47,99 zł
Szpiedzy CIA świetnie się kamuflowali. Nie wiedzieli jednak, że za ich plecami podążają jeszcze lepiej zakamuflowane funkcjonariuszki polskich służb specjalnych.
***
Aleksandra, Ewa, Agnieszka, Elwira i Anna. Weteranki jednej z najtajniejszych jednostek polskich służb specjalnych.
Jak trafiły do legendarnego Biura „B”? Dlaczego werbowały do współpracy prostytutki i cinkciarzy? W jaki sposób przechytrzały mężczyzn ze słynnej „szkoły szpiegów”? Jak wyglądały pościgi za śledzonymi?
***
Awłasewiczowi udaje się namówić je na rozmowę o rzeczach, które latami obejmowała klauzula „tajne specjalnego znaczenia”. Dzięki nim tak niepozorny gracz jak Polska stał się trudnym do zignorowania przeciwnikiem w zimnowojennej rozgrywce z CIA. TAKIEGO REPORTAŻU O KOBIETACH W POLSKIM KONTRWYWIADZIE JESZCZE NIE BYŁO!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 254
Data ważności licencji: 1/28/2031
Muszę się do czegoś przyznać – będąc dzieckiem, trochę robiłam moją mamusię w balona. Czytałam kryminały, dosłownie jeden za drugim, a gdy słyszałam, że idzie mama, przykrywałam te książki znajdującą się w pogotowiu lekturą szkolną. Jak już mnie pochwaliła za pilną naukę, drzwi się zamknęły i znów byłam sama, to pyk – wyskakiwał kryminał. Dlatego praca w służbach była jednym z moich dziecięcych marzeń. (…) Myślałam, że trafię do milicji. Nie sądziłam, że będę miała do czynienia ze służbami specjalnymi, kontrwywiadem, szpiegostwem i wielkimi tajemnicami.
Ania – wieloletnia funkcjonariuszka polskich służb specjalnych.
Przyznaję, że zapominałam o medalach. Mój tata zawsze oglądał odznaczenia, które dostawałam. Wertował legitymacje, był dumny. Po roku 1990 zostałam w służbach specjalnych, a wiele lat później, przed samą emeryturą, przeszłam do innej formacji, gdzie na porządku dziennym były mundury. Krawcowa mi takowy uszyła, przyszłam do pracy, a szef pyta: „A gdzie baretki?”. To wróciłam do krawcowej, ona mi to wszystko poprawiła i gdy przyszłam znów do pracy, chodziłam już zupełnie inaczej, z wypiętą dumnie piersią, bo okazało się, że kolekcja wygląda całkiem imponująco.
Ewa – pierwsza kobieta na stanowisku kierownika sekcji w wydziale odpowiedzialnym za tajną obserwację oficerów amerykańskich służb specjalnych.
Muszę powiedzieć szczerze, że nigdy nie zauważyłem, że śledzi mnie jakaś Polka. Za swoimi plecami widziałem tylko mężczyzn.
Jeffry Platt – amerykański wojskowy. Jako pracownik Ambasady USA w Warszawie, od połowy lat 80. prowadził na terenie PRL intensywną działalność szpiegowską. Udane operacje polskiego kontrwywiadu doprowadziły do jego przedterminowego wyjazdu z Polski.
Dyskretne podążanie za mordercami, mafiozami i złodziejami bywa trudne. Ale to i tak nic w porównaniu z wyzwaniem, którym jest śledzenie szpiegów – ludzi szkolonych, by mieli oczy dookoła głowy.
Oficerowie wywiadu miesiącami, a nawet latami ćwiczą w tajnych ośrodkach sztukę wykrywania, czy za ich plecami ciągnie się „ogon”.
Nie inaczej było z funkcjonariuszami CIA, którzy przyjeżdżali nad Wisłę podczas zimnej wojny, gdy Polska i Stany Zjednoczone nie były sojusznikami. Amerykańscy szpiedzy jeszcze na wiele tygodni przed wylądowaniem na lotnisku Okęcie wiedzieli, jak wyglądają Warszawa, Kraków, Poznań, Gdańsk. Studiowali mapy, zdjęcia, nagrania. Znali ślepe uliczki, ciemne zaułki, przechodnie bramy. Wierzyli, że mogą w nich zniknąć i wykonać tajne zadanie poza zasięgiem wzroku polskich „łowców szpiegów”.
Rysowali na murach tajemnicze znaki czytelne dla innych szpiegów, wrzucali do skrzynek pocztowych listy zawierające niewidzialną gołym okiem treść, sprawdzali okna i balkony w poszukiwaniu znaków umownych od swoich agentów, a nawet spotykali się z nimi osobiście w tunelach, parkach i na pogrążonych w ciemności blokowiskach. W takich momentach byli przekonani, że nikt ich nie śledzi.
Często byli w błędzie – za ich plecami podążała „betka”. Tak potocznie nazywano funkcjonujący w strukturach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL pion „B”. Jego funkcjonariuszki i funkcjonariusze dyskretnie obserwowali zagranicznych szpiegów, stosując skomplikowaną taktykę. Fotografowali ich przy użyciu specjalnych aparatów, ukrytych w elementach garderoby, zabezpieczali operacyjnie hotele, wykrywali szpiegowskie skrytki, brali udział w aresztowaniach i wykonywali szereg innych zadań kluczowych dla zabezpieczenia państwa przed penetracją ze strony przeciwnika, niejednokrotnie zyskując znaczną przewagę nad potężniejszymi służbami.
