Kryminał. Kobieta o dwóch nazwiskach - Joseph Smith Fletcher - ebook
Opis

Marshall Allerdyke w środku nocy dostaje telegram od swego kuzyna Jamesa, który prosi go o pilne spotkanie w hotelu w Hull. Biznesmen wyrusza niezwłocznie. Po drodze spotyka tajemniczą kobietę, która za wszelką cenę usiłuje dogonić ekspres do Londynu. Po przybyciu na miejsce Marshall znajduje zwłoki Jamesa. Dowiaduje się też, że kuzyn przewoził cenną biżuterię, po której nie ma teraz śladu. Postanawia wykryć mordercę. Jedyną poszlaką jest klamerka od damskiego pantofla, znaleziona w hotelowym pokoju Jamesa. Właścicielką okazuje się spotkana tej samej nocy dama, która przedstawia się jako panna Lennard, ale wkrótce wychodzi na jaw, że nie jest to jej prawdziwe nazwisko. Kim więc jest owa pani? Jeśli to nie ona zabiła i okradła Jamesa, to co robiła nocą w jego pokoju? Zagadka jest trudniejsza, niż się na początku wydawało…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB

Liczba stron: 263


Jo­seph Smith Flet­cher

Ko­bie­ta o dwóch na­zwi­skach

Ty­tuł ory­gi­na­łu: The Ray­ner-Sla­de Amal­ga­ma­tion

Pro­jekt okład­ki

Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Kon­wer­sja do wer­sji elek­tro­nicz­nej

Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski (epub@mi­ko­laj.co)

Edy­cję opra­co­wa­no na pod­sta­wie au­to­ry­zo­wa­ne­go prze­kła­du z an­giel­skie­go Ja­ni­ny Za­wi­szy Kra­suc­kiej:

War­sza­wa [1930]

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two LTW

ISBN 978-83-7565-439-4

Wy­daw­nic­two LTW

ul. Sa­wic­kiej 9, Dzie­ka­nów Le­śny

05-092 Ło­mian­ki

tel. 22 751-25-18

www.ltw.com.pl

e-mail: wyd@ltw.com.pl

I. SPOTKANIE O PÓŁNOCY

Oko­ło go­dzi­ny je­de­na­stej wie­czo­rem, w po­nie­dzia­łek, 12 maja 1914 roku, Mar­shall Al­ler­dy­ke, czter­dzie­sto­let­ni sta­ry ka­wa­ler, wła­ści­ciel fa­bry­ki suk­na w Brad­ford, przy­był na dwo­rzec Cen­tral­ny z Man­che­ste­ru, gdzie ba­wił za in­te­re­sa­mi w cią­gu ostat­nich kil­ku dni. Gdy tyl­ko wy­siadł na pe­ron, do­strzegł swe­go szo­fe­ra w zie­lo­nej li­be­rii, któ­ry zbli­żył się doń w mil­cze­niu i, po­wi­taw­szy swe­go pana ukło­nem, po­dał mu dużą bia­łą ko­per­tę.

– Go­spo­dy­ni ka­za­ła wrę­czyć to panu na dwor­cu, sir – oznaj­mił. – To jest te­le­gram, któ­ry przy­szedł dziś o czwar­tej po po­łu­dniu. Go­spo­dy­ni nie chcia­ła go wy­słać panu, bo była pew­na, że te­le­gram ten nie za­sta­nie pana już w Man­che­ste­rze.

Al­ler­dy­ke ro­ze­rwał ko­per­tę, pod­szedł do la­tar­ni i prze­czy­tał de­pe­szę. Treść jej była na­stę­pu­ją­ca:

Na po­kła­dzie okrę­tu „Pe­ri­sco”, dnia 12 maja, godz. 2:15 po poł.

Przy­bę­dę do Hull dzi­siaj wie­czo­rem ho­tel dwor­co­wy stop ju­tro jadę do Lon­dy­nu stop pra­gnął­bym się z tobą zo­ba­czyć w bar­dzo waż­nej spra­wie.

Ja­mes

Al­ler­dy­ke prze­czy­tał jesz­cze raz de­pe­szę, po czym wsu­nął ją do kie­sze­ni i, spoj­rzaw­szy na ze­gar sta­cyj­ny, zwró­cił się do szo­fe­ra.

– Gaf­f­ney – rzekł – jak dłu­go po­trwa jaz­da stąd do Hull?

Szo­fe­ra nie zdzi­wi­ło wi­docz­nie py­ta­nie, słu­żył bo­wiem u Al­ler­dy­ke’a od trzech lat i do jego po­my­słów był przy­zwy­cza­jo­ny.

– Do Hull? – po­wtó­rzył. – Trze­ba bę­dzie je­chać przez Le­eds, Sel­by i How­den. Oko­ło sześć­dzie­się­ciu mil w pro­stej li­nii, ale w Sel­by trze­ba okrą­żyć, sir. Czy­li bę­dzie­my mu­sie­li je­chać oko­ło czte­rech go­dzin.

– Czy jest za­pas ben­zy­ny? – za­py­tał Al­ler­dy­ke. – O któ­rej je­dli­ście ko­la­cję?

– O dzie­sią­tej, sir.

– Spro­wadź­cie sa­mo­chód przed ho­tel – roz­ka­zał Al­ler­dy­ke. – Wyj­mie­cie ter­mo­sy z ku­fra i przy­nie­sie­cie je do re­stau­ra­cji ho­te­lo­wej.

Szo­fer skło­nił się i szyb­kim kro­kiem ru­szył w kie­run­ku bu­dyn­ku sta­cyj­ne­go. Al­ler­dy­ke przez dwo­rzec tu­ne­lo­wy wy­szedł na uli­cę i w dzie­sięć mi­nut póź­niej zna­lazł się w ho­te­lu Pół­noc­nym. Gdy z ko­lei kwa­drans po­tem szo­fer zja­wił się w ho­te­lu, Al­ler­dy­ke roz­ka­zał jed­ne­mu z kel­ne­rów na­peł­nić ter­mo­sy go­rą­cą kawą i za­pa­ko­wać kil­ka ka­na­pek z mię­sem i z se­rem.

– Może by­ście te­raz coś zje­dli, Gaf­f­ney – za­pro­po­no­wał. – Każ­cie po­dać so­bie dru­gą ko­la­cję, bo w dro­dze na pew­no bę­dzie­cie głod­ni.

Pod­czas gdy szo­fer pił kawę, Al­ler­dy­ke po raz trze­ci czy­tał otrzy­ma­ną de­pe­szę. Dzi­wił się, co mo­gło skło­nić ku­zy­na do wy­sła­nia mu tej wia­do­mo­ści. Ja­mes Al­ler­dy­ke, młod­szy nie­co od Mar­shal­la, rów­nież ka­wa­ler, czło­wiek o nie­zwy­kłym tem­pe­ra­men­cie, od kil­ku lat pro­wa­dził wiel­kie in­te­re­sy w Pół­noc­nej Eu­ro­pie, a zwłasz­cza w Ro­sji. Ostat­nio wła­śnie dłuż­szy czas prze­by­wał w Pe­ters­bur­gu za inte­re­sa­mi i wra­cał te­raz do kra­ju przez Sztok­holm i Chri­stia­nię, w któ­rych to mia­stach za­trzy­my­wał się po kil­ka dni. Mar­shall Al­ler­dy­ke był prze­ko­na­ny, że waż­na spra­wa, o któ­rej ku­zyn wspo­mi­nał w de­pe­szy, nie ma nic wspól­ne­go z do­tych­cza­so­wy­mi jego in­te­re­sa­mi, i że praw­do­po­dob­nie za­szło w mię­dzy­cza­sie coś nad­zwy­czaj­ne­go. Je­że­li Ja­mes wy­słał spe­cjal­ną ra­dio­de­pe­szę z Mo­rza Pół­noc­ne­go, to spra­wa była praw­do­po­dob­nie tak waż­na, że umyśl­nie dla zo­ba­cze­nia się z ku­zy­nem chciał Ja­mes za­trzy­mać się w Hull, choć­by na jed­ną noc. Dla Mar­shal­la Al­ler­dy­ke żad­na po­dróż nie przed­sta­wia­ła trud­no­ści, a cóż do­pie­ro prze­by­cie sześć­dzie­się­ciu mil wy­god­nym au­tem, w ja­sną, księ­ży­co­wą noc…

