym i obiecującym krajem, który posiadamy w strefie równikowej, poczuję się w pełni wynagrodzony za trud włożony w napisanie tej relacji.

Najgorętsze podziękowania składam wielkiemu pionierowi afrykańskich szlaków, F.C. Sellousowi, za to, że zgodził się tę niepozorną książczynę opatrzyć przedmową.

J.H.P.

Sierpień 1907 r.

Bezgrzywe lwy z Tsavo, Muzeum Historii Naturalnej w Chicago

Przedmowa

Było to siedem czy osiem lat temu, gdy po raz pierwszy przeczytałem w magazynie „The Field" krótką relację spisaną przez pułkownika J.H. Pattersona, który wówczas pracował jako inżynier przy budowie kolei ugandyjskiej, a dotyczącą ludożerczych lwów z Tsavo.

Moje własne doświadczenie wyniesione z afrykańskich łowów od razu mi powiedziało, że każde zawarte tam słowo jest prawdziwe. Powiem więcej: Autor opowiedział tę historię w  jak najskromniejszy sposób, niemal bagatelizując niebezpieczeństwo związane z próbami uśmiercenia ludojadów, a  zwłaszcza wtedy, gdy siedząc na wątłym podwyższeniu podpartym czterema cienkimi tykami, sam stał się obiektem zainteresowania jednej z bestii. Na szczęście nie stracił zimnej krwi i zdołał zastrzelić lwa, w momencie gdy ten gotował się do skoku. Gdyby jednakże lew ów zaszedł Pułkownika z tyłu, to obawiam się, że znalazłby się on na długiej liście ofiar ludojada, ponieważ znane mi są trzy przypadki, gdy ludzie byli ściągani przez lwy z platform umieszczonych na drzewach, i to znacznie wyżej niż ta, na której siedział Pułkownik podczas tamtej nocy grozy.

Poczynając od czasów Herodota, a  kończąc na dobie dzisiejszej, o  lwach opowiedziano i  napisano niezliczone historie. Sam kilka takich opowieści popełniłem. Ale nie słyszałem ani nie czytałem relacji mającej tak długi i dramatyczny przebieg jak ta przekazana przez pułkownika Pattersona. Opowieści o lwach, często straszne, zawierają się zazwyczaj w kilku godzinach nocnych; natomiast relacja o ludojadach z Tsavo ma wymiar prawdziwie epicki, mówi o wstrząsających wydarzeniach dziejących się w ciągu kilku miesięcy, a którym kres położyła pomysłowość i determinacja jednego człowieka.

W kilka lat po tym, jak po raz pierwszy przeczytałem o  ludojadach z  Tsavo, poznałem prezydenta Roosevelta. Opowiedziałem mu tę historię tak dokładnie, jak posłużyła mi pamięć, on zaś bardzo się nią zainteresował – interesują go zresztą wszystkie wiarygodne historie dotyczące przyrody i  dzikich zwierząt  – i  poprosił mnie o  przesłanie mu odpisu tej relacji, która ukazała się w  „The Field". Uczyniłem to, a w ostatnim liście, który od Prezydenta otrzymałem, napisał on:

„Myślę, że zdarzenia z  ugandyjskimi ludojadami opisane w  artykułach, które mi Pan przesłał, to najbardziej niezwykła historia tego rodzaju, jaka w ogóle istnieje. Wielka szkoda, że nie została utrwalona w postaci mniej ulotnej niż artykuły".

No cóż, z ukontentowaniem stwierdzam, że teraz powstało już coś więcej niż artykuł i  zapewniam pułkownika Pattersona, że prezydent Roosevelt znajdzie się pośród najpilniejszych czytelników jego książki.

Całkiem możliwe, że rozdziały dotyczące ludojadów przykują uwagę czytelników bardziej niż pozostała część książki; myślę jednakże, iż wielu z nich zgodzi się ze mną, że cała książka pułkownika Pattersona jest interesująca i  pełna ciekawych i  użytecznych informacji. Świetnie się czyta opowieść Pułkownika o trudnościach powstałych przy budowie mostu kolejowego przez rzekę Tsavo, zaś odwaga wykazywana przez niego, gdy podejmował samodzielne łowy na lwy, nosorożce i inne niebezpieczne zwierzęta, ustępuje tylko odwadze, zdecydowaniu i przytomności umysłu, dzięki którym zażegnał bunt induskich robotników.

Czytanie szczotek książki pułkownika Pattersona w ciągu dwóch zarwanych nocy było przeżyciem niezwykłym. Książka zawładnęła mną od pierwszej do ostatniej strony, albowiem każde jej słowo tchnie prawdą.

F.C. Sellous

Worplesdon, Surrey 18 września 1907 r.

