Kryptonim „Frankenstein” - Przemysław Semczuk - ebook

Kryptonim „Frankenstein” ebook

Przemysław Semczuk

0,0
38,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Gdy milkną echa procesu Wampira z Zagłębia, na Śląsku znowu zaczynają ginąć kobiety. Zabójca morduje i gwałci wzdłuż linii tramwajowej numer sześć. Gazety milczą, bo władze nie chcą wzbudzać paniki.

Pościg za nowym Wampirem podejmuje grupa operacyjna Szóstka. Po ataku w Piekarach Śląskich, tym razem na dwie

jedenastolatki, w Komendzie Wojewódzkiej w Katowicach powstaje grupa „Frankenstein”. Milicjanci uważają, że za

wszystkimi atakami stoi ten sam człowiek, a raczej bestia.

Jednym z oficerów jest porucznik Roman Hula, który trafia na trop zabójcy. Nie ma jednak wystarczających dowodów i musi wypuścić podejrzanego. Ale Wampir w końcu popełni błąd. I popełnia, a wtedy Huli udaje się go schwytać.

Powieść oparta na faktach, ukazująca sprawę seryjnego zabójcy Joachima Knychały, nazywanego Wampirem z Piekar.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog. Warszawa, poniedziałek, 21 maja 1985 roku

Pro­log

War­szawa, ponie­dzia­łek, 21 maja 1985 roku

Wysoki męż­czy­zna w ele­ganc­kim czar­nym gar­ni­tu­rze prze­ci­skał się mię­dzy podróż­nymi sto­ją­cymi na kory­ta­rzu. W końcu dotarł do prze­działu, w któ­rym było jedno wolne miej­sce. To tu! – upew­nił się, spraw­dza­jąc numer na drzwiach. Ski­nął głową do pozo­sta­łych podróż­nych, prze­pra­sza­jąc za potrą­ca­nie nóg sie­dzą­cych, po czym usiadł przy oknie. Przez chwilę szu­kał cze­goś w czar­nej skó­rza­nej teczce, którą posta­wił na kola­nach. Wresz­cie wyjął z niej książkę, egzem­plarz „Try­buny Ludu”, ter­mos i kanapkę zawi­niętą w papier śnia­da­niowy i poło­żył to wszystko na sto­liku. Następ­nie wstał i umie­ścił teczkę na półce na bagaż pod­ręczny. Sie­dząca naprze­ciw dziew­czynka nie odry­wała od niego wzroku.

– Pan też do Kra­kowa? – zapy­tała, uśmie­cha­jąc się i patrząc mu w oczy.

– Alu, nie prze­szka­dzaj panu – skar­ciła ją pobłaż­li­wie sie­dząca obok matka.

– Ależ nie prze­szka­dza. – Uśmiech­nął się męż­czy­zna. – Tak, jadę do Kra­kowa, bo tym pocią­giem można doje­chać tylko do Kra­kowa. Jak pociąg wyje­dzie z War­szawy, to zatrzyma się dopiero w Kra­ko­wie.

– Jedzie pan zoba­czyć smoka wawel­skiego?

Męż­czy­zna zaśmiał się gło­śno.

– Nie­stety, jadę do pracy, ale ze smo­kiem widzia­łem się nie­dawno i mówił mi, że czeka na cie­bie.

– A co pan będzie robił?

– Alu, nie wolno tak prze­py­ty­wać. – Tym razem głos matki był już bar­dziej sta­now­czy, jed­nak męż­czy­zna nie wyda­wał się zbity z tropu.

– Będę napra­wiał świat, żeby takie małe dziew­czynki jak ty mogły bez­piecz­nie spo­ty­kać smoki.

Teraz mała zaśmiała się gło­śno i kla­snęła w dło­nie. Roz­mowę prze­rwał wcho­dzący do prze­działu kon­duk­tor.

– Czy ktoś z pań­stwa się dosia­dał?

– Tak, ja – powie­dział męż­czy­zna, wycią­gnął z wewnętrz­nej kie­szeni jakiś blan­kiet i podał kon­duk­to­rowi. Ten uważ­nie prze­czy­tał kartkę.

– Legi­ty­ma­cja służ­bowa jesz­cze.

Męż­czy­zna bez waha­nia podał mu ksią­żeczkę. Na jej okładce matka dziew­czynki dostrze­gła napis „Służba wię­zienna”. Kon­duk­tor spraw­dził doku­ment i oddał wła­ści­cie­lowi.

– Miłej podróży życzę – powie­dział służ­bo­wym tonem i zamknął drzwi prze­działu. Męż­czy­zna uśmiech­nął się do kobiety, która wyda­wała się spięta. Pod­niósł książkę i odna­lazł wła­ściwą stronę. Matka dziew­czynki odczy­tała tytuł: Wspo­mnie­nia Rudolfa Hoessa, komen­danta obozu oświę­cim­skiego.

1. Katowice, środa, 18 września 1974 roku

1

Kato­wice, środa, 18 wrze­śnia 1974 roku

Wysłu­żona „trzy­nastka”, pamię­ta­jąca chyba jesz­cze pierw­sze lata po woj­nie, zatrzy­mała się na przy­stanku obok Zakła­dów Meta­lur­gicz­nych „Sile­sia” na kato­wic­kim Weł­nowcu. Drzwi tram­waju otwo­rzyły się powoli, ze zgrzy­tem. Z wago­nów wysy­pał się tłum ludzi i ruszył wprost na kor­don mili­cji. Zwy­kle nikt nie miał ochoty na kon­fron­ta­cje z mun­du­ro­wymi, ale tym razem było ina­czej. Każdy chciał być pierw­szy.

– Osoby z prze­pust­kami do kolejki! – wykrzyk­nął plu­to­nowy w mun­du­rze wyj­ścio­wym. Na pierw­szy rzut oka dało się dostrzec, że wło­żył sporo pracy, by wyglą­dać nie­na­gan­nie. Mun­dur był ide­al­nie czy­sty i gładki, czarne spodnie zapra­so­wane w kant, a w wypu­co­wa­nych trze­wi­kach można się było prze­glą­dać jak w lustrze. Na gło­wie mili­cjant miał czapkę z zapię­tym pod brodą paskiem, do prze­wie­szo­nej przez ramię rapor­tówki przy­piął krótką białą pałkę, a prawą dłoń trzy­mał opartą o kaburę pisto­letu.

– Osoby bez prze­pu­stek na lewo! – dyry­go­wał nad­cho­dzą­cymi.

Ludzie bez pro­te­stów sta­nęli w ogonku. Była dopiero ósma rano i zwy­kle o tej porze Joachim koń­czył szychtę. Wolał nocne zmiany, bo lepiej za nie pła­cili, ale wie­dział, że po pracy nie zdąży tak wcze­śnie doje­chać do Kato­wic. Dla­tego na dzi­siej­szą noc wziął wolne. Bał się tylko, że może zaspać. Nie­po­trzeb­nie, z emo­cji nie zmru­żył oka ani na chwilę. Wstał przed czwartą nad ranem i pobiegł na tram­waj. Od szó­stej cze­kał w kolejce przed budyn­kiem sądu woje­wódz­kiego przy ulicy Andrzeja. O siód­mej zaczęli wyda­wać prze­pustki upraw­nia­jące do wej­ścia na salę sądową. Dzi­siaj roz­po­czy­nał się pro­ces „Wam­pira z Zagłę­bia” – czło­wieka, który zamor­do­wał pięt­na­ście kobiet, a kolej­nych sześć pró­bo­wał zabić.

Roz­prawy miały się odby­wać z udzia­łem publicz­no­ści. Na salę mogło wejść pięć­set osób, ale chęt­nych zja­wiło się kilka razy wię­cej. Joachi­mowi się poszczę­ściło, zdo­był mały, biały kar­to­nik. Pro­sto z sądu pobiegł na kato­wicki Rynek i wsko­czył do tram­waju. W sądzie woje­wódz­kim nie było sali, która mogła pomie­ścić tylu chęt­nych, i dla­tego pro­ces miał się toczyć w budynku domu kul­tury przy hucie cynku „Sile­sia” w Kato­wi­cach.

Kato­wice

Joachim stał spo­koj­nie, cze­ka­jąc na spraw­dze­nie doku­men­tów. Spu­ścił głowę, uni­ka­jąc wzroku mili­cjan­tów, bacz­nie obser­wu­ją­cych tłum. Nie zwró­cili na to uwagi, bo sporo osób postę­po­wało podob­nie – poranne słońce stało już na tyle wysoko, że ośle­piało cze­ka­jących w kolejce. Ale Joachi­mowi nie prze­szka­dzało słońce, zawsze cho­dził ze spusz­czoną głową, uni­ka­jąc wzroku innych ludzi. Taki po pro­stu był.

Gdy nade­szła jego kolej, podał prze­pustkę i dowód oso­bi­sty.

– Nazwi­sko i imię! – zażą­dał zde­cy­do­wa­nym gło­sem plu­to­nowy.

– Tam jest napi­sane – bąk­nął Joachim, wciąż ze wzro­kiem wbi­tym w zie­mię.

– Ja was nie pytam, co tu pisze, tylko jak się nazy­wa­cie, oby­wa­telu! – burk­nął roz­draż­niony mili­cjant.

– Kny­chała, Joachim Kny­chała.

– Gdzie pra­cu­je­cie?

– Na gru­bie, zna­czy w kopalni Radzion­ków. Jestem cie­ślą – odparł, pod­no­sząc wresz­cie głowę.

– W porządku, może­cie iść. Po scho­dach na dru­gie pię­tro. – Mili­cjant wska­zał gestem wej­ście i zajął się następ­nym w kolejce.

Do budynku pro­wa­dziły oszklone drzwi. Joachim wmie­szał się w grupę ludzi i zaczął wcho­dzić po sze­ro­kich scho­dach z wypo­le­ro­wa­nego lastryka. Na dru­gim pię­trze zauwa­żył dwóch mun­du­ro­wych i kilku cywili. „Taj­niacy” – pomy­ślał i wszedł do sali. Widok go zasko­czył. W szkol­nych cza­sach był tu kie­dyś z klasą na jakimś spek­ta­klu teatral­nym. Teraz sala wyglą­dała zupeł­nie ina­czej. Obie dłu­gie ściany wypeł­niały ogromne okna, wyso­kie na jakieś trzy metry. Po lewej stro­nie roz­po­ście­rał się widok na teren huty cynku, a okna po pra­wej wycho­dziły na ulicę Armii Czer­wo­nej i przy­sta­nek tram­wa­jowy. Na końcu sali znaj­do­wała się scena, na któ­rej usta­wiono długi stół przy­kryty zie­lo­nym suk­nem. Po lewej stro­nie blat zała­my­wał się w stronę widowni. Przed sceną, pod oknem od strony huty, na drew­nia­nym pod­wyż­sze­niu stała duża kamera tele­wi­zyjna, a obok znaj­do­wała się druga, znacz­nie mniej­sza, fil­mowa. Przy oknach z pra­wej ujrzał kilka rzę­dów drew­nia­nych ławek przy­po­mi­na­ją­cych kościelne. Pierw­sze trzy rzędy miały nie­wiel­kie blaty, dalej, za barierką, stały kolejne trzy. Pomię­dzy ław­kami a oknem stało trzech mili­cjan­tów w czap­kach regu­la­mi­nowo zapię­tych pod brodą, z rapor­tów­kami i bia­łymi pał­kami. Uwagę Joachima zwró­ciły kabury z bro­nią, które mieli wszy­scy mun­du­rowi, i ci przed budyn­kiem, i ci przed drzwiami, i ci tutaj na sali. Część prze­zna­czoną dla widowni roz­po­czy­nały dwa rzędy ławek ze sto­li­kami, a resztę sali wypeł­niały pro­ste drew­niane krze­sła.