Przed pół­no­cą Al­ler­dy­ke, owi­nię­ty w cie­pły po­dróż­ny płaszcz, za­jął miej­sce w swym luk­su­so­wym wo­zie mar­ki Rolls-Roy­ce, spraw­dziw­szy jesz­cze raz, czy i ter­mo­sy i pacz­ka z je­dze­niem zo­sta­ły za­pa­ko­wa­ne, roz­ka­zał Gaf­f­ney­owi ru­szyć. Zmę­czo­ny po ca­ło­dzien­nej po­dró­ży ko­le­ją, Al­ler­dy­ke za­snął na­tych­miast i nie obu­dził się na­wet, gdy auto mi­ja­ło ka­mie­ni­ste przed­mie­ścia mia­stecz­ka Le­eds, wy­bo­istą dro­gę z Sel­by i wjeż­dża­ło do How­den. Do­pie­ro wśród ci­chych uli­czek How­den zbu­dził się na­gle i stwier­dził ze zdzi­wie­niem, że Gaf­f­ney pro­wa­dzi roz­mo­wę z szo­fe­rem in­ne­go auta, któ­re przy­sta­nę­ło w tej chwi­li, ja­dąc w prze­ciw­nym kie­run­ku. Al­ler­dy­ke do­strzegł we­wnątrz li­mu­zy­ny mło­dą ko­bie­tę, otu­lo­ną w fu­tro.

– Co się sta­ło, Gaf­f­ney? – za­py­tał, spusz­cza­jąc szy­bę, dzie­lą­cą go od szo­fe­ra.

– Tam­ten kie­row­ca chciał się do­wie­dzieć, jaka, jest naj­lep­sza dro­ga, bie­gną­ca przez Ouse, sir – od­parł Gaf­f­ney. – Po­in­for­mo­wa­łem go, że są dwie dro­gi, jed­na w po­bli­żu Bo­oth, dru­ga obok Lan­grick. A do­kąd je­dzie­cie? – za­py­tał, zwra­ca­jąc się do spot­ka­ne­go szo­fe­ra.

– Chcie­li­by­śmy prze­ciąć li­nię ko­lei Pół­noc­nej – od­parł nie­zna­jo­my – bo pani pra­gnie wsiąść gdzieś po dro­dze do eks­pre­su szkoc­kie­go. Może by tak w Don­ca­ster, ale…

W tej sa­mej chwi­li okien­ko auta otwo­rzy­ło się i wyj­rza­ła przez nie mło­da ko­bie­ta. Pro­mie­nie księ­ży­ca oświe­tli­ły jej ład­ną twarz, a Al­ler­dy­ke grzecz­nie uchy­lił czap­ki. Nie­zna­jo­ma, lat oko­ło dwu­dzie­stu pię­ciu, ski­nę­ła mu uprzej­mie głów­ką.

– Czy ze­chce ła­ska­wa pani przy­jąć moją radę? za­py­tał. – Zro­zu­mia­łem, że chce pani zdą­żyć na któ­rą­kol­wiek z po­bli­skich sta­cji…

– Na eks­pres szkoc­ki, ja­dą­cy do Edyn­bur­ga. – od­par­ła dama – Prze­ko­na­łam się po przy­by­ciu do Hull, że jesz­cze dzi­siaj w nocy będę mo­gła zdą­żyć na ten po­ciąg. Jaka sta­cja jest stąd naj­bli­żej, Don­ca­ster, Sel­by czy York?

– Je­ste­śmy te­raz w How­den – za­uwa­żył Al­ler­dy­ke, spo­glą­da­jąc na wy­so­ką wie­żę sta­re­go ko­ścio­ła. – Uwa­żam, że naj­le­piej bę­dzie po­je­chać przez Sel­by do Yor­ku. Wszyst­kie lon­dyń­skie po­cią­gi tam się za­trzy­mu­ją, a nie wszyst­kie przy­sta­ją w Sel­by i Don­ca­ster.

– Dzię­ku­ję panu. A za­tem – zwró­ci­ła się do swe­go szo­fe­ra – po­je­dzie pan do Yor­ku. Jak to da­leko? – za­py­ta­ła, da­rząc znów Al­ler­dy­ke’a mi­łym uśmiesz­kiem. – Czy bar­dzo da­le­ko?

– Mniej niż go­dzi­na dro­gi – od­parł Gaf­f­ney, wy­rę­cza­jąc swe­go pana. – Dro­ga rów­na jak stół!

Dama ski­nę­ła głów­ką. Sa­mo­cho­dy ru­szy­ły. Ale po kil­ku­na­stu mi­nu­tach Al­ler­dy­ke za­trzy­mał Gaf­f­neya.

– Już wpół do trze­ciej – za­uwa­żył, pa­trząc na ze­ga­rek. – Je­cha­li­śmy do­sko­na­le, Gaf­f­ney. Na­le­ża­ło­by coś zjeść i wy­pić. Też dziw­na hi­sto­ria, co? – że­by je­chać sa­mo­cho­dem z Hull i go­nić eks­pres pół­noc­ny na sta­cjach po dro­dze!

– Wi­docz­nie z Hull nie od­cho­dzą noc­ne po­cią­gi – od­parł Gaf­f­ney, za­bie­ra­jąc się do ka­na­pek. – Na po­ciąg do Yor­ku zdą­żą na pew­no. Czy pan chciał­by być w Hull o ozna­czo­nej po­rze, sir?

– Nie – od­rzekł Al­ler­dy­ke. – Jedź­cie tak, jak je­cha­li­ście do­tych­czas. Trud­niej bę­dzie je­chać pod górę. Gdy sta­nie­my w Hull, kie­ruj­cie się od razu do ho­te­lu dwor­co­we­go.

Gdy wy­je­cha­li z How­den, Al­ler­dy­ke za­snął zno­wu i obu­dził się do­pie­ro, gdy auto za­trzy­ma­ło się przed ho­te­lem w Hull. Na od­głos war­czą­ce­go mo­to­ru uka­zał się w drzwiach wej­ścio­wych noc­ny por­tier.

– Od­staw­cie auto do ga­ra­żu, Gaf­f­ney – rzekł Al­ler­dy­ke – a po­tem po­łóż­cie się spać i śpij­cie, jak dłu­go chce­cie. Przy­ślę po was, gdy bę­dzie trze­ba. – Zwró­cił się po­tem do noc­ne­go por­tie­ra. – Czy pan Ja­mes Al­ler­dy­ke za­trzy­mał się tu­taj? Miał przy­je­chać z Chri­stia­nii.

Noc­ny por­tier wpro­wa­dził go do kan­ce­la­rii.

– Więc pan jest Mar­shall Al­ler­dy­ke? – za­py­tał. – Ten pan zo­sta­wił tu dla pana kart­kę i pro­sił, aby ją panu wrę­czyć na­tych­miast po przy­jeź­dzie.

Al­ler­dy­ke wziął wi­zy­tów­kę z rąk por­tie­ra i rzu­cił okiem na kil­ka wier­szy, skre­ślo­nych po­śpiesz­nie ołów­kiem:

Je­że­li przy­je­dziesz w nocy, udaj się pro­sto do mego po­ko­ju, nu­mer 263 i obudź mnie. Pra­gnę cię wi­dzieć na­tych­miast. – J.A.

Al­ler­dy­ke scho­wał kart­kę do kie­sze­ni i zwró­cił się do por­tie­ra.

– Mój ku­zyn pra­gnie, abym udał się na­tych­miast do jego po­ko­ju – rzekł. – Może mi pan ze­chce wska­zać dro­gę? Czy przy­pad­kiem nie wie pan, o któ­rej go­dzi­nie mój ku­zyn przy­je­chał? – za­gad­nął Al­ler­dy­ke, wstę­pu­jąc za por­tie­rem na scho­dy. – Czy póź­no już było?

– Okręt „Pe­ri­sco” za­wi­nął do przy­sta­ni o pół do dzie­wią­tej. Było już chy­ba po dzie­wią­tej, gdy pań­ski przy­ja­ciel przy­szedł do ho­te­lu.

Al­ler­dy­ke przy­po­mniał so­bie na­gle ory­gi­nal­ne spo­tka­nie w How­den.