John Henry Patterson

I. Przybywam do Tsavo

Dnia 1 marca 1898 roku wpłynąłem przez wąską, trochę niebezpieczną zatokę do Mombasy, położonej na wschodnim wybrzeżu Afryki. Miasto znajduje się na wyspie o takiej samej nazwie, oddzielonej od stałego lądu wąskim kanałem. Kiedy nasz parowiec przepływał wolno mimo portugalskiej fortecy zbudowanej przeszło trzysta lat temu, uderzył mnie dziwny, lecz piękny widok roztaczający się przede mną. Wbrew moim oczekiwaniom wszystko wyglądało świeżo i  zielono, a  wyspę spowijał powab Wschodu. Stare miasto, skąpane w oślepiającym słońcu, odbijało się w nieruchomej tafli morza; płaskie dachy i białe ściany wyglądały spośród kołyszących się palm, wysokich kokosowców, ogromnych baobabów i rozłożystych mangowców, podczas gdy ciemny kolor zalesionych wzgórz na stałym lądzie tworzył dopełniające tło dla tej zaskakująco pięknej scenerii.

Po zatoce pływały liczne arabskie dhow, z których część, jak sądzę, nawet dziś od czasu do czasu przewozi niewolników do Persji i Arabii. Zawsze podziwiałem żeglarzy pływających na tych stateczkach i potrafiących bez kompasu i sekstansu dopływać do celu, stawiając czoła straszliwym sztormom, które w pewnych porach roku rozpętują się na tych morzach. Pamiętam, jak raz natrafiliśmy pośród Oceanu Indyjskiego na dhow unieruchomione w strefie ciszy; jego załoga wysyłała ku nam rozpaczliwe sygnały, toteż kapitan naszego statku zwolnił, by się dowiedzieć, o  co chodzi. Na pokładzie znajdowało się czterech mężczyzn, wszyscy ledwie żywi z pragnienia; już od kilku dni nic nie pili, a poza tym stracili poczucie kierunku. Otrzymali od nas parę baryłek wody i wskazaliśmy im kierunek na Maskat (do tego portu bowiem chcieli dotrzeć), po czym nasz statek podjął rejs, oni zaś zostali na środku oceanu. Nigdy się nie dowiedziałem, czy zdołali dotrzeć do portu przeznaczenia.

Nasz parowiec skierował się na redę. Malownicza sceneria portu w Mombasie podsuwała wyobraźni niezwykłe wydarzenia z przeszłości i przywiodła mi na pamięć poczynania piratów i handlarzy niewolników, o  których z  takim zainteresowaniem czytałem jako chłopiec. Pamiętam, że to dokładnie w tym miejscu w roku 1498 wielki Vasco da Gama niemal stracił swój statek przez zdradzieckie poczynania arabskiego pilota, który usiłował naprowadzić statek na rafę zagradzającą prawie połowę wejścia do zatoki. Na szczęście niecny ten zamiar został w porę wykryty, a dzielny żeglarz z miejsca kazał powiesić pilota i byłby również złupił miasto, gdyby nie przeprosiny i  gesty uległości ze strony sułtana. Na głównej ulicy Mombasy – słusznie nazwanej ulicą Vasco da Gamy – ciągle stoi ciekawego kształtu kolumna, podobno postawiona tam dla upamiętnienia wizyty wielkiego żeglarza.

Zaledwie rzuciliśmy kotwicę, jak od razu, niby za działaniem czarodziejskiej różdżki, nasz statek został otoczony przez małe łódki i czółna obsadzone przez mrowie pokrzykujących i gestykulujących tubylców. Po krótkiej walce między rywalizującymi suahilijskimi przewoźnikami o  mój bagaż i  osobę znalazłem się na łodzi, która pchana mocnymi uderzeniami wioseł przybiła do podestu stopni przystani.

Do Afryki Wschodniej zostałem przysłany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych w celu objęcia stanowiska pośród personelu budowniczych Kolei Ugandyjskiej. Toteż niezwłocznie po zejściu na ląd zapytałem celników, gdzie mieści się kwatera główna kolei. Powiedziano mi, że kwatera znajduje się o trzy mile dalej, w miejscu zwanym Kilindini, po drugiej stronie wyspy. Dowiedziałem się też, że najlepiej dostać się tam przy pomocy gharri, który okazał się małym zadaszonym wagonikiem z czterema miejscami, zwróconymi do siebie tyłem po dwa, poruszającym się po wąskich torach biegnących wzdłuż głównej ulicy miasta. Zająłem zatem jeden z tych pojazdów, napędzanych siłą mięśni dwóch młodych, rosłych Suahilijczyków, i wrychle pędziłem torowiskiem, które po opuszczeniu miasta biegnie pośród gęstych gajów mangowców, baobabów, bananowców i palm, tu i ówdzie przyozdobionych kolorowymi girlandami pnączy nawisającymi z gałęzi.

