Kwiat opuncji - Diana Palmer - ebook

Kwiat opuncji ebook

Diana Palmer

0,0

Opis

[PK]

Jennifer jest cenionym geologiem. Realizuje się wyłącznie w pracy, całkowicie zapominając o życiu osobistym. Pierwszym mężczyzną, który przyprawia ją o szybsze bicie serca, jest Hunter, szef bezpieczeństwa w jej firmie. Niestety ten przystojny i tajemniczy Indianin okazuje Jennifer jawną wrogość. Wkrótce oboje zostają wysłani z tajną misją na pustynię, gdzie mają odszukać złoża cennego pierwiastka o strategicznym znaczeniu. Nieustanna bliskość, a także wzrastające zagrożenie ze strony konkurencyjnej firmy coraz bardziej im ciążą. Nic dziwnego, że w tak trudnych warunkach emocje, które dotąd skrywali, wybuchają ze zdwojoną siłą...

[opis okładkowy] 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Ostrołęce
Powiatowa Biblioteka Publiczna w Łowiczu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 215

Rok wydania: 2009

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Lutecia miała trudne dzieciństwo. Nie mogła liczyć na wsparcie rodziny, na szczęście zaopiekował się nią Russell - mieszkający po sąsiedzku bogaty ranczer. To dzięki niemu ukończyła szkolę i poszła na studia. Co roku wraca na jego ranczo, by spędzić z nim wakacje. Dotychczas traktowała go jak starszego braki, ale tego lata coś się zmieniło...

Kolejne tomy co 2 tygodnie w czwartki!

Szukaj w kioskach lub zamów prenumeratę:

salonik.pl, teł.: 22 584 22 22

KWIAT OPUNC JI

Diana Palmer

KWIATOPUNCJI

Tłumaczenie:

Magdalena Jędrzejczak

Tytuł oryginału: Hunter

Pierwsze wydanie: Harlequin Books, 2007

Redaktor prowadząca: Agnieszka Leleniewska

Redakcja: Grażyna Ordęga

I korekta: Ewa Popławska, Elżbieta Jurczyszyn

II korekta: Redaktornia.com

Projekt okładki: Olga Bołdok

Zdjęcie na okładce: Fotolia

Skład i łamanie: IT WORKS/itworks.net.pl

© 1990 by Diana Palmer

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2009

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A. Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych - żywych i umarłych - jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Druk: CPI Moravia Books

ISBN: 978-83-276-2401-7 (cała seria) ISBN: 978-83-276-2421-5 (tom 20) Indeks: 411604

Wydawca kolekcji:         HarperCollins Polska sp. z o.o

±HarperCollins/4)/.<Å«- ul« Starościńska IB lokal 24-25 02-516 Warszawa www.harpercollins.pl

Partner kolekcji:

EDIPRESŚE

Ediprcsse Polska S.A. ul. Wiejska 19 00-480 Warszawa

CMV72

BIURO OBSŁUGI KLIENTA czynne: pn.-pt. w godz. 8.00-17.00 c-mail: [email protected] tcl.: 22 584 22 22

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Siwowłosy mężczyzna splótł dłonie i oparł je na blacie biurka. W jego zmrużonych niebieskich oczach malował się upór.

Hunter także nie był szczególnie ustępliwy z natury. Zdarzało się już, że nie podobało mu się wyznaczone przez szefa zadanie, ale dotychczas Eugene Ritter zgadzał się ostatecznie zlecić je komuś innemu. Tym razem jednak było jasne, że nie zamierza ustąpić. Phillip Hunter wiedział to od chwili, gdy przekroczył próg jego gabinetu.

Rzecz jasna, musiał chociaż spróbować się wykręcić. Nie bał się konfrontacji - był do takich starć przyzwyczajony. Od przeszło dziesięciu lat pełnił funkcję szefa bezpieczeństwa firmy Ritter Oil Corporation i zdążył już przywyknąć do radzenia sobie z najróżniejszymi przeciwnikami, od zwykłych złodziei po szpiegów przemysłowych, którzy usiłowali ubiec Rittera i położyć łapska na odkrytych przez jego pracowników nowych złożach metali o strategicznym znaczeniu.

- Pustynia to nie miejsce dla kobiety - powiedział w końcu do siedzącego naprzeciw niego niemłodego już dżentelmena.

Wygodnie rozparty na krześle, ubrany i uczesany jak człowiek białej rasy, Hunter wyglądał jednak równie groźnie jak jego przodkowie, wojownicy z plemienia Apaczów.

