Kryminał. Brylant śmierci - Joseph Smith Fletcher - ebook
Opis

Pewnego listopadowego wieczoru w jednym z londyńskich lombardów zostają znalezione zwłoki jego właściciela – starego Daniela Multeniusa. Pech chce, że smutnego odkrycia dokonuje Mr Andrew Lauriston i to właśnie na niego pada podejrzenie policji. Czyżby ten nieśmiały, początkujący literat mógł z zimną krwią zabić i okraść jubilera? Ale jeśli nie on, to kto? Może właściciel pozostawionego na miejscu zbrodni wartościowego hiszpańskiego manuskryptu? A może ten, kto zgubił tu platynową szpilkę z grawerunkiem? Jedno jest pewne – zabójca z Brylantu śmierci zna się na egzotycznych truciznach, wie, jak ich skutecznie użyć. Zresztą i denat miał tu swoje tajemnice…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 261


Jo­seph Smith Flet­cher

Bry­lant śmier­ci

Ty­tuł ory­gi­na­łu: The Oran­ge-Yel­low Dia­mond

Pro­jekt okład­ki

Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Ko­rek­ta

Mał­go­rza­ta Pi­lec­ka

Skład kom­pu­te­ro­wy

Ma­ria Ba­ra­now­ska

Konwersja do wersji elektronicznej

Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Edy­cję opra­co­wa­no na pod­sta­wie tłu­ma­cze­nia

Ada­ma Mi­chal­skie­go, Wy­daw­nic­two Alfa, War­sza­wa [1930]

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two LTW

ISBN 978-83-7565-457-8

Wy­daw­nic­two LTW

ul. Sa­wic­kiej 9, Dzie­ka­nów Le­śny

05-092 Ło­mian­ki

tel. 22 751-25-18

www.ltw.com.pl

e-mail: wyd@ltw.com.pl

I. PIĘKNA LICHWIARKA

W po­łu­dnio­wej czę­ści gę­sto za­lud­nio­nej dziel­ni­cy lon­dyń­skiej Pad­ding­ton, tuż obok pięk­nych skwe­rów Ken­sing­ton Gar­den mie­ści się ro­jo­wi­sko ubo­gich uli­czek, któ­rych brud i nę­dza dziw­ny two­rzą kon­trast z pre­ten­sjo­nal­nym prze­py­chem ar­chi­tek­to­nicz­nym są­sia­du­ją­cych oko­lic. W tych to ulicz­kach na­po­ty­ka się śla­dy owe­go przy­gnia­ta­ją­ce­go ubó­stwa, któ­re w Lon­dy­nie wy­stę­pu­je wy­raź­niej niż w ja­kim­kol­wiek in­nym mie­ście an­giel­skim. Domy tej dziel­nicy ro­bią wra­że­nie, jak­by w nich ni­g­dy nie mógł po­wstać śmiech. Je­śli fi­ran­ki okien tu i ów­dzie nie są na­wet po­dar­te, to w każ­dym ra­zie są brud­ne. Lu­dzie, wy­cho­dzą­cy z bram tych do­mów, mają twa­rze stros­kane i przy­gnę­bio­ne. Znaj­du­ją­ce się tam skle­pi­ki mają tyl­ko pro­duk­ty pierw­szej po­trze­by, i to w naj­tań­szym ga­tun­ku. Re­stau­ra­cyj­ki na ro­gach ulic są bez­pre­ten­sjo­nal­ne i sta­now­czo nie­za­chę­ca­ją­ce. Kto prze­cho­dzi tymi uli­ca­mi, nie może się po­zbyć przy­gnia­ta­ją­ce­go wra­że­nia, wy­wo­ła­ne­go ogól­nie tu panu­jącą nę­dzą, i co ry­chlej wy­co­fu­je się stąd, zde­pry­mo­wany, lecz za­cie­ka­wio­ny za­ra­zem tym, jacy wła­ści­wie są ci lu­dzie, któ­rzy za­miesz­ku­ją te po­nu­re ka­mien­ne klat­ki; co ro­bią, o czym my­ślą i jak od­nio­sło się do nich ży­cie.

W wy­so­ko po­ło­żo­nym po­ko­ju jed­ne­go z przy­zwo­it­szych do­mów już nie­co lep­szej – jak na tę oko­li­cę – uli­cy, pew­ne­go li­sto­pa­do­we­go dnia przy oknie stał mło­dzie­niec. Była go­dzi­na pią­ta po po­łu­dniu i za­pa­dał już zmrok. Przez cały dzień spły­wał z po­chmur­ne­go nie­ba deszcz, zmie­sza­ny z sa­dzą, kła­dąc na brud­ne da­chy nowe war­stwy ciem­nej, lep­kiej cie­czy. Przed oczy­ma mło­dzień­ca, wy­glą­da­ją­ce­go przez okno, roz­ta­czał się smut­ny i ża­ło­sny wi­dok, a jed­nak nie był on jesz­cze tak ża­ło­sny i smut­ny jak sy­tu­acja, w któ­rej znaj­do­wał się ów mło­dzie­niec. Po­sęp­na uli­ca na dole, tam pod nim, była tak samo wy­zu­ta z ra­do­ści, jak jego kie­szeń była wy­zu­ta z pie­nię­dzy, a jego żo­łą­dek po­zba­wio­ny stra­wy. Dzień przed­tem wy­dał ostat­nie trzy pen­sy; wy­star­czy­ły mu aku­rat na nie­co je­dze­nia i pi­cia; od tej chwi­li jed­nak nic już nie miał w ustach. Za­czy­na­ło go te­raz z gło­du mdlić, a na do­miar złe­go ktoś, jak­by chcąc zwięk­szyć jesz­cze męki, sma­żył so­bie, tuż pod jego oknem, ryby. Za­pach, do­by­wa­ją­cy się z pa­tel­ni, wy­wo­ły­wał w nim pie­kiel­ny głód.

Przy­gnę­bio­ny, od­szedł od okna i ro­zej­rzał się po po­ko­ju. Była to bied­na, źle ume­blo­wa­na iz­deb­ka, któ­rej je­dy­ną za­le­tą była pew­na czy­stość. Łóż­ko, umy­wal­nia, szaf­ka i kil­ka krze­seł sta­no­wi­ły całe jej urzą­dze­nie – od han­dla­rza do­sta­ło­by się za to wszy­stko naj­wy­żej kil­ka szy­lin­gów. W ką­cie stał ku­fer, w któ­rym znaj­do­wa­ło się wszyst­ko, co jego wła­ści­ciel po­sia­dał – z wy­jąt­kiem kil­ku ksią­żek, uło­żo­nych po­rząd­nie na pół­ce nad ko­min­kiem, i przy­bo­rów do pi­sa­nia na sto­le. Gdy­by ktoś przyj­rzał się bli­żej le­żą­cym na sto­le rę­ko­pi­som, po­jął­by od razu, że wła­ści­cie­lem ich jest mło­dy li­te­rat, któ­ry na po­cząt­ku swej ka­rie­ry ma aż nad­to spo­sob­no­ści prze­ko­nać się, że z wszyst­kich za­wo­dów wła­śnie za­wód li­te­ra­ta jest naj­mniej pew­ny.

