Księga Tatr - Jalu Kurek - ebook + audiobook

Księga Tatr audiobook

Jalu Kurek

1,0

Opis

Książka opowiada o wspaniałych ludziach gór i ludziach, którzy w tych górach zakochali się bez pamięci. Napisana barwnym językiem, częściowo gwarą góralską, jest kopalnią wiedzy o Zakopanem, góralach i początkach taternictwa. Opowieść pełna liryzmu, chwilami tragizmu, ale też dykteryjek. Czytając ją, raz się zaśmiewamy, a innym razem ocieramy łzę. Jest to jedna z najlepszych książek o Tatrach i Zakopanem. [jatymyoni, nakanapie.pl]

 

Chyba nikt tak jak Jalu Kurek nie umiał i nie umie oddać uroku powstawania, a raczej stawania się Zakopanego fenomenem turystycznym i artystycznym naszego kraju. To nie tylko historia o tym, ale i umiejętność wzbudzenia fascynacji tym miejscem za sprawą ukazania sylwetek osób ściśle z Zakopanem związanych. [KorneliaK, lubimyczytac.pl]

 

Książka przenosi czytelnika do 1848 roku, do zapomnianej wsi i twardych, spracowanych górali. Zakopane liczy sobie około trzystu lat i jeszcze do niedawna nie miało ani kościoła, ani szkoły czy cmentarza. Zmianę wprowadził dopiero ksiądz Stolarczyk z Tarnowa, próbując wprowadzać zasady wśród zacofanego, nieokrzesanego ludu. Fabuła „Księgi Tatr” toczy się na kanwie życia Klimka Bachledy, nieślubnego syna Zośki Bachledzianki z Gronika. Klimek był pierwszym polskim ratownikiem górskim, który zginął próbując ratować ludzkie życie. Ważną postacią w utworze jest także słynny Sabała, góral-gawędziarz i wierny towarzysz górskich wędrówek Tytusa Chałubińskiego. Przyjazd tego ostatniego do Zakopanego miał ogromne znaczenie dla rozwoju miasta, to on „odkrył” Tatry i ich zbawienny wpływ na zdrowie gruźlików, czym przyczynił się do trwającej po dziś dzień mody „letniskowania” w Zakopanem. Zwykli górale, dzięki doskonałej znajomości gór, przeobrazili się z koziarzy w przewodników dla gości. Z tego płynęły dudki (pieniądze), tak potrzebne dla biednego ludu. W ten oto sposób nastały początki turystyki tatrzańskiej, która trwa do dzisiaj. [Anna Maria Tryba, akant.org]

 

„Księga Tatr” autorstwa Jalu Kurka, wydana po raz pierwszy w 1955 roku, to zbeletryzowana opowieść o Zakopanem oraz życiu mieszkańców Podhala. Autor z pasją i wrażliwością przedstawia dzieje regionu, sięgając do drugiej połowy XIX wieku i początków XX stulecia – czasu gdy Tatry stawały się nie tylko symbolem piękna natury, ale i miejscem spotkania góralskiej tradycji z nadchodzącą nowoczesnością. To powieść niezwykle klimatyczna, pełna górskiego ducha, wyrazistych postaci i malowniczych opisów przyrody, która zachwycizarówno miłośników Tatr, jak i tych, którzy dopiero chcą je poznać.

 

Wiele cennych informacji o kolejach losów mieszkańców Zakopanego, o ich codzienności, filozofii życia, marzeniach. Jeśli ktoś zna Zakopane i Tatry to na pewno znajdzie tu wiele ciekawostek. Lektura bardzo wciągająca, czytałam z wielką przyjemnością. [Czytam_Biblię, lubimyczytac.pl]

 

O AUTORZE. Jalu Kurek (1904-1983) polski poeta i prozaik, urodzony w Krakowie, członek Awangardy Krakowskiej. Studiował filologię polską i romańską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Autor licznych tomów poetyckich i powieści. Duża część jego twórczości poświęcona była Krakowowi i górom, a szczególnie Tatrom, w których był zakochany.

 

Nota: przytoczone powyżej opinie są cytowane we fragmentach i zostały poddane redakcji.