Miał ciemną skórę, a pociągłą twarz o wąskich ustach i błyszczących, niemal czarnych oczach okalały kruczoczarne włosy. Był bardzo wysoki i umięśniony. Nawet pod idealnie skrojonym szarym garniturem rysowała się jego potężna muskulatura wypracowana podczas wielogodzinnych ćwiczeń. Zanim zaczął pracować u Rittera, służył w Zielonych Beretach, był najemnikiem w wojsku, a przez krótki czas był nawet zatrudniony w CIA. Stał się specjalistą od broni ręcznej i dorobił się czarnego pasa w karate. Miał trzydzieści siedem lat, był kawalerem i z natury samotnikiem. Ten stan rzeczy najzupełniej mu odpowiadał i nie zamierzał go zmieniać. Nie miał również ochoty wlec się za Jennifer Marist do Arizony tylko dlatego, że Eugene musiał akurat jej zlecić przeprowadzenie wstępnych badań geologicznych na tym terenie. Seksowna pani geolog nieodmiennie grała mu na nerwach. Wiecznie pakowała się w jakieś kłopoty, a potem się okazywało, że to właśnie on musi ją z nich wyciągać.

Ostatnio, wykonując swoją pracę, naraziła się na groźby ze strony agentów obcego wywiadu. Zaledwie przed kilkoma miesiącami, dzięki zasadzce urządzonej w jej mieszkaniu, zdołano ująć dwóch spośród nich, trzeci jednak wciąż pozostawał na wolności.

Hunter i panna Marist znali się od dawna. Współpracowali więcej razy, niż on by sobie tego życzył, niejednokrotnie skacząc sobie do oczu. I zawsze między nimi iskrzyło. Phillip nie miał najlepszego zdania o białych kobietach, choć musiał przyznać, że ta była wyjątkowa, inteligentna i niezwykle piękna - subtelna blondynka o delikatnych rysach twarzy. Łatwo można było stracić przy niej głowę.

-Jennifer jest fachowcem - odparł spokojnie Eugene - jednym z moich najlepszych geologów. Muszę jednak

zapewnić jej dobrą ochronę. Możemy trafić na naprawdę duże złoże, a ja potrzebuję zastrzyku gotówki.

- Mógłbym wysłać z nią któregoś z moich ludzi - zaproponował bez większej nadziei Hunter.

— Nie ma mowy. Raz już omal nie doszło do tragedii. Chcę jej zapewnić maksimum bezpieczeństwa, a to znaczy, że pojedziesz ty.

- Nie przepadamy za sobą - odrzekł Phillip z przekąsem. - Czyżbyś tego nie zauważył?

- Nie każę ci za nią przepadać. Masz ją tylko chronić i dopilnować, żeby nikomu nie udało się wykraść jej map ani wyników analiz - oznajmił Ritter. - Chodzi o tereny w Arizonie, niedaleko rezerwatu Apaczów. Będziesz mógł przy okazji odwiedzić dziadka.

- Ale nie muszę w tym celu holować za sobą jasnowłosej ślicznotki - odparł zimno Hunter.

-Jennifer jest geologiem - przypomniał mu tamten spokojnie. — Jej uroda nie ma tu nic do rzeczy. Na miłość boską, pracuje u nas kilka kobiet i ze wszystkimi jakoś się dogadujesz, tylko z jedną Jennifer nie. Dlaczego tak się na nią uwziąłeś?

Na to pytanie szef bezpieczeństwa wołał nie odpowiadać. Przecież nie mógł się przyznać, że najzwyczajniej nie był w stanie normalnie przy niej funkcjonować. Nie szukał romansów, nie był kobieciarzem, ale ona budziła w nim niezdrową wręcz żądzę. Podczas wspólnej misji na pustyni pokusa mogłaby się okazać zbyt silna. A gdyby do czegoś między nimi doszło? Miał swoje powody, by nie lubić białych kobiet i nie chodzić z nimi do łóżka. Mogłoby się to skończyć spłodzeniem dziecka, a jego zdaniem Metysowi niełatwo byłoby odnaleźć swoje miejsce w społeczeństwie. Wiedział aż za dobrze, że świat

Apaczów i świat białych to dwa różne światy i erotyczne sny z piękną Jennifer Marist jako ich bohaterką niczego tu nie zmienią.

— Zawsze możesz zagrozić wymówieniem — poradził z przebiegłym uśmiechem Eugene.

- A czy to coś zmieni? - zainteresował się Hunter.

Ritter tylko pokręcił głową.

- Skoro tak-podsumował jego rozmówca, podnosząc się z charakterystycznym dla niego drapieżnym wdziękiem - to nie będę się fatygował. Kiedy ruszamy?

-Jutro z samego rana. Bilety i voucher motelowy są do odebrania u mojej sekretarki. Będziecie potrzebowali trochę czasu, zanim skompletujecie cały ekwipunek, więc pierwszą noc z konieczności spędzicie w motelu. Polecicie z Jennifer do Phoenix, a stamtąd do Tucson jako mąż i żona. To powinno zmylić ewentualny „ogon” i dać wam trochę czasu na rozejrzenie się po okolicy. Tylko daj o tym znać naszym ludziom w Arizonie.

