Wydawca: Wydawnictwo RM Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 357

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Krótka historia nauki - William Bynum

Mężczyźni i kobiety – począwszy od starożytnych greckich filozofów, przez Einsteina i Watsona z Crickiem, po współczesnych naukowców wspomaganych przez komputery – zastanawiali się, badali, eksperymentowali, obliczali, a czasami dokonywali tak wstrząsających odkryć, że ludzie zaczynali rozumieć świat – albo siebie samych – w całkiem nowy sposób.

 

Ta ciekawa książka opowiada pasjonującą przygodę – historię nauki. Zabiera czytelników do gwiazd oglądanych przez teleskop, gdy Słońce zastąpiło Ziemię w centrum wszechświata. Zagłębia się pod powierzchnię planety. Kreśli ewolucję układu okresowego pierwiastków. Wprowadza w świat fizyki, objaśniającej elektryczność, grawitację i budowę atomów. Relacjonuje przebieg naukowego śledztwa, które doprowadziło do odkrycia cząsteczki DNA, a zarazem całkiem nowych obszarów do zbadania. Przytaczając zaskakujące i osobiste historie naukowców, zarówno sławnych, jak i nieznanych, Krótka historia nauki śledzi postęp nauki poprzez stulecia. Dzięki wspaniałym ilustracjom oraz ciepłemu, przystępnemu stylowi docenią ją młodzi i starzy.  

Opinie o ebooku Krótka historia nauki - William Bynum

Fragment ebooka Krótka historia nauki - William Bynum

Krótka historia nauki

William Bynum

Tłumaczenie: Katarzyna Skawran

Originally published in 2011 by Yale University Press as A LITTLE HISTORY OF SCIENCE

© 2012 William Bynum All rights reserved

Polish language translation © 2016 Wydawnictwo RM Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 rm@rm.com.pl www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy. Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli. Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl

ISBN 978-83-7773-556-5 ISBN 978-83-7773-699-9 (ePub) ISBN 978-83-7773-700-2 (mobi)

Redaktor prowadzący: Agnieszka Trzebska-CwalinaRedakcja: Justyna MrowiecKorekta: Składnica LiterackaNadzór graficzny: Grażyna JędrzejecOpracowanie graficzne okładki i książki wg oryginału: Grażyna JędrzejecOpracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

Spis treści

1 Początki

2 Igły i liczby

3 Atomy i próżnia

4 Ojciec medycyny: Hipokrates

5 Mistrz tych, którzy wiedzą: Arystoteles

6 Cesarski medyk: Galen

7 Nauka w islamie

8 Wieki ciemne

9 Poszukiwanie kamienia filozoficznego

10 Odkrywanie ludzkiego ciała

11 Gdzie jest centrum wszechświata?

12 Krzywa wieża i teleskop: Galileusz

13 Cyrkulacja krwi: Harvey

14 Wiedza to potęga: Bacon i Kartezjusz

15 Nowa chemia

16 Rzucone do góry: Newton

17 Błyskawice

18 Wszechświat jako mechaniczny zegar

19 Porządkowanie świata

20 Powietrze i gazy

21 Drobiny materii

22 Siły, pola i magnetyzm

23 Świat dinozaurów

24 Historia naszej planety

25 Najwspanialsze widowisko świata

26 „Cegiełki” organizmu: komórki

27 Kaszel, kichanie i choroby

28 Silniki i energia

29 Tablica pierwiastków

30 Wewnątrz atomu

31 Promieniotwórczość

32 Zmiana zasad: Einstein

33 Wędrówka kontynentów

34 Co dziedziczymy?

35 Skąd pochodzimy?

36 Cudowne leki

37 „Cegiełki” komórki: RNA i DNA

38 Projekt poznania ludzkiego genomu

39 Wielki Wybuch

40 Nauka w erze cyfrowej

ROZDZIAŁ 1

Początki

Na­uka jest wy­jąt­ko­wa. To naj­lep­sza zna­na nam me­to­da po­zna­wa­nia świa­ta i wszyst­kie­go, co na nim ist­nie­je – tak­że nas.

Od ty­się­cy lat lu­dzie za­da­wa­li py­ta­nia o to, co wi­dzą wo­kół sie­bie. Od­po­wie­dzi, któ­re na nie pa­da­ły, zmie­nia­ły się z cza­sem i to znacz­nie. Sama na­uka rów­nież. Dzię­ki temu roz­wi­ja­ła się w spo­sób dy­na­micz­ny na ba­zie idei i usta­leń prze­ka­zy­wa­nych z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. Gwał­tow­ny po­stęp ro­dził się wraz z do­ko­ny­wa­niem cał­kiem no­wych od­kryć. Nie zmie­nia­ły się na­to­miast cie­ka­wość, wy­obraź­nia oraz in­te­li­gen­cja osób upra­wia­ją­cych na­ukę. Dzi­siaj wie­my znacz­nie wię­cej niż lu­dzie ży­ją­cy 3 ty­sią­ce lat temu, ale ci spo­śród tych, któ­rzy do­głęb­nie za­sta­na­wia­li się nad świa­tem, byli rów­nie mą­drzy jak my.

Ta książ­ka nie trak­tu­je wy­łącz­nie o mi­kro­sko­pach i pro­bów­kach w la­bo­ra­to­riach, choć wła­śnie więk­szość lu­dzi tak po­strze­ga na­ukę. W daw­nych wie­kach na­uka, po­dob­nie jak ma­gia, re­li­gia i tech­ni­ka, prze­waż­nie mia­ła po­móc zro­zu­mieć świat i za­pa­no­wać nad nim. Na­uką może być coś tak pro­ste­go jak ob­ser­wa­cja wscho­dów Słoń­ca co rano, ale też coś bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne­go, jak iden­ty­fi­ko­wa­nie no­we­go pier­wiast­ka che­micz­ne­go. Za ma­gię moż­na uznać spo­glą­da­nie w gwiaz­dy w celu prze­po­wia­da­nia przy­szło­ści albo to, co na­zy­wa­my prze­są­da­mi – wia­rę, że prze­bie­ga­ją­cy dro­gę czar­ny kot przy­no­si pe­cha. Re­li­gia może wy­ma­gać skła­da­nia bo­gom ofiar ze zwie­rząt albo mo­dle­nia się za po­kój na świe­cie. Tech­ni­ka może ozna­czać umie­jęt­ność roz­pa­le­nia ognia albo zbu­do­wa­nia no­we­go kom­pu­te­ra.

Na­ukę, ma­gię, re­li­gię i tech­ni­kę wy­ko­rzy­sty­wa­ły już naj­star­sze spo­łecz­no­ści za­miesz­ku­ją­ce do­li­ny rzek w In­diach, Chi­nach i na Bli­skim Wscho­dzie. W tych ży­znych re­gio­nach plo­ny były co roku na tyle ob­fi­te, że moż­na było wy­ży­wić wie­lu lu­dzi. Dzię­ki temu nie­któ­rzy człon­ko­wie tych spo­łecz­no­ści mie­li czas na to, by po­świę­cić swo­ją uwa­gę in­nym ce­lom. Sku­pia­jąc się na jed­nej rze­czy, nie­ustan­nie się nią zaj­mo­wa­li i osią­ga­li w niej bie­głość. Ci pierw­si „ucze­ni” (choć wów­czas tak ich nie na­zy­wa­no) za­pew­ne byli ka­pła­na­mi, du­cho­wy­mi prze­wod­ni­ka­mi swo­ich lu­dów.