– Nie stać w przej­ściu. Niech oby­wa­tel znaj­dzie sobie miej­sce i siada – zako­men­de­ro­wał mili­cjant, który nie wie­dzieć skąd poja­wił się za jego ple­cami. Joachim prze­ci­snął się do przodu, klu­cząc mię­dzy zaję­tymi krze­słami. Chciał podejść jak naj­bli­żej, ale nie­stety kartki uło­żone w pierw­szych trzech rzę­dach infor­mo­wały, że są to miej­sca zare­zer­wo­wane dla osób ze sta­łymi prze­pust­kami. Udało mu się jed­nak zna­leźć wolne miej­sce w czwar­tym rzę­dzie, na tyle bli­sko, by dobrze widzieć stół sędziow­ski, a co naj­waż­niej­sze oskar­żo­nych. Usiadł. Rozej­rzał się wokół. Mimo że ludzie roz­ma­wiali przy­ci­szo­nymi gło­sami, wokół pano­wał spory gwar. Zewsząd dola­ty­wały strzępy wymiany zdań i wciąż padało to samo słowo: „Wam­pir”.

Joachim wyjął z kie­szeni wymiętą „Try­bunę Robot­ni­czą” i otwo­rzył ją na trze­ciej stro­nie. Na środku bił po oczach wypi­sany wołami tytuł: PRO­CES WAM­PIRA. Prze­biegł wzro­kiem po tek­ście, który znał pra­wie na pamięć:

W środę, osiem­na­stego wrze­śnia, o godzi­nie dzie­wią­tej rano, pad­nie sakra­men­talna for­muła: Pro­szę wstać. Sąd idzie! Roz­pocz­nie się pro­ces „wam­pira”. Pro­ces wyjąt­kowy, bo wymie­rza­jący spra­wie­dli­wość w spra­wie bez pre­ce­densu. Przed­tem eskorta wpro­wa­dzi oskar­żo­nego i współ­o­skar­żo­nych. Zdzi­sław Mar­chwicki pokaże nam swą twarz. I naj­pew­niej twarz nie jedną. Okrutną twarz czło­wieka, sto­ją­cego przed zarzu­tem pozba­wie­nia życia czter­na­stu kobiet i „nie z wła­snej winy” nie­uda­nych zama­chów na życie sze­ściu dal­szych, zde­ge­ne­ro­wa­nego alko­ho­lika katu­ją­cego żonę i dzieci, wyzna­ją­cego prawo siły wszę­dzie tam, gdzie prze­waga siły była po jego stro­nie – i twarz cie­szą­cego się dobrą opi­nią pra­co­wi­tego kon­wo­jenta kopalni „Sie­mia­no­wice”, cho­dzą­cego w cier­nio­wej koro­nie pokrzyw­dzo­nego przez los, porzu­co­nego przez żonę, bory­ka­ją­cego się z prze­ci­wień­stwami1.

Autor arty­kułu nie pozo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści, kim był Zdzi­sław Mar­chwicki. Już nie podej­rza­nym ani nie oskar­żo­nym, lecz win­nym. Podob­nie zresztą jak pozo­stali człon­ko­wie jego rodziny: bra­cia Hen­ryk i Jan, sio­stra Halina, jej syn Zdzi­sław i kocha­nek Jana – Józef Klim­czak. Cała zde­ge­ne­ro­wana rodzina. Ostat­nie zabój­stwo miał zle­cić Jan.

[…] osob­nik, który cze­go­kol­wiek się dotknął, poczy­nało gnić. Czło­wiek, który zgod­nie z sumie­niem dzie­lił swój czas na zabiegi wokół druku świą­to­bli­wych tek­stów, wyuz­dane orgie z innymi homo­sek­su­ali­stami, depra­wo­wa­nie czter­na­sto­let­niego chłopca, zresztą swego krew­nego i bra­nie sumu­ją­cych się w kwotę miliona zło­tych łapó­wek za pro­tek­cję, a rów­no­cze­śnie przy­go­to­wu­jący z pedan­te­rią zabój­stwo kobiety, która śmiała zagra­żać prak­ty­kom „wszech­wład­nego Jana”. Potem zaś, zwa­la­jący całą winę za zabój­stwo na współ­o­skar­żo­nych.

Trzeci z braci, Hen­ryk Mar­chwicki, był zda­niem redak­tora drob­nym pijacz­kiem, dam­skim bok­se­rem, kie­szon­kow­cem i współ­uczest­ni­kiem ostat­niego mordu. Dzien­ni­karz nie oszczę­dził także Haliny Flak, sio­stry Mar­chwickich, która miała z całą świa­do­mo­ścią przyj­mo­wać przed­mioty zra­bo­wane ofia­rom: kol­czyk (pró­bo­wała zro­bić sobie zeń złoty ząb), obrączkę, a nawet kilo­gram mięsa wycią­gnięty z torby kona­ją­cej kobiety. Z tego mięsa Halina ponoć usma­żyła kotlety dla brata Wam­pira.

Sala powoli się wypeł­niła, ludzie roz­ma­wiali, roz­glą­dali się, komen­to­wali, nie­któ­rzy wycią­gali kanapki i jedli je, kry­jąc się za ple­cami innych. Uno­sił się przy­jemny zapach kieł­basy, pomi­do­rów i kawy zbo­żo­wej, nale­wa­nej z kanek do bla­sza­nych kub­ków. Ale nie mógł zagłu­szyć smrodu biją­cego z odde­chów prze­siąk­nię­tych dymem papie­ro­so­wym i opa­rami wypi­tej poprzed­niego dnia wódki, odoru spo­co­nych ciał i brud­nych ubrań. Nagle ktoś otwo­rzył drzwi po pra­wej stro­nie sceny i weszło kilku mili­cjan­tów, a mię­dzy nimi dało się dostrzec postaci w sza­rych wię­zien­nych dre­li­chach. Przez tłum prze­szedł szmer i zanim oskar­żeni i kon­wo­jenci zdą­żyli zająć miej­sca, ciszę roz­darł krzyk kobiety. Stała w poło­wie sali, ubrana na czarno, w opusz­czo­nej na twarz woalce.

– Moje dziecko! Moje dziecko! Mor­derca! Ludzie, pomóż­cie! Moje dziecko!

Dwaj taj­niacy pod­bie­gli do kobiety, chwy­cili ją pod ręce i pró­bu­jąc uci­szyć jej lamenty, wypro­wa­dzili na zewnątrz. Poru­szeni ludzie obser­wo­wali tę scenę, ale kiedy kobieta znik­nęła, jak na komendę odwró­cili głowy w stronę ławy oskar­żo­nych. Męż­czy­zna sie­dzący naj­bli­żej publicz­no­ści, z dziw­nym, skrzy­wio­nym nosem i falu­ją­cymi wło­sami, jako jedyny nawet nie drgnął, jakby nie dostrzegł incy­dentu z roz­hi­ste­ry­zo­waną kobietą. Patrzył przed sie­bie i można było odnieść wra­że­nie, że z uwagą wpa­truje się w coś waż­nego za oknem. Drugi, wyraź­nie wyż­szy, ner­wowo roz­glą­dał się na boki. Trzeci, nie­wy­soki, kor­pu­lentny, z okrą­głą twa­rzą i łysiną, nie­cier­pli­wie kiwał się w tył i w przód. Kobieta i dwaj młodsi męż­czyźni w dru­gim rzę­dzie mieli spusz­czone głowy. Joachim zasta­na­wiał się, który to Zdzi­sław Mar­chwicki.

Nagle jeden z oskar­żo­nych, ten kor­pu­lentny, pode­rwał się z miej­sca i zaczął krzy­czeć:

– Tu są przed­sta­wi­ciele prasy! Zamor­do­wał ją Wik­tor Gaw­ry­luk ze Służby Bez­pie­czeń­stwa, bo nie chciała szpic­lo­wać i dono­sić na biskupa kato­wic­kiego! I na nikogo nie zwa­lam sprawy! Bo wiem, kto jest mor­dercą! Szu­kają kozła ofiar­nego! Ban­dyci ukra­iń­scy, któ­rych Bene­dykt Cader2 przy­wiózł z War­szawy. Chcąc rato­wać swoją kochankę, Kamiń­ską z uni­wer­sy­tetu, musiał mor­do­wać nie­winną kobietę. A dzi­siaj szu­kają… – zawie­sił głos – …głu­pich! Smyki! Nikt z Mar­chwic­kich nie strze­lał na Wybrzeżu do ludzi. Nikt! Niech poli­czą te sie­roty! Niech Wiel­go­law­ski poli­czy sie­roty, które zostały po zamor­do­wa­nych na Wybrzeżu. Jesz­cze z tam­tego się nie roz­grze­szyli, a już szu­kają nowych ofiar. A kochance Stru­żyń­skiej, która zawo­ziła go samo­cho­dem swoim do miej­sca mor­der­stwa, zor­ga­ni­zo­wał ucieczkę do NRF-u! – Męż­czy­zna znów zawie­sił głos, wyraź­nie sta­wia­jąc opór mili­cjan­tom pró­bu­ją­cych zmu­sić go, by usiadł. – Zaraz parę mie­sięcy po jej mor­der­stwie – pod­jął po chwili. – Jest do dzi­siej­szego dnia w NRF-ie z mężem i z dziec­kiem. Ten sam smyk Wik­tor Gaw­ry­luk ze Służby Bez­pie­czeń­stwa! Tego w pra­sie nie napi­szą.

