Legioniści Piłsudskiego - Adam Dylewski - ebook
Opis

Publikacja opowiada o historii kształtowania się i działania Legionów od początku XX wieku (organizacje strzeleckie) po moment odzyskania niepodległości. Narracja, bogato zasilana jest fragmentami tekstów źródłowych – pamiętników, korespondencji, odezw, rozkazów. Akcent położony został na życiu legionistów, ich wrażeniach, rozterkach, emocjach i sądach. Dzięki wykorzystaniu osobistych zapisów źródłowych, całość nabiera charakteru barwnej opowieści osadzonej w rzetelnych ramach historycznych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 209

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Teksty: Adam Dylewski

Koordynacja: Aleksandra Janiszewska

Konsultacja naukowa: prof. dr hab. Janusz Odziemkowski

Redakcja językowa: Marta Drobnik

Projekt okładki i wnętrza, skład: Cwalina

Partnerzy wydania:

Ośrodek KARTA

ul. Narbutta 29, 02-536 Warszawa

(48) 22 848 07 12

karta.org.pl

Wydanie I

Warszawa 2014

ISBN: 978-83-64476-40-2

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Od Wydawcy

Obraz polskich legionistów, mobilizowanych od pierwszych dni Wielkiej Wojny, to w przewadze zatrzymane w kadrze chwile wytchnienia po bitewnym starciu lub tuż przed nim. Ich wizerunek jest zarazem czymś znacznie większym – stanowi znak odradzającej się Polski. Wówczas żołnierz, z własnym godłem, stawał się nie tyle jej obrońcą, co jej jedyną emanacją – ustanawiał sobą Rzeczpospolitą.

Jeszcze w lutym 1914 Józef Piłsudski mówił w Paryżu: Jedynie miecz waży dziś coś na szali losu narodów. Naród, który chciałby przymknąć oczy na tę oczywistość, przekreśliłby bezpowrotnie swą przyszłość. Nie wolno nam być takim właśnie narodem. Inicjatorzy ruchu wojskowego wskazali krajowi drogę, którą należy kroczyć. Lecz ostateczny rezultat zależy całkowicie od intensywności zbiorowego wysiłku, od czynnego i uporczywego współdziałania całego narodu. Tak też było – pół roku później legioniści stanęli pod bronią, a w 1918 roku dołączyło całe społeczeństwo.

Powszechnie uznawany Komendant szkolonej wojskowo polskiej młodzieży, wyznaczał swym podkomendnym jasny cel: czynem manifestować Polskę. Publikacja przedstawia obraz pierwszych lat takiego czynu. Legiony zdane były na generalny przebieg frontów i dyplomacji wojennej, jednak ich droga – ku wolnemu krajowi – na żadnym z etapów nie ginęła z oczu.

W październiku 1916 Piłsudski pisał: Szło mi w 1914 roku o to, […] czy w ogóle żołnierz pol­ski ma pozostać istotą mityczną, pozbawioną krwi i ciała. Chciałem, by w wielkiej wojnie światowej, toczonej na pol­skiej ziemi, gdy żołnierz ze swym mundurem i bagnetem we­drze się do każdej niemal chaty i zagrody naszych wsi, żoł­nierz polski nie pozostał malowanką, oglądaną przez grzeczne dzieci nieraz po kryjomu po kątach. Chciałem, by Polska, która tak gruntownie po 1863 roku o mieczu zapomniała, widziała go błyszczącym w powietrzu w rękach swoich żołnierzy.

Większość Polaków ginęła na frontach I wojny w szeregach trzech armii zaborczych, często kierując broń przeciw sobie nawzajem. Tacy żołnierze, wzięci z niewolniczego poboru, nie mogli mieć nadziei, że ich wojenna mobilizacja w czymkolwiek przysłuży się Polsce. Ochotniczy zaciąg do Legionów kreował żołnierza zupełnie innej postaci, właśnie – niepodległego. Publikacja jest zbiorowym portretem takiego wojska.