Na po­cząt­ku tech­ni­ka (zaj­mu­ją­ca się aspek­tem prak­tycz­nym) była waż­niej­sza od na­uki (do­ty­czą­cej aspek­tu teo­re­tycz­ne­go). Za­nim zbie­rzesz plo­ny, uszy­jesz ubra­nia i ugo­tu­jesz je­dze­nie, mu­sisz wie­dzieć, co i jak masz zro­bić. Nie mu­sisz na­to­miast ro­zu­mieć, dla­cze­go nie­któ­re ro­śli­ny są tru­ją­ce, a inne ja­dal­ne, aby uni­kać tych pierw­szych i sa­dzić tyl­ko te dru­gie. Nie mu­sisz znać po­wo­du wscho­du Słoń­ca każ­de­go ran­ka i jego za­cho­du co wie­czór, aby co­dzien­nie one na­stę­po­wa­ły. Jed­nak lu­dzie nie tyl­ko po­tra­fią ob­ser­wo­wać ota­cza­ją­cy ich świat, są też cie­ka­wi świa­ta, a ta cie­ka­wość leży u pod­staw na­uki.

O miesz­kań­cach Ba­bi­lo­nu (dzi­siej­szy Irak) wie­my wię­cej niż o in­nych sta­ro­żyt­nych cy­wi­li­za­cjach z pro­ste­go po­wo­du – pi­sa­li oni na gli­nia­nych ta­blicz­kach. Za­cho­wa­ło się mnó­stwo ta­kich ta­bli­czek po­wsta­łych 6 ty­się­cy lat temu. Z nich do­wia­du­je­my się, jak Ba­bi­loń­czy­cy po­strze­ga­li świat. Stwo­rzy­li wy­so­ce zor­ga­ni­zo­wa­ne spo­łe­czeń­stwo i skru­pu­lat­nie za­pi­sy­wa­li dane o zbio­rach, za­pa­sach i fi­nan­sach pań­stwa. Ba­bi­loń­scy ka­pła­ni po­świę­ca­li mnó­stwo cza­su na śle­dze­nie liczb i fak­tów z ów­cze­sne­go ży­cia. Byli tak­że głów­ny­mi „na­ukow­ca­mi” mie­rzą­cy­mi grun­ty i od­le­gło­ści, pa­trzą­cy­mi w nie­bo oraz roz­wi­ja­ją­cy­mi me­to­dy li­cze­nia. Do dziś ko­rzy­sta­my z nie­któ­rych ich wy­na­laz­ków. Tak jak oni sta­wia­my pio­no­we kre­ski, by uła­twić so­bie li­cze­nie. Nie­jed­no­krot­nie od­by­wa­ją­cy karę wię­zie­nia od­li­cza­ją lata upły­wa­ją­ce im w celi, ry­su­jąc ta­kie same czte­ry pio­no­we kre­ski prze­kre­śla­ne pią­tą, jak czy­ni­li to przod­ko­wie Ira­kij­czy­ków. Co istot­niej­sze, to właś­nie Ba­bi­loń­czy­cy przy­ję­li, że mi­nu­ta ma 60 se­kund, go­dzi­na – 60 mi­nut, kąt peł­ny – 360 stop­ni, a ty­dzień – sie­dem dni. Za­dzi­wia­ją­ce, że nie ist­nie­je ża­den kon­kret­ny po­wód, aby mi­nu­ta skła­da­ła się wła­śnie z 60 se­kund, a ty­dzień – z sied­miu dni. Rów­nie do­bre by­ły­by inne war­to­ści. A jed­nak sys­tem ba­bi­loń­ski za­po­ży­czy­ły licz­ne spo­łe­czeń­stwa i przy­jął się on na sta­łe.

Ba­bi­loń­czy­cy zna­li się na astro­no­mii. Ob­ser­wu­jąc nie­bo, z bie­giem lat za­czę­li za­uwa­żać wzo­ry w po­zy­cjach gwiazd i pla­net na noc­nym nie­bie. Wie­rzy­li, że Zie­mia znaj­du­je się w cen­trum wszech­rze­czy oraz że ist­nie­ją po­tęż­ne – ma­gicz­ne – związ­ki mię­dzy ludź­mi a gwiaz­da­mi. Tak dłu­go, jak lu­dzie uzna­wa­li Zie­mię za cen­trum wszech­świa­ta, nie wi­dzie­li w niej pla­ne­ty. Po­dzie­li­li noc­ne nie­bo na dwa­na­ście czę­ści i każ­dej z nich nada­li na­zwę od okre­ślo­nej gru­py gwiazd. Ba­bi­loń­czy­cy, „gra­jąc” w nie­biań­skie „krop­ki i kre­ski”, do­strze­gli w nie­któ­rych kon­ste­la­cjach kon­tu­ry obiek­tów i zwie­rząt, na przy­kład wagę i skor­pio­na. W ten spo­sób stwo­rzy­li pierw­szy zo­diak, czy­li pod­sta­wę astro­lo­gii opi­su­ją­cej wpływ gwiazd na lu­dzi. W sta­ro­żyt­nym Ba­bi­lo­nie i przez wie­le ko­lej­nych stu­le­ci astro­lo­gia i astro­no­mia były bli­sko ze sobą po­wią­za­ne. Dziś wie­le osób zna swój zna­ku zo­dia­ku (ja je­stem By­kiem) i czy­ta ho­ro­sko­py w ga­ze­tach i ma­ga­zy­nach, aby do­wie­dzieć się, co ich cze­ka. Jed­nak współ­cze­śnie astro­lo­gii nie uzna­je się za na­ukę.

Ba­bi­loń­czy­cy byli tyl­ko jed­ną z sied­miu po­tęż­nych spo­łecz­no­ści na sta­ro­żyt­nym Bli­skim Wscho­dzie. Naj­wię­cej nam wia­do­mo o Egip­cja­nach, któ­rzy oko­ło 3,5 ty­sią­ca lat przed na­szą erą osie­dli­li się nad Ni­lem. Żad­na cy­wi­li­za­cja wcze­śniej ani póź­niej nie była tak uza­leż­nio­na od jed­ne­go ele­men­tu ukształ­to­wa­nia te­re­nu. Ży­cie Egip­cjan za­le­ża­ło od po­tęż­nej rze­ki, któ­ra co roku wy­le­wa­ła, na­no­sząc ży­zny muł na pola po­ło­żo­ne na jej brze­gach. Dzię­ki temu w na­stęp­nym roku moż­na było ze­brać plo­ny. Kli­mat w Egip­cie jest bar­dzo go­rą­cy i su­chy, dzię­ki cze­mu wie­le ele­men­tów tej sta­ro­żyt­nej cy­wi­li­za­cji prze­trwa­ło. Do na­szych cza­sów za­cho­wa­ło się wie­le ar­te­fak­tów, w tym licz­ne ry­sun­ki i hie­ro­gli­fy, bę­dą­ce ro­dza­jem pi­sma ob­raz­ko­we­go. Mo­że­my je po­dzi­wiać i czer­pać z nich wie­dzę. Gdy Egipt zo­stał pod­bi­ty – naj­pierw przez Gre­ków, a póź­niej przez Rzy­mian – umie­jęt­ność czy­ta­nia hie­ro­gli­fów ode­szła w za­po­mnie­nie. Przez bli­sko dwa ty­sią­ce lat nikt nie po­tra­fił zro­zu­mieć ich zna­cze­nia. W 1799 roku w pół­noc­no­egip­skim mia­stecz­ku nie­opo­dal Ro­set­ty fran­cu­ski żoł­nierz zna­lazł okrą­głą ta­bli­cę w sto­sie ru­pie­ci. Za­pi­sa­no na niej de­kret trze­ma róż­ny­mi ro­dza­ja­mi pi­sma: hie­ro­gli­fa­mi, po grec­ku i w bar­dzo sta­rej wer­sji pi­sma egip­skie­go, zwa­ne­go de­mo­tycz­nym. Ka­mień z Ro­set­ty zo­stał prze­wie­zio­ny do Lon­dy­nu i dziś moż­na go oglą­dać w Mu­zeum Bry­tyj­skim (Bri­tish Mu­seum). Ucze­ni od­czy­ta­li grec­ki tekst, a na­stęp­nie prze­tłu­ma­czy­li hie­ro­gli­fy, co spra­wi­ło, że roz­szy­fro­wa­li ta­jem­ni­cze egip­skie pi­smo. To nie­zwy­kły prze­łom, dzię­ki któ­re­mu mo­gli­śmy bli­żej po­znać wie­rze­nia i prak­ty­ki sta­ro­żyt­nych Egip­cjan.