Dowódca kon­wo­jen­tów dał znak, mili­cjanci chwy­cili oskar­żo­nego pod ręce i z tru­dem wywle­kli z ławki. Męż­czy­zna sza­mo­tał się, nogami pró­bo­wał zaprzeć się o barierkę, ale mili­cjanci oka­zali się sil­niejsi. Powle­kli oskar­żo­nego w stronę drzwi, ten jed­nak nie dawał za wygraną i dalej krzy­czał:

– Całą prawdę mówię! Nie martw się, Zdzi­chu! Nie martw się! Pro­szę, za prawdę to się wypro­wa­dza z sali. To jest Pol­ska i pra­wo­rząd­ność! – Ostat­nie, ledwo sły­szalne słowa dobie­gły już z kory­ta­rza.

Na sali zapa­no­wała kom­pletna cisza, ludzie sie­dzieli jak spa­ra­li­żo­wani. Dopiero po chwili zaczęli szep­tać mię­dzy sobą. Joachim wyło­wił czy­jeś słowa:

– To Jan Mar­chwicki, ten z uni­wer­sy­tetu. Pro­fe­sor!

Nie­któ­rzy z podzi­wem kiwali gło­wami, że nie bał się wykrzy­czeć takich rze­czy, inni obu­rzali się na bez­czel­nego ban­dytę, który śmie cokol­wiek mówić i pró­buje zwa­lać winę na innych. Przy­tłu­miony gwar nara­stał, ludzie nie zwra­cali już uwagi na mili­cjan­tów ani na oskar­żo­nych, do któ­rych docie­rały urywki roz­mów. Kilka minut póź­niej sala jesz­cze raz zamarła. Mili­cjanci ponow­nie wpro­wa­dzili Jana Mar­chwic­kiego i gdy tylko zna­lazł się na miej­scu, roz­legł się głos woź­nego:

– Pro­szę wstać, sąd wcho­dzi!

Ludzie pode­rwali się z hała­sem z krze­seł. Sędzio­wie i ław­nicy spo­koj­nie zasie­dli za sto­łem na sce­nie. W gło­wie Joachima znów ożyły wspo­mnie­nia. Minęły już cztery lata od czasu, gdy sam sie­dział na ławie oskar­żo­nych. Był prze­ra­żony i sko­ło­wany, nie miał zie­lo­nego poję­cia, co go czeka. Wszystko poto­czyło się bar­dzo szybko, zanim cokol­wiek do niego dotarło, sędzia ogło­sił, że ska­zuje go na trzy lata pozba­wie­nia wol­no­ści. Nie bar­dzo wie­dział, co to zna­czy, po czte­rech mie­sią­cach w aresz­cie śled­czym wyobra­żał sobie, że zakład karny nie może być gor­szy, jed­nak oka­zało się, że może. Nagle coś ści­snęło mu żołą­dek, tak samo jak wtedy. W ustach poczuł słod­kawy smak, fala gorąca ude­rzyła mu do głowy, a skro­nie zaczęły pul­so­wać. Zro­biło mu się słabo, z tru­dem łapał powie­trze.

– Pro­szę usiąść! – wezwał zebra­nych woźny i znów pod­niósł się gwar.

– Chcia­łem pro­sić o głos jako… – powie­dział Jan Mar­chwicki i pode­rwał się z miej­sca, zma­ga­jąc się z powstrzy­mu­ją­cymi go mili­cjan­tami.

– Pro­szę oskar­żo­nego. – Prze­wod­ni­czący składu sędziow­skiego jed­nym ski­nie­niem ręki ukró­cił kolejną prze­py­chankę. Jan Mar­chwicki sta­nął trzy­many za ramiona przez mun­du­ro­wych, któ­rzy prze­stali go szar­pać.

– Oskar­żo­nemu będzie udzie­lony głos w odpo­wied­niej chwili.

– Ja tylko chcia­łem prze­pro­sić Wysoki Sąd – mówił Mar­chwicki, nie cze­ka­jąc na pozwo­le­nie. – Bo mnie ziry­to­wały fał­szywe dane w pra­sie, podane przez redak­tora „Try­buny Robot­ni­czej”. Zde­ner­wo­wa­łem się i tutaj, wszedł­szy na salę, powie­dzia­łem fakty praw­dziwe, tylko nie we wła­ści­wym cza­sie. I za to chcia­łem prze­pro­sić.

Sędzia nie zwró­cił na niego uwagi i zaczął spo­koj­nie mówić.

– Otwie­ram posie­dze­nie sądu woje­wódz­kiego, na sesji w Domu Kul­tury Zakła­dów Cyn­ko­wych w Kato­wi­cach. Roz­po­zna­wana będzie sprawa Zdzi­sława Mar­chwic­kiego i innych oskar­żo­nych o prze­stęp­stwa zabój­stwa, usi­ło­wa­nia zabój­stwa, pomoc­nic­twa, pod­że­ga­nia do zbrodni oraz całego sze­regu innych prze­stępstw z całego kodeksu kar­nego. Sąd uprze­dza strony, pro­ku­ra­to­rów, obroń­ców oraz zawia­da­mia oskar­żo­nych, że cała roz­prawa jest reje­stro­wana na taśmie magne­to­fo­no­wej. W związku z tym, w razie zabie­ra­nia głosu, pro­szę strony o posłu­gi­wa­nie się mikro­fo­nami.

Sędzia mono­ton­nie i bez­na­mięt­nie odczy­ty­wał kolejne zarzuty. Zdzi­sław Mar­chwicki wstał i teraz Joachim zorien­to­wał się, że to ten męż­czy­zna ze skrzy­wio­nym nosem jest „wam­pi­rem”. Był niski i robił nie­cie­kawe wra­że­nie. Spo­koj­nym, opa­no­wa­nym gło­sem dwa­dzie­ścia razy z rzędu powta­rzał:

– Nie przy­znaję się!

I dopiero kiedy padło pyta­nie, czy przy­znaje się do kra­dzieży, odparł zde­cy­do­wa­nie:

– Tak!

Sędzia zapy­tał jesz­cze o znie­wa­że­nie funk­cjo­na­riu­szy na służ­bie i wtedy Mar­chwicki uśmiech­nął się:

– Coś tam powie­dzia­łem, ale żeby znie­wa­żyć? Niech będzie, że znie­wa­ży­łem. – Wzru­szył ramio­nami i nie cze­ka­jąc na pozwo­le­nie, usiadł.

Prze­wod­ni­czący składu odczy­tał zarzuty dla kolej­nych oskar­żo­nych, Hen­ryka, Jana, Haliny Flak, Zdzi­sława Flaka i Józefa Klim­czaka. Joachim już tego nie słu­chał. Wpa­try­wał się w zasty­głą twarz Zdzi­sława Mar­chwic­kiego i zasta­na­wiał się, czy ten nie­po­zorny, wątły męż­czy­zna może być tym strasz­li­wym mor­dercą? Czy to rze­czy­wi­ście on ude­rzał ofiary w tył głowy i roz­trza­ski­wał im czaszki?

Po odczy­ta­niu wszyst­kich zarzu­tów ogło­szono pół godziny prze­rwy i publicz­ność ode­tchnęła, tak jak w woj­sku po poda­niu komendy „spo­cznij”. Zaczęły się gorącz­kowe dys­ku­sje, bo każdy miał coś do powie­dze­nia, i tylko Joachim mil­czał, przy­słu­chu­jąc się roz­mo­wom.

– Po co tra­cić na takich czas? Powie­sić ban­dy­tów! Na szu­bie­nicę! – emo­cjo­no­wali się jedni. Inni uspo­ka­jali, że tak nie można, że po to jest sąd, by orzec winę i karę, ale i ci nie mieli naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że na ławie oskar­żo­nych sie­dzi mor­derca i pomoc­nicy.

Po prze­rwie głos zabrał pro­ku­ra­tor, łysie­jący męż­czy­zna o wysta­ją­cych przed­nich zębach, który wstał i zaczął odczy­ty­wać akt oskar­że­nia. Mar­chwic­kich porów­ny­wał do rodziny Cor­le­one, a Zdzi­sława nazwał hur­tow­ni­kiem zbrodni, który „w celu pozba­wie­nia życia i zaspo­ko­je­nia swego popędu sek­su­al­nego zadał ofie­rze kilka cio­sów tępym narzę­dziem”. Słowa pro­ku­ra­tora wywo­ły­wały poru­sze­nie wśród publicz­no­ści, nato­miast Zdzi­sław Mar­chwicki przy­słu­chi­wał się opi­som zbrodni bez emo­cji. Joachim obser­wo­wał go, sta­ra­jąc się wyczy­tać coś z jego twa­rzy. Na próżno. Wam­pir wyda­wał się nie­obecny, wpa­try­wał się upar­cie w jakiś punkt za oknem i zacho­wy­wał tak, jakby całe to przed­sta­wie­nie wcale go nie doty­czyło. Jakby zna­lazł się tu przy­pad­kiem, jak jedna z pię­ciu­set osób zasia­da­ją­cych na widowni.

Było wpół do czwar­tej, gdy Joachim z ulgą wyszedł na świeże powie­trze. Był zawie­dziony. Cze­kał na tę roz­prawę, roz­my­ślał o niej godzi­nami, a zoba­czył coś, czego się nie spo­dzie­wał. Czło­wiek okrzyk­nięty naj­więk­szym zbrod­nia­rzem w histo­rii Pol­ski wyda­wał mu się zupeł­nie nie­groźny i on sam mógłby z łatwo­ścią sobie z nim pora­dzić. W szkole wiele razy bił się z chło­pa­kami, a i jako doro­sły nie uni­kał bija­tyk i gdy docho­dziło do pyskówki, walił pierw­szy, nie cze­ka­jąc, aż ktoś ude­rzy. A Mar­chwicki wyglą­dał na takiego, co to muchy nie skrzyw­dzi. Czy ktoś taki mógł być naj­więk­szym mor­dercą w histo­rii Pol­ski?

I tak, wspo­mi­na­jąc dawne czasy, Joachim doje­chał do Pie­kar Ślą­skich, zjadł przy­go­to­wany przez matkę obiad, wypił butelkę piwa i poło­żył się spać. Musiał odpo­cząć przed nocną szychtą, ale nie mógł zasnąć. W gło­wie wciąż koła­tały mu się wspo­mnie­nia z sali sądo­wej, ale nie tej z ostat­niej roz­prawy, lecz z jego wła­snej. Na­dal czuł żal do tam­tej dziew­czyny. Może gdyby prze­pro­sił, wszystko poto­czy­łoby się ina­czej. Ale nie zro­bił tego. Uwa­żał, że nie miał za co. Ot, takie wygłupy, tro­chę doty­ka­nia. Wła­ści­wie nic się nie stało, a ona naro­biła krzyku i oskar­żyła ich o gwałt. Ich, bo byli we trzech. I dla­tego wyrok oka­zał się taki surowy. Sędzia uznał, że była to próba gwałtu zbio­ro­wego.