Ktoś, jak­by wa­ha­jąc się, lek­ko za­pu­kał do drzwi, a po chwi­li uka­za­ła się w nich ko­bie­ta – jed­na z owych ko­biet, ja­kie w tej dziel­ni­cy spo­ty­ka się tu­zi­na­mi – wy­so­ka, chu­da, przed­wcze­śnie przy­wię­dła, o wy­ra­zie twa­rzy wzbu­rzo­nym, za­wsze wy­stra­szo­na i wy­glą­da­ją­ca, jak­by lada chwi­la mia­ło na nią spaść ja­kieś nowe nie­szczę­ście. I te­raz tak­że twarz jej mia­ła jak­by wy­stra­szo­ny wy­raz, a kie­dy spoj­rza­ła na swe­go lo­ka­to­ra, ten zmie­szał się i lek­ko za­ru­mie­nił. Wie­dział wszak do­sko­na­le, co spro­wa­dza tu­taj tę ko­bie­tę, ale nie mógł, nie­ste­ty, za­spo­ko­ić jej żą­dań.

– Mr Lau­ri­ston – po­wie­dzia­ła znu­żo­nym gło­sem – czy mógł­by mi pan po­wie­dzieć, kie­dy będę mo­gła otrzy­mać nie­co pie­nię­dzy? Cze­kam już pół­tora mie­sią­ca, a są mi po­trzeb­ne na ko­mor­ne i po­da­tek.

An­drew Lau­ri­ston wy­ko­nał gło­wą od­mow­ny ruch, ale nie po to, by za­prze­czyć, lecz po pro­stu z za­kło­po­ta­nia.

– Mrs Fli­twick – od­po­wie­dział – dam pani pie­nią­dze, jak tyl­ko je będę miał. Po­wie­dzia­łem pani już oneg­daj, że sprze­da­łem dwie no­we­le. Pro­si­łem, aby mi za nie na­tych­miast za­pła­co­no i lada dzień li­sto­nosz przy­nie­sie mi czek. Ocze­ku­ję poza tym in­nego jesz­cze cze­ku. Dzi­wię się, że nie na­de­szły jesz­cze. Jak je tyl­ko do­sta­nę, roz­li­czy­my się. Cze­kam na te pie­nią­dze z taką samą nie­cier­pli­wo­ścią jak pani.

– Wiem, wiem, Mr Lau­ri­ston – od­po­wie­dzia­ła pani Fli­twick – i nie zwra­ca­ła­bym się do pana, gdy­by nie to, że na mnie tak­że na­le­ga­ją. Go­spo­darz żąda, abym mu dziś, naj­póź­niej do wie­czo­ra, za­pła­ciła. Dla­cze­go – ale pan wy­ba­czy, że tak mó­wię – dla­cze­go wła­ści­wie nie wy­sta­ra się pan o tro­chę go­tów­ki, za­nim cze­ki na­dej­dą?

Lau­ri­ston spoj­rzał na swą go­spo­dy­nię z wy­ra­zem py­ta­ją­ce­go zdu­mie­nia.

– Ale jak­że wy­sta­rać się o to? – za­py­tał.

– Po­sia­da pan prze­cież praw­dzi­wy zło­ty zega­rek, Mr Lau­ri­ston – od­po­wie­dzia­ła go­spo­dy­ni – ist­nie­ją prze­cież tacy lu­dzie, któ­rzy by dali za to kil­ka fun­tów. Może nie był pan do­tych­czas w ta­kiej sy­tu­acji, aże­by cho­dzić do lom­bar­dów, praw­da? Wi­dzi pan… Przed­tem i ja nie ro­bi­łam tego ni­g­dy, ale od­kąd od­naj­mu­ję po­ko­je, by­łam kil­ka­krot­nie zmu­szo­na tak zro­bić. Gdy­bym mia­ła tak pięk­ny ze­ga­rek jak pan, nie cho­dzi­ła­bym z płót­nem w kie­sze­niach. Jak na­dej­dą pie­nią­dze, bę­dzie pan mógł go wyku­pić – a ja by­ła­bym panu za tro­chę pie­nię­dzy bar­dzo wdzięcz­na, Mr Lau­ri­ston, cho­ciaż­by ze dwa fun­ty, mój go­spo­darz jest nie­mi­ło­sier­ny.

Lau­ri­ston od­wró­cił się i się­gnął po ka­pe­lusz.

– Do­brze, Mrs Fli­twick – po­wie­dział spo­koj­nie – po­sta­ram się wszyst­ko zro­bić. Nie po­my­śla­łem o tym do­tych­czas.

Gdy go­spo­dy­ni wy­szła i za­mknę­ła za sobą drzwi, wy­cią­gnął z kie­sze­ni ze­ga­rek i obej­rzał go. Był to sta­ro­daw­ny zło­ty ze­ga­rek, na­le­żą­cy kie­dyś do jego ojca. W lom­bar­dzie da­li­by mu za to za­pew­ne tro­chę pie­nię­dzy, ale do­tych­czas nie był jesz­cze w ta­kim po­ło­że­niu, aby po­my­śleć o lom­bar­dzie. Przed dwo­ma bli­sko laty przy­je­chał do Lon­dy­nu, aby tu zdo­być dla sie­bie pió­rem na­zwi­sko, sła­wę i pie­nią­dze. Ale za­sób przy­wie­zio­nych pie­nię­dzy zmniej­szał się z każ­dym dniem, a zdo­być nowe oka­zało się za­da­niem trud­niej­szym, niż to so­bie przed­tem wy­obra­żał. Zna­lazł się wresz­cie w tym oto ta­nim po­ko­iku, bez żad­nych środ­ków do ży­cia, a czek za owe dwa przy­ję­te pierw­sze opo­wia­da­nia nie nad­cho­dził. Nie nad­cho­dzi­ła rów­nież po­życz­ka, o któ­rą – po prze­zwy­cię­że­niu nie­chę­ci – zwró­cił się do daw­ne­go ko­le­gi szkol­ne­go w Szko­cji. Czte­ry dłu­gie dni cze­kał oto na pu­ka­nie li­sto­no­sza w na­dziei, że ja­kaś prze­sył­ka wy­ba­wi go z opre­sji, ale po­moc nie nad­cho­dzi­ła – był więc smut­ny i przy­gnę­bio­ny. Ale, na szczę­ście, po­sia­dał ze­ga­rek.

Wy­szedł na­tych­miast. Na sła­bo oświe­tlo­nych lam­pą ga­zo­wą scho­dach ze­tknął się ze swym są­sia­dem, Mel­chio­rem Ru­bin­giem, zaj­mu­ją­cym o pię­tro ni­żej dwa po­ko­iki. Był to spo­koj­ny, uprzej­my męż­czy­zna, ni­skie­go wzro­stu, z któ­rym Lau­ri­ston za­mie­niał od cza­su do cza­su kil­ka słów. Oko­licz­ność, że po­sia­dał kil­ka pier­ście­ni na pal­cach, dużą szpil­kę w kra­wa­cie i cięż­ki łań­cuch od ze­gar­ka z praw­dzi­we­go zło­ta, choć mo­gła to być tak­że tyl­ko do­bra imi­ta­cja, na­pro­wa­dzi­ła Lau­ri­sto­na na po­mysł za­się­gnię­cia rady u tego czło­wie­ka. Prze­mó­wił więc do nie­go, pa­trząc nań nie­śmia­ło i ru­mie­niąc się.

– Pro­szę pana – po­wie­dział – znaj­du­ję się chwi­lo­wo w przy­krej sy­tu­acji ma­te­rial­nej… tyl­ko chwi­lo­wo, pro­szę pana… i chciał­bym za­sta­wić mój ze­ga­rek. Czy nie mógł­by mi pan wska­zać ja­kie­goś po­rząd­ne­go wła­ści­cie­la lom­bar­du?

Mel­ky – zna­ny w ca­łym domu pod tą skró­co­ną na­zwą – roz­ja­śnił nie­co pło­myk ga­zo­wej lam­py i wy­cią­gnął ku nie­mu wą­ską dłoń o dłu­gich pal­cach.