Legioniści Piłsudskiego stworzyli elitę Rzeczpospolitej, ideowo oddani krajowi, rozumiejący swój akces jako bezwarunkową służbę. Nie w wymiarze liczebnym, ale siłą własnych przekonań nadawali ton rodzącej się Polsce. Grali zasadniczą rolę jesienią 1918, gdy z tygodnia na tydzień wracała polska podmiotowość i – polskie państwo, ale też w latach 1919–20, kiedy trzeba je było militarnie obronić. Potem, w cieniu Marszałka, stali się zespołową twarzą II RP. Publikacja przedstawia narodziny całej formacji. Warto przyjrzeć się prekursorom, przed stu laty ustanawiającym Ojczyznę.

Zbigniew Gluza

Od Autora

Stulecie powstania Legionów to doskonała okazja, aby z perspektywy już całego wieku przyjrzeć się jednej z najbardziej niezwykłych formacji, jakie powstały na przestrzeni dziejów Polski. Formacji, która odniosła wspaniałe zwycięstwo, spełniając marzenia Polaków o odrodzeniu własnego państwa.

O ostatecznym sukcesie Legionów zdecydował splot kilku czynników. Najważniejsze z nich to: całkowita zmiana ustalonej od dawna sytuacji geopolitycznej; niezwykła, charyzmatyczna postać wodza – Józefa Piłsudskiego; udział rzeszy bezgranicznie oddanych sprawie dzielnych, ambitnych, często nieprzeciętnie utalentowanych ludzi.

Legiony wpisały się dokładnie w przełom dwóch er, koniec starych i początek nowych czasów. Były jednocześnie formacją nawiązującą do tradycji minionych powstań i zwycięstw z dawnych stuleci, a zarazem strukturą na wskroś nowoczesną, potrafiącą się odnaleźć w epoce niezwykle gwałtownie zachodzących zmian. Zarówno dzięki szczęściu, jak i geniuszowi Piłsudskiego, idealnie wyzyskały sytuację światowego konfliktu, w którym wszystkie światowe mocarstwa znalazły się w swego rodzaju klinczu, wywołanym przez system kontynentalnych sojuszy.

A przecież sytuacja wyjściowa była arcytrudna. W wyniku m.in. powszechnej mechanizacji i rozwoju środków przekazu, doszło do umasowienia konfliktów na niespotykaną w historii skalę i wciągnięcia w jej orbitę całych społeczeństw. Miejsce potyczek i bitew, toczonych przez małe armie zawodowych żołnierzy, rozgrywanych w słabo poinformowanym i dość obojętnym cywilnym otoczeniu zajęły zmagania całych narodów, niosące ze sobą nowe, równie masowe implikacje: powszechne uniesienia i histerie, wynikające z szybkości rozchodzenia się informacji, bunty, strajki i rewolucje wywoływane przez tysiące robotników zmuszanych do nadmiernego wysiłku wojennego; braki w zaopatrzeniu, niedostatek i głód będące efektem zapewnienia pierwszeństwa aprowizacji narodowym armiom. Zaczęły nadto kiełkować XX-wieczne totalitaryzmy oraz narastać nurty polityczne i światopoglądowe osłabiające dotychczasowy ład, takie jak socjalizm, pacyfizm czy ateizm. I właśnie do tej nowoczesności legioniści – ci żołnierze jednocześnie przyszłego jak i dawno minionego państwa – wnieśli ugruntowany romantyzmem patriotyzm starej daty, oparty na pamięci o przeszłości, zarówno na wspomnieniu Rzeczypospolitej, która potrafiła niegdyś gromić dzisiejszych okupantów, jak i o wielkich insurekcjach z poprzedniego stulecia, żywych jeszcze we wspomnieniach dziadków i ojców. Przetrwaniu tej pamięci znakomicie służyła arcypopularna w tym okresie literatura piękna, powstająca „ku pokrzepieniu serc”, włączająca w narodowy mit także tych, którzy narodzili się zbyt późno, aby pamiętać jakiekolwiek instytucje wolności.

