Kongijskie piekło. Polak w afrykańskim więzieniu. Historia prawdziwa - Jarosław Kocemba, Mariusz Majewski - ebook + audiobook

Kongijskie piekło. Polak w afrykańskim więzieniu. Historia prawdziwa ebook i audiobook

Jarosław Kocemba, Mariusz Majewski

5,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Wyprawa polskiego podróżnika Mariusza Majewskiego do Demokratycznej Republiki Konga nagle zmieniła się w koszmar. Zatrzymany bez powodu przez kongijskich żołnierzy został aresztowany, a następnie trafił do więzienia Makala, jednego z najcięższych zakładów penitencjarnych w całej Afryce. Brak wody, głód, choroby, bezprawie, brutalna przemoc i śmierć były tam codziennością. Bezpodstawnie oskarżony o szpiegostwo i sabotaż oczekiwał na wyrok, którym mogła być kara śmierci. Uwolniony dzięki zabiegom dyplomatycznym i nagłośnieniu sprawy przez media wrócił do kraju, ale więzienne przeżycia okazały się tak ciężkie, że dopiero półtora roku później był w stanie się nimi podzielić. Swoją historię opowiedział dziennikarzowi Jarosławowi Kocembie, co pozwoliło odtworzyć zapis tamtych dramatycznych wydarzeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 323

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 23 min

Lektor: Jaroslaw KocembaMariusz Majewski

Oceny
5,0 (4 oceny)
4
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Jana88

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo polecam, niesamowita historia
00


Podobne


Copy­ri­ght © by Jaro­sław Kocemba, 2026 Copy­ri­ght © by Mariusz Majew­ski, 2026 Copy­ri­ght © by TIME S.A., 2026

Redak­tor naczelny: Michał Zarzycki, mza­rzycki@gru­pazpr.pl Redak­cja: Agnieszka Dudek Korekta: Kata­rzyna Pikosz, Agnieszka Dudek Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Piotr Tara­siuk

Wydawca: TIME S.A., ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa

War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze ISBN: 978-83-8343-654-8

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach: face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Cytat

Rzeka też tam była – fascy­nu­jąca, śmier­tel­nie nie­bez­pieczna – niczym wąż.

Joseph Con­rad, Jądro ciem­no­ści

Wstęp

O histo­rii Mariu­sza Majew­skiego po raz pierw­szy usły­sza­łem w taki sam spo­sób, jak więk­szość Pola­ków – z mediów. Dwu­dzie­stego ósmego maja 2024 roku, gdy wra­cał już do Pol­ski z wię­zie­nia w Demo­kra­tycz­nej Repu­blice Konga, por­tale inter­ne­towe zalane zostały sen­sa­cyj­nymi nagłów­kami: Miał spę­dzić resztę życia w kon­gij­skim wię­zie­niu, Powrót do kraju był cudem czy Szef MSZ roz­ma­wiał z Pola­kiem uwol­nio­nym po nie­słusz­nym ska­za­niu w Kongu. Zwio­dły mnie elek­try­zu­jące hasła i rzu­ci­łem się na te arty­kuły. I prze­ży­łem roz­cza­ro­wa­nie. Nie dowie­dzia­łem się z nich nie­mal niczego poza suchymi fak­tami: Mariusz Majew­ski jest podróż­ni­kiem, pod­czas wyprawy po Demo­kra­tycz­nej Repu­blice Konga nie­słusz­nie uznano go za szpiega, osa­dzono w wię­zie­niu, ska­zano na doży­wo­cie, ale po nieco ponad stu dniach od zatrzy­ma­nia wypusz­czono i prze­trans­por­to­wano do Pol­ski. Gdzie­nie­gdzie znaj­do­wa­łem też krótki opis głów­nego boha­tera tej histo­rii. Majew­ski to pierw­szy Polak, który przed ukoń­cze­niem czter­dzie­stego roku życia posta­wił stopę we wszyst­kich stu dzie­więć­dzie­się­ciu trzech kra­jach człon­kow­skich ONZ. Podró­żuje tak dużo, że Zie­mię okrą­żyłby już osiem­dzie­siąt trzy razy, a dzie­więć razy dole­ciałby na Księ­życ. Ma na swoim kon­cie nie­mal dwa tysiące lotów samo­lo­tem, w któ­rym spę­dził łącz­nie sześć i pół mie­siąca. W ran­kingu Most Tra­ve­led People, doku­men­tu­ją­cym osią­gnię­cia podróż­ni­ków z całego świata, zaj­muje dzie­siąte miej­sce pod wzglę­dem liczby odwie­dzo­nych tery­to­riów na całym glo­bie. Obraz ten uzu­peł­niały poje­dyn­cze zda­nia samego Majew­skiego o tym, że prze­żył „kosz­mar”, „pie­kło” i „cie­szy się z powrotu do domu”.

Na czym w zasa­dzie pole­gało to pie­kło? Co prze­żył w wię­zie­niu? W jaki spo­sób machina afry­kań­skiego pań­stwa zro­biła z niego szpiega? W mojej gło­wie rodziło się mnó­stwo tego typu pytań, na które nie znaj­do­wa­łem odpo­wie­dzi. A pod­świa­do­mie czu­łem, że w tym, co spo­tkało męż­czy­znę, jest głę­bia, duża histo­ria cza­jąca się pod hasłami obfi­tu­ją­cymi w mroczne epi­tety.

Nie potra­fi­łem zro­zu­mieć, jakim cudem nikt po tę histo­rię nie sięga, dla­czego dzien­ni­ka­rze jej szcze­gó­łowo nie opi­sują, poprze­sta­jąc na poje­dyn­czych zda­niach – w grun­cie rze­czy pustych i rów­nie dobrze pasu­ją­cych do wielu innych kosz­mar­nych zda­rzeń, jak pożar w bloku miesz­kal­nym czy karam­bol na auto­stra­dzie. W końcu uzna­łem, że nie ma sensu się nad tym zasta­na­wiać, tylko samemu zapro­po­no­wać Majew­skiemu solidne wycią­gnię­cie na wierzch jego doświad­czeń z serca Afryki – z kraju, w któ­rego głąb zapu­ścił się Mar­low1 z Jądra ciem­no­ści Jose­pha Con­rada.

