Kopiec - H.P. Lovecraft, Zealia Bishop - ebook + audiobook

Kopiec ebook i audiobook

H.P. Lovecraft, Zealia Bishop

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Na prerii Oklahomy wznosi się samotny kopiec. Za dnia po jego szczycie przechadza się milcząca postać. Nocą pojawia się tam kobieta bez głowy, niosąca blade, błękitne światło. Ci, którzy próbowali zbadać to miejsce, wracali odmienieni albo nie wracali wcale.

 

Etnolog przybywa, by rozwikłać lokalną legendę. Pod ziemią czeka na niego świadectwo sprzed wieków i prawda, której żaden człowiek nie powinien poznać.

 

„Kopiec” H.P. Lovecrafta, napisany wspólnie z Zealią Bishop, to jedno z najbardziej niezwykłych opowiadań Mitów Cthulhu i mroczna podróż w głąb kosmicznego horroru.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 151

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 30 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Sebastian Kumor

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



H.P Lovecraft iZealia Bishop

Kopiec

Przetłumaczył Marcin Gołda

WROTA WYOBRAŹNI · 2026

Kopiec

Autor: H.P. Lovecraft, Zealia Bishop

Tytuł oryginału: The Mound

Tłumaczenie i redakcja: Marcin Gołda

Wydanie I

ISBN: 978-83-68914-91-7

Copyright

© 2026 by Wrota Wyobraźni

Wszelkie prawa zastrzeżone

Rozdział I

Dopiero od kilku lat większość ludzi przestała uważać Zachód za młodą krainę. Pogląd ten przyjął się zapewne dlatego, że nasza własna cywilizacja jest tam istotnie młoda; dziś jednak badacze kopią pod powierzchnią iwydobywają na światło dzienne całe rozdziały dziejów – epoki rozkwitu iupadku, które rozegrały się na tych równinach iwśród tych gór, zanim jeszcze zaczęto spisywać historię. Nie dziwi nas już osada Indian Pueblo sprzed dwóch ipół tysiąca lat iledwie wzruszamy ramionami, gdy archeologowie datują meksykańską kulturę spod pokładów lawy na siedemnaste czy osiemnaste tysiąclecie przed Chrystusem1. Dochodzą nas też wieści orzeczach jeszcze starszych – oczłowieku pierwotnym, współczesnym wymarłym zwierzętom, znanym dziś jedynie zgarści połamanych kości inarzędzi – tak że wyobrażenie omłodości tej ziemi blednie dość szybko. Europejczycy na ogół lepiej od nas wyczuwają tę niepamiętną starość, te głębokie pokłady odkładane przez kolejne fale życia. Ledwie parę lat temu pewien brytyjski pisarz nazwał Arizonę „krainą bladą iprzymgloną jak księżyc, na swój sposób bardzo piękną, surową istarą – ziemią pradawną isamotną”2.

A jednak sądzę, że oszałamiającą – niemal straszliwą – starość Zachodu odczuwam głębiej niż ktokolwiek zEuropejczyków. Wszystko przez pewne zdarzenie zroku 1928; zdarzenie, które – daj Boże – wtrzech czwartych było tylko halucynacją, lecz które odcisnęło się wmojej pamięci tak przeraźliwie mocno, że niełatwo mi się od niego otrząsnąć. Stało się to wOklahomie, dokąd raz po raz sprowadza mnie praca etnologa badającego Indian amerykańskich igdzie już wcześniej natknąłem się na sprawy diabelnie dziwne iniepokojące. Niech nikt się nie łudzi – Oklahoma to coś znacznie więcej niż tylko pogranicze pionierów ispekulantów. Żyją tam stare, bardzo stare plemiona ostarych, bardzo starych wspomnieniach; akiedy jesienią nad zadumanymi równinami bez ustanku biją tam-tamy, dusze ludzkie zbliżają się niebezpiecznie do rzeczy pierwotnych, októrych mówi się tylko szeptem. Sam jestem białym człowiekiem ze Wschodu, jak się patrzy, ajednak nie wstydzę się przyznać, że obrzędy Yiga, Ojca Węży, wkażdej chwili potrafią przejąć mnie prawdziwym dreszczem. Zbyt wiele słyszałem iwidziałem, by wtakich sprawach pozostać „oświeconym” sceptykiem. Itak samo jest ze zdarzeniem zroku 1928. Chciałbym móc zbyć je śmiechem – ale nie potrafię.