Przybywszy do Kilindini, skierowałem się do biur kolei. Tam dowiedziałem się, że zostanę przeniesiony w głąb lądu i że dodatkowe instrukcje otrzymam najdalej w ciągu dwóch dni. Tymczasem rozbiłem namiot w cieniu palm, w pobliżu toru gharri, po czym zająłem się poznawaniem wyspy i zaopatrywaniem się w zapasy i sprzęt niezbędny przy dłuższym pobycie w głębi lądu. Oczywiście najwięcej uwagi poświęciłem samej Mombasie. Przyjmuje się, że została ona założona około roku 1000 n.e., lecz odkryte wizerunki bóstw egipskich tudzież monety dawnych dynastii perskich i chińskich świadczą o tym, że w różnym czasie musiały się tu osiedlać ludy pochodzące z najstarszych cywilizacji. Mówiąc o czasach późniejszych, między rokiem 1505 a 1729 miasto pozostawało z przerwami we władaniu Portugalczyków, zaś świadkiem tego jest ponura forteca zbudowana około roku 1593 – na miejscu, jak się uważa, fortecy jeszcze starszej. Ci śmiali i  bogobojni pielgrzymi mórz nadali jej imię „Twierdzy Jezusa", a napis upamiętniający to wydarzenie wciąż widnieje nad wejściem głównym. Jednakże owej portugalskiej domenie towarzyszyły zmienne losy. Na przykład, począwszy od 15 marca 1696 roku miasto przez trzydzieści trzy miesiące bez przerwy było szturmowane przez flotyllę arabskich dhow, które szczelnie otoczyły wyspę. Pomimo dżumy, zdrady i głodu mały garnizon dzielnie trzymał się w „Twierdzy Jezusa" – do której musiał się wycofać – aż do 12 grudnia 1698 roku, kiedy to Arabowie, przypuściwszy decydujący atak, zdobyli cytadelę i wymordowali resztkę obrońców, bez różnicy – mężczyzn i kobiety. Przykro jest czytać, że w dwa dni później u wejścia do zatoki pojawiła się długo oczekiwana przez obrońców duża flota portugalska. Portugalczycy podejmowali liczne próby odbicia Mombasy, ale udało im się to dopiero w roku 1728, kiedy miasto zaatakował i zdobył generał Sampayo. W następnym roku jednakże Arabowie znowu pojawili się w przeważającej liczbie i wyparli Portugalczyków; ci ostatni podjęli w 1769 roku jeszcze jedną próbę odbicia miasta, ale bez powodzenia.

Arabowie, pod wodzą sułtana Zanzibaru, pozostają formalnymi władcami Mombasy do dziś; lecz w roku 1887 Sejid Bargasz, ówczesny sułtan Zanzibaru, udzielił co roku odnawianej koncesji na swe posiadłości w głębi lądu Brytyjskiemu Towarzystwu Wschodnioafrykańskiemu, które w roku 1888 przekształciło się w Królewską Brytyjską Kompanię Wschodnioafrykańską. W  roku 1895 Ministerstwo Spraw Zagranicznych przejęło kontrolę nad posiadłościami kompanii i ogłosiło powstanie protektoratu; w dziesięć lat później kraj został poddany zarządowi Biura Kolonialnego.

Ostatnie poważne walki na wyspie rozegrały się w latach 1895–1896, kiedy to suahilijski wódz M'baruk bin Raszed, który już wcześniej trzy razy wszczynał rebelię przeciw sułtanowi Zanzibaru, tym razem rzucił wyzwanie Brytyjczykom. Kilkakrotnie jednakże ponosił klęskę, w końcu był zmuszony zbiec na południe, na terytorium niemieckie. Ogólnie rzecz biorąc, Mombasa przez swoją historię z  powodzeniem zasłużyła na swą tubylczą nazwę Kisiwa M'vita, czyli „Wyspa Wojny". Pod obecnymi rządami wszelako szybko staje się kwitnącym i zamożnym miastem, a będąc portem wejściowym do Ugandy, prowadzi pomyślnie rozwijający się handel z interiorem i ma kilka doskonałych składów, w których od ręki można otrzymać niemal wszystko, od igły poczynając, a na kotwicy kończąc.

Jak już wspomniałem, Kilindini znajduje się po przeciwnej stronie wyspy, zaś zgodnie ze swą nazwą  – „miejsce z  głęboką wodą"  – ma znacznie dogodniejszą zatokę niż Mombasa. Kanał oddzielający wyspę od lądu stałego oferuje dogodne i bezpieczne kotwicowisko, nawet dla największych statków, a ponieważ molo jest bezpośrednio połączone z Koleją Ugandyjską, Kilindini w istocie stało się portem głównym, gdyż to tutaj zawijają wszystkie większe statki.

Już prawie od tygodnia przebywałem w  Mombasie i  niecierpliwie oczekiwałem na instrukcje dotyczące wymarszu, aż wreszcie pewnego poranka otrzymałem listowne polecenie udania się do Tsavo, o sto trzydzieści dwie mile od wybrzeża, by tam objąć kierownictwo budowy kolei, albowiem do tego właśnie miejsca budowa kolei dotarła. Nazajutrz o brzasku wsiadłem do pociągu specjalnego wraz z panem Andersonem, nadzorcą robót, i lekarzem, doktorem McCullochem. Podróż była dla mnie przeżyciem bardzo interesującym, gdyż ów kraj pod każdym względem stanowił dla mnie nowość.