Zdo­by­łem do niego kon­takt, zadzwo­ni­łem, przed­sta­wi­łem swoją pro­po­zy­cję sze­ro­kiego opi­sa­nia jego prze­żyć i… zro­zu­mia­łem, dla­czego ni­gdzie ich nie zna­la­złem. „Mogę panu udzie­lić krót­kiego komen­ta­rza, ale nie jestem jesz­cze w sta­nie długo o tym mówić. Jest za wcze­śnie” – usły­sza­łem. Dotarło do mnie, że to samo sły­szeli inni dzien­ni­ka­rze czy pisa­rze, któ­rzy do niego dzwo­nili w tej spra­wie. „Muszę być cier­pliwy, wrócę ze swoją pro­po­zy­cją za kilka mie­sięcy” – powie­dzia­łem sobie. Nie robi­łem sobie zbyt wiel­kich nadziei, nie­mniej późną jesie­nią skon­taktowałem się z Majew­skim raz jesz­cze. I wtedy, po trwa­ją­cym pół dnia namy­śle, usły­sza­łem: „Z chę­cią”.

Umó­wi­li­śmy ter­min spo­tka­nia, a ja zaczą­łem się zasta­na­wiać, jak ono powinno prze­bie­gać. Przede wszyst­kim szybko poją­łem, że spo­tkań będzie musiało być wię­cej niż jedno, bo chcemy prze­cież prze­ga­dać trzy i pół mie­siąca życia. Posta­no­wi­łem jed­nak, że w trak­cie naszej pierw­szej roz­mowy musimy omó­wić całą wyprawę – od przy­lotu Mariu­sza do DRK2 aż do jego powrotu do Pol­ski. Bez szcze­gó­łów, rzecz jasna, niu­an­sów, wyma­ga­ją­cych namy­słu, czasu czy kie­ro­wa­nia próśb do innych osób – zaan­ga­żo­wa­nych w uwol­nie­nie Mariu­sza – o potwier­dze­nie lub przy­po­mnie­nie pew­nych fak­tów. Tym wszyst­kim chcia­łem się zająć póź­niej, a za pierw­szym razem zale­żało mi jedy­nie na wysłu­cha­niu całej histo­rii, bez zada­wa­nia nie­zli­czo­nych pytań, z oka­zjo­nal­nym kie­ro­wa­niem roz­mowy na wła­ściwe tory i dopy­ty­wa­niem o klu­czowe infor­ma­cje. Naj­waż­niej­sze było pozwo­lić mu mówić. Ten zamysł poja­wił się w mojej gło­wie przede wszyst­kim dla­tego, że na początku chcia­łem mieć pełen obraz całej histo­rii, by wie­dzieć, za co tak naprawdę się biorę.

Nie spo­dzie­wa­łem się, że dzięki temu nasze pierw­sze spo­tka­nie będzie aż tak wyjąt­kowe. Mój roz­mówca wyko­rzy­stał je bowiem jako szansę na zmie­rze­nie się z naj­trud­niej­szymi chwi­lami swo­jego życia. Przez to, że z tej roz­mowy zdję­li­śmy ramy wywiadu czy innej dzien­ni­kar­skiej roboty, kipiało w niej od emo­cji, była natu­ralna, szczera. Ale i nie­zwy­kle trudna. I to dla obu stron.

Nasze pierw­sze spo­tka­nie uzna­łem za na tyle ważne, że przy­to­czy­łem je w tej książce i uczy­ni­łem z niego ramę, w któ­rej umie­ści­łem histo­rię Mariu­sza Majew­skiego w DRK. Rzecz jasna jego wypo­wie­dzi uzu­peł­ni­łem o szcze­góły z wielu kolej­nych spo­tkań i ogrom­nej liczby póź­niej­szych roz­mów tele­fo­nicz­nych. Jed­nak emo­cjo­nalny ton opo­wie­ści, rodząca się rela­cja mię­dzy nami, poja­wia­jąca się ser­decz­ność, ale także i napię­cie są wierne tylko mojej pierw­szej wizy­cie u Mariu­sza w domu.

Pod­czas pracy nad książką nie­opi­sana oka­zała się pomoc part­nerki Mariu­sza, Marioli, która przez znaczną część jego pobytu w wię­zie­niu była z nim w kon­tak­cie tele­fo­nicz­nym. Dzięki niej mogli­śmy cho­ciażby usta­lić chro­no­lo­gię wyda­rzeń. Z tą bowiem Mariusz miał czę­sto duży pro­blem. Jego pamięć oka­zała się sza­le­nie dokładna, jeśli cho­dzi o opisy miejsc, ludzi, ich słowa, wszystko to, co widział i robił, jed­nak mie­szała mu się kolej­ność nie­któ­rych zda­rzeń. W związku z tym w książce czę­sto poja­wia się sfor­mu­ło­wa­nie „kilka dni póź­niej” – może i nie­zbyt dokładne, ale dzięki niemu zosta­wia­li­śmy sobie mar­gi­nes błędu, wska­zu­jąc, że rów­nie dobrze mogło to się wyda­rzyć dwa, trzy, a może i pięć dni póź­niej.

Sza­le­nie ważną osobą, dzięki któ­rej mogli­śmy dokład­nie odwzo­ro­wać linię zda­rzeń doty­czą­cych zabie­gów dyplo­ma­tycz­nych i pro­cesu sądo­wego, jest Jakub Gło­wa­czew­ski – nego­cja­tor dzia­ła­jący w imie­niu pol­skiego rządu, który został wysłany do Kin­szasy3, by na miej­scu roz­ma­wiać z kon­gij­skimi wła­dzami i sta­rać się o uwol­nie­nie Mariu­sza. Jego rela­cje sta­no­wiły dla nas punkt odnie­sie­nia przy wyja­śnia­niu moty­wów oraz spo­sobu myśle­nia śled­czych i rzą­dzą­cych w DRK.

W tym miej­scu chciał­bym wspo­mnieć, że zanim dotar­łem do Jakuba Gło­wa­czew­skiego, pozna­łem wiele wer­sji wyja­śnia­ją­cych to, dla­czego Mariu­sza prze­trzy­my­wano i dzięki czemu lub komu w końcu został wypusz­czony na wol­ność. Prze­ra­zi­łem się, bo uzna­łem, że nie znajdę obiek­tyw­nego wytłu­ma­cze­nia tej kwe­stii, które mógł­bym z czy­stym sumie­niem przed­sta­wić. W końcu jed­nak udało mi się dotrzeć bez­po­śred­nio do nego­cja­tora, który miał dla mnie jasne odpo­wie­dzi. Jego wer­sja jest zupeł­nie inna niż cho­ciażby cioci Mariu­sza, Renaty, bar­dzo zaan­ga­żo­wa­nej w jego uwol­nie­nie. Twier­dzi ona, że skon­tak­to­wała się z wpły­wową osobą w Afryce, a ta uzgod­niła z naczel­ni­kiem wię­zie­nia w Kin­sza­sie wypusz­cze­nie jej sio­strzeńca.