Dzieje Legionów rozegrały się zatem dokładnie na swego rodzaju rysie tektonicznej historii, gdy doba szalonego rozwoju przemysłowego i wzrostu dobrobytu zamiast zaowocować powszechnym pokojem, zaiskrzyła nagle wielką światową wojną, powodując wytworzenie się swoistej próżni, w której możliwa była realizacja nawet tak trudno wyobrażalnych działań, jak powołanie zupełnie nowych państw narodowych czy restytucja kraju nieistniejącego od ponad 120 lat. W tej właśnie chwili zaistniała w Polsce siła gotowa nie tylko przedstawić całemu narodowi swój program, ale też przystąpić do jego skutecznej realizacji. Wykorzystanie momentu dziejowego umożliwiło Legionom ich nieoczekiwane, spektakularne, choć jak się miało okazać z perspektywy dwóch dziesięcioleci – niedługo owocujące – zwycięstwo.

Adam Dylewski

Od strzelców do żołnierzy

Nie byłoby odrodzonej Polski bez Legionów, a Legionów – bez związków strzeleckich. To właśnie organizacje paramilitarne sprzed wojny nie tylko pozwoliły przygotować się do nadchodzącego konfliktu, ale też – stanowiąc legalną, widoczną emanację ruchu niepodległościowego – przywróciły nadzieję i dodały otuchy tym, którzy już zwątpili w sprawę wskrzeszenia Polski. To właśnie strzelec – czy sokół, jak go potocznie zwano – w swoim szarym mundurze, w maciejówce z orzełkiem bez korony, stał się tym, który „w tę lękliwą gawiedź uliczną wlał jakąś moc nieokreśloną”.

Europa pierwszej dekady XX w. przypominała, choć to już wyświechtane porównanie, gotujący się tygiel. Niemal każdy jej mieszkaniec czuł się pokrzywdzony, zagrożony, niedoceniony, niezadowolony. Wrzało na zachodzie, wrzało na południu; padały trony, powstawały republiki, wykluwały się coraz to nowe nurty polityczne, zawiązywały partie i związki zawodowe. Wrzało na chłodnej północy, gdzie Norwegia zerwała unię personalną ze Szwecją, a Finowie zmagali się z rusyfikacyjnymi zakusami gubernatora Bobrikowa (który skończył ostatecznie zastrzelony na schodach Senatu w Helsinkach). Wrzało na Bałkanach, wyrywających się spod wielowiekowej dominacji tureckiej. Wrzało w dwójnasób w Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie zaporę dla emancypacji narodów stanowiły anachroniczne reżimy, które chcąc dostosować się do nowoczesności, wahały się pomiędzy przyjęciem kursu liberalnego a przysłowiowym zamordyzmem. Żyjąc pod władzą opresyjnego aparatu, narody środkowoeuropejskie zmuszone były wyszukiwać luki w ograniczającym ich działania prawie. Okazało się możliwe: tworzenie towarzystw historyczno-krajoznawczych, ochotniczych straży pożarnych, klubów sportowych, towarzystw gimnastycznych, a od pewnego momentu na terenie Austrii – także organizacji zwanych strzeleckimi. Wszystkie one stawiały sobie za cel budzenie świadomości narodowej, a także kultywowanie wyczynu sportowego czy wysiłku fizycznego; w wielu przypadkach nadawało to im niejako naturalnie charakter paramilitarny. Możliwość ich istnienia dowodziła pewnego osłabienia reżimów, co pozwalało żywić nadzieję na lepsze jutro. Na ziemiach polskich organizacje strzeleckie, a także wszystkie inne, których formuła pozwalała na w miarę samodzielną działalność i podnoszenie określonych kwalifikacji, przybierały automatycznie charakter insurekcyjny. Wynikało to z ciągle żywej tradycji powstańczej przeszłości, a także z pamięci o dziejach narodu. Pojawienie się stowarzyszeń spełniało w pewnym stopniu oczekiwania społeczeństwa, wyrażane choćby w modlitwach w kościołach (Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie).