– Czy mie­li­ście tu ja­kąś damę, któ­ra wy­je­cha­ła wśród nocy? – za­py­tał. – Sa­mo­cho­dem?

– Ach! Ta dama! – za­wo­łał por­tier z uśmie­chem. – Do­syć mia­łem z nią kło­po­tu. Była to jed­na z pa­sa­że­rek „Pe­ri­sco”. Za­trzy­ma­ła się tu, aby odpo­cząć. Wy­na­ję­ła po­kój i wszyst­ko zda­wa­ło się w po­rząd­ku. Ale o pół do pierw­szej ze­szła do holu, mó­wiąc, że musi na­tych­miast wy­je­chać. Po­nie­waż jej po­wie­dzia­łem, że nie ma te­raz żad­ne­go po­cią­gu, za­żą­da­ła sa­mo­cho­du, któ­rym by mo­gła do­go­nić eks­pres w Sel­by albo Don­ca­ster. Dużo mia­łem kło­po­tu ze zna­le­zie­niem auta o tej po­rze, przy czym nie mia­łem kogo zo­sta­wić tu­taj w biu­rze. A pan ją spo­tkał po dro­dze, sir?

– Spo­tka­łem ją – od­parł Al­ler­dy­ke la­ko­nicz­nie. – Nie wie pan, czy to cu­dzo­ziem­ka?

– Wąt­pię – od­rzekł por­tier. – W każ­dym ra­zie nie­prze­cięt­nie pięk­na ko­bie­ta. Oto ten po­kój, sir.

Za­trzy­mał się u drzwi po­ko­ju, przy koń­cu dłu­gie­go ko­ry­ta­rza, i ci­cho za­pu­kał do drzwi.

– Na tym pię­trze wszyst­kie po­ko­je za­ję­te, sir – za­uwa­żył. – Mam na­dzie­ję, że pań­ski przy­ja­ciel nie śpi moc­no, bo są i tacy, któ­rych trze­ba ob­le­wać wodą, gdy się chce ich obu­dzić o czwar­tej nad ra­nem.

– Za­zwy­czaj śpi bar­dzo czuj­nie – od­parł Al­ler­dyke. Umilkł, na­słu­chu­jąc. – Niech pan jesz­cze raz za­pu­ka – rzekł do por­tie­ra, gdy po upły­wie kil­ku mi­nut Ja­mes się nie ode­zwał. – Na­le­ży pu­kać tro­chę moc­niej.

Por­tier za­pu­kał bar­dzo moc­no. Z po­ko­ju nie do­szedł ich ża­den szmer. Wresz­cie por­tier za­pu­kał po raz trze­ci. Al­ler­dy­ke za­czął się nie­po­ko­ić.

– To dziw­ne – rzekł. – Ku­zyn mój śpi za­wsze bar­dzo lek­ko, więc je­że­li jest te­raz w po­ko­ju, coś mu­sia­ło mu się stać. Czy bę­dzie moż­na otwo­rzyć te drzwi? Nie ma pan za­pa­so­we­go klu­cza?

– Klucz na pew­no tkwi w drzwiach od we­wnątrz, sir – od­parł por­tier. – Ale mamy taki klucz, któ­ry pa­su­je do wszyst­kich drzwi. Czy mam go przy­nieść?

– Na­tu­ral­nie! – rzekł Al­ler­dy­ke nie­cier­pli­wie. Za­czął spa­ce­ro­wać po wą­skim ko­ry­ta­rzu, za­sta­na­wia­jąc się, co to mo­gło zna­czyć, że Ja­mes nie sły­szał tak gło­śne­go do­bi­ja­nia się do drzwi. Ja­mes nie pi­jał al­ko­ho­lu, to­też trud­no było przy­pusz­czać, aby mógł za­snąć tak moc­no.

„Dziw­ne! – po­wtó­rzył w my­śli Al­ler­dy­ke, spa­ce­ru­jąc po ko­ry­ta­rzu. – A może go nie ma?…”

Ci­chut­kie otwar­cie są­sied­nich drzwi zbu­dzi­ło go z za­du­my. W mrocz­nym świe­tle ma­łej lamp­ki, za­wie­szo­nej u su­fi­tu, Al­ler­dy­ke uj­rzał wpa­trzo­ne­go w nie­go męż­czy­znę o po­tar­ga­nej czu­pry­nie i dłu­giej, pod­strzy­żo­nej bro­dzie. Męż­czy­zna spoj­rzał na Al­ler­dyke’a na pół gniew­nie, na pół po­błaż­li­wie i ci­cho za­mknął drzwi, tak jak przed chwi­lą je otwo­rzył. Al­ler­dy­ke po­wró­cił do drzwi po­ko­ju swe­go ku­zy­na i, au­to­ma­tycz­nie po­ło­żyw­szy dłoń na klam­ce, prze­ko­nał się, że drzwi były otwar­te.

Ode­tchnął z ulgą, prze­stę­pu­jąc próg po­ko­ju. Zde­cy­do­wa­nym ru­chem się­gnął do elek­trycz­ne­go kon­tak­tu. W ką­cie po­ko­ju, na mięk­kim fo­te­lu, zu­peł­nie ubra­ny, sie­dział Ja­mes Al­ler­dy­ke. Gdy Mar­shall pod­szedł bli­żej, prze­ko­nał się, że ma przed sobą tru­pa.

II. CZY ZABITY?

Przez kil­ka mi­nut Mar­shall Al­ler­dy­ke stał bez ru­chu po­środ­ku po­ko­ju. Wresz­cie pod­szedł do ku­zy­na i zwy­kłym, przy­ja­znym ru­chem, po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu. Dziw­ne pa­mięt­ne sło­wa, któ­ry­mi za­zwy­czaj do nie­go się zwra­cał wy­mó­wił te­raz au­to­ma­tycz­nie.

– Ja­mes, mój chłop­cze! Ja­mes, co ci się sta­ło, przy­ja­cie­lu?

W tej sa­mej chwi­li uprzy­tom­nił so­bie, że Ja­mes ni­g­dy już nie usły­szy jego słów. Cia­ło już było sztyw­ne, dreszcz prze­nik­nął Mar­shal­la. Bo­jaź­li­wie ro­zej­rzał się po po­ko­ju.

Pa­no­wa­ła tu śmier­tel­na ci­sza i ni­czym nie­zmą­co­ny po­rzą­dek, co zu­peł­nie nie przy­po­mi­na­ło zwy­kłe­go po­ko­ju ho­te­lo­we­go. Al­ler­dy­ke znał do­brze sys­te­ma­tycz­ność swe­go ku­zy­na i wie­dział, że po­kój, w któ­rym nie­bosz­czyk za­trzy­my­wał się cho­ciaż­by na jed­ną noc, był za­zwy­czaj na­le­ży­cie upo­rząd­ko­wa­ny. Na ma­łej to­a­le­cie usta­wio­ne były roz­ma­ite dro­bia­zgi, ja­sna pi­ża­ma le­ża­ła na po­dusz­ce, a mała wa­li­zecz­ka, z noc­ny­mi pan­to­fla­mi na wierz­chu, sta­ła przy łóż­ku. Na wie­sza­ku wi­siał płaszcz po­dróż­ny i szla­frok, a na jed­nym z krze­seł sta­ła duża po­dróż­na wa­li­za. Wszyst­ko to, w jed­nej chwi­li, ob­jął Al­ler­dy­ke swym by­strym wy­ro­kiem, po czym prze­niósł spoj­rze­nie na tru­pa.

Ja­mes Al­ler­dy­ke sie­dział w głę­bo­kim fo­te­lu przy wiel­kim owal­nym sto­le, usta­wio­nym w po­bli­żu okna. Miał na so­bie po­pie­la­ty gar­ni­tur, a je­den but, wi­docz­nie już zdję­ty, le­żał na dy­wa­ni­ku tuż przy fo­te­lu. Zmar­ły po­chy­lo­ny był na opar­cie fo­te­la, a na jego twa­rzy ma­ja­czył dziw­ny gry­mas, jak gdy­by smut­ny uśmiech roz­cza­ro­wa­nia czy nie­za­do­wo­le­nia. Łok­cia­mi wspar­ty był o po­rę­cze fo­te­la, pal­ce miał za­ci­śnię­te na skó­rza­nym obi­ciu. Wszyst­ko do­oko­ła świad­czy­ło, że pod­czas zdej­mo­wa­nia obu­wia, chwy­cił go na­gle ja­kiś skurcz, któ­ry wy­prę­żył jego cia­ło i że w tej wła­śnie po­zy­cji umarł. Spra­wiał ra­czej wra­że­nie czło­wie­ka po­grą­żo­ne­go we śnie.