Zwłaszcza w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych niepozorny gracz w postaci Polski stał się trudnym do zignorowania przeciwnikiem w ówczesnej rozgrywce pomiędzy Układem Warszawskim i NATO. W 1978 roku słynny amerykański magazyn „Times” opublikował stworzony wspólnie z oficerami zachodnich służb specjalnych ranking, w którym funkcjonariuszy polskiego wywiadu umieszczono w ścisłej światowej czołówce. Media na całym świecie informowały jednocześnie o licznych aresztowaniach obcych agentów na terenie PRL, a więc o osiągnięciach polskiego kontrwywiadu. „Łowcy szpiegów” odnosili ogromne sukcesy zwłaszcza w walce z amerykańską Centralną Agencją Wywiadowczą (CIA), która była nie tylko najważniejszym, ale też najpotężniejszym przeciwnikiem.
W każdej operacji na terenie kraju brały udział wywiadowczynie i wywiadowcy „betki”. Od lat kiełkowała mi w głowie myśl, aby poświęcić książkę tym pierwszym – często zapominanym, a odgrywającym absolutnie kluczową rolę w działaniach polskich służb specjalnych – tak wówczas, jak i dziś. Wspomnieniami z lat pracy zgodziło się podzielić ze mną pięć weteranek „betki”. Niemal całość tej książki stanowi zapis tych wspomnień*.
Łowczynie szpiegów to nie tylko pierwsza książka przedstawiająca realia pracy kobiet w pionie „B”, ale też jedyny reportaż historyczny o „betce” w ogóle. To unikatowe źródło informacji o jednej z najważniejszych jednostek służb specjalnych PRL.
***
Przed laty podjęto w Polsce kontrowersyjną decyzję o odtajnieniu szczegółów działań służb sprzed 1990 roku. Czasu niestety się nie cofnie, pozostaje zatem wykorzystać tę okoliczność w słusznym celu – do budowania świadomości kontrwywiadowczej u obywateli, zwiększania wiedzy o służbach specjalnych i pokazywania, że są one istotne dla funkcjonowania państwa.
Dziś obce wywiady nadal stanowią dla Polski realne zagrożenie – według niektórych ekspertów nawet większe niż w okresie zimnej wojny. Moje rozmówczynie to specjalistki w dziedzinie zwalczania zagrożeń nie tylko dawnych, ale i współczesnych.
Po upadku PRL wszystkie kontynuowały karierę w służbach. Dwie z nich przeszły do policji, gdzie na ich muszce znaleźli się groźni przestępcy, natomiast inne zdecydowały się pozostać w służbach specjalnych. Nie wolno im opowiadać o szczegółach swojej pracy po 1990 roku, ale jestem pewien, że ich codzienność koncentrowała się wokół walki z wywiadami państw, które do dziś pozostają dla nas zagrożeniem – z Rosją na czele.
***
Pragnę podziękować osobom, dzięki którym reportaż powstał. Przede wszystkim pięciu bohaterkom książki z Warszawy i Krakowa – za gościnę, poświęcony czas i niebywałą cierpliwość, dzięki której mogłem zadać setki, jeśli nie tysiące pytań.
Za skontaktowanie mnie z rozmówczyniami wdzięczny jestem weteranom polskich służb specjalnych: gen. Andrzejowi Kapkowskiemu, ppłk. Markowi Trzybińskiemu oraz por. Piotrowi Walczakowi.
Za ogromną pomoc w trakcie przygotowań do napisania tej książki dziękuję też płk. Januszowi Nasiadkowi oraz małżonkowi jednej z bohaterek. Nie mniej wdzięczny jestem funkcjonariuszkom i funkcjonariuszom pionu „B” z Poznania i Warszawy, którzy poświęcili mi czas, a chcą pozostać całkowicie anonimowi.
Niedługo przed śmiercią na rozmowę zgodził się wieloletni (1975–1989) szef krakowskiego Wydziału „B” – płk Józef Kaim (1934–2022), któremu wdzięczny jestem za cenne uwagi i podzielenie się wspomnieniami z okresu, jakiego młodsze koleżanki i koledzy po prostu nie mogli pamiętać. Za gościnę przy okazji tej rozmowy dziękuję jego córce.
Aby książka była kompletna, postanowiłem dotrzeć także do tych, którzy najlepiej zaświadczą o skuteczności pionu „B” – czyli do osób, które stanowiły obiekt obserwacji, przede wszystkim do oficerów amerykańskich służb. Za poświęcony mi czas dziękuję funkcjonariuszowi CIA Michaelowi Sellersowi oraz Jeffry’owi Plattowi, który realizował zadania na rzecz wywiadu wojskowego USA. Za spotkanie i ciekawą rozmowę, która dostarczyła mi wyjątkowych informacji o realiach życia pod obserwacją, wdzięczny jestem ostatniemu rezydentowi CIA w PRL Billowi Norville’owi oraz jego małżonce Maggi, również weterance Centralnej Agencji Wywiadowczej.
Za pomoc dziękuję też amerykańskim dyplomatom, którzy pozostawali pod obserwacją pionu „B” w ramach działań kontrwywiadowczych – wspomnieniami podzielili się ze mną Dale Herspring, Richard Virden, Caroline Hornblow, John R. Davis Jr., Leslie Sternberg i jeden dyplomata proszący o całkowitą anonimowość.
Jednocześnie za pomoc dziękuję Asi, Klaudii oraz koleżankom i kolegom z Wydawnictwa Znak.
Ewa: Nazywał się Peter Burke. Jesienią 1979 roku przez jakieś półtora miesiąca nie spuściliśmy go z oka nawet na chwilę. Jeździłam obserwować go na ulicę Łowicką, gdzie mieszkał w willi pod numerem 44. Naprzeciwko jego domu stała piekarnia, w której zorganizowaliśmy sobie coś, co w naszym żargonie nazywaliśmy pezetem, czyli punktem zakrytym. To miejsce, z którego można prowadzić dyskretną obserwację – w tym przypadku był to pokój nad piekarnią z dobrym widokiem na dom Burke’a.