– Pro­szę, niech mi pan po­ka­że wpierw zega­rek – po­wie­dział mięk­kim, nie­co se­ple­nią­cym gło­sem. – Znam się tro­chę na ze­gar­kach.

Lau­ri­ston po­dał mu ze­ga­rek, ob­ser­wu­jąc uważ­nie; Mel­ky obej­rzał go z ze­wnątrz i we­wnątrz z mi­ną znaw­cy i fa­chow­ca. Na­gle spoj­rzał w górę na Lau­ri­sto­na:

– Nie chciał­by go pan sprze­dać? – za­py­tał pra­wie ku­szą­co. – Dał­bym panu za ten ze­ga­rek trzy gwi­nee – go­tów­ką!

– Dzię­ku­ję panu bar­dzo, ale za nic w świe­cie nie chciał­bym go sprze­dać – od­po­wie­dział Lau­ri­ston.

– Po­wiedz­my czte­ry – na­le­gał Mel­ky. – Dam panu czte­ry gwi­nee i dzie­sięć szy­lin­gów, tak po przy­ja­ciel­sku – i na­tych­miast płat­ne. Chce pan?

– Nie! – po­wie­dział Lau­ri­ston. – Ze­ga­rek ten na­le­żał do mego ojca i nie chciał­bym go sprze­dać, chciał­bym go tyl­ko za­sta­wić.

Mel­ky wło­żył ze­ga­rek z po­wro­tem w ręce wła­ści­cie­la.

– Niech pan pój­dzie do skle­pu Da­nie­la Mul­te­niu­sa – po­wie­dział Mel­ky to­nem han­dlo­wym – na rogu Pra­ed Stre­et. Jest to mój krew­ny i po­ży­cza na za­staw. Niech się pan po­wo­ła na mnie, je­śli pan chce. Za­ła­twi pana uczci­wie. A je­śli­by go pan chciał sprze­dać, niech pan pa­mię­ta o mnie.

Lau­ri­ston uśmiech­nął się, scho­dząc po ciem­nych scho­dach. Na dwo­rze był wie­czór – mgli­sty i po­nury. Do Pra­ed Stre­et było za­le­d­wie kil­ka kro­ków, to­też w pięć mi­nut po roz­mo­wie z Mel­kym spo­glą­dał już w wi­try­ny skle­pu Da­nie­la Mul­te­niu­sa. Przy­po­mnia­ło mu się, że już kil­ka­krot­nie wi­dział tę wy­sta­wę, nie zwró­cił jed­nak do­tych­czas uwa­gi na dziw­ne na­zwi­sko wła­ści­cie­la skle­pu. Była to wy­sta­wa z naj­roz­ma­it­szy­mi dziw­ny­mi przed­mio­ta­mi za że­la­zną kra­tą; były tam per­ły, dia­men­ty, przed­mio­ty ze sta­rej ko­ści sło­nio­wej i wie­le in­nych dro­bia­zgów. Zbie­racz rzad­kich oka­zów mógł­by tu stać pół go­dzi­ny i po­dzi­wiać wy­sta­wio­ne za wi­try­ną przed­mio­ty. Ale Lau­ri­ston rzu­cił na nie tyl­ko po­bież­ne spoj­rze­nie i prze­szedł przez ciem­ny ko­ry­tarz, nad któ­rym mie­ścił się sła­bo oświe­tlo­ny szyld: „Lom­bard”.

Otwo­rzył drzwi i zna­lazł się przed kil­ko­ma ma­ły­mi prze­dzia­ła­mi, z któ­rych każ­dy był dość duży, aby po­mie­ścić jed­ne­go czło­wie­ka. W tej chwi­li wszyst­kie były pu­ste. Wszedł do jed­ne­go z nich, a nie wi­dząc ni­ko­go, ude­rzył lek­ko o ladę. Był przy­go­to­wa­ny na to, że zo­ba­czy ja­kie­goś star­sze­go pana, tym­cza­sem Lau­ri­ston usły­szał z kąta lek­kie kro­ki i zna­lazł się na­gle w obec­no­ści mło­de­go i bez­sprzecz­nie pięk­ne­go dziew­czę­cia, trzy­ma­ją­ce­go w ręku ro­bót­kę i spo­glą­da­ją­ce­go nań du­ży­mi, czar­ny­mi ocza­mi. Przez jed­ną chwi­lę spo­glą­da­li na sie­bie w mil­cze­niu.

– W czym mogę panu słu­żyć? – za­py­ta­ła.

Lau­ri­ston od­zy­skał znów mowę.

– Czy… czy za­sta­łem pana Mul­te­niu­sa? – zapy­tał. – Ja… ja chciał­bym wła­ści­wie z nim po­mó­wić…

– Mr Mul­te­nius wy­szedł – od­po­wie­dzia­ła – ale ja go za­stę­pu­ję, je­śli cho­dzi o spra­wy han­dlo­we.

Zmie­rzy­ła przy­by­sza spo­koj­nie i spo­strze­gła, jak jego mło­da świe­ża twarz za­ru­mie­ni­ła się.

– Za­stę­pu­ję mego dziad­ka, kie­dy go nie ma – cią­gnę­ła. – Czy chciał pan za­cią­gnąć po­życz­kę?

Lau­ri­ston wy­jął z kie­sze­ni ze­ga­rek, za­ru­mie­nił się jesz­cze bar­dziej i po­dał go dziew­czy­nie.

– Tak, wła­śnie to chcia­łem zro­bić – od­po­wie­dział. – Chcia­łem po­ży­czyć pod za­staw tego ze­gar­ka pie­nią­dze. Przy­ja­ciel – są­siad – Mr Mel­ky Ru­bing – po­wie­dział mi, że mógł­bym to tu­taj zro­bić. To jest ze­ga­rek z praw­dzi­we­go zło­ta.

Pa­nien­ka ob­rzu­ci­ła klien­ta szyb­kim spoj­rze­niem, w któ­rym za­bły­snął jak­by sza­cu­nek dla jego nie­za­rad­no­ści, i nie­mal obo­jęt­nie wzię­ła ze­ga­rek.

– Ach, tak, to Mel­ky pana przy­słał? – za­py­ta­ła z uśmie­chem. Obej­rza­ła do­kład­nie ze­ga­rek, otwo­rzy­ła kasę i spoj­rza­ła na Lau­ri­sto­na.

– Ile chciał­by pan na to do­stać? – za­py­ta­ła.

II. JADŁODAJNIA

Lau­ri­ston wło­żył ręce do kie­sze­ni i zdzi­wio­ny spoj­rzał na dziew­czy­nę. Była to bar­dzo pięk­na bru­net­ka, wy­so­ka nie­mal jak on, smu­kła i gięt­ka i ze wszech miar po­cią­ga­ją­ca. W oczach i do­ko­ła kąci­ków ust mia­ła zna­mię hu­mo­ru i dow­ci­pu. I dla­te­go zda­ło mu się na­gle, że kpi so­bie z jego zmie­sza­nia.

– Ile może mi pani dać? – za­py­tał. – Ile jest wart ten ze­ga­rek?

– Nie, nie o to cho­dzi – od­po­wie­dzia­ła. – Chcia­ła­bym wie­dzieć, ile pan chce. Zda­je się, że pan nie jest przy­zwy­cza­jo­ny za­sta­wiać rze­czy.

Wzię­ła zno­wu ze­ga­rek do rąk i uważ­nie nań spoj­rza­ła.

– Dam panu na ten ze­ga­rek trzy fun­ty pięt­na­ście szy­lin­gów – po­wie­dzia­ła na­gle to­nem han­dlo­wym. – Zga­dza się pan?