Egip­ska astro­no­mia przy­po­mi­na­ła ba­bi­loń­ską. Jed­nak dla lu­dzi miesz­ka­ją­cych nad Ni­lem li­czy­ło się przede wszyst­kim ży­cie po­za­gro­bo­we, więc mie­li oni bar­dziej prak­tycz­ne po­dej­ście do pa­trze­nia w gwiaz­dy. Bar­dzo waż­ny był dla nich ka­len­darz, któ­ry mó­wił im nie tyl­ko o tym, kie­dy przy­pa­da naj­lep­sza pora sia­nia i sa­dze­nia albo kie­dy Nil wy­le­je, ale tak­że, kie­dy na­le­ży zor­ga­ni­zo­wać uro­czy­sto­ści re­li­gij­ne. Ich „na­tu­ral­ny” rok miał 360 dni i dzie­lił się na 12 mie­się­cy, a każ­dy mie­siąc – na trzy „ty­go­dnie” trwa­ją­ce po dzie­sięć dni. Na koń­cu roku Egip­cja­nie do­da­wa­li jesz­cze pięć dni, aby ka­len­da­rzo­we pory roku nie prze­su­wa­ły się wzglę­dem astro­no­micz­nych. Wie­rzy­li, że wszech­świat ma kształt pro­sto­kąt­ne­go pu­deł­ka, że ich świat znaj­du­je się na jego dnie, a Nil pły­nie do­kład­nie przez jego śro­dek. Po­czą­tek ich roku zbie­gał się z wy­le­wem Nilu. Z cza­sem po­wią­za­li go z po­ja­wia­niem się na noc­nym nie­bie ja­snej gwiaz­dy – Sy­riu­sza.

Na dwo­rze rzą­dzą­cych Egip­tem fa­ra­onów, po­dob­nie jak w Ba­bi­lo­nie, waż­ną po­zy­cję zaj­mo­wa­li ka­pła­ni. Wie­rzo­no, że fa­ra­ono­wie byli bo­ga­mi i mo­gli cie­szyć się ży­ciem po śmier­ci. Mię­dzy in­ny­mi dla­te­go wzno­szo­no im pi­ra­mi­dy bę­dą­ce w isto­cie gi­gan­tycz­ny­mi po­mni­ka­mi na­grob­ny­mi. Fa­ra­onów, ich krew­nych i wy­so­kich do­stoj­ni­ków pań­stwo­wych – wraz ze słu­ga­mi, ulu­bio­ny­mi zwie­rzę­ta­mi, me­bla­mi, przed­mio­ta­mi co­dzien­ne­go użyt­ku i za­pa­sa­mi żyw­no­ści – skła­da­no w tych ogrom­nych bu­dow­lach, gdzie zmar­li ocze­ki­wa­li na nowe ży­cie w in­nym świe­cie. Aby za­kon­ser­wo­wać do­cze­sne szcząt­ki oso­bi­sto­ści, któ­re nie mo­gły po­ja­wić się w za­świa­tach cuch­ną­ce i w sta­nie roz­kła­du, Egip­cja­nie roz­wi­nę­li sztu­kę bal­sa­mo­wa­nia zwłok. Przede wszyst­kim usu­wa­li or­ga­ny we­wnętrz­ne (mózg wyj­mo­wa­li przez nos za po­mo­cą dłu­gie­go haka) i umiesz­cza­li je w urnach. Resz­tę cia­ła mu­mi­fi­ko­wa­li, uży­wa­jąc spe­cjal­nych środ­ków che­micz­nych, a na­stęp­nie owi­ja­li je lnia­ny­mi ban­da­ża­mi i skła­da­li w sar­ko­fa­gu.

Bal­sa­mi­ści, z ra­cji wy­ko­ny­wa­nych czyn­no­ści, wie­dzie­li, jak wy­glą­da­ją ser­ce, płu­ca, wą­tro­ba i ner­ki. Nie­ste­ty nie opi­sy­wa­li or­ga­nów, któ­re usu­wa­li, więc nie wie­my, czy zna­li ich funk­cje. Jed­nak za­cho­wa­ły się spe­cja­li­stycz­ne pa­pi­ru­sy do­star­cza­ją­ce nam in­for­ma­cji o egip­skiej me­dy­cy­nie ogól­nej i chi­rur­gii. Egip­cja­nie, co było po­wszech­ne w tam­tym okre­sie, wie­rzy­li, że przy­czy­ny cho­rób mają po czę­ści re­li­gij­ne, ma­gicz­ne i na­tu­ral­ne pod­ło­że. Uzdro­wi­cie­le, po­da­jąc pa­cjen­tom le­kar­stwa, re­cy­to­wa­li więc za­klę­cia. Jed­nak Egip­cja­nie wie­le le­ków wy­na­leź­li dzię­ki uważ­nej ob­ser­wa­cji prze­bie­gu cho­rób. Nie­któ­re z me­dy­ka­men­tów umiesz­cza­nych przez nich na opa­trun­kach, za­kła­da­nych na zra­nie­nia lub rany po­ope­ra­cyj­ne, chro­ni­ły przed za­raz­ka­mi, a za­tem po­ma­ga­ły w wy­zdro­wie­niu. Dzia­ło się to ty­sią­ce lat przed tym, za­nim lu­dzie do­wie­dzie­li się, czym są bak­te­rie.

W tam­tym okre­sie pod­sta­wo­wy­mi dzie­dzi­na­mi, któ­re moż­na na­zwać na­uko­wy­mi, były al­ge­bra, astro­no­mia i me­dy­cy­na. Al­ge­bra – bo trze­ba usta­lić, ile po­trze­ba ziar­na, za­nim za­cznie się siew na wła­sne po­trze­by i han­del, albo czy ma się wy­star­cza­ją­cą licz­bę wo­jow­ni­ków lub bu­dow­ni­czych pi­ra­mid do swo­jej dys­po­zy­cji. Astro­no­mia – gdyż Słoń­ce, Księ­życ i gwiaz­dy są tak ści­śle po­wią­za­ne z dnia­mi, mie­sią­ca­mi i po­ra­mi roku, że su­mien­ne od­no­to­wy­wa­nie ich po­ło­że­nia ma fun­da­men­tal­ny wpływ na ka­len­darz. Me­dy­cy­na – po­nie­waż kie­dy lu­dzie cho­ru­ją lub zo­sta­ją ran­ni, szu­ka­ją po­mo­cy. Jed­nak z bra­ku wy­star­cza­ją­cej licz­by świa­dectw na pi­śmie, gdy ba­da­my an­tycz­ne cy­wi­li­za­cje Bli­skie­go Wscho­du, nie­jed­no­krot­nie mu­si­my zga­dy­wać, dla­cze­go sta­ro­żyt­ni po­stę­po­wa­li tak, a nie ina­czej, albo w jaki spo­sób ra­dzi­li so­bie w co­dzien­nym ży­ciu. Naj­trud­niej uzy­skać in­for­ma­cje o prze­cięt­nych lu­dziach, po­nie­waż to głów­nie eli­ta, któ­ra po­tra­fi­ła czy­tać i pi­sać, zo­sta­wi­ła po so­bie hi­sto­rycz­ne za­pi­ski. Po­dob­nie spra­wa mia­ła się z dwie­ma po­zo­sta­ły­mi cy­wi­li­za­cja­mi sta­ro­żyt­ny­mi, któ­re po­wsta­ły mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, ale w od­le­glej­szej czę­ści kon­ty­nen­tu azja­tyc­kie­go – w In­diach i Chi­nach.