Posta­no­wi­łem jed­nak zaufać Jaku­bowi. Przede wszyst­kim dla­tego, że dzia­łał on na rzecz uwol­nie­nia Mariu­sza w ofi­cjalny spo­sób, w imie­niu pol­skiego rządu. Jest zawo­dow­cem, wcze­śniej już wie­lo­krot­nie poma­gał Pola­kom wię­zio­nym na całym świe­cie. Poza tym był w sta­łym kon­tak­cie zarówno z Mini­ster­stwem Spraw Zagra­nicz­nych w Pol­sce, które nad­zo­ro­wało sprawę Mariu­sza, jak i z kon­gij­skimi śled­czymi, z któ­rymi roz­ma­wiał, będąc na miej­scu w Kin­sza­sie.

W książce jego imię i nazwi­sko są nie­zmie­nione. Zmie­niono nato­miast dane nie­mal wszyst­kich pozo­sta­łych osób, które Mariusz Majew­ski spo­tkał na swo­jej dro­dze w Demo­kra­tycz­nej Repu­blice Konga, czyli przede wszyst­kim więź­niów. Sprawa naszego rodaka była w tym kraju nie­zwy­kle gło­śna, zaj­mo­wali się nią przed­sta­wi­ciele naj­wyż­szych władz w Kin­sza­sie. Nie chcie­li­śmy, by po publi­ka­cji książki osoby, które go wspie­rały i na co dzień żyją w auto­ry­tar­nym pań­stwie, stały się obiek­tem szy­kan jego służb. Na wszelki też wypa­dek – mimo ano­ni­mi­za­cji – czę­ści ich zacho­wań, które szcze­gól­nie mogłyby się nie spodo­bać wła­dzy, nie opi­sa­li­śmy.

Jaro­sław Kocemba

Rozdział I

Jadę przez zatło­czone ulice War­szawy w ścia­nie wody. Nie widzę dalej niż na kil­ka­dzie­siąt metrów, cho­ciaż jest śro­dek dnia. Deszcz wali w karo­se­rię mojego samo­chodu z taką siłą, że mam wra­że­nie, jak­bym był na placu budowy, ledwo dobiega do mnie stłu­miona muzyka z radia. Długo utrzy­my­wała się złota pol­ska jesień, lecz kilka dni temu została bru­tal­nie prze­gnana. Stało się zimno, chmury zasło­niły słońce, wieje pory­wi­sty wiatr, a dzi­siaj jesz­cze dodat­kowo przy­szła ulewa. „Klap-klap, klap-klap, klap-klap” – zużyte wycie­raczki, które obie­cy­wa­łem sobie wymie­nić już jakieś kil­ka­na­ście razy, ledwo dają radę i zamiast zgar­niać wodę, roz­pry­skują ją po szy­bie. Zasta­na­wiam się, czy będę mógł zapar­ko­wać tuż przed domem Mariu­sza Majew­skiego, czy czeka mnie spa­cer, po któ­rym zapre­zen­tuję się przed nim kom­plet­nie prze­mo­czony. Zależy mi, by zro­bić dobre pierw­sze wra­że­nie na kimś, kogo będę musiał mieć odwagę pytać o życie w pie­kle.

Docie­ram na war­szaw­skie Wło­chy. Przede mną dwa rzędy cią­gną­cych się dom­ków jed­no­ro­dzin­nych i roz­dzie­la­jąca je jezd­nia, po któ­rej toczę się powo­lutku, wypa­tru­jąc odpo­wied­niego adresu. Uf, jest miej­sce przed samym domem! Par­kuję, ale nie wysia­dam od razu. Naj­pierw tele­fo­nuję. „Panie Mariu­szu, ja już jestem. Dzwo­nić domo­fo­nem?” – pytam, uprze­dza­jąc swoje przyj­ście, by jak naj­kró­cej stać na desz­czu. „Furtka jest otwarta, pro­szę wejść do środka” – sły­szę.

Furtkę pokrywa bujny bluszcz, muszę się pochy­lić, by nie zaha­czyć o niego głową i wejść na teren pose­sji. Robię to moż­li­wie spraw­nie, potem jesz­cze kilka dłu­gich, szyb­kich kro­ków i już stoję przed spo­rym pię­tro­wym domem jed­no­ro­dzin­nym z lekko spi­cza­stym dachem. Jestem tylko tro­chę mokry, mogło być dużo gorzej. Drzwi. Otwie­ram.

– Pogoda jest tak straszna, a mimo to pan jest punk­tu­alny, nic tylko pogra­tu­lo­wać. – Mariusz Majew­ski uśmie­cha się do mnie od ucha do ucha.

– Jaro­sław Kocemba, dzień dobry – przed­sta­wiam się i poda­jemy sobie ręce. – To fart panie Mariu­szu, jakoś udało mi się prze­je­chać, ale cała War­szawa stoi, jeden wielki korek – opo­wia­dam.

„Ależ paskudna jest dzi­siaj pogoda”, „Ta War­szawa jest wciąż zakor­ko­wana”, „Dobrze, że tutaj jest dużo miej­sca do zapar­ko­wa­nia” – wymie­niamy się tego typu bez­piecz­nymi spo­strze­że­niami. Gdy w kory­ta­rzu zdej­muję buty i kurtkę, przy­pa­truję się mojemu roz­mówcy. Ma około stu osiem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów wzro­stu, jest szczu­pły, łysy, ma nie­bie­skie oczy i kilka tatu­aży na rękach. Wiem, że ma pięć­dzie­siąt trzy lata, ale wygląda na o dzie­sięć mniej. Jest nie­zwy­kle uprzejmy i od razu skraca dystans. Wymie­ni­li­śmy rap­tem kilka zdań, a ja już mam wra­że­nie, jak­by­śmy dobrze się znali. Pro­po­nuje mówić sobie po imie­niu. Dużo się uśmie­cha, co mnie zaska­kuje, bo nie tak w mojej wyobraźni wyglą­dał ktoś, kto prze­żył męczar­nie kon­gij­skiego wię­zie­nia. Z dru­giej strony, czego ja się spo­dzie­wa­łem… Że przy­wita mnie zapła­kany? – myślę.

– Dzię­kuję, że zgo­dzi­łeś się poroz­ma­wiać – mówię, suge­ru­jąc przej­ście do tego, po co się spo­tka­li­śmy.

