44,99 zł
Mogłoby się wydawać, że nie ma nic bardziej przerażającego niż zbliżający się koniec wieloświata, ale przecież zawsze może być gorzej… Na przykład kiedy jesteś jedyną nadzieją ludzkości (i kociości), a na Twojej drodze staje czwórka bezwzględnych demonów, które mogą sprawić, że ty i twoi najbliżsi zakończycie życie w sposób okropny, nagły i niewątpliwie przedwczesny. Baltazar, jego przyjaciele oraz bezczelny do granic możliwości kot Marian powracają w kolejnej odsłonie epickiej serii pełnej potworów, wróżb, eliksirów, klątw, a także zamurowanych w ścianie pracowników administracji błagających o sernik.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 510
Rok wydania: 2025
Przeczucie Frotki
Przydział
U Filipy i Filipa
Dzieją się rzeczy dziwne
Pierwsza w pełni oficjalna misja
Jesteśmy beznadziejni!
Strach i szept
Nić przeznaczenia
Amulet czterech żywiołów
Problem z Patrycją
Dymisja
Zmiana aury
Posiedzenie
Plan
Zawód
Najzimniejszy październik w historii
Śnieżyca w Halloween
Polowanie na zdrajcę
Prawdziwy plan
Kumple na zawsze
Wampirza pomoc
Iskierka nadziei
Wieszczy
Przygotowania do obławy
Zaufaj temu, komu nie ufasz
Wątpliwości
Odrobina spokoju
Głos z krańca światów
Przełom
Pomoc
On wrócił
Oferta
Szantaż
Bunt
Spalone mosty
Nieproszony gość
To nie jest zwykły park
Strach ma wielkie oczy
Niespodziewana pomoc
Coś się zbliża
Awaria w firmie
Wolność
Bitwa
Ultimatum
Przeznaczenie
Czas na decyzje
Niepokój
Cover
Tytuł: Kot Marian i Przeklęty Kwartet
Tekst: Krzysztof Zapotoczny (Krzysztof Otręba)
Ilustracja na okładce: Przemysław Szukaj
Kierownik redakcji: Magdalena Cicha-Kłak
Redakcja: Magdalena Jakuszew
Korekta: Joanna Rutkowska-Marchewka
Przygotowanie wersji elektronicznej: Paweł Kowalski
© Copyright for the text by Krysztof Zapotoczny (Krzysztof Otręba), 2025
© Copyright for this edition by Wydawnictwo Juka-91, Warszawa 2025
TDM Opt-out.
Wydawca dokonuje zastrzeżenia wobec wszelkich działań z zakresu eksploracji publikacji, w tym tekstu, grafik, fotografii lub innych utworów zawartych w niej, mających na celu tworzenie lub rozwój oprogramowania, w tym m.in. szkolenia systemów uczenia maszynowego (TDM) lub sztucznej inteligencji (AI). Korzystanie z publikacji w celach, o których mowa powyżej, bez wyraźnej zgody wydawcy jest zabronione.
www.dwukropek.com.pl
Wydawnictwo Juka-91 Sp. z o.o.
ul. Jutrzenki 118
02-230 Warszawa
Infolinia 800 650 300
Rozdział I
– Tomuś, chodź tu, proszę – zwrócił się do swojego nieco ponad dwuipółrocznego synka pan Kacper.
– Nieee… – odparł przeciągle chłopiec z figlarnym uśmiechem.
Dlaczego z dzieckiem nic nie może być proste?, westchnął w duchu pan Kacper i niecierpliwie zamachał trzymanymi w dłoniach krótkimi dziecięcymi spodenkami, zupełnie jakby miał nadzieję, że syn ruszy w ich kierunku jak byk w stronę płachty. Ponieważ jednak próba się nie powiodła, zapytał:
– Dlaczego nie?
– Bo tu jest jakiś pan… – Uśmiech nie znikał z twarzy Tomusia.
– Jaki pan? – Pan Kacper parsknął w duchu. – Gdzie?
– Stoi za tobą – wyjaśnił z przekonaniem chłopiec i dopiero teraz pan Kacper się zorientował, że syn patrzy nie na niego, lecz w przestrzeń za jego ramieniem.
Pan Kacper obejrzał się dla zachowania pozorów, ale oczywiście nikogo nie spostrzegł.
– I co ten pan niby robi, Tomeczku? – zapytał wesoło, czując, że udziela mu się psotliwy nastrój dziecka.
– Przygląda ci się.
– Mhm, przygląda mi się, no, ciekawe. Cóż, niestety musimy iść na zakupy, a potem zrobić obiad, zanim mama wróci, więc zostawimy tu pana na chwilę, dobrze? – Pan Kacper zdecydował się w końcu sam podejść do syna i go przebrać.
Będąc osobą racjonalną, przyjął, że jego syn plecie trzy po trzy, bo prawdopodobnie przypomniał sobie jakiś fragment bajki lub książeczki albo po prostu postanowił wypowiedzieć pozbawione sensu zdania w ramach ćwiczenia mowy. Będąc zaś fanem horrorów, wprost nie mógł się doczekać, aż będzie mógł oznajmić małżonce: „Ty, słuchaj, co Tomek powiedział”.
Jak pomyślał, tak zrobił, po czym wspólnie wyśmiali sytuację.
Małżonce pana Kacpra, która miała odrobinę bardziej otwarty umysł od niego, było nieco mniej do śmiechu, gdy sytuacje z niewidzialnym panem w mieszkaniu zaczęły się powtarzać.
– Boże, przecież on to mówi, bo widzi, że tym zwraca naszą uwagę – tłumaczył rozbawiony pan Kacper.
Choć musiał przyznać, że gdy raz podczas usypiania Tomuś wskazał palcem na kąt pod sufitem i zaczął się śmiać, poczuł się lekko nieswojo.
– Synku, co ty tam widzisz? – dopytywał. – Przecież tam nic nie ma.
Spokój pana Kacpra został wystawiony na kolejną próbę, gdy podczas powrotu ze spaceru, już niemal pod ich blokiem, Tomuś zapytał:
– Kto to tak krzyczy?
– Przecież nikt nie krzyczy, synku.
Tomuś zrobił minę wyrażającą skupienie, jak zwykle, gdy otrzymywał od rodziców komunikat ewidentnie sprzeczny z jego rozumowaniem.
– To ten pan – stwierdził w końcu.
Pan Kacper westchnął w duchu i postanowił uznać, że najzwyczajniej w świecie głuchnie na starość. To w pełni normalne w jego wieku, w końcu ma już trzydzieści sześć lat na karku.
Otworzył pilotem bramę i, pchając wózek, dotarł podziemnym garażem do windy. Gdy przekręcił klucz w zamku i nacisnął klamkę wychodzących wprost na salon drzwi, oniemiał. Pośrodku pokoju stał kot. Rudy, pręgowany dachowiec o jadowicie zielonych oczach. Wydawał się równie zaskoczony spotkaniem co pan Kacper, który, pogrzebawszy jeszcze na wszelki wypadek w swej pamięci, stwierdził z pełnym przekonaniem, że kota nie posiada.
– Tata, kotek! – wykrzyczał Tomuś.
– Jezu, jak… – wystękał pan Kacper, przestępując próg. – Tomuś, poczekaj, tata zaraz wyciągnie cię z wózka, tylko tu załatwi z koteczkiem…
Koteczek wystawił zęby i zasyczał, a pan Kacper przystanął z wahaniem, nie rejestrując faktu, iż zwierzę nie patrzy już na niego.
Po tej chwili napięcia nastąpiło kilkadziesiąt sekund, w czasie których pan domu i nieproszony gość miotali się po mieszkaniu w akompaniamencie krzyków, miauknięć i wesołych zawołań Tomusia. W końcu pan Kacper wpadł na pomysł, by zarzucić na intruza koc. Płachta pofrunęła w kierunku zwierzęcia, które w tym akurat momencie stało na kuchennym blacie. Kot wyskoczył przed siebie, unikając pojmania, i na chwilę – pan Kacper mógłby przysiąc! – zawisł w powietrzu, jakby było tam coś, na czym mógł przystanąć i wbić w to pazury. Ponieważ jednak po ułamku sekundy nieproszony gość spadł na podłogę, pan Kacper szybko wyrzucił z głowy ewidentne przywidzenie i znów sięgnął po koc. Okazało się to całkowicie niepotrzebne, bo z jakiegoś powodu kot nagle przemaszerował przez salon i wyślizgnął się z mieszkania przez częściowo wybite okno. Pan Kacper, który dopiero teraz spostrzegł szkodę, ze zdumieniem stwierdził, że niektóre fragmenty szkła wyglądają na przypalone.
Z odrętwienia wyrwało go nawoływanie Tomusia. Otrząsnął się z szoku, wyszedł na korytarz i zamknął drzwi.
– Chodź, synu – powiedział. – Pójdziesz na chwilę do babci, a ja kupię wiadro odkażacza i wysterylizuję dom. Przecież on mógł być wściekły.
– Wściekły kotek? – zapytał Tomuś.
– Wściekły kotek, tak. I muszę jakiegoś szklarza wyguglować…
Podczas sprzątania mieszkania pan Kacper wraz z małżonką głowili się nad tym, co mogło wybić szybę i zostawić na niej ślady osmolenia. Ostatecznie stwierdzili, że jakieś dziecko musiało im wrzucić na parapet petardę – w końcu drugie piętro to nie aż tak wysoko, aby było to niemożliwe. Rozwikłanie zagadki oboje przyjęli z tak wielkim zadowoleniem, że nie zastanawiali się już specjalnie nad tym, dlaczego w ślad za petardą do ich mieszkania wskoczył kot, jak również nie frasowali się tym, że żadnych fragmentów wybuchowego gadżetu nie znaleźli.
W całej tej aferze całkowicie umknął im jeden istotny fakt – od wizyty kota Tomuś już nigdy nie wspomniał o tajemniczym niewidzialnym panu.
* * *
W tym samym czasie mieszkająca w starej willi na Biskupinie pani Grażyna zauważyła dziwną zmianę zachowania u swoich trzech kotów (a ściśle rzecz biorąc, jednego kota i dwóch kotek). Zazwyczaj te podstarzałe już zwierzęta całymi dniami wylegiwały się pod oknem (a zimą na grzejnikach) i wstawały jedynie do kuwety lub swoich wiecznie pełnych misek. Ostatnio jednak pociechy Pani Grażyny wydawały się niespokojne – dreptały po domu, uważnie rozglądały się po kątach, jakby czegoś szukały, a czasami nawet, o zgrozo, wychodziły na podwórko, czego nie robiły już od lat. Wyglądały przy tym na jakieś takie… zirytowane. Bardziej niż zwykle.
Podobne obserwacje nie były obce innym mieszkańcom Wrocławia, którzy tłumaczyli sobie niecodzienną zmianę zachowania swoich pupili upałami – nieustępującymi od wielu dni i wyjątkowymi nawet jak na sierpień.