Wyspę, na której leży Mombasa, oddziela od stałego lądu cieśnina Makupa. Pociąg pokonuje cieśninę przez most długi na trzy czwarte mili, nazwany Mostem Salisbury'ego, na cześć ministra spraw zagranicznych, który kierował organizacją przedsięwzięcia o  nazwie Kolej Ugandyjska. Po wjechaniu na stały ląd trasa pociągu ustawicznie biegła pod górę, prowadząc przez pięknie zadrzewiony, do parku podobny kraj. Spoglądając do tyłu przez okna w wagonie, za każdym razem mogliśmy dojrzeć Mombasę z Kilindini, a dalej, jak daleko wzrok sięga, połyskującą w  słońcu taflę Oceanu Indyjskiego. Osiągnąwszy szczyt wzgórz Rabai, wjechaliśmy na rozłogę pustyni Taru, porośniętej nędznymi krzewinami i  karłowatymi drzewami, a  w  porze suchej pokrytej drobnym, czerwonym pyłem. Pył ten ma niezwykłe właściwości penetrujące i podczas przejazdu pociągu potrafi wniknąć w każdy zakamarek wagonu. Począwszy od tego miejsca, zwierzyna jest mniej lub bardziej liczna, ale trudno ją zlokalizować z powodu gęstego podszytu, w którym się ukrywa. Zdołaliśmy jednak z pociągu dostrzec kilka sztuk, a także kilku tubylców z plemienia Wa Nyika, czyli „dzieci dziczy".

W Maungu, o jakieś osiemdziesiąt mil od wybrzeża, dotarliśmy do końca „pustyni", lecz właściwie jedyna różnica w  charakterze terenu polegała na tym, że zmienił się kolor pyłu. Kiedy pociąg jechał przez wysoko położoną równinę, zobaczyliśmy ładny okaz strusia pędzącego wzdłuż torów, jakby się z nami ścigał. Doktor McCulloch chwycił sztucer i  jednym strzałem obalił ogromnego ptaka; zaraz jednak wyłoniła się trudność z  podniesieniem zdobyczy. Z  początku bowiem maszynista nie zauważył naszych wymachiwań i okrzyków, w końcu jednak udało nam się ściągnąć jego uwagę i  pociąg cofnął się do miejsca, w którym padł struś. Był to wyjątkowo dorodny okaz i musieliśmy użyć wszystkich sił, aby wyciągnąć go na platformę wagonu.

Wkrótce potem osiągnęliśmy Voi, położone o mniej więcej sto mil od wybrzeża, a jako że była to najważniejsza stacja na całej naszej trasie, zarządziliśmy krótki postój, aby dokonać inspekcji prowadzonych prac. Kontynuując podróż, stwierdziliśmy, że w wyglądzie krajobrazu nastąpiła korzystna zmiana. Począwszy od miejscowości o nazwie N'dii, linia przez kilka mil prowadzi przez urokliwie zalesiony kraj, który wyglądał na bardziej gościnny, zwłaszcza wobec monotonii dotychczas przebytej trasy. Na południu mogliśmy dostrzec pasmo gór N'dii, miejsce zamieszkania plemienia Wa Taita, podczas gdy po naszej prawej stronie wznosił się stromy nawis skarpy N'dungu, ciągnącej się w kierunku zachodnim przez wiele mil. Odtąd poruszaliśmy się wolno, ponieważ co chwila się zatrzymywaliśmy, by sprawdzić przebieg prac trakcyjnych; wreszcie jednak przed zmierzchem przybyliśmy do Tsavo, celu naszej podróży. Noc spędziłem w  małej chatynce z  liści palmowych, którą zbudował jakiś człowiek podróżujący przede mną, a  która na szczęście w tej chwili pozostawała niezajęta. Była to konstrukcja uszkodzona i sfatygowana, nieposiadająca nawet drzwi – leżąc na swym wąskim łóżku, mogłem dostrzec gwiazdy mrugające przez luźno uformowany dach. Gdybym był wiedział, co się dzieje tuż pod moim bokiem i jakie jeszcze czekają mnie przygody, to pewnie nie spałbym sobie tak beztrosko w tym rozlatującym się szałasie.

Nazajutrz wcześnie byłem na nogach, powodowany chęcią zapoznania się z nowym otoczeniem. Na zewnątrz od razu stwierdziłem, że ze wszystkich stron otaczają mnie gęste, nieprzejrzane chaszcze, zaś po wejściu na szczyt pobliskiego niewielkiego pagórka zobaczyłem, że cały teren, jak daleko wzrokiem sięgnąć, zarastają niskie drzewa i gęsty podszyt kolczastej czepoty. Właściwie jedynym wolnym od roślinności miejscem było samo wąskie torowisko. Ta nieskończona nyika – dziki obszar spalony słońcem i porośnięty białawymi bezlistnymi drzewami – tworzyła upiorny widok; tu i ówdzie nad tą dżunglą wystawały ciemnoczerwone, rozpękłe od skwaru skały, jeszcze przydając grozy temu miejscu. Daleko ku północnemu wschodowi ciągnęła się nieprzerwana linia uskoku N'dungu, podczas gdy daleko na południu mogłem niewyraźnie dostrzec śnieżysty szczyt Kilimandżaro. Jedynym pozytywnym elementem tego krajobrazu była rzeka, od której obszar Tsavo wziął nazwę. Jest to wartki strumień, zawsze chłodny i nigdy nieprzerywający biegu, a ta ostatnia cecha jest rzadkością w tej części Afryki Wschodniej; ponadto obramowanie zielonych drzew po brzegach strumienia mile ożywiało ogólną monotonię krajobrazu.