- Najlepiej zajmę się tym od razu.

- Mógłbyś nie wyglądać na takiego przybitego? - spytał groźnym tonem Eugene. - Taki stan osłabia morale!

- To przestań mnie wysyłać z Jennifer Marist.

-Jesteś jedynym facetem w tej firmie, który by na to narzekał.

- Ja jestem Apaczem - odparł cicho z dumą Hunter. - A ona jest biała.

Szef Ritter Oil Corporation miał za sobą dwa małżeństwa, poza tym znał się na ludziach.

- Rozumiem cię świetnie, ale biznes to biznes. Jakoś to wytrzymasz.

- A co mam zrobić? - mruknął tamten pod nosem. - Sam jej powiesz czy wolisz, żebym ja to zrobił?

- Dla mnie to będzie znacznie większa frajda niż dla ciebie — zaśmiał się Eugene. — Pewnie się zdziwisz, ale wyobraź sobie, że Jennifer uważa cię za aroganckiego, niemiłego typa. Będzie się ze mną wykłócać tak jak ty przed chwilą.

Phillip wcale nie był tym zaskoczony. Miał przeczucie, że pani geolog wołałaby go unikać z tych samych powodów, dla których on unikał jej. Oboje z całych sił bronili się przed wzajemnym zauroczeniem. Dlatego od początku odnosili się do siebie wrogo i nieżyczliwie.

- Tylko co z tego, skoro ty i tak nie zmienisz zdania? - westchnął. - Ale jeśli puszczą mi nerwy i upiekę ją nad ogniskiem, nie mów, że cię nie ostrzegałem.

- Dobrze. - W oczach Rittera zamigotały iskierki rozbawienia. - Czuję się ostrzeżony.

Hunter zamknął za sobą drzwi gabinetu i ruszył korytarzem. Minę miał taką zimną i zaciętą, że idący z naprzeciwka mężczyzna, spojrzawszy na niego, błyskawicznie odwrócił się na pięcie, aby go nie mijać.. Większość pracowników firmy starała się nie wchodzić mu w drogę, chociaż z częścią personelu miał względnie sympatyczne układy. Był jedynym kawalerem w firmie, który nie mu-siał opędzać się od kobiet. Bały się go wszystkie oprócz Jennifer, która wiecznie darła z nim koty.

Niech to diabli, wspólny tydzień na pustyni, pomyślał markotnie. Idąc, zapalił papierosa, pierwszego od tygodnia, i wydmuchnął siwy obłoczek dymu. A już się cieszył, że tym razem zdoła rzucić palenie. Znowu zacznie kopcić, a wszystko przez Eugene a. Najchętniej rzuciłby to wszystko w diabły, wrócił do rezerwatu i hodował konie. Z drugiej strony, pewnie po jakimś czasie umarłby tam z nudów. Nie, już on coś wymyśli, żeby przetrwać

ten tydzień z panną Marist. A potem, pewnego pięknego dnia odejdzie, obiecał sobie w duchu, po prostu odejdzie i zostawi Rittera z tym całym interesem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Jennifer dzieliła z pozostałymi geologami pracownię wyposażoną w nowoczesny sprzęt, mapy, wykresy, a także kilka niezbędnych mebli. Bywały dobre dni, kiedy geologom zatrudnionym w Ritter Oil Corporation udawało się nie wchodzić nawzajem w paradę i nie przeszkadzać sobie w pracy nad indywidualnymi i zespołowymi projektami. Niestety, ów dzień do dobrych nie należał.

Znużona chaosem panującym w pracowni dziewczyna naprawdę się ucieszyła, gdy powiedziano jej, że szef firmy, wielki Eugene Ritter, chce się z nią widzieć.

Niespiesznie szła długim przeszklonym korytarzem, podziwiając piękną panoramę miasta Tulsa w stanie Oklahoma i bujną zieleń rosnącą wzdłuż chodników.

Panna Marist miała dwadzieścia siedem lat, ale wyglądała na dużo młodszą. Jej długie jasne włosy układały się w łagodne fale, w jej pełnych życia, przepastnych błękitnych oczach malowała się jakaś sekretna radość. Miała na sobie wełniany biały sweter i proste szare spodnie, ale nawet w tym skromnym stroju wyglądała jak któraś z modelek uśmiechających się z okładek kolorowych czasopism. Przekleństwem jej życia, jak sądziła, było to, że mężczyźni zwracali uwagę wyłącznie na jej twarz, nie dostrzegając osobowości i inteligencji. Na szczęście koledzy z pracowni zdążyli już przywyknąć do jej atrakcyjnego

wyglądu i nie pozwalali sobie na seksistowskie uwagi ani nie witali jej pełnymi uznania gwizdami. Poza tym wszyscy oprócz Jacka byli żonaci, ten jedyny pozostający w stanie wolnym zaś miał pięćdziesiąt sześć lat, był więc dla niej zdecydowanie za stary.