Z kolei pan Michał z Nowego Dworu na własnej skórze przekonał się, że w opowieściach o wyciąganiu chorób z człowieka przez koty jest sporo prawdy. Od kilku tygodni bowiem cierpiał na zaburzenia snu i nocne poty, a także miał problemy z koncentracją, mdłości, napady lęku i koszmary (wielokrotnie śniło mu się, że postać o upiornej twarzy siedzi na jego piersi i ściska go za gardło). Początkowo podejrzewał, że w jego mieszkaniu znajdować się musi jakaś podtruwająca go substancja – na przykład czarna pleśń – ponieważ wszystkie dolegliwości atakowały go wyłącznie wtedy, gdy był u siebie. Potem przekonał się jednak, że przyczyna chorobowego stanu musiała tkwić w nim. Do wniosku tego doszedł pewnego dnia, gdy wracając z pracy, otworzył drzwi mieszkania, a wraz z nim do środka wślizgnęła się łaciata kotka. W pierwszej chwili pan Michał miał zamiar przepędzić intruzkę, ale wtem dostał dreszczy i znów poczuł się źle, i to na tyle, że musiał położyć się na kanapie. Gdy tylko to zrobił, jego umysł natychmiast gdzieś odpłynął.
Kiedy pan Michał się ocknął, stwierdził trzy rzeczy. Pierwsza: kotka wylegiwała się w jego nogach, mrucząc głośno. Druga: stojąca zazwyczaj na kredensie karafka znajdowała się obecnie na podłodze (w kawałkach). Trzecia: czuł się świetnie pierwszy raz od kilku tygodni. Z jakiegoś powodu przyszło mu do głowy, że to właśnie kotka go uzdrowiła. Z uwagi na świetne samopoczucie oraz to, że nie chciał kusić losu, postanowił zaopiekować się zwierzęciem. Kotka została u niego na stałe. A chociaż nagłą wizytę futrzaka w swoim mieszkaniu uważał za osobliwą, nie zaprzątał sobie tym specjalnie głowy, bo miał wrażenie, że ostatnimi czasy koty w mieście ogólnie zachowywały się dziwnie.
Rzeczywiście, nawet wielu z tych wrocławian, którym nie było dane służyć żadnemu futrzanemu uosobieniu pogardy, łakomstwa, pychy i lenistwa, musiało dostrzec pewną zmianę nawyków w kociej społeczności miasta. Zwierzęta zdecydowanie częściej widywano na ulicach, zaglądały przez okna do domów, czasami chodziły parami albo trójkami… Naturalnie było to niecodzienne, choć nie na tyle, by przejmować się tym bardziej aniżeli na przykład przedłużającymi się jak zwykle wakacyjnymi remontami.
Jednym z tych niepospolicie zachowujących się zwierzaków była Frotka, kotka syjamska, która pewnego upalnego dnia maszerowała ulicą Januszowicką na osiedlu Borek. Frotka nie miała dobrego humoru. Była zmęczona, spragniona i było jej potwornie gorąco. Była też głodna – od wczoraj niczego nie zjadła, bo ludzie, z którymi mieszkała, wpadli na durny pomysł i zmienili jej karmę. Słyszała, jak bredzili, że ta jest zdrowsza i lepsza. Zasadniczo Frotka uważała, że jej podwładni nie byli znowu tacy najgorsi, ale doprawdy, takimi zachowaniami utwierdzali ją w przekonaniu, że nawet jeśli czasami mają dobre chęci, to jednak są idiotami. Szczególnie świadczyły o tym wypowiedziane przez nich słowa: „Jak zgłodnieje, to się namyśli”.
Akurat, myślała Frotka, skręciwszy w aleję Jaworową. Prędzej zdechnę, niż to zjem. Była co do tego przekonana, a gdyby jej ludzcy partnerzy znali się nieco lepiej na kociej psychice, również nie mieliby co do tego żadnych wątpliwości. Wszak o ile za prawdziwe uznać należało stwierdzenie: „Żadna istota nie zagłodzi się z własnej woli tylko z tego powodu, że musi zjeść coś innego niż swój ulubiony przysmak”, o tyle równie prawdziwym było: „Poza kotami. One tak”.
Frotka przystanęła przy płocie, za którym posadowiony był opuszczony komisariat policji. Ponieważ płot i bramę zabezpieczono dyktą, wskoczyła na dach stojącego obok samochodu, by zerknąć na okazałą przedwojenną willę noszącą ślady zniszczenia i wieloletnich zaniedbań. Już jakiś czas temu wyczuła, że coś tam jest. Wtedy też zajrzała do środka i zorientowała się, że miejsce próbuje nawiedzić gromada bezkostów. W zasadzie był to jej rewir i powinna była się nimi zająć, ale strasznie jej się nie chciało. Ostatecznie to tylko opuszczony dom, miała inne priorytety. Odczekała kilka dni, upewniła się, że potwory całkowicie przedostały się do naszego świata i zgłosiła sprawę odwiedzaczom. Niech ludzie się tym zajmują, ona i tak ma masę roboty.
Najwyraźniej do dziś nikt tego nie załatwił, bo Frotka wyczuwała bijącą ze środka aurę potwornej obecności. Co więcej, wydawała się znacznie silniejsza niż ostatnio… Znacznie.
Święta Bastet, czy ja muszę robić wszystko sama?, zirytowała się kotka, przeskoczyła przez płot i szybkimi susami pokonała odległość dzielącą ją od budynku. Przycupnęła przy zakratkowanym oknie i skupiła się. Zaraz… Coś tu nie grało. To uczucie było zdecydowanie za silne, żeby mogło je wywołać kilka bezkostów. Ani kilkanaście. Ile ich się tam wdarło…? Może należało jednak zdusić sprawę w zarodku…?
No cóż, teraz już po ptakach, pomyślała, i bez specjalnego zażenowania opuściła posesję. Niech ludzie też się wykażą. Zresztą, może przeczucie mnie myli? W końcu jestem potwornie głodna…
Rozdział II
Kilka dni przed tym, jak Frotka rozmyślała o wpływie głodu na kocie zmysły, w gabinecie przewodniczącego Dolnośląskiej Rady Odwiedzaczy toczyła się żywiołowa dyskusja.
– Nie, Baltazar, powtarzam, że to wykluczone – powiedział z naciskiem Gottfrid. – Jesteś z tego obowiązku zwolniony. Pozostali guślarze muszą działać, bo nie mamy innego wyjścia. Ale ty nie musisz.
– Ale chcę – odparł po raz kolejny Baltazar. – To jest nie fair, że moi przyjaciele mają się narażać, podczas gdy ja będę siedział w domu.
– Wiesz, że jest tego powód.
Baltazar wiedział, ale nie przyjmował tego do wiadomości. Nie chciał jako jedyny być bezczynny, kiedy tyle się działo.
A działo się. Kilka tygodni temu dobiegła końca misja w podziemiach Wrocławia, mająca przerwać nazistowski eksperyment zmierzający do przyzwania złowrogiej pradawnej rasy na Ziemię. Nie da się ukryć, że finał nastąpił z hukiem. Po pierwsze: zamiast, jak planowali, zneutralizować, uruchomili obeliski będące pozostałością po Przedwiecznych. Po drugie: przeprowadzili rozmowę z jednym z ich przedstawicieli, który ukazał im się jako niewyraźny majak. Po trzecie: ich działania odniosły skutek zupełnie inny, niż chcieli, przed czym ostrzegała ich Anna Żywioł i co w jednym ze swoich komentarzy zasugerował sam Przedwieczny.
Jak się okazało, uruchomienie konstrukcji zwanej Muchołapką w kompleksie pod placem Solidarności uczyniło świat znacznie podatniejszym na nawiedzenia. Profesor Bogucki ujął to w wyjątkowo prostych słowach: „Nasz świat to teraz lep, a potwory to muchy”. Wszyscy pokładali nadzieję w tym, że efekt jest tymczasowy, ale jak na razie konieczne było zmierzenie się z konsekwencjami. Konsekwencje zaś były takie, że Ziemia stała się celem istnej inwazji monstrów z całego wieloświata. Zamiast więc skupić się na zagrożeniu ze strony Przedwiecznych i przygotowaniu się na starcie z pradawną rasą, odwiedzacze musieli dać odpór tej napaści, bo w przeciwnym wypadku ludzie mogliby nie doczekać spotkania z dawnymi władcami światów.
Najgorzej było w Europie, konkretnie w Europie Środkowej. A Wrocław, pod którym znajdowała się Muchołapka, czyli przyczyna chaosu, stał się istnym okiem potwornego cyklonu. Liczba nawiedzeń w mieście przekraczała możliwości odwiedzaczy. Pomoc z kraju i ze świata nie płynęła, każdy region na Ziemi miał bowiem swoje problemy. Mniejsze lub większe, ale miał.
Stan rzeczy był więc taki, że koty i odwiedzacze we Wrocławiu harowali na trzy zmiany, a do działań angażowano każdego, kto miał przynajmniej trzynaście lat i poziom guślarza. A tych, którzy go nie mieli, zachęcano do jak najszybszego zdobywania go. Efekt naturalnie był odwrotny – większość młodzieży postanowiła przerwać starania o kolejne stopnie, aby uniknąć narażania się. Z kolei ci z pracowników administracji Swaroga, którym kiedyś udało się zdobyć trzeci poziom wtajemniczenia, z tego samego powodu zaczęli masowo podważać swoje osiągnięcia, przyznając się do oszustw, łapówek i innych czynów mogących skutkować pozbawieniem ich tytułu.
Przyjaciele Baltazara – Amelia, Kaśka i Konrad – wraz z którymi zdobył stopień guślarza równo dwa miesiące wcześniej, migać się nie mogli i lada moment mieli dostać swój przydział. Baltazara postanowiono zwolnić z obowiązku, bądź co bądź wiążącego się z ryzykowaniem życia – uznano, że byłoby niefortunnie, gdyby nie dożył spełnienia się przepowiedni, której jako wybraniec był dość istotnym elementem.
W zasadzie Baltazar powinien się cieszyć – w jego pamięci jeszcze nie zatarło się świeże wciąż wspomnienie koszmarów, które przeżywał w podziemiach Wrocławia, i dojmującego strachu przed śmiercią, jaki mu w tamtym czasie towarzyszył. Z drugiej strony ostatecznie trochę go to uodporniło, i myśli o widmie paskudnego końca, jaki mógł go czekać podczas wykonywania pracy odwiedzacza, nie były już tak natarczywe. Nade wszystko jednak absolutnie nie wyobrażał sobie, że miałby nie towarzyszyć przyjaciołom, którzy do tej pory nie wahali się ryzykować, by mu pomóc. Bez wątpienia wyszedłby na totalnego frajera, a zdecydowanie nie chciał, aby najbliższe mu osoby tak o nim myślały. Szczególnie Amelia.
