Wydawca: My Book Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 260 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kraków, Moskwa i Meksyk - Stanisław Raczyński

Wspomnienia i ciekawostki z życia autora, którego los związał z trzema tytułowymi miastami. Pracował jako naukowiec w krakowskiej AGH oraz moskiewskim Instytucie Problemów Sterowania Automatycznego. Próbując jakoś odciąć się od znienawidzonego systemu komunistycznego, poszukiwał możliwości wyjazdu. Otrzymał zaproszenie od Narodowego Uniwersytetu Meksyku, i tam osiadł na stałe.
Czytelnik znajdzie tu opisane z humorem absurdy życia w PRL i ZSRR, jak i sporo o realiach mieszkania we współczesnym Meksyku.

Opinie o ebooku Kraków, Moskwa i Meksyk - Stanisław Raczyński

Fragment ebooka Kraków, Moskwa i Meksyk - Stanisław Raczyński

Stanisław Raczyński
Kraków, Moskwa i Meksyk
© Copyright by Stanisław Raczyński 2013
ISBN 978-83-7564-430-2
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl
Publikacja chroniona prawem autorskim.Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Rysunek na okładce:

moja karykatura, narysowana przez Ojca, ś.p. Stanisława Raczyńskiego, w 1963 roku.

Jemu też dedykuję tę książeczkę.

Jestem niezmiernie wdzięczny Kazimierzowi Robakowi, który przyczynił się znacznie do edycji tej książki, podając również odpowiedzi na niektóre dręczące mnie i ważne pytania, postawione w jej treści.

Była kiedyś mała dziewczynka, która bardzo lubiłagwiazdki, a zwłaszcza te spadające. Nie miała żadnej,a bardzo chciała mieć jedną, aby się z nią bawići odpoczywać… Kiedyś zobaczyła jedną z nich. Wspięła sięna drzewo i wzięła ją sobie. Koniec.

(Natalia,6 lat,z konkursuopowiadańdziecięcych,tłumaczeniez hiszpańskiego)

Jeśli ktoś będzie czytał to, co tu napisałem, niech pamięta proszę, że nie jest to mój pamiętnik ani historia mojego życia, choć napisanie pamiętnika byłoby może i przydatne. Gdybym dostał Alzheimera, mógłbym sobie przeczytać pamiętnik, żeby wiedzieć, skąd się wziąłem. Ale to byłoby przydatne tylko dla mnie, bo co ewentualnego czytelnika mogłoby obchodzić, co robiłem, na przykład, w styczniu 1964?

O czym więc traktuje ten tekst? Pewien wydawca zapytał mnie, czy jest to książka podróżnicza, czy też książka o klozetach. Otóż ani jedno, ani drugie. Dla mnie to rozważania o sensie naszego życia, choć może jest to tylko moja skromna opinia.

Jedno mogę powiedzieć z pewnością: w tym tekście nic nie jest zmyślone (może tylko niezbyt dokładne; niektóre imiona i nazwiska zmienione). Egzotyki meksykańskiej też nie będzie tu wiele. Życie codzienne w mieście Meksyk nie ma wiele z egzotyki, jest trudne i szare. Praca taka jak wszędzie gdzie indziej, te same problemy. Są oczywiście pewne różnice, ale żeby je dobrze poznać i zrozumieć, trzeba tu żyć i pracować.

Co do tego krótkiego opowiadanka dziecięcego na początku, to muszę powiedzieć, że nie ma ono dużo wspólnego z resztą tej książki. Ale wydało mi się ono przepiękne, zwłaszcza czytane przez moją wnuczkę Natalię (lat sześć) na literackim konkursie szkolnym. Uczestniczące dziecko musiało własnoręcznie napisać opowiadanie i przeczytać je zgromadzonej publiczności. A może jednak każdy/a z nas ma taką małą gwiazdkę, o której marzy przez całe życie i nie chce się do tego przyznać?

Autobus

Środki lokomocji pobudzają mnie do myślenia. To tak jak w tej piosence kolumbijskiej:

Czasami siadam i myślę,

ale częściej tylko siadam…

Jedno jest pewne: w autobusie, pociągu, samolocie albo prowadząc samochód, myślę o różnych rzeczach. Teraz JADĘ, WIĘC MYŚLĘ: co ja tu robię na pustyni De Altar w Sonorze (Meksyk)? Po jakiego grzyba tu się znalazłem? To nie jest, na szczęście, sytuacja z filmu Oko za oko, gdzie dwaj faceci wykończają się nawzajem, idąc w pustynię bez końca1 Pustynię oglądam przez okno autobusu, jest chłodno i mgliście, jedziemy równo i względnie szybko. Jedyne, co mi dokucza, to problemy z siedzeniem. Po trzydziestu godzinach jazdy autobusem linii meksykańskich Transportes Del Norte pośladki zdecydowanie odmawiają posłuszeństwa i trzeba szukać pozycji dość dziwacznych, żeby przetrwać.