ROZDZIAŁ 3

Atomy i próżnia

Oko­ło 454 roku p.n.e. He­ro­dot (żył oko­ło 485–421 p.n.e.), grec­ki hi­sto­ryk, od­wie­dził Egipt. Tak jak nas, za­chwy­ci­ły go pi­ra­mi­dy i gi­gan­tycz­ne, li­czą­ce 18 m wy­so­ko­ści, po­są­gi w Te­bach. Nie mógł uwie­rzyć, że już wte­dy były tak sta­re. Chwa­ła Egip­tu prze­mi­nę­ła i daw­no temu kraj ten zo­stał po­ko­na­ny przez Per­sów. He­ro­dot żył w znacz­nie młod­szym, bar­dziej ener­gicz­nym spo­łe­czeń­stwie, któ­re wciąż się roz­wi­ja­ło i w na­stęp­nym stu­le­ciu, za pa­no­wa­nia Alek­san­dra III Wiel­kie­go (356–323 p.n.e.), mia­ło pod­bić Egipt.

W cza­sach He­ro­do­ta lu­dzie my­ślą­cy i pi­szą­cy po grec­ku do­mi­no­wa­li w roz­wi­ja­ją­cej się wschod­niej czę­ści ba­se­nu Mo­rza Śród­ziem­ne­go. Spi­sa­li dzie­ła śle­pe­go po­ety Ho­me­ra. To on opo­wie­dział nam hi­sto­rię po­ko­na­nia Tro­jan przez Gre­ków, któ­rzy zbu­do­wa­li ogrom­ne­go ko­nia z drew­na i ukry­li się w nim. On zdał tak­że re­la­cję z peł­nych fan­ta­stycz­nych przy­gód po­dró­ży grec­kie­go bo­ha­te­ra Ody­se­usza, któ­ry wpadł na po­mysł, jak wy­grać woj­nę tro­jań­ską. Gre­cy byli zna­ko­mi­ty­mi szkut­ni­ka­mi, kup­ca­mi i my­śli­cie­la­mi.

Jed­nym z pierw­szych grec­kich uczo­nych był Ta­les (żył oko­ło 620–540 p.n.e.), ku­piec, astro­nom i ma­te­ma­tyk po­cho­dzą­cy z Mi­le­tu le­żą­ce­go na wy­brze­żu dzi­siej­szej Tur­cji. Nie za­cho­wa­ły się żad­ne jego ory­gi­nal­ne pi­sma, ale póź­niej­si au­to­rzy cy­to­wa­li go i przy­ta­cza­li opi­su­ją­ce go aneg­do­ty. We­dług jed­nej z tych opo­wie­ści pew­ne­go razu Ta­les tak in­ten­syw­nie ob­ser­wo­wał gwiaz­dy, że za­po­mniał pa­trzeć pod nogi i wpadł do stud­ni. In­nym ra­zem wszedł na szczyt, a po­nie­waż był by­stry, do­strzegł z nie­go, że szy­ku­ją się ob­fi­te zbio­ry oli­wek. Ukrył wszyst­kie pra­sy do wy­ci­ska­nia oli­wy, za­nim kto­kol­wiek ich po­trze­bo­wał. Kie­dy oliw­ki doj­rza­ły, wy­naj­mo­wał pra­sy z du­żym zy­skiem. Ta­les nie był pierw­szym roz­tar­gnio­nym uczo­nym – ko­lej­nych po­zna­my póź­niej – i nie je­dy­nym, któ­ry za­ro­bił, wy­ko­rzy­stu­jąc w prak­ty­ce swo­ją wie­dzę.

Po­noć Ta­les od­wie­dził Egipt, gdzie po­znał tam­tej­szą ma­te­ma­ty­kę, któ­rą prze­ka­zał po­tem Gre­kom. Być może to tyl­ko ko­lej­na aneg­do­ta, jak ta, we­dług któ­rej po­praw­nie prze­wi­dział cał­ko­wi­te za­ćmie­nie Słoń­ca (nie miał wy­star­cza­ją­cej wie­dzy astro­no­micz­nej, aby tego do­ko­nać). Bar­dziej praw­do­po­dob­ne jest, że pró­bo­wał wy­ja­śnić wie­le na­tu­ral­nych zja­wisk, ta­kich jak użyź­nie­nie pól przez wy­le­wy Nilu i pod­grze­wa­nie wody pod sko­ru­pą ziem­ską pod­czas trzę­sień zie­mi. We­dług Ta­le­sa woda była naj­waż­niej­szym ży­wio­łem. Uczo­ny przed­sta­wiał Zie­mię jako dysk uno­szą­cy się na ogrom­nym oce­anie, co dla nas współ­cze­śnie ży­ją­cych brzmi dość śmiesz­nie. Jed­nak Ta­les usi­ło­wał wy­ja­śnić zja­wi­ska i opi­sać świat w na­tu­ral­ny, a nie nad­przy­ro­dzo­ny spo­sób, jak na przy­kład Egip­cja­nie, któ­rzy są­dzi­li, że Nil wy­le­wa za spra­wą bo­gów.

W od­róż­nie­niu od Ta­le­sa inny fi­lo­zof Anak­sy­man­der (oko­ło 611–547 p.n.e.), tak­że z Mi­le­tu, uznał ogień za naj­waż­niej­szą sub­stan­cję we wszech­świe­cie. Em­pe­do­kles (oko­ło 483–423 p.n.e.) z Sy­cy­lii za­pro­po­no­wał kon­cep­cję czte­rech ży­wio­łów: po­wie­trza, zie­mi, ognia i wody. Jest do­brze zna­na, po­nie­waż my­śli­cie­le hoł­do­wa­li jej przez bli­sko 2000 lat, aż do koń­ca śre­dnio­wie­cza.

Mimo że teo­ria czte­rech ży­wio­łów roz­po­wszech­ni­ła się, nie wszy­scy przy­ję­li ją jako osta­tecz­ną. W Gre­cji, a póź­niej tak­że i w Rzy­mie, gru­pa fi­lo­zo­fów, zwa­nych ato­mi­sta­mi, wie­rzy­ła, że świat jest zbu­do­wa­ny z ma­leń­kich czą­stek, czy­li ato­mów. Naj­słyn­niej­szym spo­śród pierw­szych ato­mi­stów był De­mo­kryt, uro­dzo­ny oko­ło 460 roku p.n.e. Na­sza wie­dza o jego ide­ach po­cho­dzi z za­cy­to­wa­nych przez in­nych au­to­rów kil­ku frag­men­tów jego prac. De­mo­kryt są­dził, że we wszech­świe­cie ist­nie­je mnó­stwo wiecz­nych ato­mów. Nie da się ich po­dzie­lić na mniej­sze czę­ści ani znisz­czyć. Choć były zbyt małe, aby dało się je zo­ba­czyć go­łym okiem, wie­rzył, że róż­nią się kształ­tem i wiel­ko­ścią i tym wy­ja­śniał, dla­cze­go więk­sze obiek­ty, zbu­do­wa­ne z ato­mów, mają róż­ną bu­do­wę, ko­lo­ry i sma­ki. Jed­nak te więk­sze obiek­ty ist­nia­ły tyl­ko dla­te­go, że lu­dzie mo­gli ich do­tknąć, zo­ba­czyć je czy ich skosz­to­wać. De­mo­kryt twier­dził, że w rze­czy­wi­sto­ści ist­nie­ją tyl­ko ato­my i próż­nia, któ­re na­zy­wa­my ma­te­rią i prze­strze­nią.

Ato­mizm nie był zbyt po­pu­lar­ny. Uzna­niem nie cie­szył się tak­że po­gląd De­mo­kry­ta i jego uczniów mó­wią­cy o tym, że isto­ty żywe „ewo­lu­ują” pod wpły­wem prób i błę­dów. We­dług jed­nej z za­baw­nych kon­cep­cji ist­nia­ło kie­dyś mnó­stwo róż­nych czę­ści ro­ślin i zwie­rząt, któ­re mo­gły się po­łą­czyć w do­wol­ny spo­sób, na przy­kład trą­ba sło­nia mo­gła się przy­cze­pić do ryby, pła­tek róży do ziem­nia­ka itd., za­nim w koń­cu do­pa­so­wa­ły się do sie­bie tak, jak dzi­siaj to wi­dzi­my. Gdy­by jed­nak psia noga przy­pad­ko­wo przy­łą­czy­ła się do tu­ło­wia kota, ta­kie zwie­rzę nie mo­gło­by prze­żyć i dla­te­go nie ist­nie­ją koty o psich no­gach. Po pew­nym cza­sie wszyst­kie psie nogi przy­ro­sły do psów i – na szczę­ście – wszyst­kie ludz­kie nogi do lu­dzi. (Inna grec­ka teo­ria ewo­lu­cji była bar­dziej re­ali­stycz­na, choć nie­co nie­smacz­na: wszyst­kie isto­ty żywe stop­nio­wo wy­ło­ni­ły się z pra­sta­re­go ślu­zu).