– Tak – od­po­wie­dział Lau­ri­ston – dzię­ku­ję pani. Prze­cież za­wsze mogę ze­ga­rek ten do­stać z po­wro­tem?

– Za­wsze, je­śli pan w prze­cią­gu dwu­na­stu i pół mie­sią­ca przy­nie­sie pie­nią­dze i za­pła­ci od­set­ki – od­po­wie­dzia­ła. Wzię­ła pió­ro do ręki i za­czę­ła wypi­sy­wać kwit za­staw­ny. – Czy ma pan kil­ka mie­dzia­ków? – za­py­ta­ła na­gle.

– Mie­dzia­ków? – po­wtó­rzył Lau­ri­ston zdu­mio­ny. – Po co?

– Za kwit – od­po­wie­dzia­ła, po czym ogar­nę­ła go szyb­kim spoj­rze­niem i rów­nie szyb­ko opu­ści­ła oczy. – Nic nie szko­dzi – po­wie­dzia­ła – od­trą­cę je z wy­po­ży­czo­nej sumy. Na­zwi­sko i ad­res pro­szę.

Lau­ri­ston wziął kwit, zgar­nął pie­nią­dze w zło­cie, sre­brze i mie­dzia­kach, ale nie od­szedł na­tych­miast.

– Bę­dzie pani chy­ba do­brze uwa­ża­ła na zega­rek? – po­wie­dział na­gle. – Po­cho­dzi bo­wiem od mego ojca.

Dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się uspo­ka­ja­ją­co i wska­zała cięż­ką kasę ognio­trwa­łą w głę­bi.

– Mamy tu wie­le klej­no­tów ro­dzin­nych – od­rze­kła – niech pan bę­dzie zu­peł­nie spo­koj­ny.

Lau­ri­ston po­dzię­ko­wał, ukło­nił się i – z pew­ną nie­chę­cią – wy­szedł. Chęt­nie zna­la­zł­by ja­kiś pre­tekst, aby móc dłu­żej po­zo­stać, choć sam nie wie­dział do­kład­nie dla­cze­go. Po­nie­waż jed­nak nie nasu­nął mu się ża­den pre­tekst, więc wy­szedł, rzu­ciw­szy raz jesz­cze spoj­rze­niem przez drzwi. Pięk­na wnucz­ka wła­ści­cie­la lom­bar­du kiw­nę­ła mu gło­wą, uśmie­cha­jąc się. W na­stęp­nym mo­men­cie zna­lazł się na uli­cy, ma­jąc w kie­sze­ni pie­nią­dze, a w ser­cu dziw­ne uczu­cie ulgi, zmie­sza­nej ze zdu­mie­niem. Bo ostat­nie dwa dni prze­żył za po­mo­cą dwóch za­le­d­wie szy­lin­gów, pod­czas gdy tuż obok, w naj­bliż­szym jego są­siedz­twie, znaj­do­wał się lo­kal, w któ­rym moż­na było wca­le nie tak przy­krym spo­so­bem zdo­być pie­nią­dze.

Pierw­szą jego my­ślą było po­wró­cić do domu i za­pła­cić go­spo­dy­ni. Był jej wi­nien za sześć ty­go­dni po trzy szy­lin­gi za ty­dzień, czy­li w sam raz owe trzy fun­ty, któ­re do­stał w lom­bar­dzie. Ale po­zo­sta­wa­ło mu jesz­cze czter­na­ście szy­lin­gów; dzię­ki nim bę­dzie mógł prze­trwać jesz­cze kil­ka dni, do­pó­ki nie na­dej­dą ocze­ki­wa­ne li­sty. Pro­sił na­kład­cę, któ­ry przy­jął jego dwa opo­wia­da­nia, o prze­sła­nie cze­ku i wie­rzył w swej na­iw­no­ści, że pie­nią­dze na­tych­miast na­dej­dą. Prze­zwy­cię­żył rów­nież swą dumę i na­pi­sał do daw­ne­go ko­le­gi szkol­ne­go, Joh­na Pur­die’ego, ży­ją­ce­go gdzieś wy­so­ko w gó­rach Szko­cji, wy­tłu­ma­czył mu swą sy­tu­ację i w imię prze­ży­tej wspól­nie prze­szło­ści pro­sił go o po­życz­kę na wy­koń­cze­nie po­wie­ści, któ­ra, jak są­dził, oka­że się małą ko­pal­nią zło­ta. John Pur­die był te­raz – o czym Lau­ri­ston wie­dział – do­brze sy­tu­owa­nym czło­wie­kiem, ob­jął bo­wiem po ojcu swym do­brze pro­spe­ru­ją­cy sklep. Lau­ri­ston był ab­so­lut­nie pew­ny, że mu odpo­wie. Do tego więc cza­su, za­nim ocze­ki­wa­ne li­sty na­dej­dą, star­czy mu pie­nię­dzy – je­śli bo­wiem mu­sia­ło się prze­żyć kil­ka dni za po­mo­cą dwóch szy­lin­gów, to po­sia­da­nie pięt­na­stu szy­lin­gów wy­da­je się ma­łym ma­jąt­kiem. W prze­cią­gu ostat­niej pół­go­dzi­ny ży­cie całe na­bra­ło ró­żo­wych barw – i to tyl­ko dzię­ki owej wi­zy­cie w lom­bar­dzie.

Prze­cho­dząc Pra­ed Stre­et, Lau­ri­ston za­trzy­mał się na­gle. Prze­cho­dził wła­śnie obok sta­ro­mod­nej ja­dło­daj­ni, z któ­rej wy­do­by­wał się przy­jem­ny za­pach po­traw. Przy­po­mniał so­bie, że od dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin nic nie jadł. Jego go­spo­dy­ni ni­g­dy mu nie go­to­wa­ła; od­kąd u niej miesz­kał, po­si­lał się za­wsze poza do­mem. Ostat­ni jego po­si­łek skła­dał się ze szklan­ki mle­ka i czer­stwej, lecz dość du­żej buł­ki. Te­raz na­gle po­czuł gwał­tow­ny głód. Z tru­dem tyl­ko zmu­sił się do tego, aby przejść obok ja­dło­daj­ni. A gdy tyl­ko zna­lazł się przed swą bra­mą, po­biegł szyb­ko na górę i wci­snął w ręce go­spo­dy­ni otrzy­mane w lom­bar­dzie trzy su­we­re­ny.

– Te­raz je­ste­śmy aż do koń­ca tego ty­go­dnia w po­rząd­ku, Mrs Fli­twick – po­wie­dział. – Po­kwi­to­wa­nie niech mi pani zo­sta­wi w mym po­ko­ju.

– Bar­dzo panu dzię­ku­ję, Mr Lau­ri­ston – odpo­wie­dzia­ła go­spo­dy­ni. – Bar­dzo mi przy­kro, że spra­wi­łam panu tyle kło­po­tów, ale…

– Nic nie szko­dzi, nie było żad­nych kło­po­tów – po­wie­dział Lau­ri­ston. – Wszyst­ko po­szło bar­dzo do­brze, niech mi pani wie­rzy.

