Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Debiutancka książka o młodości, która nie chce się skończyć, i dorosłości, która nie może nadejść. Bohaterowie Czerniawskiego marzą o niezależności, ale są skazani na rzeczywistość wynajmowanych pokoi, ciasnych rodzinnych mieszkań i pracy, która prowadzi donikąd.Trzej bohaterowie żyją obok siebie, nie wiedząc jeszcze o swoim istnieniu. Łączą ich doświadczenie niepewności oraz samotność, wspólne jest też coraz trudniejsze do zniesienia oczekiwanie na moment, w którym wszystko wreszcie się zacznie.
Opowieść o męskości wystawionej na próbę przez niepewność, zależność ekonomiczną i niespełnione oczekiwania. O ludziach, którzy próbują odnaleźć dla siebie miejsce w świecie coraz droższym, bardziej obojętnym i trudniejszym do zamieszkania. O buncie, który łatwo pomylić z wybrykiem.
Są tu piwniczne klitki, pokoje w akademikach, hale fabryczne, osiedla, lasy i jeziora. Po tych przestrzeniach poruszają się doktoranci, robotnicy, marzyciele i lokatorzy. Postaci – głównie współcześni mężczyźni – snują rozmowy o kredytach, odbywają nieudane randki, towarzyszą im codzienna beznadzieja i lęk przed zależnością.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 239
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
1
Lot łabędzia przecina pręgą niebo za plecami nomady. C. siedzi w wieży widokowej. Pod drewnianym sklepieniem jego czerep. Cienie lasu przed nim, refleksy światła słonecznego na wodzie, za jego tępo ciosaną potylicą. Widok z wieży wraz z ruchem kręgów szyjnych. Plaster okienka wycięty w ciemnym drewnie. Klangor żurawi niesie się szeroko, echo pierwotnego świata. C. łapie zanikający pogłos szóstym już chyba zmysłem. Widzimy więżę z lotu ptaka. Obstąpiona wachlarzem listowia drewniana kopuła na tle leśnej scenerii. Delikatne ruchy powietrza. Korpus C. jest nieruchomy, a pustka wokół wyznacza terytorium jego samotności. To złudzenie, że dzieje się w nim albo wokół coś nadzwyczajnego. Choć na pierwszy rzut oka mogłoby się tak wydawać. Odgrywa jedynie rolę opuszczonego przez wszystkich nędznika. Czuje, a raczej wie, że czeka go trywialny los. Zaglądamy przez boczne okienko wieży widokowej. Patrzymy w oczy C. Są spokojne, wilgotne, melancholijne. Nozdrza nadymają się, C. przyjmuje w siebie zapach szuwarów.
2
Otwiera się perspektywa na ponury korytarz. Wodzimy wzrokiem. Bezpłciowo, niemrawo, niemal martwo. Piwniczna szaruga, półcień. Optyczna padlina. B. zamyka za sobą drzwi i zapala światło. Mętny blask ze starej żarówy pod sufitem. Nasze z początku zmrużone oczy, jakby musiały przyzwyczaić się do nieuniknionego, błądzą po omacku. Po chwili wyłapują kilka wiążących szczegółów. Staroświecki wieszak na ubrania w kącie, sflaczała piłka do kosza na tanim regale, zegar ścienny naprzeciwko drzwi wejściowych, który stanął, zanim na dobre wystartował czas. Po obu stronach korytarza ściany obite boazerią. W nich drzwi. Po prawej jedne, po lewej dwoje. Obok każdego skrzydła na podłodze zdezelowane obuwie. Sparciałe lub rozchodzone. Trzy pary. B. zzuwa tenisówki. Otwiera kluczem drzwi wbite w prawą ścianę. Wchodzi do środka, czuje zapach stęchlizny. Otwiera okienko piwniczne nad łóżkiem. Powietrze znad betonowego podjazdu wpływa do pokoju. Miesza się z odorkiem klitki, nie dając ukojenia, a jedynie okraszając zapachową trupiarnię komponentem spalinowym. Na światło słoneczne nie ma tutaj co liczyć. Od czasu do czasu wpływają jedynie czeznące promienie zmierzchu. Dusza B. skrzeczy z tęsknoty za otwartą, jasną perspektywą. Za wolnością, za bezmiarem, za rozległą przestrzenią po horyzont. Dlaczego mi to zrobiliście – myśli sobie. Dlaczego mu to zrobiliście?
3
A. jest jeszcze przed trzydziestką. Mieszka z rodzicami. To norma, fakt trywialny, los powszechny. A. kończy pisać doktorat. Na jednym z kierunków humanistycznych, na jednej z mniej lub bardziej prestiżowych uczelni, w jednym z większych miast Skraju. To przywilej. Chyba jedyny w jego życiu. A. ma dziewczynę, jest w kilkuletnim tak zwanym związku. Ta para to zagadka. Nie wiemy, czy A. ją kocha, brak ku temu stosownych danych. Dlaczego właśnie ona? Dlaczego on dla niej? Czy Ewa naprawdę coś czuje do tego neurotyka? Widzimy A. z profilu. Rysy twarzy sarmackie, skrajne, haczykowaty nos. A. otwiera drzwi swojego pokoju. Po prawej biurko zawalone papierami i książkami, po lewej łóżko. Podążamy za zmaltretowanym ciałem mężczyzny. Ciąży ono w lewą stronę. Perspektywa jest chwiejna. Jak tor myśli w mózgu przepracowanego neuronaukowca. A. pada na łóżko i prawie natychmiast zasypia. Trudy konferencji o posthumanizmie dały mu się we znaki. Dwie noce prawie w ogóle nie spał, tylko rozmawiał do rana i chlał nieszczególnie wyszukany alkohol w towarzystwie takich samych jak on odklejeńców. Śni mu się bioniczna kukła neopapieża, który stał się panseksualnym zwierzęciem na miarę nowych czasów.