Ato­mi­ści nie gło­si­li ist­nie­nia żad­ne­go osta­tecz­ne­go celu lub wiel­kie­go pro­jek­tu wszech­świa­ta – rze­czy po pro­stu się zda­rza­ły z przy­pad­ku i ko­niecz­no­ści – co nie spodo­ba­ło się więk­szo­ści lu­dzi. Taki po­gląd był dość przy­gnę­bia­ją­cy, a więk­szość grec­kich fi­lo­zo­fów po­szu­ki­wa­ła celu, praw­dy i pięk­na. Gre­cy, ży­ją­cy w tym sa­mym cza­sie co De­mo­kryt i jego ko­le­dzy ato­mi­ści, za­pew­ne do­brze po­zna­li całą ich ar­gu­men­ta­cję. My zna­my ją za­le­d­wie z cy­ta­tów i dys­ku­sji póź­niej­szych fi­lo­zo­fów. Ato­mi­sta ży­ją­cy w cza­sach rzym­skich, Lu­kre­cjusz (oko­ło 97–55 p.n.e.), na­pi­sał pięk­ny po­emat na­uko­wy O na­tu­rze wszech­rze­czy. W ka­te­go­riach ato­mi­zmu opi­sał w nim nie­bo, Zie­mię oraz wszyst­kie rze­czy i zja­wi­ska na Zie­mi, w tym ewo­lu­cję spo­łe­czeń­stwa.

Zna­my imio­na dzie­sią­tek sta­ro­żyt­nych grec­kich na­ukow­ców i ma­te­ma­ty­ków ży­ją­cych na prze­strze­ni nie­mal ty­sią­ca lat i ich wkład w na­ukę. Jed­nym z naj­wy­bit­niej­szych był Ary­sto­te­les. Jego po­glą­dy na te­mat przy­ro­dy były tak po­wszech­ne, że do­mi­no­wa­ły jesz­cze dłu­go po jego śmier­ci (wró­ci­my do nie­go w roz­dzia­le 5). Jed­nak to trzech lu­dzi ży­ją­cych już po Ary­sto­te­le­sie wy­war­ło znacz­ny wpływ na roz­wój na­uki.

Eu­kli­des (oko­ło 330–260 p.n.e.) nie pierw­szy in­te­re­so­wał się geo­me­trią (cał­kiem do­brzy byli w niej Ba­bi­loń­czy­cy). Ale to on ze­brał pod­sta­wo­we za­ło­że­nia, re­gu­ły i pro­ce­du­ry geo­me­trycz­ne w jed­nym pod­ręcz­ni­ku. Geo­me­tria to ga­łąź ma­te­ma­ty­ki o bar­dzo prak­tycz­nym za­sto­so­wa­niu. Do­ty­czy prze­strze­ni: punk­tów, li­nii, po­wierzch­ni i ob­ję­to­ści. Eu­kli­des opi­sał róż­ne po­ję­cia geo­me­trycz­ne, na przy­kład to, że li­nie rów­no­le­głe ni­g­dzie się nie prze­ci­na­ją, a suma ką­tów trój­ką­ta wy­no­si 180°. Jego dzie­ło, Ele­men­ty, stu­dio­wa­no i po­dzi­wia­no w ca­łej Eu­ro­pie. Pew­ne­go dnia ty też mo­żesz po­znać jego „czy­stą geo­me­trię”. Mam na­dzie­ję, że za­chwy­ci cię jej pro­sto­ta i pięk­no.

Dru­gi ma­te­ma­tyk z wiel­kiej trój­ki, Era­to­ste­nes (żył w la­tach 275–194 p.n.e.), wy­zna­czył ob­wód Zie­mi w bar­dzo pro­sty, ale spryt­ny spo­sób, wy­ko­rzy­stu­jąc geo­me­trię. Wie­dział, że w dniu let­nie­go prze­si­le­nia (w naj­dłuż­szym dniu roku) Słoń­ce wzno­si się pio­no­wo nad Sy­eną (dzi­siej­szy Asu­an). Zmie­rzył więc kąt pa­da­nia pro­mie­ni sło­necz­nych tego dnia w Alek­san­drii (gdzie za­rzą­dzał słyn­ną Bi­blio­te­ką Alek­san­dryj­ską), któ­ra le­ża­ła oko­ło 5000 sta­dio­nów na pół­noc od Sy­eny. (Sta­dion to grec­ka mia­ra od­le­gło­ści od­po­wia­da­ją­ca oko­ło 185 me­trom). Na pod­sta­wie tych po­mia­rów i za­sad geo­me­trii ob­li­czył, że ob­wód Zie­mi wy­no­si oko­ło 250 ty­się­cy sta­dio­nów. Czy do­brze po­li­czył? Jego wy­nik (46 250 km) nie róż­ni się wie­le od dłu­go­ści rów­ni­ka (40 075 km). War­to za­uwa­żyć, że zda­niem Era­to­ste­ne­sa Zie­mia była okrą­gła. Nie za­wsze pa­no­wa­ło prze­ko­na­nie, że na­sza pla­ne­ta to ogrom­na, pła­ska po­wierzch­nia, z któ­rej moż­na spaść po do­pły­nię­ciu do jej krań­ca, choć ta­kie hi­sto­rie opo­wia­da­no, gdy Krzysz­tof Ko­lumb po­dró­żo­wał do Ame­ry­ki.

Ostat­ni uczo­ny z wiel­kiej trój­ki rów­nież pra­co­wał w Alek­san­drii, mie­ście za­ło­żo­nym przez Alek­san­dra III Wiel­kie­go w pół­noc­nym Egip­cie. Pto­le­me­usz Klau­diusz (oko­ło 100–178 n.e.), jak wie­lu sta­ro­żyt­nych uczo­nych, miał bar­dzo sze­ro­kie za­in­te­re­so­wa­nia. Pi­sał o mu­zy­ce, geo­gra­fii oraz na­tu­rze i za­cho­wa­niu świa­tła. Nie­prze­mi­ja­ją­cą sła­wę przy­niósł mu jed­nak Al­ma­gest – dzie­ło za­ty­tu­ło­wa­ne tak przez Ara­bów. Pto­le­me­usz umie­ścił w nim i po­sze­rzył wy­ni­ki ob­ser­wa­cji wie­lu grec­kich astro­no­mów, w tym mapy nie­ba, ob­li­cze­nia ru­chów pla­net, Księ­ży­ca, Słoń­ca i gwiazd oraz opis struk­tu­ry wszech­świa­ta. Za­ło­żył, po­dob­nie jak mu współ­cze­śni, że Zie­mia znaj­du­je się w cen­trum wszech­świa­ta, a wszyst­kie cia­ła nie­bie­skie krą­żą wo­kół niej po kon­cen­trycz­nych sfe­rach. Był bar­dzo do­brym ma­te­ma­ty­kiem. Twier­dził, że wpro­wa­dza­jąc kil­ka po­pra­wek, jest w sta­nie wy­zna­czyć ru­chy pla­net, któ­re ob­ser­wo­wał (po­dob­nie jak wie­lu in­nych, któ­rzy to przed nim czy­ni­li).