Na od­głos kro­ków zbli­ża­ją­ce­go się por­tie­ra, Al­ler­dy­ke wy­szedł na ko­ry­tarz. Mi­mo­wol­nym ru­chem pod­niósł rękę do góry, jak gdy­by na­ka­zy­wał ci­szę.

– Ci­cho! – szep­nął. – Wie­dzia­łem, że coś się sta­ło. Mój ku­zyn nie żyje!

W naj­wyż­szym zdu­mie­niu por­tier upu­ścił trzy­ma­ny w ręku klucz. Gdy się schy­lał, aby go pod­nieść, jego twarz okry­ła się śmier­tel­ną bla­do­ścią.

– Nie żyje! – za­wo­łał stłu­mio­nym gło­sem. – Prze­cież spra­wiał wra­że­nie naj­zdrow­sze­go czło­wie­ka.

– A jed­nak nie żyje – rzekł Al­ler­dy­ke. – Leży tam mar­twy. Wejdź­my!

Są­sied­nie drzwi, z któ­rych przed kwa­dran­sem wyj­rzał męż­czy­zna z dłu­gą bro­dą, otwo­rzy­ły się zno­wu i ten sam czło­wiek wyj­rzał z za­cie­ka­wie­niem. Po chwi­li wy­szedł na ko­ry­tarz.

– Czy coś się sta­ło? – za­py­tał, zwra­ca­jąc się do Al­ler­dy­ke’a. – Je­stem le­ka­rzem, może po­trzeb­na ko­muś po­moc?

Al­ler­dy­ke nie­chęt­nie spoj­rzał na nie­zna­jo­me­go. Nie był pew­ny, czy czło­wiek ten był An­gli­kiem, czy też cu­dzo­ziem­cem; zda­wa­ło mu się, że w mo­wie je­go do­sły­szał cu­dzo­ziem­ski ak­cent. Udo­bru­chał się po chwi­li, bo przy­szło mu na myśl, że ton nie­zna­jo­me­go był na­praw­dę grzecz­ny, a na­wet ser­decz­ny.

– Je­stem panu nie­zmier­nie zo­bo­wią­za­ny – od­parł. – Nie­ste­ty już po­móc nie moż­na. Przy­je­cha­łem spe­cjal­nie, aby się zo­ba­czyć z moim ku­zy­nem i za­sta­łem go mar­twym. Zda­je mi się, że za­koń­czył ży­cie przed kil­ko­ma go­dzi­na­mi. Pan, jako le­karz, może to skon­sta­to­wać. Ze­chce pan wejść do po­ko­ju?

Skie­ro­wał się ku drzwiom, a tam­ci dwaj po­szli za nim. Na wi­dok tru­pa, nie­zna­jo­my za­wo­łał:

– Ach! Prze­cież to pan Al­ler­dy­ke!

– Więc pan go znał? – in­da­go­wał Mar­shall.

Nie­zna­jo­my, któ­ry zbli­żył się do zwłok i do­tknął dło­ni, za­ci­śnię­tej na po­rę­czy fo­te­la, ski­nął po­ta­ku­ją­co gło­wą.

– Przy­je­cha­łem z nim z Chri­stia­nii – od­parł. – Po­zna­łem go tam w ho­te­lu i spę­dzi­li­śmy wie­czór na przy­jem­nej po­ga­węd­ce. Ostrze­ga­łem go.

– Ostrze­gał go pan? Przed czym?

– Przed wsze­la­kim wy­sił­kiem – od­parł le­karz spo­koj­nie. – Za­uwa­ży­łem u nie­go symp­to­my cho­ro­by ser­ca. Wspo­mnia­łem mu o tym pod­czas na­szej roz­mo­wy. Ze śmie­chem mi od­po­wie­dział, że pro­wa­dzi bar­dzo ru­chli­we ży­cie. Ra­dzi­łem jed­nak, aby od­po­czął.

– Wiel­ki Boże! – za­wo­łał Al­ler­dy­ke z wi­docz­ną nie­cier­pli­wo­ścią. – Ja­mes był naj­zdrow­szym czło­wie­kiem pod słoń­cem.

– To pan tak uwa­żał – za­uwa­żył dok­tor. – Cóż może w tej spra­wie po­wie­dzieć laik? Te­raz mamy do­wód!

Wska­zał mar­twe cia­ło, któ­re­mu por­tier przy­glą­dał się ze zdu­mie­niem. Al­ler­dy­ke zda­wał się rów­nież przy­glą­dać zmar­łe­mu ku­zy­no­wi, w rze­czy­wi­sto­ści jed­nak roz­my­ślał o tym, co usły­szał przed chwi­lą.

– Więc pan są­dzi, że umarł śmier­cią na­tu­ral­ną? – za­py­tał, zwra­ca­jąc się do le­ka­rza. – Nie przy­pusz­cza pan, że jest w tym coś nie­ja­sne­go?

Dok­tor po­trzą­snął obo­jęt­nie gło­wą.

– My­ślę, że umarł na­gle, jak zresz­tą prze­wi­dy­wa­łem – od­parł. – Zwy­kła wada ser­ca. Atak przy­cho­dzi cał­kiem nie­spo­dzie­wa­nie. Wi­dzi pan, że ży­cie za­koń­czył w chwi­li zdej­mo­wa­nia obu­wia. Zbyt wiel­ka tu­sza też mu szko­dzi­ła i, praw­do­po­dob­nie, wysi­łek przy po­chy­le­niu się wy­wo­łał skurcz ser­ca. Oto przy­czy­na śmier­ci!

– Przy­czy­na śmier­ci! – po­wtó­rzył au­to­ma­tycz­nie Al­ler­dy­ke. – Ale co te­raz ro­bić? Co się robi w ta­kich wy­pad­kach?

– Póź­niej od­bę­dzie się śledz­two – od­rzekł dok­tor. – Mogę pod­pi­sać akt zgo­nu. Po­nie­waż zaś zo­sta­ję w Hull przez kil­ka dni, ze­znam pod­czas śledz­twa, co za­uwa­ży­łem. Na­le­ży jed­nak te wszyst­kie for­mal­no­ści zo­sta­wić na po­tem. Przede wszyst­kim ra­dził­bym po­słać po któ­re­goś z tu­tej­szych le­ka­rzy. Cia­ło trze­ba prze­nieść na łóż­ko, a ja za chwi­lę słu­żyć panu będę, tyl­ko się ubio­rę.

– Dzię­ku­ję panu – rzekł Al­ler­dy­ke. – Je­stem panu nie­zmier­nie wdzięcz­ny za wszyst­ko. Czy mogę wie­dzieć z kim mam przy­jem­ność?

– Na­zy­wam się Ly­den­berg – od­parł nie­zna­jo­my. – Za­raz panu przy­nio­sę wi­zy­tów­kę. A pana god­ność?

Al­ler­dy­ke wy­jął z kie­sze­ni port­fe­lik z wi­zy­tów­ka­mi.

– Na­zy­wam się Mar­shall Al­ler­dy­ke – od­parł. – Je­stem ku­zy­nem zmar­łe­go. Ni­g­dy nie przy­pusz­cza­łem, że go za­sta­nę w ta­kim sta­nie! Ni­g­dy nie sły­sza­łem, aby cier­piał na coś i uwa­ża­łem go za­wsze za czło­wie­ka bar­dzo sil­ne­go.

– Po­śle pan po dok­to­ra? – za­py­tał dok­tor Ly­den­berg. – Po­wi­nien pan bez­względ­nie to uczy­nić.

– Tak, po­my­ślę o tym – od­rzekł Al­ler­dy­ke, po czym zwró­cił się do por­tie­ra, któ­ry stał pod ścia­ną – Po­słu­chaj pan! – rzekł. – Nie na­le­ży ro­bić za­mie­sza­nia. Niech pan obu­dzi za­rzą­dza­ją­ce­go i po­pro­si go tu­taj. Jed­no­cze­śnie pro­szę za­wia­do­mić mego szo­fe­ra, że jest mi po­trzeb­ny. A te­raz, co do le­ka­rza. Czy zna pan ja­kie­goś do­bre­go dok­to­ra w Hull?