4
Przeraźliwy dźwięk budzika z arytmiczną precyzją odmierza takty tortury. B. otwiera lewe oko i wydaje z siebie głuchy jęk. 5.30 rano. Czas wstawać. B. kuli się z rozpaczy. Histerycznym ruchem naciąga sobie kołdrę na głowę. Wystaje tylko kępka nastroszonych włosów. Widzimy jego biedny korpus z góry. Ledwo widoczny zarys ciała w pozycji embrionalnej odznacza się subtelnie na powierzchni pierzyny, ponieważ B. owinął się nią szczelnie. Niczym łaknący ciepła osesek scalił skórę z macierzą pościeli. Stworzył sobie kokon kukolda. To nie potrwa jednak długo. Za chwilę nastąpi poród. B. wstanie z łóżka z zaklejonymi półsnem oczętami, odsłoni roletę okienka i spojrzy na płaszczyznę podwórza, mając przed sobą ziemię tego świata dokładnie na wysokości brody. Następnie zrobi sobie śniadanie, w popłochu wykona poranną toaletę, wypełznie na chybcika z nory. Kierunek: północny zachód. Słowa klucze: wachta, robocizna, bezprzykładny zapierdol.
5
Uf, jak gorąco, puf, jak gorąco. On sapie, on rzęzi, pot ciurkiem mu spływa po nabrzmiałej grdyce. Tam huczy, tam buczy, tam wyje jądro maszyny. Półnagi stoi z maską ochronną na twarzy wewnątrz wielkiej hali, w której centrum, Potwór Produkcji, dygocze z rumorem. Złośliwy mechanizm tłoka ponownie się zaciął. Mimo to maszyna pracuje ze świstem. Rezonuje znajomym rzężeniem i wypluwa z siebie odpowiednie formy. Tak mieli, tak ślini, rozgniata i zgniata stalowym miechem potężny Lewiatan. B. haruje w rozżarzonej scenerii, za towarzystwo mając to monstrum stalowe i myszy po kątach jątrzone szaleństwem. Jako jedyny potrafi obsłużyć Lewiatana. Wymienić części, wymierzyć wskaźniki, dokręcić potrzebne śruby. Tak by bydlę produkowało bez zakłóceń. Zadośćuczynić jego nienasyceniu – to misja B. Jego posługa, powinność, na długie lata bezlitosny kierat.
6
B. wraca z pracy nocnym autobusem. Podążamy za jego spracowanym ciałem uwięzionym w pojeździe komunikacji miejskiej. Inna maszyna, nie na szynach. Ta go jednak mniej niewoli. Jakby na to spojrzeć łaskawym okiem, mogłoby się nawet wydawać, że jest czymś niemal przyjaznym, a przynajmniej neutralnym. Uwozi zmordowane ciało z dala od kieratu. Uchyla okienko na perspektywę ciepła, odcięcia, spoczynku. Uwodzi obietnicą spokoju, namiastki domu. Nic to, że nora. Nora przyziemna jest i ciemna. Ciasny to, ale własny kąt. Zna go jak dziurę we własnej kieszeni. Mózg prędko przyzwyczaja się do spartańskich warunków. Ciało grzęźnie w ciasnocie i nędzy. Przywyka się i znika. B. wcale już o tym nie myśli. Tym bardziej teraz, gdy widzimy jego otępiałe oblicze en face. Boleśnie znajoma ilustracja. Mięśnie rozwalcowane, mózg wykolejony.
7
A. śni o własnym mieszkaniu. Mieszka w nim ze swoją dziewczyną. Urządzili się wedle własnego widzimisię. Sprowadzili potrzebne graty, zaszczepili pożądaną aurę. Tworzą własną opowieść o szczęściu. To ich prywatne M4. W snach nie istnieją kredyty. Nie muszą spłacać banksterskiego haraczu onirycznej centrali. Jest im dobrze i przytulnie. Są bezpieczni, otwarci, niemal zaspokojeni. Ognisko domowe nie produkuje usterek. Nikt i nic nie nastaje z zewnątrz na ich dobrostan. Wszystko gra, życie jest błogim i wiekuistym snem farciarza. Jednak A. gwałtownie się budzi. To tylko kolorowy sen. Co nam się rzuca w oczy? Jego spragnione oblicze. Suchy i wyjałowiony, wolałby być zlany potem. Jawa jest zaprzeczeniem komfortowego życia, raz po raz powracającym koszmarem. On leży w łóżku, w mieszkaniu będącym własnością jego rodziców, bez nadziei na wyprowadzkę w najbliższym czasie. Zostanie tu, będzie zależny, zgnije. W najbliższym czasie nie wybije się na niezależność. Rok? Kilka lat? Dekada? Może dłużej. A. przeżywa coś w rodzaju ataku paniki. Jego ciało drży, wybałuszył dziko oczy, cichutko łka do wewnątrz. Mocno zaciska szczękę i zwieracze, klatka piersiowa unosi się i opada. Niejako na finał spazmatyczny szloch.
8
C. robi uniki, wycofuje się, ucieka. Ma naturę eskapisty. Kiedyś studiował, teraz udaje, że pracuje. Zmienia prace jak rękawiczki albo pracodawcy z dnia na dzień nie potrzebują jego bezwstydnie obnażonych rąk. C. często jest spóźniony lub przychodzi za wcześnie. Prawie nigdy w punkt. Jest człowiekiem, któremu brakuje ogłady, taktu, pewności siebie. Zazwyczaj nie potrafi się odpowiednio zachować w sytuacjach, które wymagają trzymania się konwenansu za wszelką cenę. Nie umie rozmawiać z ludźmi w ten sposób, by nie czuć dyskomfortu. Uważa, że język w gębie najlepiej trzymać za zębami. Wrażenie przeciekania życia między palcami to źródło jego cichej rozpaczy. Widzimy strapione oblicze w świetle ulicznej latarni. Groteskowy widok. Jak zmokły bażant. C. włóczy się ulicami wymarłego miasta niczym podróba flâneura. Po prostu nie chce wracać do wynajmowanego pokoju w mieszkaniu lokatorskim. Ludzie, z którymi mieszka, męczą go i smucą. Był na rozmowie kwalifikacyjnej, której rezultat jest mu najzwyczajniej obojętny. Ma ochotę pobyć ze swoim tumiwisizmem sam i jak najdłużej. Po prostu nie chce wracać do wynajmowanego pokoju w „siedzibie gołodupców”.