Bar­dzo trud­no jed­nak wy­ja­śnić, że Słoń­ce krą­ży wo­kół Zie­mi, sko­ro w rze­czy­wi­sto­ści jest od­wrot­nie. Dzie­ło Pto­le­me­usza było pod­sta­wo­wą lek­tu­rą astro­no­mów zrów­no w kra­jach arab­skich, jak i w śre­dnio­wiecz­nej Eu­ro­pie. Ce­nio­no je tak bar­dzo, że jako jed­no z pierw­szych zo­sta­ło prze­tłu­ma­czo­ne na ję­zyk arab­ski, a póź­niej z po­wro­tem na ła­ci­nę. Wie­lu uzna­ło Pto­le­me­usza za rów­ne­go Hi­po­kra­te­so­wi, Ary­sto­te­le­so­wi i Ga­le­no­wi.

ROZDZIAŁ 4

Ojciec medycyny: Hipokrates

Gdy na­stęp­nym ra­zem bę­dziesz u le­ka­rza, za­py­taj go, czy koń­cząc stu­dia me­dycz­ne, skła­dał przy­się­gę Hi­po­kra­te­sa. Nie na wszyst­kich aka­de­miach me­dycz­nych pa­nu­ją ta­kie zwy­cza­je. Sło­wa tej na­pi­sa­nej po­nad 2 ty­sią­ce lat temu przy­się­gi wciąż po­zo­sta­ją waż­ne. Po­krót­ce im się przyj­rzy­my.

Mimo że słyn­na przy­się­ga nosi imię Hi­po­kra­te­sa, ra­czej nie on ją na­pi­sał. Praw­dę mó­wiąc, Hi­po­kra­tes jest au­to­rem tyl­ko kil­ku z oko­ło 60 przy­pi­sy­wa­nych mu trak­ta­tów me­dycz­nych. (Trak­tat to pra­ca na okre­ślo­ny te­mat). Nie­wie­le wia­do­mo o Hi­po­kra­te­sie jako czło­wie­ku. Uro­dził się oko­ło 460 roku p.n.e. na wy­spie Kos, po­ło­żo­nej nie­opo­dal dzi­siej­szej Tur­cji. Le­czył, uczył me­dy­cy­ny (za pie­nią­dze) i praw­do­po­dob­nie miał dwóch sy­nów i zię­cia, któ­rzy zo­sta­li le­ka­rza­mi. Jak wi­dać, od bar­dzo daw­na me­dy­cy­na jest ro­dzin­ną tra­dy­cją.

Cor­pus Hip­po­cra­ti­cum to zbiór roz­praw na­pi­sa­nych przez wie­lu róż­nych au­to­rów na prze­strze­ni być może na­wet 250 lat. Za­war­te w nim trak­ta­ty przed­sta­wia­ją róż­ne punk­ty wi­dze­nia pro­ble­mów me­dycz­nych. Omó­wio­no w nich roz­ma­ite kwe­stie, ta­kie jak dia­gno­zy i le­cze­nie cho­rób, zła­ma­ne ko­ści i wy­bi­te sta­wy, epi­de­mie, spo­so­by za­cho­wa­nia zdro­wia, a przy tym od­ży­wa­nie się i wpływ śro­do­wi­ska na zdro­wie czło­wie­ka. W trak­ta­tach pod­po­wie­dzia­no tak­że le­ka­rzom, jak po­win­ni się za­cho­wy­wać za­rów­no w sto­sun­ku do pa­cjen­tów, jak i do in­nych le­ka­rzy. Krót­ko mó­wiąc, Cor­pus Hip­po­cra­ti­cum przed­sta­wia ów­cze­sny stan ca­łej prak­ty­ko­wa­nej me­dy­cy­ny.

Rów­nie cie­ka­we jak za­kres te­ma­tycz­ny tego dzie­ła jest to, jak dłu­go po­wsta­wa­ły skła­da­ją­ce się na nie­go tek­sty. Hi­po­kra­tes żył przed So­kra­te­sem, Pla­to­nem i Ary­sto­te­le­sem na nie­wiel­kiej wy­spie Kos. Za­dzi­wia­ją­ce, że prze­trwa­ło co­kol­wiek na­pi­sa­ne­go w tak za­mierz­chłej prze­szło­ści. Nie było wów­czas dru­kar­ni, a wszyst­kie tek­sty trze­ba było żmud­nie prze­pi­sy­wać ręcz­nie na per­ga­mi­nie, zwo­jach pa­pi­ru­su, gli­nia­nych ta­blicz­kach i in­nych po­wierzch­niach, by na­stęp­nie je so­bie prze­ka­zy­wać. Atra­ment blak­nął, a per­ga­mi­ny ule­ga­ły znisz­cze­niu pod­czas wo­jen albo na sku­tek dzia­ła­nia czyn­ni­ków na­tu­ral­nych (np. owa­dów lub wa­run­ków po­go­do­wych). Prze­waż­nie za­cho­wa­ły się je­dy­nie ko­pie tych za­pi­sków, spo­rzą­dzo­ne przez póź­niej­sze po­ko­le­nia za­in­te­re­so­wa­nych nimi czy­tel­ni­ków. Im wię­cej ko­pii po­wsta­wa­ło, tym więk­sze były szan­se, że nie­któ­re frag­men­ty prze­trwa­ją.

Cor­pus Hip­po­cra­ti­cum legł u pod­staw za­chod­niej me­dy­cy­ny i do dziś Hi­po­kra­tes zaj­mu­je w niej szcze­gól­ną po­zy­cję. Przez stu­le­cia me­dy­cy kie­ro­wa­li się trze­ma pod­sta­wo­wy­mi za­sa­da­mi. Na pierw­szej z nich wciąż opie­ra się współ­cze­sna me­dy­cy­na i ba­da­nia me­dycz­ne – na nie­za­chwia­nym prze­ko­na­niu, że lu­dzie za­pa­da­ją na cho­ro­by z po­wo­dów na­tu­ral­nych, któ­re mają ra­cjo­nal­ne wy­tłu­ma­cze­nie. Przed Hi­po­kra­te­sem w Gre­cji i są­sied­nich pań­stwach cho­ro­bom przy­pi­sy­wa­no nad­przy­ro­dzo­ny cha­rak­ter. Lu­dzie cho­ro­wa­li, po­nie­waż ob­ra­zi­li bo­gów albo ja­kieś po­za­ziem­skie moce rzu­ci­ły na lu­dzi urok lub były z nich nie­za­do­wo­lo­ne. A sko­ro to cza­row­ni­ce, ma­go­wie i bo­go­wie spro­wa­dza­li cho­ro­by, naj­le­piej było po­zo­sta­wić ka­pła­nom lub ma­gom usta­le­nie, dla­cze­go na ko­goś spa­dła cho­ro­ba i jak naj­le­piej ją zwal­czyć. Wie­lu lu­dzi, na­wet współ­cze­śnie, uży­wa ma­gicz­nych le­ków, a uzdro­wi­cie­le wciąż są wśród nas.

Au­to­rzy Cor­pus Hip­po­cra­ti­cum nie byli uzdro­wi­cie­la­mi tyl­ko le­ka­rza­mi prze­ko­na­ny­mi, że cho­ro­ba jest na­tu­ral­nym, nor­mal­nym wy­da­rze­niem. Wy­raź­nie do­wo­dzi tego je­den z trak­ta­tów – O świę­tej cho­ro­bie. Ten krót­ki tekst mówi o pa­dacz­ce (epi­lep­sji), wów­czas rów­nie po­wszech­nej jak dziś. Przy­pusz­czal­nie cier­pie­li na nią Alek­san­der Wiel­ki i Ju­liusz Ce­zar. Epi­lep­ty­cy mają na­pa­dy, pod­czas któ­rych tra­cą przy­tom­ność, do­sta­ją skur­czów i drga­wek. Cza­sa­mi się mo­czą. Stop­nio­wo na­pad ustę­pu­je i od­zy­sku­ją kon­tro­lę nad swo­im cia­łem i funk­cja­mi umy­słu. Dzi­siaj cho­rzy na pa­dacz­kę trak­tu­ją ją jako „nor­mal­ną”, choć dość nie­wy­god­ną przy­pa­dłość, któ­rej ata­ki wy­glą­da­ją nie­po­ko­ją­co. Sta­ro­żyt­nym Gre­kom wy­da­wa­ły się tak dra­ma­tycz­ne i ta­jem­ni­cze, że ich przy­czyn upa­try­wa­li w bo­skim dzia­ła­niu, a pa­dacz­kę na­zwa­li „świę­tą cho­ro­bą”.