W związku z tym, że moja kryjówka znajdowała się wyżej aniżeli obserwowany obiekt, miałam dwie opcje – albo stać i patrzyć w dół, albo zbudować sobie podwyższenie. Zsunęłam dwa biurka, na nich postawiłam krzesło, weszłam na tę konstrukcję, przy stopach postawiłam termos z herbatą i kanapki. I patrzę – oczywiście przy zgaszonych światłach, żeby Burke nie widział, że ktoś siedzi w oknie naprzeciwko. Po jakimś czasie zgłodniałam, sięgam po kanapkę, nie odrywając wzroku od willi, i nagle czuję, że coś mi przeszło po ręce. To była piekarnia, a tam chodziły takie prusaki, że gdyby nie to, że obserwowałam obcego szpiega, dawno by mnie tam już nie było. Po skończeniu zmiany musiałam przeszukać całe ubranie i torebkę, żeby tego robactwa nie przynieść do domu.
Burke podawał się za amerykańskiego dyplomatę, ale nim nie był. W rzeczywistości pracował dla CIA i pewnego październikowego wieczoru zrobił to, do czego został wyszkolony – pojechał na jedną z ciemnych uliczek w okolicach Anina, zatrzymał się na poboczu i dyskretnie położył na ziemi przedmiot przypominający kamień. A my musieliśmy zatrzymać osobę, która po ten kamień przyjdzie...
* Imiona bohaterek i imiona niektórych osób, o których opowiadają, zostały na ich prośbę zmienione. W przypadku osób wymienianych z nazwiska dane są zawsze autentyczne. Aby nie ingerować w stosowany przez bohaterów profesjonalny żargon, zachowano oryginalny język wypowiedzi (przyp. red.).
Nie chcę pracy biurowej, bo biurko obgryzę
Ola: W PRL piłka nożna wyglądała zupełnie inaczej niż teraz. Nie było sponsorów, nie było reklam, nie było ogromnych sklepów z gadżetami. I oczywiście nie było z tego wielkich pieniędzy dla zawodników. Pracę w Wiśle Kraków rozpoczęłam w 1979 roku i widziałam to na własne oczy. Nasi piłkarze naprawdę ciężko harowali, na boisku dawali z siebie wszystko. Jak by na to nie patrzeć, to była jednak pierwsza liga i czasy niemałych sukcesów polskiej piłki. Ci faceci robili to na pełen etat i nie mieli tylu mocy przerobowych, żeby parędziesiąt godzin w tygodniu biegać po boisku za darmo, a jednocześnie, po treningach i meczach, biec do pracy poza światem sportu. Pełna nazwa klubu brzmiała wówczas „Gwardyjskie Towarzystwo Sportowe Wisła Kraków”. Podlegał on pod Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, ale w MSW nie było etatu o nazwie „piłkarz”. Aby otrzymać pensję choć w najmniejszym stopniu odzwierciadlającą ich nakład pracy, najbardziej utalentowani i rokujący sportowcy z różnych dyscyplin, nie tylko piłkarze, wsadzani byli na etaty funkcjonariuszy w różnych wydziałach Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. W rzeczywistości mieli z funkcjonariuszami tyle wspólnego co nic. W życiu nie widzieli na oczy naczelnika wydziału, nie wiedzieli nawet, czym się ten wydział zajmuje, i wątpię, by ich noga w ogóle kiedykolwiek postała na komendzie. Takie wrzucanie kogoś na etat funkcjonariusza nazywaliśmy „zawieszaniem”. Etaty na komendzie otrzymywali też kierownicy, byli sportowcy zatrudnieni na różnych stanowiskach, trenerzy, ale i zwykli pracownicy biurowi, którzy dobrze rokowali. Reszta musiała zadowolić się gorszymi umowami z samym klubem.
Od połowy 1981 roku na etacie w Komendzie Wojewódzkiej zawieszona byłam także ja – pracownica księgowości klubu GTS Wisła Kraków. Trafiłam tam, kiedy przerwałam studia psychologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dlaczego? Na uczelni zostałam wybrana do reprezentowania interesów studentów mojego roku w kontaktach z władzami UJ. Walczyłam z krzywdzącymi decyzjami o przyznawaniu miejsc w akademikach, więc popadłam w niełaskę u jednego z profesorów. Powiedział mi, że zdam egzaminy po jego trupie. I faktycznie – u niego oblałam. Zniechęciłam się, rzuciłam studia i w 1979 roku znalazłam pracę w Wiśle.
Dobrze mi tam było – dogadywałam się z naszymi sportsmenkami i sportowcami i miałam smykałkę do liczb. Prawą ręką głównego księgowego była wówczas pani Wandzia, szykująca się już do przejścia na emeryturę. Szef zakomunikował mi, że będę mogła zająć jej miejsce. Propozycji towarzyszyła oferta przejścia na lepszy etat w komendzie. Zgodziłam się i tym samym – na papierze – stałam się pracownicą Wydziału „B” Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Krakowie. Ani ja, ani żaden z zawieszonych tam sportowców nie wiedział, co to za wydział. Zresztą, kogo to obchodziło – wiadomo było, że w rzeczywistości pracujemy w klubie sportowym i tak już pozostanie. Tyle że, o ile o sportowców faktycznie nikt się nie upominał, o tyle ja parę tygodni po otrzymaniu etatu zostałam wezwana do Komendy Wojewódzkiej przy Mogilskiej 109.
Biurowiec komendy górował nad innymi budynkami – kilkanaście pięter, mnóstwo wind, labirynt korytarzy. Kazano mi wjechać na jedenaste piętro, gdzie w wielkim gabinecie siedział naczelnik tego całego Wydziału „B”. Okazał się nim Józef Kaim, którego kojarzyłam z dzieciństwa, bo mieszkał na tym samym osiedlu co ja. Pamiętałam nawet, że przed laty parę razy pogroził mi palcem, gdy wariowałam na podwórku z innymi dzieciakami. A teraz był moim szefem.