– Myślę, że już doj­rza­łem do opo­wie­dze­nia komuś tej histo­rii. A poza tym może dobrze mi to zrobi – Mariusz odpo­wiada mi zaska­ku­jąco poważ­nie. Wpa­truje się we mnie chwilę, mam wra­że­nie, jakby teraz to on ana­li­zo­wał mnie. W końcu kle­pie się dłońmi w uda i wska­zuje ręką na kanapę w salo­nie. – Zapra­szam, zapra­szam, tam będzie nam wygod­nie.

Sia­damy naprze­ciwko sie­bie. Roz­glą­dam się wokół. To duży i ładny, ale zwy­czajny salon, nie ma w nim afry­kań­skich masek, aztec­kich figur czy map poroz­wie­sza­nych na ścia­nach, niczego, co pod­po­wia­dała mi wyobraź­nia, gdy myśla­łem o wnę­trzu domu podróż­nika. Kre­mowe ściany gdzie­nie­gdzie uroz­ma­icone obra­zami – głów­nie sztuką nowo­cze­sną i impre­sjo­ni­stycz­nymi pej­za­żami. Jedna ze ścian jest nie­mal cała prze­szklona, znaj­dują się na niej drzwi wycho­dzące na taras. Poza tym są regały zawa­lone książ­kami, tele­wi­zor i znaj­dująca się na środku nie­bie­ska kanapa w kształ­cie litery C, na któ­rej usie­dli­śmy.

– Nikomu tej histo­rii jesz­cze nie opo­wie­dzia­łeś? – dopy­tuję, wycią­ga­jąc poduszkę zza swo­ich ple­ców.

– W kilku zda­niach paru dzien­ni­ka­rzom. No i byłem w Dzień Dobry TVN – chi­cho­cze. – Ale nie licząc mojego psy­cho­loga, nikt tak naprawdę nie wie, co tam prze­ży­łem.

– Mogę się tylko domy­ślać, że musiało to być pie­kło – mówię cicho.

Znów się we mnie wpa­truje, po czym par­ska śmie­chem.

– Tak samo powie­dzia­łem Kon­gij­czy­kowi w celi, gdy wspo­mniał, że sporo wycier­piał ze strony Rwan­dyj­czy­ków.

– I co ci odpo­wie­dział?

– Że nie mogę sobie tego wyobra­zić – szcze­rze się do mnie uśmie­cha.

Nie czuję się ura­żony. Wiem, że ma rację.

– Marioli i dzie­cia­ków nie ma. Możemy więc roz­ma­wiać zupeł­nie swo­bod­nie – dodaje.

– Marioli? Two­jej żony, rozu­miem?

– Nie, nie mamy ślubu, ale już od wielu lat jeste­śmy razem.

– Da się łączyć życie podróż­nika z życiem rodzin­nym? – pytam, by chwilę jesz­cze bez­piecz­nie poroz­ma­wiać o czymś innym niż wyprawa do Demo­kra­tycz­nej Repu­bliki Konga.

– To cho­ler­nie trudna sprawa – znów par­ska śmie­chem. – Powiem ci tak: nie­mal wszy­scy podróż­nicy, któ­rych znam, są samotni. Zresztą moje mał­żeń­stwo kie­dyś przez tę pasję też się roz­pa­dło – mówi Mariusz, któ­remu wyraź­nie ulżyło, że jesz­cze nie prze­cho­dzę do sedna naszego spo­tka­nia.

– Prze­szka­dzało jej, że cią­gle nie było cię w domu?

– Na początku nie, ale wtedy jesz­cze podró­żo­wa­li­śmy razem. I to jak! Kilka razy okrą­ży­li­śmy zie­mię, włó­czy­li­śmy się po całej Azji, Chi­nach, Indiach. Nawet poja­wie­nie się naszych dzieci przez jakiś czas niczego nie zmie­niło. W 2012 roku poje­cha­li­śmy z nimi do Korei Pół­noc­nej. Wtedy mi się wyda­wało, że jeste­śmy tacy sami i zawsze będziemy razem żyć w ten spo­sób. Cóż, myli­łem się. Magda w końcu zaczęła spę­dzać wię­cej czasu z dziećmi w Pol­sce. Ale ja nie mia­łem dość. Posta­wi­łem sobie za cel zostać pierw­szym Pola­kiem przed czter­dziestką, który postawi stopę we wszyst­kich kra­jach świata. Myśla­łem, że wtedy poczuję się speł­niony, zwol­nię i czę­ściej będę w domu. Cel udało mi się zre­ali­zo­wać, ale nie poczu­łem się nasy­cony. Odkry­łem kluby podróż­ni­cze, kla­sy­fi­ku­jące doko­na­nia podróż­ni­ków nie pod wzglę­dem liczby odwie­dzo­nych państw, lecz tak zwa­nych tery­to­riów. Kluby samo­dziel­nie usta­lają ich listę, dzie­ląc każdy kraj na kilka, a nawet kil­ka­na­ście tery­to­riów. W ten spo­sób liczba wyzna­czo­nych loka­cji do zdo­by­cia w nie­któ­rych klu­bach sięga kilku tysięcy. Rozu­miesz, co to dla mnie ozna­czało? Tysiące nowych celów. Wierz mi, wpa­dłem w obse­sję. Wra­ca­jąc samo­lo­tem z jed­nej podróży, obmy­śla­łem już plan następ­nej. W Pol­sce bywa­łem coraz rza­dziej, a jak już byłem, to myślami raczej nie­obecny. Magda sygna­li­zo­wała mi, że jest zmę­czona moją cią­głą nie­obec­no­ścią, wiecz­nymi powro­tami i wyjaz­dami, samot­nym zaj­mo­wa­niem się dziećmi. Nie słu­cha­łem. W końcu, gdy wró­ci­łem z wyprawy po pół­noc­nej Rosji, zasta­łem pusty dom. Po pię­ciu latach mał­żeń­stwa moja żona wnio­sła pozew o roz­wód. Nie mia­łem pre­ten­sji i pró­bo­wa­łem ją zro­zu­mieć, bo prze­cież drogi ludzi cza­sami po pro­stu się roz­cho­dzą. Nie spo­dzie­wa­łem się jed­nak tego, co miało się wyda­rzyć. Naj­pierw zosta­łem pozba­wiony nor­mal­nego kon­taktu z dziećmi, potem w sądzie poja­wił się wnio­sek o ogra­ni­cze­nie mojej wła­dzy rodzi­ciel­skiej. To był cios. Musia­łem udo­wod­nić, że mam prawo być ojcem.

– Udało ci się to?

– Tak. Regu­lar­nie się z nimi spo­ty­kam, ale to była długa walka. Nasz roz­wód trwał jede­na­ście lat. Dzieci zdą­żyły doro­snąć.