Na ziemiach polskich szczególnie silnie organizacje takie rozwinęły się na terenie autonomicznej Galicji. Austro-Węgry stanowiły przedziwny konglomerat narodowościowy, w którym – poza Niemcami i Węgrami zajmującymi stosunkowo niewielkie przestrzenie cesarstwa – wszystkie nacje (Czesi, Polacy, Słowacy, Słoweńcy, Chorwaci, Rusini vel Ukraińcy) dążyły do wywalczenia sobie jak najszerszej autonomii, co w konsekwencji musiało prowadzić do powstawania planów pełnej niepodległości. Rozważano też możliwość wejścia w skład sąsiednich państw (Rumuni, Serbowie, Włosi). Na dodatek we wszystkich tych krajach mieszkała liczna społeczność żydowska, wahająca się pomiędzy wyborem asymilacji lub syjonizmu. Panaceum na ten stan rzeczy stanowić miał wprowadzony w austriackiej części cesarstwa skomplikowany system, dający każdej z grup narodowych jakąś formę uczestnictwa we władzach. Towarzyszył temu narzucony urzędowo liberalny kurs, pozwalający na pewne formy kulturalnej samorealizacji, np. posługiwanie się rodzimym językiem lub symboliką oraz istnienie narodowego szkolnictwa i piśmiennictwa. W tej sytuacji ułatwiona była też wspomniana wyżej działalność organizacji, mogąca doprowadzić do przekształcenia ich w formacje zbrojne. Dostrzeżono to w polskim ruchu niepodległościowym: Piłsudski był realistą; widział rzeczy takimi, jakimi są, bez żadnych upiększeń. Wojnę uważał za drogę do zdobycia przez Polskę niepodległości, a do każdego z państw zaborczych odnosił się w zależności od tego, jaką rolę mogło ono odegrać na tej drodze. Dla współdziałania trzeba było wybrać takiego partnera, z którym współpraca przyniosłaby największe korzyści Polsce. Spośród zaborców jedynie Austria dawała jaką taką gwarancję, że nie będzie przeciwstawiała się polskim aspiracjom wolnościowym – pisze Aleksandra Piłsudska.1

Początków stowarzyszeń strzeleckich doszukiwać się trzeba w licznych tajnych, a potem już jawnych organizacjach o charakterze niepodległościowym, działających na ziemiach polskich w XX w. Tworzyły one dwa równoległe nurty: socjalistyczny i endecki. Źródłem nurtu socjalistycznego była Polska Partia Socjalistyczna, powstała w 1892 roku Najważniejsza postać Legionów – Józef Piłsudski był członkiem Centralnego Komitetu Robotniczego PPS już w 1894 roku. W 1904 roku jego środowisko stworzyło Organizację Bojową PPS. OB PPS zajmowała się działalnością terrorystyczną na niewyobrażalną dziś skalę; licząc około 6,5 tys. bojowców dokonała szeregu zamachów, zabójstw politycznych i ekspropriacji. Aktywność OB PPS, z oczywistych powodów będącej stałym celem akcji aparatu policyjnego, trwała do 1909 roku Uznano wtedy, że dotychczasowa formuła działania wyczerpała się. Postanowiono walczyć o wyzwolenie Polski środkami wojskowymi – i tu ważną rolę miały odegrać organizacje paramilitarne. Swoisty pomost pomiędzy działaniami terrorystycznymi a zbrojną walką o niepodległość stanowił słynny napad na pociąg w Bezdanach na Wileńszczyznie (26 września 1908), podczas którego Piłsudski wraz z towarzyszami zrabował 201 tys. rubli.

Jak wspominał Kazimierz Sosnkowski, jeszcze przed tą akcją szef OB PPS przeżył moment głębokiego zwątpienia w sens dotychczasowych działań: Rozmowa, jaka miała wówczas miejsce, wywarła na mnie wstrząsające wrażenie. Wódz Organizacji Bojowej, mój Wódz, przede mną, młodym chłopcem, otwierał swą duszę, ujawniał swe cierpienia moralne. Opowiadał mi Komendant, jak ciężko przeżył schyłek rewolucji. Mówił o tym, iż Organizacja Bojowa stanowi zamkniętą już i przegraną kartę historii, o tym, jak boli go przegrana. Mówił mi wreszcie, że zdecydował się zakończyć epopeję Organizacji Bojowej ostatnią grą, w której albo zginie sam, albo zwycięży, by rozpocząć nowy okres walki, bez której, wedle Jego zdania, żyć nie warto. […] Postanowiłem w duchu dołożyć wszelkich sił, by ucieszyć Jego serce, by na miejsce starej karty otwarła się nowa. Tak skrystalizowało się we mnie podczas owej pamiętnej rozmowy, postanowienie założenia bezpartyjnej organizacji wojskowej.2