– Kil­ku ich jest w po­bli­żu, sir – od­parł por­tier. – Dok­tor Or­win z Celt­man Stre­et jest jed­nym z naj­bar­dziej wzię­tych le­ka­rzy. Mogę po­słać po nie­go.

– Do­brze! – zgo­dził się, Al­ler­dy­ke. – Ale przed­tem przy­ślij mi pan tu­taj mego szo­fe­ra. Pro­szę mu za­ko­mu­ni­ko­wać o tym, co się sta­ło.

W dzie­sięć mi­nut póź­niej Gaf­f­ney uka­zał się na pro­gu po­ko­ju. Al­ler­dy­ke pod­szedł do nie­go w mil­cze­niu.

– Gaf­f­ney – ode­zwał się po chwi­li. – Wi­dzi­cie co się sta­ło… Za­sta­łem pana Ja­me­sa bez ży­cia na tym fo­te­lu. Umarł przed kil­ko­ma go­dzi­na­mi. Miesz­ka tu obok ja­kiś dok­tor, któ­ry twier­dzi, że pan Ja­mes był cho­ry na ser­ce. Po­sła­łem po dru­gie­go le­ka­rza, a w mię­dzy­cza­sie chciał­bym przej­rzeć rze­czy mego ku­zy­na i wy mu­si­cie mi w tym po­móc. Wyj­mij­cie wszyst­ko z jego kie­sze­ni i włóż­cie do tej wa­li­zecz­ki.

Oby­dwaj za­bra­li się do ro­bo­ty, któ­ra z punk­tu wi­dze­nia lu­dzi, na­stro­jo­nych sen­ty­men­tal­nie, wy­da­ła­by się czymś nie­ludz­kim. Mar­shall Al­ler­dy­ke jed­nak był czło­wie­kiem, nie­po­zba­wio­nym zdro­we­go roz­sąd­ku i ro­bił wszyst­ko z wy­tknię­tym uprzed­nio ce­lem. W na­tu­ral­ną śmierć ku­zy­na wąt­pił i uwa­żał, że je­żeli Ja­mes Al­ler­dy­ke padł ofia­rą zbrod­ni­czej ręki, na­le­ża­ło wie­dzieć, co wła­ści­wie miał przy so­bie w chwil śmier­ci. Na ma­łej to­a­let­ce sta­ła skó­rza­na wa­li­zecz­ka, Al­ler­dy­ke otwo­rzył ją i roz­ło­żył na to­alet­ce całą jej za­war­tość. Była tam czap­ka po­dróż­na, dwie czy trzy książ­ki, kil­ka ga­zet, słow­nik ro­syj­ski i nie­wiel­ki ter­mos, z któ­rym Ja­mes Al­ler­dy­ke nie roz­sta­wał się ni­g­dy. Po­czę­to prze­szu­ki­wać kie­sze­nie zmar­łe­go. Zna­le­zio­no w nich ze­ga­rek z de­wiz­ką, pę­czek klu­czy, mo­nokl, małą sa­kiew­kę, na­peł­nio­ną zło­ty­mi mo­ne­ta­mi, pu­gi­la­res, za­wie­ra­ją­cy kil­ka­dzie­siąt bank­no­tów an­giel­skich i ob­cych, li­sty i roz­ma­ite pa­pie­ry oraz mały kie­szon­ko­wy no­tes. Al­ler­dy­ke umie­ścił to wszyst­ko w wa­li­zecz­ce, któ­rą za­mknął na klucz.

– To wszyst­ko, sir – szep­nął po chwi­li szo­fer. – Prze­szu­ka­łem już wszyst­kie kie­sze­nie.

Al­ler­dy­ke usta­wił wa­li­zecz­kę na gzym­sie ko­min­ka i, pod­szedł­szy do więk­szej po­dróż­nej wa­li­zy, zam­knął ją rów­nież na klucz, po czym klucz wsu­nął do swo­jej kie­sze­ni. W tej sa­mej chwi­li, na pro­gu uka­zał się już zu­peł­nie ubra­ny dok­tor Ly­den­berg, a za nim za­rzą­dza­ją­cy ho­te­lem, oraz star­szy je­go­mość, któ­re­go przed­sta­wio­no jako dok­to­ra Or­wi­na.

Gdy cia­ło Ja­me­sa Al­ler­dy­ke’a prze­nie­sio­ne zo­sta­ło na łóż­ko i obaj le­ka­rze po­chy­li­li się nad nim, roz­ma­wia­jąc ze sobą szep­tem. Al­ler­dy­ke przy­wo­łał do sie­bie za­rzą­dza­ją­ce­go i za­pro­wa­dził go w naj­od­le­glej­szy kąt po­ko­ju.

– Czy za­uwa­żył pan coś spe­cjal­ne­go, gdy ku­zyn mój przy­je­chał wczo­raj do ho­te­lu? – za­py­tał.

– Nie, po przy­jeź­dzie nic nie za­uwa­ży­łem – od­parł za­rzą­dza­ją­cy. – Ale po­tem… Roz­ma­wia­łem z nim po ko­la­cji. Py­tał mnie, czy por­tier jest sta­le na dy­żu­rze. Za­zna­czył, że ocze­ku­je przy­jaz­du przy­ja­cie­la, któ­ry praw­do­po­dob­nie przy­bę­dzie do ho­te­lu w środ­ku nocy i że chciał­by zo­sta­wić dla nie­go kart­kę. Przy­pusz­czam, że pana miał na my­śli, sir?

– Otóż wła­śnie – ski­nął gło­wą Al­ler­dy­ke. – A jak wy­glą­dał wów­czas? I o któ­rej to było go­dzi­nie?

– O dzie­sią­tej – rzekł za­rzą­dza­ją­cy. – Zda­je się, że czuł się do­sko­na­le i że był w bar­dzo do­brym hu­mo­rze. Zdzi­wi­łem się nie­zmier­nie, gdy mi po­wie­dzie­li, że nie żyje. Ni­g­dy nie zda­rzy­ło mi się wi­dzieć czło­wie­ka o bar­dziej zdro­wym wy­glą­dzie.

Dok­tor Or­win zbli­żył się do nich.

– Po wy­słu­cha­niu spra­woz­da­nia dok­to­ra Ly­den­ber­ga i po zba­da­niu zwłok, nie je­stem zu­peł­nie pew­ny, czy pan Al­ler­dy­ke umarł na tak zwa­ną wadę ser­ca – rzekł. – Oczy­wi­ście zo­sta­nie prze­pro­wa­dzo­ne śledz­two i sek­cja zwłok. Czy jest pan jego krew­nym?

– Je­stem ku­zy­nem – od­parł Al­ler­dy­ke. Za­wa­hał się chwi­lę, po czym rzekł spo­koj­nie: – Czy nie po­dej­rze­wa pan otru­cia?

Dok­tor Or­win za­gryzł war­gi i przyj­rzał się ba­daw­czo py­ta­ją­ce­mu.

– Ma pan na my­śli sa­mo­bój­stwo? – za­py­tał.

– Mam na my­śli otru­cie w ogó­le – od­parł dobi­tnie Al­ler­dy­ke. – Tej rze­ko­mej wady ser­ca nie bio­rę pod uwa­gę, bo ni­g­dy nie sły­sza­łem, aby ku­zyn mój cier­piał na co­kol­wiek. Był nie­zwy­kle sil­ny i zdro­wy.

– Musi być sek­cja – mruk­nął dok­tor Or­win. Spoj­rzał na Ly­den­ber­ga, któ­ry ski­nął po­ta­ku­ją­co gło­wą. Po­tem zwró­cił się zno­wu do Al­ler­dy­ke’a. – Gdy­by pan ze­chciał zo­sta­wić nas tu­taj na chwi­lę, zba­da­li­by­śmy zmar­łe­go jesz­cze raz, po­tem za­ko­mu­ni­ku­je­my panu o wszyst­kim.

Al­ler­dy­ke ski­nął gło­wą na znak zgo­dy, i w towa­rzy­stwie za­rzą­dza­ją­ce­go i Gaf­f­neya, opu­ścił po­kój, za­bie­ra­jąc ze sobą małą wa­li­zecz­kę, w któ­rej umie­ścił wszyst­kie dro­bia­zgi, zna­le­zio­ne w kie­sze­niach ku­zy­na.