Przybyłem do Oklahomy, aby dotrzeć do źródeł jednej zlicznych opowieści oduchach, krążących wśród białych osadników, lecz mocno potwierdzanych przez Indian imających – byłem tego pewien – indiańskie źródło. Nader osobliwe były te opowieści oduchach pod gołym niebem; ichoć wustach białych brzmiały płasko iprozaicznie, nosiły znamiona pokrewieństwa znajbogatszymi inajbardziej mrocznymi warstwami tubylczej mitologii. Wszystkie osnute były wokół ogromnych, samotnych, jakby sztucznie usypanych kopców wzachodniej części stanu iwe wszystkich występowały zjawy onadzwyczaj dziwnym wyglądzie irynsztunku.

Najpospolitsza znich, azarazem jedna znajstarszych, zyskała sporą sławę wroku 1892, kiedy to szeryf federalny John Willis ruszył wkrainę kopców wpogoni za koniokradami, awrócił zniesamowitą historią onocnej kawalerii wpowietrzu, owielkich armiach niewidzialnych widm – obitwach pełnych tętentu kopyt itupotu stóp, głuchych uderzeń, szczęku metalu ometal, przytłumionych okrzyków wojowników iłoskotu padających ciał, ludzkich ikońskich. Działo się to wświetle księżyca iprzerażało zarówno jego konia, jak ijego samego. Odgłosy trwały bez przerwy przez godzinę; wyraźne, ajednak stłumione, jakby wiatr przynosił je zdaleka, iani razu nie towarzyszył im choćby przebłysk samych armii3. Później Willis dowiedział się, że miejsce, zktórego dobiegały, ma złą sławę iuchodzi za nawiedzone, iże omijają je zdaleka tak osadnicy, jak Indianie. Wielu widziało – lub zdawało im się, że widzą – walczących na niebie jeźdźców, iwielu opisywało ich mgliście iwieloznacznie. Osadnicy mówili owidmowych wojownikach jako oIndianach, lecz zżadnego znanego plemienia, wnajosobliwszych strojach iz najosobliwszą bronią. Twierdzili nawet, że nie są pewni, czy ich wierzchowce były naprawdę końmi.

Indianie zkolei bynajmniej nie uważali tych widm za swoich pobratymców. Nazywali je „tamtymi ludźmi”, „starymi ludźmi” albo „tymi, którzy mieszkają wdole” iotaczali je, jak się zdawało, zbyt wielką izbyt lękliwą czcią, by onich rozprawiać. Żadnemu etnologowi nie udało się wydobyć od któregokolwiek zopowiadaczy dokładnego opisu tych istot inajwyraźniej nikt nigdy nie przyjrzał im się zbyt dobrze. Indianie mieli na temat tych zjawisk jedno czy dwa stare przysłowia, które głosiły, że „człowiek bardzo stary robić bardzo wielki duch; nie tak stary, nie tak wielki; starszy niż cały czas, wtedy duch tak wielki, że prawie ciało; tamci starzy ludzie iduchy się mieszać – robić się jedno”.

Dla etnologa wszystko to są, rzecz jasna, „stare dzieje” – ztej samej gliny co uporczywe legendy obogatych ukrytych miastach ipogrzebanych ludach, których pełno wśród Indian Pueblo iplemion zprerii, iktóre przed wiekami zwiodły Coronada na daremne poszukiwania bajecznej Quiviry. Do zachodniej Oklahomy przywiodło mnie coś owiele bardziej konkretnego iuchwytnego – miejscowa, swoista opowieść, która, choć wistocie stara, była zupełnie nowa dla świata nauki izawierała pierwsze wyraźne opisy duchów, októrych traktowała. Dreszczu emocji dodawał fakt, że pochodziła zzapadłego miasteczka Binger whrabstwie Caddo, miejsca, gdzie – jak wiedziałem od dawna – rozegrało się pewne straszliwe itylko po części wytłumaczalne zdarzenie, związane zmitem obogu-wężu4.