Mariusz widzi zdu­mie­nie na mojej twa­rzy. Po chwili mil­cze­nia macha ręką i dodaje:

– To jest temat na inną roz­mowę…

– Racja. Ale czy po tym, jak wnio­sła pozew o roz­wód, opa­mię­ta­łeś się i zaczą­łeś rza­dziej podró­żo­wać?

– Daj spo­kój, wręcz prze­ciw­nie. Wpa­dłem w naj­in­ten­syw­niej­szy wir podró­żo­wa­nia w moim życiu. Kolejne kraje, tery­to­ria, lot­ni­ska. Bez prze­rwy w samo­lo­cie, coraz szyb­ciej, coraz wię­cej. W ten spo­sób, nie­mal nie wra­ca­jąc do domu, podró­żo­wa­łem po świe­cie przez ponad rok. Zresztą, czy mogę powie­dzieć, że mia­łem wtedy dom? Jasne, mia­łem miesz­ka­nie w War­sza­wie, ale nie było w nim życia, więc trak­to­wa­łem je raczej jako hotel. Pew­nie funk­cjo­no­wał­bym tak jesz­cze dłu­żej, gdyby nie koń­czące mi się pie­nią­dze. Znam takich ludzi, milio­ne­rów uza­leż­nio­nych od podró­żo­wa­nia, któ­rzy latami nie wra­cają do cze­goś, co kie­dyś nazy­wali domem. Mnie nie bra­ko­wało zdro­wia, ale pie­nię­dzy już tak. Musia­łem się tro­chę uspo­koić, wciąż podró­żo­wa­łem bar­dzo dużo, ale zaczą­łem regu­lar­nie wra­cać do Pol­ski. Chcia­łem wtedy wejść w nowy zwią­zek. Spo­ty­ka­łem się z róż­nymi kobie­tami. Mia­łem u nich powo­dze­nie, bo moje opo­wie­ści z całego świata wyda­wały im się eks­cy­tu­jące. Jed­nak gdy pozna­wały to życie od środka, opusz­czały mnie. Nie mia­łem do nich o to żalu, powoli godzi­łem się z tym, że nie jest mi dane posia­da­nie rodziny, a nawet stwo­rze­nie trwa­łego związku – opo­wiada Mariusz, gdy pod­cho­dzi do mnie duży gol­den retrie­ver i naj­pierw prosi o gła­ska­nie, a w końcu mości się obok mnie na kana­pie.

– Ale jed­nak masz rodzinę – mówię.

– Tak, w 2014 roku pozna­łem Mariolę. Zako­cha­łem się. Wiesz, jak to jest, ludzie czę­sto prze­sa­dzają, opo­wia­da­jąc o miło­ści, bo chcą two­rzyć swoje wła­sne filmy roman­tyczne, ale w naszym przy­padku to naprawdę była miłość od pierw­szego wej­rze­nia. Od razu wie­dzia­łem, że Mariola jest osobą, z którą chcę spę­dzić resztę życia. Cho­ciaż zaak­cep­to­wała moją pasję, wie­dzia­łem, że nasz zwią­zek nie prze­trwa, jeśli będę zacho­wy­wał się tak, jak do tej pory. Byłem gotów się zmie­nić i zro­bi­łem to. Zaczą­łem wyjeż­dżać znacz­nie rza­dziej, a odkąd na świat przy­szli nasi dwaj syno­wie, jesz­cze wię­cej czasu spę­dzam w Pol­sce. Oczy­wi­ście, wciąż podró­żuję w spo­sób, który dla więk­szo­ści ludzi wydaje się sza­lony. Zwy­kle mię­dzy powro­tem a kolej­nym wyjaz­dem jestem w domu nie dłu­żej niż dwa tygo­dnie, cza­sami kró­cej. Nie­mniej i tak znacz­nie się pod tym wzglę­dem ogra­ni­czy­łem. Wpa­dłem jed­nak w nie­bez­pieczną pułapkę, z któ­rej na początku nie zda­wa­łem sobie sprawy – mówi, po czym wydaje mi się, że gubi wątek. – Tak naprawdę wie­dzia­łem o niej od początku, ale oszu­ki­wa­łem się, że jej nie dostrze­gam – dodaje w końcu, po czym wstaje na chwilę i zabiera z tarasu zosta­wione tam jakieś drobne narzę­dzia.

Usły­sze­li­śmy w oddali grzmoty. Wzmógł się wiatr, roz­pę­tała się burza.

– Co to za pułapka? – dopy­tuję, gdy z powro­tem siada naprze­ciwko mnie.

– Jak wspo­mi­na­łem, zanim pozna­łem Mariolę, posta­wi­łem stopę we wszyst­kich kra­jach świata. Z tym, że w tych naj­mniej bez­piecz­nych byłem tylko przez chwilę, cza­sem tylko na lot­ni­sku albo prze­jaz­dem. Dokład­niej eks­plo­ro­wa­łem kraje, w któ­rych ryzyko, że coś mi się sta­nie, było nie­duże. Wraz z upły­wem lat koń­czyły mi się jed­nak bez­pieczne miej­sca na świe­cie, któ­rych nie widzia­łem. Żeby pozna­wać nowe, musia­łem zapusz­czać się w coraz to mrocz­niej­sze zaka­marki globu. Czę­sto­tli­wość moich wyjaz­dów więc spa­dała, ale rosło ich ryzyko. Z roku na rok coraz bar­dziej. Ostat­nią moją podróżą przed Demo­kra­tyczną Repu­bliką Konga była wyprawa po Nige­rii, owład­nię­tej ata­kami ter­ro­ry­stów z Boko Haram4. A wcze­śniej eks­plo­ro­wa­łem pogrą­żony w bie­dzie stan Bahia w Bra­zy­lii, gdzie docho­dzi do rekor­do­wej na tle kraju liczby zabójstw. Nie o wszyst­kim Marioli mówi­łem. Cza­sami dopiero po powro­cie albo już będąc na miej­scu, zdra­dza­łem, dokąd pole­cia­łem. Czę­sto też nie wspo­mi­na­łem o wyda­wa­nych przez insty­tu­cje rzą­dowe komu­ni­ka­tach prze­strze­ga­ją­cych przed podróżą. Poza tym…

– Czy tak było też w przy­padku Demo­kra­tycz­nej Repu­bliki Konga? – prze­ry­wam mu, bo czuję, że pod­świa­do­mie wciąż odkłada temat naszego spo­tka­nia.

Patrzy na mnie nieco zakło­po­tany.