Jenny już dawno zarzuciła myśl o małżeństwie. Oczywiście miło byłoby mieć męża, ale dwaj mężczyźni, których swego czasu była skłonna poślubić, nie pragnęli żony globtroterki. Chcieli miłej kobietki, która siedziałaby w domu, gotowała, sprzątała i wychowywała dzieci. Ona zresztą pewnie nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby trafiła na odpowiedniego mężczyznę, ale tak się nie stało. Latami pracowała na to, by zdobyć wykształcenie, świetnie zarabiała i była jednym z najlepszych fachowców w swojej dziedzinie. Szkoda byłoby to wszystko zamienić na kuchenny fartuch. Z drugiej strony, może po prostu nie poznała mężczyzny, dla którego warto by tyle poświęcić.

Weszła do sekretariatu przed gabinetem Eugenea i rozejrzała się nerwowo, przekonana, że zaraz zobaczy Huntera. Nie było go tam jednak. I chwała Bogu, pomyślała, westchnąwszy z ulgą. Pełnił w firmie funkcję specjalisty od usuwania problemów, a ostatnio trochę się ich pojawiło. Przygotowali razem zasadzkę na szpiegów, którzy usiłowali przechwycić tajne mapy nowych złóż metali o strategicznym znaczeniu. Udało im się wtedy zatrzymać dwóch ludzi, ale nie przywódcę grupy. Hunter winił za to Jenny, podobne jak za wszystko, co poszło nie tak. Może po prostu nie lubi blondynek.

Popatrzyła pytająco na Betty, sekretarkę Rittera, która uśmiechnęła się szeroko i pokiwała głową.

- Wchodź śmiało - powiedziała. - On czeka.

— Hunter też tam jest? — Dziewczyna się wahała.

- Jeszcze nie.

To „jeszcze” zabrzmiało złowieszczo. Panna Marist zapukała, uchyliła drzwi i ostrożnie zajrzała do środka.

Eugene znieruchomiał w swym fotelu i spojrzał na nią z namysłem.

- Chodź, chodź. I przysuń sobie krzesło. Tylko najpierw zamknij drzwi. - Uśmiechnął się. - Co tam u ciebie?

— Może być.

Gdy usiadła, nachylił się ku niej i spytał:

- Smutno ci samej, odkąd Danetta wyszła za mojego syna i wyprowadziła się?

- Brakuje mi jej - przyznała dziewczyna. - To moja kuzynka, świetnie mi się z nią mieszkało. Ale za tamtą gadziną nie tęsknię wcale!

Zaśmiał się.

- Ona natomiast na pewno za nią tęskni. Teraz iguana jest u nas. Mój najmłodszy syn, Nicky, jest nią oczarowany. Za to Cabe proponował Danetcie, że może w każdej chwili ją wypchać.

Jenny ukryła uśmiech. Wszyscy wiedzieli, że starszy syn szefa czuje niepohamowaną awersję do stworzeń pokrytych łuskami. Szczególnie nie znosił iguany o imieniu Norman. Pani geolog z czasem przywykła do obecności wielkiego jaszczura w domu, ale bez niego mieszkało się znacznie wygodniej.

- Mam dla ciebie propozycję - oznajmił nagle Ritter. - Chcę, żebyś przeprowadziła badania pewnej działki w Arizonie.

Panna Marist zbladła.

- W Arizonie? Na pustyni?

- Zgadza się. Cicho tam. Spokojnie. Ładne krajobrazy.

- Grzechotniki! Ludzie w terenówkach wymachujący strzelbami! Indianie!

- Ciii! Bo Hunter cię usłyszy - zgorszył się szef.

Rzuciła mu gniewne spojrzenie.

- Nie boję się go. Boję się za to innych Apaczów, tych, którzy dla nas nie pracują.

- Posłuchaj, Apacze już nie grasują w tej okolicy. Minęły lata, odkąd ktoś zginął od ich strzały.

- Niech Hunter jedzie.

- Oczywiście, że pojedzie - zapewnił Eugene Ritter. - Cieszę się, że ty też uważasz go za idealnego kandydata do tej misji. Dotrzymacie sobie towarzystwa. Będzie cię ochraniał, a ty wybadasz, co i jak.

-Ja? Sama na pustyni z nim przez kilka dni i nocy? - Aż ją zatkało. — Nie może mi pan tego robić! Przecież my się pozabijamy!

— Bez przesady. Po tym, co zdarzyło się przed miesiącem, nie możemy ryzykować. Przywódca tamtych dwóch typów wciąż jest na wolności. Dlatego chciałbym, żeby-ście co wieczór przenosili się z obozowiskiem. Drugiego dnia pojedziecie na miejsce docelowej lokalizacji. Pokażę ci ją na mapie. Ale nikomu ani słowa.