Rozejrzawszy się z grubsza po otoczeniu, powróciłem do mojej chatynki i zacząłem czynić przygotowania do zakwaterowania się w tym miejscu. Moje zapasy zostały rozpakowane, a chłopcy z mojego personelu rozbili mi namiot na małej polance blisko miejsca, w  którym nocowałem, a i niezbyt daleko od głównego obozu robotników. Linia kolejowa została właśnie doprowadzona do zachodniego brzegu rzeki i znajdował się tam obóz dla kilku tysięcy induskich kulisów i innych pracowników. Linię należało budować jak najszybciej, toteż dokonano zmiany jej przebiegu i przeprowadzono ją przez rzekę po prowizorycznym moście. Moje główne zadanie polegało na wybudowaniu mostu stałego i wykonaniu wszelkich koniecznych robót na odcinku trzydziestu mil po obu stronach rzeki Tsavo. Niezwłocznie zatem określiłem zakres prac i przekazałem zapotrzebowanie na siłę roboczą, narzędzia i materiały do kwatery głównej w Kilindini. W krótkim czasie robotnicy zaczęli napływać; odgłosy pracy młotów, świdrów tudzież eksplozji materiałów wybuchowych przetaczały się przez cały dystrykt.

II. Ludojady wkraczają na scenę

Spokój niestety nie trwał długo, wkrótce bowiem praca nasza została przerwana w sposób tyleż gwałtowny, co nieoczekiwany. Pojawiły się dwa lwy ludojady, które na dziewięć miesięcy wydały bój wszystkim budowniczym kolei w okolicach Tsavo. Kulminacja narzuconego przez nie terroru nastąpiła w grudniu 1898 roku, kiedy właściwie spowodowały ustanie wszelkich prac na trzy tygodnie. Z początku porywanie ludzi nie zawsze im się udawało, ale wkrótce potrafiły przezwyciężyć każdą przeszkodę, aby zdobyć swe ulubione mięso. Wykazywały taką przebiegłość, że robotnicy zaczęli wierzyć, iż nie są to w ogóle zwierzęta, lecz diabły, które przybrały lwią postać. Wiele razy kulisi mnie zapewniali, że wszelkie próby ich zastrzelenia są z góry skazane na niepowodzenie. Byli zupełnie przekonani, że to rozzłoszczone duchy dwóch zmarłych wodzów przybrały taką postać, a ich poczynania to protest przeciwko przeprowadzaniu kolei przez ich kraj – doprowadzając do zatrzymania jej budowy, chciały pomścić wyrządzoną im zniewagę.

Przebywałem w  Tsavo zaledwie od paru dni, gdy dowiedziałem się, że bestie te widziano w  pobliżu. Wkrótce dwóch kulisów zniknęło w tajemniczy sposób, a mnie powiedziano, że zostali nocą porwani z namiotów przez lwy i przez nie pożarci. Nie uwierzyłem wtedy w tę opowiastkę i bardziej byłem skłonny sądzić, że nieszczęśnicy ci padli ofiarą jakiegoś postępku ze strony swych towarzyszy. Tak się złożyło, że obaj byli bardzo dobrymi pracownikami i  zdołali odłożyć niemałą sumkę rupii, toteż uważałem za całkiem prawdopodobne, że jakiś szubrawiec zamordował ich z powodu pieniędzy. Podejrzenia te jednakże wkrótce się ulotniły. W trzy tygodnie po moim przybyciu obudzono mnie raz o świcie i powiadomiono, że jeden z moich dżemadarów (nadzorców), rosły i silny Sikh o imieniu Ungan Singh, został nocą porwany z namiotu i pożarty.

Oczywiście natychmiast zbadałem sprawę na miejscu i  przekonałem się, że człowiek ten naprawdę padł ofiarą lwa, ponieważ wyciski lwa wyraźnie widniały na piasku, zaś bruzdy zostawione przez pięty wskazywały kierunek, w którym Ungan został porwany. Co więcej, dzielił on namiot z sześcioma innymi robotnikami i jeden z nich widział całe zdarzenie. Żywo opisał, jak około północy lew nagle wsunął łeb w otwarte wejście do namiotu i chwycił Ungana Singha za gardło, znajdował się on bowiem najbliżej wejścia. Nieszczęśnik krzyknął: „Czoro" („Puść") i oplótł rękoma lwią szyję. W następnym momencie zniknął, podczas gdy jego sparaliżowani strachem towarzysze leżeli bezradni, wsłuchani w  odgłosy szamotaniny, która działa się na zewnątrz. Biedny Ungan Singh zapewne łatwo się nie poddał, ale jakież miał szanse? Jeden z kulisów ponuro zauważył:

– No przecież walczył z lwem!