 

Projekt okładki: Ewa Hajduk. Foto na okładce: widok na Kościelec nad Czarnym Stawem Gąsienicowym (pauart.pl).

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 55 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Artur Ziajkiewicz

Oceny
1,0 (1 ocena)
0
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
jaihn

Nie polecam

Po pol godzinie sluchania nie dałem rady, nudna to odpowiednio ją określa
00



To jest okladka e-booka zawierajaca jego autora i tytul

Jalu Kurek

KSIĘGA TATR

Wydawnictwo Estymator

www.estymator.net.pl

Warszawa 2026

ISBN: 978-83-68790-28-3

Copyright (C) Ewa Kurek i Grzegorz Kurek

Projekt okładki: Ewa Hajduk

Foto na okładce: widok na Kościelec nad Czarnym Stawem Gąsienicowym (pauart.pl)

E-book zgodny z Europejskim Aktem Dostępności EAA

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Od autora

Rozdział 1

Przed samym zmierzchem pojawił się od strony Czerwonych Wierchów rudawy obłoczek, który przewiał szybko i rozstrzępił się bez śladu na Giewoncie. Za nim wypełzła na niebo od Doliny Kościeliskiej brzydka chmura, jedna, druga, trzecia, szybko przelatywały na wschód. Powietrzem szedł jakby zaduch, kładł się na wsi ciepłym tchnieniem, zwiastując wiatr od gór. Wkrótce chmurzyska zasłały doszczętnie niebo w południowo-zachodnim kącie krajobrazu. Dał się słyszeć jakby odległy, wszechogarniający szum potoku, suchy szelest wdrążający się w uszy. Wzmogło się ciepło, niezwykłe jak na kwiecień, który stanowi dopiero przedwiośnie w górach.

Nadchodził wiatr halny.

U Macieja Raja w roli Chycowej pierwszy podmuch ruszył drzwiami. Deski stęknęły lekko, jak gdyby westchnął człowiek. Zatrzeszczało w krokwiach dachowych.

– Oho! Stryk zza wirchu idzie – rzekła gaździna. Tak oznajmiali od lat górale nadejście dobrego znajomego z głębi gór.

Mieszkańcy wsi Zakopane znali dobrze ten wiatr życiodajny i niszczący. Zżyli się z nim, nawiedzał ich o każdej porze roku, bił bez opamiętania. Bez niego góry nie byłyby górami. Czuli jego nadejście na parę dni przedtem.

I ten dzisiejszy przepowiadali już wcześniej. Zachód słońca wytaczał ostatnio krwawy pobłysk na chmury i na ośnieżone wierchy, cisza w powietrzu panowała zdradliwa; gdy wciągnąć dech nosem, niosła się jakaś ciepłość i suchość. To niezwykłe we wsi, w której przez trzy kwartały w roku leje deszcz albo pada śnieg.

Od środka wsi, spod świeżo zbudowanego kościółka, szedł drogą Pitoń Okrasek waląc w prymitywny bęben i nawołując na wszystkie strony:

– Ogień gasić! Ogień gasić!

Znali to wezwanie. Należy ogień zasypać popiołem – broń Boże zalać wodą, bo to grzech – i przez parę dni, o ile się nie uspokoi, spożywać zimną strawę.

Słońce zachodziło nad Osobitą niewidoczne. Chmury tratowały się nawzajem, jeden wał wstępował w drugi, zgniatał go, przeskakiwał, obłoki szybowały, cwałowały, kłębiły się nad wsią.

Wicher nadleciał. Zaczęły w reglach trzaskać drzewa. Całe Zakopane było poprzerastane lasem. Gwizd na poły z szumem przeszywał powietrze. Halny ogarnął polany, drogi, zabudowania; dopiero teraz zacznie się taniec. O jakiś dach prasnęły wyłamane deski, furgnęły w górę gałęzie i słoma, wzbił się kurz, świat się zmierzwił. Czyżby się wzmógł huk potoków? Gdzieś rozerwało szopę.