Mój pierwotny przełożony, główny księgowy z Wisły, prosił Kaima, żeby pozwolił mi zostać w klubie, ale nie było odwrotu. Kaim nie robił tego złośliwie – po prostu w trybie natychmiastowym potrzebował ludzi. I, tak naprawdę, miał prawo wezwać mnie do pracy w wydziale, bo zgodnie z dokumentacją byłam jego pełnoprawną pracownicą. Tyle że stojąc przed Kaimem, nadal nie miałam świadomości, czym zajmuje się komórka, w której jestem zatrudniona.
Ania: Zaczęłam służbę rok później i miałam tak samo. W pierwszych dniach kompletnie nie wiedziałam, co robi Wydział „B”, chociaż, w przeciwieństwie do Oli, sama chciałam przyjść na komendę przy Mogilskiej.
Muszę się do czegoś przyznać – będąc dzieckiem, trochę robiłam moją mamusię w balona. Czytałam kryminały, dosłownie jeden za drugim, a gdy słyszałam, że idzie mama, przykrywałam te książki znajdującą się w pogotowiu lekturą szkolną. Jak już mnie pochwaliła za pilną naukę, drzwi się zamknęły i znów byłam sama, to pyk – wyskakiwał kryminał. Dlatego praca w służbach była jednym z moich dziecięcych marzeń.
W dostaniu się tam pomogła mi koleżanka mojego męża. Była koszykarką, zawieszoną na milicyjnym etacie, i o pracy w służbach wiedziała tyle co nic, ale popytała w Wiśle kogo trzeba i załatwiła mi rozmowę.
Agnieszka: Ja jestem obciążona dziedzicznie. Wychowana przy wojsku, zafascynowana mundurem od najmłodszych lat, bardziej wojskowym niż milicyjnym. Mój tata był pilotem, wysokim rangą oficerem wojska – dowódcą. W domu siłą rzeczy panował wojskowy dryl, a ja chciałam się od tego uwolnić. Na przekór rodzicom na drugi dzień po maturze, to była pierwsza połowa lat osiemdziesiątych, wyszłam za mąż. Oczywiście, jak na córkę pilota wojskowego przystało, wyszłam za oficera WP, ale za „zielonego” (lotnicy noszą stalowe mundury), i w dodatku za politycznego. Cel był jeden: wyrwać się z domu.
Szybko się okazało, że to małżeństwo nie przetrwa zbyt długo i muszę mieć jakiś plan B, bo po rozwodzie do rodzinnego domu nie wrócę.
Miałam zadatki na chemika – kręciła mnie technologia procesów chemicznych. Skończyłam technikum, chciałam iść dalej, ale nie po drodze było mi z fizyką, więc zrezygnowałam z tego kierunku. Po ślubie podejmowałam najróżniejsze prace, ale im bliżej rozwodu, tym bardziej czułam, że potrzebuję czegoś na stałe.
To był rok 1986, mieszkałam w Modlinie. Do tamtejszych koszar przyjechali ludzie ze szkoły milicyjnej ze Szczytna; obstawiali jakieś wydarzenie w Warszawie. Moja mama prowadziła wówczas księgarnię. To było kultowe miejsce, które trzeba było odwiedzić, będąc w twierdzy. Któregoś razu goście ze Szczytna przyszli, kiedy w niej byłam. To były takie pogaduchy o wszystkim i o niczym, przy kawie. Zagadali też mnie. Od słowa do słowa dowiedzieli się, że strzelam (w domu wojskowego broń jest oczywistością), prowadzę auto, pływam i mam wiele innych umiejętności praktycznych, a poza tym jestem chemikiem (wprawdzie technologiem, nie analitykiem, ale to nie problem). I w dodatku rozglądam się za nową pracą. Spytali, czy nie chciałabym pracować w milicji. Faktycznie, myślałam o tym wcześniej ale zastanawiałam się, co ja tam z tą moją energią będę robić. Nie chciałam wylądować za biurkiem ani w laboratorium. Podzieliłam się moimi wątpliwościami, a oni na to: „Wiesz, że jest coś takiego jak Wydział Zabezpieczeń?”. Okazało się, że goście ze Szczytna byli kontrterrorystami. Pociągnęłam ich trochę za język i dowiedziałam się, dokąd trzeba się udać.
Za dzień czy dwa wsiadłam w swojego malucha i zajechałam przed Komendę Stołeczną Milicji Obywatelskiej przy Placu Dzierżyńskiego (dzisiejszym Bankowym). Powiedziałam, że chciałabym się widzieć z kimś z Wydziału Zabezpieczeń, na co usłyszałam: „Niech pani poczeka”. Grzecznie usiadłam, zapaliłam papierosa i czekałam. Po jakiejś pół godzinie przyjechał odkrytym gazikiem żołnierz z beretem pod pagonem. Powiedział, żebym wsiadła.
Wzruszyłam ramionami, próbowałam go zagadać, ale facet nie był rozmowny. Wywiózł mnie do jakiegoś obiektu na Szczęśliwicach. Praktycznie nie rozmawialiśmy, ale powiedziałam mu, że miałam koleżankę w szkole średniej, z którą już nie mam kontaktu. Jednak biorąc pod uwagę jej energię, gdybym chciała ją odszukać, to zaczęłabym od tego wydziału. Dojechaliśmy na miejsce. Brama się otwiera, a z ławki wstaje ta właśnie koleżanka, Kasia. Na dzień dobry mówi do mnie: „Wiesz, powiedzieli, że jadą po jakąś dziewczynę. Wiedziałam, że to będziesz ty”. Taki mały świat.
