Lekarze prowincjonalni - Marcin Stasiak - ebook + książka

Lekarze prowincjonalni ebook

Marcin Stasiak

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Po II wojnie światowej jedną z najważniejszych obietnic nowej władzy było wprowadzenie powszechnej opieki zdrowotnej. Medycyna – tak jak prąd i oświata – miała dotrzeć do wszystkich.

Aleksander Bałasz wsiadł do pociągu w Krakowie zimą 1946 roku, gnany ciekawością i poszukiwaniem źródła utrzymania. Konstanty Muraszko zrobił to samo, tyle że w 1945 roku w Bezdanach. Stanisław Bayer do Polski wrócił w 1947 roku. Przypłynął statkiem, jak to bywało w przypadku żołnierzy 2 Korpusu. Krystyna Modrzewska wyruszyła w drogę wiosną 1957 roku.

Wykształceni w dużych miastach, jechali leczyć do miasteczek, osad, osiedli, wsi. Czasem z poczucia misji, czasem z nakazu pracy. Przywozili ze sobą wiedzę, nowoczesne rozwiązania techniczne i nowe standardy higieny. Zaczynali często w warunkach polowych – bez mieszkań, mebli i wyposażenia gabinetów.

Marcin Stasiak fascynująco opowiada o ich losach. Z fragmentów biografii, wspomnień oraz pamiętników lekarzy, stomatologów, felczerów, pielęgniarek i położnych wydobywa nie tylko historię modernizacji, ale także opowieść o przemianach polskiego społeczeństwa w pierwszych dwudziestu pięciu powojennych latach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 395

Data ważności licencji: 8/26/2033

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



W serii ukazały się ostatnio:

Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej (wyd. 3)

Thomas Orchowski Pasterzy jest coraz mniej. Reportaż z Krety

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 3)

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 4)

Agata Komosa-Styczeń Wyspa niechcianych kobiet

Ilona Wiśniewska Hjem. Na północnych wyspach

Nicola Lagioia Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie (wyd. 2)

Tomáš Forró Śpiew syren. W głąb wojennej Ukrainy

Will Storr Nadprzyrodzone. Śledztwo w sprawie duchów

Jacek Hołub Wszystko mam bardziej. Życie w spektrum autyzmu (wyd. 2 zmienione)

Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia (wyd. 2 rozszerzone)

Jack El-Hai Norymberga. Naziści oczami psychiatry

Andrzej Dybczak Gugara (wyd. 2 zmienione)

Marta Madejska Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji

Tobias Buck Ostatni proces. Niemieckie rozliczenia z nazistowską przeszłością

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u (wyd. 3)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan (wyd. 3)

Patricia Evangelista Niektórych trzeba zabić. Rządy terroru na Filipinach

Helen Garner Woda była strasznie zimna. Rodzinna tragedia i proces o zabójstwo

Marek Szymaniak Młócka. Reportaże o pracy przyszłości

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 3)

Marek Szymaniak Zapaść. Reportaże z mniejszych miast (wyd. 2)

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk (wyd. 3)

Jacob Kushner Biały terror. Neonaziści w Niemczech

Joseph Cox Anom. Największa operacja FBI przeciwko światowej przestępczości

Jagoda Grondecka Emirat to my. Jak talibowie odbijali Afganistan

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła” (wyd. 3)

Emilia Sułek Baranie oko. Reportaż z Kirgistanu

Michał Książek Jakuck. Słownik miejsca (wyd. 2)

Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę (wyd. 4)

Aneta Pawłowska-Krać Milion myśli naraz. O dorosłych z ADHD

Agnieszka Zielińska Gdzie słońce spędza zimę. Historie z Andaluzji

Katherine Eban Gorzkie pigułki. Mroczna prawda o tańszych zamiennikach leków

W serii ukażą się m. in.:

Liao Yiwu Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych (wyd. 3)

Anna Kiedrzynek Nie uszlachetnia. O leczeniu bólu w Polsce

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Fotografia na okładce © Konstanty Jarochowski / Forum

Wybór fotografii Marcin Stasiak

Copyright © by Marcin Stasiak, 2026

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Filip Fierek

Recenzje naukowe dr hab. Marcin Brocki, prof. UJ, dr hab. Hubert Wilk, prof. IH PAN

Korekta Zofia Kozik / d2d.pl, Barbara Sikora / d2d.pl

Skład Robert Oleś

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-369-3

Poza metropolią

Aleksander Bałasz wsiadał do pociągu w Krakowie zimą 1946 roku, gnany ciekawością świata, ale też dlatego, że potrzebował źródła utrzymania.

Konstanty Muraszko zrobił to samo, tyle że w Bezdanach. Decyzja została podjęta wysoko ponad jego głową. Stacja znajdowała się już na terytorium Związku Sowieckiego, a Muraszko z rodziną dołączył do masy ludzi przesiedlanych po II wojnie światowej, co elegancko, a przy tym twórczo intepretując rzeczywistość, nazywano „repatriacją”. Działo się to jesienią 1945 roku.

Stanisław Bayer do Polski wrócił w 1947 roku. Przypłynął statkiem, jak to bywało w przypadku żołnierzy 2 Korpusu. Potem wsiadł do pociągu i omijając Warszawę, w której dorastał, pracował i brał udział w powstaniu, pojechał do Wrocławia. A stamtąd skierował się do Jawora, gdzie mieszkał i pracował przez następne dwadzieścia lat.

I jeszcze Krystyna Modrzewska. Ona opuściła Lublin nieco później, i na pewno nie koleją. W rejonie, w którym przyszło jej mieszkać, pociąg nie należał do najpowszechniejszych środków transportu, głównie dlatego, że niemal nie było tam linii kolejowych. Modrzewska wyruszyła w drogę wiosną 1957 roku, aby odpocząć od dużego miasta i problemów, które rodzą się tam, gdzie spotykają się ambicje ludzi, władza i uprzedzenia.

Wszyscy oni byli lekarzami. Każde, dłużej lub krócej, wykonywało ten zawód w małym, prowincjonalnym miasteczku w pierwszych dekadach po II wojnie światowej. Po części z wyboru, po części z konieczności.

Bałasz, Muraszko, Bayer i Modrzewska należą do galerii postaci, których losy rekonstruuję w tej książce. W większości zaludniają ją medycy: lekarze, stomatolodzy, felczerzy, pielęgniarki i położne. Ale nie tylko. Bo obok nich, czasami w tle, czasami na pierwszym planie, są przedstawiciele innych zawodów: nauczycielki i nauczyciele, agronomki, zootechnicy, pracownicy domów kultury.

Wykształceni w dużych lub średnich ośrodkach, przyjeżdżali do małych miasteczek, a także do miejsc o chwiejnym, nieustalonym statusie: osad, osiedli, wsi – siedzib władz gminnych lub gromadzkich. Przynosili ze sobą wiedzę ekspercką, nowoczesne rozwiązania techniczne, a także inne od utrwalonych sposoby organizacji czasu i pracy, nowe obyczaje.

Partia komunistyczna, budując swoją legitymizację, obiecywała obywatelom nie tylko pracę i bezpieczeństwo socjalne, lecz również dostęp do opieki zdrowotnej, edukacji oraz kultury. Te obietnice trzeba było zrealizować także na peryferiach, w miejscach odległych od dużych miast. W związku z tym konieczne stało się zbudowanie ośrodków zdrowia, szkół, domów kultury. I znalezienie ludzi, którzy chcieliby tam pracować. Wreszcie – trzeba było przekonać członków lokalnych społeczności do nowych praktyk: szczepień, porodów w szpitalu, higieny, nowoczesnych metod uprawy. Zadanie to spadło na barki wykształconych w miastach specjalistów – emisariuszy nowoczesności.

Książka, czyniąc motywem przewodnim praktykę i wiedzę medyczną, opowiada historię modernizacji poza dużymi ośrodkami miejskimi. Zastanawiam się w niej, w jaki sposób pracujący na polskiej prowincji lekarze i inni przedstawiciele inteligencji w pierwszych dwóch dekadach po II wojnie światowej stawali się lokalnymi modernizatorami i jak ich działalność wpływała na transformację społeczno-kulturową małych miast oraz wsi w komunistycznym państwie opiekuńczym.

Szukając odpowiedzi na to pytanie, staram się spojrzeć na modernizację z oddolnej perspektywy. Piszę o jej sukcesach i porażkach, o codziennych zmaganiach ludzi, którzy wcielali ją w życie, oraz o reakcjach lokalnych społeczności. W konsekwencji jest to opowieść, która bierze pod uwagę szerszy plan polityki państwa, ale przedstawia go przez pryzmat tego, co dzieje się w rozproszonych, peryferyjnych lokalizacjach i przestrzeniach konkretnych instytucji: w gabinecie lekarskim, gminnym ośrodku zdrowia, wiejskiej szkole czy wybudowanej w czynie społecznym izbie porodowej.

To także opowieść o materialnym wymiarze modernizacji – o budowaniu ośrodków zdrowia z rozebranego młyna, o felczerze brodzącym w błocie do chorego dziecka, o lekarzach jeżdżących do pacjentów furmanką zaprzężoną w wychudłe konie. O długiej drodze od świata, w którym położna szła pieszo do domu rodzącej kobiety, do czasów, gdy karetka pogotowia stała się zwyczajną częścią peryferyjnego krajobrazu.