Po wysłuchaniu tej tragicznej relacji wyruszyłem natychmiast z zamiarem wytropienia zwierzęcia. Towarzyszył mi kapitan Haslem, który w tym czasie przebywał w Tsavo (i którego straszliwy los dopadł wkrótce potem). Tropienie lwa okazało się zadaniem łatwym, gdyż kilka razy się zatrzymał, zanim zaczął się pożywiać. Kałuże krwi znaczyły te miejsca, gdzie zapewne dał upust zwyczajowi ludojadów zlizywania skóry; na tyle głęboko, by dostać się do świeżej krwi. (Później, po zbadaniu dwóch na wpół pożartych ciał, które udało mi się odzyskać, doszedłem do wniosku, że był to ich zwyczaj, gdyż w niektórych miejscach skóry brakowało, a tkanka wyglądała na wysuszoną, jakby została wyssana). Gdy dotarliśmy do miejsca, w którym ciało zostało pożarte, oczom naszym ukazał się straszny widok. Ziemia poznaczona była krwią, dokoła walały się resztki tkanek miękkich i  kości, jednakże głowa nieszczęsnego dżemadara ostała się w całości, miała tylko otwory pochodzące od lwich kłów i leżała nieco oddalona od szczątków, oczy zaś pozostały szeroko otwarte, ciągle nosząc wyraz zaskoczenia i grozy. Bliższe badanie gruntu pozwoliło nam stwierdzić, że żerowały tam dwa lwy i  prawdopodobnie walczyły o  zdobycz. Nigdy jeszcze nie widziałem czegoś równie przygnębiającego. Zebraliśmy szczątki w takim stopniu, w jakim to było możliwe, i obłożyliśmy je kamieniami, głowę zaś zabraliśmy ze sobą w celu przedłożenia jej lekarzowi obozowemu do identyfikacji; przez całą drogę zdawała się obserwować nas tym zesłupiałym, pełnym przerażenia spojrzeniem.

Takie było moje pierwsze doświadczenie z  ludożerczymi lwami i wtedy poprzysiągłem sobie, że zrobię wszystko, by uwolnić okolicę od tych bestii. Słabo przeczuwałem wówczas, jakie przyszłość gotuje mi wyzwanie i jak niewiele będzie brakowało, bym podzielił los biednego Ungana Singha.

Nastałej nocy urządziłem czaty na drzewie blisko namiotu dżemadara w nadziei, że lwy powrócą po następną ofiarę. Gdy szedłem, by zasiąść na „grzędzie", kilku kulisów szło za mną, prosząc mnie, bym im pozwolił siedzieć na drzewie wraz ze mną; wszyscy inni robotnicy pozostali w namiotach, ale w żadnym już nie zostawiono otwartego wejścia. Zabrałem ze sobą mój .303 i dubeltówkę kalibru 12, w której do jednej lufy załadowałem kulę, do drugiej – loftki. Niedługo siedziałem na czatach, gdy dałem się unieść nadziei na utrupienie choć jednej z bestii, ponieważ ich złowieszcze ryki zaczęły rozlegać się coraz bliżej i bliżej. Wkrótce jednak ustały i przez godzinę czy dwie było spokojnie, albowiem lwy zawsze podkradają się do obiektu swych łowów w zupełnej ciszy. Nagle jednak usłyszeliśmy hałas i pełne przerażenia okrzyki dochodzące z innego obozu, odległego o pół mili. Znaczyło to, że lwy tam ułowiły ofiarę i że tej nocy już się nie pokażą.

Rano ustaliłem, że jeden z  potworów wtargnął do obozu znajdującego się u czoła trakcji – stamtąd właśnie w nocy dobiegł nas tumult – i porwał jakiegoś nieszczęśnika. Wieczorem zająłem pozycję na drzewie w  pobliżu tego namiotu. Niezbyt mi się uśmiechał półmilowy marsz do tego miejsca odbywany po zapadnięciu ciemności, ale czułem się dość bezpiecznie, gdyż jeden z moich ludzi blisko za mną niósł jasno świecącą lampę. Za nim szedł jeszcze jeden człowiek, prowadząc kozę, którą uwiązałem pod drzewem, oczekując, że lew połakomi się na nią zamiast na kulisa. Wkrótce po rozpoczęciu przeze mnie czatów zaczął padać drobny deszcz, tak że zaraz byłem przemoczony i przemarznięty. Nie opuszczałem jednak mego niewygodnego posterunku, uważając, że jeszcze nie wszystko stracone, ale nigdy nie zapomnę poczucia bezsilności, kiedy około północy usłyszałem krzyki we wszelkich możliwych tonacjach, świadczące o tym, że ludojady znowu wyprowadziły mnie w pole i postarały się o zdobycz zupełnie gdzie indziej.