Baltazar zauważył, że od kiedy jego koleżanka przestała wyglądać jak zwłoki w pierwszych stadiach rozkładu (za co podziękowania należały się Marianowi, który wepchnął ją do wanny z cudownym nazistowskim eliksirem), z jakiegoś powodu jeszcze bardziej obchodziło go jej podejście do niego. Bez wątpienia wynikało to z faktu, że nabrała pewności siebie, promieniowała uśmiechem i ogólnie była bardziej pogodna, co dawało nadzieję na wzniesienie ich relacji na nowy poziom. Przyjaźni, naturalnie. Z pewnością nie miało to nic wspólnego z tym, że pod należącą już do przeszłości aparycją żywego trupa kryła się dziewczyna, która zwyczajnie mu się podobała i którą w dodatku bardzo lubił.
– Czemu w takim razie nie zwolnicie również ich? – zapytał Szweda.
– Myślisz, że bym nie chciał? – Gottfrid potarł skronie i wydał z siebie westchnięcie człowieka, który od dłuższego czasu ma za dużo na głowie. – Ja w ogóle uważam, że angażowanie kogokolwiek poza wykwalifikowanymi odwiedzaczami to poroniony pomysł i że prędzej czy później zdarzy się nieszczęście. Ale to nie ode mnie zależy. Nakaz zaangażowania wszystkich guślarzy i sztukmistrzów we Wrocławiu przyszedł z góry. Z Warszawy. Panicznie boją się ofiar w ludziach i dekonspiracji…
Wypowiedź przerwał dźwięk telefonu. Szwed odebrał.
– Tak? Tak, wiem, pamiętam. – Gottfrid westchnął. – No to co, że się awanturuje, przecież nie wyjdzie z celi. Zamówcie jej sushi, to się uspokoi na chwilę, gwarantuję. Powiedzcie, że będę u niej dzisiaj, ale jeszcze nie wiem o której. Do widzenia.
Odłożył słuchawkę i odetchnął.
– Dzwonili z oddziału zamkniętego w sprawie naszej wspólnej znajomej, Ani Żywioł – wyjaśnił. – Piekli się, bo ostatnio zaatakowała ją wieszczyca. Pod postacią ćmy przecisnęła się pod szparą w drzwiach i próbowała ją zabić. Widzisz, co mamy na głowie? Nie panujemy nawet nad tym, co się dzieje w firmie. Nie dziw się więc, że na szczycie wybuchła panika… Ale robię, co mogę, naprawdę, uwierz mi – kontynuował Szwed po chwilowej pauzie. – Może jak za dwa–trzy tygodnie świat się nie zawali, to uda mi się przekonać ich chociaż do podwyższenia limitu wieku do szesnastego roku życia. A tymczasem…
– A tymczasem ja będę im towarzyszył, bez względu na to, czy dostanę przydział, czy nie – wtrącił Baltazar z naciskiem.
Wiedział, że i tak nic mu nie zrobią, nawet jeśli popełni jakieś odwiedzaczowe przestępstwo. A na pewno nie zamkną go w jednym z tych swoich absurdalnych lochów, do których wsadzają łamiących prawo ludzi i koty. W końcu nie może oglądać spełniania się przepowiedni zza krat.
– Wolałbym, żebyś tego nie robił – odparł spokojnie Szwed, gładząc bródkę. – Nie martw się, jestem pewien, że wasz opiekun, Leon, nie pozwoli, by twoim przyjaciołom coś się stało. Proszę cię więc – powiedział z naciskiem – żebyś tego nie robił. Jak na swój wiek wykazałeś się aż nadto. Naprawdę nie musisz nikomu niczego udowadniać.
– Wiem. – Baltazar kiwnął głową po chwili milczenia. – Doskonale to rozumiem.
– Cieszę się. – Gottfrid również odpowiedział kiwnięciem; wydawało się, że uznał gest i słowa rozmówcy za dowód dojścia do porozumienia, bo zmienił temat. – Jutro lecę z Janasem do Nowego Jorku – dodał, znów wzdychając. – Siozo ma obradować o tym, co wydarzyło się w poniemieckich podziemiach i… o tobie.
– W jakim sensie?
– Nie wiem. Mam nadzieję, że w dobrym. Ale na wszelki wypadek, gdy tylko dowiedziałem się od Janasa o tym zjeździe, przekonałem go, że powinienem wziąć udział. Chcę trzymać rękę na pulsie. Trudno powiedzieć, jakie są nastroje w świetle faktu, że po roku naszych działań w sprawie Przedwiecznych jesteśmy w zasadzie w punkcie wyjścia i do tego mamy na głowie bezprecedensowy najazd potworów. Przy okazji postaram się ostatecznie załatwić sprawę Kasi, jeśli Vásquez okaże się małostkowy i będzie chciał jej narobić problemów. – Szwed nawiązał do szantażu, którym posłużył się szef ŚOZO w ramach próby zmuszenia Baltazara do oddania się pod jego opiekę. – W razie czego zabiorę w tej sprawie głos na obradach i ośmieszę go na tyle, że będzie po wszystkim.
– Niech pan uważa. To straszna menda. Przepraszam.
Gottfrid prychnął pod nosem z lekkim rozbawieniem, by zaraz się opanować i przybrać poważny wyraz twarzy.
– Dziękuję za troskę, ale nie wyrażaj takich opinii – nakazał. – Szczególnie publicznie, bo nie wiadomo, kto akurat usłyszy. Okej?
– Okej. I powodzenia na zjeździe.
Gottfrid podziękował, po czym się pożegnali, a Baltazar udał się na oddział potworów. Co prawda miał się spotkać z przyjaciółmi dopiero za pół godziny, ale Amelia i tak była przecież u siebie.
Na korytarzach siedziby odwiedzaczy panowała nerwowa atmosfera – wszyscy się gdzieś spieszyli i mieli bardzo niewyraźne miny.
– Nie uwierzyli mi, że wspomagałem się artefaktem wzmacniającym moc wody podczas egzaminu na guślarza! – zajęczał rozpaczliwie do swojej koleżanki mijający Baltazara mężczyzna. – Do końca tygodnia muszę odwiedzić topielca, który podobno grasuje w fosie! Przecież ja nie mam o tym pojęcia!
– Może spróbujesz spaść ze schodów albo coś i pójdziesz na zwolnienie? – zasugerowała konspiracyjnym tonem towarzysząca mu kobieta. – Jeden gość z biura przepustek tak zrobił.
– I co? Udało się?
– No, jeszcze jak! Co prawda na razie jest w śpiączce, ale ostatnio i tak narzekał, że ciągle chodzi niewyspany…
Dalej Baltazar już nie dosłyszał. Do najbliższej windy była spora kolejka, więc zdecydował się pójść schodami. Na klatce minął kilka kotów, które w wyjątkowo wulgarnych słowach narzekały na nadmiar pracy.
– Ostatnio musiałem wybić szybę, żeby dostać się do jednego mieszkania, i jeszcze jakiś kretyn ganiał mnie z kocem! – skarżył się zielonooki rudy kocur. – Przecież to jest chore! Jestem na granicy, mówię wam!
– Jak chcesz, to mam dojście do kocimiętki – zaproponowała zdradzającym objawy nerwicy tonem szara kotka o dziwnie dużych źrenicach.
Gdy dotarł na oddział potworów, przekonał się, że panuje tu równie duże poruszenie co kilka pięter wyżej. Główna sala z wysokim sklepieniem wspieranym przez grube kolumny z rozgałęziającymi się głowicami była wyjątkowa zatłoczona. Szukanie wolnego miejsca przy ławach i stolikach nie miało sensu; wydrążone w ścianach loże również wypełnione były po brzegi. W świetle pochodni licznie majaczyły upiorne twarze wszelkiej maści i pochodzenia. Z panującego gwaru dało się wychwycić strzępki rozmów, z których wynikało, że niemal wszystkie prowadzone są na ten sam temat.
– Istna inwazja, czegoś takiego od lat nie było… – mówiła, żywo gestykulując, oparnica, niebieskoskóra istota pokrewna rusałkom.
– Miejmy nadzieję, że to nie wpłynie na zwiększenie się niechęci do potworów… – martwił się paskudnik, którego dobrotliwy ton głosu stał w kontrze do paskudnej aparycji.
– Słyszałem, że podobno na obrzeżach miasta pojawił się dziki łowca. Nie widziano ich od lat… – relacjonował konspiracyjnym tonem bladolicy, czerwonooki jegomość zwany straszydłem.
– Ja tylko mówię, że się zastanawiam, jak powinniśmy się zachować w tej sytuacji – tłumaczył kobyli łeb, niewielki potwór, który swą nazwę zawdzięczał temu, że kształtem przypominał czaszkę konia. – To może być punkt zwrotny w układzie sił na tym świecie i wszyscy powinniśmy się zastanowić…
– Jak ci się z ludźmi nie podoba, to wracaj straszyć po oborach! – zirytowała się północnica. – Widzieliście go, jaki mądry.
– Jestem pragmatykiem…
– Jesteś głową konia. Nie będę słuchać rad od chodzącego łba.
– Próbowaliście już pieczonych jaj latańca w białej czekoladzie? – wyłamał się ktoś.
Baltazar szybkim krokiem przemierzył salę i udał się ponurymi, lochopodobnymi korytarzami pod pokój Amelii.
– Proszę! – usłyszał, gdy zapukał do drzwi. Wszedł do środka. – Baltazar? – zdziwiła się Amelia, półsiedząc na łóżku z książką. – Już dziesiąta? – Sięgnęła po telefon.
– Nie, ale byłem wcześniej u Gottfrida zapytać o to nieporozumienie z brakiem planów co do przydziału dla mnie.
– O, i co powiedział?
– W sumie nic. – Baltazar machnął ręką. – Że chcieli mnie chronić i takie tam. W każdym razie mogę po prostu iść z wami – dodał tonem, który nie sugerował, że Gottfrid się temu kategorycznie sprzeciwiał.
– No ale jak nie musisz, to może faktycznie sobie odpuść, na brak wrażeń raczej nie cierpisz… – zatroskała się Amelia.
– Chyba oszalałaś, jeśli myślisz, że cię puszczę samą na jakieś potwory – odparł Baltazar i choć czuł, że już to zabrzmiało dość głupio, nie wiedzieć czemu poszedł za ciosem i dowalił jeszcze: – Nie mogę pozwolić dziewczynie tak się narażać. He, he – zaśmiał się nerwowo na koniec, chociaż wiedział, że to i tak nie uratuje tej tragicznej wypowiedzi.
Boże, czemu ja ostatnio takie głupoty gadam przy niej?, zirytował się, patrząc na uśmiechającą się uprzejmie Amelię, która prawdopodobnie myślała nad tym, jak wydostać jego i siebie ze szponów żenady. Wcześniej mi się to nie zdarzało!
– Nie idę sama, tylko z Kaśką i Konradem, jak coś – powiedziała w końcu, nie przestając się uśmiechać. – Tekst o narażającej się dziewczynie po prostu przemilczę, bo naprawdę nie wiem, jak z tego wybrnąć. He, he.