– Tak, tak też było w przy­padku DRK – odpo­wiada spo­koj­nie, ale widzę, że maskuje prze­ję­cie. – Powie­dzia­łem, że wybie­ram się tam, ale nie mówi­łem o ostrze­że­niach pol­skiego Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych przed podró­żo­wa­niem tam, cho­ciaż o nich wie­dzia­łem – mówi ciszej, po czym nagle znów gło­śniej: – Ale zro­zum, te ostrze­że­nia czę­sto są wyda­wane na wyrost. Wie­lo­krot­nie orien­to­wa­łem się po przy­by­ciu do kraju okre­śla­nego jako nie­bez­pieczny, że taki nie jest. Liczy­łem, że w przy­padku DRK będzie podob­nie – pod­kre­śla, jakby się przede mną tłu­ma­czył. – Zresztą nie chcia­łem dole­wać oliwy do ognia, bo Mariola i tak była na mnie zła za tę podróż. Już Nige­ria kosz­to­wała ją wiele stresu, a myśl, że znów ma prze­ży­wać to samo, po pro­stu ją zała­my­wała. Nie­za­leż­nie od komu­ni­ka­tów MSZ wie­działa, że Kongo to kraj tar­gany wojną z Rwandą. A tłu­ma­cze­nie, że byłem już w kra­jach ogar­nię­tych wojną i potra­fi­łem tam o sie­bie zadbać, i tak by jej nie uspo­ko­iło. Ostat­nie dni przed moim wylo­tem były mię­dzy nami trudne. Odda­li­li­śmy się od sie­bie i mało ze sobą roz­ma­wia­li­śmy. Zwy­kle, gdy wycho­dzę z domu, zaczy­na­jąc podróż, czule się żegnamy, a tym razem wysze­dłem nie­mal bez słowa, jak­bym szedł po zakupy do sklepu. „Pa” – na tyle było mnie stać. Myśla­łem jed­nak: Za dwa tygo­dnie będę z powro­tem, na spo­koj­nie wtedy poroz­ma­wiamy. – Mariusz prze­rywa, łapie się za głowę, nie widzę jego twa­rzy. Ten sam czło­wiek, który przed chwilą żar­to­wał, wydaje się przy­tło­czony jakimś nie­wi­dzial­nym cię­ża­rem. Chcę prze­rwać tę ciszę i coś powie­dzieć, ale mnie uprze­dza. – Póź­niej, ledwo żywy w wię­zie­niu, codzien­nie żało­wa­łem takiego poże­gna­nia – mówi cicho, pod­no­sząc wzrok z pod­łogi i patrząc na mnie.

Rozdział II

Burza roz­pę­tała się na dobre. Docho­dzące do nas z daleka grzmoty co jakiś czas prze­ry­wają naszą roz­mowę.

– Pro­gnozy nie poka­zy­wały aż tak złej pogody – mówię.

Mariusz nic nie odpo­wiada, deli­kat­nie kiwa głową. Wsłu­chu­jemy się w deszcz walący o para­pet. Gdy roz­mowa nie­uchron­nie zbliża się do pytań o począ­tek wyprawy, jego zacho­wa­nie się zmie­nia. Już się nie uśmie­cha, wygląda na zde­ner­wo­wa­nego, jak ktoś, kto zaraz ma sko­czyć z wysoka do lodo­wa­tej wody.

– Swoją drogą da się dole­cieć z Pol­ski do DRK bez­po­śred­nio? – rzu­cam pyta­nie niby od nie­chce­nia, by roz­ła­do­wać atmos­ferę.

– Nie. Ja naj­pierw pole­cia­łem z War­szawy do Bruk­seli, stam­tąd do etiop­skiej sto­licy Addis Abeby. Tam znów prze­sia­dłem się na lot do Entebbe5 w Ugan­dzie i dopiero póź­niej mia­łem bez­po­średni samo­lot do Kin­szasy – wyli­cza auto­ma­tycz­nie.

– Może przejdźmy już do wyda­rzeń w DRK – sta­ram się zabrzmieć zwy­czaj­nie, cho­ciaż sły­szę swój zmie­niony, nie­na­tu­ralny głos.

Cisza. Długa cisza. Nale­wam sobie wody, by czymś się zająć, bo czuję się nie­zręcz­nie.

– Rze­czy­wi­ście pro­gnozy nie były aż tak złe. – Mariusz prze­ma­wia w końcu, nawią­zu­jąc do moich poprzed­nich słów. – W Demo­kra­tycz­nej Repu­blice Konga nie tylko pro­gnozy są mylące, ale też to, co poka­zuje ter­mo­metr – dodaje.

Nic nie mówię, tylko pota­kuję.

– Tem­pe­ra­tury odczu­walne są tam zupeł­nie inne od tych na ter­mo­me­trach6. Czę­sto są wyż­sze nawet o dzie­sięć stopni Cel­sju­sza. Jest potwor­nie duszno i parno. Powie­trze wydaje się gęste, cięż­kie i tak bar­dzo lep­kie, że masz wra­że­nie, jakby żar oble­piał każdą część two­jego ciała. Czu­jesz się jak w łaźni paro­wej. Pot poja­wia się na tobie momen­tal­nie i nie odpa­ro­wuje, poja­wiają się pro­blemy z oddy­cha­niem, a przej­ście nawet kil­ku­set metrów, gdy nie ma cie­nia, to spory wysi­łek – tłu­ma­czy, a ja mam wra­że­nie, że znów pró­buje odejść od wyda­rzeń w DRK, w związku z czym jestem bli­ski zapy­ta­nia, czy na pewno chce opo­wie­dzieć mi swoją histo­rię. Ale on znowu mnie uprze­dza.

– Tak też było, gdy pięt­na­stego lutego 2024 roku przy­by­łem do Konga – mówi gło­śno, dobit­nie, dając mi znać, że chce tę histo­rię zacząć. – Dla­tego te trzy­dzie­ści parę stopni Cel­sju­sza, które wtedy były, nie miały nic wspól­nego z tym, co możesz znać cho­ciażby z Hisz­pa­nii czy Włoch. Po wyj­ściu z samo­lotu w Kin­sza­sie ude­rze­nie tego spe­cy­ficz­nego, dusz­nego i kle­istego żaru było dla mnie wręcz szo­ku­jące. Jakby słońce nagle spa­dło z nieba, zatrzy­mało się tuż obok mojego policzka, a póź­niej roz­pły­nęło się po całym ciele. Oczy­wi­ście byłem wcze­śniej w innych podob­nych afry­kań­skich kra­jach, ale jeśli uro­dzi­łeś się i wycho­wa­łeś w Euro­pie Środ­ko­wej, to nie jesteś w sta­nie się do tego spe­cy­ficz­nego skwaru przy­zwy­czaić. Myśli natych­miast zaczy­nają krą­żyć wokół wody. Pierw­sze, co zro­bi­łem po odpra­wie pasz­por­to­wej, to jesz­cze na lot­ni­sku kupi­łem jej zapas. Woda. Wierz mi, zupeł­nie ina­czej sma­kuje w takim żarze. Kilka godzin po wylą­do­wa­niu mia­łem lot do Lubum­ba­shi7. Musia­łem wyjść na zewnątrz i prze­do­stać się do innego ter­mi­nala. Mia­łem do przej­ścia nie wię­cej niż kil­ka­set metrów, ale to wystar­czyło, by przy­po­mnieć sobie, jak nie­zwy­kłym gościem jestem w Afryce, czyli bia­łym.