- Nawet Hunterowi? - spytała.

- On i tak wszystko wie.

- Na pewno tak mu się zdaje - przyznała kwaśno. - Założę się, że to on wynalazł proch...

- Przestań. Jesteś podwładną, a ja szefem. Złóż wymówienie albo zacznij się pakować.

Uniosła dłonie w geście bezradności.

- Płaci mi pan po królewsku, a potem straszy nędzą. Co to za wybór?

Uśmiechnął się do niej.

-1 dobrze. Hunter nie gryzie.

— Mam pokazać ślady zębów? - zripostowała. - Myśla-łam, że mnie rozszarpie, kiedy tamten agent nam uciekł. Phillip oznajmił, że to moja wina!

— Jakim cudem?

- Nie wiem, ale właśnie tak powiedział. Czy to koniecznie musi być on? Czemu szef nie pośle ze mną tego przesympatycznego Malory ego. Bardzo go lubię.

- Właśnie dlatego z tobą nie pojedzie. Hunter może nie jest miły, ale zachowa cię przy życiu i ochroni moją inwestycję. W jego fachu nie ma lepszego.

Niechętnie przyznała mu rację.

- Dostanę dodatek wojenny?

- Słuchaj albo wyjdź.

— Tak jest. — Miała rezygnację wypisaną na twarzy.

— To czego szukamy? Ropy? Molibdenu? Uranu?

- Ropy naftowej najlepiej szukać w zachodnim Wy-omingu — przypomniał. — Kolorado i południowa Arizona to molibden. Dlatego tam cię posyłam. Molibden. I może złoto.

Zagwizdała cicho.

- Szykuje się ciekawa ekspedycja.

- No to już wiesz, czemu chcę ją zachować w tajemnicy. Stworzycie z Hunterem dobry zespół. Nie muszę się bać przecieków. Ogarnij się, żebyś jutro o szóstej była gotowa do wyjazdu. Twój opiekun po ciebie przyjedzie.

- Mogę sama dotrzeć na lotnisko - zaproponowała szybko.

- Boisz się go? - zadrwił rozbawiony Ritter.

- Nie. Oczywiście, że nie - odparła gniewnie.

— To dobrze. Będzie się tobą opiekował. Bawcie się dobrze.

Jennifer inaczej wyobrażała sobie dobrą zabawę. Na myśl o pustynnym wypadzie z Hunterem ogarniała ją zgroza.

Kiedy wróciła do pracowni, czekało tam na nią dwóch kolegów.

-1 co? - spytali zgodnie. - Molibden? Uran? Nowe złoże ropy?

-Jeśli marzycie o drugim Spindletop, to nic z tego - odparła z szerokim uśmiechem. - Nie martwcie się zatem, że ominie was chwila sławy. Może po prostu jego zdaniem zasłużyłam na urlop. - Zabawnie unosząc brwi, dodała: — Bądź co bądź on doskonale wie, kto tu odwala całą robotę.

Jeden z kolegów rzucił w nią zwiniętą mapę. Złapała ją i odłożyła za stół kreślarski. Kiedy po przerwie na lunch wracała do budynku, wpadła na zimnego, wściekłego Huntera.

Na sam jego widok dostawała gęsiej skórki. Miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, był atletycznej budowy, lecz mimo to poruszał się niezwykle lekko. Ściągał spojrzenia kobiet nie tylko swoim posągowym wyglądem. Paradoksalnie pociągała je również jego arogancja, zwyczaj patrzenia na wszystkich z góry. Spoglądając na pociągłą śniadą twarz o głęboko osadzonych oczach, wydatnych kościach policzkowych i wąskich, zdradzających okrucieństwo ustach, nietrudno było wyobrazić go sobie w stroju wojennym Apaczów, z barwnym pióropuszem na głowie. Jenny dziękowała Bogu, że był dwudziesty wiek i biali zdążyli już zawrzeć pokój z Indianami. W każdym razie z większością, bo ten konkretny Apacz zachowywał się tak, jakby nic nie wiedział o podpisaniu traktatów pokojowych.

Gdy pochmurne spojrzenie jego czarnych oczu zatrzymało się na niej, przypomniała sobie swoją niewybaczalną gafę popełnioną w pierwszych dniach pracy w tej firmie, gdy powitała go uniesieniem ręki i donośnym „howgh!”. Nauczyła się wtedy, że lepiej z Huntera nie żartować.

Przywitała się uprzejmie i chciała go wyminąć, ale zastąpił jej drogę.

- To był pomysł Eugenea czy pani?

-Jeśli ma pan na myśli pustynny wypad survivalowy, to zapewniam pana, że perspektywa wspólnego wyjazdu wcale mnie nie zachwyca. Gdybym miała wybór, wołałabym zabrać ze sobą iguanę imieniem Norman niż pana. To zwierzę ma milsze usposobienie, nie przeklina i nigdy mnie nie obraża.