W tym czasie obozowiska robotników były bardzo rozsiane, tak że lwy miały obszar do działania sięgający jakichś ośmiu mil po obu stronach rzeki Tsavo, a jako że ich strategia polegała na atakowaniu za każdym razem innego obozu, trudno było wykonać w stosunku do nich uprzedzający ruch. Niemal odnosiło się wrażenie, że posiadają jakiś niesamowity zmysł pozwalający im przenikać nasze zamiary, toteż niezależnie od tego, jak obiecująco by się przedstawiało miejsce, w którym na nie czatowaliśmy, one niezmiennie takich miejsc unikały i porywały kogoś w innym obozie. Polowanie na nie za dnia w tak gęsto zarośniętym terenie było niezmiernie męczące i  właściwie zakrawało na przedsięwzięcie szaleńcze. W tak gęstej dżungli jak w tej otaczającej Tsavo zwierzę ma pod każdym względem przewagę nad myśliwym, gdyż żeby nie wiedzieć, jak ostrożnie się on poruszał, niechybnie spowoduje trzask suchej gałązki lub czegoś w tym rodzaju, a to w  krytycznej chwili wystarczy, by zdradzić jego obecność. Jednakże wytrwale poszukiwałem ich matecznego leża i cały swój wolny czas poświęcałem na przeczołgiwanie się przez podszyt. Wiele razy, gdy próbowałem przecisnąć się przez ten nieprawdopodobny gąszcz, mój nosiciel broni musiał mnie uwalniać od kolców czepoty; często również było tak, że kiedy z wielkim trudem udawało mi się dotrzeć tropem lwów aż do rzeki, po tym jak kogoś porwały, dalej już traciłem trop na kamienistym gruncie, który one zdawały się celowo wybierać, wycofując się do swego leża.

Na początku lwom nie zawsze udawały się nocne łowy i nawet zdarzyły się jeden czy dwa incydenty mające posmak komiczny, dzięki czemu choć na moment zelżało napięcie, które naszym nerwom już zaczynało dawać się we znaki. W jednym przypadku pewien przedsiębiorczy bunniah (kupiec induski) jechał na ośle o dość już późnej porze, kiedy nagle skoczył na niego lew, przewracając go wraz z osłem. Osioł bardzo od tego ucierpiał, a lew właśnie zabierał się za kupca, gdy w jakiś sposób pazury zaplątały mu się w sznur, którym do szyi osła uwiązane były dwie puste puszki po oleju. Stukot i grzechot, jaki te przedmioty czyniły, gdy je ciągnął za sobą, napędziły mu takiego stracha, że zawinął ogonem i czmychnął w chaszcze, ku wielkiej uldze kupca, który natychmiast wszedł na najbliższe drzewo i pozostał na nim, drżąc ze strachu, przez resztę nocy.

Niedługo potem pewien grecki dostawca, Temistokles Pappadimitrini, został w równie cudowny sposób ocalony. Spał w nocy spokojnie w namiocie, kiedy nagle wtargnął lew i porwał materac, na którym Temistokles leżał. Choć spotkało go niemiłe przebudzenie, Grek nie odniósł żadnych obrażeń poza tym, że porządnie najadł się strachu. Niezadługo jednak przypadł mu w udziale smutny los. Wybrał się do dystryktu Kilimandżaro w celu zakupu bydła i za powrotem, chcąc dotrzeć do linii kolejowej, pokusił się o skrót i zginął w drodze z pragnienia.

Innym razem czternastu kulisów spało w namiocie, na który w nocy nagle skoczył lew i przedarł się przez jego ścianę. Lądując, wbił pazur w ramię jednego z kulisów, raniąc je dotkliwie; lecz zamiast chwycić krwawiącego człowieka, lew porwał duży worek ryżu znajdujący się w namiocie i z nim umknął, ze wstrętem go jednak porzucił, kiedy zrozumiał swoją pomyłkę.

Wszelako wpadki takie zdarzały się ludojadom tylko na początku. Później nic już nie zdołało ich zmylić ani przestraszyć. W ludziach widziały jedynie źródło pożywienia i gdy raz postanowiły porwać człowieka, na nic nie zważały, by doprowadzić zamiar do końca, niezależnie od tego, czy chronił go gruby płot, zamknięty namiot, czy obecność ogniska. Strzały, krzyki i pochodnie miały w jednakiej pogardzie.

Sterroryzowani przez lwy robotnicy w proteście położyli się na torach, co doprowadziło do ustania robót