Wy­biegł zno­wu z domu i skie­ro­wał się do ja­dło­daj­ni. Miał lat dwa­dzie­ścia je­den, był do­brze zbu­do­wany, wy­so­ki i od­zna­czał się do­brym ape­ty­tem, któ­ry jesz­cze do nie­daw­na mógł za­wsze za­spo­ko­ić. W tej chwi­li jed­nak czuł, że je­że­li na­tych­miast nie zje cze­goś, to na­stą­pi coś, z cze­go ja­sno nie zda­wał so­bie spra­wy. Za­uwa­żył na­wet, że jego głos był zmę­czo­ny i ma­to­wy, gdy po wej­ściu do ja­dło­daj­ni zamó­wił u kel­ner­ki coś do zje­dze­nia. Zjadł por­cję ryby, dwa jaj­ka, wiel­ką ilość chle­ba z ma­słem i wy­pił kil­ka fi­li­ża­nek her­ba­ty, za­nim pod­niósł oczy znad sto­łu i ro­zej­rzał się do­ko­ła. Te­raz jed­nak ogar­nę­ło go uczu­cie za­do­wo­le­nia. Usiadł wy­god­niej na krze­śle i ro­zej­rzał się po lo­ka­lu. W tej sa­mej chwi­li zoba­czył zno­wu Mel­ky’ego.

Mel­ky wszedł wła­śnie do ja­dło­daj­ni i ro­bił wra­że­nie, jak­by mu się wca­le nie spie­szy­ło z je­dze­niem. Za­trzy­mał się przy wej­ściu, tuż obok sto­łu, przy któ­rym sie­dzia­ła wła­ści­ciel­ka ja­dło­daj­ni, Mrs Gold­mark, oty­ła, przy­stoj­na, mło­da jesz­cze ko­bie­ta, któ­rej oczy zwra­ca­ły się na od­mia­nę w stro­nę kel­ne­rek lub z uśmie­chem do go­ści, gdy zbli­ża­li się do jej sto­li­ka, by wy­rów­nać ra­chu­nek. Mel­ky miał na so­bie ele­ganc­ki, nie­co na bok na­ło­żo­ny ka­pe­lusz i spor­to­we pal­to, któ­re przy­ozdo­bił wło­żo­nym w buto­nie­rkę kwia­tem; na­chy­la­jąc się nad sto­li­kiem pani Gold­mark, ro­bił wra­że­nie, jak­by jej pra­wił kom­ple­men­ty; pani Gold­mark, żar­tu­jąc, dała mu lek­kie­go klap­sa i przy­wo­ław­szy kel­ner­kę, za­mó­wi­ła dla pana Ru­bin­ga spe­cjal­nie do­brą por­cję. A gdy Mel­ky, za­do­wo­lo­ny, od­wró­cił się od niej, spoj­rze­nie jego pa­dło na Lau­ri­sto­na; po­wo­li prze­szedł przez lo­kal i zbli­żył się do sto­łu, przy któ­rym sie­dział Lau­ri­ston.

– Czy do­brze za­ła­twił pan spra­wę? – za­py­tał to­nem po­ufa­ło­ści, zaj­mu­jąc miej­sce obok swe­go są­sia­da. – Czy uda­ło się panu po­ro­zu­mieć się ze sta­rym?

– Wca­le go nie wi­dzia­łem – od­po­wie­dział Lau­ri­ston. – Spo­tka­łem tam mło­dą ko­bie­tę.

– Moją ku­zyn­kę Zyl­lę? – od­po­wie­dział Mel­ky. – Przy­stoj­na dziew­czy­na, co?

Praw­dzi­wy skarb dla sta­re­go. Zna się na in­te­re­sach rów­nie do­brze jak on. Czy mi pan wie­rzy – cią­gnął da­lej mięk­ką, se­ple­nią­cą wy­mo­wą – że ta dziew­czy­na ma gim­na­zjal­ne wy­kształ­ce­nie? Sta­ry Da­niel wziął ją do sie­bie po śmier­ci jej ro­dzi­ców. Wte­dy była jesz­cze małą dziew­czyn­ką. Sta­ry dał jej wy­kształ­ce­nie, ja­kie­go bym sam so­bie ży­czył. Ta Zyl­la to dama, a przy tym przy­wią­za­na bar­dzo do inte­resu.

– Jest, zda­je się, bar­dzo dziel­na w tych spra­wach – za­uwa­żył Lau­ri­ston, w głę­bi du­szy za­do­wo­lo­ny, że się do­wie­dział imie­nia dziew­czy­ny. – Od razu zro­zu­mia­ła, cze­go mi trze­ba.

– No tak – od­parł Mel­ky la­ko­nicz­nie – ale ile dała panu za ten ze­ga­rek?

– Trzy fun­ty pięt­na­ście szy­lin­gów – od­po­wie­dział Lau­ri­ston.

– Tyle się mniej wię­cej na­le­ża­ło – po­twier­dził Mel­ky, ki­wa­jąc gło­wą. Po­tem po­chy­lił się nie­co: – Może by pan chciał sprze­dać mi kwit za­staw­ny? – za­py­tał. – Dał­bym panu za to dwie gwi­nee.

– Zda­je się, że na­praw­dę uwziął się pan na mój ze­ga­rek – od­parł Lau­ri­ston z uśmie­chem. – Ale ja nie chciał­bym sprze­dać kwi­tu. Za żad­ne skar­by świa­ta nie chciał­bym się po­zbyć tego ze­gar­ka.

– Do­brze! Je­śli pan nie chce, to nie – za­uwa­żył Mel­ky. – Zresz­tą, je­stem z za­wo­du han­dla­rzem, nie po­sia­dam wła­sne­go skle­pu, ku­pu­ję więc i sprze­da­ję wszyst­ko, co ze zło­ta lub sre­bra na­wi­nie mi się pod rękę. Ale po­nie­waż nie chce pan za nic w świe­cie sprze­dać swe­go kwi­tu, więc mogę panu po­wie­dzieć, jaką na­praw­dę war­tość – mimo swej sta­ro­ści – po­sia­da pań­ski ze­ga­rek: pięt­na­stu gwi­nei.

– Do­brze w każ­dym ra­zie, że wiem o tym – po­wie­dział Lau­ri­ston. – Je­śli więc go za­cho­wam, to w każ­dym ra­zie po­sia­dam coś cen­ne­go. Nie­źle by pan zresz­tą za­ro­bił, gdy­bym go panu sprze­dał…

– Czym­że był­by nasz świat, gdy­by nie było za­rob­ków, mój pa­nie? – od­parł spo­koj­nie Mel­ky. – My wszy­scy mu­si­my pa­mię­tać o na­szych za­rob­kach. Tak mię­dzy nami, zresz­tą – pan jest li­te­ra­tem, pra­wda? Pan pi­sze, co? Czy chciał­by pan w lek­ki spo­sób za­ro­bić pięć fun­tów?

– Z przy­jem­no­ścią – od­parł Lau­ri­ston.

– Przy­ja­ciel mój – cią­gnął Mel­ky – je­den z więk­szych ju­bi­le­rów, chciał­by wy­dać ka­ta­log. Ale nie po­sia­da ta­len­tu li­te­rac­kie­go. Go­tów jest dać na­wet pięć fun­tów, go­tó­wecz­ką, gdy­by mu ktoś dopo­mógł w pi­sa­niu. Kosz­to­wa­ło­by to pana naj­wy­żej dzień pra­cy. Co pan są­dzi o tym?

– Chęt­nie za­ro­bił­bym przy tym pięć fun­tów – od­rzekł Lau­ri­ston.

– Do­brze! – po­wie­dział Mel­ky. – W przy­szłym ty­go­dniu za­pro­wa­dzę pana do nie­go, jak tyl­ko wró­ci z po­dró­ży. A z za­rob­ku wy­pła­ci mi pan dzie­sięć pro­cent za po­śred­nic­two, praw­da? In­te­res jest in­te­re­sem.

– Do­brze! – zgo­dził się Lau­ri­ston. – A więc zro­bio­ne?