Mówi się, że woj­sko zmie­nia chło­paka w męż­czy­znę. Joachim nie był w woj­sku, zaraz po szkole poszedł do pracy w kopalni; nie objął go jesienny pobór, z czego był nawet zado­wo­lony. Nie­stety radość nie trwała długo, bo przez tę głu­pią Emilkę, mając zale­d­wie osiem­na­ście lat, tra­fił do wię­zie­nia, z któ­rego po pół­tora roku wyszedł za dobre spra­wo­wa­nie. Ale był już kimś zupeł­nie innym. Nie zmie­niło go woj­sko, lecz wię­zie­nie. W kogo? Tego nie wie­dział, wciąż zasta­na­wiał się, kim jest. Coś go cią­gnęło do kobiet, chciał je doty­kać, poczuć ich ciała, cie­pło, zapa­chy, a jed­nak, gdy wyobra­żał sobie, że jest z któ­rąś bli­sko, ogar­niał go gniew.

W końcu zasnął.

2. Katowice, wtorek, 16 lutego 2016 roku

2

Kato­wice, wto­rek, 16 lutego 2016 roku

Mimo wcze­snej pory przy wej­ściu do Sądu Okrę­go­wego w Kato­wi­cach ruch jest nie­mały. Pcham cięż­kie drzwi. Tuż za nimi stoi rodzina z dziec­kiem, zimny wiatr wdziera się do przed­sionka i męż­czy­zna patrzy na mnie wście­kły.

– Tu cią­gle piź­dzi na tym jeba­nym hany­so­wie.

Jak nie­wiele trzeba, by odróż­nić gorola z Zagłę­bia Dąbrow­skiego od hanysa z Gór­nego Ślą­ska. Ich wza­jemna nie­chęć jest tak stara, że nikt już chyba nie wie, o co w niej wła­ści­wie cho­dzi. Cze­kam chwilę w kolejce. Opróż­niam kie­sze­nie, wyj­muję port­fel, tele­fon, klu­cze, a nawet bilon. Wszystko do pudełka. Ple­cak na taśmę i do prze­świe­tlarki bagażu. Jest pro­blem, bo jak zawsze mam przy sobie scy­zo­ryk.

– Broń musi pan zosta­wić w depo­zy­cie.

Próby pro­te­stu nie odno­szą skutku. Scy­zo­ryk to broń. Czy­tel­nia jest na par­te­rze, kilka kro­ków od wej­ścia, ale naj­pierw muszę wejść na dru­gie pię­tro i zała­twić for­mal­no­ści u pani Anety w sekre­ta­ria­cie V Wydziału Kar­nego. W latach sie­dem­dzie­sią­tych sprawę pro­wa­dził Wydział IV, ale od tego czasu zmie­niły się numery wydzia­łów i sal sądo­wych. Ludzie też się zmie­nili, dzi­siaj mało kto z pra­cow­ni­ków sądu pamięta tamte gło­śne pro­cesy. Na szczę­ście wnio­sek o udo­stęp­nie­nie akt pro­ce­so­wych zło­ży­łem kilka mie­sięcy wcze­śniej i nie będzie trud­no­ści z wglą­dem do doku­men­tów.

Czy­tel­nia to duże, jasne pomiesz­cze­nie, kil­ka­na­ście małych sto­li­ków. Na końcu sali, na pod­wyż­sze­niu przy­po­mi­na­ją­cym kate­drę, stoją moni­tory. Za nimi dwie panie, któ­rym nie muszę się przed­sta­wiać. Znamy się od dwóch lat, bo pisząc poprzed­nią książkę, spę­dzi­łem w tej sali sporo czasu. Poka­zuję zgodę pre­zesa sądu. Wszytko jest w porządku, mogę dostać zamó­wione mate­riały. Kilka minut póź­niej pra­cow­nik archi­wum przy­wozi na wózku stos zaku­rzo­nych tomów.

Akta główne to dwa­dzie­ścia trzy opa­słe teczki. Nie­wiele. Bra­kuje aktu oskar­że­nia, pro­to­ko­łów roz­praw, wyroku z uza­sad­nie­niem i ape­la­cji. Nie ma też tomu dwu­dzie­stego dru­giego, który przed rokiem jesz­cze był. Prze­glą­da­łem go przy oka­zji, gdy czy­ta­łem akta sprawy Mar­chwic­kiego. W tomie dwu­dzie­stym dru­gim znaj­do­wały się dowody rze­czowe, pamię­tam mały note­sik w pla­sti­ko­wej oprawce, w któ­rym Joachim zapi­sał kali­gra­ficz­nym pismem listę ksią­żek w swo­jej biblio­teczce. Była też legi­ty­ma­cja stu­dencka jed­nej z ofiar, jakiś grze­bień, bilety komu­ni­ka­cji miej­skiej. Pytam o ten tom. W archi­wum spraw­dzają, ale nie ma. Pro­szę, aby jesz­cze raz spraw­dzili, może ktoś omył­kowo poło­żył na innej półce. Wyklu­czone. Nie­dawno była inwen­ta­ry­za­cja. Gdyby leżał w innym miej­scu, toby od razu zauwa­żono. Co się stało? Nikt nie potrafi powie­dzieć. Akta Mar­chwic­kiego, Arnolda i Kny­chały cią­gle ktoś prze­gląda. Nie ma mie­siąca, by jakaś tele­wi­zja nie chciała zro­bić paru ujęć do filmu doku­men­tal­nego. Nie­dawno było BBC czy CBS. Pyta­nie, co się stało z pozo­sta­łymi tomami. Ile ich wła­ści­wie było? Tego nie uda się już usta­lić. Trzeba zająć się tym, co jest.

3. Piekary Śląskie, niedziela, 6 października 1974 roku

3

Pie­kary Ślą­skie, nie­dziela, 6 paź­dzier­nika 1974 roku

Joachima obu­dził ból głowy. Przez chwilę zasta­na­wiał się, jaki jest dzień i czy nie zaspał do pracy. Z tru­dem prze­łknął ślinę i jak przez mgłę dotarło do niego, że wczo­raj była sobota. „Skoro tak, to dzi­siaj jest nie­dziela” – pomy­ślał, nie otwie­ra­jąc oczu. Co nie zna­czyło, że nie idzie do pracy. Kopal­nia ni­gdy nie śpi, pra­cuje świą­tek, pią­tek, w dzień i w nocy. Co osiem godzin kolejna grupa męż­czyzn wtła­cza się do szoli3 i zjeż­dża pod zie­mię fedro­wać węgiel dla socja­li­stycz­nej ojczy­zny. Joachim nie otwie­rał oczu, zaci­skał nawet moc­niej powieki, wal­cząc ze świa­tłem, które pró­bo­wało wedrzeć się do jego obo­la­łej głowy.

– Dzień dobry – usły­szał cie­pły głos Haliny. – Sta­wej. Zro­bia ci sma­żonke. Taką, jak lubisz.

Poczuł, jak Halina kła­dzie się obok niego.

– I coś ty wczo­raj z sobą zro­bił? – zapy­tała, nie ocze­ku­jąc raczej odpo­wie­dzi.

Teraz dopiero sobie przy­po­mniał. Wczo­raj wziął ślub w pie­kar­skiej bazy­lice, z czym było sporo zachodu, zała­twia­nia, bo on ewan­ge­lik, a Halina – kato­liczka. Mogli pójść tylko do urzędu stanu cywil­nego, ale ona uparła się na kościół i tyle. Jak się baba uprze, to rady nie ma. Ale jakoś poza­ła­twiali wszystko. Sporo ludzi przy­szło, jego rodzina z Byto­mia, z którą rzadko się widy­wał, tro­chę zna­jo­mych i dele­ga­cja z kopalni. Przy­ję­cie zro­bili w Ludo­wej przy Bytom­skiej. Może nie był to naje­le­gant­szy lokal w Pie­ka­rach, ale za to nie­drogi. Nie­stety pamię­tał tylko począ­tek wesela, dal­sze wspo­mnie­nia się zacie­rały, aż wresz­cie ury­wały się na dobre. Nie wie­dział nawet, jak zna­lazł się w domu, na osie­dlu Wie­czorka.

– Sta­wej, Achim. – Halina pogła­dziła go po gło­wie. – Już połed­nie. Dyć zaroz przij­dum na popra­winy. Napra­li­ście się i ześ zapro­siół łojca ze szwa­grami.

Joachim pod­niósł się z tru­dem. Głowa bolała jak cho­lera, z czego wywnio­sko­wał, że rze­czy­wi­ście musiał sporo wypić. Dopiero teraz zauwa­żył, że spał w odświęt­nej koszuli. Zdjął ją przez głowę, nie roz­pi­na­jąc guzi­ków, i rzu­cił na łóżko. Pod­niósł wia­dro i nalał wody do meta­lo­wej mied­nicy usta­wio­nej na krze­śle.

– Pocze­kej, naleja ci gorki wody. – Halina pode­rwała się w stronę kuchenki.

– Niy trza. – Zatrzy­mał ją mach­nię­ciem ręki. – Wola zimno.

Uśmiech­nęła się.

– To zro­bia ci ta sma­żonka.

Obmył się, wytarł wiszą­cym na opar­ciu krze­sła ręcz­ni­kiem, potem wziął meta­lowy kubek, zaczerp­nął wody z wia­dra i wypił jed­nym hau­stem. Tak łap­czy­wie, że woda ucie­kała bokiem, spły­wa­jąc mu po bro­dzie.

– A muterka kaj? – zapy­tał, sia­da­jąc przy stole.

– Spała u kumy, esz­cze niy przi­szła.

Patrzył, jak wbi­jała jajka i mie­szała, żeby się nie przy­pa­liły. Wolał taką lejącą się, nie do końca ściętą. Wresz­cie Halina posta­wiła przed nim patel­nię i zabrała się do kro­je­nia chleba.

– Wiysz – urwała, patrząc na niego. – Musisz coś wyno­kwić. Jo tak dali niy dom rady. Niy chca miysz­kać na kupie. – Podała mu pajdę chleba.

Jadł, nie pod­no­sząc głowy, a Halina nie odry­wała od niego wzroku.

– Tyś jest jedy­nok i łona mie niy lubi, boch cie ji zabra­łach. A do tego jo jest kato­liczka i Polka.

– Żeś kato­liczka, to prowda, ale czy Polka? A fto to wiy, kiery tu jest Polo­kym, Niem­cym czy Sło­wa­kym? Pomyśl tro­cha. Ty z doma żeś jest Hor­nik. Czy to pol­skie nazwi­sko? – Zaśmiał się. – Jo tyż niy wiym, kim żech jest. Starka Niemka, mutra Niemka, a łoj­ciec już Polok i tyż kato­lik. Ale mosz recht, Halina. Łona cie nie lubi. Tyla, że łona nikogo nie lubi.