Przestrzeń, w jakiej toczy się akcja tej książki, nie jest ani wsią, ani miastem. Idąc za sformułowaniem Pawła Starosty, można o niej powiedzieć, że znajduje się „poza metropolią”1.

Starosta użył tego określenia w tytule swojej książki wydanej w połowie lat dziewięćdziesiątych nie tylko dlatego, że dzięki niemu mógł zgrabnie uchwycić sprzężenie małego miasta i jego wiejskiego otoczenia, a jednocześnie odseparować tę przestrzeń od ośrodków centralnych, owych odległych od codzienności „metropolii”, lecz również dlatego, że pozwoliło mu ono uniknąć terminu „prowincja”, będącego pojęciem ambiwalentnym, niejednoznacznym i nacechowanym negatywnie. Maria Halamska, od której pożyczam tę ostatnią obserwację, pisała: „Prowincja i jej mieszkańcy stanowili oczywiście obiekt zainteresowania nauk społecznych, ale poprawność polityczna zalecała badać np. wieś i małe miasta”2. Wypowiadając te uwagi wprost, badaczka na swój sposób dowartościowuje pojęcie prowincji, a co najmniej je oswaja. Na pewno też pokazuje, że jest to kategoria użyteczna jako określenie przestrzeni: geograficznej i społecznej. W mojej książce to pojęcie będzie używane w takim właśnie sensie.

W ujęciu, jakie proponuję, istotą prowincji staje się względnie trwałe sprzężenie wsi z miasteczkiem / lokalnym ośrodkiem3. To o tyle ważne, że pracujący „poza metropolią” lekarze i inni eksperci poruszali się właśnie w takiej przestrzeni. Nie da się ich aktywności zredukować tylko do miasteczka lub tylko do wsi. Łączyli oba światy.

Starając się przekroczyć tak silnie obecną w refleksji nad historią społeczną XX wieku dychotomię miasto–wieś, zapraszam do przyjrzenia się temu, co socjolodzy ochrzcili mianem „mezostruktury”. To forma pośrednia między poziomem mikro a spojrzeniem z „lotu ptaka”, rozpoznającym zjawiska w makroskali. „Mezostruktura” jest pojęciem przydatnym i poręcznym, bo małe i regionalne spotyka się tu z ponadlokalnym i uogólnionym, a poza tym pozwala zobaczyć, „co w ramach wielkich społeczności i ich linii rozwojowych staje się autentyczną rzeczywistością”4.

*

Poszczególni bohaterowie i bohaterki tej książki przemieszczają się z reguły pomiędzy lokalnym ośrodkiem administracyjnym a okolicznymi wsiami. Wyruszać można z powiatowych Bełżyc albo Nidzicy, lecz także z niezidentyfikowanego z nazwy Państwowego Ośrodka Maszynowego (POM) na Podlasiu. Ze zlokalizowanego tam ośrodka zdrowia próbował do swoich pacjentów docierać pewien anonimowy felczer. Dojeżdża się do wsi, przysiółków, pojedynczych domostw oddalonych o dwa, trzy, osiem kilometrów. Dla ich mieszkańców małe lokalne ośrodki stanowią z kolei punkty centralne codzienności – można tam spotkać lekarza właśnie, załatwić sprawę w urzędzie, kupić coś w sklepie, wziąć udział w jarmarku, a potem napić się wódki w miejscowej restauracji.

O świecie „poza metropolią” po II wojnie światowej w Polsce pisano dużo i szczegółowo. Liczne i dobrze udokumentowane analizy na ogół jednak skupiają się na mieszkańcach wsi: ich pracy, mentalności5, a nade wszystko na relacjach z państwem6. Dotyczy to również ochrony zdrowia7. Z drugiej strony uwagę przykuwają miasta – ale na ogół takie, które rozpoczynają marsz w stronę wielkomiejskości: przechodzą gwałtowną industrializację8, przyjmują tysiące nowych mieszkańców. W historiach, które o tej zmianie opowiadają, migranci zasilający rosnące ośrodki przemysłowe rekrutują się zwykle ze wsi9. Ośrodki o statusie niepewnym lub te, które nie stały się widocznymi beneficjentami modernizacji, znikają z pola widzenia. Znikają także – jak sądzę – mieszkający w nich przecież przedstawiciele inteligencji, którzy zdają się żyć i pracować wyłącznie w największych miastach, a zainteresowanie badaczy budzi bardziej ich relacja z państwem niż z potencjalnymi odbiorcami ich kompetencji10. Na kartach literatury naukowej i popularnonaukowej absolwenci szkół wyższych Polski Ludowej przechadzają się znacznie częściej po Nowym Świecie w Warszawie i Rynku Głównym w Krakowie niż po ulicach powiatowych miasteczek czy po gminnych osadach. A przecież tam też byli potrzebni i tam też ich wysyłano. Tam również ludzie chorowali i potrzebowali leczenia.

*

Inna sprawa to problemy z definicją „miasteczka”. W istocie bowiem mamy do czynienia z kategorią płynną i – znów – niejednoznaczną, często pozbawioną wyraźnych konturów. Zwracali na to uwagę geografowie zajmujący się kwestiami osadnictwa. Zbyszko Chojnicki i Teresa Czyż, pisząc o problematyczności przeciwstawiania wsi i miasta, zauważali: „[…] podział ten podważa z jednej strony nieostry charakter koncepcji miasta i wsi, a z drugiej fakt występowania wielu odmian jednostek osadniczych, w których nie występuje zespół własności przypisywanych miastu lub wsi”11.

Miejscowości, w których żyli i pracowali bohaterowie tej książki, często lokują się w takim właśnie obszarze definicyjnej nieokreśloności. Z tym, czy dana miejscowość spełniała funkcje miejskie, bywało różnie, wieś przeplatała się z miastem, tworząc całość, którą można nazwać kontinuum miejsko-wiejskim12. Na ogół są to miejsca, które – peryferyjne wobec metropolii – odgrywają rolę centrum dla otaczającego go chłopskiego świata wsi. W związku z tym odgrywają starą rolę „małego miasteczka”, którego położenie pomiędzy metropolią a wsią dobrze uchwycił Jan Leończuk:

Małe miasta są pozostawione jakby przy drodze do wielkich aglomeracji. To w nich mają zachodzić podstawowe procesy przyswajania wielkomiejskości. Może dokonywać się tu również obłaskawianie wstydu pozostawianej chłopskości: w przycupniętych chlewikach i stodółkach, w krowinach rankiem wypędzanych chyłkiem na podmiejskie pastwiska, w żniwowaniu i w innych pracach polowych13.

A w innym miejscu dodawał: „Mieszkańcy małych miasteczek, zostawiając wieś albo nie wydobywając się z wiejskości, próbują nieustannie te dwa światy ze sobą łączyć”14.

W książce interesuje mnie przede wszystkim, jak miejsko-wiejska rzeczywistość wyglądała w ciągu pierwszych dwudziestu pięciu lat po II wojnie światowej. Ale nie są to cezury sztywne, bo opisywany tu „projekt modernizacyjny”, chociaż niewątpliwie nabrał większego impetu wraz z przejęciem władzy przez partię komunistyczną, miał znacznie dłuższy rodowód.

Wkraczanie w nowoczesność rozpoczęło się w wieku XIX wraz z rewolucją przemysłową. Dla statusu i roli inteligencji, zwłaszcza tak zwanej inteligencji technicznej, podstawę stanowiła rewolucja w nauce i technologii w XIX stuleciu i proces powolnego sprzęgania nowej wiedzy z aparatem państwa. W odniesieniu do medycyny i zdrowia przełom datuje się na ostatnie dekady XIX wieku. Odkrycia z zakresu mikrobiologii, antyseptyki, wreszcie postępy anestezji, farmakologii i nowe możliwości diagnostyczne (przede wszystkim zastosowanie promieni Roentgena) całkowicie zmieniły reguły gry w medycynie15, a jednocześnie przeobraziły dyskurs o zdrowiu16. Te zmiany powoli przenikały na prowincję. Stąd w niniejszej książce liczne nawiązania do dwudziestolecia międzywojennego. Podobnie rzecz się ma ze statusem prowincjonalnych inteligentów w peryferyjnych miejscowościach i z ich relacjami z lokalną wspólnotą. Tu również zjawiska typowe dla pierwszych dekad PRL miały dłuższą historię. Co oczywiście nie znaczy, że Polska Ludowa stanowiła zaledwie jej prostą kontynuację.

Nieostre chronologicznie jest także zamknięcie książki. Wiążę je z oswojeniem treści, które niósł ze sobą opisywany tu „modernizacyjny zryw”, z ich przechodzeniem w sferę oczywistości. Chodzi nie tyle o ich zupełne upowszechnienie, ile o moment, gdy wzorce płynące z centrum zyskały pozycję hegemoniczną również w przestrzeni prowincji.

Biografie emisariuszy nowoczesności, wykształconych w dużych ośrodkach miejskich specjalistów (lekarzy, pielęgniarek, nauczycieli, zootechników i urzędników), są dla mnie kluczem do zrozumienia procesu, który doprowadził do tych zmian. Odwołuję się do nich także po to, by wyjaśnić, co oznaczało być wysłannikiem nowoczesności „poza metropolią”. Przy czym zapewne precyzyjniej byłoby stwierdzić, że to nie tyle pełne biografie, ile ich fragmenty, czasami nawet okruchy.