Pitoń, skurczony, biczowany wiatrem z tyłu, szedł drogą ku Olczy, bijąc na alarm. Darł się wniebogłosy, choć nie mógł przekrzyczeć wiatru:

– Ogień gasić! Ogień gasić!

Nadchodzi wieczór. Na dróżkach, na ścieżkach, koło zagród nie widać ludzi. Kto mieszka właściwie w tym Zakopanem?

Trwoga padła na ludność. Baby siedzą stroskane w ciemności, chłopi nie rozbierają się, leżą na nalepie, która już wystygła. Co to jest nalepa? Pokład kamienny przy piecu, powleczony warstwą zeschniętego błota, na którym zazwyczaj śpią i wygrzewają się starzy. Nie będzie ognia dzisiaj, nie będzie światła, nie będzie ciepła, nie będzie gorącego jadła. Iskra mogłaby zatlić się w słomie, w sianie, język płomyczka mógłby liznąć wysuszone drewno dachu, spłonąłby dom. Nie znają tu kominów, chałupy są kurne.

Krowy, konie, owce niespokojnie tłoczą się w szopie, dreptają nogami. I im udziela się niepokój przyrody, czują przez ścianę wściekłość żywiołu. Z domu Marduły wychodzi Weruna, najstarsza córka rodu, niska, drobna, w serdaku. W mroku podchodzi do zachodniego węgła domu, ostrożnie, podejrzliwie patrzy na wszystkie strony, czy jej kto nie podgląda, i sypie na wypust węgła garść mąki, aby przebłagać wiatr halny. Taki był odwieczny zabobon tych stron.

– Wiater weźmie mąkę i ś niej sie ułoży.

Czyli, że się uspokoi. Ale wiatr był nieczuły na prośby Mardulanki, nie przestawał szaleć ani na chwilę. Może mąka była nieczysta? Albo czyjeś ludzkie złe oko z ukradka, z ciemności odczyniło siłę uroku?

Wiązania w dachu odpowiadały. Dom był zbudowany, jak wszystkie domy zakopiańskie, mocno a zdrowo, z tęgich smrekowych płazów (czyli grubych pni przepołowionych wzdłuż rdzenia), z wysoką strzechą, z wysokim szczytem, bo tu drzewa świetnego do budowy w bród. Dach nakryty był gontami sczerniałymi, przesyconymi dymem; w roku ubiegłym gospodarz poodrywał je i przewrócił stroną okopconą do pola, aby w ten sposób zakonserwowane przeleżały drugie trzydzieści lat, wytrzymując nawałnice i burze. Kiedy żerdzie w dachu trzeszczą od wichru, że zda się, jakoby dom się uginał czy kołysał, to znaczy, że jest dobrze zbudowany.

Dlaczego?

– Bo chodzi.

Jak wóz na elastycznych, sprężynowych resorach. Nic dziwnego, że w tych warunkach żywot smrekowego domu zakopiańskiego oblicza się na sto pięćdziesiąt lat.

Bębniarz – ten sam czy inny? – szedł teraz ku Kościelisku, w samo czoło bijącego wiatru, robiąc po wsi trwogę.

– Ogień gasić! Ogień gasić!

Takie było rozporządzenie gromady, gdy duchnął halny wiatr. Ale Rajowie nie robili sobie nic z rozporządzenia. Znali mądrą zasadę życiową, że rozum i praktyka ważniejsze niż sucha litera nakazu. Ogień słucha człowieka, trzeba się tylko umieć z nim obchodzić. Pożary należą we wsi do rzadkości, a przecież nie uświadczysz tu nigdzie nowego wynalazku: komina, Rajowa umie niecić mały ogień, żeby nie dudniało, żeby nie ciągnęło, żeby iskry nie wylatywały do sieni ani na poddasze.

Staszeczek także nie uznaje rozporządzenia, nie stosuje się do alarmu Pitonia. Gaździna złożyła nikły ogieniek, aby zagotować ziemniaki. Piec był niski, lecz długi i szeroki, mogło na nim lec ze czterech ludzi. Gospodarz sypiał na nim z przyjemnością, podesławszy pod siebie cuchę. Ciemności zaległy czarną izbę, rozszedł się gryzący dym, nie szkodził tutejszym ludziom, przyzwyczajeni byli doń od dzieciństwa. Troje osób w mroku wyglądało niesamowicie, jak duchy, na tle płonących szczap.