Halina patrzyła, jak skórką z chleba wycie­rał patel­nię, zbie­ra­jąc resztki jajecz­nicy. Widać było, że mu sma­kuje, i poczuła, że jest szczę­śliwa. Wresz­cie miała kogoś, kto się nią zaopie­kuje. Zawsze marzyła o nor­mal­nym domu, w któ­rym będzie rodzinne cie­pło i uczu­cia, o tym wszyst­kim, czego bra­ko­wało jej w dzie­ciń­stwie. Ojciec zmarł, gdy miała kilka lat, matka szybko ponow­nie wyszła za mąż, uro­dziły się kolejne dzieci, dwóch braci i sio­stra. Przy­rod­nie rodzeń­stwo. Ojczym, Jerzy Gaw­ron, nie był złym czło­wie­kiem, nie bił jej, ale postę­po­wał surowo. Niby od wszyst­kich wyma­gał tyle samo, ale Halina czuła, że ją trak­tuje ina­czej. Nie kochał pasier­bicy i nie oka­zy­wał uczuć, tak jak swoim dzie­ciom. Gdy poznała Joachima poczuła coś, czego nie doświad­czyła ni­gdy wcze­śniej, a teraz, po ślu­bie chciała tylko jed­nego: żeby miesz­kali sami. Wie­działa, że to nie­pro­ste, że miesz­kań nie dawali tak od ręki. Fakt, Joachim miał więk­sze szanse, jak każdy gór­nik. Gdyby zaszła w ciążę, to kopal­nia szybko by im coś zna­la­zła, ale nie chciała tułać się z dziec­kiem, póki nie dostaną wła­snego kąta. Wolała pocze­kać. Aby było nor­mal­nie, po kolei. W końcu nacze­kała się już tyle lat na to wyma­rzone życie, to może wytrwać jesz­cze tro­chę. Wie­działa, że będzie dobrze. Jesz­cze tylko tro­chę cier­pli­wo­ści.

4. Bytom, sobota, 2 listopada 1974 roku

4

Bytom, sobota, 2 listo­pada 1974 roku

Poli­tech­nika Gli­wicka ucho­dziła za naj­lep­szą uczel­nię tech­niczną na Ślą­sku. W Gli­wi­cach był też naj­faj­niej­szy klub stu­dencki Gwa­rek. Stu­denci dojeż­dża­jący z Byto­mia zazdro­ścili tym z Gli­wic, że wie­czo­rami mają się gdzie zaba­wić. I z tej zazdro­ści posta­no­wili otwo­rzyć wła­sny klub. Kilku zapa­leń­ców wypro­siło w radzie naro­do­wej lokal przy ulicy Moniuszki. Otwar­cie pla­no­wano na Bar­bórkę 1968 roku, ale, jak to zwy­kle bywa, trud­no­ści obiek­tywne spo­wo­do­wały opóź­nie­nie. I dopiero dwa mie­siące póź­niej, 28 stycz­nia 1969 roku, nastą­piło otwar­cie uświet­nione wystę­pem arty­stów kra­kow­skiej Piw­nicy pod Bara­nami. Wcze­śniej jed­nak zor­ga­ni­zo­wano ple­bi­scyt na nazwę klubu. Wygrał pyr­lik, czyli mło­tek uży­wany w kopal­niach, który razem z żelaz­kiem jest w gór­ni­czym her­bie. Do Pyr­lika przy­cho­dzili nie tylko stu­denci, stał się naj­mod­niej­szym miej­scem wśród bytom­skiej mło­dzieży i wkrótce otrzy­mał nową, więk­szą sie­dzibę, przy Jagiel­loń­skiej.

Jesień 1974 roku była w Pol­sce wyjąt­kowo brzydka. 2 listo­pada lało, wiał silny, zimny wiatr, ludzie kulili się pod para­so­lami i sta­rali się czym prę­dzej schro­nić w domach. W Pyr­liku, gdzie mimo fatal­nej aury pano­wała gorąca atmos­fera, przy jed­nym ze sto­li­ków sie­działy trzy ładne wystro­jone i mocno nadą­sane dziew­czyny. Przed nimi stało kilka kie­lisz­ków wina i szklanki z oran­żadą. Nie odzy­wały się, widać było, że coś zepsuło im humor, nawet nie spoj­rzały na ele­ganta w mod­nej koszuli non iron, który do nich pod­szedł.

– Maria! – powie­dział chło­pak i popa­trzył z wyrzu­tem na jedną z dziew­czyn. – Prze­cież jest sobota, można tro­chę wypić.

Maria sie­działa z twa­rzą zwró­coną w stronę tań­czą­cych.

– Dobra, jak chcesz. Ja idę do chło­pa­ków. – Odwró­cił się i odszedł w stronę sto­lika, przy któ­rym sie­działo kilku świet­nie bawią­cych się mło­dzień­ców.

– Maria, Maria, zawsze to samo! – Spoj­rzała na kole­żanki. – „Prze­cież jest sobota!” – powtó­rzyła, prze­drzeź­nia­jąc głos chło­paka. – A potem nie wie już, jak się nazywa. Mam dość. Jak chce pić z kum­plami, to niech pije. Ja idę do domu.

– Maria, daj spo­kój – pró­bo­wała ją uspo­koić Jolka.

– Posiedź jesz­cze tro­chę. Jesz­cze pół godzinki i pój­dziemy razem. – Kry­styna wsparła sio­strę.

– Prze­pra­szam, ale muszę się prze­wie­trzyć.

Wstała i z pod­nie­sioną głową prze­szła obok sto­lika, przy któ­rym sie­dział Wło­dek z kum­plami. Nawet na niego nie spoj­rzała. Była zbyt dumna, a może uznała, że nie może się ugiąć. Sama nie lubiła alko­holu, piła rzadko, co naj­wy­żej kie­li­szek słod­kiego wina i prze­szka­dzała jej woń bijąca od pija­nych, a jesz­cze bar­dziej pijac­kie zacho­wa­nie. Oddała nume­rek w szatni, wło­żyła płasz­czyk i wyszła na ulicę. Było zimno, sią­pił drobny deszcz, uszła zale­d­wie kilka kro­ków, gdy usły­szała za sobą głos Włodka.

– Maria, pro­szę cię. – Chło­pak pod­biegł i chwy­cił ją za ręce. – Zostań, prze­cież jest byczo.

– Byczo?! – prych­nęła drwiąco z iry­ta­cją w gło­sie. – Może tobie jest byczo. Ja przy­szłam potań­czyć, a nie pić wódkę.

– No ale, jak wypi­jemy, to potań­czymy…

– Wło­dek! – zde­ner­wo­wała się Maria, wyszar­pu­jąc ręce z jego dłoni. – Sie­dzimy tu od siód­mej, jest wpół do jede­na­stej i jesz­cze nie zatań­czy­li­śmy. Do któ­rej mam cze­kać?

Odwró­ciła się i ruszyła przed sie­bie. Chło­pak postał chwilę, aż wresz­cie mach­nął ręką i wró­cił do klubu, Maria nato­miast skrę­ciła w opu­sto­szałą ulicę Kato­wicką. Idąc szyb­kim kro­kiem, prze­cięła plac Kościuszki. W gma­chu sądu świe­ciło się tylko na par­te­rze, tuż przy wej­ściu. Ale w pro­ku­ra­tu­rze jesz­cze ktoś pra­co­wał, bo na pierw­szym pię­trze w kilku oknach paliło się świa­tło. Wcho­dząc w Bie­ruta, przy­sta­nęła na kra­węż­niku, spoj­rzała na zegar na wieży kościoła Świę­tej Trójcy. Była za pięć jede­na­sta. Ulicą prze­je­chała tak­sówka, na którą w pierw­szej chwili nie zwró­ciła uwagi, ale kątem oka dostrze­gła, że sie­dzący z tyłu pasa­żer odwró­cił się nagle i spoj­rzał w jej stronę. Poczuła się dziw­nie. Nie, strach jej nie oble­ciał, ale czuła jakby dotknię­cie tego wzroku. Wcią­gnęła do płuc zimne powie­trze, odwró­ciła się na pię­cie i tą samą drogą skie­ro­wała się w stronę Pyr­lika.

– A wy, Zabo­ro­wi­czówny, co? Dalej tak sie­dzi­cie? – Popa­trzyła na kole­żanki tkwiące na tych samych miej­scach, na któ­rych je zosta­wiła.

Spoj­rzały na nią wymow­nie.

– Dobra, mia­łaś rację, idziemy – powie­działa jedna z sióstr, patrząc w roze­śmiane try­um­fal­nie oczy Marii. – Oni rze­czy­wi­ście tu przy­szli tylko się napić.

Sio­stry wstały i wszyst­kie trzy prze­szły przed sto­li­kiem chło­pa­ków, zaczep­nie krę­cąc pupami. W szatni roze­śmiały się, licząc, że ten pokaz zro­bił odpo­wied­nie wra­że­nie. Wzięły płasz­cze i śmie­jąc się, wyszły na ulicę, a zaraz za nimi wybie­gło dwóch, naj­wy­żej dwu­dzie­sto­let­nich, kawa­le­rów.

– Już idzie­cie? Prze­cież impreza dopiero się roz­kręca! – prze­ko­ny­wał jeden z nich.

– Dla nas się już skrę­ciła – odparła ze zło­ścią Jola. – Tak, idziemy i życzymy miłego roz­krę­ca­nia.

Dziew­czyny odda­liły się, zosta­wia­jąc przed Pyr­li­kiem zasko­czo­nych chło­pa­ków. Prze­stało padać, ale wiatr przy­bie­rał na sile. Szły szyb­kim kro­kiem, w mil­cze­niu. I choć żadna nie powie­działa tego na głos, dobrze wie­działy, że lepiej wra­cać tram­wa­jem. Zatrzy­mały się na przy­stanku przy Sądo­wej. W cia­snej uliczce mię­dzy wyso­kimi kamie­ni­cami podmu­chy wia­tru jesz­cze bar­dziej dawały im się we znaki. Pro­wi­zo­ryczny daszek oka­zał się mar­nym schro­nie­niem, scho­wały się więc za kio­skiem Ruchu. Zbiły się w cia­sną gro­madkę i chu­chały w zmar­z­nięte dło­nie. Bruk lśnił w świe­tle latarni oświe­tla­ją­cych wąską jezd­nię prze­ciętą toro­wi­skiem.

– Cho­lera, ale zimno! – poskar­żyła się Kryśka, roz­cie­ra­jąc dło­nie. – Maria, albo zało­żysz tę czapkę, albo mi ją daj, to ja ją założę. Nie ma co już zgry­wać ele­gantki. Chrza­nić fry­zurę.