Phillip, rzecz jasna, nawet się nie uśmiechnął. Może po prostu nie potrafi, pomyślała, przyglądając mu się. Może ma na twarzy warstwę plastiku, który popękałby, gdyby on spróbował unieść kąciki ust. Zdławiła nerwowy chichot.

- Coś panią bawi? - spytał.

Ton jego głosu ją zmroził.

- Ależ skąd, panie Hunter - zapewniła. - Muszę wracać do pracy. Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu...

- Mam coś przeciwko odgrywaniu roli anioła stróża niezrealizowanej modelki — wycedził.

- Obraża mnie pan. Mogłabym panu odpłacić tym samym, gdybym chciała, ale nie chcę — odparła chłodno. -Jestem magistrem geologii. Mój wygląd w żaden sposób nie wpływa na moją inteligencję czy umiejętności zawodowe.

- Ciekawe, że wybrała pani typowo męski zawód.

się panu tłumaczyć - ucięła. - Nie prosiłam oto zlecenie ani go nie wybierałam. Jeśli potrafi

pan namówić Eugene a, żeby wysłał kogoś innego, będę panu szczerze wdzięczna.

— Twierdzi, że nie ma lepszego geologa.

-    Pochlebia mi to, ale to nie do końca prawda. Akurat nie ma pod ręką nikogo innego.

-    A szkoda.

Wyprostowała się, lecz mimo to czubkiem głowy sięgała mu zaledwie do podbródka.

-    Dziękuję za miłe słowa. Szkoda, że nie odróżnia pan kwarcu od diamentu, bo mógłby pan sam zająć się wszystkim!

Z kamienną twarzą przesunął spojrzeniem po jej ciele.

-    Przyjadę po ciebie jutro o szóstej. Nie każ mi czekać, dziewczyno z okładki.

Odszedł, zanim zdążyła oprzytomnieć i powiedzieć mu, co o nim sądzi. Wróciła do pracowni czerwona na twarzy i z płonącymi oczami, poniewczasie obmyślając kąśliwe riposty.

Wyciągnęła mapy południowej Arizony. Okolica była typowa: góry i pustynia. Jenny miała mapy topograficzne, ale musiała sporządzić własne, znacznie bardziej szczegółowe. Potem będzie mogła wytypować jeden niewielki obszar, który zostanie poddany przez resztę zespołu dalszym badaniom. Na miejsce uda się grupa techników, by przeprowadzić badania sejsmiczne oraz inne, bardziej detaliczne analizy, między innymi składu powietrza. Być może trzeba będzie wykonać nawet kosztowne zdjęcia satelitarne.

Na początek najważniejsza była jednak praca w terenie. Graniczył on z jednej strony z gruntami rządowymi, z drugiej zaś z rezerwatem Apaczów, który stanowił suwerenne państwo w państwie, z własnym rządem i prawami.

Prowadzenie tam jakichkolwiek badań wymagałoby wystąpienia o oficjalną zgodę. Ritter miał nadzieję znaleźć wąski pas ziemi niczyjej między terytorium rządowym a ziemiami Indian. Trzeba przyznać, że szef miał dobrego nosa. Inni starzy wyjadacze mawiali, że potrafi bez pudła wyniuchać ropę i złoto, a co dopiero molibden.

Jennifer zabrała potrzebny sprzęt i pojechała do domu. Przy kolacji rozpamiętywała rozmowę z Hunterem. Jasne, nie lubi jej, ale to nie powinno wpływać na ich służbowe relacje. Z innymi kobietami w firmie jakoś się dogadywał.

—    Może to przez moje perfumy — mruknęła i roześmiała się.

Pomyślała, że po prostu musi mieć w sobie coś, co go irytuje. Zapałał do niej niechęcią, gdy tylko ją zobaczył. Aż nazbyt żywo pamiętała tamtą chwilę.

To był jej pierwszy dzień w pracy. Jako świeżo upieczony magister geologii od razu dostała fantastyczną posadę w Ritter Oil Corporation, jednej z największych firm w kraju zajmujących się poszukiwaniem ropy naftowej. To dodało jej pewności siebie.

Wyglądała świetnie - lekko umalowana, w białej lnianej garsonce, bladoniebieskiej bluzce i cieniutkich rajstopach na długich, zgrabnych nogach. Jej aparycja zaskoczyła i oczarowała kolegów z pracy. Ją zaś, o zgrozo, zaskoczył i urzekł wygląd Huntera.

Eugene Ritter wezwał go do gabinetu, by ich sobie przedstawić. Jenny znała wówczas tylko jego nazwisko. Gdy wszedł, omal nie zemdlała z wrażenia.