Na rozmowę z szefem, czyli słynnym kontrterrorystą Edwardem Misztalem, trafiłam z nadzieją, że znajdzie się dla mnie miejsce. Facet bez entuzjazmu zadał mi kilka pytań. Kazał poczekać. Pogadałam przy papierosie z chłopakami z wydziału i się dowiedziałam, że Misztal jest wkurzony, bo na pięć dziewczyn w Wydziale „jedna baba w ciąży (Kasia), a druga złamała nogę i on w ogóle bab już nie chce”. I faktycznie pracy tam nie dostałam, ale na tym etapie miałam już wizję, co chcę robić. Wiedziałam, że chcę pracować w służbach.
Ktoś mi podpowiedział, żebym się przeszła do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, na Rakowiecką. Tam mnie przyjęli po prostu „z ulicy”. Nie powiedzieli, co będę robić, a ja nie pytałam. Mój tata był co prawda wojskowym, ale nie tylko nie miał nic wspólnego z moim zatrudnieniem, ale nawet przez długi czas nie był zadowolony z mojej kolejnej życiowej decyzji.
Ewa: Przyjęcie kogoś w takich okolicznościach jak w przypadku Agnieszki, a więc „z ulicy”, stanowiło wówczas rzadkość. Ja do służby trafiłam z polecenia, i to dość ciekawego. Prawie każdy zatrudniony w Biurze „B”, a także w innych pionach MSW, był przez kogoś polecony. Ktoś miał wujka w służbach, ktoś inny – ojca pracującego jako mechanik na garażach, a jeszcze inny – matkę, która była sprzątaczką na Rakowieckiej. Czasem zdarzało się, że przyjmowano chłopaków, którzy przyszli bezpośrednio z wojska, ale w sumie ich również należy zaliczyć do grona „poleconych”, bo ręczyło za nich wojsko. Chociaż moi rodzice nie pracowali w służbach, to ja też przyszłam z polecenia. Miałam dryg do przedmiotów ścisłych, udzielałam nawet korepetycji, więc chciałam iść na politechnikę. Ale tak samo jak Agnieszka miałam problem z fizyką, więc złożyłam papiery na SGPiS*. To była połowa lat siedemdziesiątych i pokonał mnie wyż demograficzny. A do tego obowiązywało niejasne przyznawanie punków za pochodzenie i efekt był taki, że mimo zdanych egzaminów nie zostałam przyjęta. Ta moja pierwsza w życiu porażka spowodowała, że obraziłam się na cały świat i mimo namów rodziców, żeby zdawać egzaminy za rok, postanowiłam pójść do pracy.
Postawiłam na swoim i w połowie lat siedemdziesiątych zaczęłam pracę w ośrodku szkoleniowo-wypoczynkowym pod Warszawą. Dostałam etat recepcjonistki, pracowałam w systemie dwadzieścia cztery na czterdzieści osiem godzin. Tę pracę traktowałam tymczasowo; musiałam dać sobie czas, żeby się zastanowić, co dalej chcę w życiu robić.
Któregoś razu dostałam zadanie bojowe. Dość regularnie przyjeżdżał tam były minister spraw wewnętrznych. Nie miałam pojęcia, kim jest ten człowiek, bo wówczas zajmował już inne stanowisko, a to nie były czasy internetu.
Ponieważ ośrodek był położony parędziesiąt kilometrów od Warszawy, w ładnej okolicy, pan minister brał dostępny tam rower składak i pedałował po lesie. Ze swoim kierowcą-ochroniarzem nie chciał jeździć, a że miał już trochę lat na karku i obawiano się, że coś mu się w tym lesie stanie, to starano się z nim kogoś wysyłać. Początkowo jeździł szef ośrodka, ale w pewnym momencie chyba już mu się przestało chcieć i do towarzyszenia panu ministrowi podczas wycieczek wyznaczono mnie.
Trudno powiedzieć, że ciekawie się z nim rozmawiało, bo głównie mówił on i nigdy nawet nie zapamiętał, jak się nazywam. Zawsze zwracał się do mnie „córuniu” i z zamiłowaniem opowiadał o II wojnie światowej. Nawet fajnie się go słuchało.
W 1976 roku stwierdziłam, że chcę odejść z tej pracy. Wymarzyłam sobie, że będę pracować w dochodzeniówce, więc udałam się do kadr na komendę przy ulicy Żytniej. Tam powiedzieli, że mogą mnie przyjąć, ale tylko do drogówki. Przyszłam do domu, opowiadam mamie, że na skrzyżowaniu nie chcę stać, a mama, jak to mama, połączyła się ze mną w bólu. Zapomniałam więc o milicji i stwierdziłam, że póki nie znajdę czegoś lepszego, będę dalej pracować w ośrodku.
Któregoś razu zagadał do mnie kierowca-ochroniarz tego całego ministra. Opowiedziałam mu, jak legły w gruzach moje marzenia o pracy w milicji, a on zapytał, czy myślałam o pracy na Rakowieckiej. Wówczas nie wiedziałam, co tam dokładnie się robi – co zabawne, spytałam go tylko, czy będę musiała chodzić w mundurze. Odparł, że nie, i stwierdził, że tam na pewno wyląduję w dochodzeniówce. Powiedziałam, że się na to piszę, i spytałam, co mam zrobić. Kazał mi poczekać i obiecał, że porozmawia ze „starym”, jak nazywał swojego szefa. Wówczas się okazało, że facet, który godzinami opowiadał mi o II wojnie światowej, jadąc na składaku, w przeszłości był wielkim szefem MSW.
Nie minął tydzień, jak kierowca zadzwonił, że mam się stawić na Rakowieckiej. Przyszłam więc, a oni mnie pytają, co chciałabym robić. Co miałam powiedzieć, skoro nie wiedziałam, co można robić? Nie wychylałam się już z żadną dochodzeniówką, tylko powiedziałam, że marzy mi się praca ciekawa i niesiedząca.