Maria bez słowa wyjęła z kie­szeni weł­nianą czapkę i wci­snęła ją na głowę, nisz­cząc mister­nie ufor­mo­wane loczki. Nie­wielka strata. I tak były już mocno potar­gane wia­trem.

– O jedzie – rzu­ciła Jolka, która pierw­sza dostrze­gła tram­waj, bo stała twa­rzą w kie­runku, z któ­rego miał nad­je­chać.

– Byle nie „dzie­więt­nastka”. Do Radzion­kowa się nie wybie­ramy – mruk­nęła pod nosem Kry­styna.

– Jedziemy. To trzy­dzie­ści jeden. – Jolka ode­tchnęła z ulgą.

Motor­ni­czy zaczął hamo­wać z okrop­nym hała­sem i w końcu tram­waj zatrzy­mał się na przy­stanku. Przed­nie drzwi wolno odsu­nęły się na bok, ale kiedy dziew­czyny chciały wsiąść, drogę zastą­piła im kon­duk­torka w mun­du­rze.

– Do zajezdni zjeż­dżamy. Na Stro­szek – oświad­czyła z ulgą, bo pew­nie miała już dość jazd po mie­ście w taką pogodę. – Więc jak panienki chcą w tamtą stronę, to zapra­szam.

Stały z zawie­dzio­nymi minami, patrząc na nią z wyrzu­tem, taką miały nadzieję, że pod­jadą ten kawa­łek.

– To jedziemy, panie Alojzy – rzu­ciła w stronę motor­ni­czego kon­duk­torka i znik­nęła we wnę­trzu wozu.

Tram­waj ruszył i po chwili ciszę znowu prze­ry­wały już tylko podmu­chy wia­tru. Postały jesz­cze z dzie­sięć minut, narze­ka­jąc na chło­pa­ków i nie­udany wie­czór, i w końcu posta­no­wiły iść pie­chotą. Prze­szły wolno wzdłuż muru wię­zie­nia, oglą­da­jąc się za sie­bie z nadzieją, że coś jed­nak nad­je­dzie, ale nie, żaden tram­waj się nie poja­wiał. Skrę­ciły za róg, porzu­ca­jąc na dobre przy­sta­nek na Sądo­wej i przy­spie­szyły kroku, bo do następ­nego był spory kawa­łek. Po przej­ściu pięć­dzie­się­ciu metrów zna­la­zły się na ulicy Bie­ruta, jasno oświe­tlo­nej żół­tym świa­tłem pada­ją­cym z lamp sodo­wych umiesz­czo­nych na wyso­kich słu­pach. Minęły przy­sta­nek, ale o tram­waju na­dal nie było co marzyć, więc szły dalej, oglą­da­jąc się wciąż za sie­bie.

Obok kąpie­li­ska miej­skiego Maria kolejny raz się odwró­ciła i w mroku, pod drze­wami na obrzeżu parku Świer­czew­skiego, zauwa­żyła jakąś postać, chyba faceta. Znaj­do­wał się jakieś sto metrów za nimi i z tej odle­gło­ści nie umiała nawet dostrzec, czy to męż­czy­zna, czy może jed­nak kobieta. Jej uwagę zwró­cił roz­ko­ły­sany, chwiejny, jakby mary­nar­ski chód. Szanse na tram­waj roz­pły­nęły się zupeł­nie, kiedy minęły kolejny przy­sta­nek, bo nawet gdyby nad­je­chał, to na następ­nym i tak musia­łyby wysiąść. Kilka minut póź­niej zatrzy­mały się przy skrzy­żo­wa­niu, z odcho­dzącą w prawo ulicą Łużycką, przy któ­rej miesz­kały Zabo­ro­wi­czówny. Umó­wiły się, że jutro, a wła­ści­wie dzi­siaj, bo było już po pół­nocy, pójdą razem na jede­na­stą do kościoła. Gdy tak roz­ma­wiały, nie­zna­jomy minął je chwiej­nym kro­kiem. Oka­zał się mło­dym, schlud­nie ubra­nym męż­czy­zną. Szedł ze spusz­czoną głowę i wyglą­dał na zawsty­dzo­nego, jakby nie chciał albo się bał spoj­rzeć dziew­czy­nom w oczy. Sio­stry poże­gnały się z Marią i znik­nęły pomię­dzy domami. Od skrzy­żo­wa­nia z Łużycką miała do domu jesz­cze dwie­ście metrów. Bloki kopalni Dymi­trow stały przy Bie­ruta, tro­chę w głębi, oddzie­lone od ulicy linią drzew. Prze­szła na drugą stronę pustej jezdni. Osie­dle znała dobrze, miesz­kała tu już kilka lat, ale mimo wszystko wolała iść wzdłuż oświe­tlo­nej ulicy, niż zapu­ścić się w ciemny labi­rynt uśpio­nych o tej porze budyn­ków. Jesz­cze godzinę temu musiało tu być mnó­stwo gór­ni­ków wra­ca­ją­cych z wie­czor­nej szychty, teraz jed­nak na osie­dlu nie było nikogo.

Skrę­ciła w lewo, minęła kiosk Ruchu, przy­sta­nek auto­bu­sowy i wtedy zorien­to­wała się, że ktoś za nią idzie. Przy­spie­szyła kroku. Od czte­ro­pię­tro­wego bloku zbu­do­wa­nego z wiel­kiej płyty dzie­liło ją tylko pięć­dzie­siąt metrów. Jesz­cze chwila. Szła coraz szyb­ciej i w końcu zaczęła wspi­nać się po nie­oświe­tlo­nych schod­kach. Gdy kilka godzin wcze­śniej wycho­dziła z domu, świa­tło nad wej­ściem jesz­cze się paliło. „Znowu spa­lona żarówka” – pomy­ślała, naci­ska­jąc klamkę drzwi do klatki scho­do­wej, które otwo­rzyły się ze skrzyp­nię­ciem zawia­sów. W przed­sionku pano­wał mrok, bo i tu żarówka była popsuta, i to od kilku tygo­dni. Zamknęła za sobą drzwi, zaczęła śpiesz­nie wcho­dzić na par­ter i wtedy usły­szała, że ktoś mocuje się z klamką. Obcy zawsze mieli pro­blemy z tymi drzwiami, bo budow­lańcy odwrot­nie je zało­żyli – zamiast na zewnątrz, otwie­rały się do środka. Wresz­cie puściły i ponow­nie zgrzyt­nęły zawia­sami.

W sła­bym świe­tle docie­ra­ją­cym z lampy na par­te­rze dostrze­gła tylko syl­wetkę i serce zabiło jej moc­niej. Zostało jej jesz­cze tylko jedno pię­tro. Poko­nała pięć scho­dów i odwró­ciła głowę. Dwa stop­nie niżej stał ładny chło­pak w jej wieku. Miał czarną kurtkę, spod któ­rej wyzie­rała biała koszula i zawią­zana na szyi apaszka. Uśmiech­nął się, poka­zu­jąc równe, białe zęby. „To pew­nie jakiś nowy sąsiad, któ­rego nie znam” – prze­mknęło jej przez myśl, ode­tchnęła z ulgą i odpo­wie­działa cie­płym uśmie­chem.

Następ­nie odwró­ciła się, spo­koj­nie posta­wiła nogę na kolej­nym stop­niu i wtedy poczuła potworny ból w tyle głowy. Czapka zsu­nęła się i upa­dła na posadzkę. Dziew­czyna zachwiała się, oparła o ścianę, by nie upaść, i spoj­rzała na chło­paka jesz­cze raz. Teraz się już nie uśmie­chał, patrzył zim­nym, pozba­wio­nym jakich­kol­wiek emo­cji wzro­kiem i oddy­chał ciężko.

– Ratunku! – krzyk­nęła prze­raź­li­wie i poczuła, jak schody usu­wają się jej spod stóp. Upa­dała, wciąż krzy­cząc: – Ratunku, pomocy!

Chło­pak rzu­cił się do ucieczki, znowu przez chwilę moco­wał się z drzwiami, bo widocz­nie zapo­mniał, że otwie­rają się do środka, w końcu poko­nał prze­szkodę i znik­nął w ciem­no­ściach. W tym samym momen­cie otwo­rzyły się drzwi miesz­ka­nia na pierw­szym pię­trze, na klatkę wybiegł ojciec Marii i pod­niósł prze­ra­żoną dziew­czynę.

– Tato, tam, on mnie ude­rzył, chciał zabić! – Dła­wił ją płacz, słowa wię­zły jej w ustach, zachły­sty­wała się powie­trzem. Chwy­ciła rękami za tył głowy, a potem spoj­rzała na zakrwa­wione dło­nie. Ojciec popę­dził po scho­dach, wybiegł przed blok, ale nikogo tam nie zoba­czył. Za nim przy­bie­gło kilku sąsia­dów.

– Jor­guś, co sie stało?! – krzyk­nął krzepki, wysoki bru­net z sie­kierą w ręku.

– Niy wjym. Jakiś skur­wiel sie ciep na Mari.

– Chopy, drzwi do pyw­nicy łotwarte. Możno tam się skruł! – wrza­snął jeden z sąsia­dów.

Jorg wyrwał sie­kierę z rąk kolegi i wpadł do piw­nicy. Pozo­stali pobie­gli za nim. Nikogo nie było.

5. Katowice, wtorek, 8 kwietnia 1975 roku

5

Kato­wice, wto­rek, 8 kwiet­nia 1975 roku

„Szóstka” zatrzy­mała się na przy­stanku przy kato­wic­kim ron­dzie. Szczu­pły, wysoki chło­pak wysko­czył z wozu i puścił się bie­giem w stronę przej­ścia pod­ziem­nego.

„Cho­lera, jak się spóź­nię, to Ochman nie zostawi na mnie suchej nitki”, myślał gorącz­kowo, dobie­ga­jąc do scho­dów. „Po dru­giej stro­nie zła­pię trzy­nastkę, tylko bilet muszę kupić. W kio­sku w przej­ściu pod­ziem­nym. Jak mi się uda, to za dzie­sięć minut będę na Weł­nowcu. Dam radę”, prze­ko­ny­wał się w duchu. „Całe szczę­ście, że zbu­do­wali te tunele, bo na świa­tłach musiał­bym stać i stać”. Jesz­cze tylko trzy susy po scho­dach. Pierw­szym poko­nał cztery schody, dru­gim tyle samo i wybił się w górę, oce­nia­jąc sta­ran­nie tor ostat­niego skoku. Miał to prze­ćwi­czone, zawsze ska­kał w tym miej­scu. Ale tym razem coś poszło nie tak. Będąc już w powie­trzu, zorien­to­wał się, że nie ma kratki ście­ko­wej, na któ­rej tyle razy lądo­wał. Prze­ra­ził się, ale nic już nie mógł zro­bić. Kiedy noga wpa­dła w otwór, usły­szał chrup­nię­cie w kostce i całym cię­ża­rem ciała pole­ciał do przodu. Puścił teczkę, zdą­żył jesz­cze zasło­nić głowę rękami i upadł z łosko­tem na gra­ni­towe płytki, roz­trą­ca­jąc prze­chod­niów spie­szą­cych w prze­ciwną stronę.