III. Atak na wagon towarowy

Przez cały ten czas mój namiot pozostawał rozbity na polance, niechroniony żadnym ogrodzeniem. Pewnego razu, gdy nocował ze mną doktor Rose, około północy zostaliśmy obudzeni przez jakieś głuche odgłosy dobiegające spomiędzy linek naprężających; wyszedłszy na zewnątrz z latarniami, nie zobaczyliśmy niczego. Światło dnia ujawniło jednakże wyraźne tropy lwa, toteż chyba zasadny jest wniosek, że skóra któregoś z nas była poważnie zagrożona. Zdarzenie to potraktowałem jak ostrzeżenie i  od razu zarządziłem przeniesienie swojej kwatery. Połączyłem siły z  doktorem Brockiem, właśnie przybyłym do Tsavo, by objąć kierownictwo nad opieką medyczną w dystrykcie. Dzieliliśmy chatę zrobioną z gałęzi i liści palmowych, którą postawiliśmy po wschodniej stronie rzeki, blisko starego szlaku karawanowego prowadzącego do Ugandy; ponadto otoczyliśmy ją bomą, czyli ciernistym płotem, o średnicy około siedemdziesięciu jardów, która była solidna, gruba i wysoka. Nasi służący również zamieszkali wewnątrz tego ogrodzenia, a  ponadto przez całą noc utrzymywany był jasny ogień. Dla ochłody zwykliśmy wieczorem siadywać z Brockiem na werandzie; lecz trudno nam było czytać lub pisać, mając świadomość, że w każdej chwili lew może przeskoczyć przez bomę i nas zaatakować. Trzymaliśmy zatem broń pod ręką i przez cały czas rzucaliśmy niespokojne spojrzenia w atramentową ciemność, która panowała poza kręgiem światła rzucanego przez ogień. Dwa razy rankiem okazało się, że lwy podchodziły blisko pod bomę.

Obozy robotników zostały tymczasem również otoczone ciernistymi płotami; mimo to lwy potrafiły przez nie przeskoczyć lub się przez nie przedrzeć i regularnie co kilka nocy porywały jakiegoś człowieka; doniesienia o tym docierały do mnie z przygnębiającą częstotliwością. Dopóki jednakże obóz główny, w którym przebywało dwa–trzy tysiące ludzi rozmieszczonych na dużym obszarze, pozostawał w Tsavo, kulisi zdawali się nie bardzo przejmować straszliwym losem swoich towarzyszy. Przypuszczam, że każdy z  tych ludzi uważał, że skoro ludojady mają tak dużą liczbę ofiar do wyboru, to prawdopodobieństwo, że ich wybór padnie akurat na niego, było bardzo małe. Lecz kiedy duży obóz został przeniesiony na czoło trakcji, sytuacja uległa znacznej zmianie. Zostało ze mną wówczas kilkuset ludzi do wykonywania robót pomocniczych; wobec faktu, że wszyscy ci robotnicy zostali zobozowani razem, poczynania lwów stały się bardziej widoczne i robiły większe wrażenie. Wybuchy paniki pojawiały się regularnie i  musiałem rozwinąć całą swą siłę perswazji, by skłonić ludzi do pozostania. Udało mi się to tylko dlatego, że pozwoliłem im zarzucić obowiązki i poświęcić się budowie wyjątkowo grubych i wysokich bom wokół każdego z obozów. Wewnątrz tych ogrodzeń ogniska podtrzymywane były przez całą noc, a poza tym do obowiązków nocnych strażników należało czynienie hałasu przy pomocy pół tuzina pustych puszek po oleju, które w tym celu zostały zawieszone na dogodnym drzewie. Stróżujący czynił to za pomocą długiej liny, podczas gdy sam siedział w namiocie. Hałas czyniony w ciągu nocy tym sposobem, w regularnych odstępach, miał odstraszyć ludojady. Środki te okazały się jednak nieskuteczne i ludzie ciągle byli porywani.

Kiedy w miarę kładzenia torów robotnicy z czoła trakcji posunęli się do przodu, obóz szpitalny został z tyłu. Znajdował się on nieco na uboczu w  stosunku do innych obozów  – na polanie w  odległości trzech ćwierci mili od mojej chatynki – był jednak otoczony grubym, solidnym płotem, tak że wydawał się miejscem raczej bezpiecznym. Wyjawiło się wszelako, że żadne przeszkody nie są w stanie powstrzymać „demonów", albowiem po krótkim czasie znalazły słabe miejsce w bomie i ją sforsowały. Przy okazji pomocnik szpitalny ledwo uszedł z życiem.

Usłyszawszy hałas na zewnątrz, otworzył wejście do namiotu i zobaczył lwa stojącego o kilka jardów od niego i mu się przyglądającego. Bestia skoczyła ku niemu, pomocnik zaś odskoczył do tyłu tak szczęśliwie, że przewrócił gablotę ze sprzętem medycznym; brzęk tłuczonego szkła zbił lwa z pantałyku, więc skierował się do innej części ogrodzenia. Tam, niestety, odniósł większy sukces, gdyż skoczywszy na namiot, przedarł się przez jego ścianę i dostał do środka, gdzie znajdowało się ośmiu pacjentów. Dwóch bardzo ucierpiało wskutek jego skoku, innego zaś porwał i  przeciągnął przez ciernistą bomę. Namiot częściowo opadł na dwóch poranionych kulisów – i w takiej sytuacji znaleźliśmy ich z doktorem, gdy zjawiliśmy się tam następnego dnia o świcie. Od razu postanowiliśmy umieścić szpital bliżej głównego obozu: bezzwłocznie przygotowano nowe miejsce i otoczono je solidnym płotem, po czym wszyscy pacjenci zostali przeniesieni jeszcze przed końcem dnia.

Lwy