Wiatr halny nie śmie nic zrobić Staszeczkom, bo mają u siebie na mieszkaniu poświęconą osobę. Proboszcza nowo założonej w tym roku zakopiańskiej parafii. Księdza Stolarczyka.

W izbie białej, gdzie mieszka proboszcz, świeci się nikły płomyk kaganka; żelazna okrągła rynienka, do jej dna przylepiony owsianym ciastem knot z poskręcanej nici lnianej, pływający w baranim łoju (przetopionym, aby nie skwierczał). Światełko z tego drgające i słabe. Przy stole siedzi ogromny człowiek; góra ciała. Czyta nabożną książkę, modli się. Od czasu do czasu odrywa wzrok od drukowanych kartek, kieruje go w stronę okna i nadsłuchuje porywów wiatru.

Izba była dwuokienna, z rzędu porządniejszych we wsi. Podłoga biała, z desek jodłowych. Pod powałą biegł gruby sosrąb z ryzowaną gwiazdą. Ściany z okrąglaków przypasowanych szczelnie do siebie, o kolorze złotawego wosku. Na ścianie szczytowej przybita listwa, za którą stało rzędem kilkanaście obrazów świętych. Twarze świętych pyzate, białe z czerwonym kółkiem rumieńców, niebieskie oczy wytrzeszczone w górę w ekstazie. Obrazy te, odbijane w okropnych kolorach w Koszycach czy Morawskiej Ostrawie, sprzedają setkami wędrowni kramarze po odpustach i jarmarkach. Na środku izby – wielki, ciężki stół jaworowy. Nad łóżkiem, czysto zaścielonym pierzynami, wbity wysoko w ścianę zegar, chluba tego domu, rzadkość w Zakopanem; własność proboszcza. Zegar, z żelaznymi wagami na łańcuszkach do nakręcania, bije nie tylko godziny, lecz i kwadranse. Z okolicy chodzą do Staszeczka pytać o dokładny czas, choć właściwie nikomu na nic ta dokładność niepotrzebna. Przed stu laty nie było zegarów, a każdy się wyznawał dobrze na porze dnia i nocy podług przyrody. Ale wynalazki są mądrością świata, trzeba iść naprzód z postępem. W południe o dwunastej każe proboszcz dzwonić Ślimakowi na Anioł Pański, również i o szóstej rano oraz o szóstej wieczorem. I tak według plebańskiego godzinnika regulują zakopianie zajęcia całego dnia.

Drzwi się otwarły, wszedł gospodarz w kapeluszu, w czarnym baranim serdaku, z nie wyprawioną skórą na wierzchu. Twarz przyjemna, poczciwa, długie, jasne wąsy, portki sukienne białe, z surowej wełny owczej, na każdej nogawicy u kostki rozporek, naokoło niego osiem siwych sznurków do kupy.

– Widzi się, że duchnie mocno tyj nocy, Jegomoś. Trzeba wom opatrzyć okna, coby ik nie potargało.

Podszedł ku oknu, majstrując koło szyby, która nie była osadzona w ramie, lecz starym zwyczajem wpuszczona na stałe w futrynę.

– Słusznie przepowiedzieliście wczoraj halny, Szymonie. Byliście w Hamrach? Co słychać?

– Górami idzie ciągle masa nasyk do Węgier. Na rewolucję. Same młode chłopoki.

– Oj, to niedobrze!

– Mówiom, ze jakosi bitka w górach beła. Madziary Miemców potłukły.

– Jeszcze tego brakowało, żeby u nas wojna była!

– Boze nie dej! Podobno wojsko polskie masiyruje z Francyji do nos.

– E, baśnie opowiadacie, Szymonie! A tu inni znowu plotą, że Moskale idą przeciwko Węgrom na pomoc cesarzowi Ferdynandowi, aby ugasić rebelię.