– Pie­ru­nie jeden! – krzyk­nęła kobieta w chu­stce na gło­wie i z koszem jaj w ręku. – Uwa­żaj, bo ludzi poza­bi­jasz. Pędzi taki jak wariat i na innych nie patrzy.

Dźwi­gnął się na kolana. Z bólu łzy sta­nęły mu w oczach, ktoś podał mu teczkę, ktoś inny zła­pał go pod ramię i pod­niósł.

– Cały pan jest? Żyjesz pan? – dopy­ty­wał facet w kole­jar­skim mun­du­rze.

Spró­bo­wał obcią­żyć lewą nogę i poczuł prze­raź­liwy ból.

– Chyba żyję. Dzię­kuję – odparł i pokuś­ty­kał w stronę kio­sku. „Teraz bilet muszę kupić”, myślał gorącz­kowo. „Bra­kuje tylko, żeby mnie kanar zła­pał, wtedy to już nie dotrę przed dwu­na­stą. Taki wstyd. Mece­nas Kokoszka nic nie powie. Wia­domo, wypa­dek, ale Ochmana to nie obcho­dzi. I w »Try­bu­nie« napi­szą, że pro­ces stu­le­cia zawie­szony, bo jakaś sie­rota adwo­kat się spóź­nił”.

Na szczę­ście „trzy­nastka” nad­je­chała w samą porę. Pięć minut przed cza­sem mece­nas Kazi­mierz Wój­cicki, apli­kant obrońcy Józefa Klim­czaka, jed­nego z oskar­żo­nych w pro­ce­sie „Wam­pira z Zagłę­bia”, wszedł do budynku Domu Kul­tury przy Zakła­dach Cyn­ko­wych Sile­sia.

– Prze­pra­szam pana – zacze­pił mło­dego chło­paka z dłu­gimi wło­sami w ame­ry­kań­skiej kurtce woj­sko­wej, który ze zwo­jem kabla wszedł wła­śnie głów­nym wej­ściem. – Może mi pan pomóc? Skrę­ci­łem nogę.

Tam­ten chwy­cił go pod ramię i pomógł wejść na stop­nie. Powoli wdra­pali się na pierw­sze pię­tro.

– Dzię­kuję – powie­dział Wój­cicki. – Ja już tutaj, tu są pomiesz­cze­nia dla obroń­ców, jestem adwo­ka­tem.

– Spo­koj­nie, pomogę, ja też tutaj – odparł chło­pak i wska­zał na drzwi kory­ta­rza, przy któ­rych stał mili­cjant. – Pol­skie Radio Kato­wice, Edek Kozak do usług.

– Kazi­mierz Wój­cicki, adwo­kat – przed­sta­wił się praw­nik i dodał: – Czyli pan redak­tor?

– Pra­wie – odparł Edek. – Na razie „przy­nieś, podaj, poza­mia­taj”. Ale wszystko w swoim cza­sie.

– Faj­nie. Dzięki, Edek, za pomoc. Jak coś, to wal jak w dym. Muszę pędzić, bo jestem spóź­niony. – Poże­gnał się, poda­jąc rękę, i wszedł do pokoju z tabliczką: „Obrońcy”.

– Jesteś! No, w samą porę – przy­wi­tał go jeden z adwo­ka­tów. – Już się bali­śmy, że coś się stało.

– Stało się, stało – odrzekł Wój­cicki z gry­ma­sem bólu na twa­rzy. – Nogę skrę­ci­łem.

– Całe szczę­ście, że nie kark – zaśmiał się kolega. – W każ­dym razie musisz tylko sie­dzieć, jakoś dasz radę. No, wkła­daj togę i do roboty. Wam­pir i publika cze­kają. Idziemy two­rzyć histo­rię socja­li­stycz­nego sądow­nic­twa.

6. Bytom, poniedziałek, 9 czerwca 1975 roku

6

Bytom, ponie­dzia­łek, 9 czerwca 1975 roku

Czasy świet­no­ści budynku Dru­giego Komi­sa­riatu Mili­cji Oby­wa­tel­skiej w Byto­miu dawno minęły. Nie­gdyś mie­ściła się w nim sie­dziba nie­miec­kiej poli­cji, a miej­sca nie wybrano przy­pad­kiem, bo tuż za rogiem znaj­do­wał się daw­niej sąd okrę­gowy.

Po woj­nie komi­sa­riat prze­jęła mili­cja i od tam­tego czasu wygląd sza­rej ele­wa­cji nie­wiele się zmie­nił, nie wspo­mi­na­jąc o wnę­trzu. Cen­tral­nie umiesz­czone wej­ście z dwoma pila­strami, na któ­rych wsparto belkę peł­niącą jed­no­cze­śnie funk­cję okapu, wyglą­dało nędz­nie i nie wzbu­dzało zaufa­nia do wła­dzy ludo­wej. Ale wła­dza wcale nie potrze­bo­wała oka­za­łej sie­dziby. I nie cho­dziło jej by­naj­mniej o zaufa­nie spo­łe­czeń­stwa, ale raczej o sza­cu­nek wyni­ka­jący ze stra­chu.

Maria weszła po dwóch schod­kach i naci­snęła klamkę. Poko­nała jesz­cze kilka stopni, nachy­liła się do okienka dyżur­nego, któ­remu podała nazwi­sko. Mili­cjant chwilę szu­kał cze­goś w zeszy­cie, w końcu odna­lazł numer sprawy, odczy­tał, kto pro­wa­dzi docho­dze­nie, i skie­ro­wał dziew­czynę na pierw­sze pię­tro. Na kory­ta­rzu nikogo nie było. Ostroż­nie zapu­kała do drzwi i weszła do pokoju.

– A, jeste­ście, pro­szę. Pro­szę usiąść. – Star­szy sier­żant Molenda uprzej­mie wska­zał jej krze­sło.

Usia­dła, nie­pew­nie patrząc na mili­cjanta.

– Wezwa­łem was, bo od tam­tego zda­rze­nia minęło już sporo czasu. Nie było świad­ków – prze­rwał, spo­glą­da­jąc jej w oczy. – Pani wła­ści­wie nic się nie stało. Dobrze, że miała pani czapkę. Cho­dzi o prze­stęp­stwo ści­gane na wnio­sek poszko­do­wa­nego, więc może w tej sytu­acji napi­sze pani oświad­cze­nie? Że nie wnosi pani o pro­wa­dze­nie sprawy? Unik­nie pani kło­po­tów, prze­słu­chań… – Zawie­sił głos, cze­ka­jąc na jej reak­cję.

– Ale wszy­scy mówią, że to był chyba jakiś wam­pir? – Maria bar­dziej stwier­dziła, niż zapy­tała.

– Nie ma co prze­sa­dzać. Jedyny wam­pir, o jakim sły­sza­łem, sie­dzi obec­nie w aresz­cie w Kato­wi­cach na Miko­łow­skiej. – Mili­cjant uśmiech­nął się pobłaż­li­wie. – Może go pani nawet zoba­czyć. Roz­prawy są trzy razy w tygo­dniu w domu kul­tury na Weł­nowcu, przy hucie Sile­sia. Tylko prze­pustkę trzeba zała­twić.

Wes­tchnęła prze­cią­gle.

– To co mam napi­sać? – Pod­nio­sła na sier­żanta zalęk­niony wzrok.

Mili­cjant podał jej kartkę i dłu­go­pis.

– Oświad­cze­nie. Swoje dane i że nie wnosi pani o pro­wa­dze­nie docho­dze­nia – wyli­czył z ulgą w gło­sie. – Tylko… – zawa­hał się przez chwilę – datę pro­szę wsta­wić wcze­śniej­szą, z listo­pada ubie­głego roku.

Po wyj­ściu z komi­sa­riatu ujrzała na ulicy Włodka z goź­dzi­kami w ręku.

– Mary­siu – zaczął nie­pew­nie. – Prze­pra­szam. Gdy­bym wtedy… – urwał. – Powi­nie­nem był cię odpro­wa­dzić.

Opu­ściła głowę.

– Gdyby wtedy się coś stało, tobym sobie nie wyba­czył. Ja już ni­gdy. – Zaciął się znowu i się­gnął do kie­szeni. – Już zawsze będę cię odpro­wa­dzał. Jeśli się zgo­dzisz. – W ręce miał małe pude­łeczko. – Będę cię zawsze pil­no­wał, żeby nikt ci nie zro­bił krzywdy.

Pod­nio­sła głowę i spoj­rzała mu pro­sto w oczy. Teraz to Wło­dek był prze­ra­żony. Pomy­ślała nawet, że boi się, jakby to jego napadł ten wam­pir, ale jed­no­cze­śnie poczuła, że teraz naprawdę będzie jej pil­no­wał i nie da zro­bić krzywdy.

– Chodźmy już – powie­działa i zabrała mu z rąk pudełko. – Muszę to prze­my­śleć. Oświad­czyny powinny odbyć się w domu, a nie na ulicy przed komi­sa­ria­tem.

7. Piekary Śląskie, piątek, 19 września 1975 roku

7

Pie­kary Ślą­skie, pią­tek, 19 wrze­śnia 1975 roku

– Czo­wiek niy wiy, ło co takymu łazi. – Wie­czo­rek usiadł na bel­kach.

– Te, a ło co!? – Mar­ku­sik ugryzł kawa­łek chleba i mówił dalej z peł­nymi ustami. – Ło baba. Jeden to sie umii pora­dzić. Pod­lyjź, zago­dać. A drugi niy. I w końcu pró­buje na chama. Jak frelka niy chce, to wali w łeb i tyla.

Joachim przy­słu­chi­wał się tej roz­mo­wie w mil­cze­niu. Otwo­rzył meta­lowe pudełko, w któ­rym miał dru­gie śnia­da­nie. Choć trudno mówić o śnia­da­niu, bo było już po dzie­więt­na­stej. No ale jak ina­czej nazwać kanapki zabie­rane do pracy? Druga kola­cja? Drugi obiad? Dla­tego wszy­scy, nie­za­leż­nie od pory, na noc­nej szych­cie, albo i w dzień, sia­dali, aby zjeść dru­gie śnia­da­nie.

