Koszmar w Dunwich - H.P. Lovecraft - ebook + audiobook

Koszmar w Dunwich ebook i audiobook

H.P. Lovecraft

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

W zapomnianym zakątku Nowej Anglii, wśród dzikich wzgórz i zarośniętych dróg, leży Dunwich, osada, którą przyjezdni omijają szerokim łukiem. Miejscowi szepczą o kamiennych kręgach na szczytach, o dziwnych odgłosach spod ziemi i o rodzinie Whateleyów, której nikt nie odważy się zadać zbyt wielu pytań.

 

Gdy na świat przychodzi Wilbur, dziecko nieznanego ojca, rosnące w nienaturalnym tempie, w starym domostwie zaczyna dziać się coś, czego nie da się ukryć przed światem. Wkrótce ślady prowadzą aż do biblioteki Uniwersytetu Miskatonic w Arkham, gdzie pod kluczem spoczywa przeklęty Necronomicon. Jego stronice mogą otworzyć drzwi, których nigdy nie powinno się otwierać.

 

„Koszmar w Dunwich” to jedno z najsłynniejszych opowiadań Howarda Phillipsa Lovecrafta i fundament Mitów Cthulhu. To klasyka weird fiction i horroru kosmicznego, w której groza narasta powoli, aż staje się nie do zniesienia. Wyrusz na odludne wzgórza Nowej Anglii i przekonaj się, co naprawdę się na nich kryje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 89

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 21 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Sebastian Kumor

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



H.P Lovecraft

Koszmar wDunwich

Przetłumaczył Marcin Gołda

WROTA WYOBRAŹNI · 2026

Koszmar wDunwich

Autor: H.P. Lovecraft

Tytuł oryginału: The Dunwich Horror

Tłumaczenie i redakcja: Marcin Gołda

Wydanie I

ISBN: 978-83-68914-73-3

Copyright

© 2026 by Wrota Wyobraźni

Wszelkie prawa zastrzeżone

„Gorgony, Hydry iChimery – straszne opowieści oCelajno io Harpiach – mogą się odradzać wmózgu przesądnego człowieka, lecz były tam już wcześniej. Są to odpisy, wzory – archetypy tkwią wnas isą wieczne. Jakże inaczej opowieść oczymś, oczym na jawie wiemy, że jest fałszem, mogłaby nas wogóle poruszyć? Czy to dlatego, że znatury lękamy się takich stworów, rozważając ich zdolność do wyrządzenia nam cielesnej krzywdy? O, najmniej ze wszystkiego! Lęki te są starszego pochodzenia. Sięgają poza ciało – ai bez ciała pozostałyby takie same... To, że rodzaj strachu, októrym tu mowa, jest czysto duchowy – że jest tym silniejszy, im mniej ma na ziemi swojego przedmiotu, że panuje wporze naszego bezgrzesznego niemowlęctwa – oto trudności, których rozwiązanie mogłoby dać nam pewien wgląd wnasz stan sprzed istnienia świata, aprzynajmniej pozwolić zajrzeć wkrainę cieni, gdzie byliśmy, zanim zaczęliśmy być.”

–Charles Lamb, „Czarownice iinne nocne lęki”

Rozdział I

Gdy podróżny przemierzający północną część środkowego Massachusetts skręci wniewłaściwą odnogę na rozwidleniu traktu do Aylesbury, tuż za Dean’s Corners, trafia wkrainę samotną iosobliwą. Teren wznosi się, akamienne murki obrośnięte jeżynami napierają coraz ciaśniej na koleiny pylistej, wijącej się drogi. Drzewa wgęstych pasach lasu wydają się zbyt wielkie, adzikie zielsko, chaszcze itrawy osiągają bujność rzadko spotykaną wokolicach zamieszkanych. Pola uprawne są za to osobliwie nieliczne ijałowe, arzadko rozsiane domostwa noszą zadziwiająco jednolite piętno starości, nędzy iruiny. Nie wiedząc czemu, człowiek waha się pytać odrogę sękate, samotne postaci, które dostrzega niekiedy na kruszących się progach albo na spadzistych, zasłanych kamieniami łąkach. Postaci te są tak milczące itak skryte, że ma się wrażenie obcowania zrzeczami zakazanymi, zktórymi lepiej nie mieć nic wspólnego. Kiedy droga wspina się wyżej inad głębokimi lasami ukazują się góry, dziwny niepokój jeszcze się wzmaga. Szczyty są zbyt okrągłe izbyt symetryczne, by dawać poczucie swojskości inaturalności, aczasem na tle nieba rysują się ze szczególną wyrazistością osobliwe kręgi wysokich kamiennych słupów, którymi zwieńczona jest większość znich.