Staszeczek nie wiedział nic o cesarzu Ferdynandzie, bo i skąd, więc ucichł. Skąd miałby wiedzieć o Ferdynandzie, skoro władza zaborcza wiedeńskiego monarchy kończyła się na urzędzie w Nowym Targu. A dalej na południe? Dzicz, pustka, góry.

– Wiosna Ludów, powiadają – kontynuuje wobec tego swoje wywody proboszcz. – Ładna mi wiosna! We krwi znowu świat chcą utopić. I na nas znowu nieszczęścia się zwalą.

– E, Jegomoś, do nos cheba wojna nie przyńdzie, bo skąd, bo jak? Drógi ni ma.

– A jak było w czterdziestym szóstym? Brat brata ma pod nosem, wszędzie go znajdzie. Brat wtedy zabijał brata, Polak Polaka mordował, pamiętacie?

– Pamiyntom, jakżeby nie? Chłopy na panów się porwały – sprostował rzeczowo góral.

– A tu, w Chochołowie, cośmy mieli pod nosem, nie wojnę w czterdziestym szóstym? Wojna nie potrzebuje drogi. Wojna idzie przez lasy, przez góry, nie ma dla niej żadnej zapory. Wojna się rodzi tu, w sercu bezbożnym – pokazał na pierś swą, wydętą jak beczka. – Boże uchowaj, przeżywać wojnę!

– Boze nos broń! – zgodził się Staszeczek.

Mała Jewka otwarła drzwi, weszła przez nie gaździna, niosąc w jednej ręce miskę z ziemniakami, w drugiej – garnek z mlekiem. Ksiądz odkłada książkę.

– No, Szymonowa, co mamy dziś na wieczerzę?

Położyła na stole jedzenie, ręką zaczęła miąć niezdarnie świeżą zapaskę. – Przepytujem piyknie, Jegomoś, grule.

Ksiądz Stolarczyk uśmiechnął się szeroko, rozłożył ręce – mógłby w tym uścisku zmieścić chyba sąg drzewa – i przysunął ku sobie miskę z ziemniakami.

– Dajcie, in nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti. Amen – przeżegnał misę – jo górol, zwycajny chłopskiego jedzenia. Se mnie zdrowy chłop, aj chłop.

– Oj wiera!

Patrzyli na niego z uszanowaniem. Bardzo im się to podobało, że aczkolwiek w świecie bywały, z panami poprzestający, z miasta Tarnowa przybyły, w szkołach kształcony, przecież się do nich zniża i ich językiem wysławia. Gdy w styczniu bieżącego roku zamieszkał u nich po poświęceniu kościoła, powiedział im od razu, że pochodzi z rodziców chłopskich, urodził się we wsi Wysoka pod Jordanowem.

– Jo chłop z Wysokiej i wy chłopy z wysokiego kraju, a wse my bracia w Chrystusie Panu.

Nie z wyspotów tak mówi, z lekkomyślności czy z wydrzeźniania. Ujął ich z miejsca prostotą obejścia. Pragnie się zbliżyć do parafian, obalić dystans między panem a chłopem. Ich gwara jest codzienną mową jego rodziców, językiem jego dzieciństwa.

Z szacunkiem wycofali się z izby, aby go nie krępować przy jedzeniu swoją obecnością. Byli hrubymi gazdami i za honor sobie mieli księdza gościć w swym domu. Już i Samek Gąsienica przymawiał się, że izbę odstąpiłby Jegomościowi, ale że mieszka daleko na Ustupie, nie dostał księdza na mieszkanie. Proboszcz musi przy swoim kościele mieszkać, jak baca w szałasie obok koszaru z owcami.

Lokator Staszeczków zjadł ze smakiem wieczerzę. Nie było w czym po prawdzie wybierać. Wieś była uboga, górska, płona. Jeżeli w niej nie obrodzi latem owies, jesienią karpiele i ziemniaki, zimą panuje nędza, a na wiosnę przychodzi głód. Tak było właśnie w owym twardym, złym roku 1848; ziemniaki chybiły. I teraz w kwietniu podane na kolację mogły być uważane za zbytkowną potrawę. Podstawowym jedzeniem górala jest owies, gdzie indziej powszechna strawa koni. Z owsa robi się placek, kluskę, zacierkę, bryję i żur.