Au­tor trak­ta­tu my­ślał jed­nak ina­czej. W słyn­nym pierw­szym zda­niu stwier­dził jed­no­znacz­nie: „Nie wie­rzę, że «świę­ta cho­ro­ba» jest bar­dziej bo­ska lub świę­ta niż ja­ka­kol­wiek inna cho­ro­ba, lecz wręcz prze­ciw­nie – ma spe­cy­ficz­ną cha­rak­te­ry­sty­kę i okre­ślo­ną przy­czy­nę. Mimo wszyst­ko, po­nie­waż jest cał­kiem od­mien­na od in­nych cho­rób, była trak­to­wa­na jako bo­ska wi­zy­ta przez tych, któ­rzy, bę­dąc je­dy­nie ludź­mi, pa­trzy­li na nią z igno­ran­cją i za­sko­cze­niem”. We­dług au­to­ra przy­czy­ną epi­lep­sji było za­blo­ko­wa­nie fleg­my w mó­zgu. Jak w przy­pad­ku więk­szo­ści teo­rii w na­uce i me­dy­cy­nie, za­stą­pi­ła ją lep­sza hi­po­te­za. Jed­nak zde­cy­do­wa­ne stwier­dze­nie, że nie moż­na uznać przy­czy­ny cho­ro­by za nad­przy­ro­dzo­ną tyl­ko dla­te­go, że jest nie­ty­po­wa, ta­jem­ni­cza lub trud­na do wy­ja­śnie­nia, sta­ło się za­sa­dą prze­wod­nią na­uki w póź­niej­szych wie­kach. Mo­że­my cze­goś w da­nej chwi­li nie ro­zu­mieć, ale dzię­ki cier­pli­wo­ści i cięż­kiej pra­cy znaj­dzie­my wy­tłu­ma­cze­nie. Ten ar­gu­ment jest jed­ną z naj­waż­niej­szych, nie­prze­mi­ja­ją­cych prawd, prze­ka­za­nych nam przez au­to­rów Cor­pus Hip­po­cra­ti­cum.

Dru­ga za­sa­da Hi­po­kra­te­sa mówi, że za­rów­no zdro­wie, jak i cho­ro­ba za­le­żą od hu­mo­rów w na­szym cie­le. (Wy­ra­że­nie, że ktoś jest w do­brym lub złym hu­mo­rze, ozna­cza, że ma do­bry lub zły na­strój). Ta teo­ria zo­sta­ła naj­le­piej wy­ja­śnio­na w trak­ta­cie O na­tu­rze czło­wie­ka, na­pi­sa­nym być może przez zię­cia Hi­po­kra­te­sa. Kil­ka in­nych dzieł kor­pu­su wspo­mi­na o dwóch hu­mo­rach – fleg­mie i żół­ci – jako o przy­czy­nach cho­rób. W trak­ta­cie O na­tu­rze czło­wie­ka zo­sta­ły wy­mie­nio­ne dwa ko­lej­ne hu­mo­ry: krew i czar­na żółć. Au­tor twier­dzi, że te czte­ry pły­ny ustro­jo­we mają za­sad­ni­czy wpływ na zdro­wie, a gdy doj­dzie do za­bu­rze­nia ich pro­por­cji (któ­re­goś jest za dużo lub za mało), czło­wiek cho­ru­je. Praw­do­po­dob­nie każ­dy z nas wi­dział swo­je pły­ny ustro­jo­we pod­czas cho­ro­by. Gdy mamy go­rącz­kę, po­ci­my się. Kie­dy się prze­zię­bi­my lub zła­pie­my in­fek­cję płuc, ciek­nie nam z nosa i od­krztu­sza­my fleg­mę. Je­śli boli nas brzuch, wy­mio­tu­je­my, a przy bie­gun­ce wy­da­la­my pły­ny. Za­dra­pa­nie lub ska­le­cze­nie po­wo­du­je krwa­wie­nie skó­ry. Mniej po­wszech­na dzi­siaj jest żół­tacz­ka, cho­ro­ba, w któ­rej skó­ra na­bie­ra żół­ta­we­go za­bar­wie­nia. To­wa­rzy­szy ono tak­że wie­lu róż­nym scho­rze­niom, któ­re wpły­wa­ją na or­ga­ny wy­dzie­la­ją­ce pły­ny ustro­jo­we. Taką przy­pa­dło­ścią była po­wszech­na w sta­ro­żyt­nej Gre­cji ma­la­ria.

Au­tor trak­ta­tu wią­zał każ­dy z tych hu­mo­rów z jed­nym z or­ga­nów: krew z ser­cem, żółć z wą­tro­bą, czar­ną żółć ze śle­dzio­ną, a fleg­mę z mó­zgiem. Uwa­żał, że epi­lep­sję wy­wo­ły­wa­ło za­blo­ko­wa­nie fleg­my w mó­zgu. Inne cho­ro­by – nie tyl­ko ta­kie, jak prze­zię­bie­nie czy bie­gun­ka, w któ­rych na­stę­pu­ją wy­raź­ne zmia­ny pły­nów ustro­jo­wych – też były zwią­za­ne ze zmia­na­mi hu­mo­rów. Każ­dy z hu­mo­rów miał spe­cy­ficz­ne wła­ści­wo­ści: krew była go­rą­ca i wil­got­na, fleg­ma – zim­na i wil­got­na, żółć – go­rą­ca i su­cha, a czar­na żółć – zim­na i su­cha. Ta­kie ce­chy moż­na za­ob­ser­wo­wać u cho­rych: kie­dy krwa­wa rana jest za­ognio­na, robi się go­rą­ca, a je­śli się prze­zię­bi­my, od­czu­wa­my zim­no i dresz­cze. (Ga­len, któ­ry oko­ło 600 lat póź­niej roz­wi­nął teo­rię Hi­po­kra­te­sa, przy­pi­sał te same ce­chy go­rą­ca, zim­na, wil­go­ci i su­cho­ści tak­że po­kar­mom i le­kom, któ­re za­ży­wa­my).

Za naj­lep­sze dla pa­cjen­ta uzna­wa­no le­cze­nie po­le­ga­ją­ce na przy­wró­ce­niu rów­no­wa­gi hu­mo­rów. A to ozna­cza­ło, że w prak­ty­ce me­dy­cy­na hi­po­kra­te­so­wa była bar­dziej skom­pli­ko­wa­na od wy­peł­nie­nia pro­stych in­struk­cji przy­wra­ca­nia na­tu­ral­ne­go sta­nu wszyst­kim hu­mo­rom. U każ­de­go pa­cjen­ta za­pew­nia­ją­ca zdro­wie rów­no­wa­ga hu­mo­rów wy­glą­da­ła nie­co ina­czej, więc le­karz mu­siał do­wie­dzieć się o cho­rym wszyst­kie­go: gdzie miesz­ka, co jadł i jak za­ra­bia na ży­cie. Tyl­ko w ten spo­sób mógł okre­ślić, co cze­ka pa­cjen­ta, czy­li przed­sta­wić mu ro­ko­wa­nia. Gdy za­cho­ru­je­my, przede wszyst­kim chce­my wie­dzieć, cze­go mamy się spo­dzie­wać i co mamy zro­bić, aby nasz stan się po­lep­szył. Le­ka­rze ze szko­ły Hi­po­kra­te­sa przy­kła­da­li wiel­ką wagę do prze­wi­dy­wa­nia, co się sta­nie z cho­rym. Pra­wi­dło­wa oce­na po­pra­wia­ła ich re­pu­ta­cję i spra­wia­ła, że mie­li wię­cej pa­cjen­tów.