No to dostałam ciekawą pracę. I na pewno niesiedzącą. Ale zanim do tego doszło, był mały przestój. Moje podanie wylądowało w zupełnie innym miejscu niż to, do którego się zgłosiłam. Któregoś dnia do ośrodka wypoczynkowego, w którym nadal pracowałam, czekając na decyzję z MSW, zadzwoniła moja mama. Podnoszę słuchawkę, a ona mówi, że do mieszkania przyszło dwóch żołnierzy i wręczyło jej pismo z wezwaniem do obiektu wojskowego przy ulicy Oczki, w samym centrum Warszawy. W try miga pojechałam. Wprowadzono mnie do pokoju, w którym siedziało trzech facetów w cywilnych ubraniach. Nie wyjaśnili, dlaczego jestem u wojskowych, tylko od razu zaczęli zadawać pytania – czy umiem robić zdjęcia, czy używałam kiedykolwiek kamery i tak dalej. Zorientowałam się, że jestem na rozmowie o pracę w Wojskowej Służbie Wewnętrznej, czyli w kontrwywiadzie wojskowym. Gdy skończyli zadawać pytania, powiedziałam im szczerze, że na żadną służbę w armii się nie pisałam i składałam dokumenty do MSW, a nie do WSW.
Po wyjściu zadzwoniłam na Rakowiecką do kadr i spytałam, co się dzieje. Powiedzieli mi, że współpracują na tym polu z wojskiem i że takie przekazywanie kandydatów się zdarza. Zaznaczyłam więc, że chcę pracować w MSW, i wojskowi już nigdy się nie odezwali.
Agnieszka: Gdy dekadę później zatrudniałam się w służbach, to podobnie jak Ewie bardzo mi zależało, by nie pracować za biurkiem – powiedziałam, że jeśli mnie za nim posadzą, to je obgryzę. A oni na to, że nie ma sprawy – i obietnicy dotrzymali, ale najpierw kazali siąść przy stole i wypełnić ogromną stertę papierów.
Ewa: Mnie już przy pierwszej rozmowie dali chyba z dziesięć kartek do wypełnienia, obustronnie. To były ankiety, w których miałam uzupełnić wszystkie informacje o mnie i mojej rodzinie – chcieli sprawdzić, czy nie jestem jakimś szpiegiem z zagranicy. Większość danych znałam – daty urodzenia rodziców to przecież żaden problem. Ale gdy dotarłam do pytań o datę urodzenia członków rodziny, których nigdy nawet nie poznałam, to zrobił się kłopot. Na karteczce wypisałam, czego potrzeba, pojechałam do domu, zrobiłam wywiad w rodzinie i dopiero następnego dnia wróciłam na Rakowiecką z odpowiedziami. Dostałam też tak zwaną obiegówkę do lekarzy, na której każdy z nich, a było ich sporo, musiał się wypowiedzieć o mojej przydatności do służby. Z obiegówką skierowano mnie do przychodni na Żelazną – i się zaczęło, bo szybkie załatwienie wszystkich wpisów graniczyło z cudem. Dałam radę.
Agnieszka: Wstępując do służby, byłam jeszcze przed rozwodem, więc dodatkowo musiałam wypisać członków rodziny męża. Zrobienie wywiadu dotyczącego jego krewnych zajęło mi nie dzień, a tydzień – a i tak nie udało się ustalić wszystkiego. Nawet moja teściowa nie była w stanie przypomnieć sobie wszystkich faktów, o które pytano w ankiecie. Tak więc wróciłam na Rakowiecką z dokumentami wypełnionymi na tyle, na ile się udało. Jakoś przeszło.
Ewa: A jak już złożyło się ankiety, przychodził czas na badania. A że trochę tego było, to trzeba było się najeździć. Pamiętam jak dziś, gdy czekałam na badanie u pani psycholog, w przychodni na Żelaznej. Z gabinetu wybiegł wściekły facet, rzucał mięsem i krzyczał, że „idiotka kazała mu mówić, jaka jest różnica między kotem a tygrysem”. Usłyszałam to i pomyślałam: „Ho, ho, będzie ciekawie”. Ale gładko poszło. Po badaniu psycholog dała mi kopertę z wynikiem. Szybko poleciałam do domu, otworzyłam kopertę elegancko, w sposób konspiracyjny, i okazało się, że było tam tylko jedno zdanie – „inteligencja powyżej przeciętnej”. Fajnie. Za jakiś czas zadzwonili, że mam pracę.
Agnieszka: W kadrach mi powiedziano, że najdłużej czeka się właśnie na wizytę u psychologa, więc najpierw pobiegłam zapisać się na to badanie. W moim przypadku było to w centrum, na Smolnej. Bardzo mi zależało na sprawnym załatwieniu wszystkiego, bo rzadko miewałam wolne dni – byłam zatrudniona w Totalizatorze Sportowym i specyfika pracy była tam taka, że trudno było o urlop.
U psychologa okazało się, że są terminy na następny dzień, a że akurat mi pasowało, poinformowałam, że się stawię. Ale pani w rejestracji oznajmiła, że do psychologa idzie się na koniec, a moja obiegówka jest pusta i do jutra nie dam rady zrobić wszystkich pozostałych badań. Powiedziałam, że to już ja będę się martwiła o to, jak zdążyć, i powtórzyłam, że chętnie zjawię się na badaniu następnego dnia. Ale i tak zapisali mnie na za dwa tygodnie. Nie byłabym sobą, gdybym przez następne dwadzieścia cztery godziny nie latała po lekarzach jak kot z pęcherzem i nie pobiegła potem do rejestracji u psychologa, żeby pokazać wypełnioną obiegówkę. Nic to jednak nie zmieniało w kwestii terminu. Musiałam coś jednoznacznie i wystarczająco głośno skomentować, bo spotkała mnie kara. Wejście u psychologa miałam jak należy – minusowe punkty jeszcze przed rozpoczęciem badania.