Drogę przecinają wąwozy ijary otrudnej do określenia głębokości, aprymitywne drewniane mostki zawsze wydają się wątpliwie bezpieczne. Gdy droga znów opada, ciągną się połacie mokradeł, do których człowiek czuje instynktowną niechęć, awieczorem niemal lęk – wtedy to niewidzialne lelki podnoszą swój szczebiot, aświetliki wylegają wnienaturalnej obfitości, by tańczyć do chrapliwych, upiornie natarczywych rytmów przenikliwie kumkających żab. Cienka, lśniąca linia górnego biegu Miskatonic ma wsobie coś dziwnie wężowego, gdy wije się ustóp kopulastych wzgórz, wśród których bierze początek.

Im bliżej wzgórz, tym bardziej uwagę przyciągają ich zalesione zbocza, nie zaś ukoronowane kamieniami wierzchołki. Zbocza owe wyłaniają się tak ciemne itak strome, że chciałoby się, by trzymały się zdaleka, ale nie ma drogi, którą można by przed nimi umknąć. Za krytym mostem widać małą wioskę, skuloną między strumieniem apionowym stokiem Okrągłej Góry, idziwi skupisko butwiejących łamanych dachów, świadczących owcześniejszej epoce budowlanej niż ta, jaką znają sąsiednie okolice. Nie dodaje otuchy odkrycie, przy bliższym spojrzeniu, że większość domów stoi opuszczona irozpada się wgruzy, akościół zułamaną wieżyczką mieści dziś jedyny, niechlujny sklepik osady. Człowiek lęka się zaufać mrocznemu tunelowi mostu, lecz nie sposób go ominąć. Po przejściu na drugą stronę trudno oprzeć się wrażeniu, że nad wioskową ulicą unosi się słaba, złowroga woń, jak gdyby pleśni irozkładu nagromadzonych przez stulecia. Zawsze jest ulgą wyrwać się ztego miejsca iruszyć wąską drogą wokół podnóża wzgórz, apotem przez płaską równinę, aż połączy się zpowrotem ztraktem do Aylesbury. Dopiero później człowiek dowiaduje się czasem, że przejechał przez Dunwich.

Obcy odwiedzają Dunwich tak rzadko, jak to tylko możliwe, aod pewnej pory koszmaru zdjęto wszystkie drogowskazy, które ku niemu wiodły. Krajobraz, mierzony jakąkolwiek zwyczajną miarą estetyczną, jest bardziej niż zwyczajnie piękny, ajednak nie napływają tu ani artyści, ani letnicy. Dwa stulecia temu, kiedy nie wyśmiewano jeszcze gadania oczarciej krwi, czczeniu Szatana idziwnych obecnościach wlasach, zwyczajem było podawać powody, dla których unika się tych stron. Wnaszym rozsądnym wieku – od czasu gdy koszmar wDunwich zroku 1928 zatuszowali ci, którym leżało na sercu dobro miasteczka iświata – ludzie omijają je, nie wiedząc dokładnie dlaczego. Być może jedną zprzyczyn – choć nie może ona dotyczyć nieświadomych niczego przyjezdnych – jest to, że miejscowi popadli dziś wodpychające zwyrodnienie, zaszedłszy daleko na tej drodze wstecznego rozwoju, tak pospolitej na zapadłych prowincjach Nowej Anglii. Utworzyli osobną rasę, noszącą wyraźne umysłowe icielesne stygmaty degeneracji ichowu wsobnego. Przeciętna ich inteligencji jest żałośnie niska, akroniki cuchną jawnym występkiem oraz na wpół ukrytymi morderstwami, kazirodztwem iczynami niemal niewysłowionej przemocy iperwersji. Dawna szlachta, wywodząca się zdwu czy trzech herbowych rodzin, które przybyły zSalem wroku 1692, utrzymała się nieco ponad ogólnym poziomem rozkładu, choć wiele jej gałęzi zapadło wnędzny plebs tak głęboko, że jedynie nazwiska pozostały kluczem do pochodzenia, które hańbią. Niektórzy zWhateleyów iBishopów nadal posyłają najstarszych synów na Harvard ido Miskatonic, choć synowie ci rzadko wracają pod butwiejące łamane dachy, pod którymi urodzili się oni sami iich przodkowie.