Zachowywał się wówczas chyba jeszcze bardziej nieprzystępnie niż teraz. Miał dłuższe włosy, związane w kucyk na karku. Jasny letni garnitur podkreślał odcień jego

skóry, lecz to jego twarz sprawiła, że panna Marist była w stanie tylko bezradnie się w niego wpatrywać. Patrzyła w osłupieniu na jego śniadą wyrazistą twarz o wydatnych kościach policzkowych, nieprzeniknione ciemne oczy, prosty nos i wąskie wargi nawykłe do wyrazu okrucieństwa, które nawet nie drgnęły w uśmiechu. Widziała, jak te oczy nagle się zwęziły i zapłonęła w nich wrogość. Do dzisiaj pamiętała to jego przeszywające, zimne spojrzenie, wyrażające władczość i pogardę. Zupełnie jakby był sułtanem, a ona nowym nabytkiem do haremu, pomyślała gniewnie. W rozmowie z Eugeneem zażartowała, że Hunter byłby idealnym obiektem zainteresowań dla kobiety geologa, bo jest zimny jak głaz. Ritter musiał mu to powtórzyć. Ten żarcik w połączeniu z niewypałem w postaci „indiańskiego” powitania nie mógł nastawić go do niej dobrze. Poirytowany odparł, że nie zainteresowałby się nią, nawet gdyby była ostatnią kobietą na świecie.

Aż dziw, że właśnie on tak serdecznie jej nie znosi, chociaż ona za nim szaleje. Dotąd podobała się jedynie maminsynkom albo niezaradnym facetom potrzebującym wsparcia. Marzyła o silnym mężczyźnie, przy którym mogłaby być sobą, a kiedy wreszcie takiego poznała, nie okazał jej minimum zainteresowania.

Nie miała dość odwagi, żeby zapytać wprost, dlaczego jej nie znosi. Poza tym właściwie nie było ku temu okazji. Tylko raz spędzili parę chwil sam na sam, w dniu, w którym urządzili zasadzkę na niedoszłych złodziei map geologicznych.

Poszli do restauracji z Cabe em Ritterem i jego ówczesną sekretarką, Danettą Marist, kuzynką Jenny. Jennifer z rozmysłem wybrała na ten wieczór seksowną czerwoną sukienkę, żeby zweryfikować opinię Huntera na swój temat.

On jednak ledwie rzucił na nią okiem, więc w sumie mogła oszczędzić sobie fatygi. Kiedy wrócili do jej mieszkania, pierwszy raz mogła podziwiać go w akcji. Z fascynującą łatwością rozłożył na łopatki jednego z napastników i rzucił się w pogoń za drugim, który, uciekając w panice, popchnął dziewczynę na ścianę. O dziwo, Phillip zatrzymał się przy niej i pomógł wstać. Ruszył dalej dopiero, gdy zapewniła, że nic jej się nie stało. Jednakże agent - jak się okazało, przywódca grupy - zdołał zbiec. Ochroniarze zatrzymali trzeciego już na dworze. Hunter był wściekły, ale pomyślała, że po prostu nie przywykł do niepowodzeń.

Jenny pozmywała po kolacji, wzięła prysznic i przebrała się w koszulę nocną. Im szybciej pójdzie spać, tym prędzej przestanie myśleć o tej nieszczęsnej eskapadzie.

Zanim się położyła, przejrzała się w lustrze. Wypatrzyła na twarzy nowe zmarszczki. Miała już dwadzieścia siedem lat. Jeszcze trochę i jej uroda zacznie blednąc. Jedynym atutem w poszukiwaniu męża zostałaby inteligencja, a ta na polu męsko-damskim nie znaczy zbyt wiele. Większość mężczyzn bez wahania zamieniłaby kobietę choćby najbardziej bystrą na piękną. Hunter pewnie lubił takie, które potulnie drepczą za mężem i godzinami przeżuwają skórę, aby ją odpowiednio zmiękczyć, zanim uszyją mokasyny swojemu panu i władcy.

Usiłowała wyobrazić go sobie z kobietą w ramionach i poczuła, że się rumieni. Był najpiękniejszym mężczyzną, jakiego w życiu widziała, i kiedy pomyślała, jak wyglądałby bez ubrania, kolana zaczynały jej mięknąć.

Z gniewnym westchnieniem wślizgnęła się do łóżka. Musi przestać się zadręczać takimi myślami. Ale Phillip działał na nią jak nikt inny. Na jego widok robiło jej się słabo. Pragnęła go, jednak nie była to tylko fizyczna

fascynacja, lecz znacznie więcej. Gdy dowiedziała się, że podczas jednej z misji został ranny, serce jej zamarło. My-ślała, że oszaleje, dopóki nie zyskała pewności, że on żyje i że wszystko skończy się dobrze. Świadomie czy nieświadomie, zawsze szukała go wzrokiem. Powoli zaczynało to graniczyć z nieuleczalną obsesją. Było jej głupio, że beznadziejnie zakochała się w mężczyźnie, dla którego właściwie nie istniała. Powinna wybić go sobie z głowy, ale jak? Jej świat zaczynał się i kończył na Hunterze.