9
B. chodzi na walki MMA albo na pokazy zabytkowych aut. Dwie jego koronne rozrywki. To drugie jest prawdziwą pasją, pierwsze rozgrzewa w nim krewkiego łobuza. Samochody dają relaks, naparzanka – adrenalinę. Gdy widzi lśniącego odpicowanego Chevroleta, jego dusza śpiewa. Chłonięcie mordobicia to pomysł na odreagowanie, a zarazem zinternalizowanie zachwytu, nadanie mu bardziej „męskiego” odcienia. Z modelem pięknego auta relacja jest prywatna, intymna, niemal płciowa. To na wskroś podniecające, ale w krótkiej perspektywie nieosiągalne marzenie. Na MMA chodzi dla publicznego spektaklu. Ma nadzieję na zapierające dech w piersi widowisko w tłumie podobnych mu nadpobudliwych samców. Mają się spalić w zbiorowym akcie agresji, rozkręcić w tumulcie, zniszczyć do cna swą chłopięcość. B. wrzeszczy dwadzieścia metrów od klatki, w której dwóch gladiatorów pierze się do krwi. Właściwie nikomu nie kibicuje. Wynik walki jest mu obojętny. Liczy się aura kontrolowanej zadymy. Patrzymy w jego rozognione oczy. Chciałoby się w nich widzieć pustkę. Przeciwnie. To wzrok roztropnego zwierzęcia.
10
A. je niedzielny obiadek z rodzicami. Jego dziewczyna współuczestniczy w tym cotygodniowym rytuale. Oboje czują niesmak. A. jest zarzucany idiotycznymi pytaniami, Ewa zaś ignorowana. Nie przeszkadzałaby jej ta niewidoczność, gdyby wszystko odbywało się naturalnie. Ma jednak wrażenie, że jest celowo pomijana w rozmowie. To demonstracja niechęci ze strony rodziców A. Tak jej się przynajmniej wydaje. Choć oni nigdy wprost nie dali jej do zrozumienia, że jest kawałkiem gówna, to zarazem nigdy nie wyrazili jawnej akceptacji ich związku. Czuje tę niechęć podskórnie. Na skórze gęsia skórka, pod pachami zimny pot. Widzimy ją en face. Drgnięcie rzęs, jakby zaraz miała uronić łzę. Nie patrzy na A., choć ten szuka jej wzroku. A. boi się swoich rodziców. Jednocześnie uważa, że ich kocha. To z kolei uporczywa praca rojenia.
11
C. leży pod drzewem, pod głową mając czarny plecak. Leśna polana, półtony wiatru, spokój. Patrzymy na nieruchome ciało C. z lotu ptaka. Jest śmiesznie małe; bezwładne i niewyraźne. Wygląda idiotycznie. Pajac, strach na wróble, bioniczna kukła. Nieludzki obrazek. Powinniśmy wedrzeć się do wnętrza jego czaszki lotem błyskawicy i zrobić z nią porządek, odcyfrować szajbę jego jaźni. Być może tam dzieje się ciekawe. Wzniosłe myśli przeplatają się z szarżami nieokiełznanej wyobraźni. Klucz do zagadki człowieczeństwa leży na wyciągnięcie języka? C. cichutko pierdzi. Przykry swąd oplata jego sylwetkę niewidzialną chmurką. Odór wędruje ku górze. Najpierw zahacza o jego nozdrza, następnie wzbija się wyżej, by na koniec spowić koronę drzewa. Czyżby zwiędło parę listków? Gazik zrazu prędko ulatuje w bezdeń atmosfery. Błogie chwile na łonie natury – kontynuacja. Tych chwil będzie od groma. C. jest beneficjentem takiego stanu rzeczy. Smakosz.
12
C. zatrudnił się jako listonosz. Jego opinia: To kolejne absurdalne zajęcie, którego się podjąłem, będąc człowieczkiem w desperacji. Brakowało mi siana. Dorwałem się do spróchniałego żłobu, ale nadal jestem golcem z niepodtartym kuprem. C. siedzi na ławce żywo usianej kleksami ptasiego ekskrementu. Jest pogodny dzień w środku lata. Dostał dziś, o ironio, niewiele przesyłek do doręczenia. To nie zdarza się często. Zazwyczaj jest zawalony papierowym śmieciem pod korek. Dzisiaj inaczej, dziś jest oddech, dziś otwiera się szansa na leniwe popołudnie bajkonura, klauna, praszczura. „Słoneczne eldorado”. Cyrk na kółkach? C. czyta książkę. Za akompaniament służy śpiew ptaków z przedmieść nadętych okruchami z bezpańskiego koryta. Szuka zdrowia w lekturze i pozornej bezczynności. Praca jest dla niego jednym z przejawów choroby, zwyrodnieniem na tkance czasu. C. rozciąga przerwę pracowniczą do rozmiarów błazeńskiej nieprzyzwoitości. Dopiero uczy się, jak obchodzić pryncypia pryncypałów... To mało pojętny żak.