Tam gdzie to możliwe, staram się oddawać głos moim bohaterom i bohaterkom. Zaciągam u nich dług, korzystając ze spisanych wspomnień. Znaczna ich część pochodzi ze zbiorów Głównej Biblioteki Lekarskiej, w której zgromadzono przeszło trzysta pamiętników lekarzy i lekarek, pochodzących z trzech konkursów organizowanych od 1959 do 2003 roku. Niektóre z tych materiałów zostały opublikowane. Ponieważ lekarze ci byli najczęściej rozpoznawalnymi członkami lokalnych społeczności, osobami publicznymi, pozostawiam ich imiona i nazwiska w pełnym brzmieniu. W książce wykorzystuję także pamiętniki nadsyłane w latach 1971 i 1972 na Konkurs „Z dyplomem na wieś” ogłoszony przez redakcję czasopisma „Nowa Wieś” i Zarząd Główny Związku Młodzieży Wiejskiej. To cenne materiały co najmniej z dwóch powodów: głos zabierają tu przedstawiciele średniego personelu medycznego (na przykład felczerzy), a także kobiety (pielęgniarki, położne), poza tym teksty te obejmują wspomnienia nie tylko medyków, ale też innych prowincjonalnych modernizatorów i modernizatorek. Uzupełnieniem tych wspomnień są nagrane relacje lub ich fragmenty, przechowywane w Archiwum Historii Mówionej Domu Spotkań z Historią w Warszawie i Ośrodka KARTA oraz Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”.

Drugim filarem książki są źródła aktowe: dokumenty Ministerstwa Zdrowia zgromadzone w Archiwum Akt Nowych oraz zbiory dotyczące organów administracji publicznej w poszczególnych województwach (Archiwum Państwowe w Katowicach, Oddział w Bielsku-Białej; Archiwum Państwowe w Lublinie, Oddział w Kraśniku oraz Oddział w Chełmie; Archiwum Państwowe w Olsztynie). Cennych danych dostarczyła też kwerenda w Archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Znalezione tam materiały nie służyły obiektywizacji ani ustalaniu niekonsekwencji w relacjach biograficznych. Odnajdywałem w nich raczej dopowiedzenia, kontekst, a czasami kontrapunkt dla spisanych i mówionych relacji.

Wreszcie w charakterze danych źródłowych wykorzystałem badania Instytutu Geografii Polskiej Akademii Nauk prowadzone w latach pięćdziesiątych, których wyniki opublikowano w 1957 roku. Ponowna analiza danych i wniosków poczynionych przez geografów w latach pięćdziesiątych okazała się bardzo istotna dla tej książki.

Odkrycie prac geograficznych dotyczących małego miasta zawdzięczam w dużym stopniu Marcie Kurkowskiej-Budzan. Dług, jaki u niej zaciągam, pisząc tę książkę, jest jednak większy. Niniejsza publikacja w oczywisty sposób nawiązuje do naszej wspólnej pracy sprzed dekady Stadion na peryferiach. Wiele pomysłów, które tu prezentuję, bierze początek w dyskusjach toczonych podczas realizacji projektu i później.

Ważnym punktem odniesienia są dla mnie także badania o zdrowiu i chorobach na wsi prowadzone kilka lat temu przez Ewelinę Szpak. Co najmniej równie cenne jak obserwacje zawarte w pracach Eweliny były rozmowy z nią i jej wsparcie okazane mi podczas pisania. Jestem za nie bardzo wdzięczny. Winny też jestem podziękowania osobom, które pomogły mi lepiej poznać niektórych bohaterów tej książki. Wioletta Wejman spotkała się ze mną w Ośrodku „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie i nie tylko pokazała mi cenne pamiątki po Krystynie Modrzewskiej, ale też podzieliła się swoją opowieścią o tej nieszablonowej postaci. Spotkanie z Andrzejem Bałaszem w Lanckoronie było z kolei niezwykłą podróżą przez dzieje jego rodziny i dało mi szansę na poznanie losów Aleksandra Bałasza z perspektywy syna.

Podziękowania kieruję do recenzentów: prof. Marcina Brockiego oraz prof. Huberta Wilka, których życzliwie krytyczne uwagi pomogły w dopracowaniu tekstu. Dziękuję także redaktorom Wydawnictwa Czarne: Przemysławowi Pełce i Filipowi Fierkowi. Książka w swoim ostatecznym kształcie wiele zyskała dzięki ich uważnej lekturze i skrupulatności.

Na koniec chciałbym podziękować mojej córce. Emilka po przeczytaniu kilku pierwszych stron jednego z rozdziałów stwierdziła: „Tato, to jest takie opowiadanie”. Ilekroć wątpiłem w szanse ukończenia tej książki, przypominałem sobie tę krzepiącą uwagę.

1. My, studenci

Ogłoszenie w Domu Medyków

Musiało to być latem lub jesienią 1946 roku. Ogłoszenie raczej nie rzucało się w oczy. Zapisane na kartce odręcznym pochyłym pismem, ginęło pośród wielu podobnych umieszczonych na dużej tablicy w holu Domu Medyków przy ulicy Grzegórzeckiej w Krakowie. Zawierało ofertę pracy na zastępstwo w zawodzie lekarza w Siedliszczu – miejscowości położonej w województwie lubelskim, dwadzieścia kilometrów na zachód od Chełma, niedaleko drogi łączącej to powiatowe wtedy miasto ze stolicą województwa. Aleksander Bałasz – jak deklarował w spisanym kilkanaście lat później pamiętniku – trafił na nie zupełnie przypadkowo. Uzyskał właśnie absolutorium na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jagiellońskiego. Szukał tymczasowej pracy, która zapewniłaby mu środki pozwalające w spokoju przygotować się do odłożonych na razie egzaminów dyplomowych1.

Inicjatywa wyszła od miejscowego Zarządu Gminy, który zwrócił się bezpośrednio do Wydziału Zdrowia Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie, pomijając szczebel powiatu2. Lokalni liderzy wybrali zapewne taką ścieżkę, by przyspieszyć bieg sprawy. Doskonale rozumieli, że ściągnięcie lekarza do niewielkiej miejscowości tuż przy wschodniej granicy nie będzie prostym zadaniem. Problem z niedoborem personelu służby zdrowia – jak od lat trzydziestych określano korpus pracowników zajmujących się zdrowiem ludności[1] – był po wojnie powszechny i nie dotyczył jedynie takich miejscowości jak Siedliszcze.

Tuż przed wojną, w 1938 roku, na tysiąc mieszkańców przypadało średnio 3,7 lekarza i 1,1 lekarza dentysty. I uznawano, że były to liczby zdecydowanie niewystarczające. Wojna i jej demograficzne skutki jeszcze pogorszyły te statystyki. W 1946 roku na tysiąc mieszkańców przypadało przeciętnie 3,2 lekarza i 0,7 lekarza dentysty3. Jeden statystyczny lekarz opiekował się zatem 313 potencjalnymi pacjentami, a z usług jednego dentysty korzystało teoretycznie ponad 1400 osób.

Są to oczywiście dane uśrednione. W geograficznym rozmieszczeniu pracowników służby zdrowia występowały bowiem znaczne różnice – przeważająca ich część wybierała ośrodki większe, przede wszystkim metropolie. Ale i tam odczuwało się braki kadrowe.

W pewnym sensie Aleksander Bałasz był beneficjentem tych braków. Zanim znalazł się w Krakowie pod koniec 1945 roku, mieszkał przez kilka miesięcy w Poznaniu. Miasto po ciężkich walkach na przełomie stycznia i lutego było zrujnowane. Zmagania o Festung Posenspowodowały zniszczenie ponad połowy zabudowy, przetrwał tylko jeden most na Warcie, przeszło jedna piąta lokali mieszkalnych nie nadawała się do zamieszkania. Gdy 8 sierpnia Bałasz przyjechał do Poznania, nadal najpilniejszą potrzebą była odbudowa. Nic dziwnego, że pierwsza praca, jaką udało mu się zdobyć, polegała na usuwaniu śmieci i gruzu z częściowo zniszczonego budynku, w którym już funkcjonowało kino, a na którego piętrze właściciel chciał urządzić hotel.

Podczas przypadkowej rozmowy w tym właśnie kinie Bałasz zdradził, że jest studentem medycyny. Dzięki temu otrzymał angaż w pogotowiu ratunkowym Polskiego Czerwonego Krzyża w Poznaniu. Nikomu wówczas nie przeszkadzało, że formalnie nie zakończył jeszcze edukacji uniwersyteckiej (pozostały mu do zaliczenia jeden rok i egzaminy końcowe). Wobec braków personelu zaawansowany student kierunku lekarskiego był na wagę złota. Z kolei z jego perspektywy praca wyglądała na atrakcyjną. Jak wspominał po kilkunastu latach:

[Pogotowie] mieściło się […] w trzech barakach poniemieckich; w jednym urządzono prowizoryczny szpitalik na kilkanaście łóżek, w pozostałych zaś dyspozytornię, biuro, dyżurkę lekarską oraz pokój sanitariusza. Ponieważ nie było wielu chętnych do objęcia nocnych dyżurów, skorzystałem z tej okazji i dyżurowałem sam od wieczora do rana. W ten sposób dyżurka przekształciła się w moje mieszkanie4.