III. BRYLANTOWA KLAMERKA

Zna­la­zł­szy się na ko­ry­ta­rzu, Al­ler­dy­ke po­pro­sił za­rzą­dza­ją­ce­go o apar­ta­ment, zło­żo­ny z dwóch po­ko­jów oraz o po­kój przy­le­gły dla Gaf­f­neya; jak sam bo­wiem twier­dził, bę­dzie zmu­szo­ny po­zo­stać w ho­telu do chwi­li za­koń­cze­nia śledz­twa i do po­grze­bu ku­zy­na. Za­rzą­dza­ją­cy pro­wa­dził go do apar­ta­men­tu zło­żo­ne­go z trzech po­ko­jów, na sa­mym koń­cu kory­ta­rza. Al­ler­dy­ke roz­ka­zał Ga­fi­ney­owi przy­nieść nie­któ­re rze­czy, znaj­du­ją­ce się w sa­mo­cho­dzie, pro­sząc jed­no­cze­śnie za­rzą­dza­ją­ce­go o chwi­lę roz­mo­wy sam na sam.

– Są­dzę, że dużo osób przy­je­cha­ło tu­taj z okrę­tu „Pe­ri­sco”? – za­py­tał.

– Mniej wię­cej dwu­dzie­stu pa­sa­że­rów – od­parł za­rzą­dza­ją­cy.

– Czy nie wi­dział pan mego ku­zy­na, roz­ma­wia­ją­cego z któ­rymś z pa­sa­że­rów? – in­da­go­wał Al­ler­dy­ke.

Za­rzą­dza­ją­cy wzru­szył ra­mio­na­mi. Nie miał pew­no­ści, ale zda­wa­ło mu się, że pan Ja­mes Al­ler­dy­ke roz­ma­wiał z kil­ko­ma pa­sa­że­ra­mi okrę­tu ,,Pe­ri­sco”.

– Wie pan, jak to bywa – tłu­ma­czył. – Go­ście wcho­dzą i sia­da­ją w holu. Mam wra­że­nie, że roz­ma­wiał z tym le­ka­rzem, któ­ry tam jest te­raz z dok­to­rem Or­wi­nem, i że jed­no­cze­śnie mó­wił z ja­kąś damą. Wśród pa­sa­że­rów było kil­ka pań, a wszyst­kie one od­po­czy­wa­ły w holu. Zresz­tą wczo­raj wie­czo­rem ho­tel był prze­peł­nio­ny.

– Wi­dzi pan – rzekł Al­ler­dy­ke. – Nie je­stem za­do­wo­lo­ny z tego, co mó­wią le­ka­rze. Bar­dzo moż­li­we, że mają słusz­ność, ja jed­nak pra­gnął­bym wie­dzieć, z kim ostat­nio prze­by­wał mój ku­zyn. Ni­g­dy nie moż­na prze­są­dzać kwe­stii i na­le­ży każ­dą spra­wę zba­dać do­kład­nie.

– Są­dzę, że nic spe­cjal­ne­go nie za­uwa­żył pan w jego po­ko­ju? – za­py­tał za­rzą­dza­ją­cy z od­cie­niem lęku. – Chy­ba nic nie zgi­nę­ło?

– Zda­je mi się, że nie – od­parł Al­ler­dy­ke. – Ra­zem z szo­fe­rem prze­szu­ka­łem kie­sze­nie zmar­łego i wszyst­ko, co zna­leź­li­śmy przy nim, mam w tej wa­li­zecz­ce. Za­mie­rzam to przej­rzeć jesz­cze raz.

– Może ży­czy pan so­bie, aby po­słać po po­li­cję?

– Jesz­cze nie te­raz. Na­le­ży za­cze­kać na orze­cze­nie le­ka­rzy. Pan praw­do­po­dob­nie po­sia­da li­stę wszy­stkich go­ści, któ­rzy wczo­raj wie­czo­rem przy­by­li do ho­te­lu?

– Wszy­scy zo­sta­li za­mel­do­wa­ni – od­parł za­rzą­dza­ją­cy. – Ale kil­ku z nich wy­jeż­dża dziś rano, bo za­trzy­ma­li się tu­taj tyl­ko prze­jaz­dem. Może pan przej­rzeć li­stę, je­że­li pan so­bie ży­czy.

– Przej­rzę póź­niej – rzekł Al­ler­dy­ke. – Te­raz chciał­bym obej­rzeć te dro­bia­zgi. Może przy­śle mi pan za go­dzi­nę, gdy tyl­ko służ­ba wsta­nie, fi­li­żan­kę kawy?

Po wyj­ściu za­rzą­dza­ją­ce­go, Mar­shall Al­ler­dy­ke otwo­rzył sto­ją­cą na sto­le wa­li­zecz­kę. Uwa­żał za swój świę­ty obo­wią­zek za­po­znać się przede wszyst­kim z dro­bia­zga­mi, któ­re ku­zyn jego miał w osta­tniej chwi­li przy so­bie. Na drob­nost­ki war­to­ścio­we zwra­cał naj­mniej­szą uwa­gę, prze­ko­na­ny był bo­wiem od pierw­szej chwi­li, że, je­że­li na­wet Ja­mes Al­ler­dy­ke zo­stał za­mor­do­wa­ny, to mor­der­stwo nie zo­sta­ło do­ko­na­ne w ce­lach ra­bun­ku. Ja­mes za­zwy­czaj no­sił przy so­bie nie­wiel­kie sumy pie­nię­dzy, i taką wła­śnie nie­wiel­ką sumę zna­lazł Gaf­f­ney w jego kie­sze­ni. Za­rów­no ulu­bio­ny zło­ty ze­ga­rek z de­wiz­ką, jak i dwa bry­lan­to­we pier­ścion­ki, zo­sta­ły zna­le­zio­ne. O ra­bun­ku nie mo­gło być mowy, zwłasz­cza zaś o po­spo­li­tej kra­dzie­ży. Ale czy nie zra­bo­wa­na umar­łe­mu rze­czy bar­dziej war­to­ścio­wych, rze­czy, o któ­rych na­wet Mar­shall nie miał po­ję­cia? Ja­mes pro­wa­dził in­te­re­sy na wiel­ką ska­lę i bar­dzo czę­sto po­sia­dał war­to­ścio­we pa­pie­ry, lub też do­ku­men­ty, za­wie­ra­ją­ce han­dlo­we Ta­jem­ni­ce. Czy nie dla ta­kich wła­śnie war­to­ścio­wych do­ku­men­tów do­pu­ścił się ktoś zbrod­ni? A może jed­nak Ja­mes zmarł na atak ser­ca?

Mar­shall Al­ler­dy­ke, otrzą­snąw­szy się już z pier­wsze­go wra­że­nia, za­czął te­raz roz­my­ślać na trzeź­wo. Od naj­młod­szych lat był za­wsze ra­zem z Ja­me­sem. Nie roz­sta­wa­li się ni­g­dy na dłu­żej, niż kil­ka mie­się­cy. Mar­shall był prze­ko­na­ny, że znał do­brze za­rów­no Ja­me­sa, jak i wszyst­kich jego bliż­szych zna­jo­mych. Nie mógł so­bie przy­po­mnieć, aby Ja­mes kie­dy­kol­wiek na­rze­kał na ja­kąś nie­dy­spo­zy­cję i wie­dział do­sko­na­le, że jego ku­zyn ni­g­dy po­waż­nie nie cho­ro­wał. Co do wady ser­ca, Al­ler­dy­ke przy­po­mniał so­bie, że przed dwo­ma za­le­d­wie laty, przy pod­pi­sy­wa­niu po­li­sy ubez­pie­cze­nio­wej, Ja­mes uzna­ny zo­stał przez ko­mi­sję le­kar­ską za bez­wzglę­dnie zdro­we­go. Przy­po­mniał so­bie rów­nież pe­łen za­do­wo­le­nia uśmiech, z któ­rym Ja­mes opo­wia­dał mu o ba­da­niu le­kar­skim, przy­ta­cza­jąc sło­wa dok­to­ra, że ,,jest zdrów jak byk”. Być może cho­ro­ba ujaw­ni­ła się póź­niej, ale Mar­shall wi­dział prze­cież Ja­me­sa za­le­d­wie przed sze­ścio­ma ty­go­dnia­mi i wów­czas Ja­mes na nic nie na­rze­kał! W ostat­nią swo­ją po­dróż do Ro­sji wy­je­chał pe­łen zdro­wia i do­bre­go hu­mo­ru! Czyż­by miał wró­cić cho­ry? Po kil­ku zale­dwie go­dzi­nach od przy­jaz­du do Hull zna­le­zio­no go bez ży­cia w ho­te­lo­wym po­ko­ju. Al­ler­dy­ke wy­czu­wał in­tu­icją, że w ca­łej tej hi­sto­rii było coś ta­jem­ni­cze­go i w du­szy nie zga­dzał się z dia­gno­zą le­ka­rzy. Roz­ma­ite my­śli pię­trzy­ły się w jego umy­śle. Czy ist­niał ja­kiś czło­wiek, któ­re­mu za­le­ża­ło na śmier­ci Ja­me­sa? Czy ktoś zwa­bił go do tego ho­te­lu, aby po­tem po­zbyć go się w nie­cny spo­sób? Czy…