Baltazar zaśmiał się jeszcze bardziej nerwowo i powstrzymując chęć uderzenia głową w ścianę, usiadł na fotelu przy biurku. Kiedyś pewnie zająłby miejsce koło koleżanki, ale teraz miał poczucie, że nie wypada.
– Nie wiesz, czego chce Kaśka? – zapytał, nawiązując do faktu, że to właśnie ona była inicjatorką dzisiejszego spotkania w „ważnej sprawie”.
– Nie. Naprawdę nie rozumiem, czemu ona nie może czasami po prostu napisać, o co jej chodzi, jak normalny człowiek. – Amelia wzruszyła ramionami. – A w ogóle to nie wiem też, dlaczego musimy spotykać się pod ziemią, a nie gdzieś na mieście, skoro wyglądam już zwyczajnie.
– To mi akurat zdradziła. Mówiła, że i tak będziemy musieli coś załatwić w firmie.
– Mhm. No to zaraz się dowiemy – podsumowała Amelia. – Dokończę sobie rozdział, okej? – Machnęła książką.
– Jasne – zgodził się Baltazar.
Starając się wyglądać na odprężonego, zaczął wodzić wzrokiem po wypełniających loszek meblach z zaangażowaniem kogoś, kto ogląda je pierwszy raz i w dodatku powierzono mu zadanie zrecenzowania wystroju pomieszczenia. Amelia wprowadziła ostatnio trochę zmian – zniknęło sporo różu, co Baltazar uznawał za duży plus.
– Ej! – odezwał się znów po jakichś trzydziestu sekundach. – Słyszałem, że przedłużyli zapisy na halloweenowy turniej tańca. – Jak się dowiedział, życie towarzyskie odwiedzaczy miało trwać w najlepsze, by nie obniżać już i tak podupadłych nastrojów. – Wciąż możemy się zgłosić i tym razem wystąpić. Układ już mamy, więc musimy tylko powtórzyć.
Gdy w zeszłym roku Baltazar podstępnie zasabotował ich udział w konkursie, a potem w ramach przeprosin obiecał koleżance odpokutowanie przy następnej okazji, nie spodziewał się, że to on będzie inicjatorem wywiązania się z przyrzeczenia. W normalnej sytuacji robiłby wszystko, aby przekonać ją do zrezygnowała z występu, bo tańca nienawidził nawet bardziej od wuefu. No ale teraz, kiedy już Amelia odzyskała ludzką postać, powinien zdusić w sobie tę niechęć i zrobić dla niej coś miłego, aby uczcić ten sukces. W końcu od czasu do czasu trzeba poświęcić się dla przyjaciela…
– A, tak. – Amelia spojrzała na niego znad okładki. – Ale sama nie wiem… Przecież teraz będzie tyle roboty, że może być nam ciężko znaleźć czas i chęci na ćwiczenia. Szczególnie że za dwa tygodnie zaczyna się szkoła. A to przecież ostatnia klasa, czeka nas egzamin ósmoklasisty…
– Przecież i tak idziemy do liceum Swaroga, które jest obok. Co zrobią, nie przyjmą nas? Damy radę, obiecałem ci.
– Nieee, odpuśćmy sobie. Sama nie mam teraz do tego głowy. Chyba się cieszysz? Przecież nie cierpisz tańczyć.
– A, skoro tak… nie no, jasne, że się cieszę, pewnie, super, megaulga, nie mogłaś zrobić mi lepszego prezentu, naprawdę ekstra – powiedział na jednym wdechu, idiotycznie wymachując zaciśniętą pięścią na wiwat.
Na szczęście nie musiał długo ukrywać zawodu, bo chwilę potem dołączyła do nich pozostała dwójka z ich paczki.
– I co, byłeś u Gottfrida? – zapytał Konrad.
– Tak. Nie dostanę przydziału, ale po prostu będę chodził z wami.
– Aha, czyli wybraniec jest na tyle fajny i ważny, że może sobie dozować wrażenia wedle uznania? – zaśmiał się kolega.
– Coś w tym stylu.
– Mając na uwadze nasze plany, to w sumie żadna różnica – stwierdziła Kaśka. Usiadła na łóżku z plecakiem na kolanach, w którym od razu zaczęła grzebać.
– A jakie są nasze plany? – zainteresowała się Amelia.
– Patrzcie, co mam! – Zamiast odpowiedzieć na pytanie, Kaśka z wyszczerzem na twarzy wyciągnęła wielką księgę. Okładka przedstawiała ponury dom, przed którym stał chłopak i wpatrujący się w niego święcącymi oczami kot. Tytuł głosił: „Potwory i odwiedzacze. Gra rpg”. – Gra fabularna! Przez lata jej nie było i właśnie wznowili! Pogramy? Zaklepuję mistrza gry!
– I to są te plany? – Baltazar zmarszczył brwi, patrząc na kota na okładce. Strasznie przypominał mu Mariana.
– Nieee, to przy okazji – wyjaśniła koleżanka i podała podręcznik do gry sięgającej po niego z zainteresowaniem Amelii. – Plan mam inny!
– Jaki?
– Genialny, jak to ja!
– Boże, mów.
– Nie no, dobra, tak na poważnie. – Kaśka odłożyła plecak i usiadła na materacu po turecku. – Wywiedziałam się wszystkiego i wiem, jaki powinien być nasz następny krok. Ogólnie to jest tak, że każdy guślarz i sztukmistrz musi teraz wyrobić limity odwiedzania, które narzuca Swaróg. Większość przypadków na szczęście i tak załatwiają koty, zanim potwory zmaterializują się na tyle, by ludzie mogli je dostrzec, ale przy tej skali nie nadążają dużo bardziej niż zwykle.
– Czyli my też dostaniemy takie limity do wyrobienia? – zapytał Konrad.
– Tak. I będą nam od razu przydzielać konkretne przypadki niby dostosowane do naszych zdolności i naszego poziomu. Mają cały system, żeby ludzie się nie dublowali i żeby był porządek. Ale jak to zwykle tu bywa, działa średnio, często trzeba jechać na drugi koniec miasta albo ktoś nie ogarnie, że dany odwiedzacz włada mocą ognia, a system przydzielił mu na przykład spaleńca, i lipa.
– A co my możemy w związku z tym zrobić? – włączyła się Amelia, wciąż przeglądając podręcznik do nowej gry.
– Jak się okazuje, bardzo wiele – odparła Kaśka. – A mianowicie, musimy udać się do Trygława, do lokalu „U Filipy i Filipa. Questy, achievementy i wszystko, czego potrzebujesz, by wreszcie uporządkować swój odwiedzaczowy rozwój”. Tam teraz jest giełda zadań! Możesz iść i wrzucić swoje do puli, żeby ktoś je przejął, a wybrać inne, których ktoś nie chciał. I w ten sposób dobrać wszystko pod siebie, żeby najlepiej ci pasowało. Żeby potwór był wrażliwy na twoją moc albo artefakty, którymi dysponujesz, żeby jego poziom nie był za wysoki, żeby do miejsca nawiedzenia był dobry dojazd komunikacją miejską od twojego domu… I tak dalej.
– Swaróg się na to godzi? – zapytał Konrad.
– No pewnie! Dopóki ludzie wyrabiają limity, to ich to w ogóle nie obchodzi, a wręcz się cieszą! Ktoś usprawnia ich system, a oni nie muszą przykładać do tego ręki! Rynek sam naprawia to, co knoci administracja!
– Czyli jak dostaniemy… – zaczął Baltazar. – To znaczy dostaniecie przydziały, to idziemy tam i wrzucamy je na giełdę, a sobie dobieramy jakieś pod nas?
– Dokładnie tak. – Kaśka kiwnęła głową. – To znaczy nie do końca – zreflektowała się. – Idziemy tam zaraz. Możemy sobie dobrać przydziały na giełdzie już, i w systemie będziemy mieli je liczone, a nie będziemy musieli martwić się wymianą. Potem możemy wracać po kolejne i kolejne, dopóki się to nie skończy. No i oczywiście na akcje będziemy chodzić razem, żeby się wspierać i żeby było bezpieczniej.
– Czyli rzeczywiście miałaś plan – podsumował Baltazar.
– No ba! To jak, idziemy?
Rozdział III
– Ej, Amelia, a w sumie co teraz z tobą będzie? – zainteresował się Konrad, gdy w Trygławie stali w kolejce do piekarnio-cukierni „Pod Żytnim Żmijem”, na co uparła się dziewczyna. Od kiedy była znów w pełni człowiekiem, z wielką pasją przypominała sobie smak potraw innych aniżeli surowe mięso i podroby.
Półki tego każdorazowo zatłoczonego lokalu uginały się od bajgli, bułek, chlebów, kanapek, ciabatt, pasztecików, pizzerek, muffinek, pączków, drożdżówek, babeczek, croissantów, rogali, precli, jabłeczników, strucli, pierników, serników, tortów i innych wszelkiej maści słodkich i słonych wypieków. Słowem: było w czym wybierać. Poza wyrobami piekarskimi i cukierniczymi miejsce słynęło z wypowiadanych przez pracowników – zazwyczaj bez większego entuzjazmu – rymowanek nawiązujących do nazwy przybytku, które mieli obowiązek sami wymyślać.
– W jakim sensie co ze mną będzie? – zapytała Amelia.
– No w sensie, czy wracasz do świata żywych, do swoich poprzednich opiekunów, nie będziesz musiała mieszkać pod ziemią i tak dalej?
– Nieee… – Koleżanka się zmarszczyła. – To znaczy proponowali mi to, mówili, że jeśli mi bardzo zależy, to mogą spróbować to zorganizować. Że niby jakaś amnezja, że nie wiem, gdzie byłam, i tak dalej… Poproszę bajgla z awanturką i szczypiorkiem, pączka z nadzieniem pistacjowym i cztery kokosanki – wtrąciła, bo właśnie dotarli do lady. – Ale urzędnik mówił to z dużą niechęcią i rozpaczą w oczach – ciągnęła. – Postanowiłam się nad nimi nie pastwić i zostać tutaj. Przyzwyczaiłam się, mam tu przyjaciół, Swaróg pod ręką i w ogóle. Diabeł by się zapłakał, jakbym się wyniosła – spuentowała, odbierając zamówienie od obsługującego ją mężczyzny, którego mina wskazywała, że czapka w kształcie głowy żmija i przyczepione do pleców błoniaste skrzydła stanowią w jego ocenie naruszenie podstawowych dóbr osobistych pracownika, z godnością na czele.
– Słuszna decyzja – stwierdził Baltazar i odetchnął z ulgą, bo bał się, że jak koleżanka zmieni miejsce pobytu, to będzie mu, to znaczy im, trudniej się z nią widywać.
Kaśka wzięła jeszcze cappuccino i wszyscy wyczekująco spojrzeli na pracownika obsługi, który przez chwilę zdawał się jeszcze mieć nadzieję, ale gdy się zorientował, że nie odpuszczą, wygłosił zrezygnowanym tonem:
– Pod Żytnim Żmijem nie zbiją cię kijem…
– O, tego jeszcze nie słyszałam. Dziękujemy, do widzenia!