Na pozór opowieść była niezwykle naiwna iprosta, ajej ośrodkiem był ogromny, samotny kopiec czy też niewielkie wzgórze, wyrastające zrówniny wodległości mniej więcej jednej trzeciej mili na zachód od osady – kopiec, który jedni brali za dzieło natury, inni zaś za miejsce pochówku lub obrzędowe podwyższenie usypane przez prehistoryczne plemiona. Kopiec ten, jak mówili mieszkańcy, nawiedzały nieustannie dwie indiańskie postacie, pojawiające się na przemian: starzec, który od świtu do zmierzchu, bez względu na pogodę itylko zkrótkimi przerwami, przechadzał się tam iz powrotem po szczycie, oraz Indianka, która zastępowała go nocą, zpochodnią obłękitnym płomieniu, migoczącą niemal bez przerwy aż do rana. Wjasne księżycowe noce osobliwą sylwetkę kobiety dało się dostrzec całkiem wyraźnie iponad połowa mieszkańców zgodnie twierdziła, że zjawa nie ma głowy.

Co do pobudek obu zjaw itego, która znich jest bardziej widmowa, opinie wmiasteczku były podzielone. Jedni utrzymywali, że mężczyzna wcale nie jest duchem, lecz żywym Indianinem, który dla złota zabił ipozbawił głowy pewną Indiankę, apotem pogrzebał ją gdzieś na kopcu. Według tych teoretyków przechadzał się po wzniesieniu, dręczony wyrzutami sumienia, przykuty do miejsca przez ducha swej ofiary, który po zmroku przybierał widzialną postać. Inni jednak, bardziej konsekwentni wswych wierzeniach, twierdzili, że imężczyzna, ikobieta są duchami: on zabił ją, apotem siebie, wjakiejś bardzo odległej epoce. Te ipomniejsze odmiany legendy krążyły, jak się zdaje, od czasu zasiedlenia kraju Wichita wroku 1889 i– jak mnie zapewniano – znajdowały zdumiewające potwierdzenie wzjawiskach wciąż trwających, które każdy mógł zobaczyć na własne oczy. Niewiele opowieści oduchach dostarcza tak jawnych iłatwo dostępnych dowodów, toteż bardzo byłem ciekaw, jakie dziwaczne cuda czają się wtej małej, zapomnianej osadzie, tak daleko od utartych szlaków tłumu iod bezlitosnego reflektora wiedzy naukowej. Itak późnym latem 1928 roku wsiadłem do pociągu do Binger irozmyślałem odziwnych tajemnicach, podczas gdy wagony turkotały nieśmiało po jednym jedynym torze przez coraz bardziej bezludny krajobraz.

Binger to skromne skupisko drewnianych domów isklepów pośrodku płaskiej, wietrznej okolicy, pełnej chmur czerwonego pyłu. Ma około pięciuset mieszkańców, nie licząc Indian zsąsiedniego rezerwatu, agłównym zajęciem jest tu, jak się zdaje, rolnictwo. Gleba jest dość urodzajna, agorączka naftowa nie dotarła jeszcze do tej części stanu. Mój pociąg wtoczył się na stację ozmierzchu ipoczułem się dość zagubiony inieswojo – odcięty od zwykłych, codziennych rzeczy – gdy sapiąc odjechał beze mnie na południe. Peron pełen był ciekawskich próżniaków, zktórych każdy aż się palił, by wskazać mi drogę, kiedy spytałem oczłowieka, do którego miałem listy polecające. Poprowadzono mnie zwyczajną główną ulicą, której wyjeżdżona nawierzchnia czerwieniła się od tutejszej piaskowcowej gleby, aż wkońcu doprowadzono pod drzwi mojego przyszłego gospodarza. Ci, którzy wszystko to dla mnie zorganizowali, wybrali dobrze: pan Compton był człowiekiem wielkiej inteligencji, cieszącym się wokolicy poważaniem, ajego matka – która znim mieszkała iktórą wszyscy nazywali poufale „Babcią Compton” – należała do pierwszego pokolenia pionierów ibyła prawdziwą skarbnicą anegdot ipodań.

Tego wieczoru Comptonowie streścili mi wszystkie legendy krążące wśród mieszkańców, dowodząc, że zjawisko, które przyjechałem badać, jest istotnie zagadkowe iważne. Okazało się, że wBinger duchy uważano niemal za rzecz oczywistą. Dwa pokolenia urodziły się idorosły, mając stale przed oczami ten dziwny, samotny kurhan ijego niespokojne postacie. Okolic kopca naturalnie bano się iunikano, tak że przez wszystkie cztery dziesięciolecia osadnictwa ani miasteczko, ani farmy nie rozrosły się wjego stronę; mimo to śmielsze jednostki kilkakrotnie się tam wyprawiały. Niektórzy wracali zwieścią, że zbliżając się do straszliwego wzgórza, nie widzieli żadnych duchów; że samotny strażnik wjakiś sposób znikał im zoczu, zanim dotarli na miejsce, pozwalając im swobodnie wejść na strome zbocze iprzeszukać płaski szczyt. Nie było tam nic, mówili – tylko nierówna połać zarośli. Gdzie mógł się podziać indiański wartownik, nie mieli pojęcia. Musiał, rozumowali, zejść po zboczu ijakoś wymknąć się niezauważony przez równinę, choć wzasięgu wzroku nie było żadnej dogodnej kryjówki. Wkażdym razie nie wydawało się, by do wnętrza kopca prowadziło jakiekolwiek wejście – do takiego wniosku dochodzili po dokładnym przeszukaniu krzewów iwysokiej trawy ze wszystkich stron. Wkilku przypadkach wrażliwsi poszukiwacze oświadczali, że czuli jakąś niewidzialną, powstrzymującą ich obecność; nie potrafili jednak opisać nic bardziej konkretnego. Było to po prostu tak, jakby powietrze gęstniało przed nimi wkierunku, wktórym chcieli iść. Nie trzeba dodawać, że wszystkie te śmiałe wyprawy odbywały się za dnia. Nic na świecie nie skłoniłoby żadnej ludzkiej istoty, białej czy czerwonej, do zbliżenia się do tego złowrogiego wzniesienia po zmroku; Indianin zresztą nie pomyślałby nawet otym, by podejść do niego wnajjaśniejszym słońcu.

Lecz nie zopowieści tych rozsądnych, spostrzegawczych poszukiwaczy brał się główny lęk przed widmowym kopcem; gdyby bowiem ich doświadczenia były typowe, zjawisko zajmowałoby wmiejscowych podaniach owiele skromniejsze miejsce. Najgorsze było to, że wielu innych wracało dziwnie okaleczonych na umyśle iciele – lub nie wracało wogóle. Pierwszy taki przypadek zdarzył się wroku 1891, kiedy młody człowiek nazwiskiem Heaton poszedł tam złopatą, żeby zobaczyć, jakie ukryte tajemnice zdoła wykopać. Nasłuchał się osobliwych historii od Indian iwyśmiał relację innego młodzieńca, który odbył bezowocną wyprawę na kopiec inic nie znalazł. Gdy ów drugi młodzieniec odbywał swą wyprawę, Heaton obserwował kopiec zmiasteczka przez lunetę; ikiedy wędrowiec zbliżał się do celu, zobaczył, jak indiański strażnik spokojnie schodzi wgłąb kurhanu, zupełnie jakby na szczycie znajdowała się klapa, apod nią schody. Tamten nie zauważył, jak Indianin zniknął – po prostu, dotarłszy na kopiec, już go nie zastał.

Wybierając się na własną wyprawę, Heaton postanowił dociec sedna tajemnicy, iobserwatorzy zmiasteczka widzieli, jak pracowicie rąbie zarośla na szczycie kopca. Potem ujrzeli, jak jego postać powoli rozpływa się wnicość; idługo nie pojawiał się ponownie – aż zapadł zmierzch ina odległym wzniesieniu upiornie zamigotała pochodnia bezgłowej Indianki. Jakieś dwie godziny po zapadnięciu nocy wtoczył się chwiejnie do miasteczka, bez łopaty ireszty dobytku, iwybuchnął wrzaskliwym monologiem bezładnych majaczeń. Wył opotwornych otchłaniach imonstrach, ostraszliwych rzeźbach iposągach, onieludzkich porywaczach igroteskowych torturach, io innych fantastycznych anomaliach, zbyt zawiłych ichimerycznych, by je wogóle zapamiętać. „Stare! Stare! Stare!” – jęczał raz po raz. „Wielki Boże, one są starsze niż ziemia iprzyszły tu skądinąd – wiedzą, co myślisz, isprawiają, że ty wiesz, co one myślą – pół ludzie, pół duchy – przekroczyły granicę – rozpływają się iznów przybierają kształt – zkażdą chwilą coraz bardziej, aprzecież wszyscy od nich pochodzimy, od samego początku – dzieci Tulu – wszystko ze złota – potworne zwierzęta, na wpół ludzkie – martwi niewolnicy – szaleństwo – Iä! Shub-Niggurath! – ten biały człowiek – omój Boże, co oni znim zrobili!...”

Heaton był przez jakieś osiem lat wioskowym głupkiem, po czym zmarł wataku epilepsji. Od tamtej pory zdarzyły się jeszcze dwa przypadki kopcowego szaleństwa iosiem całkowitych zaginięć. Zaraz po obłąkanym powrocie Heatona trzech zdeterminowanych, gotowych na wszystko mężczyzn wyruszyło razem na samotne wzgórze – uzbrojonych po zęby, złopatami ikilofami. Obserwujący ich mieszkańcy widzieli, jak indiańska zjawa rozwiewa się, gdy badacze podchodzą bliżej, apotem jak mężczyźni wchodzą na kopiec izaczynają przetrząsać zarośla. Nagle rozpłynęli się wnicość inikt ich już nigdy nie zobaczył. Jeden zobserwatorów, mający wyjątkowo silny teleskop, odniósł wrażenie, że widzi, jak obok nieszczęśników materializują się niewyraźnie inne kształty iwciągają ich wgłąb kopca; relacja ta pozostała jednak niepotwierdzona. Nie trzeba dodawać, że po zaginionych nie wyruszyła żadna ekspedycja ratunkowa iże przez wiele lat nikt kopca nie odwiedzał. Dopiero gdy wydarzenia roku 1891 wznacznej mierze poszły wzapomnienie, ktoś odważył się pomyśleć odalszych badaniach. Wtedy to, około roku 1910, pewien chłopak, zbyt młody, by pamiętać dawne okropności, wyprawił się na omijane zdaleka miejsce inie znalazł zupełnie nic.

Do roku 1915 ostry lęk idzikie podania zdziewięćdziesiątego pierwszego wyblakły wznacznej mierze izmieniły się wzdawkowe, pozbawione wyobraźni historyjki oduchach, jakie przetrwały do dziś – przynajmniej wśród białych. Wpobliskim rezerwacie żyli starzy Indianie, którzy wiele myśleli izachowywali swoje zdanie dla siebie. Mniej więcej wtym czasie nadeszła druga fala żywej ciekawości iśmiałych wypraw: kilku odważnych poszukiwaczy poszło na kopiec iwróciło. Potem przyszła wyprawa dwóch przyjezdnych ze Wschodu, złopatami iinnym sprzętem – para archeologów amatorów związanych zpewnym małym college’em, którzy prowadzili badania wśród Indian. Nikt zmiasteczka nie obserwował tej wyprawy, ale oni nigdy nie wrócili. Ekipa poszukiwawcza, która wyruszyła za nimi – abył wniej mój gospodarz Clyde Compton – nie znalazła na kopcu absolutnie nic niezwykłego.

Następną wyprawą była samotna eskapada starego kapitana Lawtona, siwego pioniera, który wroku 1889 pomagał otwierać ten kraj dla osadnictwa, ale od tamtej pory nigdy tu nie wrócił. Przez wszystkie te lata pamiętał kopiec ito, jak go niegdyś urzekł; aciesząc się teraz wygodną emeryturą, postanowił spróbować rozwiązać odwieczną zagadkę. Długa zażyłość zindiańskim mitem podsunęła mu pomysły dziwniejsze nieco niż te, które żywili prości mieszkańcy, ipoczynił przygotowania do rozległych wykopalisk. Wszedł na kopiec rankiem wczwartek 11 maja 1916 roku, aponad dwadzieścia osób wmiasteczku ina okolicznej równinie śledziło go przez lunety. Zniknął bardzo nagle, wchwili gdy wycinał zarośla sierpakiem. Nikt nie potrafił powiedzieć nic ponad to, że wjednej chwili był, aw następnej go nie było. Przez ponad tydzień żadne wieści onim nie dotarły do Binger, apotem – wśrodku nocy – przywlokło się do miasteczka coś, onaturze czego spory trwają do dzisiaj.

Twierdziło, że jest – lub było – kapitanem Lawtonem, lecz było zdecydowanie młodsze, ito ojakieś czterdzieści lat, od starca, który wszedł na kopiec. Włosy miało kruczoczarne, atwarz – wykrzywioną teraz bezimiennym strachem – bez jednej zmarszczki. Babci Compton przypominało jednak wniesamowity sposób kapitana takiego, jakim był wosiemdziesiątym dziewiątym. Stopy miało równo odcięte wkostkach, akikuty gładko zabliźnione, wstopniu niemal nie do wiary, jeśli istota ta rzeczywiście była człowiekiem, który tydzień wcześniej chodził owłasnych nogach. Bełkotało orzeczach niepojętych ipowtarzało wkółko nazwisko „George Lawton, George E. Lawton”, jak gdyby chciało upewnić się co do własnej tożsamości. To, oczym bełkotało, było, zdaniem Babci Compton, osobliwie podobne do majaczeń biednego młodego Heatona zdziewięćdziesiątego pierwszego; choć były idrobne różnice. „Niebieskie światło! Niebieskie światło!...” – mamrotało owo coś. „Zawsze tam wdole, zanim były jakiekolwiek żywe stworzenia – starsze niż dinozaury – zawsze takie samo, tylko słabsze – nigdy śmierci – iduma, iduma, iduma – ci sami ludzie, pół ludzie, pół opar – umarli, którzy chodzą ipracują – och, te bestie, te na wpół ludzkie jednorożce – domy imiasta ze złota – stare, stare, stare, starsze niż czas – zeszli zgwiazd – Wielki Tulu – Azathoth – Nyarlathotep – czekają, czekają...” Owo coś umarło przed świtem.

Rzecz jasna, przeprowadzono śledztwo, aIndian zrezerwatu przesłuchiwano bezlitośnie. Ale nic nie wiedzieli inie mieli nic do powiedzenia. Aprzynajmniej żaden znich nie miał nic do powiedzenia prócz starego Szarego Orła, wodza Wichita, którego przeszło sto lat życia stawiało ponad pospolitymi lękami. On jeden raczył wymruczeć kilka słów rady.

– Ty to zostawić, biały człowieku. Niedobre – tamci ludzie. Wszystko tu pod spodem, wszystko tam pod spodem, tamci starzy. Yig, wielki ojciec węży, on tam. Yig to Yig. Tiráwa, wielki ojciec ludzi, on tam. Tiráwa to Tiráwa. Nie umierać. Nie starzeć się. Tak samo jak powietrze. Tylko żyć iczekać. Jeden raz oni wyjść tutaj, żyć iwalczyć. Budować tipi zziemi. Przynosić złoto – oni mieć dużo. Odejść irobić nowe domy. Ja od nich. Ty od nich. Potem przyjść wielkie wody. Wszystko się zmienić. Nikt nie wychodzić, nikogo nie wpuszczać. Wejść, nie wyjść. Ty to zostawić, ty nie mieć złe czary. Czerwony człowiek wiedzieć, jego nie złapać. Biały człowiek się wtrącać, on nie wrócić. Trzymać się zdaleka od małe wzgórza. Niedobre. Szary Orzeł tak mówić.

Gdyby Joe Norton iRance Wheelock posłuchali rady starego wodza, pewnie żyliby do dziś; ale nie posłuchali. Byli zapalonymi czytelnikami izatwardziałymi materialistami, nie bali się niczego wniebie ani na ziemi isądzili, że jacyś indiańscy zbóje mają we wnętrzu kopca tajną kryjówkę. Byli już wcześniej na kopcu, ateraz ruszyli znowu, by pomścić starego kapitana Lawtona – zapowiadając chełpliwie, że dokonają tego, choćby mieli rozkopać cały kopiec do fundamentów. Clyde Compton obserwował ich przez lornetkę pryzmatyczną iwidział, jak obchodzą podstawę złowrogiego wzgórza. Najwyraźniej zamierzali przeszukać teren bardzo powoli iskrupulatnie. Mijały minuty, aoni się nie pojawiali. Inikt ich już nigdy nie zobaczył.

Raz jeszcze kopiec stał się przedmiotem panicznego lęku idopiero wrzawa wielkiej wojny zepchnęła go zpowrotem wdalsze tło podań Binger. Wlatach 1916–1919 nikt go nie odwiedzał itak by zostało, gdyby nie brawura kilku młodych ludzi wracających ze służby we Francji. Wlatach 1919–1920 wśród przedwcześnie zahartowanych młodych weteranów rozpętała się prawdziwa epidemia wycieczek na kopiec – epidemia, która rosła, gdy jeden po drugim wracali cali ipełni pogardy. Do roku 1920 – tak krótka jest ludzka pamięć – kopiec stał się niemal pośmiewiskiem, ałagodna historia ozamordowanej Indiance zaczęła na wszystkich ustach wypierać mroczniejsze szepty. Wtedy dwóch nieokrzesanych młodych braci – wyjątkowo pozbawionych wyobraźni itwardych chłopcy Clayów – postanowiło pójść iwykopać pogrzebaną Indiankę wraz ze złotem, dla którego stary Indianin ją zamordował.

Wyruszyli wpewne wrześniowe popołudnie – mniej więcej otej porze roku, kiedy indiańskie tam-tamy zaczynają swoje coroczne, nieustanne bicie nad płaskimi, pokrytymi czerwonym pyłem równinami. Nikt ich nie obserwował, arodzice przez kilka godzin nie niepokoili się ich nieobecnością. Potem podniesiono alarm, wyruszyła ekipa poszukiwawcza iznów trzeba było pogodzić się zmilczącą, niepewną tajemnicą.

Jeden znich jednak wrócił. Był to Ed, starszy, ajego włosy ibroda koloru słomy zbielały jak ualbinosa na dwa cale od korzeni. Na czole miał dziwną bliznę, podobną do wypalonego hieroglifu. Trzy miesiące po tym, jak zniknął wraz zbratem Walkerem, zakradł się nocą do domu, odziany jedynie wkoc oosobliwym wzorze, który wrzucił do ognia, ledwie zdołał włożyć własne ubranie. Powiedział rodzicom, że on iWalker zostali pojmani przez jakichś dziwnych Indian – nie Wichita ani Caddo – itrzymani wniewoli gdzieś na zachodzie. Przeżycie było szczególnie straszne inie mógł teraz otym mówić. Musiał odpocząć – azresztą na nic by się nie zdało wszczynać alarm ipróbować odnaleźć iukarać tych Indian. Nie byli ztych, których da się złapać czy ukarać, adla dobra Binger – dla dobra świata – było szczególnie ważne, by nie ścigać ich aż do ich tajemnej kryjówki. Wgruncie rzeczy nie byli tym, kogo można by nazwać prawdziwymi Indianami – wyjaśni to później. Tymczasem musi odpocząć. Lepiej nie budzić miasteczka wieścią ojego powrocie – pójdzie na górę isię prześpi. Zanim wszedł po rozchwianych schodach do swego pokoju, wziął ze stołu wsalonie notes iołówek, az szuflady ojcowskiego biurka pistolet automatyczny.

Trzy godziny później rozległ się strzał. Ed Clay przestrzelił sobie skronie zpistoletu trzymanego wlewej ręce, zostawiając na chybotliwym stoliku przy łóżku skąpo zapisaną kartkę. Jak później wywnioskowano zzestruganego ogryzka ołówka ipieca pełnego zwęglonego papieru, napisał pierwotnie o