– Głup­stwa! – mruk­nął, prze­ry­wa­jąc na­raz tok swych my­śli. – Do­szło już do tego, że sam sie­bie za­py­tu­ję, czy bied­ny chło­piec zo­stał za­mor­do­wa­ny! Cóż ja mogę wie­dzieć? Nie­ste­ty nic!

Na sto­le przed nim le­ża­ły pa­pie­ry, zna­le­zio­ne w kie­sze­niach Ja­me­sa; mię­dzy nimi mały no­tat­nik, w któ­rym Ja­mes za­zwy­czaj za­pi­sy­wał wszyst­ko dla pa­mię­ci. Może za­war­tość no­tat­ni­ka rzu­ci świa­tło na ostat­nie dni jego ży­cia?

Mar­shall po­czął prze­rzu­cać kart­ki no­tat­ni­ka, aż do­szedł do dnia, w któ­rym Ja­mes wy­je­chał z Brad­ford do Pe­ters­bur­ga. Było to 30 mar­ca. Je­chał do sto­li­cy Ro­sji przez Ber­lin i Wil­no, i w oby­dwóch tych mia­stach za­trzy­my­wał się po kil­ka dni. Z Pe­ters­bur­ga udał się do Mo­skwy, gdzie spę­dził pra­wie ty­dzień. Wszyst­kie jego przed­się­wzię­cia spi­sa­ne były w stresz­cze­niu na kart­kach no­tat­ni­ka. Z Mo­skwy wró­cił zno­wu do Pe­ters­bur­ga i po­zo­stał tam przez dwa ty­god­nie, po czym wy­je­chał do Rew­la, stam­tąd prze Mo­rze Bał­tyc­kie do Sztok­hol­mu, ze Sztok­hol­mu do Chri­stia­nii, a z Chri­stia­nii – okrę­tem – do Hull, gdzie w po­ko­ju ho­te­lo­wym zna­lazł nie­ocze­ki­wa­ną śmierć.

Acz­kol­wiek Mar­shall Al­ler­dy­ke nie był wspól­ni­kiem Ja­me­sa, jed­nak orien­to­wał się w spra­wach han­dlo­wych swe­go ku­zy­na. A za­tem i te­raz, czy­ta­jąc no­tat­nik, wie­dział do­sko­na­le, co Ja­mes zdą­żył zała­twić pod­czas swe­go po­by­tu w Pe­ters­bur­gu, Mo­skwie, Rew­lu i Sztok­hol­mie. Od­czy­ty­wał na­zwy roz­ma­itych firm, z któ­ry­mi Ja­mes po­zo­sta­wał w sto­sun­kach han­dlo­wych, a fir­my te były mu rów­nie do­brze zna­ne, jak jego wła­śni klien­ci. Wszyst­ko było tak pro­ste i tak nie­skom­pli­ko­wa­ne, że nie mo­gło zwró­cić ni­czy­jej uwa­gi. Zwy­kłe ko­le­je losu han­dlow­ca, któ­ry pro­wa­dził wiel­kie in­te­re­sy i po­sia­dał roz­ga­łę­zio­ne sto­sun­ki.

W tym ma­łym no­te­sie nie było nic, co by mo­gło za­nie­po­ko­ić Mar­shal­la Al­ler­dy­ke’a, poza jed­ną no­tat­ką. No­tat­ka ta za­wie­ra­ła trzy krót­kie li­nij­ki, napi­sane przez Ja­me­sa pod­czas jego dwu­ty­go­dnio­we­go po­by­tu w Pe­ters­bur­gu. Ich treść była na­stę­pu­ją­ca:

18 kwiet­nia: Spo­tka­nie z księż­ną.

20 kwiet­nia: Śnia­da­nie w to­wa­rzy­stwie księż­nej.

23 kwiet­nia: Księż­na była ze mną na obie­dzie.

Te trzy wier­sze sta­no­wi­ły za­gad­kę dla Mar­shal­la Al­ler­dy­ke’a. Ku­zyn jego, w cią­gu ostat­nich trzech lat, wy­jeż­dżał do Ro­sji dwa razy do roku, ale nie wspom­niał ani razu o zna­jo­mo­ści z oso­ba­mi, na­le­żą­cy­mi do rodu ksią­żę­ce­go. Kim­że była ta księż­na, z któ­rą Ja­mesa łą­czy­ły tak przy­ja­zne sto­sun­ki, że spo­ży­wał w jej to­wa­rzy­stwie śnia­da­nia i obia­dy? Pod­czas osta­tniej swej nie­obec­no­ści, Ja­mes pi­sał dwu­krot­nie do Mar­shal­la. Oby­dwa li­sty Mar­shall Al­ler­dy­ke miał te­raz w kie­sze­ni i je­den z nich wy­sła­ny był z Pe­ters­bur­ga z datą 24 kwiet­nia, lecz w li­ście tym Ja­mes nie wspo­mi­nał ani sło­wem o księż­nej. Po dłuż­szych roz­my­śla­niach, Mar­shall Al­ler­dy­ke do­szedł do wnio­sku, że Ja­mes, któ­ry uwa­ża­ny był ogól­nie za wiel­kie­go ko­bie­cia­rza, za­warł praw­do­po­dob­nie zna­jo­mość z ja­kąś ar­tyst­ką, tan­cer­ką czy śpie­wacz­ką, któ­rą na­zwał żar­to­bli­wie „księż­ną”.

To było wszyst­ko, cze­go się Mar­shall do­wie­dział z tre­ści no­tat­ni­ka. Po­zo­sta­ły jesz­cze do przej­rze­nia od­dziel­ne pa­pie­ry, któ­re za­czął te­raz od­czy­ty­wać po ko­lei. Pra­wie wszyst­kie ozna­czo­ne były nu­me­ra­mi, Ja­mes bo­wiem nie cier­piał nie­po­rząd­ku. Pa­pie­ry te scze­pio­ne były spi­na­cza­mi, a mię­dzy nimi znaj­do­wał się rów­nież list Mar­shal­la, ad­re­so­wa­ny do Sztok­hol­mu, w któ­rym pi­sał, że z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­kuje przy­jaz­du ku­zy­na. Mię­dzy in­ny­mi znaj­do­wa­ły się rów­nież ja­kieś spe­cy­fi­ka­cje, ta­ry­fa ko­le­jo­wa, oraz pla­ny la­sów w Szwe­cji, w któ­rym to przed­się­bior­stwie Ja­mes miał pe­wien udział. Z tych wszyst­kich do­ku­men­tów, jed­ne­go tyl­ko Al­ler­dy­ke nie mógł zro­zu­mieć, a był to te­le­gram, wy­sła­ny z Lon­dy­nu 21 kwiet­nia o go­dzi­nie je­de­na­stej rano. Mar­shall Al­ler­dy­ke roz­ło­żył de­pe­szę na sto­le i od­czy­ty­wał ją uważ­nie.