Praca studentów w roli nie tylko pomocników, ale też samodzielnych zastępców lekarzy – szczególnie w mniejszych ośrodkach – nie była niczym wyjątkowym. Henryk Bomski, który rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego w 1946 roku, po trzecim roku wybrał na miejsce praktyki Ciechanów. Miasto, przed wojną liczące 15,5 tysiąca mieszkańców, gdy przyjeżdżał tam Bomski, powoli zbliżało się do ponownego osiągnięcia tej liczby (w 1950 roku mieszkało w nim 14 469 osób)5. Odgrywało rolę regionalnego centrum, a pozycję tę wzmacniał z całą pewnością ulokowany w miejscowości szpital. Bomski wybrał tę placówkę świadomie. Chciał przetestować zdobytą wiedzę w praktyce i brać realny udział w pracy zespołu. Wiedział, że większe szanse na to ma w małym ośrodku niż w dysponującym wieloma specjalistami szpitalu w stolicy województwa. Jednak zakres samodzielności, jaką otrzymał, zdecydowanie przerósł jego pierwotne oczekiwania.

W szpitalu zastał dwóch lekarzy. Jeden był jednocześnie dyrektorem szpitala i ordynatorem oddziałów chirurgii oraz ginekologii. Drugi – ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych, ale opiekował się również oddziałami gruźlicy i chorób zakaźnych. Autor pamiętnika został przydzielony na oddział internistyczny. Zanim zdążył okrzepnąć, był już w pełni samodzielnym pracownikiem szpitala:

Internista szybko się zorientował […], że liznąłem trochę interny i laborki. Ponieważ od dłuższego czasu pracował bez wypoczynku, a nie widział w najbliższym czasie możliwości przerwy urlopowej, po około dwóch tygodniach […] wyjechał na urlop. Podobnie zrobił jedyny pracownik laboratorium. A pan doktor student – szczeniak po trzech latach studiów – został ordynatorem i asystentem na oddziałach chorób wewnętrznych, gruźlicy, zakaźnym i w rentgenie oraz laborantem w laboratorium. […] Zostałem sam z możliwością konsultowania chorych u dyrektora6.

Sytuacja, w jakiej znaleźli się obaj młodzi medycy, ujawniała szerszy problem, bynajmniej nieograniczający się do służby zdrowia. W odbudowującym się po wojnie kraju występował olbrzymi deficyt wykształconych specjalistów. Państwo nie było w stanie wypełnić luk kadrowych, stąd częste stosowanie rozwiązań doraźnych lub powierzanie pewnych stanowisk (czasowo lub na stałe) osobom bez odpowiednich kwalifikacji.

Klasa w polskiej szkole podstawowej, 1947 rok

Narodowe Archiwum Cyfrowe

Dobrym przykładem mogą być losy nauczyciela z województwa łódzkiego, autora pamiętnika przesłanego na Konkurs „Z dyplomem na wieś” ogłoszony w 1971 roku. Jego edukacja, przerwana wybuchem wojny, zakończyła się na jednej klasie liceum klasycznego. W 1946 roku, po części zmuszony okolicznościami, po części wyczuwając nadarzającą się okazję, zaczął pracować w szkole podstawowej:

Kiedy miejscowy nauczyciel, porwany przez ogólny exodus, zostawił szkołę bez opieki w mojej rodzinnej wsi, uchodząc do miasta, zgłosiłem się do Inspektoratu Szkolnego i podjąłem pracę jako nauczyciel niekwalifikowany. Uczyłem sam 140 dzieci na dwie zmiany7.

W chwili pisania pamiętnika od ponad dwudziestu lat pracował w innej placówce, w miejscowości położonej w tym samym powiecie piotrkowskim. Jeszcze w latach pięćdziesiątych uzupełnił wykształcenie. Kiedy jednak obejmował posadę kierownika szkoły w 1951 roku, sytuacja pod względem przygotowania zawodowego kadry była daleka od optymalnej:

Do takiej to wsi przyszedłem, by wraz z jednym nauczycielem i jedną nauczycielką pracować w szkole razem, jako trzyosobowe grono. Jakież to było grono? To ja miałem ciągle „rok do matury”, nauczycielka też bez kwalifikacji i średniego wykształcenia, a nauczyciel Antoś, „złote serce”, miał za sobą tylko siedem oddziałów i sześciomiesięczny kurs jako jedyną edukację pedagogiczną8.

Nauczyciel ewidentnie czuł dyskomfort z powodu swojego niewystarczającego wykształcenia. Jak jednak pokazują statystyki, ludzie tacy jak on, niewymieniona z imienia nauczycielka bez ukończonej szkoły średniej, a nawet ów Antoś o złotym sercu i z ukończonymi siedmioma klasami, byli niezbędni, by szkoły mogły w ogóle funkcjonować. Podczas gdy w roku szkolnym 1937/1938 w szkołach podstawowych zatrudnionych było przeszło 76 tysięcy nauczycieli, w roku szkolnym 1945/1946 pracowało ich 18 tysięcy mniej, a w kolejnym różnica nadal była duża – wynosiła 10 tysięcy9.

Lukę jednak relatywnie szybko wypełniono. Przedwojenną liczbę nauczycieli przekroczono już w 1950 roku, a sześć lat później w szkolnictwie podstawowym pracowało ponad 102 tysiące nauczycieli i nauczycielek.

Podobny trend można zaobserwować w przypadku pracowników służby zdrowia. Odsetek lekarzy z ostatniego roku przed wojną (3,7 na 10 tysięcy) udało się osiągnąć w roku 1950. W 1955 roku na 10 tysięcy mieszkańców przypadało 6,7 lekarza i 2,5 dentysty, a pięć lat później – odpowiednio – 9,6 oraz 3,110. Jeszcze szybciej wzrastała liczebność tak zwanego średniego personelu medycznego. Podczas gdy w 1946 roku na 10 tysięcy mieszkańców przypadało 2,7 pielęgniarki, to w 1950 roku – już 7,3, a w roku 1955 – 17,911.

Dokumenty, poświadczenia

Gdy Aleksander Bałasz stał pod tablicą ogłoszeń w Domu Medyków, rozważając ofertę z Siedliszcza, był już tylko o krok od momentu, w którym mógł zostać oficjalnie włączony do tych statystyk. Droga do tego punktu nie była jednak ani łatwa, ani krótka.

Przyjęcie Bałasza na Wydział Lekarski Uniwersytetu Jagiellońskiego odnotowano w dokumencie noszącym datę 30 października 1946 roku. Na liście wpisanych na piąty rok studiów pierwszych osiem nazwisk umieszczono w porządku alfabetycznym, używając maszyny do pisania; kilkanaście kolejnych zapisano pismem odręcznym, niezbyt starannie. Aleksander Bałasz figuruje jako trzeci od końca. Ta lapidarna notatka, prosty wykaz przyjętych studentów ostatniego roku, nabiera głębszej treści, gdy zestawić ją z dokumentami Bałasza. Jego prośba o wpisanie na piąty rok nosi znacznie późniejszą datę – 5 grudnia. Możemy domniemywać, że podobnie było w przypadku innych osób dopisanych do listy – przychodziły na studia już w trakcie roku akademickiego.

Te sporządzane gdzieś w pośpiechu dokumenty są jak pojedyncze kadry z czasu, gdy system, który już wkrótce zasili socjalistyczne państwo opiekuńcze i wielki projekt modernizacyjny tysiącami absolwentów, dopiero się organizuje, zaczyna nabierać kształtów. To jedne z tych drobnych i łatwych do przeoczenia świadectw tużpowojennego rozedrgania. Nieostatnie zresztą w tej opowieści. Nieostatnie nawet w biografii Aleksandra Bałasza.

Zanim został przyjęty na piąty rok, Bałasz musiał udowodnić, że odbył wcześniej cztery lata studiów medycznych i zdał odpowiednie egzaminy. Zobowiązał się, że uczyni to do końca czerwca 1946 roku. Z samym świadectwem maturalnym był jednak kłopot. Maturę Bałasz uzyskał we Lwowie w 1939 roku, ale oryginał przepadł w Mińsku pod koniec czerwca 1941 roku12, być może podczas intensywnych bombardowań prowadzonych przez Luftwaffe dwudziestego czwartego dnia tego miesiąca13. Albo w czasie zajmowania miasta przez Wehrmacht cztery–pięć dni później14, tydzień po przekroczeniu granicy niemiecko-sowieckiej przez wojska III Rzeszy. Zanim rozpoczęła się operacja Barbarossa, Bałasz zdążył ukończyć jeszcze pierwszy rok studiów na mińskim uniwersytecie. Czwarty rok skończył natomiast w Wilnie, mieście, w którym się wychował i gdzie rodzina przeprowadziła się niedługo po narodzinach Aleksandra, sprzedawszy wcześniej podupadły majątek Prudniki-Jamki15.