W końcu zasnęła. Spała tak mocno, że rano nie usłyszała alarmu budzika. Do jej świadomości dotarło dopiero donośne pukanie do drzwi. Zerwała się z łóżka zaspana, nie pomyślawszy nawet o narzuceniu szlafroka.

Otworzyła drzwi i zobaczyła Phillipa.

- Samolot odlatuje za dwie godziny. - Sprawiał wrażenie wściekłego. - Za godzinę musimy być na lotnisku. Przecież uprzedzałem, że będę o szóstej.

- Owszem - przyznała z westchnieniem, przyglądając się jego twarzy. - Nigdy się nie uśmiechasz? - spytała miękko.

- Owszem, o ile mam ku temu jakieś powody - odparł sarkastycznie.

- Muszę napić się kawy, bo będę nie do życia.

- Ja ją zrobię. Ubieraj się - rzucił sucho, nie bez wysiłku odrywając oczy od łagodnych krągłości, których zarys nęcił przez cienką koszulę nocną.

- Ale...

- Powiedziałem, idź się ubrać - powtórzył tonem, który w połączeniu ze spojrzeniem błądzącym drapieżnie po jej ciele stanowił ewidentną groźbę.

Czmychnęła z kuchni. Nigdy dotąd nie patrzył tak na nią, ale nie było w tym uczucia, tylko być może żądza.

Założyła dżinsy i różowy bawełniany top, raczej wygodny niż stylowy, do tego sportowe buty. Włosy zostawiła rozpuszczone. Jak się to Hunterowi nie spodoba, zawsze może się poskarżyć.

Kiedy wróciła do kuchni, nalewał kawę do dwóch kubków. Popchnął w jej stronę talerz z apetycznie wyglądającą grzanką, pachnącą masłem i cynamonem.

-    O, nie liczyłam na pyszne śniadanie - powiedziała niepewnie.

-    Trzeba cię podtuczyć - odparł z twarzą bez wyrazu. -Jesteś za chuda. Wcinaj.

-    Dziękuję. - Skubnęła kawałeczek grzanki i upiła łyk kawy, starając się na niego nie gapić, ale nie mogła się powstrzymać, coraz to zerkając w jego stronę.

Prezentował się nad wyraz elegancko w swoich ciemnych materiałowych spodniach i białej koszuli, granatowym blezerze i krawacie w paski. Z krótko przystrzyżonymi włosami i w tym stroju wyglądałby jak zamożny biznesmen, gdyby nie brązowy odcień skóry, kształt oczu i aura groźby, jaką roztaczał. Wzbudzał lęk. Jennifer nawet nie próbowała prowadzić rozmowy. Zabrała się za drugą grzankę.

Hunter wyczuwał jej zdenerwowanie. Wiedział, że to reakcja na jego obecność, ale nie potrafił nic na to poradzić. Musiał trzymać ją na dystans. Nie mógł sobie pozwolić na komplikacje.

-    Przy innych jesteś bardziej rozmowna - zauważył, dolewając sobie kawy.

-    Im więcej osób, tym bezpieczniej - powiedziała, nawet na niego nie patrząc.

On za to spoglądał na nią i czekał, a kiedy wreszcie podniosła wzrok, jej błękitne oczy utonęły w jego czarnych

źrenicach. To jedno spojrzenie wystarczyło, by przyjemna fala przetoczyła się przez jej ciało, a oddech uwiązł w krtani.                                            '

- Bezpieczniej dla kogo? - zapytał cicho, wciąż z twarzą jak wyrytą z kamienia. - Dla ciebie? Kogo ty się boisz, Jennifer? Mnie?

Zgadł, ale nie zamierzała mu tego mówić. Dopiła kawę.

- Nie - powiedziała w końcu. - Chodziło mi tylko o to, że nie jest łatwo z tobą gadać.

Kubek ginął w jego dużej ciemnej dłoni.

- Większość ludzi dużo gada, ale mało mówi - odparł. Przytaknęła, czując, że kąciki ust zaczynają jej drgać. - Znajomy powiedział mi kiedyś, że lepiej trzymać usta na kłódkę i robić wrażenie głupka, niż je otworzyć i rozwiać wszelkie wątpliwości - powiedziała.

Nie uśmiechnął się, ale w jego oczach przez jedną krótką chwilę malowało się rozbawienie. Uniósł kubek do ust i obserwował ją sponad jego krawędzi. Jest cudowna, pomyślał wbrew sobie, zachwycony jej urodą. W porannym świetle zdawało się, że promienieje. Zaczynała budzić w nim uczucia, które wcale go nie cieszyły. Nigdy dotąd nie był zakochany. Nie chciał. W jego branży miłość była niebezpiecznym luksusem.

- Lepiej już chodźmy - ponaglił.

- Racja.