13
B. cierpi. Nikt tego nie zauważa, nie wie tego on sam. W targającym nim kłębowisku codziennych lęków nie rozpoznaje swojej psyche. Wytwarza obraz siebie jako zniekształcającą iluzję. Nie rozumie sygnałów wysyłanych mu z otoczenia, nie łapie nowoczesnych dogmatów, nie zna kodów współczesności. Mentalem zanurzony jest w starym dziadowskim świecie, pragnieniem – w tym, czego jeszcze nie doświadczył, co zresztą nie ma prawa nadejść. Możemy to nazwać rozdarciem numer jeden, podstawowym. B. ma aspiracje posiadacza i kreatora własnej egzystencji, ale musi się zadowolić konsumpcją i pracą najemną, choć na niezłych warunkach. Czasem mierzi go, że tkwi w jednym i tym samym, nieznośnie opatrzonym miejscu, robiąc swoją robotę, a krawaciarz w biurze na górze wydaje mu polecenia i myśli, dajmy na to, o nowo nabytym Lambo. Rozdarcie numer dwa, klasowe. Kobiety, które go pociągają, szukają już nie gości z kasą albo nie tylko, ale wyrazicieli pewnych zdroworozsądkowych postaw. Opiekuńczość, odpowiedzialność, partnerstwo i tym podobne. Mężczyzn zdaniem B. „zmiękczonych”, „pedałów”, „siusiumajtków”. B. z tego tytułu jest permanentnie rozdrażniony, nieswój, sakramencko zeźlony. Rozdarcie numer trzy, libidynalne. B. szuka rozładowania napięcia, rosnącej w nim nieznośnej frustracji w sięganiu łakomą myślą do rezerwuaru przebrzmiałych wartości; „prawdziwych treści politycznych” w internecie, szemranych autorytetów rodem z najgorszych w sieci contentów, erotycznych uniesień na pornograficznych portalach. Wszystko to, cały kompensacyjny amalgamat, czyni jego rozdarcie jeszcze bardziej dojmującym.
14
C. wchodzi po schodach. Stara się przemknąć jak cień. Nie zbudzić właścicieli i współlokatorów. Podkraść się, uniknąć konfrontacji, nie być zauważonym. To jego taktyka. Wyplątać się z sieci cudzych uważności. Właściciele mieszkają na dole (wszystkowiedzące krety), oni (lokatorzy gołodupcy) mają dla siebie całą górę. Kiedyś, żeby dostać się na górę, trzeba było wejść od frontu i zahaczyć o mieszkanie „starszych państwa”. To na szczęście przeszłość. Teraz mają do dyspozycji schody wbudowane w boczną ścianę domu i osobną furtkę. Oczywiście właściciele mogą filować z okien i niejako zza firanki kontrolować teren. Co często im się zresztą zdarza. Natomiast osobne wejście to pewien „luksus” najemców, szczodrobliwość serca starszych państwa, ich łaska, która na pstrym gniadoszu śmiga. C. myśli o nich z niesmakiem. Widzimy jego skwaszone oblicze w półmroku, na szczycie schodów. Pyłek w perspektywie kosmicznej. Zasępiona facjata abnegata. Szczeknie zły pies, zaskrzeczy gniewnie pomylony gawron, w oddali zaturkoce kolejka. Dzień chyli się ku końcowi, zawiązują się kontury nocy. Za moment C. otworzy drzwi. Ciii...
15
Mieszkanie rodziców A. ma dwa pokoje, a raczej jeden (pokój A.) plus mikrosalon. Oprócz tego są jeszcze sypialnia rodziców, kuchnia, niewielka łazienka. Pięćdziesiąt pięć metrów kwadratowych. Mysia perspektywa. Gnieżdżą się, pokutują za nie swoje grzechy, ich ciała obleka opar z syntezy wyziewów. Hiperstężenie niestrawnej atmosfery. Procesy spalania, szał gotowania. Męka wydalania jako obrzydliwy deser. Sedes przytłoczony ciężkością i ciepłem czterech liter produkujących żwawo masę kałową. Przed powszedniością nie ma się jak schować. A. jest skazany na właściwości M4 rodzicieli. To wieloletni wyrok. A. duma o odsiadce i niesprawiedliwości dziejowej na muszli klozetu. Okupuje terytorium familijnego sracza od dobrych dwudziestu minut. Mości żwawo półdupki, by lepiej mu się myślało. Zaprzągł do nadchodzącej refleksji całą nabytą w toku nauki teoretyczno-neurotyczną sprawność i sprawczość. Spoglądamy na jego czerwoną z wysiłku twarz. Zaciśnięte szczęki, wybałuszone oczy. To oblicze męczennika! Jego skroń pulsuje z wysiłku. Niech ta nieznośnie napięta guma wreszcie pęknie. Nie możemy znieść tego widoku. Lada chwila nastąpi przesilenie. Pluk! Wraz z opróżnieniem jelit nadchodzi iluminacja: Za kwartał opuszczę kwadrat lub dożywocie.
16
B. wyszedł na fajkę z kolegami z pracy, chociaż nie pali. Dla towarzystwa. Nie chce im się tyrać. Każdy z nich podkreśla ten fakt, okraszając swoją wypowiedź wulkanicznym bluzgiem. Wesoło im i dobrze. Fajnie buja słońce. Mogą się wyżyć na krwiopijcy. Słusznie czynią, bo lepiej w ten sposób niż w ogóle. Spotwarzyć pryncypała – to przecież rozkosz. Rozładować napięcie i z powrotem na pokład. Potem rozmowa schodzi na bardziej przyziemne, a nawet przygruntowe treści. Tokują o kwadratach. Ten i ów wziął kredyt na mieszkanie. Łożą po pół miesięcznej pensji albo i więcej. Są jednak pogodzeni z takim stanem rzeczy. Mają nadzieję na przyszłość bez haraczu. Szczęście i spokój na wyciągnięcie kilkudziesięciu rat. Na przestrzeni kilkunastu lat. Każdy z tych gamoni na różne sposoby racjonalizuje swój los. Bezlik argumentów za, a nawet przeciw. B. prawie nic nie mówi. W nim się przewala. Mieszanina lęku i nadziei.