Zamyślił się. Najważniejsze, żeby zapuścić korzenie, wrosnąć w glebę, żeby ten lud dziki obłaskawić. Kościół już jest, co prawda maleńki, ale wystarczający na znikome potrzeby zakopian. Teraz jeszcze tylko zbudować plebanię koło domu bożego! Przez trzy miesiące pracuje ksiądz Stolarczyk nad wznoszeniem plebanii – jako drwal, jako furman, jako cieśla, z trudem wywalczając sobie posłuch i szacunek u ludu. Cóż z tego, że Homolacz, właściciel Zakopanego, ofiarował duszpasterzowi za darmo drzewo na budowę plebanii? Ale drzewo rosło w Dolinie Małej Łąki. Jak namówić górali, aby mu je ścięli i zwieźli z lasu pod kościół? Jeśli się nie ma pieniędzy? A górale są chytrzy na pieniądze. Do Małej Łąki nie było dojazdu. Chłopi, przyzwyczajeni do lekkich jednokonek, nie mieli wozów kutych, wytrzymalszych na większe ciężary. Jegomość szedł codziennie z woźnicą do Małej Łąki, towarzyszył każdemu klocowi, ładował tramy na gnatki, a był z niego nie lada osiłek. Na dziurach wydobywał cały wóz z drzewem, nadnosił ciężar na zakrętach, popychał wóz pod górę, hamował ku dołowi, trzymając koło za szprychy.

Wiatr nie uspokoił się ani na chwilę. Ksiądz Stolarczyk wstał od stołu, popatrzył na zegar. Dochodziła dziewiąta. Weszła cichutko bosa, ośmioletnia Jewka, zabrała ze stołu miskę, garnek i łyżkę, ucałowała kapłańską rękę, opuściła izbę. Stolarczyk wyszedł na dwór. Noc była ciemna, skłębiona od wiatru, aż gęsta od ciepłego oddechu powietrza. Nad ośnieżonymi szczytami leżały grube chmury. U samego zenitu wisiał księżyc półpełny. Całe Zakopane spało utopione w mroku. Nie odezwało się ani jedno światełko, nie zabłysnął ani jeden odblask ognia. Wieś, pogrążona na dnie ciemności, wstrząsana była co chwilę atakami wichru, jak starzec zmęczony kaszlem. Jedynie u ujścia Doliny Bystrej unosił się na niebie pobłysk łuny od wielkiego pieca w Hamrach. Od pasa leśnych regli, zalegających podnóża gór, dochodził zdławiony szum, huk, trzask, łoskot: szaleństwo halnego.

Proboszcz powrócił do izby. Po paru dniach halnego wiatru uspokoi się wszystko, znikną resztki śniegu, zazielenią się trawy, nadejdzie czas orki. Wtedy już nie uprosi żadnego gazdy o konia ani o chwilę ciesiołki przy płazach przyszłej budowy.

Otworzył zeszyt, gruby, w czarnej oprawie. Nie miał czasu jeszcze do niego zaglądnąć; przeznaczył go na kronikę swojej parafii. Od trzech miesięcy nie zapisał w nim nic. A czas leci. Nachylił się nad zeszytem, przeżegnał się, takim samym znakiem krzyża otworzył pierwszą stronę pamiętnika i pisał:

Czytelnikom pozdrowienie w Panu!

Pod górami karpackimi położona jest wieś zwana Zakopane, której mieszkańcy należeli od początku częścią do parafii Czarny Dunajec, częścią do kościoła szaflarskiego, który był filią nowotarskiego; po jakimś czasie część należąca do Czarnego Dunajca wcielona została do parafii ustanowionej w Chochołowie, część zaś druga wcielona została do parafii ustanowionej w Poroninie; zawsze przecie z powodu wielkiej odległości odczuwano potrzebę własnego kościoła. Dlatego też tak się stało, że pewien mieszkaniec, Paweł Gąsienica, powziął postanowienie, aby na roli Osiedle wystawić przynajmniej kaplicę, w której by od czasu do czasu mogła być odprawiona ofiara mszy świętej i gdzie by można udzielać ludowi nauk religijnych.