Dzieląc dylematy swojego wodza, jeszcze w czerwcu 1908 roku, we Lwowie, działacze OB PPS powołali do życia Związek Walki Czynnej (ZWC); inicjatorem przedsięwzięcia był właśnie Sosnkowski. ZWC miał charakter z założenia ponadpartyjny i apolityczny; radykalne postulaty społeczne zastąpiono programem niepodległościowym. Nowe kadry planowano pozyskać i wyszkolić w legalnych organizacjach paramilitarnych, działających w Galicji w oparciu o austriackie prawo o „strzelectwie dobrowolnym”, ustanowione w 1909 roku. Od 1912 roku ZWC przekształcił się faktycznie w centralę tych organizacji, zastępując kierownictwo kolektywne hierarchią o charakterze wojskowym, z Piłsudskim jako komendantem i Sosnkowskim jako szefem sztabu. Ze środowiska ZWC wyrósł przede wszystkim założony w kwietniu 1910 roku we Lwowie Związek Strzelecki (nazwa została przejęta dosłownie z rozporządzenia austriackiego Ministerstwa Obrony Krajowej, operującego terminem Schutzen-Verein). Rozwinął on działania na szeroką skalę, włącznie z dokonywaniem legalnych zakupów broni i amunicji, przeprowadzaniem ćwiczeń oraz prowadzeniem samodzielnego szkolnictwa na poziomie szkół oficerskich i podoficerskich. W 1912 roku utworzono finansujący działanie organizacji Polski Skarb Wojskowy, kierowany przez nestora ruchu socjalistycznego Bolesława Limanowskiego. Najsilniejszym okręgiem Związku Strzeleckiego był Kraków, zdominowany przez studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego; było tam blisko 3,7 tys. strzelców – wobec 1,1 tys. we Lwowie; Związek liczył łącznie blisko 6,5 tys. członków.

W drugim nurcie, endeckim, także powstawały organizacje strzeleckie. Wywodził się on z konspiracyjnego Związku Młodzieży Polskiej „Zet”, założonego w 1887 roku w Krakowie. W szeregach „Zetu” byli wszyscy najważniejsi późniejsi działacze endecji m.in. Roman Dmowski i Zygmunt Balicki. W 1909 roku część działaczy utworzyła Organizację Młodzieży Niepodległościowej „Zarzewie” z centralą we Lwowie. Strzelecką formą „Zarzewia” byli „drużyniacy” – istniejące od 1911 roku Polskie Drużyny Strzeleckie. Jeszcze pod koniec 1908 roku powstał w Krakowie tajny Polski Związek Wojskowy, przekształcony w lipcu 1910 roku w Armię Polską (naczelnik we Lwowie – Mieczysław Norwid-Neugebauer, naczelnik w Krakowie – Juliusz Ulrych). Armia Polska odgrywała wobec Polskich Drużyn Strzeleckich taką samą rolę jak ZWC wobec Związku Strzeleckiego – swoistego spiritus movens, tajnej organizacji naczelnej, nadającej kierunek planowaniu i szkoleniu oraz odpowiedzialnej za mobilizację i dyscyplinę. W lipcu 1914 drużyny liczyły ok. 6 tys. członków.