Powinienem był jednak lecieć samolotem. Autobus przebywa trasę miasto Meksyk – Tijuana (trzy tysiące kilometrów) w czterdzieści osiem godzin. W Tijuanie muszę się przesiąść na autobus linii Greyhound, żeby „przeskoczyć” granicę i dojechać do San Diego w Kalifornii. Wiedziałem, że to szaleństwo, ale wybrałem autobus z dwóch przyczyn: po pierwsze – ze skąpstwa, co pozwoliło mi trochę zaoszczędzić, po drugie – ze względów turystycznych. Wprawdzie na zwiedzanie okolic nie ma czasu i trzeba się zadowolić widokiem z okna autobusu, ale zawsze to coś więcej niż z okna samolotu. Postoje są częste, ale bez większych walorów turystycznych. Pozwalają zwiedzić dworce autobusowe, a w nich klozety w stanach Queretaro, Jalisco, Nayarit, Sinaloa, Sonora i Baja California Norte. Ktoś słusznie zauważył, że o kraju świadczą jego wychodki. Te z meksykańskich stacji autobusowych nie są reprezentatywne. Są zdecydowanie poniżej standardu krajowego, który tu jest wyższy niż w wielu krajach europejskich. Powoduje to dodatkowe problemy: jak zmniejszyć do minimum użycie tych miejsc bez uszczerbku dla zdrowia? Częściowe rozwiązanie, jakie znalazłem, było dziecinnie proste: nie jeść. Co nie weszło, nie może wyjść. Można przy tym zeszczupleć trochę, co w moim przypadku byłoby korzystne.

Kierowców jest dwóch i śpią na zmianę. Jeden z przedziałów bagażowych w dolnej części autobusu przerobiony jest na „sypialnię” dla jednej osoby. Postoje są częste i czasem przydługie. Autobus zatrzymuje się w większych miastach i w wielu przydrożnych jadłodajniach z emblematem linii autobusowych. Prawdopodobnie ich właściciele mają jakieś układy z kierowcami, co daje obu stronom wymierne korzyści. Meksykanie lubią dobrze zjeść i nikt się nie skarży. Mój sąsiad autobusowy twierdzi, że będzie kilka godzin opóźnienia. Okazało się, że nie miał racji. Dojeżdżamy do Mexicali, ostatniego większego miasta przed Tijuaną. Jest noc, czuję, że autobus wspina się pod górę. Nad nami jakby w niebie błyskają światła – myślę, że to samoloty, gwiazdy, UFO, albo coś mi się wydaje. Dopiero w drodze powrotnej zrozumiałem, że to były światła samochodów, które wspinały się serpentynami po zboczach gór między Mexicali i Tijuaną. Wracając za dnia, mogłem widzieć drogę dokładniej. W przepaści (pięćset – siedemset metrów) leżało dwadzieścia siedem wraków samochodów. Zwalniamy. Jakiś autobus (taki jak nasz), zawieszony nad przepaścią, wystraszeni pasażerowie zgromadzeni przy drodze, policja, dźwig usiłujący wciągnąć autobus na szosę. Tym razem obyło się bez ofiar.

Autobus pobudza moje szare komórki bardziej niż pociąg. Może dlatego, że przedział w pociągu prowokuje podróżnych bardziej do rozmowy niż do rozmyślań. Pociąg na trasie Warszawa – Moskwa i z powrotem miał właśnie to szczególne działanie. Życie towarzyskie w jego wagonach zaczynało się, zanim jeszcze ruszał z Warszawy lub z Moskwy. Nie byłoby to tak uciążliwe, gdyby nie to, że było niezwykle trudno dojechać do miejsca przeznaczenia w stanie trzeźwym. Ten „alkoholizm kolejowy” był nie do uniknięcia dla najwytrwalszych abstynentów. Stwarzało to czasem sytuacje kłopotliwe, zwłaszcza na trasie Warszawa – Moskwa. Pociąg odchodził z Warszawy o godzinie trzeciej po południu i dojeżdżał do granicy pod wieczór. Wymieniano podwozia w wagonach (inna szerokość torów w Rosji) i w tym czasie odbywała się odprawa celna i paszportowa. Słynne były opowiadania o incydentach w „pociągach przyjaźni”, którymi jeździły grupy młodzieżowe, aby zacieśniać kontakty. Pewnego razu żołnierzy służby granicznej, którzy weszli do wagonu, aby sprawdzać paszporty, powitał chór nagich postaci, śpiewających Wieczorny dzwon. Kierownik grupy usiłował wyjaśnić sprawę, tłumacząc, że to chór studencki, który właśnie ma próbę, aby jak najlepiej wypaść na występach w Moskwie. Rozebrali się, bo w wagonie jest gorąco, a okien nie można było otworzyć.

Jechałem kiedyś w towarzystwie grupy pracowników, którzy mieli zmienić załogę budującą słynny „rurociąg przyjaźni”. Mój sąsiad nie dotrzymał do granicy, padł i zasnął. Problem zaistniał dopiero, gdy radzieccy „wopiści” przynieśli sprawdzone paszporty, aby je wręczyć właścicielom. Żołnierz, który wszedł do naszego przedziału, zapytał: A ten to kto? Powiedziano mu nazwisko, znalazł paszport, po czym zażądał, aby obudzono śpiącego. Po długich wysiłkach osiągnięto tylko tyle, że otworzył jedno oko. Na pytanie wopisty o nazwisko zdołał tylko coś wybełkotać i ponownie zasnął. I tu powstał problem nie do rozwiązania. Biedny żołnierz nie mógł wręczyć paszportu, ponieważ regulamin wymagał, aby jego właściciel odpowiadał wizerunkowi na fotografii i aby powiedział swoje nazwisko. Nasz zaspany sąsiad nie byłw stanie nic powiedzieć, z jego ust wydobywał się tylko bełkot. Sprawę wreszcie załatwiono z przełożonym, po długich pertraktacjach.