17
A. śpi niespokojnym snem. Antyteza niemowlaczka. Już dawno wyrósł z krótkich portek, ma teraz przydługi oddech. Przeciąga go w nieskończoność. Obraz z góry: kilkadziesiąt funtów strwożonego mięsa pod kołderką. Widzimy jedną stronę napuchniętej twarzy, prawy policzek. Odgłos chrapania. To rodzice w sypialni. Przytłumione rzężenie. Też śpią. Raz jedno chrapnie, raz drugie. Czasem synchronizacja. Zlewa się to z uporczywym nosowym brzęczeniem dochodzącym z pokoju B. Muzyka śluzówek, praca ślinianek, kontruderzenie gardzieli. W mieszkaniu ciemno, tu i ówdzie przemknie świetlny refleks miasta po ścianie. Poza tym grobowiec na głucho zamknięty. Wiatr dziko hula po gzymsie. Na zewnątrz alert RCB w fazie materializacji. Mieszkańców szarych dzielnic mało obchodzi praca służb porządkowych. Panuje zbiorowa hipnoza. Gdyby ktoś się zakradł do mieszkania rodziców B., zobaczyłby: kiszkowaty korytarz, po prawej drzwi do łazienki, na wprost mikrosalonik z wysłużoną kanapą, za telewizorem wnękę prowadzącą do kuchni. Tylko na pierwszy rzut oka nuda i spokój. Alert!
18
W niedzielę B. nie wie, co ze sobą zrobić. Ma skuter w garażu „dobrych państwa”. Mógłby pojeździć. Pogoda jednak nie sprzyja. Jest więcej niż pod kundlem. Leje rzęsiście deszcz, wieje obłędnie wiatr, szaruga nasyca mdłym odcieniem odruchy wymiotne nieba. Rezygnacja to wszystko, co można w takich warunkach zrobić, a raczej nie robić niczego, kolego. Widzimy B. w pozycji horyzontalnej, leży na wyrku niczym bezużyteczny pajac. Nieruchomy, bezmyślnie trzeźwy, z przygnębiającą miną mruka. Niewesoły obrazek. W jego piwnicznym pokoiku jest jeszcze ciemniej niż zazwyczaj. Grobowe myśli są o krok od zaatakowania czaszki B. Ten jednak gwałtownie się podrywa, zapala światło i sięga do szuflady po nożyczki. Bierze się do obcinania paznokci u stóp. Obierzyny lądują pod łóżko. Potem się je wymiecie. Choć potem może nigdy nie nadejdzie i szarawo-żółte ścinki stworzą tam własne państwo. Będą rządzić kurzem, pająkami i okruchami jak własnymi poddanymi. B. w ogóle o tym nie myśli. Nic a nic go to nie obchodzi. Zaraz zabierze się ochoczo za strony porno. Da upust swoim lędźwiom i podanym jak na tacy mechanicznym fantazjom. Dzień uratowany.
19
Żeby dobrze opisać pokój A., wystarczy kilka zdań. Udowodnić to? Nic prostszego. Otwiera się perspektywa na cztery metry kwadratowe w kapeluszu. Na wprost drzwi widzimy biurko ze sklejki. Na nim kubełek z przyrządami do pisania (długopisy, ołówki, zakreślacze), kilka książek, wydruki fragmentów książek, zeszyt A4, karykaturalna figurka papieża Jana Pawła II. Względny porządek. Gdy kierujemy wzrok w bok, dostrzegamy pod lewą ścianą wysłużony tapczan, miejsce odpoczynku A. Rozbarłożony. Teraz odwracamy się, a wraz z nami biegnie spojrzenie. Po lewej od drzwi, w rogu pokoju, stoi szafa na ubrania. Gdyby się ją otworzyło, uderzyłby nas ciężki zapach męskiej garderoby. Na lewej ścianie, naprzeciwko łóżka, plakat filmu Kieł Lànthimosa. To wszystko. Widzimy A. stojącego w oknie. Patrzy apatycznie w niebo. Pod nieboskłonem miasto tężeje w codziennej inercji. Atrapa kosmosu.
20
C. znowu czmychnął za miasto. Rodzi się wiosna. C. musi to poczuć w sprzyjających okolicznościach przyrody i w kościach. W mieście widać to niedokładnie. Miasto sprzyja połowicznym obserwacjom. Zbyt często śpiew ptaków jest przykryty szmerem chaosu. Po deszczu rzadko pachnie powietrze. Miasto przypomina ciało rozkładające się już za życia. Śmierć przychodzi w niedoczasie. Miasto to wielki, zbiorowy zombie wchłaniający w siebie coraz mniej czujące ludzkie powłoki. To tak tylko się zapewne wydaje pstrym melancholikom, ale co nas to może obchodzić. Myśli C. są kompatybilne z takim stanem nie-do-rzeczy. Wie, że oddech łapie się w odmiennym od betonowego ekosystemie. Dlatego siedzi nad jeziorem, schowany w krzakach jak mały lisek, zwrócony twarzą w stronę spokojnej toni. Stara się o niczym nie myśleć. Chłonie rzeźwy zapach trzcinowisk. Odlatuje, odkleja się, ale nie rozkleja.
21
Ma wrażenie przeciekania życia między palcami. Wiecznie spóźniony. Przebiegające obok C., pomimo C., sekwencje wydarzeń nie pozwalają mu wydorośleć. Dotychczas za mało zależało od niego, by nabrał doświadczenia. Dostał już trochę po dupie. Twardej skóry nie mylcie z pewnością siebie. Nie trzyma mocno steru egzystencji. Nawigacja raz po raz nawala. C. często porównuje się z innymi ludźmi, najczęściej z rówieśnikami. Wnioski muszą być ponure. Tego nie ma, tamtego nie przeżył, z tym się nie uporał. Portale społecznościowe to studnia bez dna własnego upokorzenia. Wie, że prawda wirtualu to raz po raz odwalane rekolekcje z iluzji. Mimo to często daje się nabrać pędzącej hipnozie obrazu. Inkorporuje toksynę śliskich treści do składowiska umysłu. Istne wysypisko śmieci! Czy z tej sieci da się jeszcze wplątać? C. naiwnie wierzy w odwrócenie złej karty. Płonne nadzieje.