Była jeszcze trzecia ważna organizacja strzelecka, o charakterze bardziej lokalnym – krakowskie Towarzystwo Sportowo-Gimnastyczne „Strzelec”, powołane pod koniec 1910 roku przez Eugeniusza Kiernika. Działały też stowarzyszenia pomniejsze: Drużyny Bartoszowe, Polowe Drużyny Sokole, Drużyny Podhalańskie oraz Drużyny Towarzystwa im. Kościuszki. Wszystkie wymienione organizacje przejawiały wyraźne dążenia unifikacyjne, z pewnością było to związane z postrzeganiem ruchu strzeleckiego jako zaczątku przyszłej jednolitej armii polskiej. Polskie Drużyny Strzeleckie ściśle współpracowały ze Związkiem Strzeleckim, mając wspólne komisje odpowiedzialne za regulaminy i wyszkolenie; w 1912 roku wprowadzono identyczne szare mundury. Od 1913 roku zaczęto organizować wspólne szkolenia, akademie i zbiórki. Jeszcze przed wybuchem wojny planowano połączenie Związku Strzeleckiego z Towarzystwem „Strzelec” w jednej, jawnej Polskiej Federacji Strzeleckiej. Nie zezwoliły jednak na to władze austriackie, słusznie obawiające się stworzenia dużej, legalnej organizacji zbrojnej o charakterze niepodległościowym. Znaczącym atutem ruchu paramilitarnego była wyraźnie rysująca się kandydatura Piłsudskiego na wodza przyszłego czynu zbrojnego. Niezależnie od oceny jego wcześniejszych działań („bombiarz”) mit Komendanta (był komendantem głównym Związku Strzeleckiego) wpływał pozytywnie na morale garnących się do stowarzyszeń, pozwalał też ufać, że rzeczywiście możliwe jest zwycięskie przejście drogi do niepodległości.

Tym niemniej, choć w tym okresie widoczne stały się już powszechne przygotowania do wielkiej wojny, której nadejście przeczuwano, to niewielu marzących o rychłym pójściu na front (może poza najbardziej hardymi bojowcami) było w stanie wyobrazić sobie, czym naprawdę jest walka na śmierć i życie. Przecież po 1871 roku Europa, z wyjątkiem Bałkanów, toczyła właściwie tylko wojny kolonialne. Uważnie obserwowany na ziemiach polskich konflikt rosyjsko-japoński przebiegał jednak zbyt daleko, żeby uświadomić większości opinii publicznej istotę wojny. W uważanej za straszliwą bitwie pod Sedanem w 1870 roku zginęło po 3 tys. żołnierzy każdej ze stron; cóż to było wobec ok. 450 milionów ludzi zamieszkujących Europę w 1914 roku! Jak przyznał potem Roman Starzyński: Pomimo, że od trzech lat byłem w „Strzelcu” i studiowałem różne nauki wojskowe, o wojnie miałem „zielone” pojęcie. Jako „literat” ze studiów wyobrażałem ją sobie trochę po literacku. Zdawało mi się, że wojna musi tak wyglądać jak na obrazach Andriolliego czy Grottgera. Sądziłem, że składa się z bitew, które kończą się z reguły „szturmem”, tj. walką wręcz. Czytałem wprawdzie w regulaminach, że wojna składa się w 9/10 z marszów. Ale nie mogłem sobie tego wyobrazić inaczej jak pod ogniem artyleryjskim lub co najmniej karabinowym.3 Dlatego, nie zastanawiając się zanadto nad istotą nowoczesnej wojny, niektórzy strzelcy mogli postrzegać siebie jako romantycznych bohaterów. Przyszły zdobywca Mińska Litewskiego, Bolesław Roja, pisał: W codziennej robocie w Sokole spotykam często, przechodząc ulicą Wolską, obok uniwersytetu i plantami, naszego Sienkiewicza. Tak chętnie powiedziałbym Sienkiewiczowi, że to właśnie także w promieniach jego legend i chwały żołnierzy polskich z pod Zbaraża i Wiednia rosły nasze ambicje i najlepsze chęci zasłużenia się Polsce na polu chwały! i że stajemy właśnie do roboty. Że dużo w tym i jego tchnienia. Tak chętnie zasalutowałbym mu, ale jak nam szarym ludziom do tych wielkich ludzi!4 Symbol strzelców – orzełek – został wzięty wprost z oryginalnej sztancy pochodzącej z okresu powstania listopadowego. Zwracano się do siebie „obywatelu” – tak, jak to robiono w okresie insurekcji kościuszkowskiej; podczas pracy nad regulaminami terminologii i komend poszukiwano w źródłach historycznych, a nawet wspomnieniach. Warto podkreślić też otwarty charakter strzelectwa, znów mający w sobie coś z ducha dawnego pospolitego ruszenia. W 1912 roku, pośród strzelczyń, jak wspominała Aleksandra Piłsudska: Górnej granicy wieku nie było i pamiętam, że jedna z pań liczyła ponad 60 lat. Została przyjęta głównie z uwagi na swój gorący patriotyzm i pracę w przeszłości. Kto by się jednak spodziewał po niej zamiłowania do spraw wojennych! Owa ochotniczka, a była nią Maria Turzyma-Wiśniewska, tak się zapaliła do taktyki, która była wykładana na II kursie, że studiowała poważnie ten temat. Później, w czasie wojny, przekazywała pierwszorzędne informacje do sztabu I Brygady Legionów.5