Od razu na początku pod­biegł do mnie pod­eks­cy­to­wany chło­pak, który zaczął szar­pać mnie za rękę i wska­zał na tak­sówkę, krzy­cząc mi wprost do ucha: „Taxi, taxi, come with me!”8. Za chwilę było przy mnie kilku kolej­nych chłop­ców, a potem też doro­śli męż­czyźni i kobiety. W poło­wie drogi byłem już okrą­żony przez chmarę ludzi. Wszy­scy się prze­py­chali, by dostać się jak naj­bli­żej mnie i wykrzy­czeć mi pra­wie w twarz pro­po­zy­cje pod­wózki, noc­legu czy wymiany waluty. Każ­demu na początku pró­bo­wa­łem odmó­wić oso­bi­ście, ale to nic nie dawało, nikt nie odpusz­czał. Ostat­nie metry poko­ny­wa­łem, prze­ci­ska­jąc się mię­dzy wrzesz­czą­cymi na mnie ludźmi. Po wej­ściu do budynku więk­szość została na zewnątrz. Kilku jed­nak weszło za mną i wciąż mnie naga­by­wało. Osta­tecz­nie scho­wa­łem się przed nimi w lot­ni­sko­wej restau­ra­cji, z któ­rej byli już prze­ga­niani przez ochronę.

Oczy­wi­ście nie wszę­dzie w DRK jest się zacze­pia­nym aż tak inten­syw­nie. Biały jest co prawda regu­lar­nie zatrzy­my­wany przez ludzi pro­szą­cych go o pie­nią­dze albo ofe­ru­ją­cych naj­róż­niej­sze rze­czy do kupie­nia, ale nie cią­gnie się za nim ludzka chmara. Zapewne przed lot­ni­skiem byli ci, któ­rzy z wycze­ki­wa­nia na poja­wie­nie się bia­łych i z wycią­ga­nia od nich pie­nię­dzy uczy­nili swój spo­sób na zaro­bek. Do czar­nych, któ­rzy prze­miesz­czali się mię­dzy ter­mi­na­lami, nie pod­bie­gał bowiem nikt. To w Afryce się nie zmie­nia od wielu lat. Biały wciąż tam jest utoż­sa­miany z luk­su­sem i bogac­twem.

Prze­cze­ka­łem kilka godzin w restau­ra­cji i wsia­dłem do samo­lotu. Po wylą­do­wa­niu, z zarzu­co­nym na ramię ple­ca­kiem i z wodą w ręku, od razu ruszy­łem do mia­sta. Lubum­ba­shi należy do naj­waż­niej­szych w kraju ośrod­ków prze­my­słu wydo­byw­czego mine­ra­łów, przez to jest sie­dzibą wielu firm z tego sek­tora. Dzięki temu cen­trum mia­sta ma przy­zwo­itą infra­struk­turę, jest zadbane i dobrze sko­mu­ni­ko­wane. Pre­zen­tuje się o niebo lepiej od Kin­szasy. Przy­naj­mniej tak to wygląda w cen­trum, dalej już jest gorzej, ale tam się nie zapusz­cza­łem.

Tro­chę poła­zi­łem, a potem posta­no­wi­łem pójść do jakiejś knajpy, by poznać ludzi, poga­dać, poczuć kli­mat mia­sta. Usia­dłem w restau­ra­cji śred­niej klasy z punktu widze­nia euro­pej­skiego, co w DRK ozna­cza, że było to miej­sce prze­zna­czone tylko dla naj­bo­gat­szych. Zja­dłem obiad, a póź­niej przy­sia­dłem się przy barze do mło­dej, szy­kow­nie ubra­nej i atrak­cyj­nej kobiety i towa­rzy­szą­cego jej ele­ganc­kiego męż­czy­zny w śred­nim wieku. Dziew­czyna mówiła świet­nie po angiel­sku, co w Kongu, gdzie języ­kiem urzę­do­wym jest fran­cu­ski, zda­rza się nie­czę­sto. Opo­wie­działa mi, że jest modelką i regu­lar­nie lata na sesje do Europy i Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Spra­wiała wra­że­nie nie­zwy­kle pew­nej sie­bie, ale jed­no­cze­śnie uprzej­mej. Widać było, że jest dosko­nale obyta w towa­rzy­stwie. Jej part­ner był zupeł­nie inny. Mia­łem wra­że­nie, że koniecz­nie chce mi uzmy­sło­wić, jak bar­dzo jest bogaty. „Rolex, you see?”9 – mówił, wyma­chu­jąc mi paskud­nym zegar­kiem przed twa­rzą. Dziew­czyna wyglą­dała na zmie­szaną jego zacho­wa­niem, ale on się tym nie przej­mo­wał. Sku­pił się na prze­chwał­kach, opo­wia­dał, że ma willę w DRK i drugą w Kenii; w Paryżu wcale nie było dla niego drogo i na Ave­nue Mon­ta­igne kupił sobie gar­ni­tur. Chwa­lił się samo­cho­dem, któ­rego marki nie pamię­tam, syl­we­strem w Monako, waka­cjami w Dubaju i mnó­stwem innych rze­czy pod­kre­śla­ją­cych jego sta­tus boga­cza. Mówił o tym wszyst­kim, ale nie wspo­mi­nał, w jaki spo­sób zara­bia na tak wystawne życie. Wydało mi się to dziwne i bałem się, że zare­aguje ner­wowo, gdy go o to zapy­tam, ale on się uśmiech­nął, puścił mi deli­kat­nie oczko i po fran­cu­sku rzu­cił: „Dia­mants”10. Zda­wało mi się, jakby nie miał pro­blemu z odpo­wie­dzią, ale nic wię­cej w tej spra­wie nie powie­dział, a że o wszyst­kich innych mógł gadać bez końca, uzna­łem, że lepiej będzie nie cią­gnąć go za język.