Na pytanie „co ja tu robię?” nie znalazłem odpowiedzi. Nasze drogi są niezbadane, może zupełnie przypadkowe i zwariowane, a może z góry wytyczone i zaplanowane? A właściwie, czy to ma znaczenie? Jestem TU, a nie TAM. Czy pięć lat temu mogłem przypuszczać, że będę uczył automatyki w Meksyku i wygłaszał referaty o symulacji komputerowej w San Diego? Mówią, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. Myślę, że prawie do wszystkiego. Nie przyzwyczaiłem się do komunizmu i chęć wyjazdu gdziekolwiek narastała we mnie od dzieciństwa (lata czterdzieste) aż do 1983. Rozumiem doskonale uczucia Czesława Miłosza, który zwierzył się, że jego kiszki nie wytrzymywały tego, co się działo w PRL w latach pięćdziesiątych. Może to było zjawisko bardziej medyczne niż psychiczne? Jedno jest pewne: na widok Gomułki, Gierka, Jaruzelskiego i innych w telewizji lub na ścianach miejsc publicznych, zawsze chciało mi się rzygać.

Dlaczego nie zostałem, żeby walczyć, jak wielu innych? Po pierwsze: nie jestem bohaterem, po drugie: żyłem w PRL ponad czterdzieści lat, w tym przepracowałem dwadzieścia i uważam, że to wystarczy. Po trzecie: w 1983 nie było widać żadnego rozsądnego rozwiązania dla tego, co się działo. Osobiście wierzyłem zawsze, że ZSRR rozpadnie się jak zgniły pomidor, ale większość ludzi z mojego otoczenia nie podzielała tego optymizmu. Mniejsza zresztą o mnie, ale moje dzieci? Czy to ich wina, że urodziły się w komunie?

Dlaczego Meksyk? Po prostu przez przypadek: pierwsze zaproszenie, jakie otrzymałem, przyszło z Narodowego Uniwersytetu Meksyku (UNAM), gdzie chciano, abym pomógł w organizowaniu studiów magisterskich i doktorskich. Nie zastanawiałem się długo. Pewien idiota, kilka dni przed wyjazdem, dowiedziawszy się, że wyjeżdżam, powiedział: „Każdy ma swoją cenę, nic za darmo, jak się chce wyjechać, trzeba coś dać albo zapłacić”. Otóż w tym czasie wyjechać z PRL nie było aż tak trudno, aby trzeba się było ześwinić, komuś się oddać albo dać łapówkę. Poza tym Meksyk nie był zbyt atrakcyjny. Czekałem na paszport tylko rok, ale doczekałem się. Sytuacja na uczelniach była tak zła (brak funduszy, etatów, perspektyw rozwoju i motywacji), że władze chętnie pozbywały się nadmiaru kadry. Na pytanie, dlaczego Meksyk, często odpowiadam: pojechałem tam, aby żyć spokojnie. Może to brzmi trochę dziwnie, ale tak jest. Tu życie było o klasę spokojniejsze niż w PRL, pod groźbą podejrzeń UB lub najazdu Sowietów. Na Meksyk nikt nie napadł przez osiemdziesiąt lat i nikt chyba nigdy nie napadnie. Wbrew powszechnemu wyobrażeniu, bandytyzm i bezprawie jest tu nie większe i nie mniejsze niż w innych krajach. Trzeba się przystosować i wiedzieć, jak i gdzie żyć.

Niedawno czytałem wspomnienia Sławomira Mrożka o dzikim Meksyku, gdzie grożono mu śmiercią, tak że w końcu musiał wrócić do Ojczyzny. To raczej sprawa wyboru miejsca i sposobu życia. Tu nie da się po prostu kupić domu na wsi i mieszkać tam spokojnie, tworząc literaturę w cieniu palm. Wieś meksykańska ma swoje problemy, miejscowe mafie i układy, do których przybysz z dalekiej Europy po prostu nie pasuje i musi, wcześniej czy później, podpaść. Aby żyć spokojnie w Meksyku, trzeba kupić lub wynająć mieszkanie w mieście, na osiedlu, w normalnym bloku mieszkalnym, przyzwyczaić się do hałasu i lokalnych problemów. Tak żyję przez prawie trzydzieści lat i muszę powiedzieć, że może nie jest to sielanka, ale pozbyłem się wielu stresów i napięcia nerwowego, które odczuwałem w PRL.

W Polsce mdłości na widok Jaruzelskiego i innych figur wzmagały się z dnia na dzień. Jedynie poczucie humoru, jakie mamy wrodzone, pozwalało mi, jak wielu innym, przetrwać w stanie względnie normalnym. Myślę, że ten humor to broń nie do odparcia dla każdej dyktatury czy systemu przemocy. Oczywiście, wszystko ma swoje granice: trudno wymagać poczucia humoru od kogoś, kogo tłuką na śmierć pałkami w gmachu Urzędu Bezpieczeństwa, albo od kogoś, kto znalazł się w łagrze w „regionach północno-wschodnich” ZSRR.

Humor w narodzie ma różne oblicza: „humor intelektualistów” sączony w kabaretach, filmach i innych publikacjach, odporny na nożyce tępych cenzorów. „Humor władców” – niezamierzony, będący rezultatem ich własnej, naturalnej śmieszności.

Największą jednak rolę odegrał „humor powszechny”, żyjący w społeczeństwie i niezniszczalny. Co skłania podróżnego, żeby w ustępie dworca kolejowego w Katowicach (Stalinogrodzie, lata sześćdziesiąte) napisać „tu się robi ser dla ZSRR”? Te miejsca zawsze skłaniały ludzi do szczerości. Klozet obok siedziby komórki PZPR na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie był skarbnicą „złotych myśli”. Nie zamazywano ich, dopóki nie ukazał się napis: MYŚL LENINA WIECZNIE ŻYWA. Widocznie potraktowano go jako wyjątkowo niebezpieczny.