Śnia­da­nie Achima zawsze było nie­spo­dzianką. Tak usta­lili z Haliną, że nie będzie mówiła, co przy­go­to­wała mu do pracy. A on nie pytał. Dopiero w kopalni, na dole, gdy sia­dał, żeby zjeść i odpo­cząć, otwie­rał pudełko, i miał nie­spo­dziankę: albo chleb z serem, albo chleb i kawa­łek kieł­basy. Cza­sem jajko na twardo, koniecz­nie obrane, bo na dole nie było jak się umyć, a brud­nymi rękami nie dawało się obrać jajka, żeby go nie upa­prać. A cza­sem zda­rzał się pomi­dor. Pomi­do­rów nie lubił, ale nie narze­kał. Jadł, co było, zawsze w mil­cze­niu, na ubo­czu. Słu­chał, co mówią inni, choć sam mógł nie­mało powie­dzieć, bo głupi nie był i wie­dział o takich spra­wach, o jakich inni poję­cia nie mieli. Od dzie­ciń­stwa sporo czy­tał. Ucie­kał do ksią­żek, gdy było mu źle, a czy­ta­jąc, zapo­mi­nał o wszyst­kim. O podwórku, o dzie­cia­kach, które mu doku­czały z powodu braku ojca. Albo z powodu sinia­ków, gdy zebrał w domu lanie. Inni też obry­wali, też mieli siniaki i to zawsze był powód do śmie­chu. Ale jego te przy­tyki bolały bar­dziej niż cięgi od babki.

Teraz na kopalni nikt się już z niego nie śmiał. Prze­ciw­nie, budził respekt, cie­szył się sza­cun­kiem, bo gór­nicy zawsze sza­nują takich, co się roboty nie boją. Jak któ­ryś się miga od roboty, to trzeba się go pozbyć z bry­gady, ludzie nie chcą robić za innych. A silny i zdrowy Joachim ni­gdy się nie wyma­wiał od cięż­kiej pracy. W woj­sku nie był, choć na pierw­szej komi­sji woj­sko­wej dostał kate­go­rię A, ale potem tra­fił do wię­zie­nia. Po wyj­ściu na wol­ność znowu go wezwali do Woj­sko­wej Komendy Uzu­peł­nień w Tar­now­skich Górach i dali kate­go­rię D – zdolny do służby woj­sko­wej w for­ma­cjach samo­obrony. Nie pytał dla­czego, choć zdzi­wił się, bo prze­cież na nic się nie uskar­żał. Przy­jęli go do pracy w kopalni i lekarz nic nie mówił. Myślał, że ta kate­go­ria D to może wła­śnie z powodu kopalni, bo prze­cież gór­ni­ków raczej nie brali do woj­ska. Gór­nicy mieli fedro­wać, a nie bie­gać z kara­bi­nami po poli­go­nie. Ale jego na tej komi­sji prze­py­ty­wał jakiś inny dok­tor, nie badał, nie miał słu­cha­wek, tylko zada­wał głu­pie pyta­nia i cią­gle coś zapi­sy­wał. A potem dostał kar­teczkę, że jest zwol­niony od służby. Był nawet zado­wo­lony. Roz­ma­wiał z chło­pa­kami, któ­rzy poszli na dwa lata do woj­ska.

– Dwa lata prze­rwy w życio­ry­sie – mówili.

Ani rodziny zało­żyć, ani się czego doro­bić. Wszystko z opóź­nie­niem. Jak wra­cali z woja, to inni mieli już dzieci, miesz­ka­nie, a jak był ktoś obrotny, to i małego fiata zdo­był. A tamci nic, tylko opo­wie­ści o szo­ro­wa­niu kibla i kolo­rowa chu­sta na pamiątkę przej­ścia do rezerwy. Lepiej było zostać w kopalni. Robota ciężka, ale szło przy­wyk­nąć. Choć jemu się nie poszczę­ściło, bo zamiast do woj­ska tra­fił do wię­zie­nia i też stra­cił nie­mal dwa lata.

– W gaze­cie pisali, że zabiuł już prze­szło dzie­siyć bab. To co? Po pierw­szy niy wie­dzioł, że tak się niy do?

– Wie­dzioł abo niy wie­dzioł. – Sze­liga wytarł ręce i zabrał się za pajdę chleba i kawa­łek kieł­basy. – Cie­kawe, jak łon wyglądo? Musi być pew­nie chop jak dąb?

– Zde­chlok – ode­zwał się krótko Joachim. Wszy­scy spoj­rzeli na niego.

– A ty skąd wiysz, Achim? – Sze­liga odło­żył kieł­basę i pocią­gnął łyk her­baty z flaszki po wódce. – Widzioł­żeś go?

– Widzio­łech. – Joachim zawi­nął resztę chleba w papier i scho­wał do pudełka. – Bułech w Kato­wi­cach na roz­pra­wie.

– To co żeś nic niy godoł? Tee, godej zaroz, jak łon wyglądo – pona­glił Wie­czo­rek.

– Nor­malny zde­chlok, do tego puklaty, nic niy godoł, ino sie­dzioł cicho na ty ławce.

– To tro­cha jak ty, Achim! – krzyk­nął Sze­liga i wszy­scy wybuch­nęli śmie­chem.

Achim pod­niósł głowę i zmie­rzył kolegę wzro­kiem. Zro­bił się czer­wony ze zde­ner­wo­wa­nia, ale nikt tego nie zauwa­żył, bo w chod­niku pano­wał pół­mrok.

– Szczęść Boże, chopy! – usły­szeli głos szty­gara.

– Szczęść Boże! – odpo­wie­dzieli chó­rem, z wyjąt­kiem Achima, który wciąż mil­czał.

– Jest bajka4 na dru­gim łod­dziale. Fto chce łostać, to jutro bydzie mioł wolne. Achim! – zwró­cił się teraz wprost do Joachima. – Ty byś pomóg? Prze­no­śnik pie­prz­nął, a ty się na tym znosz lepi niż ślu­so­rze. Pomo­gesz?

Achim patrzył na szty­gara przez chwilę.

– Ja, pomoga.

KWK Anda­lu­zja, Pie­kary Ślą­skie

Było kilka minut przed pół­nocą. Prze­wozy odje­chały dobrą godzinę temu i Joachi­mowi pozo­stało już tylko pójść pie­szo. Nie miał daleko do domu. Radzion­ków od Pie­kar Ślą­skich dzie­liła mie­dza, a wła­ści­wie linia kole­jowa do trans­portu węgla z kopalni Radzion­ków. Kopal­nia co prawda nosiła teraz imię „Powstań­ców Ślą­skich”, ale póki co, nikt tak nie mówił, bo tę nazwę nadano jej nie­spełna przed rokiem. Przez ostat­nie sto lat mówiło się Radzion­ków, więc ludzie dalej tak mówili. Po ple­bi­scy­cie w 1921 roku dwa szyby, Laura (obec­nie Wit Stwosz) oraz Hugo (Karol), pozo­stały w Pol­sce. Niemcy byli wście­kli, bo nie mogli eks­plo­ato­wać złóż pozo­sta­ją­cych na ich tere­nach, i dla­tego szybko zbu­do­wali nową – Beuh­ten Grube, co na pol­ski tłu­ma­czy się kopal­nia Bytom. Pola wydo­byw­cze obu kopalń nie zostały połą­czone, ale i tak z jed­nej do dru­giej można się było prze­do­stać pod zie­mią.

W mię­dzy­woj­niu mię­dzy Byto­miem a Pie­ka­rami ist­niało ponad dwie­ście mniej­szych szy­bów: wen­ty­la­cyj­nych, trans­por­to­wych i wydo­byw­czych. Część z nich od dawna już nie funk­cjo­no­wała, ale miej­scowi gór­nicy potra­fili z nich korzy­stać. I korzy­stali, bo ple­bi­scyt podzie­lił Śląsk na dwie czę­ści. Nie­któ­rym gra­nica podzie­liła nawet obej­ścia – miesz­kali w Pol­sce, a wycho­dek mieli w Niem­czech i jak chcieli iść za potrzebą, to prze­kra­czali gra­nicę pań­stwową.

Gra­nica podzie­liła przede wszyst­kim ludzi. W Byto­miu zostali Polacy, a w Pie­ka­rach na­dal miesz­kało sporo Niem­ców. Jedni i dru­dzy nie chcieli opusz­czać swo­ich domów, jedni i dru­dzy mieli rodziny, które nagle zna­la­zły się po dru­giej stro­nie gra­nicy. Zresztą tak na dobrą sprawę nikt nie wie­dział, kto jest kim. Bo oto Scholz z Byto­mia, choć nosił nie­miec­kie nazwi­sko, twier­dził, że jest Pola­kiem, a z kolei Nowak z Pie­kar Ślą­skich był Niem­cem z dziada pra­dziada.

Ofi­cjal­nie nie zawsze dało się prze­kro­czyć gra­nicę, ale nie­ofi­cjal­nie nie było z tym pro­blemu. W kopal­niach chod­niki co prawda prze­dzie­lono żela­znymi kra­tami, z tablicą infor­mu­jącą, że tu oto znaj­duje się gra­nica pań­stwa, ale nikt nie zawra­cał sobie tym głowy. Z tej drogi korzy­stali głów­nie prze­myt­nicy, któ­rzy szmu­glo­wali wszystko to, czego po któ­rejś stro­nie bra­ko­wało. I tak z Nie­miec do Pol­ski wędro­wał cukier i lekar­stwa, a w drugą stronę wędliny, gorzałka, a nawet chleb, który po pol­skiej stro­nie miał zawsze lep­szy smak. Tak poli­tyka i gospo­darka przy­czy­niały się do zbi­ja­nia for­tun prze­myt­ni­czych. Obie kopal­nie połą­czyły się dopiero w latach sześć­dzie­sią­tych. Wydo­by­cie Byto­mia było tak duże, że skipy5 nie nadą­żały wywo­zić węgla na powierzch­nię. W Radzion­ko­wie fedro­wali mniej, ale kopal­nię wypo­sa­żono już w trzeci szyb, Piotr, i wtedy inży­nie­ro­wie doszli do wnio­sku, że połą­czą obie kopal­nie. Sześć­set pięć­dzie­siąt metrów pod zie­mią powstał prze­kop i nim wła­śnie trans­por­to­wano z Byto­mia uro­bek, który w Radzion­ko­wie wyjeż­dżał na powierzch­nię.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Tade­usz Wiel­go­law­ski, Pro­ces Wam­pira, „Try­buna Robot­ni­cza”, 14 wrze­śnia 1974 (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od autora). [wróć]

2. Bene­dykt Cader był w latach 1973–1980 komen­dan­tem woje­wódz­kim Mili­cji Oby­wa­tel­skiej w Kato­wi­cach. [wróć]

3. Szola to winda zwo­żąca gór­ni­ków na dół i wywo­żąca ich na powierzch­nię. [wróć]

4. W gwa­rze gór­ni­czej awa­ria. [wróć]

5. Wieża wycią­gowa słu­żąca do wywozu urobku na powierzch­nię. [wróć]