Me­dy­cy­na, któ­rej na­uczał Hi­po­kra­tes, a któ­rą póź­niej jego ucznio­wie prze­ka­zy­wa­li da­lej (nie­rzad­ko swo­im sy­nom lub zię­ciom), opie­ra­ła się na uważ­nej ob­ser­wa­cji ob­ja­wów i prze­bie­gu cho­rób. Le­ka­rze za­pi­sy­wa­li swo­je spo­strze­że­nia, czę­sto w for­mie krót­kich pod­su­mo­wań, zwa­nych afo­ry­zma­mi. Były one jed­nym z dzieł kor­pu­su, do któ­rych naj­czę­ściej od­wo­ły­wa­li się póź­niej­si le­ka­rze.

Trze­cia waż­na za­sa­da Hi­po­kra­te­sa na te­mat zdro­wia i cho­ro­by zo­sta­ła pod­su­mo­wa­na w ła­ciń­skiej sen­ten­cji vis me­di­ca­trix na­tu­re, co ozna­cza „uzdra­wia­ją­ca moc na­tu­ry”. Hi­po­kra­tes i jego spad­ko­bier­cy in­ter­pre­to­wa­li ru­chy hu­mo­rów w cho­rym cie­le jako ozna­ki prób sa­mo­uz­dro­wie­nia się or­ga­ni­zmu. Za­tem w po­ce­niu się, od­ka­sły­wa­niu fleg­my, wy­mio­tach i gro­ma­dze­niu się ropy we wrzo­dach wi­dzie­li wy­da­la­nie przez cia­ło – albo „go­to­wa­nie” (czę­sto uży­wa­li me­ta­for ku­chen­nych) – hu­mo­rów. Or­ga­nizm po­zby­wał się w ten spo­sób nad­mia­ru hu­mo­rów albo oczysz­czał się z tych złych, zmie­nio­nych przez cho­ro­bę. Za­da­niem le­ka­rza było po­móc w tym na­tu­ral­nym pro­ce­sie zdro­wie­nia. Jego rola po­le­ga­ła na słu­że­niu na­tu­rze, a nie na tym, by nad nią za­pa­no­wać. Le­karz mu­siał na­uczyć się, na czym po­le­ga pro­ces cho­ro­by, uważ­nie go ob­ser­wu­jąc. W znacz­nie póź­niej­szych cza­sach pe­wien me­dyk po­twier­dził teo­rię sa­mo­ist­nie ustę­pu­ją­cej cho­ro­by. Wszy­scy wie­my, że wie­lu cho­rych zdro­wie­je bez po­mo­cy le­ka­rza. Cza­sa­mi le­ka­rze żar­tu­ją mię­dzy sobą, że le­czo­na cho­ro­ba trwa ty­dzień, a nie­le­czo­na – sie­dem dni. Hi­po­kra­tes zgo­dził­by się z nimi.

Oprócz licz­nych prac o me­dy­cy­nie i chi­rur­gii, hi­gie­nie i epi­de­miach Hi­po­kra­tes zo­sta­wił nam tekst krót­kiej przy­się­gi, któ­ra do dziś jest in­spi­ra­cją dla le­ka­rzy. Jej część do­ty­czy re­la­cji mię­dzy mło­dym stu­den­tem a jego na­uczy­cie­lem oraz mię­dzy le­ka­rza­mi. Przede wszyst­kim jed­nak przy­się­ga okre­śla wła­ści­we za­cho­wa­nia le­ka­rza wo­bec pa­cjen­tów. Le­karz nie po­wi­nien wy­ko­rzy­sty­wać swo­ich pa­cjen­tów, roz­po­wia­dać po­uf­nych in­for­ma­cji, któ­re mógł usły­szeć od cho­re­go, ani prze­pi­sy­wać mu tru­ci­zny. Wszyst­kie te za­gad­nie­nia etycz­ne po­zo­sta­ły ak­tu­al­ne do dziś, a szcze­gól­nie jed­no stwier­dze­nie wy­da­je się po­nad­cza­so­we: Będę sto­so­wał za­bie­gi lecz­ni­cze we­dle mych moż­li­wo­ści i ro­ze­zna­nia ku po­żyt­ko­wi cho­rych, bro­niąc ich od uszczerb­ku i krzyw­dy. Le­ka­rzom wciąż po­win­na przy­świe­cać za­sa­da: „Przede wszyst­kim nie szko­dzić”.

ROZDZIAŁ 5

Mistrz tych, którzy wiedzą: Arystoteles

„Wszy­scy lu­dzie z na­tu­ry pra­gną wie­dzy”, po­wie­dział Ary­sto­te­les. Za­pew­ne znasz ko­goś ta­kie­go, kto za­wsze go­tów jest na­uczyć się cze­goś no­we­go. Być może masz w swo­im oto­cze­niu też mą­dra­li po­zba­wio­nych cie­ka­wo­ści świa­ta, któ­ra dla Ary­sto­te­le­sa za­wsze mia­ła duże zna­cze­nie. Ten grec­ki fi­lo­zof ży­wił na­dzie­ję, że lu­dzie będą dą­żyć do po­sze­rza­nia wie­dzy o so­bie sa­mych i ota­cza­ją­cym ich świe­cie. Nie­ste­ty, wie­my, że nie za­wsze tak się dzie­je.

Ary­sto­te­les po­świę­cił całe ży­cie ucze­niu się i na­ucza­niu. Uro­dził się w 384 roku p.n.e. w Sta­gi­rze w Tra­cji (Pół­wy­sep Chal­cy­dyc­ki w Gre­cji). Był sy­nem le­ka­rza, ale mniej wię­cej w wie­ku dzie­się­ciu lat zo­stał osie­ro­co­ny. Wy­cho­wy­wał go i uczył nie­ja­ki Prok­se­nos. Ma­jąc sie­dem­na­ście lat, Ary­sto­te­les udał się do Aten, aby stu­dio­wać w słyn­nej Aka­de­mii Pla­toń­skiej. Zo­stał tam przez dwa­dzie­ścia lat. Mimo że miał cał­kiem inne po­dej­ście do przy­ro­dy niż Pla­ton, lu­bił swo­je­go na­uczy­cie­la i po jego śmier­ci w 347 roku p.n.e. na­pi­sał dzie­ło o jego do­rob­ku. Nie­któ­rzy twier­dzą, że hi­sto­ria za­chod­niej fi­lo­zo­fii to se­ria przy­pi­sów do Pla­to­na, co ozna­cza, że po­ru­szył on wie­le waż­nych dla fi­lo­zo­fów kwe­stii. Za­sta­na­wiał się m.in. nad tym, jaka jest na­tu­ra pięk­na. Co jest praw­dą? Czym jest wie­dza? Jak być do­brym? Jak naj­le­piej zor­ga­ni­zo­wać spo­łe­czeń­stwo? Kto usta­la za­sa­dy, we­dług któ­rych ży­je­my? Co na­sze do­świad­cze­nia w świe­cie mó­wią nam o praw­dzi­wej na­tu­rze rze­czy?

Ary­sto­te­le­sa rów­nież in­try­go­wa­ło wie­le z tych fi­lo­zo­ficz­nych py­tań, ale od­po­wia­dał na nie w spo­sób, któ­ry mo­gli­by­śmy na­zwać na­uko­wym. Po­dob­nie jak Pla­ton był fi­lo­zo­fem, ale fi­lo­zo­fem przy­ro­dy. Dziś okre­ślo­no by go mia­nem na­ukow­ca. Zaj­mo­wał się głów­nie jed­ną ga­łę­zią fi­lo­zo­fii – lo­gi­ką, czy­li tym, jak my­śleć bar­dziej ści­śle i ja­sno. Za­wsze in­te­re­so­wał się ota­cza­ją­cym go świa­tem na Zie­mi i na nie­bie oraz na­tu­ral­ny­mi zmia­na­mi.