22
B. haruje za dwóch. Po tygodniu pracy ponad siły czuje się jak źle wyżęta ściera. Napuchłe i brudne cielsko. Ruchy robaczkowe we wzdętym żołądku. Uporczywe swędzenie pięt. Mózg ciężki jak wiadro z gruzem. Rodzą się w nim pierwsze impulsy oporu. Postanawia, że dłużej tak być nie może. Nie zdzierży tej permanentnej rozwałki. Czuje, że przy takim trybie znoju jego młodość uleci z ciała zbyt szybko, jak zwinny koliberek z rajskiego kwiatu. Ani się obejrzy, a będzie po niej. Zostanie z bólem kręgosłupa i wrzodami żołądka, wyczekując już tylko możliwie miękkiego lądowania w piach. B. stoi przy rozbuchanym Lewiatanie, skończył zmianę. Pot ciurkiem spływa mu po skroniach. Skrapla się słono pod grdyką, atakuje skrzydełka nosa, wpływa lawą do rozdziawionych ust. B. nie ma siły się ruszyć. To monstrum go wykończy! Chyba należy wypowiedzieć mu wojnę. B. myśli o gównie, czuje się kawałkiem gówna, przeklina z wściekłością gówniane życie.
23
Pomieszczenie mieszkalne C. widzimy nieostro. Zniekształcona perspektywa, trochę jak przez nieadekwatnie dopasowane okulary. Powiedzenie „w różowych okularach” miałoby tu podaną jak na tacy swoją antytezę. Słowa klucze: rozmyty, chwiejny, półmrok. C. siedzi na podłodze oparty plecami o bok łóżka. Ma wrażenie, że to pokój go obserwuje, a nie na odwrót. Niewyraźny kontur czoła, broda opadająca jak kamień w wodę. Mętne rysy gęby. C. czuje się zaszczuty przez klitkę, przez to, co z niej patrzy. Z tego spojrzenia wyziera gnój. Gnój i nic więcej. W takich warunkach nie ma mowy o migdałach. O myśleniu też nie ma mowy. Myślenie o niebieskich migdałach? Zapomnij! C. patrzy na szarą ścianę, która prawdopodobnie patrzy w niego. Ma ochotę roztrzaskać ją ciężkim młotem kowalskim. Jest jednak bezsilny, mikry jak nasionko perzu, niemal niezauważalny. Wzbiera w nim wulkan bólu. Pot zrosił mu czoło, łza zaperliła się pod rzęsą. Niebawem przekształci ból w bunt?
24
B. siedzi na fotelu kierowcy wewnątrz wypasionej fury. Porsche mknie po torze z prędkością zatykającą uszy. B. jest na festiwalu zabytkowych aut sportowych, wygrał konkurs dla automaniaków umożliwiający piętnastominutową przejażdżkę. Popisał się kapitalną znajomością tematu. Teraz korzysta ze swojego przywileju. Łut szczęścia to nie jest jego drugie imię. Rozwalił system na miękko, wykiwał leszczy, zmasakrował konkurencję w sztosie formy! Wyścigówka pali gumę na zakrętach aż miło. Mózg B. na najwyższych obrotach zamienia się w silnik samochodu. B. niemal czuje wewnątrz czaszki pracę tłoków. Scala jestestwo z niezawodnym mechanizmem. Świat myśli nie ma tu niczego do powiedzenia. Rozkoszna niemota i natrętny bzyk. Białe pasy na obrzeżach toru rozmywają się w kącikach oczu. Suche ręce na kierownicy. Zastanawiająca pewność siebie. Pustka w głowie i absolutne szczęście wyznaczają horyzont gry. B. jest odcięty od świata w świątyni swojego napędu. Fura pędzi aż miło!
25
Jeden zakręt, drugi. Jeszcze jeden i już prawie widzimy to piękno. Za miasto, coraz bardziej za miasto. Oddalamy się. Zostawiamy za sobą przedmieścia. Przekraczamy kolejne granice. Enklawa niskich zabudowań, sypialnie korposzczurów, strefa przemysłowa. Hangary, magazyny i montownie, w których przechowujemy nasze wyobrażenie o dobrobycie. Nazbyt ostentacyjna fasada, blef. W szybie autobusu odbija się miazga cywilizacji. Widzimy plecy C. Siedzi na samym końcu autokaru. Słońce nieprzyjemnie nagrzewa mu ciało. Idiotyczna lokalizacja. C. jednak czeka w napięciu, prawie nie zauważając własnego dyskomfortu. Czeka na przełom, na odmienny dryf. Najpierw patrzył za okno z lewej strony przyspawany policzkiem do nagrzanej szyby. Teraz za sprawą nagłego impulsu odwraca głowę. Widzimy fragment jego profilu. Nerwowe drgnięcie prawej powieki. Przed jego natężonym wzrokiem, po prawej, ukazuje się panorama podłużnego jeziora w kształcie gąsienicy. Jest wyraźnie zauroczony tym zwiewnym landszafcikiem.
26
Pokój B. jest ciasny jak schowek na szczoty czyściciela miejskich kloak. Rodzą się w nim zazwyczaj fekalne pomysły. Pokraczne supozycje zaciemniane plamkami mroku. Tu nie ma miejsca na rzetelny wypas godzin i dni w białych rękawiczkach. Kolonia pająków tańczy swój obłędny taniec, ścinki paznokci czyniąc totemami. W duszy się zakleszcza egzystencja leszcza. Wpić się w materac łoża jak w mięciutką pańską skórkę. Całym ciałem się zakopać w kośćcu stelaża. By zapomnieć o własnej niedoli, raz po raz odnawianej farsie, serii przytłumionych oddechów. Stać się mikrobem bez planów, bez woli, bez choćby grama myśli. W przeciwnym wypadku amok.