Przepisanie egzaminów nie nastręczało większych problemów. W indeksie skrupulatnie odnotowano wszystkie przedmioty. Jedyną przeszkodę stanowiła konieczność przetłumaczenia indeksu. Sporządzono go w języku litewskim, a Aleksander Bałasz był w nim Aleksandrasem Balašem16.Kiedy otrzymywał ostatnie wpisy, uniwersytet w Wilnie od sześciu lat nie nosił już imienia Stefana Batorego. W roku akademickim 1944/1945 głównym językiem wykładowym był litewski, a część zajęć prowadzono po rosyjsku17. Indeks – być może przypadkowo, a być może dlatego, że akurat były tam wolne, puste strony – stał się dokumentem symbolicznym w podwójnym sensie. 8 sierpnia 1945 roku ukryty pod nieczytelnym podpisem etapowy Państwowego Urzędu Repatriacyjnego wbił w nim dużą prostokątną pieczątkę. Poświadczała ona, że tego dnia w Poznaniu wypłacono Aleksandrowi Bałaszowi zapomogę w wysokości dwustu złotych18. Niecałe pół roku później przyszły lekarz był już w Krakowie i pisał podanie o przyjęcie na studia, a Janina Zajączkowska, lektorka języka litewskiego pracująca na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, tłumaczyła jego indeks z Wilna19.

Żołnierze Wehrmachtu wjeżdżają do zniszczonego Mińska, czerwiec lub lipiec 1941 roku

BEW

Oczywiście Bałasz był tylko jednym z wielu, którzy chcieli wykorzystać otwierającą się szansę i dostać się na uczelnię wyższą, aby rozpocząć lub kontynuować naukę. Niektórzy dysponowali kompletem dokumentów poświadczających dotychczasowy przebieg edukacji i byli przyjmowani automatycznie na dany rok studiów.

Na przykład jedna z kandydatek na kierunek lekarski znalazła się w tej szczęśliwej sytuacji, że w rubryce szóstej Karty rejestracyjnej dla osób zamierzających po raz pierwszy starać się o przyjęcie na Uniwersytet na pytanie „Czy kandydatka posiada dokumenty stwierdzające prawdziwość faktów przedstawionych w punktach 1–5?” mogła odpowiedzieć lapidarnie: „Tak – posiadam”20. A inna ze starających się o kontynuowanie rozpoczętych jeszcze w 1938 roku studiów lekarskich deklarowała: „Tak – na żądanie mogą zostać przedłożone”21. Ale w licznych przypadkach dokumentacja jest niekompletna, urywa się, niektóre poświadczenia utracono już w 1939 roku, w czasie powstania, podczas ucieczek, przesiedleń, wywózek, ewakuacji.

Inny kandydat na studia medyczne w rubryce „Chronologiczny przebieg nauki i pracy” dokładnie relacjonował:

1 IX znajdowałem się w Warszawie i miałem ukończone 3 klasy 8 państw. gimnazjum im. Władysława IV. Po ukończeniu działań wojennych i zorganizowaniu kompletów przy tym samym gimnazjum zrobiłem 4 klasę do lipca 1940 r. Od sierpnia 1940 r. pracuję zarobkowo jako magazynier w Firmie „Nasz sklep Urania” i jednocześnie uczę się na tych samych kompletach, robiąc liceum humanistyczne, maturę zdając w 1942 r., i zaczynam zaraz studia medyczne, które trwają do lipca 1944, kiedy to wyjeżdżam na urlop do Krakowa. Powrót do Warszawy niemożliwy, więc pracuję jako urzędnik w mleczarni w gminie Michałowice do chwili obecnej22.

Nie mógł jednak przedstawić dokumentów, które potwierdzałyby tę historię, bo „[p]rzedwojenne świadectwa gimnazjalne zaginęły w Warszawie. Świadectw z kompletów tak gimnazjalnych, jak uniwersyteckich ze względu na konspirację nie wydawano”23.

W sytuacjach takich jak ta przewidywano możliwość innego trybu udowodnienia przebiegu nauki. W osobnym miejscu ankiety proszono o przedstawienie „wiarogodnych osób”, które potwierdzą informacje podane przez kandydata. Cytowany młody człowiek wskazywał, że może to zrobić „prof. zwycz. fizj. uniwers. warszawskiego Czubalski, zamieszk. w Bochni, ul. Piłsudskiego 15”24.

Aleksander Bałasz podczas studiów na Wydziale Lekarskim UJ, 1946 rok

archiwum prywatne Andrzeja Bałasza

Opisywany tu problem dotyczył nie tylko kandydatów na studia w Krakowie. W szczególnie trudnym położeniu znajdowali się na przykład studenci Uniwersytetu Warszawskiego. Archiwum Wydziału Lekarskiego tej uczelni spłonęło podczas powstania w 1944 roku25. Zdarzało się, że aby udowodnić przebieg edukacji, korzystano z poręczeń innych studentów, włącznie z ich notarialnym poświadczaniem26. Magdalena Paciorek w monografii poświęconej studentom wydziałów lekarskich w pierwszych latach po wojnie przytacza jeden z takich wypadków:

[…] świadomi odpowiedzialności karnej z art. 140 Kodeksu Karnego za fałszywe zeznania oświadczają niniejszym w miejsce przysięgi, że osobiście mi znany [tu padało nazwisko studenta], urodzony… / syn…, wysłuchał wykładów z bakteriologii w Szkole Doc. Dr. Zaorskiego w Warszawie w roku 1942 i 1943. Niniejszym oświadczamy, że nie jesteśmy krewni, a powyższe dane są nam dokładnie znane, gdyż chodzili[śmy] do tej samej szkoły i w tym samym czasie27.

Warto w tym miejscu zatrzymać się przy nazwie pojawiającej się w dokumencie. „Szkoła Doc. Dr. Zaorskiego” to działająca w okupowanej Warszawie Prywatna Szkoła Zawodowa dla Pomocniczego Personelu Sanitarnego. Kierował nią Jan Zaorski. W rzeczywistości w placówce prowadzono zajęcia dla niższych lat studiów medycznych i oparto na niej tajne funkcjonowanie Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Warszawskiego28. Cały system tajnego nauczania uniwersyteckiego objął wedle szacunków około sześciu tysięcy studentów. A dodatkowe pięć i pół tysiąca uczniów uczęszczało na zajęcia na poziomie akademickim w szkołach zawodowych29.

Ostateczne decyzje w sprawie przyjęcia studentów kontynuujących przerwaną edukację lub przyjęcia tych, którzy chcieli dostać się na studia, a w wojennej zawierusze przepadły gdzieś ich świadectwa maturalne, podejmowały specjalne komisje weryfikacyjne powołane na mocy rozporządzenia ministra oświaty z 8 maja 1946 roku30. Wcześniej uczelnie musiały weryfikować status studentów zgodnie z własnymi, wewnętrznymi regulacjami.

Co robić dalej?

W warunkach tużpowojennego chaosu niezwykle istotne było to, co oficjalne dokumenty na ogół pomijały albo marginalizowały: nieformalne kontakty, polecenia, czasami przypadkowe spotkania i rozmowy. Świetnie oddaje taki tryb działania w swoich wspomnieniach Janusz Downarowicz.

Downarowicz był tylko dwa lata młodszy od Aleksandra Bałasza i podobnie jak on wychowywał się w Wilnie. Tam też zdał najpierw małą, a potem (w 1941 roku) dużą maturę. Jeszcze w tym samym roku wstąpił do Związku Walki Zbrojnej. Od 1942 roku był uczestnikiem tajnych kompletów uniwersyteckich. Gdy w 1944 roku chciał wyjechać z Wileńszczyzny, został aresztowany przez NKGB i w lutym następnego roku wywieziony do obozu pracy w Stalinogorsku. Zwolniony z obozu w styczniu 1946 roku, udał się do Wilna, a w lutym dołączył do rodziny w Poznaniu. Po latach wspominał:

W Poznaniu jeszcze tej samej nocy, której wróciłem, mieliśmy dłuższą rozmowę […] [z rodziną], co dalej ze mną. […] No więc miałem kiedyś tendencję do historii, ale wojna i okupacja nauczyła mnie, że historie są bardzo różne. Natomiast chemia, która mnie interesowała, jest właściwie jedna wszędzie. Stąd po tygodniu poszedłem do dziekanatu wydziału matematyczno-przyrodniczego i zgłosiłem się na studia chemiczne.

Rok był już bardzo zaawansowany, ale jeszcze przez cenną wileńską znajomość udało mi się wstąpić na ten rok, który właściwie w dwóch trzecich już się odbył. A tą cenną pomocą był profesor fizyki [Szczepan] Szczeniowski, który był profesorem w Wilnie, więc po pierwsze poświadczył, że mam maturę, po drugie użył swoich wpływów, żeby mnie zapisali na rok, który już jest w pełnym rozruchu. No i pamiętam dobrze mój pierwszy kontakt z wydziałem chemicznym, jeszcze byłem w sowieckim szynelu.

[…] [P]o [pierwszym] wykładzie stałem na korytarzu, przechodził jakiś bardzo niskiego wzrostu starszy pan, obejrzał mnie. – A chłopyś co tu robi? – Jestem po wykładzie z matematyki. Stoję tutaj i zastanawiam się, co dalej robić. – A to niech chłopyś pofatyguje się do mnie. […] [T]en niski staruszek okazał się profesorem Antonim Gałeckim, przedwojennym profesorem na Uniwersytecie Poznańskim. […] No i profesor fizyk Gałecki przepytał mnie chyba dobre dwie godziny z najrozmaitszych spraw i powiedział mi, że jednakże on radzi mi wytrwałości w chemii. I przez swoje kontakty załatwił formalne zapisanie się na już bieżący rok31.

Takie sytuacje, nawet jeśli nie były regułą, z całą pewnością nie należały do rzadkości. Szkoły wyższe nie funkcjonowały jeszcze w stabilnym, ustalonym trybie. Wszystkie bez wyjątku musiały organizować się na nowo, odnaleźć się w nowych, powojennych warunkach. A przy tym zrobić to w możliwie najkrótszym czasie.

Jako pierwszy wznowił działalność Katolicki Uniwersytet Lubelski, reaktywowany 21 sierpnia 1944 roku32 decyzją PKWN – niedługo po wyparciu Niemców z miasta33. Rok akademicki zainaugurowano 3 listopada34. Pierwszy wydział lekarski również uruchomiono w Lublinie – 23 października 1944 roku na utworzonym w tym dniu Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej35. Reaktywowanie i tworzenie kolejnych szkół wyższych, a w konsekwencji także wydziałów kształcących przyszłych lekarzy było uzależnione – po pierwsze – od tempa przesuwania się frontu, po drugie – od stanu infrastruktury, po trzecie – od obecności wykładowców. Jeszcze w listopadzie 1944 roku reaktywowano Wydział Lekarski Uniwersytetu Warszawskiego. Ze względu na sytuację wojenną władze Polski Lubelskiej do inicjatywy powołania jednostki odnosiły się bez entuzjazmu i pozwoliły na funkcjonowanie wydziału w ograniczonym zakresie. Działał on w bardzo szczególnych warunkach – na Pradze, w bezpośrednim sąsiedztwie frontu, a pierwszych studentów przyjął na początku stycznia, kilkanaście dni przed wyzwoleniem lewobrzeżnej Warszawy36.

Nieco ponad dwa miesiące później – 19 marca – zainaugurowano rok akademicki na Uniwersytecie Jagiellońskim, który pod względem kadr i infrastruktury był zdecydowanie najlepiej przygotowany do przyjęcia studentów. Kolejne wydziały lekarskie otwarto w Poznaniu (w kwietniu), we Wrocławiu i w Łodzi (w sierpniu). Wreszcie – w Gdańsku 8 października rozpoczęła działalność osobna uczelnia medyczna, Akademia Lekarska. Trzy lata później utworzono także akademie lekarskie w Bytomiu i Szczecinie37.

Czas entuzjazmu…

Izabela Roman urodziła się w 1926 roku w Białymstoku, a od roku 1936 mieszkała w Warszawie. Zaprzysiężona w Armii Krajowej w 1944 roku, wzięła udział w powstaniu warszawskim. W oddziale Mieczysława Niedzielskiego „Żywiciela” była sanitariuszką. Pracowała też w szpitalu powstańczym na Żoliborzu. Po upadku powstania nadal opiekowała się chorymi – najpierw w Tworkach (budynki szpitala psychiatrycznego przeznaczono na zaplecze medyczne dla ewakuowanych do obozu przejściowego w Pruszkowie mieszkańców Warszawy), a potem w szpitalu w Częstochowie, którym kierował jej wuj. Podjęła pracę w placówkach ochrony zdrowia nie tyle z wielkiej pasji do zawodu, ile dlatego, że – jak wspominała – szpital chronił przed wywózką. Trudne wojenne i tużpowojenne doświadczenia sprawiły, że po zdaniu matury na tajnych kompletach w styczniu 1945 roku nie zamierzała wiązać przyszłości z medycyną. Stało się jednak inaczej. Chociaż marzyła raczej o historii sztuki, wygrała trzeźwa ocena sytuacji wzmocniona presją rodziny. Po latach wspominała:

Nie chciałam iść na stomatologię, chciałam iść na historię sztuki. Ale ponieważ mój ojciec był ciężko ranny, groziła mu amputacja ręki, nie wiadomo, czy będzie mógł pracować. A mój wuj postawił warunek: Jeżeli pójdziesz na medycynę albo na stomatologię, to ja ci pomogę skończyć studia. Myśmy nie mieli nic, bo wyszliśmy goli i bosi z tej Warszawy, nic. Więc ja właściwie byłam w sytuacji takiej, jak się domyślasz – przymusowej. Poszłam na tą stomatologię, no zdałam38.

Wybrała uniwersytet w Łodzi, do której zdążyła się już przeprowadzić z rodzicami. Pierwotną niechęć do studiów medycznych zastąpiły fascynacja i poczucie bycia we właściwym miejscu. Jak wielu jej rówieśników rzuciła się w wir studenckiego życia. W jej wspomnieniach zarejestrowanych równo pięćdziesiąt lat od wstąpienia w mury uniwersytetu wyraźnie wybrzmiewa odczuwana wtedy radość życia i młodzieńcza energia:

Rodzice się przenieśli do Warszawy, a ja zostałam. Samodzielna, rozpierała mnie [śmiech]. No bardzo były to przyjemne czasy […]. Jak teraz niektórzy opowiadają, jak były takie prześladowania… Nieprawda, nie było… Bardzo było zorganizowane życie studenckie. Było „Gęsie pióro”, ta stołówka, gdzie się tam chodziło na jakieś takie potańcówki. I to były potańcówki nie takie z narkotykami, z pijaństwem, bo myśmy nie mieli w ogóle ani pieniędzy, ani nic. Tylko człowiek się po prostu bawił, był młody i się bawił39.

Ta wypowiedź potwierdza obserwacje, które poczyniła Hanna Świda-Ziemba w odniesieniu do pokolenia powojennej młodzieży inteligenckiej. Świda-Ziemba była o cztery lata młodsza od Izabeli Roman i tak jak ona ukończyła Uniwersytet Łódzki. Jej Urwany lot to z jednej strony analiza socjologiczna, a z drugiej nostalgiczna podróż do czasu własnego dorastania i wchodzenia w dorosłość w pierwszych latach Polski Ludowej. Próbując uchwycić i oddać emocje kierujące przedstawicielami jej generacji, autorka odnotowywała:

Ówczesną młodzież charakteryzuje ogromna dynamika. Przejawia się ona w burzliwym wewnętrznym poszukiwaniu własnej drogi i poglądów, a także w sposobie aktywnego „zabudowywania” życia codziennego. Tak więc te lata to okres ciągłych zabaw: szkolnych, akademickich i wyjazdów wakacyjnych, to inicjatywy wspólnego uczestnictwa w kulturze40.

…i niepewności

Opisywany przez socjolożkę wybuch witalności miał oczywiście swój rewers, który często brało się po prostu w nawias, prąc do przodu i korzystając z dobrodziejstw pokoju. Badaczka zauważa w innym miejscu, że choć „o walkach partyzanckich wiedzieli wszyscy”, to jednocześnie wojna „funkcjonowała […] jak odległe odgłosy strzałów w stosunku do bezpiecznego miasta”41.

Wspomnianym rewersem była ponura, dojmująca sceneria codzienności – zrujnowane budynki lub całe połacie miast, w których z największym trudem dawało się rozpoznać miejsca przechowane we wspomnieniach sprzed katastrofy. Stanisław Bayer wraz z żoną niedługo po przyjeździe do Wrocławia, bo jeszcze w 1947 roku, wyruszył w turystyczną podróż po Polsce. Po wizycie w stolicy notował: „Pierwsze kroki kierujemy do Warszawy. Wrażenie szokujące – parterowa Marszałkowska, życie na ruinach i wśród morza gruzów, których tak wiele, że Bóg jeden raczy wiedzieć, kiedy znikną”42.

Wojenna dewastacja nie ominęła też infrastruktury szkolnictwa wyższego. Szczególnym przypadkiem była oczywiście Warszawa. Poważnie zastanawiano się nad tym, czy w stolicy uruchamiać szkoły wyższe. Biuro Odbudowy Stolicy stało na przykład na stanowisku, że pierwszeństwo powinny mieć instytucje naukowe związane z odbudową miasta, a uniwersytet jako całość należałoby przenieść w inne miejsce43.

Studentki odgruzowują Gdańsk, 1946 rok

KFP / Zbigniew Kosycarz / PAP

Ale nawet w Łodzi, z o wiele lepszą sytuacją lokalową, warunki do studiowania były dalekie od optymalnych. Izabela Roman wspominała:

Wykłady mieliśmy po kinach, bo Łódź nie była przystosowana, po salach kinowych i tak dalej […]. Skrypty po prostu przepisywaliśmy – nie było skryptów – jeden od drugiego. Przychodziliśmy na wykłady, ktoś, kto znał stenografię, to stenografował […]. Nie było podręczników, wszystko było zniszczone44.

Oficjalna rocznicowa publikacja wydana przez Uniwersytet Medyczny w Łodzi uściśla faktografię podaną w tej wypowiedzi, a zarazem potwierdza jej ogólną wymowę: wykłady odbywały się w sali teatralnej przy ulicy Traugutta lub w sali rady miejskiej przy ulicy Pomorskiej, a także w fabrycznych świetlicach i wreszcie w pomieszczeniach aptek45.

W zaimprowizowanych na potrzeby dydaktyki przestrzeniach często brakowało najpotrzebniejszego wyposażenia. Stąd w Szczecinie jesienią 1946 roku niczym nadzwyczajnym nie był widok studentów idących na wykłady z własnymi krzesłami46. Jeden z ówczesnych uczestników tamtych wydarzeń tak opisywał udział w wykładach w Akademii Lekarskiej w Gdańsku pod koniec lat czterdziestych:

Bez ciepłego ubrania, w kurtkach z amerykańskiego demobilu wojskowego, w marnych butach, w połatanych rękawiczkach, siedząc w zimnej sali, staraliśmy nadążyć za treścią wykładu i wykonać ćwiczenia w nowo wskrzeszonych laboratoriach i prosektoriach47.

Jak nietrudno się domyślić, wiele do życzenia pozostawiały przeznaczone dla studentów akademiki. I tak na przykład jeden z mieszkańców Domu Medyków w Krakowie, przywołując mniej więcej ten sam czas, gdy zakwaterowany był tam też Aleksander Bałasz, wspominał:

Dom Medyków, a więc nasz dom, był zupełnie zdezelowany. Z kolegami sprzątaliśmy go, malowaliśmy i zwoziliśmy, skąd się tylko dało, jakie takie meble – naturalnie stare i używane… Łóżka mieliśmy poniemieckie, żelazne, wojskowe i to bardzo cieszyło, że jest się gdzie przekimać, ale sęk w tym, że wszystko było bardzo zapluskwione48.

Być może kluczowe w tym fragmencie są słowa: „[…] bardzo cieszyło, że jest się gdzie przekimać”. Miejsc w akademikach było w tym czasie niewiele, niektóre szkoły wyższe dopiero brały się do budowania domów studenckich albo wykorzystywały rozwiązania tymczasowe i prowizoryczne. Przyznawanie miejsc w akademikach odbywało się za pośrednictwem Bratniej Pomocy, ale nadzór nad tym procesem sprawowała odpowiednia komórka Ministerstwa Oświaty. Pierwszeństwo przysługiwało kombatantom i inwalidom wojennym, a także tak zwanym repatriantom49.

Otrzymanie miejsca w akademiku było tym cenniejsze, że studenci (nie tylko oni zresztą) znajdowali się w nienajlepszym położeniu materialnym. Wielu musiało łączyć naukę z pracą zawodową. Według badań Mariana Falskiego dotyczących roku 1947/1948 własne zarobki stanowiły podstawę utrzymania dla 28,6 tysiąca spośród ponad 78 tysięcy ankietowanych słuchaczy szkół wyższych – przy 34,8 tysiąca osób korzystających z pomocy rodziny i 9,8 tysiąca pobierających stypendium. Przy czym warto zaznaczyć, że na tle studentów innych kierunków medycy jako źródło dochodów częściej wskazywali pomoc rodziny, częściej też otrzymywali stypendia50. W dużej mierze wynikało to z charakteru samych studiów – znacznego obciążenia godzinowego i dużej ilości nauki.

Nie znaczy to jednak, że studentki i studenci kierunków medycznych nie podejmowali pracy w czasie nauki. Według ankiety Falskiego takich osób było 16 procent51. Wśród nich – Danuta Dębicka.

Od czternastego roku życia Dębicka pracowała w aptece w rodzinnej Bydgoszczy. W 1946 roku zdała maturę, a potem dostała się na medycynę w Poznaniu. Nie przyznano jej jednak stypendium i musiała łączyć naukę z pracą zawodową:

[…] pracowałam dalej w aptece w Bydgoszczy, a wszystkie wolne dni przeznaczałam na dojazdy do Poznania. Błogosławiony ówczesny tok studiów, który na taki mariaż pozwalał. Błogosławieni też nauczyciele akademiccy i moi przełożeni z apteki. […] Po pierwszym roku studiów dostałam się na pierwszą praktykę w szpitalu wojewódzkim. Naturalnie była duża improwizacja – we dwie z koleżanką asystowałyśmy do zabiegów i porządkowały zaszłe historie chorób. Na drugiej praktyce ordynator dr med. Danielewski zaproponował mi rzucenie pracy w aptece, a zaangażowanie się w „mniejszym” szpitalu. Dostałam angaż salowej, dyżury lekarskie i łatwiej mi było dojeżdżać do Akademii Medycznej. […] Ale po roku przeszłam, dzięki śmiesznemu zbiegowi okoliczności, na oddział chirurgiczny – i tu wsiąkłam – mój wspaniały, później najukochańszy Wielki Szef, dr Wojciech Staszewski, wziął mnie w swoje obroty – a więc żelazna dyscyplina w dojazdach do Poznania (zwykle poświęcałam na to noce, jeżdżąc z wiado[mych] powodów pociągami osobowymi)52.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

[1] Określenie „służba zdrowia” było w powszechnym użyciu w okresie Polski Ludowej. Występowało nie tylko w mowie potocznej, lecz także w aktach prawnych. W tytule najważniejszego z nich, regulującego podstawy systemu, pojawiło się dwukrotnie (Ustawa z dnia 28 października 1948 roku o zakładach społecznych służby zdrowia i planowej gospodarce w służbie zdrowia). Po transformacji ustrojowej pojęcie stopniowo znikało z języka medycznego. Zniknęło także z oficjalnych dokumentów, w tym z ustawodawstwa. Obecnie używa się go niemal wyłącznie jako terminu najszerszego, a terminu „opieka zdrowotna” jako określenia węższego, instytucjonalnego wymiaru ochrony zdrowia. Zmiana wynikała między innymi z artykułowanej przez środowisko medyczne potrzeby podkreślenia profesjonalnego charakteru pracy przedstawicieli zawodów medycznych. Tak czy inaczej, pojęcie „służba zdrowia” nadal funkcjonuje w języku potocznym i publicystyce. Stosuję je także w niniejszej książce, jako że jest przynależne epoce, o której opowiadam, oraz właśnie ze względu na wciąż obecny zwyczaj językowy.

Przypisy

Poza metropolią

1 P. Starosta, Poza metropolią. Wiejskie i małomiasteczkowe zbiorowości lokalne a wzory porządku makrospołecznego, Łódź 1995.

2 M. Halamska, Poza metropolią, czyli na prowincji, w: W metropolii i poza metropolią: społeczny potencjał odrodzenia i rozwoju społeczności lokalnych: księga jubileuszowa profesora Pawła Starosty, red. A. Michalska-Żyła, K. Zajda, Łódź 2023, s. 192.

3 K. Heffner, Małe miasta w rozwoju obszarów wiejskich, w: Małe miasta a rozwój lokalny i regionalny, red. tenże, Katowice 2005, s. 9–34; M. Halamska, Poza metropolią…, dz. cyt.

4 P. Rybicki, Struktura społecznego świata, Warszawa 1979, s. 234, 235, cyt. za: P. Starosta, Poza metropolią, dz. cyt., s. 9.

5 E. Szpak, Mentalność ludności wiejskiej w PRL. Studium zmian, Warszawa 2013.

6 D. Jarosz, Polityka władz komunistycznych w Polsce w latach 1948–1956 a chłopi, Warszawa 1998; A. M. Adamus, Problemy wsi w Polsce w latach 1956–1980 w świetle listów do władz centralnych, Warszawa 2017.

7 E. Szpak, „Chory człowiek jest wtedy jak coś go boli”. Społeczno-kulturowa historia zdrowia i choroby na wsi w Polsce Ludowej, Warszawa 2018; taż, Pojęcie zdrowia, choroby i cielesności w wiejskim postrzeganiu świata po 1945 roku, czyli o zmianach mentalności na wsi polskiej, „Rocznik Antropologii Historii” 2012, R. 2, nr 1 (2), s. 231–250; taż, Personal hygiene and public health care in the Polish countryside after 1945 – propaganda against reality, „Roczniki Dziejów Społecznych i Gospodarczych” 2018, t. 79, s. 165–187.

8 J. Dulewicz, Miasta w ruchu: codzienność w uprzemysławianych ośrodkach miejskich w Polsce w latach siedemdziesiątych XX wieku, Warszawa 2016.

9 Zob. N. Jarska, Kobiety z marmuru. Robotnice w Polsce w latach 1945–1960, Warszawa 2015, s. 268–308; D. Jarosz, „Pastuchy”, „okrąglaki”, „wieśniacy”. Miasto peerelowskie i jego chłopscy mieszkańcy, „Więź” 2007, t. 50, nr 583, s. 106–115.

10 A. Zysiak, Punkty za pochodzenie: powojenna modernizacja i uniwersytet w robotniczym mieście, Kraków 2016; J. Chumiński, „Kadry decydują o wszystkim”. Nowa inteligencja w przemyśle polskim (1945–1956), Wrocław 2021.

11 Z. Chojnicki, T. Czyż, Charakterystyka małych miast regionu poznańskiego a koncepcja kontinuum miejsko-wiejskiego, w: Współczesne przemiany regionalnych systemów osadniczych w Polsce, red. P. Korcelli, A. Gawryszewski, Wrocław 1989, s. 139. Zob. Peryferie i pogranicza. O potrzebie różnorodności, red. B. Jałowiecki, S. Kapralski, Warszawa 2011, s. 7–32.

12 J. Rajman, Małe miasto w przestrzeni rolniczej – wybrane kwestie metodologiczne, w: Rola małych miast w rozwoju obszarów wiejskich, red. E. Rydz, Warszawa 2006.