Wyszli przed lokal, bo wszystkie stoliki w środku były zajęte. Gdy siedli na jednej z ławek i Amelia poczęstowała każdego wielką kokosanką, Baltazar rozejrzał się po przestronnym wnętrzu kamiennej galerii oświetlonej fluorescencyjnymi kryształami. Przypominający podziemne krasnoludzkie miasto słynny wrocławski pasaż handlowy wydawał się dziś wyjątkowo zatłoczony.
– Jest dużo więcej ludzi niż zazwyczaj, co nie? – zapytał, przegryzając ciastko.
– No, lud chyba się dozbraja – potwierdziła Kaśka i wskazała palcem kolejkę do „Szydła na Straszydło”, gdzie sprzedawano odzież i akcesoria pomocnicze.
– Do Szarlatana też spory tłum czeka. – Konrad wstał i wytężył wzrok nad głowami tłumów, by dostrzec znajdujący się po drugiej stronie Trygława sklep z artefaktami.
– To nie traćmy czasu. – Kaśka wpakowała całą kokosankę do ust i na raz wypiła pół kubka kawy, parząc się przy tym boleśnie. – Amłelja, chłodź, zjełsz pło dłodze – powiedziała z trudem, mieląc w ustach kokosowo-kawową masę. – Tłam tłesz młosze błyć oblężłenie.
Przepychając się przez gąszcz klientów – i uważając przy tym, by nie nadepnąć żadnego kota – w pośpiechu ruszyli przez pasaż. Dotarli do jednej z bocznych odnóg galerii, gdzie znajdował interesujący ich lokal, akurat w chwili, gdy Baltazar kończył poklepywać po plecach Amelię, która, popędzana przez Kaśkę, zakrztusiła się bajglem. Na miejscu ujrzeli zakręcającą się dwukrotnie kolejkę. Jęknęli unisono, po czym westchnęli i ustawili się na jej końcu.
– Wy tu stójcie – zwróciła się po chwili do Konrada i Baltazara Kaśka – a my pójdziemy zobaczyć, jak to tam wygląda.
– Ale Amelii dobrze zrobiło uczłowieczenie, nie? – zagadał ni stąd, ni zowąd Konrad, gdy dziewczyny się oddaliły. – Nieźle wygląda, co?
– Czy ja wiem… – odparł Baltazar, siląc się na obojętność.
Konrad przejrzał go od razu.
– „Czy ja wiem?” – zakpił. – Zaraz, zaraz, a czy wy czasem nie mieliście tym razem wystąpić na konkursie tańca w Halloween?
– Proponowałem jej, ale nie chciała – odparł niechętnie Baltazar.
– Ty jej proponowałeś? – Konrad się wyszczerzył. – No, no, Balciu…
– Obiecałem jej to po tej akcji w podziemiach pod Partynicami – wtrącił zimno Baltazar.
– Jak nie chce, to zaproponuj jej coś innego, zaproś ją gdzieś – nie odpuszczał kolega.
– Boże, daj mi spokój, nie chcę jej nigdzie zapraszać! Chciałem po prostu wywiązać się z obietnicy! Sam ją gdzieś zaproś, jak chcesz!
– Boisz się, że wyjdzie na to, że nie interesowałeś się nią, jak była chora na nieuleczalny zombizm, a jak jest zdrowa, to już spoko? – Konrad wyłożył karty na stół.
– Jezu, co ty bredzisz?! – Ku niezadowoleniu Baltazara ton jego głosu nabrał mocno piskliwej barwy. – To by tak wyglądało? – dodał, zanim zdążył ugryźć się w język, bo brutalnie opisujące rzeczywistość pytanie kolegi mocno go zaniepokoiło.
Konrad zaśmiał się, ale już nic nie powiedział, bo Amelia i Kaśka właśnie wracały.
– To potrwa – oświadczyła ponuro ta druga. – Tam jest tylko jedno stanowisko obsługi.
– I zajmują je chyba wymienieni na szyldzie właściciele – dodała Amelia.
Próg lokalu przekroczyli po jakichś czterdziestu minutach. Wnętrze przypominało średniowieczną karczmę: niemal wszystkie elementy wystroju wykonane były z drewna, a źródło światła stanowiły gazowe palniki udające pochodnie. Na bocznych ścianach Baltazar dostrzegł dwie wielkie tablice, z których jedna oznaczona była napisem „Zadania”, a druga – „Tygodniowe osiągnięcia”. Zorientował się, że w rzeczywistości są to interaktywne ekrany, gdy jakaś odwiedzaczka z ćwiekowanymi opaskami na nadgarstkach zaczęła wodzić po pierwszym z nich palcem i przerzucać wyświetlane ogłoszenia imitujące przybite kartki. Na ławach pod ścianami odwiedzacze i odwiedzaczki, wpatrzeni w telefony, mruczęli pod nosami uwagi na temat potworów, mocy i przedmiotów.
– Kupię pazur trupożercy… – mamrotał wąsaty facet siedzący najbliżej Baltazara, przewijając treści na ekranie smartfona. – I go dziabnę, jak na mnie wskoczy… I jak dostanie drgawek, to go walnę… – Zawiesił się na chwilę, jakby się zastanawiał, za pomocą jakiego artefaktu zaatakuje nieszczęsną istotę. – Pałą – zdecydował w końcu. – Pałą w łeb go walnę – powtórzył z przekonaniem.
Po kolejnych kilkunastu minutach wreszcie nadeszła ich kolej.
– Serdecznie witamy u Filipy i Filipa! – odezwała się około czterdziestoletnia kobieta z gniazdem kasztanowych loków na głowie. Intensywnie zielone oczy promieniowały czymś na pograniczu pasji i opętania.
– Mamy wszystko, czego potrzebujecie, by uporządkować swój odwiedzaczowy rozwój! – dodał mężczyzna w podobnym wieku; jego włosy, tęczówki i rysy twarzy nie pozostawiały wątpliwości, że Filip i Filipa są rodzeństwem. W istocie byli tak podobni, że najłatwiejszym do zauważenia elementem pozwalającym rozróżnić tę dwójkę był zwisający z lewego ucha Filipa złoty kolczyk z długim łańcuszkiem, na którego końcu dyndała zawieszka w kształcie sztylecika.
– Zakładam – kontynuowała Filipa – że jak wszyscy przyszliście wrzucić swój przydział na giełdę i wymienić na coś sensowniejszego.
– Nie do końca – odparła Kaśka. – Jeszcze nie mamy przydziału, ale lada moment go dostaniemy, więc chcemy uprzedzić fakty.
– No proszę, jaka rezolutna młodzież! – ucieszył się Filip. – Bardzo słuszna decyzja. Jest duża szansa, że system uraczyłby was jakimś kompletnie niepasującym potworem. Może was to zdziwi, ale ludzie, którzy stworzyli i wdrożyli ten system, niespecjalnie znają się na potworach i odwiedzaniu.
Baltazara w ogóle to nie dziwiło, bo dwa lata obcowania z administracją Swaroga pozwoliło mu już odkryć to, o czym jego rówieśnicy spoza świata odwiedzaczy przekonają się prawdopodobnie dopiero za jakieś dziesięć–piętnaście lat, gdy skończą studia i przepracują parę lat. A mianowicie: że dorośli najczęściej znają się na swojej pracy w dużo mniejszym stopniu, aniżeli należałoby od nich oczekiwać.
– A zatem cztery przydziały dla was, tak? – upewniła się Filipa.
– Trzy – poprawił przytłumionym głosem trzymający się nieco z tyłu Baltazar. – Ja tylko dla towarzystwa.
– A zatem trzy. – Filip kiwnął głową i razem z siostrą wpatrzyli się w ekran monitora, który stylizowany był na drewniany. Nic nie wskazywało na to, żeby zorientowali się, że mają do czynienia z wybrańcem. Prawdopodobnie pomyśleli po prostu, że nie jest jeszcze guślarzem.
– Ponieważ to wasz pierwszy przydział, każde z was dostanie po jednym nawiedzeniu – wyjaśniła Filipa, stukając w klawiaturę.
– My na akcje i tak będziemy chodzić razem, żeby się wspierać – wtrąciła Amelia.
– Rozsądnie – uznał stojący nad siostrą Filip. – Aby dobrać wam odpowiednie zadania, chcielibyśmy się czegoś o was dowiedzieć. Na początek adresy. Podpiszcie mi tu te idiotyzmy o ochronie danych osobowych.
– A przepraszam – odezwał się Konrad. – Po ile te państwa usługi?
– Pobieramy dziesięć procent welesów, które firma przyzna wam za wykonane zadania i osiągnięcia, które zakontraktowaliście za naszym pośrednictwem. Pasuje?
– Jak najbardziej.
Podali adresy zamieszkania, a następnie dane o swoich zdolnościach i dotychczasowych dokonaniach. Amelia wskazała adres Baltazara, bo uznała, że dzięki temu wszystkie przydzielone potwory będą zgrupowane w miarę blisko trójki z nich, a ona i tak chętnie wyrwie się z tego odludzia, na którym mieściła się siedziba Swaroga. Filip i Filipa wszystko notowali i mruczeli między sobą uwagi typu „Zobacz to, dwoje z nich mieszka bardzo blisko” czy „A jak do tych dwóch dodadzą jeszcze to, to im zaliczy od razu to osiągnięcie”.
– No dobrze – podjęła w końcu Filipa. – Mamy dla was świetny zestaw trzech nawiedzeń. Każde przypiszemy do jednego z was, ale pozostałą dwójkę dodamy jako odwiedzaczy pomocniczych w ramach kooperacji, więc będzie wam zaliczone jako zadanie dodatkowe. Mniej welesów niż dla tego pierwszego, ale zawsze coś.
– A więc tak – włączył się Filip. – Cmentarzec grasujący na cmentarzu Grabiszyńskim, czyli niedaleko ciebie. – Wskazał palcem na Kaśkę. – Wyjątkowo wrażliwy na wodę.
– Laskowiec z lasku obok ogródków działkowych przy ulicy Agrestowej dla ciebie – zwróciła się do Amelii jego siostra. – Na Sudeckiej wsiądziesz sobie w sto czterdzieści cztery i jedziesz dwa przystanki, a potem już rzut beretem. No a w lesie będziesz mogła poszaleć ze swoją rzadką mocą.
– A dla ciebie – Filip wskazał na Konrada – grupa bezkostów, która nawiedziła opuszczony komisariat policji na alei Jaworowej. Nie cierpią ognia i masz kilka minut piechotą. Ty – spojrzał na Amelię, o której sądził, że mieszka na alei Leśnej – masz nawet bliżej niż kolega, ale z przyczyn oczywistych przypisaliśmy cię do laskowca.
Faktycznie, Jaworowa to zaraz koło mnie, pomyślał Baltazar. Tam spotkałem zmorę tego dnia, gdy Marian odezwał się do mnie pierwszy raz.
– Czemu mam wrażenie, że to nie są potulne potworki… – mruknął Konrad.