27
A. wraca z uczelni z duszą na ramieniu. Zawalił dzisiejsze zajęcia. Studenci zaczęli ziewać, zanim na dobre zaczął spicz. Niesprzyjająca pod każdym względem atmosfera. Klaustrofobiczny pokoik w mieszkaniu rodziców nie nosi znamion azylu. Ciepły kąt to zbyt mało, by złapać równowagę. Homeostaza na wyciągnięcie kciuka nie jest jego przeznaczeniem. Dodatkowo zaczął padać deszcz. Zimne kropelki roszą mu czoło. Nie ma żadnego okrycia ochronnego, zapomniał parasola. Pozwala, by woda z nieba lała się na czerep, do środka, w szczelinki mózgowia. Jest mu wszystko jedno. Potop złych emocji. Widzimy jego rozkwaszoną deszczem gębę. Jest mokra, sina, nieludzka. Jakby na tych kilka najbliższych chwil stał się przybyszem z innego świata, odmieńcem. Nie słyszy niczego poza miarowym dudnieniem. Krople o bruk, na dachy, w coraz bardziej wilgotny płaszcz. Odgłosy miasta rezonują poza nim. Odcięty! Jakby miał hełmofon na głowie. Wchodzi w końcu do klatki w bloku. Wsiada do windy. W górę serce. Skrzypnięcie windy. Następnie gwałtowne szarpnięcie. Wyłazi zmęczony. Otwiera drzwi mieszkania. W nozdrza bucha zapach kuchennych wyziewów przyprawiających o mdłości.
28
Impreza doktorantów. Domówka w mieszkaniu jednego z kolegów uczelnianych A. Intensywny miazmat trawki przepala się z zapachem perfum. Spod jakiejś żeńskiej pachy męski pot. Gdzieniegdzie na stole kropelki nieuważnie polanej wódki. Tworzy to specyficzną mieszaninę woni. U kogoś, kto wszedłby tu z zewnątrz, trzeźwy i przytomny, z drożnym układem oddechowym, murowany odruch wymiotny. Rozmowy przetykane kompulsywnym śmiechem. Rechot i spazm. Bezwstyd. A. zabrał na tę pseudoimprezę swoją dziewczynę. Ewa niezmiernie się nudzi, choć nie daje tego po sobie poznać. Potakuje interlokutorom, markuje uśmiechy, od czasu do czasu zamieni z kimś rwane półsłówko. Wszyscy zdają się szampańsko bawić poza Ewą i... przypuszczalnie A. Tak, A. też się męczy. Przytłacza go aspiracyjne środowisko, w które musi się niezawodnie wpasować. Podskórnie czuje, że nie dostaje. Na tak wypasioną chatę, którą jego kolega dostał od rodziców w prezencie za obronę magisterium, raczej nigdy nie będzie go stać. To kwadrat par excellance banana. On czuje się jedynie zgniłą skórką, na której kiedyś pośliźnie się ktoś z jego bliskich. Rozhasane towarzystwo wychodzi na rozległy balkon, by zażyć rozkoszy dymka. Jedynie A. z Ewą zostają w środku. Dziewczyna patrzy na niego z wyrzutem, on unika jej wzroku. Puszczają szwy.
29
C. śni się zdeformowana figurka Jana Pawła II. Skąpana srebrno-złocistą poświatą jest gigantycznie rozrośnięta. W tle, jakby w niewidzialnych zakamarkach snu, pomruk anielskich trąb. Nagle muzyka sfer niebieskich zamiera. Niezręcznej ciszy towarzyszy ożywanie papieża. Totem zamienia się w żywą i zażywną świętość. Straszny grymas wykrzywia twarz Wojtyły. Ten porażający moralista niechybnie zbiera się do wygłoszenia diatryby. Zaatakuje oniryczną próżnię gromowładnym dyskursem. W C. wzbiera fala przedwiecznego lęku. Rozrasta się i rozrasta. W kulminacyjnym momencie, gdy drżące usta patriarchy zaczynają się rozwierać, C. budzi się zlany potem. Przeciera czoło i przeciągle ziewa. Jego otępiała twarz w półmroku smętnej stancji przywodzi na myśl jawnogrzesznika stojącego w obliczu Sądu ostatecznego Memlinga bez cienia satysfakcji.
30
B. organizuje sobie randkę z Tindera. W końcu udało mu się doprowadzić do spotkania z jedną z tych wymarzonych piękności. Musiał przy tym sporo popracować kciukiem. Gimnastyka nadgarstka zrobiła niezłą robotę wespół z mózgiem zalanym endorfinami. Pełnia nadziei. Gdy doszło do konfrontacji... no właśnie, nic nie chciało się kleić. Ona nie była z jego snów, a ubrana dość niecodziennie. Ekscentryczny jak na gust B. wizerunek, skomponowana pod tenże stylizacja. Długa fioletowa suknia, naszyjnik z trupią czaszką dyndający w zagłębieniu dekoltu, wymyślny kapelutek umajony wiosennym kwieciem. Makijaż? Nieco niechlujny? Tego B. nie umiał rozstrzygnąć, pewien jednocześnie, że coś mu w nim nie odpowiada. Ponadto niewiasta okazała się mało kontaktowa. Milczała albo potakiwała bez przekonania. B. za to nie zamierzał się poddać. Nie po to inwestował swój czas i energię, mniej kapitał, w to wydarzenie, żeby z nagła skapitulować. Nawijał jak opętany. Nie kontrolował przy tym niejako wypadających mu z ust bez większego ładu i składu słów nieokrzesańca, narwańca, quasi-chojraczka. Czy taki był naprawdę, w głębi serducha, kilka centymetrów pod napiętą skórą? Ano właśnie. W każdym razie rozmowa się nie kleiła, spotkanie rozjeżdżało, a randka z chwili na chwilę kisła. Spacerowali w chłodny i wietrzny dzień kwietniowy wzdłuż i wszerz miejskiego parku. Dzień chylił się ku końcowi. Klapa nadciągała nieubłaganie. Przez naelektryzowany mózg B. przebiegła, pomiędzy jedną a drugą gwałtowną myślą, wątła nić pomysłu. Zaproponować jej herbatę albo „coś mocniejszego” w swoich podpiwniczonych włościach? Szybko jednak zrezygnował. Wizytacja tej nory to byłby gwóźdź do trumny.