Władcy, a zwłaszcza dyktatorzy, nie zdają sobie na ogół sprawy, jacy są śmieszni. To, że nie są po prostu wyśmiani i przegonieni gdzie pieprz rośnie przez swych poddanych, ma dwie przyczyny. Po pierwsze (i to chyba wystarczy): dyktatura dopóty istnieje i rządzi, dopóki zabija. Terror utrzymuje się sam swoim działaniem, inaczej nie byłby terrorem. Imperium sowieckie było tego najlepszym przykładem. Ten system był stabilny tylko do chwili, kiedy jego terror był silny i przerażający. Gdy tylko osłabł odrobinę, był to początek jego końca. Gdy patrzę na zdjęcie Hitlera, mam uczucia mieszane: z jednej strony chce mi się rzygać, z drugiej śmiać. Ale to teraz, w wieku XXI. Za jego czasów nie było to nic śmiesznego, przynajmniej dla większości jego poddanych. Tak sobie myślę, że gdyby Niemcy mieli w latach trzydziestych trochę poczucia humoru, nigdy nie doszłoby do drugiej wojny światowej.

Ludzie obdarzeni wyjątkowym poczuciem humoru powinni być otoczeni opieką i poważaniem. Nie wszyscy znają powiedzenie Jasia Muniaka, wspaniałego muzyka i humorysty (on sam zresztą prawie nigdy się nie śmieje), „gdyby nie ten humor, to by człowiek umor”. Humor pozwala nam stawiać czoła stresom i otaczającej nas rzeczywistości.

Czasy komuny nie były wesołe i opowiadanie o niezliczonych komicznych aspektach tej dyktatury może sprawić, że nasze dzieci lub osoby mało zorientowane nabiorą przekonania, że te pół wieku upłynęło nam na żartach i śmiechu. Nie mogę się jednak powstrzymać od zabawnych wspomnień. Na przykład opowiadania o zebraniach partyjnych. Na krakowskim AGH wielu profesorów należało do partii, niektórzy nawet traktowali ideologię marksizmu-leninizmu poważnie. Były to jednak nieliczne, wynaturzone wyjątki. Opowiadano mi, jak to pewien szanowany profesor, członek PZPR, na jednym z zebrań partii przez dwie godziny wpatrywał się w swoje zaciśnięte w pięści dłonie, stykając je wzajemnie w różnych pozycjach. Jego sąsiad w końcu nie wytrzymał i zapytał szeptem:

– Panie kolego, co pan właściwie robi?

Odpowiedź była prosta:

– Wie pan, przez ten cały czas chcę zrozumieć, JAK TE ŻÓŁWIE ZE SOBĄ KOPULUJĄ?

Muszę powiedzieć, że jako pracownik nauki i człowiek dociekliwy, zastanawiam się czasem nad podobnymi problemami, głównie w czasie zebrań lub gapiąc się wieczorem w ekran telewizora (trzeba przecież podtrzymywać życie rodzinne). Problemy są liczne i zupełnie nie rozumiem, dlaczego Krystyna patrzy na mnie dziwnie, kiedy ją nagle pytam: Jak myślisz, czy pingwiny zapładniają się pod wodą czy na lodowcu (biedne zwierzęta!)? Albo, oglądając Batmanapo raz siedemnasty, zaczynam dociekać, czy nietoperz kopuluje czy zapyla? Albo, czy prostytutka ma pracę stojącą czy leżącą? Albo, czy centaur (pół człowiek, pół koń) ma genitalia między nogami przednimi czy tylnymi? Czy ktoś kiedyś widział centaurę, czyli centaura rodzaju żeńskiego? Czym i jak ona karmi swoje dzieci?

Jeśli chodzi o centaura, moja ignorancja w dziedzinie centaurologii okazała się przerażająca. Sprawę wyjaśnił mi Kaziu Robak, wspaniały żeglarz, humanista, dziennikarz, literat, historyk, dydaktyk, znawca muzyki i sztuki filmowej, posiadacz zawodowego prawa jazdy (był kierowcą olbrzymich osiemnastokołowych samochodów ciężarowych w USA), człowiek, który uratował mi życie, gdy byłem jedną nogą w grobie w czasie mojej wycieczki na Florydę – aby tylko wspomnieć niektóre jego atrybuty. Otóż centaur od pasa w dół jest koniem, co definiuje miejsce, gdzie ma jaja. Jeśli chodzi o centaura rodzaju żeńskiego, Kaziu podał mi kilka wiarygodnych źródeł, gdzie znaleźć można jej, to znaczy centaurydy, opisy: na przykład w dziełach Owidiusza i Flawiusza Filostrata zwanego Filostratem Ateńskim. Owidiusz, w Metamorfozach(ks. 12 od w. 405), dokładnie opisuje Hilonomę, żonę centaura Cyllara. Filostrat zaś w Obrazach(czasem autorstwo tego dzieła przypisuje się Filostratowi Lemnijskiemu, zwanego też Filostratem Starszym) wręcz zachwyca się urodą centauryd.