– Przykro mi. – Filipa rozłożyła ręce. – Jeśli liczyliście na jakieś skrzaty albo chochliki, to nic z tego. Nikt się nie pozbywa takiego łatwego przydziału, a nawet jeśli, to schodzą jak świeże bułeczki. Ludzie ustawiają się tu o piątej rano, żeby być pierwsi w kolejce i przeszperać zlecenia, które pojawiły się przez noc.
– Spokojnie. – Jej brat uśmiechnął się i mrugnął do nich. – Jeśli coś wam się stanie, to Dział Zaginięć ogarnie wszystkie formalności i skleci odpowiednią historię dla waszych rodzin. Już ponoć rozpuszczają w mediach plotki o seryjnym mordercy, bo przy tym bałaganie mogą mieć dużo pracy. Tak że nic się nie martwcie.
– Kamień z serca.
– Macie na koncie pożognika, a moim zdaniem jest dużo groźniejszy niż wasze przydziały. Będzie dobrze. A jak pozbędziecie się wszystkich trzech maszkar do niedzieli, to zaliczycie tygodniowe osiągnięcie: „Odwiedź trzy potwory tej samej kategorii”. Wszystkie istoty, które dla was wybraliśmy, należą do klasy „niepospolity”. I w ten sposób zapłata za wykonanie tych zadań ulegnie podwojeniu! Tyle welesów! Nie wspominając już o doświadczeniu, które zdobędziecie!
– No! To powodzenia! – Filipa gestem dała im znać, by zwolnili miejsce, bo kolejni interesanci już się niecierpliwią. – Wszystkie szczegóły wysłałam wam na maila!
– Chodźcie do kawiarni „U Rusałki”, poczytamy sobie – zarządziła Kaśka. – Chyba że złapiemy gdzieś Podolaka i nam coś poradzi, co?
– Nie wiem, czy go złapiemy i czy będzie miał do tego głowę – wyraziła wątpliwość Amelia. – Ostatnio widziałam go tylko w przelocie, ma masę roboty. Wygląda gorzej niż ja, jak byłam zombie. Telefonu też nie odbiera.
– Gottfrid mówił, że on na pewno o was zadba, ale widzę, że na zapewnieniach się kończy… – mruknął Baltazar.
– A zatem idziemy do kawiarni – zdecydowała Kaśka. – A potem…
A potem muszę rozmówić się z Marianem, pomyślał Baltazar.
Rozdział IV
Gdy przed piętnastą wszedł do domu i ściągnął buty, chciał od razu rozmówić się Marianem, ale na korytarzu usłyszał przytłumiony huk, a potem odgłos szybkich kroków, niewątpliwie dochodzący zza drzwi do piwnicy. Zaraz, przecież Patrycja dalej jest u kuzynek pod Krakowem, a rodzice w pracy, pomyślał z lękiem. Przypomniał sobie jednak, że mama, zirytowana faktem, iż Święto Wojska Polskiego wypadło w niedzielę, wzięła sobie wolne w poniedziałek, żeby przedłużyć urlop.
– O Jezu! – krzyknęła, gdy drzwi się otworzyły i ujrzała Baltazara. – Nie strasz mnie!
– Przepraszam, ciągle pracuję nad mocą niewidzialności – odparł.
Spodziewał się usłyszeć „Nie pyszcz mi tu” albo coś w tym stylu, ale rodzicielka, z bardzo niewyraźną miną, tylko zawiesiła na nim wzrok na dłuższą chwilę, a potem bez słowa i powoli udała się w stronę kuchni. Baltazar, zdziwiony jej niecodziennym zachowaniem, po kilku sekundach poszedł za nią i zastał ją siedzącą przy blacie, tępo patrzącą w okno.
– Mamo? – zagadał.
– Tak? – Spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem.
– Coś się stało?
– Nic…
– Przecież widzę.
– No serio, nic.
– Mamo.
– Nie, no bo… Uznasz mnie za wariatkę.
– Dezynfekujesz klamki w aucie, więc nie wiem, czemu stosujesz tu czas przyszły… – zaryzykował żart na granicy, a fakt, że nie doczekał się żadnej reakcji, dowodził, iż sprawa jest poważna. – No weź, powiedz, co się dzieje, jesteś blada jak ściana – dodał.
– No… – podjęła w końcu mama. – Wieszałam pranie na dole… I… Nie no, to głupie…
– Mów.
– Nagle zrobiło mi się zimno i usłyszałam szept tuż przy uchu – wypaliła wreszcie. – Aż suszarkę wywróciłam. Obejrzałam się, ale… nikogo nie zobaczyłam. I uciekłam. Głupie, nie?
– Szept? Co szeptał?
– Nie wiem… Coś niezrozumiałego. Jezu, pewnie nic! – zreflektowała się po chwili mama. – Musiałam się przesłyszeć. Nie wiem… – powtórzyła.
Baltazar westchnął w duchu i skupił się na tym, by wypaść naturalnie.
– Maaamooo, weź – powiedział przeciągle, przybierając kpiącą minę gardzącego rodzicami nastolatka. – W duchy wierzysz?
– Nie, no co ty…?
– Jesteś po prostu zmęczona i zestresowana – stwierdził miękko. – Ten wyjazd do Portugalii was wykończył, a przed powrotem do pracy zawsze z ojcem wyglądacie, jakby ktoś umarł. Tata wczoraj popłakiwał, jak prasował koszulę.
– No może… Ostatnio czytałam artykuł o kilku przywidzeniach, które przydarzyły się ludziom we Wrocławiu, i chyba mi się udzieliło… Po prostu mam wrażenie, że dzieją się rzeczy dziwne…
– Tak, mamo, też czytałem i wiem, że od dłuższego czasu jest bardzo niekorzystny biomet, co nałożyło się na zbliżający się koniec sezonu urlopowego i jeszcze parę innych czynników. Przez to ludzie mają doła i wydaje im się, że widzą różne rzeczy. – Stanowczym tonem przekazał wersję forsowaną przez Swaroga w sponsorowanych publikacjach. – Weź idź na spacer albo poczytać. Masz ostatni dzień wolnego. Ja dokończę wieszać.
– Balciu, nie, zostaw…
– Mamo, przestań, upiory nie istnieją – uciął i ruszył do piwnicy.
Na dole zapalił blade światło i rozejrzał się podejrzliwie po surowym wnętrzu. Omiótł wzrokiem ściany, półki z przetworami, pralkę i wszelkie graty, które rodzice znosili tu, gdy brakowało na nie miejsca na górze, ale z jakiegoś powodu uznane zostały za niegodne wyrzucenia. Zapatrzył się w szczególnie ciemny kąt pomiędzy metalową szafką z narzędziami a starą lampą. Wpatrywał się w to miejsce uporczywie, czując, jak jeżą mu się włoski na rękach, a skórę smaga chłód. Gdy cień na ułamek sekundy zamigotał, był już pewien.
Podniósł suszarkę i dokończył wieszać pranie, a następnie ruszył do swojego pokoju.
– Jakby co, to żadnych duchów na dole! – po drodze zawołał pogodnie do mamy.
Mariana znalazł, tak jak przypuszczał, smażącego się na półce pod nasłonecznionym o tej porze dnia oknem.
– Ej! – Potrząsnął kotem i szybko odsunął dłoń, bo sierść rozgrzana była sierpniowym słońcem. – Obudź się, musimy pogadać. Znowu się przegrzałeś i będziesz wymiotował? – zaniepokoił się, gdy kocur spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem.
– Nie… – odparł Marian. – Może.
– To jakby co, to na panele, a nie na dywan. Chodź.
W pokoju Baltazar przymknął drzwi, usiadł na łóżku i odczekał kilka chwil, aż Marian zacznie wyglądać nieco wyraźniej.
– Coś znowu jest w piwnicy – powiedział w końcu.
– Wiem. Mor.
– Kolejny? – zapytał Baltazar, któremu kot już dwa razy doniósł o próbie nawiedzenia ich domu przez tego pokrewnego zmorom, demonicznego krwiopijcę-dusiciela. – Co one… Zresztą, nieważne, czemu go nie odwiedziłeś, skoro wiesz? Zaczął już migotać mojej mamie! Szepnął do niej!
– Nie odwiedziłem go, ponieważ, jak sam zauważyłeś, jest to już kolejny osobnik tego gatunku, który zakłóca nasz spokój – odparł Marian swoim irytującym tonem, sugerującym, że tłumaczy coś oczywistego osobie umysłowo niedołężnej. – A to oznacza, że z jakiegoś powodu w tej całej nawałnicy potworów mory upodobały sobie nasz dom. Może to jakieś sprzyjające czynniki międzyświatowe, a może po prostu ktoś z was budzi w nich wyjątkową ochotę na duszenie. Stawiałbym na ciebie.
– Ha, ha, wyborny żart, boki zrywać. Pewnie bym je sobie musiał przyszyć, gdybym nie słyszał czegoś podobnego od ciebie średnio raz dziennie.
– Bez względu na przyczynę – kot zignorował jego przytyk – zamierzam zaczekać, aż mor dokona ostatecznego przejścia i osiągnie tu w pełni materialną postać.
– Po co?
– By dać jego materialnej postaci dobitnie do zrozumienia, że nie lubimy nieproszonych gości. W taki sposób, żeby ani jemu, ani jego kolegom morom, którym to później opowie, nie przyszło więcej do głowy nas niepokoić.
– A. – Baltazar w końcu pojął. – No dobra. Tylko uważaj, żeby sprawa nie wymknęła się spod kontroli.
– Myślę, że jeśli nie pójdziesz do niego, nie wyciągniesz rąk w jego kierunku i nie powiesz: „Pokaż się”, jak to kiedyś zrobiłeś z sylwestrem, to jesteśmy bezpieczni. Jeśli to wszystko, to udam się na półkę złapać trochę słońca.
– Czekaj. – Zagrodził kotu drogę nogą. – W zasadzie nie o tym chciałem z tobą porozmawiać.
– A o czym? Święta Bastet, chyba nie o Amelii… – westchnął kot.
– Co? Nie! Dlaczego miałbym z tobą rozmawiać o Amelii?! – zirytował się Baltazar. – Czemu w ogóle miałbym rozmawiać o Amelii?!
– W ciągu ostatnich tygodni nieskończoną liczbę razy pytałeś mnie, czy sądzę, że pozwolą jej dalej mieszkać w Swarogu, czy twoi starzy zauważą różnicę, gdy przyjdzie tu odmieniona, zamiast w makijażu, czy powinieneś częściej ją odwiedzać, żeby pomóc jej odnaleźć się w nowej sytuacji, i tak dalej, na co ja, jak pamiętasz, konsekwentnie odpowiadałem, że nie mam pojęcia i żebyś dał mi spokój.
– To są normalne pytania! I nie, nie chcę z tobą rozmawiać o Amelii! I tak na przyszłość, gdybym miał ochotę z kimkolwiek o niej porozmawiać, będziesz ostatnią osobą w kolejce! Nie, przepraszam, w ogóle nie będzie cię w kolejce!