Mel­ky kiw­nął przy­ta­ku­ją­co gło­wą, wstał i pod­szedł do sto­łu, do któ­re­go po­da­no mu za­mó­wio­ne przez nie­go da­nie. Tak­że Lau­ri­ston wstał. Przy pła­ce­niu oty­ła dama uśmiech­nę­ła się do nie­go.

– Do wi­dze­nia – po­wie­dzia­ła.

Lau­ri­ston wró­cił do swe­go po­ko­ju z uczu­ciem, jak gdy­by świat się od­mie­nił. Za­pła­cił go­spo­dy­ni ko­mor­ne, w kie­sze­niach miał srebr­ne i mie­dzia­ne mo­nety, w przy­szłym ty­go­dniu cze­ka go pięć fun­tów, a poza tym lada dzień mógł na­dejść czek za jego dwa opo­wia­da­nia. A gdy­by Pur­die po­ży­czył mu pie­nią­dze, o któ­re pro­sił, mógł­by mie­siąc po­pra­co­wać nad swo­ją po­wie­ścią, wy­koń­czyć ją – a po­tem – kto wie? Zdo­być może sła­wę i bo­gac­two! Smut­ny wie­czór li­sto­pa­do­wy roz­wiał się w sen pe­łen naj­lep­szych na­dziei.

Ale pod ko­niec ty­go­dnia na­dzie­ja spa­dła zno­wu do zera. Ża­den list nie nad­cho­dził – ani od Pur­die’ego, ani od na­kład­cy. W nie­dzie­lę rano po­sia­dał już zno­wu za­le­d­wie pół ko­ro­ny. Tego dnia wy­da­wał pie­nią­dze bar­dzo ostroż­nie, ale po zje­dze­niu skrom­nego obia­du po­zo­sta­ło mu za­le­d­wie pół szy­lin­ga. Prze­cho­dził tego dnia przez Ken­sing­ton Gar­dens, roz­wa­ża­jąc, co po­wi­nien zro­bić; kie­dy sto­jąc nad jed­nym ze sta­wów, przy­glą­dał się pta­kom wod­nym, ktoś po­wie­dział mu dzień do­bry, a gdy się obej­rzał, zo­ba­czył przed sobą uro­czą dziew­czy­nę z lom­bar­du, uśmie­cha­ją­cą się nie­śmia­ło.

III. TRUP

Sta­ło się to wła­śnie w chwi­li, kie­dy Lau­ri­ston my­ślał o Zyl­li: z na­tło­ku my­śli, krą­żą­cych do­ko­ła jego naj­bliż­szej przy­szło­ści, wy­su­nę­ła się pa­mięć o tej dziew­czy­nie z czar­ny­mi oczy­ma, któ­ra z tak przy­ja­znym uśmie­chem spoj­rza­ła za nim, gdy opusz­czał lom­bard. Te­raz, gdy miał ją tak bli­sko sie­bie, za­ru­mie­nił się jak dziew­czy­na; był bo­wiem w tym wie­ku, kie­dy nie­śmia­łość jest jesz­cze czę­ścią cha­rak­te­ru. Zyl­la rów­nież za­ru­mie­ni­ła się, mimo to jed­nak była znacz­nie od nie­go pew­niej­sza.

– Roz­ma­wia­łam o panu z mym ku­zy­nem Mel­kym – po­wie­dzia­ła szyb­ko. – Lub ra­czej on opo­wia­dał mi o panu. Po­wie­dział mi, że chce pana za­zna­jo­mić z ja­kimś czło­wie­kiem, dla któ­re­go miał­by pan zro­bić ka­ta­log – za pięć fun­tów. Niech pan nie robi tego za pięć; znam tego czło­wie­ka – niech mu pan po­li­czy dzie­sięć!

Lau­ri­ston szedł obok niej.

– To się nie da zro­bić – od­parł krót­ko. – Obie­ca­łem mu prze­cież, że zro­bię za pięć.

Zyl­la spoj­rza­ła nań prze­lot­nie z uko­sa.

– Niech pan nie robi głupstw – po­wie­dzia­ła. – Je­śli lu­dzie, jak Mel­ky, dają panu za coś pięć fun­tów, musi pan za­żą­dać dwa razy tyle, a do­sta­nie pan tak­że. Zda­je mi się, że nie zna się pan tak do­brze na in­te­re­sach, praw­da?

Lau­ri­ston uśmiech­nął się i czu­jąc przy­pływ za­ufa­nia, rzu­cił jej po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie.

– Istot­nie – przy­znał się. – Gdy­by było ina­czej, nie mu­siał­bym za­pew­ne zwra­cać się do pani o po­życz­kę.

– Ach tak! – po­wie­dzia­ła z uśmie­chem. – Zdzi­wił­by się pan, gdy­by wie­dział, jacy do nas nie­kie­dy przy­cho­dzą lu­dzie. Mo­gła­bym panu zdra­dzić nie­je­dną ta­jem­ni­cę. Ale zda­je mi się, że pan w ogó­le mało zna się na in­te­re­sach. Li­te­ra­ci nie zna­ją się na nich za­zwy­czaj.

– Ale pani zna się na tym? – za­py­tał Lau­ri­ston.

– Całe ży­cie mia­łam z tym do czy­nie­nia – od­po­wie­dzia­ła. – W oto­cze­niu, w ja­kim żyję, nie mo­gło być ina­czej. Niech pan nie po­są­dza mnie o cie­ka­wość, je­śli za­py­tam o coś: czy był pan w du­żych kło­po­tach ma­te­rial­nych, gdy przy­szedł pan do nas?

– W kło­po­tach ma­te­rial­nych? To zbyt de­li­ka­tnie wy­ra­żo­ne – przy­znał się otwar­cie. – Nie mia­łem przy so­bie już ani gro­sza.

– Tyl­ko zło­ty ze­ga­rek, war­to­ści dwu­na­stu do pięt­na­stu fun­tów – od­par­ła su­cho Zyl­la. – A jak dłu­go trwał ten stan?

– Dwa czy trzy dni – od­po­wie­dział Lau­ri­ston. – Wi­dzi pani, od prze­szło ty­go­dnia ocze­ku­ję pie­nię­dzy i stąd wszyst­ko.

– A czy tym­cza­sem pie­nią­dze na­de­szły? – za­py­ta­ła.

– Nie, jesz­cze nie – wy­znał otwar­cie i za­ru­mie­nił się zno­wu.

– A czy pręd­ko na­dej­dą? – za­py­ta­ła.

– Mam na­dzie­ję, że tak! – za­wo­łał. – Bo je­śli nie, to zno­wu bę­dzie źle ze mną.

– A przy tym chce pan zro­bić coś za pięć fun­tów, za co z ła­two­ścią mógł­by pan osią­gnąć dzie­sięć – rze­kła z wy­rzu­tem. – Niech pan po­zwo­li po­ra­dzić so­bie: ni­g­dy niech się pan nie zga­dza na pierw­szą pro­po­zy­cję. Niech pan za­wsze żąda nie­co wię­cej, szcze­gól­nie od lu­dzi jak mój ku­zyn Mel­ky.

– Czy Mel­ky jest ta­kim spry­cia­rzem? – za­py­tał Lau­ri­ston.

– Nie ta­kim strasz­nym zno­wu… ale je­śli­by panu po­trzeb­ne były pie­nią­dze, a miał­by pan wię­cej zło­tych ze­gar­ków, to wie pan już, do­kąd się zwró­cić. Niech pan nie cho­dzi po uli­cach Lon­dy­nu z płót­nem w kie­sze­ni, je­śli ma pan coś jesz­cze do za­sta­wie­nia. Pan chy­ba nie jest lon­dyń­czy­kiem?