Na niektóre z fundamentalnych zagadnień życiowych znalazłem odpowiedź: Na przykład, do czego służy krawat? Oczywiście do czyszczenia okularów, dlatego powinien być miękki i jedwabny. Inni mają odmienne zdanie: wiadomo, że w wyższych sferach rządowych naszego kraju krawat służy do wycierania ust po posiłku. Z innych kwestii: do czego służą skarpetki (poza tym, że się je zakłada na stopy)? Oczywiście do ekspresowego czyszczenia butów, gdy człowiek się spieszy, a nie może wyjść w butach zakurzonych. Różne inne myśli nasuwają się podczas przesiadywania na zebraniach. Potem, gdy się jedzie autobusem trzy tysiące kilometrów, wracają uparcie. Na przykład: po co Pan Bóg stworzył ptaki? To zwierzęta zupełnie bez sensu. Srają na szyby samochodu i hałasują o szóstej nad ranem. Albo, dlaczego leniwiec, który przebywa zawsze na drzewie, gdzie realizuje wszystkie swoje potrzeby życiowe, raz na tydzień schodzi na ziemię, aby się wysrać? Zupełnie bez sensu.

Jest wiele innych pytań, które mnie dręczą uparcie. Na przykład, jeżeli człowiek puści bąka, to czy potem waży mniej czy więcej? Czy fakir odbywa stosunki seksualne na łóżku normalnym czy z gwoździami? Dlaczego spodnie z biegiem czasu kurczą się w pasie, a nie na długość? To samo dzieje się z koszulami! Albo fundamentalne pytanie z filmu Miś: „Czy miłość to w ogóle w życiu jest możliwa? Czy to w ogóle jest takie coś?”. Kolega Stasia Palucha wyjaśnia mu: „Noo! W telewizji to często pokazują miłość, jak tam się jacyś kochają, albo mówią”. Mało kto zwrócił uwagę na wątek miłosny w tym filmie (oczywiście między Aleksandrą i Stasiem Paluchem, nie Rysiem). Ujawnia się on właściwie tylko w dwóch momentach: gdy Aleksandra mówi do uśpionego Stacha, którego porzuca na dworcu kolejowym: „Dobranoc, książę!”, i kiedy Stasio rozmyśla o istnieniu miłości.

A tak właściwie, to jak długo prawdziwa miłość może utrzymać się po ślubie (zakładając, że istniała kiedykolwiek)? Trudno powiedzieć. Kiedyś mój przyjaciel, wierny katolik, rozwiódł się z żoną i poślubił inną panią, którą pokochał. Wydaje się dozgonnie, skoro napisał do mnie, że ma obowiązek ją kochać. Czy to mu nakazuje religia czy prawo? Czy można kochać z obowiązku? Bez sensu. Znam małżeństwa, w których miłość (tak mi się wydaje) przetrwała przez dziesiątki lat. Ale szare życie codzienne jest inne. Co mogę pomyśleć, słysząc rozmowę między sąsiadkami mojej teściowej:

– Popatrz pani, ten mąż Kowalskiej, taki zacny człowiek i umarł. A ten mój tylko chleje na okrągło i nic mu się nie stanie.

Mam pewne wątpliwości, czy ta pani ciągle jeszcze kocha swojego męża i czy jej miłość jest odwzajemniona, ale kto wie?

To samo mnie zastanawia, gdy pomyślę o żonie mojego kolegi. Ta pani uważa, że mąż to taka osoba, na którą można nasrać (w przenośni, oczywiście), bo i tak może jej naskakać.

Innego dnia rozmowa zeszła na wielodzietną (dwanaścioro) i biedną rodzinę, która mieszkała na tej samej ulicy. Ojciec tych dzieci umarł pewnego dnia. Komentarz sąsiadek był zwięzły:

– No i dobrze, że umarł, bo by jej tak chlastał i chlastał te dzieci.

Rzeczywistość, która nas otacza, też wydaje się pozbawiona sensu. Jedyną pociechą jest fakt, że tak naprawdę (tak mówią filozofowie) rzeczywistość obiektywna w ogóle nie istnieje. Ostatnio ktoś przesłał mi przez e-mail dobrą definicję, cytuję: „Rzeczywistość obiektywna jest to delirium powodowane brakiem alkoholu w krwi”. Może to i prawda?

Kiedy reżim chylił się ku upadkowi, partia na AGH zrobiła się przyjacielska i otwarta, jak gdyby nigdy nic. Jedno z ostatnich zebrań to było zebranie otwarte. Potem opowiadano mi o wystąpieniu profesora G., matematyka, który zabrał głos w dyskusji. Zachęcano do zadawania pytań. Pan profesor zadał pytanie godne dociekliwego matematyka:

– Powiedzcie mi panowie, czy członek członka partii jest członkiem partii?

Obrażono się na niego. Uważam, że niesłusznie, przecież to było całkiem poważne pytanie, chodziło o wyjaśnienie, czy przynależność do PARTII jest operacją przechodnią. Matematycy mają swój, specyficzny, dokładny i zarazem abstrakcyjny sposób myślenia. Podobno zapytano pewnego matematyka: „Jak się ma pana żona?”. Zanim odpowiedział, zapytał: „W porównaniu z czym?”. Wszystko na tym świecie jest względne i musi mieć jakiś punkt odniesienia.

Jedna z anegdot słynnej serii „Radio Erewań” (popularnej w ZSRR lat siedemdziesiątych) jest taka:

– Pyta nas towarzysz Iwanow, czy to możliwe, że gdzieś na świecie żyje krokodyl, który mierzy od głowy do ogona dwa metry, a od ogona do głowy pięć metrów? Odpowiadamy: Możliwe. Na przykład, od niedzieli do wtorku mamy dwa dni, a od wtorku do niedzieli – pięć.

Z tej samej serii:

– Drodzy towarzysze. Za chwilę podamy sygnał czasu z obserwatorium astronomicznego na górze Ararat. Piąty sygnał to dokładnie godzina dwunasta.