Owe nawiązania do historii czy literatury, a także słaba znajomość metod nowoczesnej walki, nie oznaczały jednak jakiegoś odrealnienia codziennych działań strzelców. Ich późniejszy sukces wynikał także z trafnego rozpoznania sytuacji międzynarodowej. Wyraźnie narastała rywalizacja pomiędzy Rosją i Austro-Węgrami, obejmując także konkretne, spektakularne ruchy geopolityczne (aneksja Bośni i Hercegowiny przez Austrię w 1908 roku, odbierająca prorosyjskiej Serbii szansę uzyskania dostępu do morza; dwie wojny bałkańskie, prowadzone przez sojuszników Wiednia i Petersburga). Pozwalało to przypuszczać, że pomiędzy oboma mocarstwami może w końcu dojść do bezpośredniego starcia. Sceną konfliktu musiały stać się siłą rzeczy podzielone ziemie dawnej Rzeczypospolitej. Otwierało to perspektywę nowego czynu zbrojnego na skalę znacznie większą niż dotychczasowe powstania narodowe. Strzelcy skupili się zatem na szkoleniu wojskowym pro futuro, które pozwoliło potem w szybkim czasie sformować rodzimą kadrę podoficerską i oficerską. Ciekawe, że mimo przeprowadzania egzaminów oficerskich nie nadawano stopni – te, decyzją Piłsudskiego, miano przyznawać dopiero na prawdziwym polu walki. Wykonywano też wiele doniosłych bieżących zadań wojskowych, nierzadko – co warte podkreślenia – z licznym udziałem kobiet. Aleksandra Piłsudska: W Związku Strzeleckim stworzono sekcję kobiecą, która była niezbyt liczna, ale oddała wielkie usługi w pracy wywiadowczo-kurierskiej przed wojną i w czasie wojny. Stanęłam na czele jednej sekcji, a Piłsudski wydał rozkaz, że mamy przejść odpowiednie przeszkolenie wojskowe. Musiałyśmy więc poznać zasady taktyki wojskowej, sygnalizację, terenoznawstwo, obchodzenie się z bronią, obronę miast, geografię militarną, transporty, materiały wybuchowe, a przedmiotem naszych specjalnych studiów była armia rosyjska. Z pewnością znałyśmy w owym czasie organizację tej armii lepiej od niejednego oficera sztabu austriackiego. Pamiętam, że znałam na pamięć dystynkcje wszystkich pułków armii rosyjskiej. Jeśli się nie mylę, byłyśmy pierwszym oddziałem kobiecym pomocniczej służby w wojsku jakiegokolwiek państwa.6 Tego rodzaju kwalifikacje były bardzo przydatne jeszcze przed wojną w realizacji konkretnych zadań o charakterze szpiegowskim. Pochodząca z Płocka działaczka niepodległościowa Janina Benedekówna przed świątecznym wyjazdem do rodziny w Kongresówce musiała się stawić u komendanta: otrzymałam zadanie praktyczne, wywiad, dotyczący magazynów intendentury tamtejszego garnizonu, poczynając od rozplanowania budynków, a kończąc na charakterystyce ich komendanta. Wykonałam to skrupulatnie, rozumiejąc, że posiadanie tego rodzaju wiadomości przyszłego terenu walk – to atut w naszych rękach.7