Gdy przez licytację tych dóbr stał się ich właścicielem Wielmożny Pan Emanuel Homolacz, całą swą troskę skierował ku urządzeniu parafii, jednak gdy on zmarł wcześnie, małżonka jego, Wielmożna Pani Klementyna Homolacz de Sławiński, stawszy się dziedziczką tych dóbr, ze swoim drugim małżonkiem, Edwardem Homolaczem, udotowawszy probostwo, w dniu 10 sierpnia wreszcie urzeczywistnili ten projekt, lecz z powodu różnych okoliczności dopiero w roku 1842 przedłożyli do załatwienia Najdostojniejszemu Majestatowi. Najjaśniejszy Pan, przez uzupełnienie kongruy dla proboszcza, projekt ten zaaprobował w dniu 12 sierpnia 1845 roku pod numerem 24 218.

W następstwie tego mieszkańcy Zakopanego i Kościeliska wraz z Dominium Zakopane pobudowali kościół, a kolatorka tego beneficjum i kościoła, Wielmożna Pani Klementyna Homolacz, sprawiła potrzebne przybory.

Pierwszy proboszcz, Józef Stolarczyk, urodzony w roku 1816, wyświęcony na kapłana w roku 1842, instytuowany kanonicznie 29 listopada 1847, a instalowany 6 stycznia 1848 roku, prowadzi zarząd parafii.

Kościół ten jest drewniany; zbudowany w roku 1847 i przyozdobiony jednym ołtarzem i czterema chorągwiami. Cieśla, człowiek leciwy, nazywał się Sebastian Gąsienica, inaczej Sobczyk.

Ukończył pisanie i zamyślił się. Czy dobrze ujął początkowe dzieje swojego pobytu w Zakopanem i historię powstania kościoła? Czegóż dokonał tu w ciągu trzech miesięcy? Kościół – była to właściwie kaplica z modrzewiowego drzewa, w niej jeden ołtarz, pod tylną ścianą stało skromne używane harmonium, sprowadzone z Nowego Targu. Zamiast dzwonu – sygnaturka. Pleban znalazł się bez plebanii, bez inwentarza, w cudzym domu mieszkając, otoczony dokoła ludem na poły dzikim i chciwym. Zbiegali się ku niemu, aby coś zyskać; nie z nauki, lecz z pieniędzy, a on był bez grajcara. Za funkcje nie płacili z początku nic proboszczowi, na przykład za pogrzeby. Mieli we wsi kobietę, która im stale trupy do kościoła w Chochołowie odwoziła, gdzie grzebano je na miejscowym cmentarzu; toteż poprzestawali na pokropieniu zwłok. Dla oddalenia raz lub dwa razy na rok zaglądali do kościoła w Chochołowie czy Poroninie. Przy wielkiej biedzie i prawie o suchym chlebie zabrał się Stolarczyk do pracy. W pierwszych tygodniach lud do niczego – z chęcią, za darmo – przyłożyć się nie chciał. Kapłan ujmował ich niespotykaną żarliwością i zapałem. Ciężko, opornie zaczęli się przekonywać do niego. Będzie lepiej!

Proboszcz wstał, jego olbrzymia postać zachybotała płomykiem kaganka. Stojąc, zwrócony w kierunku małego krucyfiksu, wbitego w ścianę nad łóżkiem, zmówił z książki łacińską modlitwę, po czym, dmuchnąwszy, zgasił światełko i począł się rozbierać.

Wiatr nie znużony huczał nad wsią bez wytchnienia.