13 J. Leończuk, Zanim zgaśnie lampa – małomiasteczkowe trwanie, w: Małe miasta. Elity, red. M. Zemło, Białystok 2005, s. 18.

14 Tamże, s. 17.

15 Zob. Historia medycyny, red. T. Brzeziński, Warszawa 1988.

16 Zob. D. Fleming, Warszawianka w kąpieli. Problemy higieny w warszawskiej prasie kobiecej lat 1860–1918, Warszawa 2008.

1. My, studenci

1 A. Bałasz, Lekarz wiejski, w: Pamiętniki lekarzy, red. K. Bidakowski, T. Wójcik, Warszawa 1964, s. 814, 815.

2APLOC, Starostwo Powiatowe w Chełmie 1945–1975, Lekarz powiatowy w Chełmie do Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia w Lublinie, 24.02.1947, sygn. 341, k. 21. W przypadku dokumentów archiwalnych pozbawionych wyraźnego tytułu ich nazwy złożono pismem prostym. Nazwy dokumentów posiadających oryginalne tytuły zostały wyróżnione kursywą.

3 Główny Urząd Statystyczny, Rocznik statystyczny ochrony zdrowia 1945–1967, Warszawa 1969, s. 36*.

4 A. Bałasz, Lekarz wiejski, dz. cyt., s. 812.

5 Główny Urząd Statystyczny, Statystyka miast i osiedli 1945–1965, Warszawa 1967, s. 316.

6GBL, H. Bomski, Przystanki życia zawodowego lekarza w powojennym czterdziestoleciu, sygn. I-1082/17. Cytaty ze źródeł archiwalnych zmodernizowano wyłącznie pod względem ortografii i interpunkcji, zachowując wszystkie charakterystyczne dla autora lub autorki tekstu cechy jego/jej języka.

7AAN, TPP, Konkurs „Z dyplomem na wieś” 1971–1972, Pamiętnik nr 169, sygn. 10470, s. 2.

8 Tamże.

9 Główny Urząd Statystyczny, Rocznik statystyczny szkolnictwa 1968/69, Warszawa 1969, s. 15.

10 Główny Urząd Statystyczny, Rocznik statystyczny ochrony zdrowia 1945–1967, dz. cyt., s. 36*, 37*.

11 Tamże.

12AUJ, sygn. WL II 422, k. 120.

13 I. Melnikau, Mieszkańcy nie zdawali sobie sprawy ze skali tragedii. Wydarzenia znad Świsłoczy to dziedzictwo miasta, new.org.pl,t.ly/QHZKJ, dostęp: 11.01.2026.

14 C. Hartmann, Operation Barbarossa. Nazi Germany’s War in the East, 1941–1945, Oxford 2013, s. 45.

15 A. Matreńczyk, Ślad architekta, „Przegląd Prawosławny” 2008, nr 1 (271), s. 13.

16AUJ, sygn. WL II 422, k. 131.

17 Po raz pierwszy litewski jako jedyny język wykładowy wprowadzono już w 1940 roku, po aneksji Wilna i Wileńszczyzny przez Litwę. Zob. T. Venclova, Four Centuries of Enlightenment. A Historic View of the University of Vilnius, 1579–1979, old.lituanus.org,t.ly/tY_0M, dostęp: 11.01.2026; Alma mater Vilnensis. Vilniaus universiteto istorijos bruožai. Kolektyvinė monografija, red. A. Bumblauskas i in., Vilnius 2009, s. 746, 773–775, 803–810.

18AUJ, sygn. WL II 422, k. 133.

19 Tamże, k. 127.

20AUJ, sygn. WL II 387, b.p. [dokument nr 784/45].

21 Tamże, b.p. [dokument nr 134/945].

22AUJ, sygn. WL II 387, b.p. [dokument nr 269/45].

23 Tamże.

24 Tamże.

25 M. Paciorek, Studenci Wydziałów Lekarskich w Polsce w latach 1944/45–1948/49. Kształtowanie i rozwój środowiska, Warszawa 2016, s. 185.

26 Tamże.

27AUW, sygn. WL 139, b.p., cyt. za: M. Paciorek, Studenci Wydziałów Lekarskich w Polsce w latach 1944/45–1948/49, dz. cyt., s. 185.

28 U. Perkowska, Studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego w latach 1945–1948/49, Kraków 2001, s. 39.

29 M. Walczak, Tajne nauczanie na poziomie wyższym, „Przegląd Historyczno-Oświatowy” 1977, R. 20, nr 1, s. 24. Zob. też: tenże, Szkolnictwo wyższe i nauka polska w latach wojny i okupacji 1939–1945, Warszawa–Wrocław 1978, s. 71–103; J. Krasuski, Tajne szkolnictwo polskie w okresie okupacji hitlerowskiej 1939–1945, Warszawa 1977.

30 M. Paciorek, Studenci Wydziałów Lekarskich w Polsce w latach 1944/45–1948/49, dz. cyt., s. 184, 185.

31AHM, Relacja Janusza Downarowicza nagrana w 2010 roku przez Grzegorza Kaczorowskiego, sygn. AHM_2297.

32 D. Gałaszewska-Chilczuk, Polityka państwa wobec Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w latach 1944–1968, „Pamięć i Sprawiedliwość” 2006, t. 10, s. 39.

33 Walki o Lublin toczyły się 23 i 24 lipca 1944 roku. Ostatnie punkty oporu Niemców w mieście zlikwidowano w nocy z 24 na 25 lipca. Zob. M. Łochowski, Co wydarzyło się w Lublinie na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku? Przyczynek do dziejów politycznych Polski, „Dzieje Najnowsze” 2019, R. 51, nr 4, s. 57. O udziale AK w wyzwalaniu miasta zob. Z. Mańkowski, Okręg Lublin, w: Operacja „Burza” i Powstanie Warszawskie 1944, red. K. Komorowski, Warszawa [c. 2008], s. 271.

34 D. Gałaszewska-Chilczuk, Polityka państwa wobec Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w latach 1944–1968, dz. cyt., s. 39. John Connelly podaje, że profesorowie KUL po raz pierwszy zebrali się 23 sierpnia 1944 roku, a zajęcia na uczelni ruszyły 12 listopada tego samego roku. Zob. J. Connelly, Zniewolony uniwersytet. Sowietyzacja szkolnictwa wyższego w Niemczech Wschodnich, Czechach i Polsce 1945–1956, przeł. W. Rodkiewicz, Warszawa 2014, s. 160.

35 M. Paciorek, Studenci Wydziałów Lekarskich w Polsce w latach 1944/45–1948/49, dz. cyt., s. 64.

36 T. Manteuffel, Uniwersytet Warszawski w latach wojny i okupacji. Kronika 1939/40–1944/45, Warszawa 1948.

37 M. Paciorek, Studenci Wydziałów Lekarskich w Polsce w latach 1944/45–1948/49, dz. cyt., s. 64, 65.

38AHM, Relacja Izabeli Roman nagrana w 2010 roku przez Hannę Nowicką, sygn. AHM_0261.

39 Tamże.

40 H. Świda-Ziemba, Urwany lot. Pokolenie inteligenckiej młodzieży powojennej w świetle listów i pamiętników z lat 1945–1948, Kraków 2003, s. 77.

41 Tamże, s. 86, 87.

42GBL, S. Bayer, Jubileuszowe wspominki, sygn. I-1082/11, s. 14.

43 J. Chodakowska, Rozwój szkolnictwa wyższego w Polsce Ludowej w latach 1944–1951, Wrocław–Łódź 1981, s. 61, 62.

44AHM, Relacja Izabeli Roman nagrana w 2010 roku przez Hannę Nowicką, sygn. AHM_0261.

45 P. Machlański, J. Supady, 1945–2010. 65 lat Wyższego Szkolnictwa Medycznego w Łodzi, Łódź 2010, s. 28.

46 P. Zaremba, Szczecin, miasto wyższych uczelni, Warszawa 1954, s. 14, cyt. za: J. Chodakowska, Rozwój szkolnictwa wyższego w Polsce Ludowej w latach 1944–1951, dz. cyt., s. 76.

47 L. Birn, Wszystko o nas w podsumowaniu, w: Pierwszy powojenny rocznik studentów medycyny w Gdańsku (1945–1950), oprac. M. M. Żydowo, L. Birn, Gdańsk 2000, s. 271.

48 M. Stępniewski, Przeżycia, które łączą, „Alma Mater” 1999, nr 13–14, s. 41, cyt. za: U. Perkowska, Studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego w latach 1945–1948/49, dz. cyt., s. 130.

49 M. Paciorek, Studenci Wydziałów Lekarskich w Polsce w latach 1944/45–1948/49, dz. cyt., s. 265.

50Szkolnictwo w r. szk. 1947/48 w liczbach tymczasowych, z. 7, Szkolnictwo wyższe, Warszawa 1950, s. 30, 31, cyt. za: J. Chodakowska, Rozwój szkolnictwa wyższego w Polsce Ludowej w latach 1944–1951, dz. cyt., s. 86.

51 Tamże.

52GBL, D. Dębicka-Małkowska, Pamiętnik lekarza-chirurga, sygn. I-1082/28, s. 3, 4.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

Al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2026

Wydanie I