– Niepowetowana strata. To o czym chciałeś rozmawiać?
Baltazar głośno odetchnął.
– Potrzebuję twojej pomocy – powiedział już sokojniej. – Bo Kaśka, Konrad i… – urwał.
– Amelia – podpowiedział uprzejmie Marian.
– Tak. Oni jako guślarze dostali przydziały potworów do odwiedzenia, bo odwiedzacze nie wyrabiają przez ten bałagan. A ja nie dostałem.
– Pewnie za chwilę pożałuję tego pytania, ale: czemu mam wrażenie, że jak zwykle jesteś niezadowolony?
– Bo jestem. To nieuczciwe, że oni mają ryzykować życie, a ja miałbym sobie siedzieć w domu. Boję się o nich i mam zamiar im pomóc, i w ogóle masz iść z nami – wyłożył karty na stół. – Skoro mam ratować świat, to muszę się szkolić, sam ciągle to powtarzasz – ciągnął. – A jak mam być gotowy do ratowania świata, jeśli rzekomo nie jestem dość dobry, by stawić czoło na przykład cmentarzcowi? A z tobą będziemy bezpieczni, bo w razie czego nam pomożesz, i nikomu nic złego się nie stanie, i Kaśka, Konrad i Amelia też…
– Zamilcz, proszę – westchnął Marian. – Głowa boli od tego twojego biadolenia.
– Głowa to cię boli, bo pewnie znowu masz udar słoneczny od tego leżenia godzinami na słońcu w czterdziestostopniowym upale. W ogóle nic mnie to nie obchodzi, i masz…
– Zgadzam się.
– Co?
– Zgadzam się, nie widzę przeszkód, żebyś odwiedził parę potworów, a nawet dostrzegam w tym pożytek. I naturalnie nie zamierzam cię puścić samego. Ciebie trzeba mieć na oku, bo dzieją się nieszczęścia. No i twoi przyjaciele faktycznie też będą bezpieczni, więc nie będziesz mi tu jęczał nad głową. Zadowolony? Przestaniesz mędzić?
– Zadowolony – przyznał Baltazar. – Przestanę.
Przez chwilę milczał, zaskoczony, że tak łatwo poszło.
– A przy okazji – powiedział, rozsiadając się wygodniej na łóżku – słyszałem, że twoją kumpelę z dawnych lat prawie zabiła wieszczyca.
– Prawie?
– No, z tego, co wiem, wynika, że żyje.
– A chciałbyś, żeby nie żyła? – zapytał kot powoli, wpatrzony w ścianę, jakby myślał o czymś innym.
– Chciałbym, żeby nie chciała mnie porwać i oddać Przedwiecznym, i żeby w ogóle z nimi nie współpracowała.
– Ja też – odparł po chwili Marian, odrywając wreszcie wzrok od ściany. – Wspaniale – podjął zrzędzącym tonem. – Rozbudziłeś mnie, nici z drzemki. Idę zrobić obchód, będę miał z głowy.
– To zrób go porządnie, bo jakoś przegapiłeś bezkosty w opuszczonym komisariacie na Jaworowej i się przedostały – pouczył go Baltazar. – I teraz musimy je pokonać, żeby je odwiedzić.
– To teren Frotki, która mieszka za rogiem, więc pretensje do niej – uciął kot i wyskoczył przez otwarte okno.
No i super, pomyślał Baltazar, po czym z ulgą legł na poduszkę. Wybierzemy się na potwory razem, ja nie wyjdę na frajera, wszyscy będą bezpieczni i w ogóle wszystko pójdzie gładko.
Rozdział V
Amelia nie żyła. Konrad umierał i był niezdolny do dalszej walki. Baltazar spojrzał na Kaśkę i w jej oczach dostrzegł to, o czym sam doskonale wiedział. Teraz wszystko zależało od niego. Postanowił rzucić w potwora lotką nasączoną śliną skuły, której jad powinien okulawić monstrum, dzięki czemu zyska trochę czasu.
Kości potoczyły się po stoliku. Siedemdziesiąt osiem.
– Nie trafiłeś – stwierdziła Kaśka i rzuciła za przeciwnika. – A wilkołak ciebie owszem – dodała, gdy wypadło dwadzieścia sześć. – Teraz na obrażenia… – mruknęła i wykonała kolejny rzut. – O proszę, krytyczne. I… – zawiesiła się, zerkając na kartę postaci Baltazara i swoje notatki. – Szpony wilkołaka – podjęła grobowym tonem – z łatwością przebijają się przez twą cienką ludzką skórę. Gdy czujesz, jak pazury potwora ze zgrzytem szorują po twych żebrach, dociera do ciebie, że to twój koniec. Podsumowując – dodała już pogodnie – nie żyjesz. No to pozamiatane. Uwielbiam tę grę fabularną!
– Jesteś beznadziejnym mistrzem gry – podsumował Baltazar, a Amelia i Konrad pokiwali głowami. – Co to za prowadzący, co zabija graczy?
– Sami się zabiliście, bo porwaliście się na potwora, który był dla was zwyczajnie za mocny na tym poziomie – odparła beznamiętnie Kaśka. – Stworzycie sobie nowe postacie i na przyszłość będziecie grać rozsądniej.
– Ja mam na dzisiaj dosyć. – Amelia pokręciła głową.
– Ja też odpadam – zawtórował Baltazar. – Muszę spadać do domu i się pokazać na trochę, bo starzy będą mi zrzędzić, skoro jutro mamy wieczór filmowy. – Uniósł dłonie w geście przywodzącym na myśl cudzysłowy.
Jutro mieli zająć się bezkostami. Ponieważ włamywanie się w biały dzień do znajdującego się tuż przy ulicy opuszczonego budynku uznali za ryzykowne, postanowili działać po zmroku. Z tego powodu Konrad i Baltazar mieli nocować u Kaśki i – oficjalnie – oglądać filmy. Kaśka naturalnie wszystko uzgodniła ze swoimi rodzicami. A ponieważ tego dnia wybierali się na wieczorny koncert i bankiet, czas między dwudziestą a północą miał być idealny na rozprawienie się z potworami.
– Może i słusznie – zgodziła się z nim Kaśka. – My chyba też powinniśmy trochę pomedytować przed walką i porobić te wszystkie ćwiczenia na wyciszenie i skupienie, które zalecał nam ten facet od mocy Przed. I odpalić kilka umiejętności na próbę.
– Oj, Boże, nie przesadzajmy, przecież i tak idzie z nami Marian… – zajęczał Konrad.
– Jak Marian zobaczy, że się lenisz – przerwał mu Baltazar – i liczysz na to, że załatwi całą sprawę za ciebie, to pozwoli bezkostom, żeby cię przynajmniej uszkodziły.
– Hm. Dobra, przekonałeś mnie.
Ponieważ Baltazar nie musiał przygotowywać się do walki z użyciem mocy Przed, gdyż takowej nie posiadał, następnego dnia w domu skupił się na przeglądzie swojego wyposażenia.
– To umawiamy się na dwudziestą pierwszą trzydzieści? – zapytał leżącego na łóżku Mariana, dzieląc resztę zapasu łatwopalnego pyłu pożognika na dwie porcje, z której jedną, zabezpieczoną w termicznym woreczku, umieścił w kieszonce pasa na ekwipunek.
– Mhm.
– Co tak stękasz, jakby ci się nie chciało?
– Bo mi się nie chce. Trochę żałuję, że się zgodziłem…
– Ale się zgodziłeś, więc nie marudź i czekaj tam grzecznie o dwudziestej pierwszej trzydzieści – uciął Baltazar.
Poprawił zapiętą na nadgarstku smoczą bransoletę odporności na ogień, która w zasadzie miała pełnić rolę ozdoby, ponieważ bezkosty nie należały do istot atakujących przy pomocy ognia. Chociaż, z drugiej strony, zawsze istniała szansa, że Konrad zamiast potwora trafi jakimś ognistym pociskiem jego, więc może jednak się przyda, pomyślał. Następnie krytycznie przyjrzał się lekko zbrązowiałemu zębowi kostuchy, który już raz przyniósł mu szczęście. Zastanowił się, czy może jeszcze zadziałać.
– Co masz lepszego do roboty? – rzuciła do Mariana.
– Nie wiem, czy pamiętasz, ale jesteśmy w przededniu potencjalnej wojny z Przedwiecznymi.
– I jakie konkretnie działania podjąłbyś w tej sprawie dziś?
– Myślałbym.
– To pomyślisz, jak wrócisz. Jak pójdzie gładko, to po wszystkim kupimy ci w żabce jakąś saszetę z rybą. Kwasy omega-3 dobrze działają na mózg, to będzie ci się lepiej główkowało.
– Umowa stoi.
Wieczorem mama podrzuciła jego i Konrada pod dom Kaśki; akurat w tym samym momencie pod furtką prowadzącą na rozległą posesję ich koleżanki zjawiła się Amelia. Ku irytacji Baltazara mama wyłączyła silnik i wysiadła z auta.
– Cześć, Amelia! – przywitała się. – Po co ci ta gałąź? – zapytała z niekłamanym zainteresowaniem, wskazując na trzymany przez dziewczynę badyl, gdzieniegdzie jeszcze upstrzony listkami.
– To na wakacyjny projekt z biologii.
– Aha… Świetnie wyglądasz bez… Hmm…
– Tapety na twarzy? – podpowiedziała Amelia. – Miałam taki dziwny okres w życiu, ale już mi przeszło.
– O, nie no, nie żebym ja coś miała przeciwko…
– Mamo – upomniał Baltazar.
– To nie jest tak, że się nie można pomalować…
– Mamo.
– Na przykład Baltazar, jak miał sześć lat, to podkradł mój zestaw do makijażu…
– MAMO!!!
– Proszę mówić – zachęcił Konrad. – Baltazar, nie krzycz na mamę, to nieładnie.
Na szczęście w tej chwili drzwi przedwojennej willi się otworzyły i stanęła w nich pani Kulczycka.
– Chodźcie, furtka jest otwarta! – krzyknęła.
W oczach pani Joanny zaświeciło coś w rodzaju ulgi i satysfakcji. Baltazar zrozumiał, że mama uparła się, by ich odwieźć, ponieważ chciała się upewnić, że rzeczywiście zamierzają spędzić tu noc, a rodzice Kaśki o wszystkim wiedzą. Niestety na tym nie poprzestała, lecz podreptała za nimi do środka i zaczęła jakże znaną każdemu młodemu człowiekowi gadkę-szmatkę rodziców, których łączy jedynie znajomość ich dzieci. „Ach, tak blisko mieszkamy, a w ogóle się nie widujemy…”; „No, to jest niesłychane, Andrzej, chodź tu, pani Synal przyszła!”, „Ależ dziś gorąco, podobno znowu zapowiadają tropikalną noc”, „No to jest niebywałe, szósta z rzędu. Upały w tym mieście robią się nie do zniesienia, Andrzej, no!”.