– Nie, je­stem Szko­tem – od­po­wie­dział Lau­ri­ston.

– Mo­gła­bym przy­pusz­czać; po­zna­łam to od razu po wy­mo­wie – po­twier­dzi­ła Zyl­la. – Aby za­ra­biać li­te­ra­tu­rą, trze­ba mieć dużo od­wa­gi i… pie­nię­dzy. Czy po­wio­dło się już panu?

– Sprze­da­łem do­tych­czas dwie no­we­le – od­parł Lau­ri­ston, któ­ry co­raz bar­dziej do­zna­wał uczu­cia, że ta dziew­czy­na jest dla nie­go jak gdy­by sta­rym przy­ja­cie­lem. – Przy­nio­są mi rap­tem dwa­dzie­ścia fun­tów, tyle za­zwy­czaj pła­cą cza­so­pi­sma. Pro­si­łem wy­daw­cę o na­tych­mia­sto­wą wy­pła­tę i cze­kam wła­śnie na nią. Kie­dyś prze­cież te pie­nią­dze mu­szą na­dejść!

– Ach, zna­my się na tym – po­wie­dzia­ła Zyl­la – mam dwie przy­ja­ciół­ki, któ­re tak­że pi­szą, i wiem, jak mu­szą cze­kać: do ogło­sze­nia dru­kiem albo jesz­cze dłu­żej. Szko­da, że wy, li­te­ra­ci, nie ma­cie in­nych sta­łych za­wo­dów – wte­dy mo­gli­by­ście spo­koj­nie pi­sać dla swej przy­jem­no­ści. Nie by­li­by­ście za­leż­ni od dru­gich. Czy ni­g­dy nie my­ślał pan o tym?

– Ow­szem, czę­sto! – od­po­wie­dział Lau­ri­ston. – Ale to nie dla mnie. Zde­cy­do­wa­łem się raz na za­wsze. Zwią­za­ny je­stem ze swym pió­rem – utrzy­mam się nim lub uto­nę. Ale nie uto­nę.

– Oczy­wi­ście, za­wsze się tak mówi! – za­wo­ła­ła Zyl­la. – Ale niech się pan sta­ra, je­śli to jest moż­li­we, mieć za­wsze pie­nią­dze przy so­bie. Niech pan nie cho­dzi trzy dni bez pie­nię­dzy, je­śli ma pan jesz­cze coś do za­sta­wie­nia. Wi­dzi pan, że je­stem bar­dzo prak­tycz­na. Ale i taką trze­ba być na tym świe­cie. Czy mogę pana jesz­cze o coś za­py­tać?

– Zda­je mi się – od­po­wie­dział Lau­ri­ston, spo­glą­da­jąc jej tak z bli­ska w oczy, iż twarz jej po­kry­ła się ru­mień­cem – że po­wie­dzia­łem o so­bie już chy­ba za wie­le. Ale niech pani pyta.

– Ile pie­nię­dzy po­zo­sta­ło panu jesz­cze? – zapy­tała przy­jaź­nie.

– W sam raz je­den szy­ling i kil­ka mie­dzia­ków.

– A je­śli czek nie na­dej­dzie? – na­le­ga­ła.

– Wte­dy udam się zno­wu na Pra­ed Stre­et – od­po­wie­dział, śmie­jąc się. – Po­sia­dam jesz­cze kil­ka war­to­ścio­wych przed­mio­tów.

Dziew­czy­na kiw­nę­ła gło­wą i skrę­ci­ła w bocz­ną ale­ję par­ku.

– Do­brze! – po­wie­dzia­ła. – Niech pan nie są­dzi, że je­stem cie­ka­wa, ale przy­kro mi po­my­śleć, że lu­dziom ta­kim jak pan po­wo­dzi się źle. Tak zu­peł­nie prak­tycz­ną jesz­cze nie je­stem. Ale te­raz po­mów­my o czymś in­nym. Niech mi pan opo­wie, co pan pi­sze.

Lau­ri­ston spę­dził z Zyl­lą całe po­po­łu­dnie w Ken­sing­ton Gar­dens. Przez cały czas swe­go po­by­tu w Lon­dy­nie żył bar­dzo sa­mot­nie, to­też roz­mo­wa z tak in­te­li­gent­ną to­wa­rzysz­ką była dla nie­go no­wym i pię­knym prze­ży­ciem. Gdy się na­resz­cie roz­sta­li, był w do­sko­na­łym hu­mo­rze; Zyl­la na­to­miast wra­ca­ła do domu, cała za­to­pio­na w my­ślach; zda­wa­ła so­bie aż na­zbyt do­brze spra­wę z tego, że za­ko­cha­ła się na do­bre w tym mło­dym czło­wie­ku, któ­ry w tak dziw­ny spo­sób zja­wił się w jej ży­ciu. Ze­tknąw­szy się na rogu Pra­ed Stre­et z Mel­kym Ru­bin­giem, za­trzy­ma­ła go i przez dzie­sięć mi­nut tłu­ma­czy­ła mu coś. Mel­ky miał wszel­kie po­wo­dy do utrzy­ma­nia do­brych sto­sun­ków ze swą ku­zyn­ką, słu­chał więc cier­pli­wie i obie­cy­wał wszyst­ko wy­ko­nać.

„Zda­je mi się – my­ślał Mel­ky, od­cho­dząc – że moja ku­zyn­ka za­ko­cha­ła się po uszy w tym mło­dzie­niasz­ku. Czy to nie dziw­ne, że dziew­czy­na, któ­ra kie­dyś do­sta­ła spo­rą for­tun­kę, może za­ko­chać się w ta­kim nie­śmia­łym chłop­cu, nie­po­sia­da­ją­cym ani zła­ma­ne­go sze­lą­ga? I tyl­ko dla­te­go, że wy­glą­da nie­co le­piej i ma tro­chę ole­ju w gło­wie…”

Tego wie­czo­ra, kie­dy Lau­ri­ston sie­dział w swym po­koju i pi­sał, ktoś za­pu­kał na­gle. Drzwi otwo­rzy­ły się i wszedł Mel­ky.

– Mam na­dzie­ję, że nie prze­szka­dzam – ode­zwał się. – My­śla­łem o ka­ta­lo­gu i do­sze­dłem do prze­ko­na­nia, że przy­ja­ciel mój mógł­by za­pła­cić panu nie pięć, lecz dzie­sięć fun­tów. Zo­stań­my więc przy dzie­się­ciu. W przy­szły pią­tek przyj­dę po pana. Pój­dzie­my ra­zem do nie­go. A je­śli po­trzeb­na panu za­licz­ka, niech pan tyl­ko po­wie.

Pod­czas tej przy­ja­ciel­skiej pro­po­zy­cji Mel­ky wy­cią­gnął kil­ka zło­tych mo­net z kie­sze­ni.

– Więc chce pan dwa albo trzy fun­ty a con­to? – za­py­tał ku­szą­co. – Chęt­nie je panu daję…

Ale Lau­ri­ston po­trzą­snął prze­czą­co gło­wą; po­wziął już pew­ne po­sta­no­wie­nie na wy­pa­dek, gdy­by ocze­ki­wa­ne pie­nią­dze nie na­de­szły na­za­jutrz.

– Nie, dzię­ku­ję panu. Bar­dzo pan jest miły, ale sam so­bie dam radę, za­pew­niam pana. A w przy­szły pią­tek pój­dę z pa­nem. Ser­decz­nie panu dzię­ku­ję.

Mel­ky scho­wał pie­nią­dze; zro­bił to, co do nie­go na­le­ża­ło.