Ja­mes Al­ler­dy­ke, ho­tel Grand Mo­narch, Pe­ters­burg

De­pe­szę pań­ską otrzy­ma­łem stop je­że­li księż­na prze­ka­że panu to­war mo­że­my spra­wę nie­zwłocz­nie za­ła­twić stop zna­la­złem po­waż­ne­go klien­ta któ­ry po­zo­sta­nie w Lon­dy­nie do po­ło­wy maja i chęt­nie to­war na­bę­dzie.

Fran­klin Ful­la­way, ho­tel Wal­dorf, Lon­dyn

W tym wła­śnie tkwi­ła za­gad­ka, bo Al­ler­dy­ke ni­gdy w ży­ciu nie sły­szał, aby Ja­mes wspo­mniał na­zwi­sko Fran­kli­na Ful­la­waya. A jed­nak ten Ful­la­way de­pe­szo­wał do Ja­me­sa w spra­wach han­dlo­wych, i w de­pe­szy swej mó­wił coś o księ­żej, któ­ra praw­do­po­dob­nie była tą samą oso­bą, o któ­rej Ja­mes wspo­mi­nał w swym no­te­sie. Była rów­nież mowa o to­wa­rze, praw­do­po­dob­nie to­wa­rze war­to­ścio­wym, któ­ry Ja­mes miał przy­wieźć do Lon­dy­nu, aby go sprze­dać upa­trzo­ne­mu klien­to­wi. Je­że­li jed­nak Ja­mes przy­wiózł ten to­war, to gdzie on się po­dział? Mar­shall Al­ler­dy­ke zdą­żył się już do­wie­dzieć, że prócz du­żej wa­li­zy i pod­ręcz­nej wa­li­zecz­ki, Ja­mes nie miał żad­ne­go ba­ga­żu. Gdzież więc był ów to­war?…

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi i na pro­gu uka­za­li się dwaj dok­to­rzy.

– Do­wie­dzie­li­śmy się od za­rzą­dza­ją­ce­go, że za­sta­nie­my pana tu­taj, pa­nie Al­ler­dy­ke – rzekł dok­tor Or­win. – Po do­kład­nym zba­da­niu pań­skie­go krew­ne­go po­szli­śmy do tego sa­me­go wnio­sku, do któ­re­go przed pół go­dzi­ną do­szedł dok­tor Ly­den­berg. Je­że­li pan się zga­dza, po­ro­zu­miem się na­tych­miast z sę­dzią śled­czy­mi za kil­ka go­dzin od­bę­dzie się sek­cja zwłok. Po­nie­waż ko­le­ga Ly­den­berg ma w mie­ście kil­ka spraw do za­ła­twie­nia i z tego po­wo­du ma po­zo­stać tu­taj pra­wie cały ty­dzień, po­pro­si­łem go, aby asy­sto­wał przy sek­cji. Są­dzę, że panu bę­dzie przy­jem­niej, je­że­li zna­jo­my le­karz zda panu re­la­cję. Sek­cja musi się od­być w obec­no­ści po­li­cyj­ne­go chi­rur­ga. Je­że­li mi pan to po­wie­rzy…

– Pod tym wzglę­dem ufam panu naj­zu­peł­niej, dok­to­rze – rzekł Al­ler­dy­ke. – Oby­dwu pa­nom je­stem nie­zmier­nie wdzięcz­ny. Ro­zu­mie­ją pa­no­wie, co mnie nie­po­koi. Pra­gnę być pew­ny, naj­zu­peł­niej pew­ny co do przy­czy­ny śmier­ci mego ku­zy­na. Mó­wił pan coś o prze­nie­sie­niu cia­ła… A za­tem, pra­gnął­bym przyj­rzeć mu się jesz­cze po raz ostat­ni.

Po wyj­ściu dok­to­rów, za­mknął na klucz swój apar­ta­ment, w któ­rym zo­sta­wił rów­nież za­mknię­tą wali­ze­czkę i udał się do po­ko­ju Ja­me­sa.

Ci, któ­rzy zna­li Mar­shal­la Al­ler­dy­ke’a, uwa­ża­li go za czło­wie­ka, po­zba­wio­ne­go wszel­kie­go sen­ty­men­tu. Te­raz jed­nak, gdy zbli­żył się do zwłok ku­zy­na, łzy uka­za­ły się w jego oczach, a twarz mu po­bla­dła. Piesz­czo­tli­wym ru­chem po­ło­żył dłoń na zim­nym czo­le zmar­łe­go i jesz­cze raz prze­mó­wił do nie­go, jak za daw­nych cza­sów.

– Je­że­li ktoś wy­rzą­dził ci krzyw­dę, chłop­cze, nie spo­cznę, nim zbrod­niarz nie zo­sta­nie uka­ra­ny! Przy­się­gam!

Po­tem po­chy­lił się i po­ca­ło­wał zmar­łe­go w poli­czek. Kie­dy jed­nak od­wró­cił się od łóż­ka, wzrok jego za­wisł na ja­kimś przed­mio­cie, le­żą­cym w ką­cie po­ko­ju i po­ły­sku­ją­cym w bla­sku elek­trycz­ne­go świa­tła. Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem prze­szedł przez po­kój i pod­niósł błysz­czą­cy przed­miot. Była to zło­ta kla­mer­ka, wy­sa­dza­na bry­lan­ci­ka­mi, wi­docz­nie ode­rwa­na od dam­skie­go pan­to­fla.

IV. FRANKLIN FULLAWAY

Al­ler­dy­ke za­brał zna­le­zio­ną kla­mer­kę do swe­go po­koju i za­czął ją uważ­nie oglą­dać. Kla­mer­ka była ze szcze­re­go zło­ta, wy­sa­dza­na praw­dzi­wy­mi bry­lan­ta­mi. Mar­shal­lo­wi przy­szły do gło­wy dwie my­śli od razu: pierw­sza, że wła­ści­ciel­ka kla­mer­ki mu­sia­ła być ko­bie­tą bo­ga­tą, lu­bu­ją­cą się w ład­nych i zbyt­kow­nych dro­bia­zgach; dru­ga, że mu­sia­ła być ogrom­nie roz­trze­pa­na sko­ro nie za­uwa­ży­ła swej zgu­by. Scho­wa­wszy kla­mer­kę do swej po­dróż­nej wa­liz­ki, za­czął roz­my­ślać nad tym, ja­kim spo­so­bem zna­la­zła się w po­ko­ju Ja­me­sa Al­ler­dy­ke’a? Jak dłu­go tam leża­ła? Czy wła­ści­ciel­ka tej kla­mer­ki była w tym po­ko­ju pod­czas ostat­niej nocy, czy też zaj­mo­wa­ła ten po­kój przed przy­by­ciem Ja­me­sa?

Na­su­wa­ły mu się roz­ma­ite kon­cep­cje. Oczy­wi­ście kla­mer­ka mo­gła być zgu­bio­na przez po­przed­nią loka­tor­kę po­ko­ju. Ale, czy to moż­li­we? Czyż uszła­by ona uwa­gi po­ko­jo­wej. Czy nie za­uwa­żył­by jej tak sys­te­ma­tycz­ny czło­wiek, jak Ja­mes Al­ler­dy­ke? Na wszyst­kie te py­ta­nia moż­na było zna­leźć od­po­wiedź, do­wia­du­jąc się uprzed­nio, jak dłu­go po­kój Ja­me­sa nie był przed nim za­miesz­ka­ny. Naj­waż­niej­szą za­gad­ką jed­nak było to, czy wła­ści­ciel­ka kla­mer­ki znaj­do­wała się w tym po­ko­ju mię­dzy go­dzi­ną dzie­wią­tą wie­czo­rem a pią­tą rano? Z tego wy­ni­ka­ła inna jesz­cze kwe­stia: co ro­bi­ła w tym po­ko­ju? I naj­waż­niej­sza: kim była? Ale i to moż­na było wy­ja­śnić po przej­rze­niu li­sty go­ści ho­te­lo­wych. To­też, wy­piw­szy kawę, Al­ler­dy­ke ze­szedł do kan­ce­la­rii ho­te­lu.

Prze­cho­dząc przez ob­szer­ny hol, do­strzegł za­rzą­dza­ją­ce­go, któ­ry szedł ku nie­mu spiesz­nie, z da­le­ka wy­ma­chu­jąc de­pe­szą.

– To dla pań­skie­go ku­zy­na, sir – oznaj­mił, po­da­jąc te­le­gram Mar­shal­lo­wi. – Nad­szedł przed chwi­lą.