31
Na biurko pada blada plama słońca. Nad jej płaszczyzną wirują drobinki kurzu. Leniwe sobotnie popołudnie. Za oknem miasto tonie w weekendowej inercji. Widzimy zaspaną twarz A. patrzącą w nic. Spoglądamy na nią niejako od strony okna. Jakbyśmy byli intruzami zza szyby, niewidzialnymi gestorami złowrogiej energii niezdolnej wybić A. ze stanu bezmyślnego otępienia, a jedynie pogłębiającej jego apatię. Na biurku przed A. leży otwarta książka, a obok niej zeszyt na notatki. Garść półsłówek i mnóstwo skreśleń. Obraz nierównej walki z demonem prokrastynacji. Świadomość A. nagle wyłania się z mgły mózgowej. Teraz ten zdolniacha udaje, że przygotowuje się do napisania ważnego artykułu naukowego. W rzeczywistości myśli o niebieskich migdałach nakrapianych fantazją wagabundy. Marzy mu się szaleńcza, narwana, na wskroś niebezpieczna wyprawa gdzieś w odległe strony globu, obłąkańczy dryf po jałowych połaciach interioru. We śnie na jawie zamienia się w globtrotera bez kompasu. Zarówno tego magnetycznego, jak i moralnego. Są tylko zew przygody i niespokojne ciało. Jako horyzont ekstaza eksploracji. A. bardzo powoli wydobywa się z marzenia. Wypływa na powierzchnię świadomości niczym ociężały kaszalot wydobywający cielsko z mętnej toni oceanu. Biurko zanurzone w szarudze zmierzchu, słońce ucieka za horyzont, ciężar chwili. Popołudnie przelało się w wieczór. Tymczasem artykuł sam się nie napisze.
32
A. jest zmuszony uczestniczyć w wyścigu szczurów zwanym potocznie „punktozą”. Bardziej od jego rzeczywistych osiągnięć naukowych liczy się to, ile punktów nabił sobie do prywatnych statystyk. Parametryzacja, normy, limity akademickiego bajzlu to jego dyskretne jarzmo. Jak najwięcej, jak najskuteczniej. Zgromadzić tyle punktów, ile się da. Zdobyć grant na podłożu punktozy. Zgrabnie wyssać żyzną glebę ilości. Jakość już nikogo nie interesuje. A. gromadzi jak obłąkany. Punkt w czasoprzestrzeni to obiekt do zagarnięcia. Jego wszyscy znajomi cyckają to samo wymię. Dojna krowa wyje z bólu, podupada, niebawem zdechnie. Zbyt wielu chętnych do wyciśnięcia z cyca punktów. Raz, dwa, trzy – liczysz ty. Kto się najszybciej doliczy, tego zgrabnie odliczą. Maszynka systemu obliczy wartość wyliczenia. Komu w drogę, temu liczba. Liczmany wszystkich krajów – łączcie się! Tu punkt, tam punkt, siam punkt. Zalała nas fala punktoidów! Toniemy w punktowej powodzi. To chyba nic nie szkodzi? W punkt! A. próbuje złapać oddech post factum chapania z wymienia. Sromotne niedotlenienie, niedotlenienie, niedotlenienie... Powietrza!
33
C. przemierza morenowy las. Dzisiaj nie czuje dobrze ziemi pod stopami. Powietrze przydusza. Drąży go świecki, zimny i przedwieczny lęk. Marzy o tym, by wszystko, co prastare i zielone, zostało zachowane. Za wszelką cenę. Oddałby życie za dzikie chaszcze. C. jednak czuje, że ta ofiara poszłaby na marne. Co ma zostać wycięte, zostanie wyrżnięte. Po karczowaniu nastanie odrodzenie? Raczej zapanują obłęd, fiksacja, degeneracja. Na razie trudne emocje na przestrzał ciszy morenowego lasu. Zafrasowane oblicze, dynamizm poruszonego ciała. Widzimy C. z lotu ptaka. Idzie bardzo szybko i pewnie. Jakby znał tu każdy kąt, jakby był u siebie, jakby od oseska oddychał tym powietrzem. Tu mógłby się odrodzić bardziej niż w strefie betonowego, skąd go zresztą przywiało. Klitka w mieszkaniu czyni go odrętwiałym, wydrążonym, na wpół obumarłym. Coś go jednak gryzie w tej zielonej krainie. Czas wracać do miasta.
34
C. cofnął się do mieszkania po ważny dokument. Jeśli go nie dostarczy na czas, to mogą go nie przyjąć do nowej pracy w bibliotece uniwersyteckiej. Umowa na czas określony, na zastępstwo. Trzy miesiące miłej posadki albo więcej, to się jeszcze zobaczy. Teraz tylko dostarczyć ten pożałowania godny dokument, którego przyszli mocodawcy żądają w trybie pilnym. Widzimy plecy C. w półmroku szarej klitki. On sam ślęczy nad otwartą szufladą, w której zawzięcie szpera. Cicho przy tym pojękuje – znękany, zrezygnowany, bliski solennej rozpaczy. Nie może znaleźć pożądanego papierzyska. Frustracja i lęk w śmiercionośnym momencie popołudnia. Lekko uchylone drzwi wpuszczają smużkę światła z korytarza. Widzimy skrawek podłogi, kawałek grzbietu i ruszające się barki pokraki. C. wyrzuca z szuflady wszystkie przedmioty, teczki i kartki; dokumentację spapranego życiorysu pomieszczoną w tym jednym, śmiechu wartym, schowku.
35
B. zaczął się oddawać nagminnemu paleniu jointów. Robi to z lubością. Nie owijajmy w bawełnę: ukochał odurzenie zielonym