Nikt, nawet ci, którzy znają fakty dotyczące niedawnego koszmaru, nie potrafi powiedzieć, co właściwie jest nie wporządku zDunwich; stare legendy mówią wszakże obezbożnych obrzędach izgromadzeniach Indian, podczas których wywoływali oni zakazane kształty cienia zwielkich okrągłych wzgórz izanosili dzikie, orgiastyczne modły, na które odpowiadały głośne trzaski ipomruki spod ziemi. Wroku 1747 wielebny Abijah Hoadley, świeżo przybyły do kościoła kongregacjonalnego wwiosce Dunwich, wygłosił pamiętne kazanie obliskiej obecności Szatana ijego czartów, wktórym rzekł:

„Przyznać trzeba, iż owe Bluźnierstwa piekielnego Orszaku Demonów są Sprawą zbyt powszechnie znaną, by można ją było zaprzeczyć; przeklęte Głosy Azazela iBuzraela, Belzebuba iBeliala słyszało bowiem spod Ziemi ponad dwudziestu wiarygodnych Świadków, dziś jeszcze żyjących. Ja sam, nie dalej jak dwa tygodnie temu, pochwyciłem bardzo wyraźną Rozmowę złych Mocy we Wzgórzu za moim Domem, abyły wniej Grzechoty iTurkoty, Jęki, Skrzeki iSyki, jakich żadna Rzecz ztej Ziemi wydać by nie zdołała, aktóre musiały pochodzić zowych Jaskiń, które jedynie czarna Magia odkryć, ajedynie Diabeł otworzyć potrafi.”

Pan Hoadley zniknął niedługo po wygłoszeniu tego kazania, lecz jego tekst, wydrukowany wSpringfield, zachował się do dziś. Zroku na rok donoszono okolejnych odgłosach ze wzgórz ipo dziś dzień stanowią one zagadkę dla geologów ifizjografów.

Inne podania mówią oodrażających woniach wpobliżu wieńczących wzgórza kręgów kamiennych słupów oraz opędzących wpowietrzu obecnościach, które opewnych godzinach słyszeć można słabo zokreślonych miejsc na dnie wielkich jarów; jeszcze inne próbują wyjaśnić Diabelskie Chmielisko – posępne, spalone zbocze, na którym nie chce rosnąć ani drzewo, ani krzew, ani źdźbło trawy. Miejscowi śmiertelnie boją się też niezliczonych lelków, które rozgadują się wciepłe noce. Przysięgają, że ptaki te są psychopompami czyhającymi na dusze umierających iże swoje niesamowite krzyki dostrajają do rwącego się oddechu cierpiącego. Jeśli zdołają pochwycić uciekającą duszę wchwili, gdy opuszcza ciało, natychmiast odlatują, szczebiocząc demonicznym śmiechem; jeśli zaś im się nie uda, milkną powoli wrozczarowanej ciszy.

Opowieści te są, rzecz jasna, przebrzmiałe iśmieszne, wywodzą się bowiem zbardzo dawnych czasów. Dunwich jest doprawdy śmiesznie stare – owiele starsze niż jakakolwiek osada wpromieniu trzydziestu mil. Na południe od wioski można jeszcze dostrzec ściany piwnic ikomin starego domu Bishopów, zbudowanego przed rokiem 1700, aruiny młyna przy wodospadzie, wzniesionego wroku 1806, są najnowszym dziełem architektury, jakie tu można zobaczyć. Przemysł nie zakwitł wtych stronach, adziewiętnastowieczny ruch fabryczny okazał się krótkotrwały. Najstarsze ze wszystkiego są wielkie kręgi zgrubo ciosanych kamiennych kolumn na szczytach wzgórz, ale te przypisuje się na ogół raczej Indianom niż osadnikom. Złoża czaszek ikości, znajdowane wewnątrz tych kręgów iwokół sporego, podobnego do stołu głazu na Wzgórzu Strażniczym, podtrzymują ludowe przekonanie, że miejsca te były kiedyś cmentarzyskami Pocumtucków – choć wielu etnologów, lekceważąc absurdalne nieprawdopodobieństwo takiej teorii, uparcie uważa te szczątki za kaukaskie.

Rozdział II

To właśnie wgminie Dunwich, wdużym itylko częściowo zamieszkanym domu farmerskim, przytulonym do zbocza wzgórza cztery mile od wioski ipółtorej mili od najbliższej innej siedziby ludzkiej, przyszedł na świat Wilbur Whateley – opiątej rano wniedzielę, drugiego lutego 1913 roku. Datę tę zapamiętano, ponieważ było to święto Matki Boskiej Gromnicznej, które ludzie wDunwich obchodzą osobliwie, pod inną nazwą, atakże dlatego, że przez całą poprzednią noc rozbrzmiewały odgłosy ze wzgórz iuporczywie ujadały wszystkie psy wokolicy. Mniej godny uwagi wydawał się fakt, że matką była jedna ze zwyrodniałych Whateleyów – nieco zniekształcona, nieurodziwa albinoska lat trzydziestu pięciu, mieszkająca zsędziwym ina wpół obłąkanym ojcem, októrym wczasach jego młodości szeptano najstraszliwsze opowieści oczarnoksięstwie. Lavinia Whateley nie miała żadnego znanego męża, lecz zgodnie zobyczajem tych stron nie próbowała wypierać się dziecka, októrego pochodzeniu zdrugiej strony okoliczni ludzie mogli spekulować – i