– Jak pan uwa­ża – po­wie­dział. – Był­bym to zro­bił na­praw­dę z przy­jem­no­ścią. A więc w pią­tek. Może pan li­czyć na to, że za zro­bie­nie tego ka­ta­lo­gu wy­pła­cą panu z góry.

W po­nie­dzia­łek rano cze­kał Lau­ri­ston zno­wu na li­sto­no­sza, lecz na próż­no. Ale mó­wiąc Zyl­li, że w osta­tecz­nym ra­zie po­sia­da jesz­cze inne war­to­ścio­we przed­mio­ty, nie kła­mał. Te­raz, gdy wie­dział, jak ła­two mo­że otrzy­mać na nie pie­nią­dze, był go­tów je za­sta­wić. Po­sia­dał jesz­cze ukry­te w głę­bi swe­go ku­fra dwa war­to­ścio­we pier­ście­nie. Poza dwu­sto­ma fun­ta­mi, z któ­ry­mi przy­je­chał do Lon­dy­nu, sta­no­wi­ły one cały spa­dek po mat­ce. W po­nie­dzia­łek po po­łu­dniu wy­jął z ku­fra oby­dwa pier­ście­nie, chcąc je za­sta­wić u Da­nie­la Mul­te­niu­sa; miał na­dzie­ję, że w ten spo­sób bę­dzie mógł prze­żyć dal­sze dwa czy trzy mie­sią­ce. A cho­ciaż nie znał do­kład­nie war­to­ści tych pier­ście­ni, nie chciał ich po­ka­zy­wać Mel­ky’emu. Po­sta­no­wił jed­nak za­cze­kać do wie­czo­ra, aże­by udać się do lom­bar­du o tej sa­mej po­rze co wte­dy, gdy zo­ba­czył Zyl­lę po raz pierw­szy. Miał na­dzie­ję, że zno­wu ją tam spo­tka. Po wczo­raj­szym spo­tka­niu i roz­mo­wie z nią był prze­ko­na­ny, że za­ła­twi z nim tę spra­wę w jak naj­przy­jem­niej­szy spo­sób – a gdy­by mógł otrzy­mać na te pier­ście­nie dwa­dzie­ścia fun­tów, był­by na sze­reg ty­go­dni po­zba­wio­ny kło­po­tów.

Było trzy­dzie­ści mi­nut po pią­tej, kie­dy Lau­ri­ston prze­szedł po raz dru­gi przez mały ko­ry­ta­rzyk, wio­dący do drzwi lom­bar­du. Idąc tam, zaj­rzał uważ­nie przez okno w na­dziei, że zo­ba­czy Zyl­lę. Ale na próż­no. Nie za­stał jej tak­że w po­dzie­lo­nym na małe prze­dzia­ły lo­ka­lu. W lom­bar­dzie pa­no­wa­ła dziw­na ci­sza, prze­ry­wa­na tyl­ko spo­koj­nym, mo­no­ton­nym ty­ka­niem ze­ga­ra. Cze­ka­jąc, aż się ktoś zja­wi, miał wra­że­nie, że ty­ka­nie ze­ga­ra sta­je się co­raz gło­śniej­sze. Osta­tecz­nie za­pu­kał o ladę, wpierw ci­cho, po­tem nie­co gło­śniej. Ale nikt się nie zja­wiał. Ukry­ty gdzieś ze­gar nie­ustan­nie ty­kał.

Lau­ri­ston prze­chy­lił się wresz­cie po­przez ladę, aże­by przez uchy­lo­ne drzwi zaj­rzeć do po­ko­ju, znaj­du­ją­ce­go się za ladą. W chwi­lę po­tem, nie za­sta­na­wia­jąc się i dzia­ła­jąc tyl­ko pod im­pul­sem chwi­li, prze­sko­czył przez drew­nia­ną ba­rie­rę lady i po­biegł do po­ko­ju. Wy­cią­gnię­ty na pod­ło­dze, z gło­wą na dy­wa­nie od ko­min­ka, le­żał tam bez ru­chu star­szy, po­waż­nie wy­glą­da­ją­cy czło­wiek o si­wym za­ro­ście – bez wąt­pie­nia Da­niel Mul­te­nius. Le­żał spo­koj­nie i bez ru­chu, a Lau­ri­ston, któ­ry po­chy­lił się nad nim i drżą­cą dło­nią do­tknął jego czo­ła, czuł, że jest mar­twy.

Ze­rwał się. Je­dy­ną jego my­ślą było wo­łać o po­moc. W po­ko­ju było tak ci­cho, że zro­zu­miał, iż jest sam na sam z umar­łym. In­stynk­tow­nie wy­biegł z po­ko­ju, kie­ru­jąc się ku wyj­ściu – i tu wpadł na ja­kie­goś czło­wie­ka, któ­ry wła­śnie wcho­dził.

IV. BRYLANT W PLATYNIE

Czło­wiek, na któ­re­go na­tknął się Lau­ri­ston, był ni­ski, krę­py, w śred­nim wie­ku, a choć był w cy­wi­lu, wy­glą­dał na urzęd­ni­ka po­li­cji. W chwi­li, gdy wcho­dził, trzy­mał w ręku ja­kieś akta, któ­re wła­śnie prze­glą­dał. Za­sko­czo­ny na­głym zja­wie­niem się Lau­ri­sto­na, za­wo­łał:

– Hola! Cóż się sta­ło? Zda­je się, że się pan bar­dzo spie­szy.

Lau­ri­ston, zdy­sza­ny i pod­nie­co­ny, wska­zał na uchy­lone drzwi:

– Tam, we­wnątrz… leży… star­szy czło­wiek… mar­twy… – zdo­łał wy­szep­tać. – Star­szy, siwy czło­wiek… wła­ści­ciel lom­bar­du – Mr Mul­te­nius…

Przy­bysz prze­ra­ził się, wy­cią­gnął szy­ję w kie­run­ku, wska­za­nym przez Lau­ri­sto­na, i zro­bił kil­ka kro­ków na­przód. Ale na­gle za­trzy­mał się i roz­ka­zał Lau­ri­sto­no­wi pro­wa­dzić; za­nim jed­nak po­szedł, za­mknął za sobą drzwi wej­ścio­we.

– A gdzie leży? – za­py­tał. – Po­wia­da pan, że jest mar­twy.

Po­szedł za Lau­ri­sto­nem, a zo­ba­czyw­szy wy­cią­gnię­tą na pod­ło­dze po­stać, na­chy­lił się nad nią i dło­nią do­tknął jej czo­ła.

– Tak, ma pan ra­cję, nie żyje – po­wie­dział. – Ale gdzie jest ta dziew­czy­na, jego wnucz­ka? Czy nie wi­dział pan ni­ko­go?

– Ani ży­wej du­szy – od­po­wie­dział Lau­ri­ston. – Kie­dy przy­sze­dłem, było tu już tak ci­cho… tak samo ci­cho jak te­raz…

Obcy spoj­rzał na nie­go uważ­nie. Po czym, zna­jąc wi­docz­nie do­brze roz­kład miesz­ka­nia, pod­szedł do ja­kichś drzwi, otwo­rzył je i za­wo­łał:

– Halo! Miss Wil­dro­se! Czy jest pani na gó­rze?

Lau­ri­ston po raz pierw­szy usły­szał na­zwi­sko Zyl­li i po­mi­mo zde­ner­wo­wa­nia za­uwa­żył, że brzmi ono bar­dzo po­etycz­nie.

– Za­pew­ne wy­szła – po­wie­dział obcy. – Czy do­brze zro­zu­mia­łem – twier­dzi pan, że go pan tak za­stał?