Przyjechałam na rozmowę w wyznaczonym terminie. Poza mną było jeszcze chyba sześciu chłopaków do milicji. Posadzono nas wszystkich w jednym pokoju i rozdano testy. Najpierw takie cienkie książeczki. Potem grubsze, potem kolejne. Potem chłopacy po kolei wychodzili i szli do pani psycholog, a ja dostałam kolejny test na sześćset pytań, i kolejny, i jeszcze jeden. Spędziłam tam cztery godziny. W końcu gdy trafiłam przed oblicze pani psycholog, to się dowiedziałam, że powinnam być dwumetrowym facetem. Gdy było już po wszystkim, czekała mnie ostatnia wizyta u psychiatry w poliklinice MSW przy Sandomierskiej. Od psychologa dostałam kopertę z dokumentami i pojechałam z nią do psychiatry. Weszłam do gabinetu, powiedziałam „dzień dobry”, odpowiedzi nie było. Położyłam kopertę na brzegu biurka. Pani doktor ją wzięła, wysunęła dokumenty, ale ich nie oglądała. Napisała coś w wolnej rubryce, wsunęła do koperty i odsunęła na brzeg biurka. Nawet na mnie nie spojrzała i nie odezwała się słowem. Wzięłam kopertę, podziękowałam i wyszłam. Ciekawość kazała mi zobaczyć, co napisała. Na kartce widniało „ostro zarysowane cechy braku przystosowania”. Nie muszę chyba wspominać, że nie była to opinia idealna dla kogoś, kto starał się o pracę w służbach.
Mimo to, jakiś czas po złożeniu na Rakowieckiej wyników wszystkich badań, otrzymałam telefon z kadr, że sprawy mają się dobrze. To było latem, a potem nastała cisza, aż do grudnia. Wiedziałam nawet, jaki był problem – chodziło o akta mojego taty, który wówczas przebywał za granicą, gdzie kierował szkołą lotniczą. Niektóre dokumenty na jego temat były trudno osiągalne, a MSW chciało do nich zajrzeć. Minęło więc trochę czasu, nim im się to udało. Z jednej strony to rozumiałam, z drugiej – miałam już dość tej całej maskarady, więc po paru miesiącach, pod koniec 1986 roku, zadzwoniłam, aby powiedzieć, że rezygnuję.
A jak zadzwoniłam, powiedzieli mi, że się cieszą, że się odzywam, i że 2 stycznia zapraszają mnie do pracy.
Ola: W mojej długiej karierze – a pracowałam w służbach specjalnych, a następnie w policji łącznie przez trzydzieści lat – robiłam testy psychologiczne wielokrotnie. Ale ten pierwszy raz był w Wiśle, gdy „zawieszano” mnie na milicyjnym etacie. Typowy test, znany mi ze studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim. Chodziło o sprawdzenie, czy ktoś kłamie – te same pytania powtarzały się w różnej formie i przy użyciu najróżniejszego słownictwa, ale były porozrzucane po kartkach – tak aby w przypadku oszukiwania się pogubić.
Ania: Robiłam te testy na komendzie, podczas procesu rekrutacji. Pytań było mnóstwo, myślę, że około trzystu. Ola dobrze wiedziała, na czym ten test polega, a ja zorientowałam się dopiero przy którymś pytaniu, dotyczącym łowiectwa. Osobiście nie jestem fanką, ale mój mąż polował i zabierał mnie nieraz na święto Hubertusa. Chociaż nigdy do niczego nie strzelałam, to wziąwszy udział w niejednym takim wydarzeniu, zadeklarowałam, że mogę brać udział w polowaniach. Ze dwieście pytań dalej chcieli natomiast wiedzieć, czy jest mi żal ptaka ze złamanym skrzydłem. Pojawił się problem, bo zaznaczyłam, że byłoby mi żal, a jednocześnie przypomniałam sobie, że napisałam, że mogę jechać na polowanie. Zastanawiałam się, jak to ugryźć, żeby było spójnie, a jednocześnie zgodnie z moimi opiniami. Dostałam pracę, chociaż na początku nie miałam nawet pojęcia gdzie. Szczerze mówiąc, idąc na Mogilską, myślałam, że trafię do milicji. Nie sądziłam, że będę miała do czynienia ze służbami specjalnymi, kontrwywiadem, szpiegostwem i wielkimi tajemnicami.
Ewa: Na uświadamianie kazano mi się stawić w konkretnym miejscu, o konkretnej porze. Wydaje mi się, że zgarnęli mnie z Rakowieckiej – mnie i parę innych osób, ale ja byłam tam jedyną kobietą. Doskonale pamiętam natomiast, dokąd nas zawieźli – na szkolenie, które odbywało się na obiekcie o kryptonimie „Kamera”. Jego lokalizacja była nieco zaskakująca.
Spośród wszystkich miejsc w Warszawie, które były do wyboru, na szkolenie wybrano lokalizację akurat obok Ambasady USA, czyli właściwie głównego celu Biura „B”. Obiekt „Kamera” to było mieszkanie w kamienicy, gdzie odbywało się sporo szkoleń dla obserwacji**. Od wejścia do Amerykanów dzieliło nas może sto metrów, więc nasi wykładowcy, a zwłaszcza jeden głównodowodzący, bali się, że możemy być podsłuchiwani. Gdy tam przyszliśmy, zauważyliśmy, że w mieszkaniu gra radio, ale kiepsko je słychać, bo było odwrócone głośnikiem do ściany. No to, naturalny odruch, przekręciliśmy je. Okazało się, że złamaliśmy pierwszą regułę – radio ma stać odwrócone do ściany, w kierunku Amerykanów, bo to rzekomo ma im utrudniać podsłuchanie nas. Brzmiało to zabawnie, ale może faktycznie miało sens.