Cisza, a potem: pi… pi… pi… pi… pi.

– Dla radiosłuchaczy, którzy nie zdążyli nastawić swoich zegarków, powtarzamy: pi… pi… pi… pi… pi.

Ale wróćmy do Lenina. Przypominają mi się lata pobytu w Moskwie (1972-1976, Instytut Problemów Sterowania Automatycznego w Moskwie). TAM, WTEDY, Lenin był bogiem. Nie będę przytaczał faktów znanych dobrze w Polsce, takich jak kolekcje Leninów w różnych postaciach, dzieciątko Lenin, Lenin w kisielu (portrecik-broszka dzieciątka Lenin wtopionego w masę plastikową w kolorze kisielu), bajeczki dla dzieci o Leninie i tym podobne.

Ja WIDZIAŁEM LENINA W NIEBIE. Idąc ulicą Kuźniecki Most, zobaczyłem ludzi wpatrzonych w niebo. Gdy wyszedłem zza rogu, oniemiałem. W niebie unosił się Lenin. Było po zmroku i Lenin świecił wszystkimi kolorami tęczy na tle ciemnego, zachmurzonego nieba. Nie pojąłem początkowo tego zjawiska. Dopiero gdy zjawisko zaczęło powoli falować, zrozumiałem. To był portret namalowany farbami odblaskowymi na olbrzymiej płachcie, wzniesionej przy pomocy balonów nieco poniżej poziomu chmur, oświetlony reflektorami wojskowymi z różnych punktów miasta. Zmieniano reflektory zgodnie ze zmianą kierunku wiatru, który obracał portretem. Efekt był wspaniały, monumentalny i niezapomniany.

Produkcja Leninów we wszystkich postaciach to była poważna i dobrze zorganizowana gałąź przemysłu. Alosza B. opowiadał, że w pewnym mieście zamówiono pomnik Lenina, który miał być odsłonięty z okazji rocznicy jego urodzin. Pomnik przysłano z opóźnieniem i pech chciał, że w transporcie uszkodzono mu rękę. Była nie do naprawienia, a data odsłonięcia tuż. Zamówiono nową rękę przez teleks, podając numer katalogowy modelu pomnika. Ręka przyszła w ostatniej chwili, przymocowano ją więc w pośpiechu. Po odsłonięciu pomnika okazało się, że Lenin ma jedną czapkę na głowie a drugą trzyma w nowej ręce. Może telex przekłamał, a może panience, która pisała tekst, omsknął się paluszek. Błąd w numerze katalogowym był przyczyną dodatkowej czapki.

Pierwszym słowem, które Agnieszka (nasza córka, wtedy dwa latka) wymówiła z bezbłędnym moskiewskim akcentem w kilka dni po przyjeździe do Moskwy, było: „O! Lienin!”. Trzeba przyznać, że język rosyjski w mowie dziecięcej jest piękny. Z przyjemnością słuchałem bajek Puszkina, które Agusia opowiadała nam po przyjściu z przedszkola. Dziecko uczy się niewiarygodnie szybko i chłonie wiedzę przekazywaną mu przez otoczenie. Przedszkola w ZSRR były dobrze zorganizowane. Niestety, głównym nurtem edukacji było uwielbienie dla KPZR, Lenina, Leonida Breżniewa i Armii Radzieckiej. Córeczka naszego kolegi, który – mimo że kandydował do PZPR – uważał się za wielkiego patriotę, pewnego dnia po przyjściu z przedszkola zapytała:

– Papa! Ty znajesz, czto nasza armia niepabiedimaja? (Tata! Wiesz, że nasza armia jest niezwyciężona?)

Tatuś naiwnie zapytał:

– Jaka armia?

– Nasza, sawietskaja! Ty znajesz czto my razgromili Niemcow,Japoncow, Paliakow. Wsiech my razgromili! (Nasza, sowiecka! Wiesz, że rozgromiliśmy Niemców, Japończyków, Polaków. Wszystkich rozgromiliśmy!)

Tatuś przyszedł do pracy niepocieszony. Nie wiem, czy usiłował wytłumaczyć dziecku pewne fakty historyczne i wyjaśnić, która armia jest „nasza” i czy jest niezwyciężona. Myślę, że nie. Było to zbyt niebezpieczne.

Czasem „akcent propagandowy” był zdumiewający i komiczny. Kupiliśmy dla dziecka płytę z pięknie nagraną bajką o Pinokiu, pod tytułem Złoty kluczyk. Bajka była dobrze zrealizowana, wsparta znakomitą muzyką. Zdziwiłem się, że nie ma tam mowy o Leninie ani o Armii Sowieckiej. Zdziwienie przeszło mi jednak, gdy usłyszałem ostatnie zdanie. Buratino ze swymi przyjaciółmi otwiera złotym kluczykiem drzwi, którymi uciekają od prześladowców. Potem wsiadają na zaczarowany statek, który unosi ich do kraju szczęścia. Zdumieni pytają:

– Kuda-że my papali? (Dokąd zajechaliśmy?)

Słodki głos z oddali odpowiada:

– Przybyliście do Krainy Szczęścia. Tu wszystkie dzieci są szczęśliwe, starcy mają opiekę, wszyscy żyją dostatnio i szczęśliwie, w zgodzie i harmonii.

– A jak nazywa się ten kraj?

Głos z nieba odpowiada:

– ZSRR.

Poprosiliśmy naszego przyjaciela Aloszę (prawie dysydenta), żeby posłuchał i powiedział, co o tym myśli. Jego komentarz był zwięzły:

– SAWSIEM(zupełnie) OCHUJELI.

Biedne były te nasze dzieci wzięte w krzyżowy ogień edukacji szkolnej i domowej. Dziecko, o którego edukację dbali rodzice, wiedziało, że w domu ma wierzyć w Boga i w nauki rodziców, w szkole ma wierzyć w Gierka i PRL, a najważniejsze, żeby nigdy nie mówiło tego, co myśli. Jak to społeczeństwo może być zdrowe psychicznie po tylu latach prania mózgu? Myślę, że potrzeba co najmniej ćwierć wieku, aby to odrobić.

Nie wyobrażam sobie, co czuje i myśli przeciętny Rosjanin teraz, po rozpadzie ZSRR. Wtedy dla Ludzi Radzieckich było oczywiste, że w Polsce uczy się czego innego na lekcjach historii, a w ZSRR czego innego. Nasza sąsiadka moskiewska, gdy doszło do wymiany zdań na temat historii współczesnej, powiedziała:

– Zgadzam się. Przecież wy macie swoją historię, a my naszą, o co więc chodzi?

Dla nich historią było to, co podawały podręczniki, i nikogo nie interesowało, jak to było naprawdę. Mało kto ze znajomych Rosjan wiedział, że w Warszawie w czasie ostatniej wojny było jakieś powstanie. Ci, którzy wiedzieli, wyjaśniali nam, że to był zdradziecki podstęp reakcjonistów, wymierzony przeciw Polsce i przeciw Armii Radzieckiej.

Niektórzy wiedzieli to z własnych doświadczeń. Taras, starszy, miły, kulturalny Ukrainiec, który przeszedł kampanię od Moskwy do Wału Pomorskiego, gdzie był ciężko ranny, wyjaśniał nam, jak mógł, te sprawy. On był jednym z żołnierzy oddziału Armii Radzieckiej, który usiłował przeprawić się przez Wisłę w czasie powstania. W tym krótkim epizodzie Rosjanie dostali się pod ostrzał niemiecki i wycofali na wschodni brzeg ze stratami. Potem wyjaśniono im, że akcja nie udała się z powodu zdrady ze strony Polaków.

Taras odwiedzał nas zawsze, kiedy przyjeżdżał z Kijowa do Moskwy. Kiedyś byłem w domu sam z dziećmi (Krzyś roczek, Aga cztery lata), Krystyna była w Polsce. Taras zadzwonił do drzwi. Jego wizyty zwykle trwały od trzech do pięciu godzin. Był bardzo przyjacielski. Agnieszka lubiła go bardzo, przywoził jej książeczki z bajkami i był bardzo miły. Ale kiedy zobaczył, że jestem sam z dzieciarnią, powiedział, że to tylko na chwilkę i że zaraz pójdzie. Agusia była niepocieszona. Posadziła go na fotelu, prosiła usilnie:

– Diadieńka, ty ostań, nie uchodi. (Wujaszku, zostań, nie idź).

Taras rozsiadł się, odłożył laskę i zdawał się być bardzo zadowolony.

Aga postała koło niego może dwie minuty, po czym powiedziała:

– Nu, posidieł, posidieł i chwatit. (No, posiedziałeś, posiedziałeś i wystarczy).

Musiałem interweniować, aby natychmiast nie wyszedł.

Taras miał w Moskwie panienkę, z którą, mimo jego podeszłego wieku, widywał się zawsze. Zapraszaliśmy go często z okazji imienin, urodzin itp. Pewnego razu, na jednej z takich imprez popito zdrowo i przy stole ktoś coś powiedział na temat otwarcia granicy między Polską i Niemiecką Republiką Demokratyczną. Panienka Tarasa włączyła się ochoczo do dyskusji:

– Nie musisz mi tłumaczyć. Ja pracuję w KGB i wiem lepiej, jak to było. To nasz wydział pracował nad tym i w końcu otwarliśmy tę granicę.

Po gościach powiało chłodem, niektórym wydłużyły się twarze. Nasi znajomi Rosjanie to byli przeważnie dysydenci, prawie dysydenci, lub wariaci. Kola należał do tej ostatniej kategorii, miał „wariackie papiery”. Był to jedyny znany mi Rosjanin, który opowiadał dowcipy o Leninie. Gdy rozpoczęto tańce, usiedliśmy z Kolą w kąciku, rozmawiając i patrząc, jak inni się bawią. Panienka z KGB podbiegła, żeby wciągnąć Kolę do tańca. Wyjaśniliśmy jej, że „my nie dansiory” i żeby sobie znalazła kogoś innego, ale nasz argument nie odniósł skutku. Przestraszyłem się, gdy nagle Kola ciągnięty do tańca zesztywniał, padł na podłogę i dostał drgawek, a papieros przylepiony do dolnej wargi opadł mu na brodę. Panienka w popłochu poleciała do kuchni, krzycząc:

– Dostał padaczki! Umiera! Wezwijcie pogotowie!

Przyjaciele Koli zgromadzili się nad nim. Krystyna przybiegła, popatrzyła i powiedziała stanowczo:

– Kola! Ty pierestań walać duraka i podniemiś niemiedlienno! (Przestań się wydurniać i wstawaj natychmiast!)

Kola wstał, otrzepał ubranko, poprawił resztkę włosów, które miał na głowie, usiadł i podjął przerwaną rozmowę. Śmiechu było dużo, panienka z KGB obraziła się na nas.

Znowu ta sama pustynia i znów ciemno i mgliście. Obrazy moskiewskie gdzieś się rozwiały, mózg mi staje z nudów i myślę coraz wolniej. Tym razem siedzi się lepiej, nabrałem doświadczenia. Droga dłuży się okropnie, nie mogę spać. Nawet z myśleniem nie najlepiej, spozieram tępym wzrokiem w ciemne okno. Kierowca ma odtwarzacz kaset, gra cały czas, pewnie żeby nie zasnąć. Żeby nie ta okropna muzyka, można by wytrzymać, może nawet spać.

Już Guadalajara, jeszcze tylko osiemset kilometrów do domu. Lenin chodzi mi po głowie. Może to obsesja? Jak na złość, mam studenta, który ma na imię Lenin. Jeszcze do niedawna tu, w Meksyku, lubiano bardzo komunizm. Do dziś popiera się komunistów, a imiona Lenin, Rewolucja albo Marx są dość częste. Jeszcze teraz (2010) można czasem zobaczyć w samym centrum miasta stoisko (ogromny namiot) partii komunistycznej, ozdobione olbrzymim portretem Stalina. Spotkaliśmy panią, która miała na imię Stalina, a pewien chłopak ma na imię Maksymgorki. Meksykanie to przemili i dość trzeźwo myślący ludzie. Niemniej ich wyobrażenie o komunizmie jest takie, jak Eskimosów o życiu w dżungli afrykańskiej.

Ciekawe, że wszyscy zwolennicy komuny, jakich znam w tym kraju, to ludzie bogaci. Typowe stanowisko, jakie wyraził pewien pan (własny dom, dwa samochody, prywatny interes i posada na politechnice), jest takie: trzeba w Meksyku wprowadzić komunizm, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Zapytałem go, dlaczego tak myśli, mając poważny dorobek życiowy, i czy się nie boi.

Odpowiedział z pełnym przekonaniem:

– W komunizmie wszyscy będą mieli własne domy i samochody, a nie tylko wybrańcy losu.

Nie dyskutowałem. A powinienem był zadać mu tę znaną zagadkę: jaka jest różnica między koniakiem w kapitalizmie i w socjalizmie? Otóż koniak w systemie kapitalistycznym to napój klasy ludzi bogatych, wyzyskiwaczy i kapitalistów. W socjalizmie koniak to napój robotników i chłopów, pity ustami ich najlepszych przedstawicieli.

Niektórzy zdają sobie sprawę, że komunizm radziecki i kubański nie zadziałał. Mówią: my tu, w Meksyku, zrobimy NASZ komunizm meksykański (czy to nie podobne do „eurokomunizmu”?).

Inni uważają, że trzeba wziąć trochę z komunizmu, a trochę z kapitalizmu, żeby było dobrze. Zawsze im wyjaśniam, że to tak jakby dla taksówek i autobusów wprowadzić ruch lewostronny, a dla innych pojazdów ruch prawostronny, żeby uporządkować ruch uliczny.

Zapytano mnie kiedyś, dlaczego tak nienawidzę komunizmu. Rozśmieszyło mnie to pytanie. Nienawidzić można kogoś a nie czegoś. Ja nigdy nikogo nie znienawidziłem. Jeśli chodzi o komunę, to nie ma ona osobowości. Jak można nienawidzić czyraka, który zrobi ci się na siedzeniu, albo hemoroidów? To trzeba zwalczyć, wyciąć, wyleczyć albo usunąć, a nie znienawidzić.

Wreszcie miasto Meksyk. Jest noc. Lubię patrzeć na sznur świateł samochodów, wyjeżdżających w stronę Queretaro, kiedy zbliżam się do granic miasta. Autostrada schodzi trochę w dół, tak że widać przeciwległy pas jezdni na przestrzeni kilku kilometrów. To wspaniały i przerażający widok: gdy się przymruży oczy, wydaje się, że to lawa wypływająca z wulkanu. Miasto Meksyk to takie wielkie mrowisko. W nocy łunę świateł nad miastem widać z odległości siedemdziesięciu, a czasem stu kilometrów. Jesteśmy już w mieście, ale do domu ciągle daleko. Autobus będzie przebijał się do dworca północnego jeszcze przez pół godziny. Potem trzeba zdobyć taksówkę. O tej porze pojedzie szybko, około czterdziestu minut z dworca do miejsca, gdzie mieszkamy, na południu miasta.

Początki

Po co ja to wszystko piszę? Może już na tyle zdziadziałem, żeby zacząć pisać historię swojego życia? W takich przypadkach zdziadziały autor na ogół opisuje swoje dolegliwości. Mógłbym o nich też pisać (robią to przecież znani literaci), ale jak na razie nie mam ich wiele. Ta żądza pisania wzbiera w człowieku jak taki „paw”, który podchodzi do gardła, aż sobie ulżysz. Rzecz w tym, aby puścić pawia kulturalnie i elegancko. Tak jak znany jazzman Jasiu, który czując fatalne objawy kaca porannego, postanowił iść z kolegami do fryzjera, aby się ogolić i odświeżyć. Tego dnia mieli ważną próbę na festiwalu piosenki w Opolu, musieli być wszyscy w dobrej formie. Siedząc namydlony przed lustrem, poczuł pawia, który wzbierał nieubłaganie. Ktokolwiek inny na jego miejscu wstałby i pobiegł do ubikacji. Jaś popatrzył na fryzjera i powiedział ze stoickim spokojem: „Panie. Pan tak golisz, że aż się rzygać chce”, po czym skorzystał z umywalki, którą miał przed sobą.