Ponieważ Baltazar słyszał to już nie raz, nie musiał czekać na zakończenie, którym zawsze było nieśmiertelne i nigdy nieziszczające się „Musimy się jakoś umówić”. Pożegnał się z mamą i zdecydowanie pociągnął za sobą Konrada, który ewidentnie szykował się do poproszenia o dokończenie historii Baltazarowego makijażu.
– Bawcie się dobrze. – Mama im pomachała. – Pilnujcie mi syna, Amelia!
– Proszę się nie martwić, pani Asiu – odpowiedział Konrad. – Mamy go na oku i nie pozwolimy, by znów musiał trafić pod opiekę psychologa!
– Zamknij się – wysyczał Baltazar, mijając zbroję husarską przodka Kaśki, trzymaną przez jej ojca w przedpokoju, która wzbudzała tym większe zażenowanie Baltazara, im był starszy. – I nie mów do mojej matki „pani Asiu” – dodał, pchając kolegę na schody. – A najlepiej w ogóle do niej nie mów.
– A dlaczego nie? Myślę, że mnie lubi.
– Ona uważa, że jeżeli ktoś mnie podjudza do złych uczynków, to jesteś to właśnie ty.
– Pewnie ją nastawiłeś przeciwko mnie. Muszę jej pokazać moje czarujące oblicze.
Baltazar westchnął i wszedł do pokoju Kaśki, który wciąż nie przestawał robić na nim wrażenia. Miał większą powierzchnię niż pokój jego i Patrycji razem wzięte, a jakby tego było mało, był wyposażony w łazienkę oraz garderobę, w której spokojnie mieściły się cztery osob. W tej chwili jednak najbardziej godnym pozazdroszczenia detalem okazała się klimatyzacja. Choć Baltazar wiedział, że już za kilka minut zamiast przyjemnej ulgi poczuje dojmujący chłód, bo Kaśka lubowała się w nastawianiu temperatury na minus sto. Raz, jak poskarżył się jej, że jest mu zimno, i poprosił o podkręcenie, to przez cały dzień nazywała go „Anetką”.
– Cześć – przywitał się z koleżanką, która wlepiała wzrok w papierowe wydanie bestiariusza. – Tam chyba nie ma aż tak dużo informacji, żeby to tyle czasu czytać…
– To zaraz zobaczymy, co pamiętasz. – W głosie Kaśki dało się wyczuć nerwowość. – Zamknijcie drzwi.
– Co ty taka zestresowana?
– A co ty taki spokojny? Idziemy na misję! Tak w zasadzie to pierwszą w pełni oficjalną i samodzielną! Nie denerwujesz się?
– Jakoś nie…
Baltazar faktycznie nie czuł przesadnego lęku. A raczej nie czuł lęku większego niż na co dzień. Gdy miał dwanaście lat, cudem uniknął śmierci z rąk Pana Zębatka. A potem jego życie wypełnione było atrakcjami typu: starcie z przypominającym Szatana rogatym potworem przerabiającym swoje ofiary na makabryczne kukły, ucieczka przed smokiem, zwiedzanie poniemieckich podziemi z monstrualnymi hybrydami, zamiana w zombie… W pewien sposób przyzwyczaił się do tego, że traumatyzujące wydarzenia i nieustępujące zagrożenie stały się nieodłącznym elementem jego codzienności. Co prawda to przyzwyczajenie miało swoje efekty uboczne w postaci problemów ze snem, obgryzionych do krwi paznokci, epizodów apatycznego wpatrywania się w ścianę, problemów z koncentracją oraz napadów płaczu w łazience (do czego nikomu się nie przyznawał), ale przynajmniej pozwalało mu jakoś trwać w tej rzeczywistości. Wobec tego wszystkiego odwiedzenie kilku bezkostów z udziałem Mariana, który bezkosty pewnie nie raz jadał na śniadanie, wywoływało w nim uczucia podobne do tych, które znał z lekcji wuefu: może nic przyjemnego, ale przecież nikt nie zginie.
– Marian nie jest nieśmiertelny i też może popełnić błąd. – Kaśka jakby czytała mu w myślach. – Nie traćcie czujności i nie podchodźcie do tego na luzie, bo będzie nieszczęście.
– Masz rację – zgodził się z koleżanką i zaraz się zawahał, gdy Konrad uwalił się w nogach łóżka, a Amelia usiadła na środku, tak że zostało trochę miejsca tylko koło niej.
– Gdzie śpimy? – zapytał Konrad.
– No, ty z Baltazarem w gościnnym, a gdzie? – odparła Kaśka. – A Amelia ze mną. Mamy też śpiwory w salonie przed telewizorem, więc ewentualnie możemy tam, jak nam się jeszcze będzie chciało coś obejrzeć po powrocie. Ale nie zmieniaj tematu. A ty, Baltazar, co tak stoisz? Masz jeszcze miejsce koło Amelii, siadaj.
– Nasiedziałem się dzisiaj.
– Boże, siadaj, bo mnie denerwujesz.
Baltazar posłusznie usiadł, udając, że nie widzi uśmieszku Konrada.
– No to teraz słucham. Co wiecie o bezkostach?
– Nie mają kości – popisał się Konrad.
Kaśka westchnęła wymownie.
– Przypominają nienapompowaną skórzaną piłkę – uściślił Baltazar.
– Z czarnymi oczami i wielkim otworem gębowym, z ostrymi zębami i językiem-przyssawką w sam raz do wysysania krwi – uzupełniła Amelia.
– Jak się ruszają? – dopytała Kaśka.
– Zazwyczaj powoli, bo pełzają. – Konrad jednak wiedział coś więcej. – Są bardzo plastyczne. O ile nie są opite.
– Mogą też napiąć całe ciało i wystrzelić niczym z procy – dodał Baltazar. – I to jest najgroźniejsza zagrywka bezkostów.
– I czują duży lęk przed ogniem – zakończyła Kaśka. – Czyli naszą taktyką będzie zapędzenie bezkosta w kozi róg z użyciem mocy Konrada i obezwładnienie go. Jeśli tylko zachowamy zimną krew, powinno pójść łatwo. Pasuje?
– Tak, ale ja mam jeszcze jedną uwagę – odezwała się Amelia. – Baltazar wspomniał o najgroźniejszej zagrywce bezkostów. Owszem, jak się taki bezkost wystrzeli, to się do ciebie przyssie, i pozamiatane. Dlatego najlepiej jest się trzymać blisko tych maszkar. Wtedy nie będą miały jak się napiąć i skoczyć, można też w razie czego szybko zajść je z boku.
– O, ciekawa uwaga, sama na to wpadłaś? – zainteresowała się Kaśka.
– Nie, obeszłam cały oddział potworów i wypytywałam, kogo się da. Przy okazji Kalina i inni życzą nam powodzenia.
– Nie dziękujemy. Dobra, to powtórzmy jeszcze raz… – nie odpuszczała Kaśka.
– Boże, daj już spokój! – zirytował się Baltazar, po fakcie orientując się, że powiedział to trochę za głośno i zbyt agresywnie. – Wszystko ustalone – dodał spokojniej.
– I kto tu jest nerwowy? Jak jesteś taki mądry…
– Przestańcie – przerwała Amelia. – Kaśka, serio, wszystko ustalone. Teraz to będzie już jak powtarzanie tuż przed sprawdzianem, czyli tylko panika i mętlik w głowie. A ty, Baltazar, nie ciskaj się tak, bo każdy tu ma stresa, a ona cię nie dręczy, tylko chce się upewnić, czy jesteśmy gotowi. I zostaw już ten kciuk, bo zaraz będzie widać kość.
Baltazar posłusznie wyjął zakrwawiony palec spomiędzy zębów, przywołał na twarz lekki uśmiech i mrugnął Kaśce na zgodę.
– Dobra, macie rację. – Kaśka z trzaskiem zamknęła bestiariusz. – Chodźcie na dół, zamówimy pizzę i może rzeczywiście wrzucimy jakiś film.
Rozdział VI
Rodzice Kaśki wyjechali przed dwudziestą, zgodnie z planem. Nerwowa atmosfera gęstniała, a powodem bynajmniej nie był film, który oglądali – jedna z wielu produkcji o mordercy w masce, przed którymi trzęsły się ze strachu pokolenia ich rodziców i dziadków.
Konrad coraz bardziej na siłę komentował wydarzenia na ekranie, a jego przyjaciele reagowali na to coraz rzadziej. Amelia co kilka minut sięgała do leżącego przed nią lnianego woreczka, wyciągała z niego ziarnko i wpatrywała się w nie w skupieniu – w efekcie ziarenko po kilku chwilach kiełkowało, a raz twardy i ostry pęd wystrzelił z trzaskiem niczym z noża sprężynowego, aż wszyscy podskoczyli. Kaśka już nawet nie udawała, że ogląda wątpliwie straszną produkcję, i wlepiała oczy w telefon, na którym za pośrednictwem konta na stronie Swaroga odpaliła Monstered – tajną platformę streamingową odwiedzaczy. Baltazar tępo gapił się w telewizor i czuł, że i on zaczyna odczuwać coraz większe podenerwowanie. Objawiało się to przede wszystkim coraz dziwniejszymi odgłosami wydawanymi przez jego brzuch i zaczynał żałować, że wciągnął dziewięć kawałków pizzy.
– Siema kochani, dzisiaj zapraszamy was na bliskie spotkanie ze zgrzytaczem, zwanym również nożopalcym… – Z telefonu Kaśki odezwał się przytłumiony głos streamera ToJADa, gdy ta włączyła kolejny filmik swojego ulubionego kanału zatytułowanego Nawiedzeni. Jego prowadzący transmitowali odwiedzanie.
– …którą to nazwę – dokończyła za niego jego partnerka kaLOLa – zawdzięcza o tyle nietypowej, co niebezpiecznej anatomii dłoni…
Baltazarowi przeszło przez myśl, że sam powinien zacząć streamować swoje przeżycia. Wycieczka do podziemi Wrocławia z pewnością zapewniłaby mu miliony odsłon. Jak to jednak w życiu bywa, na drodze do sławy stało wiele przeszkód, na tle których wyróżniał się brak czasu i chęci.
O dwudziestej pierwszej Kaśka bez słowa wyłączyła film i, wciąż wpatrzona w telefon, wstała. Następnie wszyscy w milczeniu opuścili dom, zgarniając po drodze ekwipunek.
– …i właśnie dlatego nie należy pozwolić nożopalcemu zanadto się do was zbliżyć. – Dobywający się z telefonu głos ToJADa drżał nerwowo. – Pamiętajcie jednak, że jeśli przyciśniecie skalp na miejscu, o, tak jak ja teraz, i odpowiednio szybko wypijecie eliksir z krwi trolla, to nie będziecie musieli tłumaczyć mamie, dlaczego brakuje wam skóry na głowie. Trzymajcie się żywi!
– Jeśli podoba wam się nasz content, nie zapomnijcie kliknąć… – kaLOLa nie dokończyła, bo Kaśka zgasiła ekran i zamknęła za nimi drzwi na klucz.