Statystyki i dokonania strzelców prezentują się dość okazale, tym bardziej, że działali w warunkach zaborów. Ale wbrew pozorom, te liczne organizacje, liczące razem kilkanaście tysięcy członków, były słabo uzbrojone – ledwie 208 mannlicherów, kilkaset przestarzałych karabinów jednostrzałowych (głównie typu Werndl), rewolwery bębenkowe; umundurowanie miało jedynie ok. 30%, należało wyszkolić kadrę oficerską i podoficerską. O pierwszym kontakcie ze złej jakości bronią czy umundurowaniem pisze w swej wspomnieniowej książce Andrzej Strug: O werndlach była prawda. Póki nam je rozdawali w szkole krzeszowickiej, to w obecności Komendanta każden brał i nie śmiał pisnąć. Ale potem zaczęli niektórzy wykrzykiwać we froncie: − Z werndlami nie pójdziemy! Z tymi szybko poradził sobie Norwid, nasz batalionowy. Wybrał krzykaczów i kazał im natychmiast zrzucać strzeleckie kurtki, czapki i portki i wygnał ich precz z gołymi łbami, w koszulach i w gaciach. Od razu było cicho. […] Najpodlejsza broń te werndle! A i wstyd przecie łazić z takim świństwem między polską ludnością. Bagnet pokaźny, za to rzemieni żadnych. Nosimy to na ramieniu, po rosyjsku, a zakładamy to na siebie jak kłonice, bez żadnych chwytów. Ładunek wielki niczym ten szparag, nie daj Boże wsadzić komu takiego.8 Nawet po wybuchu wojny, gdy organizacje strzeleckie scalono już w jednolitą formację wojskową, ciągle nie prezentowały się jak należy. Kapelan wojskowy Dominik Ściskała, który 29 sierpnia 1914 trafił na słynne Oleandry, opisuje kwaterę główną tak: Jedni nazywali się tu Strzelcami, drudzy Drużynami, inni jeszcze Legionistami. Marnie wygląda ta siedziba, marne robi wrażenie. O ewidencji nie mają tam pojęcia. Nazwiska ochotników, nawet tych, co już wyszli z Piłsudskim pod Kielce przed dwoma tygodniami, pozapisywane bardzo niedokładnie, na kartkach, świstkach zupełnie nieuporządkowanych […]. Chciałoby się bardzo, żeby to jakoś solidniej wyglądało.9 Inny problem stanowił aż 90-proc. udział w Legionach poddanych austriackich; w przypadku ogłoszenia powszechnej mobilizacji w Austrii podlegali oni obowiązkowi stawienia się do wojska austriackiego.

Strzelcy wnieśli ogromne ożywienie w polskie życie społeczne, stymulując działalność niepodległościową, a sami stali się mitem jeszcze przed wybuchem wojny. Znamienne, że do zajęcia Szczekocin wystarczył zaledwie jeden (!) żołnierz – tak wielka była z początku gotowość otoczenia na uznanie roli Legionów. Jak wspominał szczekocinianin Jan Gaździcki: Wychodziliśmy na drogę i oczekiwaliśmy ich. Przez kilka dni była jednak cisza. Nareszcie któregoś dnia wieczorem przyjechał do miasteczka wysoki, szczupły żołnierzyk, o pięknej postawie, uzbrojony w karabin z błyszczącym bagnetem, w dobrze skrojonym mundurze strzeleckim, w maciejówce z orzełkiem bez korony. Zrobił na mnie i na moich kolegach bardzo silne wrażenie. Otoczyliśmy go kołem i oddaliśmy mu się całkowicie do dyspozycji […]. Młodzieży do pomocy miał dosyć, gdyż każdy chciał zobaczyć pierwszego – jak strzelców nazywano – sokoła. Nasz żołnierzyk naprawdę był sokołem! W tę lękliwą gawiedź uliczną wlał jakąś moc nieokreśloną.10