Nazajutrz – była niedziela – ośnieżone góry ukazały się w blasku dnia pociemniałe, jak gdyby chudsze. Z regli skakały potoki, na upłazach zazieleniła się trawa, jak wyczyszczona, wymyta w kolorze. Jeszcze przed paru dniami w jarach, w bruzdach, pod lasem, nad strumieniami zalegał śnieg w płatach oklapniętych, sczerniałych, dziurkowatych, nasiąkłych wodą. Dzisiaj resztki śniegu zlizane, trawki puściły się po stokach. Wiatr halny dął z przerwami; co parę minut następował poryw wichury. Czego słońce nie zrobi przez parę tygodni grzania, oddech gorący halnego dokona w ciągu jednej nocy. Bydłu w szopach cni się; tęsknią do pola, wiatr nawiał im ciepła do nozdrzy, krowy porykują, wietrząc świeżą ruń z murawy. Zboczami, żlebami, wąwozami, drogami, ścieżkami lecą wody wiosenne, potoki puchną rwąc brzegi.

Więc już skończyła się zima. Trwała długo i była sroga. Twardy był rok poprzedni, 1847, jak prawie wszystkie ostatnie lata. Przyszła wczesna zima. Gruby pokład śniegu przywalił nie wykopane ziemniaki i brukiew, nazywaną tu powszechnie karpielami. Gdy owies prawie był dojrzały (a dojrzewa późno), nadleciał wiatr halny, wymłócił ziarno, zrobił koniec zakopiańskiemu jedzeniu.

Drogami z Ustupu, z Chramcówek, z Bystrego, ze Starej Polany przechodzi kilkudziesięciu ludzi bladych, wycieńczonych brakiem powietrza i strawy. Uwędził ich dym czarnej izby, przyzieleniła duszność, osłabiło marne jedzenie na przednówku. Nie zanosi się na lepsze w przyszłości. Drogą idą powoli, statecznie, odświętnie Króle, Tatary, Ustupscy, Oberconie, Sieczki, Chramce, Chyce, Gąsienice, Ślimaki, Jarząbki, Wale, Jafury, Galice. Od Kościelisk ciągną Bachledy, Topory, Marduły, Kowale, Walczaki. Tylko Olcza boczy się na proboszcza i na nowy kościół; oni by woleli mieć u siebie kościół. Nie honor im wędrować dwa kilometry do środka wsi, kiedy – dołożą jeszcze cztery i pójdą na Bańkówki. Czyli do Poronina.

– Momy chodzić tele dole we swoi wsi do kościoła? Cy ino lo sobie pobudowali kościół Gąsienice? My się nie rachujemy, cy jak?

Głupia historia. Któż jest temu winien, że Zakopane rozwłóczyło się na przestrzeni blisko milowej? Mścił się tu dawny sposób zabudowy. Chłopi osiedlali się na rolach, czyli na pojedynczych całościach gospodarstw, obejmujących po kilkanaście zagród. Nieraz nawet nie wiedzą, do jakiej wsi należą, bo to dla nich nieważne; ważne, w jakiej roli gazdują. Ta niechęć długo miała trzymać olczan z dala od modrzewiowego kościółka pod Giewontem. Mimo to kilkoro z Olczy przełamało niedorzeczny bunt przysiółka. Idą rody Gronikowskich i Mrowców. Baby z dziećmi przedrobiły już drogę wcześniej, tylko chłopom do kościoła się nie śpieszy.

Popatrzcie na nich. Wzrost górali jest więcej niż średni, czasem wysoki, góralek zaś – drobny, mierny. Budowa ciała, zwłaszcza u mężczyzn – szczupła, zgrabna a mocna. Ruchy zręczne, żywe, ładne, chód nadzwyczaj lekki. Głowy uformowane pięknie, rysy twarzy wyrzeźbione ostro. Mężczyźni są przystojni prawie bez wyjątku, kobiety nie dzielą z nimi na ogół tej urody. Cechują górali twarze podłużne, oczy czarne, włosy ciemne, natura bujna, rozum bystry. Cery mają gładkie, aż dziw, że się takie uchowały wśród tylu przeciwieństw klimatu; dotyczy to szczególnie kobiet, które mają twarze nieskazitelnie białe i delikatne. Mężczyźni golą brodę, zostawiając bujną wiechę wąsów. Włosy noszą długie, spadające na kark, jeszcze niekiedy splecione w parę warkoczyków, choć młodzi ukradkiem podśmiewają się z tego.

KONIEC BEZPŁATNEGO FRAGMENTU

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI