Wydawca: Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 525 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 38 min Lektor: Jan Peszek

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 38 min Lektor: Jan Peszek

Opis ebooka Koniec warty - Stephen King

SPEKTAKULARNE ZAMKNIĘCIE TRYLOGII O EMERYTOWANYM DETEKTYWIE BILLU HODGESIE

Brady Hartsfield, zabójca odpowiedzialny za masakrę w „Panu Mercedesie”, znajduje się w stanie wegetatywnym w Klinice Traumatycznych Uszkodzeń Mózgu. Zakończenie drugiego tomu trylogii sugeruje jednak, że w pokoju 217 przebudziło się coś złego – zabójca nie tylko odzyskał świadomość, lecz także zyskał nowe, śmiertelne moce, które pozwolą mu siać niewyobrażalne spustoszenie bez opuszczania szpitalnego pokoju. Emerytowany detektyw Bill Hodges i wspierająca go Holly Gibney, którzy nadal prowadzą agencję detektywistyczną, zostają wciągnięci w najbardziej niebezpieczne ze swoich dotychczasowych dochodzeń, bowiem Brady Hartsfield powraca i planuje zemstę nie tylko na Billu Hodgesie i jego bliskich, ale na całym mieście.

TYM RAZEM Stephen King SIĘGA PO TAK LUBIANE PRZEZ JEGO FANÓW ELEMENTY GROZY, ŁĄCZĄC MISTRZOWSKO LITERATURĘ DETEKTYWISTYCZNĄ Z NADNATURALNYM SUSPENSEM, KTÓRY JEST JEGO ZNAKIEM FIRMOWYM

Opinie o ebooku Koniec warty - Stephen King

Fragment ebooka Koniec warty - Stephen King

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

10 kwietnia 2009. Martine Stover

Z. Styczeń 2016

1

2

3

4

5

6

O książce

III CZĘŚĆ TRYLOGII Z DETEKTYWEM BILLEM HODGESEM

W sali nr 217 Kliniki Traumatycznych Uszkodzeń Mózgu przebudziło się coś złego.

Czy leżący w niej pacjent, Brady Hartsfield, słynny Zabójca z Mercedesa, jest rzeczywiście tylko niezdolnym do kontaktu ze światem „warzywkiem” i – jak twierdzą lekarze – nie ma szans na poprawę?

Detektyw Bill Hodges jakoś w to nie wierzy, a jego podejrzenia nasilają się, gdy dochodzi do samobójstw ludzi, którzy przed sześcioma laty ucierpieli podczas Masakry Mercedesem.

I nie myli się. Hartsfield nie tylko odzyskał pełnię władz umysłowych, ale i odkrył w sobie nowe zdolności: telekinezy oraz wnikania w umysły innych ludzi. A to w przypadku psychopaty może się okazać tragiczne w skutkach.

Policja, jak to policja, chce mieć święty spokój. Znowu więc wygląda na to, że powstrzymanie szaleńca – który jest tym bardziej niebezpieczny, że internet pozwala mu nieskończenie rozszerzać pole działania – spadnie na Billa Hodgesa i dwoje jego przyjaciół, Holly Gibney i Jerome’a Robinsona.

W „Końcu warty” Stephen King wprowadza do powieści detektywistycznej to, co jest jego znakiem firmowym – elementy paranormalne. Ku radości fanów obu gatunków!

STEPHEN KING

Wybitny amerykański pisarz, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową nagrodą literacką National Book, a w 2015 r. odebrał z rąk prezydenta USA National Medal of Arts. Światową sławę przyniosła mu powieść Carrie. Kolejne utwory – powieści, opowiadania i komiksy – opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki, jak: Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Bastion, Zielona Mila, Desperacja, Komórka, Uciekinier, Czarna bezgwiezdna noc, To, Cujo, Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża, który wkrótce zostanie zekranizowany z Matthew McConaugheyem i Idrisem Elbą w rolach głównych (premiera planowana na luty 2017 r.).

Pod pseudonimem Richard Bachman opublikował siedem powieści.

Proza Kinga należy do najczęściej ekranizowanych, a wśród reżyserów, którzy podejmowali się tego zadania, znaleźli się Brian de Palma, Stanley Kubrick czy David Cronenberg.

WWW.STEPHENKING.COMWWW.STEPHENKING.PL

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDERDOLORES CLAIBORNEGRA GERALDADESPERACJAREGULATORZYSKLEPIK Z MARZENIAMIBEZSENNOŚĆZIELONA MILAMARZENIA I KOSZMARYKOMÓRKACZTERY PO PÓŁNOCYCHUDSZYTOBASTIONOCZY SMOKAPO ZACHODZIE SŁOŃCACZTERY PORY ROKUUCIEKINIERCZARNA BEZGWIEZDNA NOCCUJOPODPALACZKAROK WILKOŁAKAMROCZNA POŁOWAWOREK KOŚCIDZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁA TOMA GORDONANOCNA ZMIANAŁOWCA SNÓWOSTATNI BASTION BARTA DAWESABLAZETrylogia z Billem HodgesemPAN MERCEDESZNALEZIONE NIE KRADZIONEKONIEC WARTYMROCZNA WIEŻAROLAND (oraz SIOSTRZYCZKI Z ELURII)POWOŁANIE TRÓJKIZIEMIE JAŁOWECZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁWIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZAWILKI Z CALLAPIEŚŃ SUSANNAHMROCZNA WIEŻAPowieści graficzne MROCZNA WIEŻANARODZINY REWOLWEROWCADŁUGA DROGA DO DOMUZDRADAUPADEK GILEADBITWA O JERICHO HILLPOCZĄTEK PODRÓŻYSIOSTRZYCZKI Z ELURIIBITWA O TULLPRZYDROŻNY ZAJAZDCZŁOWIEK W CZERNIWyłącznie jako audiobook i e-bookStephen King, Joe HillW WYSOKIEJ TRAWIEStephen King, Stewart O’NanTWARZ W TŁUMIE

Tytuł oryginału:END OF WATCH

Copyright © Stephen King 2016All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2016

Polish translation copyright © Rafał Lisowski 2016

Redakcja: Monika Strzelczyk

Ilustracja na okładce i projekt graficzny: Simon & Schuster, Inc.

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Projekt graficzny serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-327-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Dla Thomasa Harrisa

Wezmę pistolet

I pójdę do pokoju

Wezmę sobie pistolet

Co ma jedną lufę albo dwie

Wiesz, lepiej żebym nie żył,

Niż śpiewał ten samobójczy blues.

Suicide Blues,

piosenka zespołu Cross Canadian Ragweed

10 KWIETNIA 2009MARTINE STOVER

Zawsze najciemniej jest przed wschodem słońca.

Ten tekst z brodą przypomniał się Robowi Martinowi, kiedy prowadzona przez niego karetka toczyła się powoli po Upper Marlborough Street w kierunku bazy, czyli Remizy numer 3. Rob uznał, że ktokolwiek to wymyślił, wiedział, co mówi, bo tego ranka było ciemno jak w dupie, a świt już się zbliżał.

Nie żeby wschód słońca dużo zmienił, kiedy już przyjdzie. Można powiedzieć, że to będzie skacowany świt. Gęsta mgła pachniała pobliskim niezbyt wielkim Wielkim Jeziorem. Żeby było jeszcze fajniej, zaczęła padać zimna mżawka. Rob przełączył wycieraczki z trybu przerywanego na wolny. Przed przednią szybą z mroku wyłoniły się dwa charakterystyczne złote łuki.

– Złote Cycki Ameryki! – krzyknął Jason Rapsis z fotela pasażera. Przez te piętnaście lat Rob pracował już z rozmaitymi technikami medycznymi, ale Jace Rapsis był najlepszy: wyluzowany, kiedy nic się nie działo, a skupiony i pewny siebie, kiedy działo się wszystko naraz. – Nakarmią nas! Niech Bóg błogosławi kapitalizm! Zjeżdżaj, zjeżdżaj!

– Jesteś pewien? – spytał Rob. – Przecież właśnie mieliśmy lekcję poglądową, co to gówno robi z organizmem.

Wracali z wezwania do jednej z monstrualnych rezydencji w Sugar Heights. Niejaki Harvey Galen zadzwonił na pogotowie i skarżył się na silne bóle w klatce piersiowej. Zastali go leżącego na kanapie w pomieszczeniu, które nadziani ludzie z całą pewnością nazywali „wielkim pokojem”. Mężczyzna w jedwabnej niebieskiej piżamie przypominał wieloryba wyrzuconego na brzeg. Stała nad nim żona przekonana, że facet lada moment kopnie w kalendarz.

– McDonald’s! McDonald’s! – skandował Jason, podskakując na fotelu. Zniknął poważny i fachowy zawodowiec, który niedawno zbadał parametry życiowe pana Galena (Rob stał tuż obok, trzymając w ręku torbę ratowniczą ze sprzętem do udrażniania dróg oddechowych i lekami nasercowymi). Z blond czupryną spadającą na oczy Jason wyglądał jak przerośnięty czternastolatek. – Zjeżdżaj, mówię!

Rob zjechał. Sam też chętnie zjadłby bułkę z kiełbasą i może jeszcze ten taki placek ziemniaczany, co przypomina pieczony ozór wołowy.

Do McDrive’a czekało w kolejce kilka samochodów. Rob stanął na końcu.

– Zresztą facet tak na serio nie miał zawału – powiedział Jason. – Przedawkował meksykańskie żarcie i tyle. Przecież odmówił podwózki do szpitala, no nie?

Rzeczywiście. Po kilku donośnych beknięciach oraz jednej potężnej salwie z drugiego końca, która wygnała do kuchni żonę pana Galena, chodzące zdjęcie rentgenowskie, pacjent wstał, oświadczył, że czuje się znacznie lepiej i nie, wcale nie potrzebuje przewiezienia do Szpitala imienia Kinera. Rob i Jason, wysłuchawszy litanii wszystkiego, co w zeszły wieczór Galen władował w siebie w restauracji Tijuana Rose, byli tego samego zdania. Puls miał mocny, a ciśnienie co prawda nieco podejrzane, ale zapewne utrzymywało się na tym poziomie od lat, a teraz pozostawało stabilne. Automatyczny defibrylator zewnętrzny w ogóle nie opuścił płóciennego opakowania.

– Ja chcę dwa mcmuffiny z jajkiem i dwa placki ziemniaczane – oznajmił Jason. – I czarną kawę. Albo nie, trzy placki.

Rob nadal myślał o Galenie.

– Tym razem miał niestrawność, ale to tylko kwestia czasu. Zawał murowany. Jak myślisz, ile on waży? Sto czterdzieści kilo? Sto sześćdziesiąt?

– Sto pięćdziesiąt co najmniej – odparł Jason. – I przestań obrzydzać mi śniadanie.

Jego kolega ruchem ręki wskazał złote łuki przebijające przez mgłę znad jeziora.

– To miejsce i cała reszta takich garkuchni to połowa problemu Ameryki. Jako pracownik medyczny musisz zdawać sobie z tego sprawę. Chłopie, wiesz, ile kalorii jest w tym, co zamówiłeś? Spokojnie z dziewięćset. A jeśli do mcmuffina z jajkiem dodasz jeszcze kiełbasę, dobijesz do tysiąca trzystu.

– A ty co zamawiasz, Doktorze Samo Zdrowie?

– Bułkę z kiełbasą. Może dwie.

Jason klepnął Roba po plecach.

– Mój człowiek!

Kolejka ruszyła. Przed nimi były już tylko dwa samochody, gdy odezwało się radio umieszczone w desce rozdzielczej pod komputerem pokładowym. Zwykle dyspozytorki są spokojne i opanowane, ale ta brzmiała jak nakręcony didżej radiowy, który przesadził z red bullami.

– Wszystkie karetki i jednostki straży pożarnej, mamy zdarzenie mnogie! Powtarzam, zdarzenie mnogie! Najwyższy priorytet dla wszystkich karetek i jednostek straży pożarnej!

Zdarzenie mnogie. Rob i Jason spojrzeli po sobie. Katastrofa samolotu, pociągu, wybuch albo atak terrorystyczny. Niemal na pewno coś z tej czwórki.

– Miejsce zdarzenia: City Center przy Marlborough Street. Powtarzam, City Center przy Marlborough. Przypominam, mamy zdarzenie mnogie, prawdopodobnie wiele ofiar śmiertelnych. Zachować ostrożność.

Rob Martin poczuł ukłucie w brzuchu. Jadących na miejsce katastrofy albo wybuchu gazu nikt nie ostrzega, żeby zachowali ostrożność. Pozostaje atak terrorystyczny, zresztą może jeszcze trwa.

Dyspozytorka powtórzyła wezwanie. Jason włączył koguty, a Rob zakręcił kierownicą, żeby zjechać na drogę okrążającą restaurację. Karetka marki Freightliner otarła się o zderzak samochodu przed nimi. Znajdowali się zaledwie dziewięć przecznic od City Center, ale jeśli na budynek napadła Al-Kaida z kałasznikowami, oni mogli odpowiedzieć tylko defibrylatorem.

Jason chwycił mikrofon.

– Centrala, tu wóz dwadzieścia trzy z Remizy Trzeciej, czas dojazdu: około sześciu minut.

W innych punktach miasta odzywały się inne syreny, ale, sądząc po dźwiękach, Rob przypuszczał, że właśnie oni są najbliżej miejsca zdarzenia. Powietrze zaczynało wypełniać światło w kolorze żeliwa. Kiedy wyjechali spod McDonald’sa i skręcili w Upper Marlborough, z mgły wynurzył się szary samochód, duży sedan z wgniecioną maską i mocno pordzewiałą kratą chłodnicy. Przez moment jego reflektory ksenonowe na najjaśniejszym ustawieniu świeciły prosto na nich. Rob zatrąbił dwiema syrenami na dachu i gwałtownie skręcił. Samochód – wyglądał jak mercedes, ale kierowca karetki nie miał pewności – wrócił na swój pas i wkrótce był już tylko parą tylnych świateł gasnących we mgle.

– Jezu Chryste, mało brakowało – powiedział Jason. – Pewnie nie zapamiętałeś rejestracji?

– Nie. – Robowi tak mocno waliło serce, że czuł puls po obu stronach szyi. – Skupiłem się na ratowaniu nam życia. Słuchaj, jak to możliwe, że w City Center było zdarzenie mnogie? Przecież nawet Bóg się jeszcze nie obudził. Budynek na pewno jest zamknięty.

– Może rozbił się autobus.

– Też nie. Kursują dopiero od szóstej.

Syreny. Wszędzie syreny, zbiegały się jak punkciki na radarze. Obok nich przemknął radiowóz, ale na ile Rob się orientował, nadal wyprzedzali wszystkie karetki i wozy straży pożarnej.

Co oznacza, że nas jako pierwszych może zastrzelić albo wysadzić w powietrze szalony Arab wykrzykujący Allahu Akbar, pomyślał Rob. Ale z nas szczęściarze.

Jednak praca to praca, dlatego skręcił na stromy podjazd, który wiódł do głównych budynków władz miejskich oraz szpetnej jak diabli hali widowiskowej, gdzie zawsze głosował, dopóki nie wyprowadził się na przedmieścia.

– Hamuj! – wrzasnął Jason. – Jezu, kurwa, HAMUJ!

Z mgły prosto na nich wybiegały dziesiątki ludzi. Z powodu pochyłości terenu część pędziła na złamanie karku. Niektórzy krzyczeli. Jeden facet się przewrócił, potoczył, wstał i biegł dalej z naderwaną połą koszuli łopoczącą spod marynarki. Rob zobaczył kobietę w podartych rajstopach, z zakrwawionymi łydkami i w tylko jednym bucie. Gwałtownie zahamował, przód karetki pochylił się, niezabezpieczone rzeczy pofrunęły. Leki, butelki kroplówek oraz paczki z igłami z niezamkniętej szafki – co stanowiło naruszenie protokołu – zmieniły się w pociski. Nosze, z których nie skorzystali u pana Galena, odbiły się od ściany. Stetoskop zmieścił się między fotelami, grzmotnął w przednią szybę i spadł na deskę rozdzielczą.

– Tocz się do przodu – powiedział Jason. – Powoli, dobrze? Nie pogarszajmy sytuacji.

Rob trącił pedał gazu i jechał dalej pod górę, teraz już w tempie kroku pieszego. Ludzie wciąż się wylewali, były ich chyba setki, niektórzy krwawili, większość nie miała widocznych obrażeń, ale wszyscy byli przerażeni. Jason opuścił szybę i wychylił się.

– Co się dzieje?! Niech ktoś mi powie, co się dzieje!

Zatrzymał się przy nich mężczyzna, był czerwony na twarzy i dyszał.

– Samochód. Rozjechał tłum jak kosiarka. Pieprzony świr prawie mnie przejechał. Nie wiem, ile osób trafił. Byliśmy jak świnie w zagrodzie, bo ustawili taśmy, żeby pokierować kolejką. On to zrobił celowo i ci ludzie tam teraz leżą jak… jak… o Boże, jak lalki wypełnione krwią. Widziałem co najmniej cztery trupy. Na pewno jest więcej.

Facet ruszył dalej. Odpływała z niego adrenalina, więc teraz już nie biegł, lecz szedł, powłócząc nogami. Jason rozpiął pas i wychylił się za nim.

– Widział pan kolor?! Tego auta!

Mężczyzna odwrócił się, blady i wyczerpany.

– Szary. Wielki szary samochód.

Jason opadł na oparcie fotela i spojrzał na Roba. Nie musieli mówić tego głośno: to ten wóz, który minęli pod McDonald’sem. A to na kracie chłodnicy to wcale nie była rdza.

– Jedź, Robbie. Bajzlem z tyłu zajmiemy się potem. Na razie dojedź na miejsce i nikogo nie potrąć, dobra?

– Dobra.

Kiedy Rob zajechał na parking, panika już słabła. Niektórzy odchodzili wolnym krokiem, inni pomagali ludziom potrąconym przez szary samochód. Kilka osób, takich dupków, co trafiają się w każdym tłumie, robiło zdjęcia i kręciło filmy telefonami. Pewnie liczą, że to będzie hit YouTube’a, pomyślał Rob. Na ziemi leżały chromowane słupki, ciągnęła się z nich żółta taśma z napisem NIE PRZEKRACZAĆ.

Radiowóz, który wcześniej ich minął, stał teraz blisko budynku, obok śpiwora z wystającą z niego szczupłą, białą dłonią. W poprzek śpiwora, pośrodku coraz większej kałuży krwi, leżał rozciągnięty mężczyzna. Policjant dał znak, żeby karetka się zbliżyła. W migotliwym blasku wirujących niebieskich kogutów radiowozu jego ręka zdawała się poruszać zrywami.

Rob chwycił mobilny terminal ratunkowy i wysiadł zza kierownicy, tymczasem Jason pobiegł na tył wozu. Po chwili wyłonił się stamtąd z torbą ratowniczą i defibrylatorem zewnętrznym. Dzień jaśniał coraz bardziej, więc Rob mógł odczytać baner nad głównym wejściem do hali: GWARANTUJEMY 1000 MIEJSC PRACY! Popieramy ludzi z naszego miasta! – BURMISTRZ RALPH KINSLER.

Dobra, to tłumaczyło, skąd tu taki tłum o tak wczesnej godzinie. Targi pracy. Wszędzie teraz nastały ciężkie czasy, odkąd rok wcześniej cała gospodarka miała zawał, ale tu, w tym małym mieście nad jeziorem, gdzie miejsca pracy zaczęły znikać jeszcze przed końcem ubiegłego wieku, zrobiło się szczególnie trudno.

Rob i Jason ruszyli w stronę śpiwora, ale policjant pokręcił głową. Był szary na twarzy.

– Ten facet i dwoje w środku nie żyją. Chyba jego żona i dziecko. Pewnie próbował ich osłonić. – Z głębi gardła wyrwał mu się jakiś dźwięk, coś między beknięciem a torsjami. Zasłonił usta dłonią, a potem ją cofnął i wskazał palcem. – Tamta kobieta chyba jeszcze żyje.

Leżała na plecach, z nogami wykręconymi pod kątem, który wskazywał na poważne obrażenia. Jej eleganckie beżowe spodnie były w kroku ciemne od moczu. Na twarzy – tym, co z niej zostało – miała rozmazany smar. Brakowało części nosa i większości górnej wargi. Zęby z pięknymi koronkami odsłoniły się w nieświadomym grymasie. Płaszcz i połowa swetra z golfem również zostały zdarte. Na szyi i ramieniu kobiety wykwitały wielkie, ciemne sińce.

O kurwa, ten samochód po niej przejechał, pomyślał Rob. Rozgniótł ją jak żabę. Obaj z Jasonem uklękli obok kobiety i włożyli niebieskie rękawiczki. Nieopodal leżała torebka rannej, naznaczona częściowym śladem opony. Rob podniósł ją i rzucił na tył karetki, uznawszy, że ten ślad może się okazać jakąś tam poszlaką. A poza tym torebka przyda się kobiecie.

Oczywiście pod warunkiem, że przeżyje.

– Przestała oddychać, ale mam tętno – oznajmił Jason. – Niskie i nitkowate. Zerwij sweter.

Rob tak zrobił. Razem ze swetrem poszło pół stanika z poszarpanymi ramiączkami. Zsunął resztę, żeby nie przeszkadzała, po czym rozpoczął uciskanie klatki piersiowej. Tymczasem Jason zajął się udrożnieniem dróg oddechowych.

– Wyżyje? – zapytał gliniarz.

– Nie wiem – odparł Rob. – Zajmiemy się nią. Pan ma teraz inne problemy. Jeżeli pozostałe jednostki ratunkowe zjadą tutaj pędem tak jak my, to na podjeździe w końcu ktoś zginie.

– Matko, wszędzie leżą ranni. Jak na polu bitwy.

– Niech pan pomaga tym, którym można.

– Oddycha – poinformował Jason. – Chodź, Robbie, uratujmy jej życie. Włącz terminal i powiadom Kinera, że wieziemy pacjentkę z podejrzeniem urazu kręgosłupa szyjnego, rdzenia kręgowego, obrażeniami wewnętrznymi, obrażeniami twarzy i Bóg wie czym jeszcze. Stan krytyczny. Podam ci jej parametry.

Rob połączył się przez mobilny terminal ratunkowy, a Jason dalej ściskał resuscytator. Oddział ratunkowy w Kinerze odezwał się natychmiast, głos po drugiej stronie był spokojny i zdecydowany. Szpital imienia Kinera miał centrum urazowe pierwszego stopnia, czasem nazywane klasą prezydencką, więc był gotowy na takie sytuacje. Ćwiczyli je tam pięć razy w roku.

Po zakończeniu rozmowy zmierzył saturację (kiepska, jak należało się domyślać), a potem wziął z karetki sztywny kołnierz i pomarańczową deskę ortopedyczną. Nadjeżdżały inne wozy ratownicze, a mgła podnosiła się, ujawniając skalę katastrofy.

To wszystko jednym samochodem, pomyślał Rob. Kto by w to uwierzył?

– Dobra – odezwał się Jason. – Skoro jej stan nie jest stabilny, więcej nie możemy zrobić. Pakuj ją do karety.

Ostrożnie, tak by deska ortopedyczna cały czas pozostała idealnie poziomo, podnieśli kobietę, umieścili na noszach w wozie i przypięli. Z bladą, zdeformowaną twarzą okoloną kołnierzem przypominała rytualną ofiarę w horrorze… tylko że te zawsze są młode i apetyczne, a ona miała czterdzieści parę lat albo nawet była po pięćdziesiątce. Powiedziałoby się: za stara na szukanie pracy, Robowi zaś wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedzieć, że już nigdy nie będzie żadnej szukać. Ani chodzić, zapewne. Jeśli dopisze jej szalone szczęście, uniknie tetraplegii – zakładając, że w ogóle przeżyje – ale od pasa w dół to już raczej koniec.

Jason przyklęknął, nasunął plastikową maskę na jej usta i nos, po czym włączył dopływ tlenu ze zbiornika u szczytu noszy. Maska zaszła mgłą. To dobry znak.

– Następne? – zapytał Rob, co oznaczało: Co jeszcze mogę zrobić?

– Poszukaj epinefryny w tym bajzlu, co latał po karetce, albo wyjmij z mojej torby. Przez chwilę miałem dobre tętno, ale znowu jest nitkowate. A potem jedziemy. Przy takich obrażeniach to cud, że jeszcze żyje.

Ampułkę epinefryny Rob znalazł na podłodze pod paczką z bandażami. Podał ją koledze, a potem zatrzasnął tylne drzwi wozu, wskoczył za kierownicę i odpalił silnik. Byli pierwsi na miejscu zdarzenia mnogiego, więc będą też pierwsi w szpitalu. To odrobinę zwiększy i tak kiepskie szanse tej kobiety. Ale nawet przy niewielkim porannym ruchu na dojazd potrzebowali piętnastu minut, więc Rob podejrzewał, że zanim dotrą do Szpitala imienia Ralpha M. Kinera, pacjentka już umrze. Zważywszy na skalę obrażeń, może tak będzie najlepiej.

Ale nie umarła.

· · ·

Tego popołudnia o piętnastej, długo po zakończeniu zmiany, Rob i Jason, zbyt podminowani, żeby myśleć o powrocie do domu, siedzieli w pokoju wspólnym Remizy numer 3 i oglądali bez głosu mecz na ESPN. W sumie wykonali osiem kursów, ale przypadek tej kobiety był najgorszy.

– Martine Stover, tak się nazywa – powiedział wreszcie Jason. – Jeszcze ją operują. Dzwoniłem, kiedy poszedłeś do kibla.

– Masz pojęcie, jakie jej dają szanse?

– Nie, ale nie zrezygnowali z niej od razu, a to już coś znaczy. Chyba szukała posady asystentki zarządu. Zajrzałem do jej torebki, szukając prawa jazdy z grupą krwi, i trafiłem na cały plik referencji. Zdaje się, że była dobra w swoim fachu. Ostatnio pracowała w Bank of America. Redukcja etatów.

– A jeśli przeżyje? Jak myślisz? Tylko nogi?

Jason wpatrywał się w telewizor, na którym koszykarze zwinnie biegali po parkiecie, i długo milczał. Wreszcie się odezwał:

– Jeśli przeżyje, będzie tetraplegia.

– Na pewno?

– Na dziewięćdziesiąt pięć procent.

Właśnie leciała reklama piwa. Młodzi ludzie tańczyli na całego w jakimś barze. Wszyscy świetnie się bawili. Dla Martine Stover zabawa się skończyła. Rob próbował sobie wyobrazić, co ją czeka, jeżeli nie umrze. Życie na wózku z silnikiem, sterowanym dmuchaniem w rurkę. Karmienie przetartą papką albo przez kroplówkę. Oddychanie z respiratorem. Sranie do worka. Egzystencja w medycznej strefie zmroku.

– Christopher Reeve nieźle sobie radził – powiedział Jason, jakby czytał mu w myślach. – Nie tracił ducha. Był wzorem do naśladowania. Chyba nawet wyreżyserował film.

– Jasne, trzymał głowę do góry – odparł Rob. – Dzięki kołnierzowi, którego nigdy mu nie zdejmowali. Poza tym nie żyje.

– Ona miała na sobie najlepsze ciuchy. Dobre spodnie, drogi sweter, ładny płaszcz. Próbowała stanąć na nogi. A potem przyjechał jakiś sukinsyn i zabrał jej wszystko.

– Złapali go już?

– Z tego, co słyszałem, to jeszcze nie. Mam nadzieję, że jak już go dorwą, to powieszą za jaja.

· · ·

Nazajutrz wieczorem, gdy zawozili do Kinera pacjenta po wylewie, zajrzeli do Martine Stover. Leżała na OIOM-ie. Powracały funkcje mózgu, co zwykle zwiastuje rychłe odzyskanie przytomności. Kiedy się ocknie, ktoś będzie musiał przekazać jej złą nowinę: była sparaliżowana od szyi w dół.

Rob Martin cieszył się, że to nie będzie on.

A człowiek, którego prasa nazwała Zabójcą z Mercedesa, wciąż nie został zatrzymany.

ZStyczeń 2016

1

W kieszeni spodni Billa Hodgesa roztrzaskuje się szyba. Zaraz potem chór rozradowanych chłopców krzyczy: HOME RUN!

Hodges krzywi się i podskakuje na krześle. Doktor Stamos to jeden z kliki czterech lekarzy, więc w ten poniedziałkowy poranek poczekalnia jest pełna. Wszyscy patrzą na Hodgesa. Czuje, że robi się czerwony na twarzy.

– Przepraszam – mówi do całej sali. – Dostałem esemesa.

– Strasznie głośnego – stwierdza starsza pani o przerzedzonych siwych włosach i podgardlu niczym u beagle’a. Sprawia, że Hodges czuje się jak dzieciak, choć dobiega siedemdziesiątki. Ale kobieta zna się na komórkowej etykiecie. – W miejscach publicznych powinien pan ściszać dźwięki. Albo całkiem wyłączać.

– Oczywiście, oczywiście.

Starsza pani wraca do lektury (Pięćdziesiąt twarzy Greya, sądząc po wymęczonym wyglądzie książki, czytane bynajmniej nie po raz pierwszy). Hodges wyciąga iPhone’a z kieszeni. SMS-a przysłał Pete Huntley, jego dawny partner z czasów pracy w policji. Teraz, choć trudno w to uwierzyć, także Pete przejdzie wkrótce na emeryturę. Koniec warty, tak to nazywają, ale Hodges nie potrafił z niej zrezygnować. Obecnie prowadzi dwuosobową firmę Uczciwi Znalazcy. Mówi o sobie, że zajmuje się odnajdywaniem osób poszukiwanych, bo parę lat temu narobił sobie kłopotów i nie kwalifikuje się do licencji prywatnego detektywa. W tym mieście trzeba mieć papiery. Ale tak naprawdę jest właśnie detektywem, przynajmniej co jakiś czas.

Kermit, zadzwoń. Szybko. To ważne.

Kermit to w rzeczywistości pierwsze imię Hodgesa, lecz najczęściej używa drugiego, żeby ograniczyć do minimum żabie żarty. Ale Pete stale mówi na niego Kermit. Uważa, że to strasznie śmieszne.

Hodges zastanawia się, czy po prostu nie schować telefonu do kieszeni (po wyciszeniu go, jeżeli zdoła znaleźć odpowiednią opcję). Lada chwila zostanie wezwany do gabinetu doktora Stamosa, a chce mieć już za sobą tę wizytę. Tak jak większość znanych mu starszych mężczyzn, nie lubi chodzić do lekarza. Zawsze się boi, że któregoś dnia wyjdzie na jaw, że coś jest nie tylko nie tak, ale wręcz bardzo nie tak. Poza tym przecież wie, o czym Pete chce porozmawiać: o swojej wielkiej imprezie pożegnalnej w przyszłym miesiącu. Odbędzie się w Raintree Inn, obok lotniska. Swoją Hodges także tam wyprawił, ale tym razem zamierza dużo mniej pić. Albo i wcale. Kiedy był w policji, miał problemy z alkoholem, między innymi dlatego rozpadło się jego małżeństwo, ale ostatnio trunki przestały mu smakować. Co za ulga. Czytał kiedyś powieść science fiction pod tytułem Luna to surowa pani. O Lunie się nie wypowiada, ale w sądzie zeznałby bez wahania, że to samo można powiedzieć o whisky, a ją robią tu, na Ziemi.

Jeszcze raz rozważa schowanie telefonu, dochodzi do wniosku, że może odpisze, ale odrzuca ten pomysł i wstaje. Stare nawyki są zbyt silne.

Recepcjonistka, według identyfikatora, ma na imię Marlee. Wygląda na jakieś siedemnaście lat. Obdarza Hodgesa promiennym uśmiechem cheerleaderki.

– Pan doktor zaraz pana przyjmie, obiecuję. Mamy ociupinkę opóźnienia. Niech żyją poniedziałki.

– Poniedziałek, poniedziałek, nie ufam mu – cytuje piosenkę Hodges.

Marlee patrzy na niego bez wyrazu.

– Wyjdę na chwilę, dobrze? Muszę zadzwonić.

– Nie ma sprawy – odpowiada recepcjonistka. – Niech pan tylko stanie przy drzwiach. Pomacham, kiedy pan doktor będzie gotowy.

– Może być. – W drodze do wyjścia Hodges zatrzymuje się przy starszej pani. – Dobra ta książka?

Kobieta podnosi wzrok.

– Nie, ale bardzo pobudzająca.

– Słyszałem. Film pani widziała?

Starsza pani patrzy na niego zdziwiona i zaciekawiona.

– Zrobili z tego film?

– Tak. Powinna pani obejrzeć.

Hodges sam go nie widział, chociaż Holly Gibney – wcześniej jego asystentka, a obecnie wspólniczka, od czasów trudnego dzieciństwa zapalona kinomanka – próbowała go zaciągnąć. Dwa razy. To ona ustawiła mu w telefonie ten dźwięk tłuczonego szkła z okrzykiem HOME RUN jako powiadomienie o SMS-ie. Uznała, że to bardzo śmieszne. Hodges też… początkowo. Teraz go wkurza. Poszuka w internecie, jak to zmienić. Przekonał się, że w internecie można znaleźć wszystko. Niektóre rzeczy są przydatne. Niektóre ciekawe. Niektóre zabawne.

A niektóre kurewsko obrzydliwe.

2

Dawny partner Hodgesa, Pete, odzywa się po dwóch sygnałach.

– Huntley.

– Posłuchaj mnie uważnie – mówi Hodges – bo to może być później na teście. Tak, będę na imprezie. Tak, po poczęstunku wygłoszę parę zdań, zabawnych, ale nie świńskich, i wzniosę pierwszy toast. Tak, rozumiem, że przyjdzie i twoja eks, i obecna kobitka, ale z tego, co wiem, nikt nie wynajął striptizerki. A jeżeli jednak, to na pewno Hal Corley, który jest idiotą, więc musisz go zapy…

– Bill, przestań. Nie chodzi o imprezę.

Hodges milknie natychmiast. Nie tylko dlatego, że w tle słyszy gwar głosów – policyjnych, wie to na pewno, choć nie rozumie, co mówią. Milknie, bo Pete nazwał go „Bill”, a to znaczy, że sprawa jest poważna. Myśli Hodgesa mkną najpierw do Corinne, jego eks, później do córki Alison, która mieszka w San Francisco, a potem do Holly. Chryste, jeśli Holly coś się stało…

– Co jest, Pete?

– Jestem na miejscu zajścia, wygląda na zabójstwo z samobójstwem. Chciałbym, żebyś przyjechał i rzucił okiem. Weź tę swoją pomagierkę, jeśli jest dostępna i ma ochotę. Przykro mi to mówić, ale ona chyba jest nieco mądrzejsza od ciebie.

Czyli nikt z bliskich. Mięśnie brzucha Hodgesa, zaciśnięte, jakby miały przyjąć uderzenie, rozluźniają się. Ale stały ból, z powodu którego przyszedł do Stamosa, nie mija.

– Oczywiście. Bo jest młodsza. Po sześćdziesiątce człowiek zaczyna tracić miliony szarych komórek, o czym za parę lat sam się przekonasz. Na co ci taki stary dziad jak ja na miejscu zbrodni?

– Bo to pewnie moje ostatnie śledztwo, bo w gazetach będzie dym i bo, nie zemdlej, autentycznie cenię twoje zdanie. I tej Gibney też. Poza tym w dziwny sposób wy również jesteście z tym związani. To pewnie zbieg okoliczności, ale nie wiadomo.

– Jak to związani?

– Kojarzysz nazwisko Martine Stover?

Przez moment Hodges nie przypomina go sobie, a potem otwiera się odpowiednia klapka. W mglisty poranek w 2009 roku przed City Center w środku miasta pewien szaleniec, Brady Hartsfield, wjechał skradzionym mercedesem benzem w tłum ludzi szukających pracy. Zabił osiem osób, poważnie ranił piętnaście. W trakcie śledztwa detektywi K. William Hodges i Peter Huntley rozmawiali z mnóstwem ludzi obecnych tamtego ranka na miejscu zdarzenia, w tym ze wszystkimi rannymi, którzy przeżyli. Rozmowa z Martine Stover była najtrudniejsza, nie tylko dlatego, że z powodu zniekształcenia ust nie rozumiał jej praktycznie nikt oprócz matki. Stover została sparaliżowana od szyi w dół. Później Hartsfield wysłał do Hodgesa anonimowy list, w którym nazwał ją „bezwładnym klocem”. Radioaktywne ziarno prawdy zaszyte w tym paskudnym żarcie było szczególnie okrutne.

– Pete, nie wyobrażam sobie, że mordercą jest ktoś z tetraplegią… chyba że w odcinku Zabójczych umysłów. Więc zakładam…

– Sprawcą jest jej matka. Najpierw zabiła Stover, a potem siebie. Przyjedziesz?

Hodges się nie waha.

– Tak. Po drodze wezmę Holly. Jaki adres?

– Hilltop Court szesnaście zero jeden. W Ridgedale.

Ridgedale to północna sypialnia miasta, przedmieście nie tak luksusowe jak Sugar Heights, ale wciąż całkiem ładne.

– Będę za czterdzieści minut, pod warunkiem że Holly jest w biurze.

Na pewno jest. Niemal zawsze pojawia się za biurkiem o ósmej, czasem nawet o siódmej, i zwykle siedzi tak długo, aż Hodges nakrzyczy na nią, żeby poszła do domu, zrobiła sobie coś na kolację i obejrzała film na komputerze. To głównie zasługa Holly Gibney, że Uczciwi Znalazcy w ogóle przynoszą zysk. Jest mistrzynią organizacji, geniuszem komputerowym, a ta praca to dla niej całe życie. No, oczywiście nie licząc Hodgesa i Robinsonów, zwłaszcza Jerome’a i Barbary. Pewnego razu ich mama nazwała Holly honorowym Robinsonem, a ona rozpromieniła się wtedy jak słońce w letnie popołudnie. Ostatnio zdarza jej się to coraz częściej, ale nie tak często, jak chciałby Hodges.

– Świetnie, Kerm. Dzięki.

– Czy zwłoki już wywieziono?

– Właśnie ruszają do kostnicy, ale Izzy ma wszystkie zdjęcia na iPadzie. – Pete ma na myśli Isabelle Jaynes, swoją partnerkę, odkąd Hodges przeszedł na emeryturę.

– Dobra. Przywiozę ci eklerkę.

– Mam tu już całą cukiernię. A tak w ogóle, to gdzie teraz jesteś?

– Nieważne. Przyjadę jak najszybciej.

Hodges rozłącza się i biegnie korytarzem do windy.

3

Pacjent doktora Stamosa z ósmej czterdzieści pięć wreszcie wychodzi z pokoju badań na tyłach. Marlee rozgląda się za panem Hodgesem. Był umówiony na dziewiątą, a jest już wpół do dziesiątej. Biedak pewnie się niecierpliwi, kiedy wreszcie załatwi sprawę i będzie mógł się zająć innymi rzeczami. Dziewczyna zerka na korytarz i widzi Hodgesa rozmawiającego przez komórkę.

Wstaje i zagląda do gabinetu Stamosa. Doktor siedzi za biurkiem z rozłożoną teczką z wydrukowanym napisem KERMIT WILLIAM HODGES. Coś w niej czyta. Pociera skroń, jakby bolała go głowa.

– Doktorze? Czy poprosić pana Hodgesa?

Zaskoczony lekarz podnosi wzrok na Marlee, a potem zerka na zegar na biurku.

– Boże, oczywiście. Poniedziałek jest do kitu, co?

– Nie ufam mu – odpowiada dziewczyna i odwraca się do drzwi.

– Uwielbiam swoją pracę, ale tego jednego w niej nie cierpię – mówi Stamos.

Tym razem to Marlee jest zaskoczona. Patrzy na niego.

– Nieważne – rzuca doktor. – Mówię sam do siebie. Przyślij go i miejmy to już za sobą.

Marlee zerka na hol w samą porę, by zobaczyć, jak na drugim jego końcu zamykają się drzwi windy.

4

Hodges dzwoni do Holly z krytego parkingu sąsiadującego z centrum medycznym, a kiedy dociera do Turner Building przy Lower Marlborough, gdzie znajduje się ich biuro, ona stoi przed wejściem z teczką między stopami w czółenkach. Holly Gibney – bliżej już pięćdziesiątki niż czterdziestki, dość wysoka, szczupła, kasztanowe włosy zwykle mocno ściągnięte w kok – tego ranka ma na sobie masywną parkę North Face z nałożonym kapturem, który okala jej małą twarz. Tę twarz można by nazwać nieładną, myśli Hodges, dopóki nie zobaczy się oczu, pięknych i pełnych inteligencji. A można nie zobaczyć ich całkiem długo, bo ich właścicielka z zasady nie uznaje kontaktu wzrokowego.

Hodges podjeżdża swą toyotą prius do krawężnika i Holly wskakuje do auta, ściąga rękawiczki i przystawia dłonie do wywietrznika ogrzewania po stronie pasażera.

– Bardzo długo tu jechałeś.

– Piętnaście minut. Byłem po drugiej stronie miasta. Po drodze stałem na wszystkich światłach.

– Osiemnaście – prostuje Holly, kiedy Hodges włącza się do ruchu. – Bo przekroczyłeś przepisową prędkość, co przynosi odwrotny skutek. Jadąc dokładnie trzydzieści kilometrów na godzinę, można złapać zieloną falę na prawie każdym skrzyżowaniu. Światła są tak ustawione. Powtarzałam ci już kilka razy. A teraz opowiadaj, co mówił doktor. Badania zdałeś na piątkę?

Hodges rozważa możliwe rozwiązania. Do wyboru ma dwie opcje: powiedzieć prawdę albo lawirować. Holly zmusiła go, żeby poszedł do lekarza, bo skarżył się na dolegliwości brzuszne. Z początku tylko ucisk, a teraz lekki ból. Może i ona ma problemy z osobowością, ale wiercić dziurę w brzuchu to potrafi. Jak nawiedzona, myśli czasem Hodges.

– Wyniki jeszcze nie wróciły. – To nie do końca kłamstwo, mówi sobie, bo przecież nie wróciły do mnie.

Holly spogląda na niego z powątpiewaniem, kiedy wjeżdżają na przelotówkę. Hodges nie cierpi, gdy tak na niego patrzy.

– Dopilnuję tego – mówi. – Zaufaj mi.

– Ufam ci – odpowiada Holly. – Ufam ci, Bill.

Od tego robi mu się jeszcze gorzej.

Holly pochyla się, otwiera teczkę i wyjmuje iPada.

– Czekając na ciebie, sprawdziłam kilka rzeczy. Chcesz posłuchać?

– Dawaj.

– Martine Stover miała pięćdziesiąt lat, kiedy Brady Hartsfield zrobił z niej kalekę. Czyli teraz miała pięćdziesiąt sześć. Teoretycznie może już pięćdziesiąt siedem, ale mamy dopiero styczeń, więc myślę, że to mało prawdopodobne, a ty?

– Owszem, mało.

– Gdy doszło do tragedii pod City Center, mieszkała z matką przy Sycamore Street. Niedaleko Brady’ego i jego matki, co właściwie zakrawa na ironię losu.

Oraz niedaleko Toma Saubersa i jego rodziny, myśli Hodges. Nie tak dawno razem z Holly prowadzili sprawę rodziny Saubersów. Ona również wiązała się z tym, co miejscowa gazeta nazywała Masakrą Mercedesem. Zresztą, jeśli się zastanowić, różnych powiązań jest mnóstwo, w tym zapewne najdziwniejsze – że samochód, którego Hartsfield użył jako narzędzia zbrodni, należał do kuzynki Holly Gibney.

– Jakim cudem starsza kobieta i jej niesprawna córka awansowały z Tree Streets do Ridgedale?

– Ubezpieczenie. Martine Stover miała nie jedną i nie dwie solidne polisy, ale trzy. Była trochę sfiksowana na tym punkcie.

Hodgesowi przechodzi przez myśl, że tylko ona może to powiedzieć z uznaniem.

– Potem napisali o niej parę artykułów – ciągnie Holly – bo ze wszystkich, którzy przeżyli, doznała najcięższych obrażeń. Mówiła, że idąc na targi pracy w City Center, wiedziała, że jeśli czegoś tam nie znajdzie, będzie musiała zacząć spieniężać polisy jedną po drugiej. Bądź co bądź, była niezamężną kobietą z matką, bezrobotną wdową, na utrzymaniu.

– Która koniec końców zaopiekowała się nią.

Holly kiwa głową.

– Bardzo dziwne, bardzo smutne. Ale przynajmniej miały ochronę finansową, a w końcu właśnie po to są ubezpieczenia. Nawet trochę awansowały w świecie.

– Owszem – mówi Hodges – ale teraz go opuściły.

Na to Holly nie ma odpowiedzi. Przed nimi zjazd do Ridgedale, więc Hodges skręca.

5

Pete Huntley przytył, brzuch wylewa mu się znad sprzączki paska, ale Isabelle Jaynes, w obcisłych spranych dżinsach i niebieskim żakiecie, jest równie oszałamiająca jak zawsze. Jej zamglone szare oczy przeskakują z Hodgesa na Holly, a potem znowu na Hodgesa.

– Schudłeś – mówi. Może to być albo komplement, albo zarzut.

– Ma kłopoty z żołądkiem, więc poszedł na badania – oznajmia Holly. – Wyniki miały być dzisiaj, ale…

– Nie wchodźmy w to, Hols – przerywa jej Hodges. – Nie przyszliśmy z wizytą do lekarza.

– Z każdym dniem coraz bardziej przypominacie stare małżeństwo – stwierdza Izzy.

– Małżeństwo z Billem zaburzyłoby nasze relacje zawodowe – odpowiada Holly rzeczowym tonem.

Pete się śmieje, a ona rzuca mu zdziwione spojrzenie. Wchodzą do budynku.

To ładny dom z dwuspadowym dachem. Chociaż stoi na szczycie wzgórza, a dzień jest zimny, wewnątrz panuje miłe ciepło. W przedpokoju cała czwórka wkłada cienkie gumowe rękawiczki i ochraniacze na buty. Jak to wszystko powraca, myśli Hodges. Jakby nigdy nie odeszło.

W salonie na jednej ze ścian wisi obraz przedstawiający biedne dzieci o wielkich oczach, a na drugiej – duży telewizor. Przed nim stoi głęboki fotel, a obok niski stolik. Na blacie, starannie ułożone w wachlarz, leżą czasopisma o życiu celebrytów w stylu „OK!” i brukowce, takie jak „Inside View”. Pośrodku pokoju w dywanie są dwa głębokie wyżłobienia. To tutaj siadywały wieczorami, oglądając telewizję, myśli Hodges. Albo nawet całymi dniami. Matka w fotelu, Martine na wózku. Który, sądząc po tych śladach, musiał ważyć tonę.

– Jak nazywała się matka? – pyta.

– Janice Ellerton. Jej mąż James zmarł dwadzieścia lat temu, według… – Pete, taki sam tradycjonalista jak Hodges, zamiast iPada nosi notatnik. Teraz do niego zagląda. – Według Yvonne Carstairs. Ona i druga opiekunka, Georgina Ross, znalazły ciała, kiedy przyszły tu rano, tuż przed szóstą. Za przychodzenie wcześniej dostawały dodatkowe wynagrodzenie. Ta Ross na niewiele się zdała…

– Bełkotała – wtrąca Izzy. – Ale Carstairs była w porządku. Zachowała zimną krew. Od razu wezwała policję, byliśmy na miejscu już o szóstej czterdzieści.

– Ile lat miała matka? – pyta Hodges.

– Jeszcze nie wiem dokładnie – odpowiada Pete. – Ale nie była młódką.

– Siedemdziesiąt dziewięć – oznajmia Holly. – W jednym z artykułów, które czytałam, czekając, aż Bill po mnie przyjedzie, wspomniano, że w chwili masakry pod City Center miała siedemdziesiąt trzy lata.

– Mocno wiekowa jak na opiekę nad córką tetraplegiczką – rzuca Hodges.

– Ale w dobrej kondycji – zaznacza Isabelle. – Przynajmniej zdaniem Carstairs. Silna. I nie brakowało jej pomocy. Miała pieniądze dzięki…

– …ubezpieczeniu – kończy za nią Hodges. – Holly po drodze wprowadziła mnie w sprawę.

Izzy zerka na Holly. Ta nie zauważa tego. Mierzy wzrokiem pokój. Kataloguje. Wącha powietrze. Przesuwa dłonią po oparciu fotela matki. Ma problemy emocjonalne, traktuje wszystko oszałamiająco dosłownie, ale jest otwarta na bodźce jak mało kto.

– Dwie opiekunki przychodziły rano – mówi Pete – dwie po południu i dwie wieczorem. Siedem dni w tygodniu. Prywatna firma o nazwie… – znów rzut oka do notesu – Opieka Domowa. To one wykonywały wszystkie trudne zadania. Była też gosposia, Nancy Alderson, ale wygląda na to, że akurat ma wolne. W kuchennym kalendarzu jest adnotacja: Nancy w Chagrin Falls. Dzień dzisiejszy, wtorek i środa są przekreślone.

W korytarzu pojawiają się dwaj mężczyźni, również w rękawiczkach i ochraniaczach na buty. Pewnie wyszli z części domu należącej do Martine Stover, dochodzi do wniosku Hodges. Obaj niosą skrzynie z dowodami.

– W sypialni i łazience skończyliśmy – mówi jeden.

– Macie coś? – pyta Izzy.

– To, czego można się było spodziewać – odpowiada drugi. – Pobraliśmy z wanny sporo siwych włosów. Nic dziwnego, skoro właśnie tam starsza pani ze sobą skończyła. W wannie znaleźliśmy też ekskrementy, ale tylko śladową ilość. Tego też należało się spodziewać. – Na widok pytającego spojrzenia Hodgesa dodaje: – Miała na sobie pieluchomajtki. Dobrze się przygotowała.

– Uuuch – stęka Holly.

– W łazience jest taboret prysznicowy, ale stoi w kącie, leżą na nim zapasowe ręczniki. Chyba nie był używany.

– Na pewno myły ją gąbką – zgaduje Holly.

Wciąż wydaje się zdegustowana albo myślą o pieluchomajtkach, albo o gównie w wannie, ale jej wzrok dalej krąży po całym pomieszczeniu. Może Holly czasem o coś zapyta, rzuci jakiś komentarz, ale przeważnie milczy, ponieważ ludzie ją onieśmielają, zwłaszcza na niewielkiej przestrzeni. Ale Hodges dobrze ją zna – w każdym razie na tyle, na ile to w ogóle możliwe – i widzi, że jej zmysły pracują na najwyższych obrotach.

Potem będzie mówiła, a on będzie uważnie słuchał. W zeszłym roku przy okazji sprawy Saubersów przekonał się, że słuchanie Holly procentuje. Ona myśli nieszablonowo, czasem aż za bardzo, a jej intuicja bywa niesamowita. Choć z natury Holly jest lękliwa – Bóg jej świadkiem, że ma ku temu powody – potrafi być odważna. To dzięki niej Brady Hartsfield, znany jako Pan Mercedes, wylądował w Klinice Traumatycznych Uszkodzeń Mózgu Szpitala imienia Kinera. Rozbiła mu czaszkę skarpetą wyładowaną łożyskami kulkowymi, zanim zdołał wywołać katastrofę znacznie większą od tej pod City Center. Teraz Hartsfield tkwi w świecie mroku, który ordynator neurologii w klinice określił jako stan wegetatywny.

– Tetraplegicy mogą brać prysznic – podkreśla Holly. – Ale to trudne z powodu całej tej aparatury, do której są podpięci, dlatego zwykle pozostaje mycie gąbką.

– Chodźmy do kuchni, gdzie świeci słońce – mówi Pete, więc się tam udają.

Pierwszą rzeczą, jaką zauważa Hodges, jest ociekacz. Suszy się wyłącznie talerz, na którym pani Ellerton spożyła ostatni posiłek. Blaty lśnią, a podłoga jest tak czysta, że można by z niej jeść. Hodges domyśla się, że łóżko na górze zostało starannie posłane. Pewnie nawet odkurzyła dywany. I jeszcze te pieluchomajtki. Zadbała o wszystko, o co tylko mogła. Jako człowiek, który kiedyś poważnie rozważał samobójstwo, doskonale ją rozumie.

6

Pete, Izzy i Hodges siedzą przy stole w kuchni. Holly tylko się obok niego kręci, czasem staje za Isabelle, żeby zerknąć na zbiór fotografii na jej iPadzie, starannie opisany ELLERTON/STOVER, a czasem myszkuje w szafkach. Jej palce w rękawiczkach są lekkie jak ćmy.

Izzy omawia wszystko po kolei, przesuwając palcem po ekranie, żeby przerzucać zdjęcia.

Na pierwszym są dwie kobiety w średnim wieku. Obie tęgie, szerokie w barkach, w czerwonych nylonowych uniformach Opieki Domowej, ale jedna – Georgina Ross, jak domyśla się Hodges – płacze i trzyma się za ramiona, przyciskając skrzyżowane ręce do piersi. Druga, Yvonne Carstairs, najwyraźniej ulepiona jest z twardszej gliny.

– Przyszły za piętnaście szósta – mówi Izzy. – Mają klucz, żeby nie dzwonić ani nie pukać. Carstairs mówi, że czasami Martine spała do wpół do siódmej. Pani Ellerton zawsze była już na nogach. Mówiła, że wstaje o piątej i musi napić się kawy na dzień dobry. Tylko że dziś jej nie było i nie poczuły zapachu kawy. Uznały, że starsza pani choć raz zaspała. Pomyślały, że to jej wyjdzie na dobre. Na palcach przeszły do sypialni Stover na końcu holu, żeby sprawdzić, czy się już obudziła. I oto, co zastały.

Izzy pokazuje następne zdjęcie. Hodges czeka, aż Holly znowu powie „Uuuch”, ale ona milczy i uważnie przygląda się fotografii. Stover leży na łóżku, kołdrę ma ściągniętą do kolan. Uszkodzeń twarzy nigdy nie usunięto, ale na tym, co z niej zostało, maluje się spokój. Kobieta ma zamknięte oczy, a jej powykręcane dłonie są splecione. Z wychudzonego brzucha wystaje sonda pokarmowa. Wózek – który Hodgesowi przypomina raczej kapsułę astronauty – stoi obok łóżka.

– W pokoju Stover zapach był. Ale nie kawy. Alkoholu.

Izzy przerzuca fotografię. Teraz na ekranie widnieje zbliżenie szafki przy łóżku. Leżą tam tabletki w równych rządkach. Jest także młynek do ich rozdrabniania, żeby Stover mogła je przyjmować. Pomiędzy lekami, jakby całkiem nie na miejscu, stoi trzy czwarte litra potrójnie destylowanego smirnoffa oraz plastikowa strzykawka. Butelka jest pusta.

– Starsza pani nic nie zostawiła przypadkowi – stwierdza Pete. – Smirnoff ma pięćdziesiąt procent.

– Pewnie chciała, żeby jak najszybciej było po wszystkim – mówi Holly.

– Słuszna uwaga – odpowiada Izzy, ale wyraźnie bez życzliwości.

Nie przepada za Holly, a ta nie przepada za nią. Hodges zdaje sobie z tego sprawę, ale nie ma pojęcia, dlaczego tak jest. A ponieważ rzadko widują Isabelle, nigdy nie zadał Holly tego pytania.

– Masz zbliżenie młynka? – pyta Holly.

– Oczywiście. – Izzy przesuwa palcem po ekranie. Na następnym zdjęciu młynek jest wielki niczym latający spodek. Na dnie pojemnika została cienka warstwa białego pyłu. – Pewność będziemy mieć dopiero za parę dni, ale sądzimy, że to oxycontin. Według etykietki receptę zrealizowano zaledwie trzy tygodnie temu, a opakowanie jest równie puste jak ta butelka po wódce.

Izzy wraca do fotografii Martine Stover – z zamkniętymi oczami, z wątłymi dłońmi złożonymi jak w modlitwie.

– Matka zmieliła proszki, wsypała do butelki, a potem wlała wódkę do sondy pokarmowej. To chyba jeszcze skuteczniejsze niż śmiertelny zastrzyk. Ellerton dokładnie wiedziała, co robi.

Izzy znów przerzuca zdjęcie. Tym razem Holly mówi „Uuuch”, ale nie odwraca wzroku.

Pierwsza fotografia łazienki Martine, przystosowanej dla osób niepełnosprawnych, to szeroki kadr. Widać na nim niski blat z umywalką, nisko umieszczone szafki i wieszaki na ręczniki, olbrzymi kombajn wannowo-prysznicowy. Drzwiczki prysznica są zasunięte, wanna – w pełni widoczna. Janice Ellerton, w różowej koszuli nocnej, leży w wodzie do ramion. Hodges domyśla się, że gdy opuszczała się do wanny, ubranie musiało wydąć się jak balon, ale na tym zdjęciu przylega do chudego ciała. Na głowie Ellerton ma plastikową torbę obwiązaną paskiem szlafroka frotté. Spod torby wychodzi rurka, która biegnie do niewielkiego zbiornika na podłodze. Na ściance zbiornika jest naklejka z roześmianymi dziećmi.

– Zestaw samobójcy – mówi Pete. – Instrukcję przypuszczalnie znalazła w internecie. Jest mnóstwo stron z wyjaśnieniami, jak go zbudować, włącznie ze zdjęciami. Kiedy przybyliśmy, woda w wannie była chłodna, ale musiała być ciepła, gdy Ellerton do niej wchodziła

– To podobno kojące – wtrąca Izzy.

Chociaż ona sama nie mówi „Uuuch”, jej twarz na moment zastyga w wyrazie zdegustowania, kiedy przełącza na kolejne zdjęcie: zbliżenie głowy Janice Ellerton. Torba zaszła mgłą od jej ostatnich oddechów, ale Hodges widzi, że kobieta miała zamknięte oczy. Odeszła ze spokojem na twarzy.

– W zbiorniku był hel – mówi Pete. – Można go kupić w każdym tanim supermarkecie. Teoretycznie służy do nadmuchiwania balonów na kinderbale, ale jak ma się torbę na głowie, równie dobrze można się nim zabić. Po zawrotach głowy następuje dezorientacja. Wtedy już pewnie nie da rady ściągnąć torby, nawet gdyby ktoś zmienił zdanie. Później traci się przytomność, a potem się umiera.

– Wróć do poprzedniego – prosi Holly. – Tego z całą łazienką.

– Oho – mruczy Pete. – Doktor Watson chyba coś zauważył.

Izzy przesuwa palcem po ekranie. Hodges nachyla się i mruży powieki – już nie widzi z bliska tak dobrze jak kiedyś. Wreszcie dostrzega to samo co Holly. Obok cienkiego przewodu elektrycznego podłączonego do gniazdka leży marker. Ktoś – Hodges zakłada, że Ellerton, bo czasy, gdy jej córka mogła cokolwiek napisać, już dawno minęły – narysował na blacie jedną dużą literę: Z.

– Co o tym myślicie? – pyta Pete.

Hodges się zastanawia.

– To jej list pożegnalny – stwierdza w końcu. – Z jest ostatnią literą alfabetu. Gdyby znała grekę, mogłaby narysować omegę.

– Też tak sądzę – mówi Izzy. – W gruncie rzeczy to dość eleganckie.

– Z jest również symbolem Zorro – informuje Holly. – Zorro to zamaskowany meksykański bohater. Nakręcono o nim mnóstwo filmów, w tym jeden z Anthonym Hopkinsem w roli Don Diega, ale niezbyt dobry.

– Uważasz, że to istotne? – pyta Izzy. Jej twarz zdradza uprzejme zainteresowanie, ale w głosie jest zadra.

– Był również serial – kontynuuje Holly. Wpatruje się w zdjęcia jak zahipnotyzowana. – Wyprodukowany przez Walta Disneya w czasach czarno-białej telewizji. Pani Ellerton mogła go oglądać jako dziewczynka.

– Sugerujesz, że gdy szykowała się, by ze sobą skończyć, szukała pocieszenia we wspomnieniach z dzieciństwa? – W głosie Pete’a słychać powątpiewanie. Hodges je podziela. – To chyba możliwe.

– Raczej gówno prawda – rzuca Izzy i przewraca oczami.

Holly nie zwraca na nią uwagi.

– Mogę obejrzeć łazienkę? Niczego nie będę dotykać, nawet w tym. – Unosi swoje małe dłonie w rękawiczkach.

– Nie krępuj się – odpowiada natychmiast Izzy.

Innymi słowy, myśli Hodges, spadaj stąd i pozwól dorosłym porozmawiać. Nie podoba mu się jej zachowanie, ale ponieważ po Holly najwidoczniej spływa to jak po kaczce, nie widzi powodu, by robić aferę. Poza tym dziś rano Holly rzeczywiście jest trochę zakręcona, nosi ją na wszystkie strony. Hodges domyśla się, że to przez te zdjęcia. Martwi ludzie nigdy nie wydają się bardziej martwi niż na policyjnych fotografiach.

Holly oddala się w stronę łazienki, a on opiera się na krześle, splata dłonie na karku i rozchyla łokcie. Tego ranka nieznośny brzuch aż tak nie dokucza, może dzięki przerzuceniu się z kawy na herbatę. W takim razie Hodges musi zrobić zapas. Cholera, wykupi, ile się da. Dość już ma tego ciągłego bólu w trzewiach.

– Powiesz mi, co tu robimy, Pete?

Jego były partner unosi brwi z niewinną miną.

– Cóż takiego masz na myśli, Kermicie?

– Miałeś rację, że sprawa trafi do gazet. Jest w stylu smutnych telenowelowych bzdetów, które ludzie uwielbiają. Dzięki nim własne życie wydaje im się lepsze…

– To cyniczne, ale chyba prawdziwe. – Izzy wzdycha.

– …ale związek z Masakrą Mercedesem jest raczej przypadkowy niż przyczynowy. – Hodges nie jest pewien, czy to znaczy to, co myśli, ale dobrze brzmi. – Mamy tutaj typowy akt eutanazji w wykonaniu starszej pani, która nie mogła dłużej patrzeć, jak jej córka cierpi. Pewnie ostatnią myślą Ellerton, kiedy odkręcała hel, było: „Już wkrótce do ciebie dołączę, kochanie, a ulicami nieba będziemy szły ramię w ramię”.

Izzy parska, ale Pete jest blady i zamyślony. Hodges nagle sobie przypomina, że bardzo dawno temu, gdzieś przed trzydziestoma laty, Pete i jego żona stracili pierwsze dziecko, które zmarło śmiercią łóżeczkową.

– To smutna historia, gazety będą o niej trąbić przez dzień albo dwa, ale na świecie coś takiego zdarza się codziennie. Może nawet co godzinę. Więc powiedz, o co tu chodzi.

– Pewnie o nic. Izzy mówi, że o nic.

– Izzy tak właśnie mówi – potwierdza partnerka Pete’a.

– Izzy pewnie myśli, że tuż przed metą zaczynam głupieć.

– Izzy wcale tak nie myśli. Izzy uważa, że po prostu masz bzika na punkcie Brady’ego Hartsfielda i wreszcie powinieneś odpuścić. – Kieruje te swoje zamglone szare oczy na Hodgesa. – Pani Gibney może jest kłębkiem tików nerwowych i dziwnych skojarzeń, ale ze wszech miar słusznie zatrzymała Hartsfieldowi zegar i dlatego zasłużyła sobie na moje uznanie. Hartsfield tkwi teraz w klinice uszkodzeń mózgu w Kinerze, gdzie pewnie pozostanie do czasu, aż wreszcie złapie zapalenie płuc i umrze, dzięki czemu stan zaoszczędzi kupę forsy. Nigdy nie postawią go przed sądem za to, co zrobił. Wszyscy o tym wiemy. Nie złapaliście go za atak pod City Center, ale rok później Gibney powstrzymała go przed wysadzeniem w powietrze dwóch tysięcy dzieciaków w Audytorium Mingo. Musicie się z tym pogodzić. Uznajcie to za sukces i zajmijcie się czymś innym.

– O rany – wzdycha Pete. – Długo to w sobie tłumiłaś?

Izzy stara się nie uśmiechnąć, ale nie może się powstrzymać. Jej partner odpowiada uśmiechem, a Hodges myśli sobie, że tworzą równie dobry zespół jak kiedyś oni dwaj. Szkoda go rozbijać. Naprawdę.

– Już od jakiegoś czasu. No, dalej, powiedz mu. Przynajmniej nie chodzi o małe szare ludziki jak w Archiwum X.

– No więc? – pyta Hodges.

– Keith Frias i Krista Countryman – mówi Pete. – Oboje rankiem dziesiątego kwietnia byli pod City Center, kiedy Hartsfield zrobił to, co zrobił. Frias, lat dziewiętnaście, miał złamane dwie nogi, jedno biodro, cztery żebra plus obrażenia wewnętrzne. Ponadto w siedemdziesięciu procentach stracił wzrok w prawym oku. Countryman, lat dwadzieścia jeden, połamała żebra, rękę i doznała urazów kręgosłupa. Wymagała potem mnóstwa tak bolesnych terapii, że nawet nie chcę sobie tego wyobrażać.

Hodges też nie chce, ale już wiele razy rozmyślał o ofiarach Brady’ego Hartsfielda. Zwłaszcza o tym, jak siedemdziesiąt podłych sekund może zmienić życie tylu ludzi na lata… a w przypadku Martine Stover – na zawsze.

– Spotykali się co tydzień na terapii w ośrodku o nazwie „Poprawa to ty” i tam się w sobie zakochali. Dochodzili do siebie… powoli… i planowali się pobrać. A potem, w zeszłym roku w lutym, wspólnie popełnili samobójstwo. Jak to leciało w tej starej punkowej piosence, wzięli dużo proszków i umarli.

Hodgesowi przypomina się młynek na szafce obok łóżka Stover. Młynek z resztką oxycontinu. Matka rozpuściła ten środek w wódce, ale musiało tam leżeć dużo innych leków narkotycznych. Po co zadała sobie tyle trudu z plastikową torbą i helem, skoro mogła łyknąć garść vicodinu, poprawić garścią valium i mieć sprawę z głowy?

– Przypadek Friasa i Countryman to samobójstwo nastolatków, jakie również zdarzają się codziennie – mówi Izzy. – Ich rodzicom nie podobał się pomysł małżeństwa. Namawiali ich, żeby zaczekać. A oni przecież nie mogli razem uciec. Frias ledwo chodził, poza tym oboje nie mieli pracy. Z ubezpieczenia starczało pieniędzy na opłacenie cotygodniowej terapii i dorzucenie się do zakupów w domu, ale to nie były tłuste polisy jak u Martine Stover. Tak czy inaczej, zdarza się. Nawet trudno to uznać za zbieg okoliczności. Ciężko poszkodowani ludzie wpadają w depresję, a w depresji czasem popełnia się samobójstwo.

– Gdzie to zrobili?

– W domu Friasa – mówi Pete. – Kiedy rodzice pojechali z jego młodszym bratem do parku rozrywki. Wzięli proszki, wczołgali się do łóżka i zmarli w swoich objęciach jak Romeo i Julia.

– Romeo i Julia zmarli w grobowcu – prostuje Holly, wróciwszy do kuchni. – W filmie Franca Zeffirellego, który naprawdę jest najlepszym…

– Dobrze, w porządku, rozumiem – przerywa jej Pete. – Grobowiec, sypialnia, wszystko jedno.

Holly trzyma w ręku numer „Inside View”, który leżał na stoliku, złożony tak, że widać fotografię Johnny’ego Deppa. Jest na niej pijany, naćpany albo martwy. Czyżby Holly cały ten czas spędziła w salonie na lekturze szmatławca? Jeśli tak, to naprawdę ma zły dzień.

– Wciąż masz tego mercedesa, Holly? – pyta Pete. – Tego, którego Hartsfield ukradł twojej kuzynce Olivii?

– Nie. – Holly siada. Gazetę kładzie na skromnie zwartych kolanach. – W listopadzie wymieniłam na takiego samego priusa, jak ma Bill. Mercedes za dużo palił i nie był przyjazny dla środowiska. Poza tym zarekomendowała mi to terapeutka. Powiedziała, że po półtora roku na pewno uwolniłam się już od jego władzy, więc stracił wartość terapeutyczną. Dlaczego pytasz?

Pete pochyla się na krześle i splata dłonie między rozchylonymi kolanami.

– Hartsfield dostał się do mercedesa przy użyciu elektronicznego gadżetu do otwierania drzwi. Zapasowy kluczyk był w schowku. Może o tym wiedział, a może do masakry pod City Center doszło tylko dlatego, że skorzystał z okazji. Nigdy się tego nie dowiemy.

A Olivia Trelawney, myśli Hodges, pod wieloma względami przypominała swoją kuzynkę Holly: nerwowa, wycofana, przeciwieństwo osoby towarzyskiej. Na pewno niegłupia, ale taka, którą trudno lubić. Byliśmy przekonani, że nie zamknęła mercedesa i zostawiła kluczyki w stacyjce, ponieważ to najprostsze wytłumaczenie. I ponieważ na pewnym podstawowym poziomie, na którym logika nie ma racji bytu, chcieliśmy, żeby tak było. Jej kolejne zaprzeczenia uznawaliśmy za hardą odmowę wzięcia odpowiedzialności za własną niedbałość. Kluczyk z torebki, który nam pokazała? Uznaliśmy, że to ten zapasowy. Nękaliśmy ją, a kiedy prasa poznała jej nazwisko, również zaczęła ją nękać. W końcu Olivia uwierzyła, że zrobiła to, co według nas zrobiła: umożliwiła działanie potworowi marzącemu o masowym morderstwie. Nikt z nas nie pomyślał, że maniak komputerowy mógł zbudować gadżet do otwierania drzwi. Włącznie z samą Olivią Trelawney.

– Ale nie tylko my ją nękaliśmy.

Hodges nie zdaje sobie sprawy, że powiedział to na głos, dopóki wszyscy nie odwracają wzroku w jego kierunku. Holly leciutko kiwa głową, jakby ich myśli biegły dokładnie tym samym torem. Co wcale nie byłoby zbyt zaskakujące.

– To prawda, że jej nie wierzyliśmy – mówi dalej Hodges – choćby nie wiem ile razy nas zapewniała, że zabrała kluczyk i zamknęła samochód. Więc ponosimy część odpowiedzialności za to, co zrobiła, ale Hartsfield uwziął się na nią z premedytacją. Do tego dążysz, prawda?

– Tak – potwierdza Pete. – Nie wystarczyło mu, że ukradł jej mercedesa i użył jako narzędzia zbrodni. Wdarł się do jej głowy. Zainstalował nawet w jej komputerze program audio emitujący krzyki i oskarżenia. A poza tym jesteś jeszcze ty, Kermit.

Tak. Poza tym jest jeszcze on.

Hodges otrzymał od Hartsfielda jadowity anonim, kiedy był na dnie, mieszkał w pustym domu, źle sypiał, nie widywał praktycznie nikogo poza Jerome’em Robinsonem, chłopakiem, który kosił mu trawę i robił naprawy w domu. Cierpiał na częstą dolegliwość policjantów: depresję końca warty.

Wśród emerytowanych policjantów jest niezwykle wysoki wskaźnik samobójstw – napisał Brady Hartsfield. To było, jeszcze zanim zaczęli korzystać z najpopularniejszego środka komunikacji w dwudziestym pierwszym wieku, internetu. Nie chciałbym, żeby zaczął Pan myśleć o swojej broni. Ale Pan o niej myśli, prawda? Zupełnie jakby Hartsfield wywęszył myśli samobójcze Hodgesa i próbował wypchnąć go poza krawędź. Bądź co bądź, z Olivią Trelawney mu się udało, więc w tym zagustował.

– Kiedy zacząłem z tobą pracować – odzywa się Pete – powiedziałeś mi, że recydywiści są jak turecki dywan. Pamiętasz?

– Tak. – Hodges wyłożył tę teorię wielu policjantom. Słuchali go nieliczni, a wnioskując ze znudzonej miny, Izzy nie należałaby do nich. Pete owszem.

– Tworzą w kółko ten sam wzór. Trzeba przymknąć oko na drobne wahania, mówiłeś, i szukać fundamentalnej jednakowości. Bo nawet najsprytniejsi sprawcy, jak Joe Rogatka zabijający kobiety na postojach, zachowują się tak, jakby mieli w głowie przełącznik, który utkwił w jednej pozycji. Brady Hartsfield był koneserem samobójstwa…

– Architektem samobójstwa – poprawia Holly.

Ze zmarszczonym czołem wbija wzrok w gazetę, jest jeszcze bledsza niż zwykle.

Hodgesowi ciężko przeżywać sprawę Hartsfielda na nowo (przynajmniej wreszcie przestał odwiedzać sukinsyna w Klinice Traumatycznych Uszkodzeń Mózgu), ale dla niej to jeszcze trudniejsze. Hodges ma nadzieję, że Holly nie wróci na złą drogę i nie zacznie znowu palić, lecz wcale by się nie zdziwił, gdyby tak się stało.

– Nazwij to, jak chcesz, ważne, że istniała prawidłowość. Na litość boską, nawet własną matkę doprowadził do samobójstwa.

Hodges nie odpowiada, chociaż nigdy nie podzielał przekonania Pete’a, że Deborah Hartsfield zabiła się, odkrywszy – być może przypadkowo – że jej syn jest Zabójcą z Mercedesa. Po pierwsze, nie mają żadnego dowodu, że w ogóle się o tym dowiedziała. Po drugie połknęła trutkę na szczury, a to paskudna śmierć. Możliwe, że Hartsfield sam ją zamordował, ale i w to Hodges nigdy nie wierzył. Jeśli Brady kogokolwiek kochał, to właśnie ją. Hodges sądzi, że trutka na szczury mogła być przeznaczona dla kogoś innego… a może nawet wcale nie dla człowieka. Autopsja wykazała, że truciznę wstrzyknięto do hamburgera, a surowe mielone mięso uwielbiają psy.

Robinsonowie mają psa, uroczego zwierzaka z oklapłymi uszami. Brady musiał widzieć go wielokrotnie, bo obserwował dom Hodgesa, a Jerome zwykle przyprowadzał psiaka, gdy przychodził kosić trawnik. Możliwe, że trutka na szczury była przeznaczona dla Odella. Tym przypuszczeniem Hodges nigdy nie podzielił się z Robinsonami. Ani z Holly. Pewnie gówno prawda, ale jego zdaniem to równie dobre jak teoria Pete’a, że matka Brady’ego zabiła się sama.

Izzy otwiera usta, lecz zaraz je zamyka, kiedy Pete unosi rękę, by ją uciszyć – bądź co bądź to on wciąż jest starszym członkiem tego zespołu, i to o dobre parę lat.

– Izzy chce powiedzieć, że przypadek Martine Stover jest morderstwem, nie samobójstwem, ale według mnie istnieje spora szansa, tak mniej więcej siedemdziesiąt procent, że był to pomysł samej Martine. Ewentualnie omówiły to z matką i doszły do porozumienia. Co by oznaczało, że obie popełniły samobójstwo, chociaż w oficjalnym raporcie napisane będzie inaczej.

– Domyślam się, że sprawdziłeś już resztę ofiar ocalałych pod City Center? – pyta Hodges.

– Wszyscy żyją z wyjątkiem Geralda Stansbury’ego, który zmarł w zeszłym roku tuż po Święcie Dziękczynienia – odpowiada Pete. – Miał zawał. Żona mówi, że choroba wieńcowa jest częsta w jego rodzinie, a on i tak żył dłużej niż jego ojciec i brat. Izzy ma rację, to pewnie nic takiego, ale pomyślałem, że ty i Holly powinniście się o tym dowiedzieć. – Patrzy na nich kolejno. – Wam nie chodziło po głowie, żeby przenieść się na tamten świat, prawda?

– Nie – mówi Hodges. – Ostatnio nie.

Holly tylko kręci głową, nie odrywając wzroku od gazety.

– Przypuszczam, że nikt nie znalazł tajemniczej litery Z w sypialni młodego pana Friasa po tym, jak on i pani Countryman popełnili samobójstwo? – pyta Hodges.

– Oczywiście, że nie – potwierdza Izzy.

– A przynajmniej nic wam o tym nie wiadomo – poprawia ją Hodges. – Czy nie to chciałaś powiedzieć? Zważywszy, że znaleźliście taką dziś?

– Rany boskie – mruczy Izzy. – To niemądre. – Znacząco zerka na zegarek i wstaje.

Pete również się podnosi. Holly ciągle siedzi, wciąż wpatrzona w podwędzony numer „Inside View”. Hodges także nie wstaje, przynajmniej na razie.

– Wrócisz do zdjęć z samobójstwa Friasa i Countryman, prawda, Pete? Sprawdzisz je, żeby się upewnić?

– Tak. A Izzy pewnie ma rację, głupio zrobiłem, ściągając was tutaj.

– Cieszę się, że to zrobiłeś.

– No i… wciąż mam wyrzuty sumienia po tym, jak potraktowaliśmy panią Trelawney. – Pete patrzy na Hodgesa, ten jednak ma wrażenie, że naprawdę zwraca się do chudej, bladej kobiety z brukowcem na kolanach. – Ani przez chwilę nie miałem wątpliwości, że zostawiła kluczyk w stacyjce. Zamknąłem umysł na wszystkie inne możliwości. Obiecałem sobie, że nigdy więcej tego nie zrobię.

– Rozumiem – odpowiada Hodges.

– Myślę, że co do jednego możemy się zgodzić – wtrąca Izzy. – Czasy rozjeżdżania ludzi, wysadzania ich w powietrze i aranżowania samobójstw Hartsfield ma już za sobą. Więc jeśli wszyscy nagle nie wylądowaliśmy w filmie Syn Brady’ego, proponuję, żebyśmy opuścili dom zmarłej pani Ellerton i zajęli się swoim życiem. Jakieś obiekcje?

Nikt nie ma żadnych.