Szkolenie, które tam odbyliśmy, trwało ze dwa, może trzy tygodnie. To był tak zwany kurs zerowy, czyli podstawy. Dotyczyło głównie spraw technicznych – uczyliśmy się przykładowo, jak obsługiwać radiostację i porozumiewać się przez nią w sposób niezrozumiały dla osób postronnych. Pokazywano nam też różne aparaty fotograficzne i uczono, w jaki sposób je obsługiwać. Ale prawdziwa szkoła miała dopiero nadejść – bo mówiło się, że najwięcej można się nauczyć w praktyce, pracując bezpośrednio na ulicy. I tak się stało – prawdziwą szkołę życia dostałam w wydziale „amerykańskim” Biura „B”, w którym zostałam czternaście lat, aż do 1990 roku. Wydział zajmował się przede wszystkim tajną obserwacją oficerów i agentury CIA oraz amerykańskich dyplomatów.
Agnieszka: Dekadę później, w styczniu 1987 roku, dołączyłam do Ewy. W odróżnieniu od niej, mnie przewieziono na „kurs zerowy” bezpośrednio do wydziału i oświadczono, że tam będę wkuwać. To było to samo, co Ewa przechodziła koło Ambasady USA, ale o ile ona miała elegancko zorganizowane zajęcia, o tyle ja po prostu siedziałam w osobnym pomieszczeniu z nowo przyjętym kolegą Adamem. Głównie oglądaliśmy filmy szkoleniowe i czytaliśmy tak zwane biuletyny. To było coś na kształt czasopism, ale wydawanych wewnątrz MSW i dostępnych tylko dla funkcjonariuszy. Były tam artykuły o pionie obserwacji i nie tylko. Ale w sumie niewiele można się było z tego dowiedzieć – zwłaszcza jeśli nie miało się pojęcia o pracy w służbach. Po odbębnieniu „zerówki”, a trwało to parę tygodni, nadal nie byłam w stanie z czystym sercem powiedzieć, że wiem, czym będę się zajmowała. Może byłoby mi łatwiej przyswoić wiedzę z biuletynów, gdyby chociaż siedział z nami ktoś, komu moglibyśmy zadawać na bieżąco pytania. Tymczasem byliśmy prawie cały czas sami – powiedziano nam nawet, że herbatę możemy zrobić dopiero, gdy wywiadowcy wyjadą na miasto. Widywaliśmy się podczas tego szkolenia właściwie tylko z oficerem dyżurnym, który co jakiś czas przychodził i można było go o coś zapytać. Ale na ile on mógł nam pomóc przez te pięć minut? Moja „zerówka” była najzwyczajniej w świecie stratą czasu. Człowiek uczył się dopiero na ulicy, nie za biurkiem.
Ania: Skrypty czytałam w samotności przez trzy czy cztery dni po zatrudnieniu.
Ola: Wyglądało to tak, że szło się do sekretariatu na Mogilskiej, a tam pani wyjmowała stertę papierów i książeczek i z tym pakietem wędrowało się do osobnego pokoju. Do końca dnia ślęczało się nad tym w samotności, a potem oddawało sekretarce, która kwitowała odbiór. Następnie szło się do domu, a kolejnego dnia przychodziło się znów po te papiery i zabierało je do wskazanego pokoiku.
Do przeczytania było mnóstwo instrukcji i zarządzeń – częściowo ogólnych, na przykład o pracy operacyjnej albo o postępowaniu z bronią służbową. A częściowo takich, które dotyczyły konkretnie pracy w Wydziale „B”.
Ania: Najlepiej zapamiętałam skrypty dotyczące pisania rysopisów. Były tam rysunki z przykładami twarzy owalnej, pociągłej i tym podobne, dobrze je pamiętam. Ze stworzonych dla Wydziału „B” papierów po raz pierwszy dowiadywałyśmy się, że chodzi o tajną obserwację. Ale nawet po paru dniach nad taką lekturą nadal niewiele się jeszcze wiedziało o tym, jak to wszystko będzie w praktyce wyglądać.
Ola: Więcej dowiedziałyśmy się dopiero na kolejnym przystanku, w zupełnie innym budynku, w którym już obowiązywały surowe zasady konspiracji.
Dalsza część w wersji pełnej
* SGPiS – Szkoła Główna Planowania i Statystyki, obecnie Szkoła Główna Handlowa (przypisy pochodzą od autora, o ile nie zaznaczono inaczej).
** Mieszkanie konspiracyjne kryptonim „Kamera” znajdowało się w budynku przy Alejach Ujazdowskich 37. Co ciekawe – podobnie jak jeden z lokali używanych przez Wydział „B” w Krakowie – obiekt „Kamera” na papierze funkcjonował jako jedno z biur Głównego Urzędu Geodezji i Kartografii, a w drugiej połowie lat osiemdziesiątych jako Wojskowe Biuro Geodezyjne.
Projekt okładki
Tomasz Majewski
Źródła zdjęć na okładce
Archiwum Instytutu Pamięci NarodowejMelbin JacobUnsplash
Wszystkie zdjęcia wykorzystane w książce pochodzą z Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej (oprócz zdjęcia → Wikimedia Commons/Travelarz)
Redaktorka nabywająca
Kinga Janas
Promotorka
Kinga Wojnicka
Redakcja
Magdalena Tobik
Adiustacja
Marta Tyczyńska-Lewicka
Korekta
Barbara Gąsiorowska
Copyright © by Tomasz Awłasewicz
Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-118-6
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Okładka
Karta tytułowa
Spis treści
Wstęp
Rozdział I. Nie chcę pracy biurowej, bo biurko obgryzę
Karta redakcyjna
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Meritum publikacji