Teraz oczy­wi­ście wiem, jak głu­pio zro­bi­łem, wcho­dząc do miej­sca, gdzie nie mogłem poznać zwy­kłych Kon­gij­czy­ków. Ci ludzie nie mieli nic wspól­nego z real­nym życiem w tym kraju.

– To chyba nie do końca tak – prze­ry­wam Mariu­szowi. – Para­dok­sal­nie mia­łeś oka­zję zetknąć się z ważną czę­ścią rze­czy­wi­sto­ści dzi­siej­szej Demo­kra­tycz­nej Repu­bliki Konga.

– Rze­czy­wi­stość tego kraju to nie są ludzie, któ­rzy jadają w restau­ra­cjach, bo ci to raczej mar­gi­nes mar­gi­nesów.

– Jasne, rozu­miem. Cho­dzi mi po pro­stu o to, że ten facet był naj­praw­do­po­dob­niej han­dla­rzem dia­men­tów. A han­del nimi, jak i rów­nież innymi mine­ra­łami, to ważna część gospo­darki tego kraju. Bogac­twa, które ma pod zie­mią, są zresztą dla niego zarówno bło­go­sła­wień­stwem, jak i prze­kleń­stwem, bo spro­wa­dzają na Kongo cią­głe kon­flikty, a nawet wojny11. Mów jed­nak, co było dalej.

– Wysze­dłem z knajpy i posze­dłem do hotelu się prze­spać. Rano mia­łem już lot powrotny do Kin­szasy. Ale nie­bez­po­średni. Samo­lot po dro­dze lądo­wał w mia­stach: Goma, Kale­mie, Kisan­gani. To może wyda­wać ci się zaska­ku­jące, ale w DRK kra­jowe połą­cze­nie lot­ni­cze z kil­koma mię­dzy­lą­do­wa­niami to stan­dard, ponie­waż sprawna podróż mię­dzy mia­stami drogą lądową to prze­prawa przez mękę. Nie­mal nie ma asfal­to­wych dróg, bra­kuje połą­czeń kole­jo­wych czy auto­bu­so­wych, więc nie­wielka grupa uprzy­wi­le­jo­wa­nych osób, którą na to stać, prze­miesz­cza się mię­dzy mia­stami, wsia­da­jąc do samo­lo­tów.

Ja na tym sko­rzy­sta­łem, bo zale­żało mi na posta­wie­niu stopy na nowych tery­to­riach, uzna­wa­nych w jed­nym z klu­bów podróż­ni­czych. W żad­nym z miast, w któ­rych mia­łem mię­dzy­lą­do­wa­nie, nie wysze­dłem nawet z lot­ni­ska, ale do odha­cze­nia wizyty nie było mi to potrzebne.

Po powro­cie do Kin­szasy od razu zadzwo­ni­łem do Marioli. To była ser­deczna roz­mowa, mimo że w Pol­sce roz­sta­wa­li­śmy się w napię­tej atmos­fe­rze. Opo­wie­działa mi, jak minął jej dzień, co robią dzieci i jakie ma plany na jutro. Ja nie­mal tylko słu­cha­łem, na koniec popro­si­łem jedy­nie, by pozdro­wiła dzieci, i obie­ca­łem, że następ­nego dnia się ode­zwę. Źle się stało, bo nie powie­dzia­łem jej, gdzie obec­nie jestem. Dla więk­szo­ści osób będą­cych w podróży to pod­sta­wowa infor­ma­cja, którą warto prze­ka­zać. Dla mnie jed­nak podróż trwa nie­ustan­nie, nawet w obrę­bie jed­nego wyjazdu. Zmiana miej­sca z dnia na dzień stała się czymś natu­ral­nym, na tyle oczy­wi­stym, że nie widzia­łem potrzeby o niej mówić. Teraz wiem, jaki byłem głupi – stwier­dza Mariusz i po krót­kiej pau­zie dodaje: – Przez to, że nie powie­dzia­łem wtedy, gdzie jestem i dokąd jadę, Mariola miała póź­niej pro­blemy pod­czas poszu­ki­wań.

– Doj­dziemy do tego. Czy po powro­cie do Kin­szasy zwie­dzi­łeś mia­sto?

– Nie, Kin­szasa miała być tylko moją bazą wypa­dową. Tam mia­łem hotel i stam­tąd pla­no­wa­łem wyru­szać do róż­nych miejsc w kraju. Po powro­cie z Lubum­ba­shi nie zdą­ży­łem się w nim jed­nak zakwa­te­ro­wać, ponie­waż jak naj­szyb­ciej chcia­łem wyru­szyć samo­cho­dem do pro­win­cji Kwango, któ­rej gra­nica jest odda­lona od sto­licy o sto sześć­dzie­siąt kilo­me­trów.

– Co cię tam inte­re­so­wało?

– Nic kon­kret­nego, podob­nie zresztą jak w całej Demo­kra­tycz­nej Repu­blice Konga. Tury­stycz­nie nie jest to cie­kawy kraj.

Przez chwilę mam wra­że­nie, że się prze­sły­sza­łem.

– Mówisz, że nie jest to cie­kawy kraj, a mimo to ryzy­ko­wa­łeś swoim zdro­wiem i życiem, jadąc do niego?

– Dla mnie był cie­kawy, bo go wcze­śniej nie eks­plo­ro­wa­łem. Byłem tam kie­dyś tylko raz, ale prze­jaz­dem.

– No dobrze, ale w takim razie po co aż tak ryzy­ko­wać, skoro nie ma w nim nic do zoba­cze­nia?

Mariusz lekko się uśmie­cha.

– Pomyśl o hima­la­istach, ryzy­ku­ją­cych swoim życiem pod­czas wspi­naczki na tak eks­tre­mal­nie trudną górę, jak Nanga Par­bat12. Gdy docie­rają na szczyt, widocz­ność czę­sto jest zerowa. Nie są jed­nak roz­cza­ro­wani, bo nie weszli na ośmio­ty­sięcz­nik dla wido­ków, tylko po to, by posta­wić stopę na szczy­cie. To jest dla nich cel sam w sobie. Ze mną jest tak samo. Pcham się czę­sto do nie­bez­piecz­nych miejsc albo tam, gdzie nie ma nic cie­ka­wego do zoba­cze­nia, ale samo posta­wie­nie stopy w nowej prze­strzeni jest moją nagrodą.

Cza­sem żałuję, że nie uro­dzi­łem się kil­ka­set lat temu, gdy mapy były pokryte bia­łymi pla­mami. Wtedy docie­rał­bym do nowych krain jako pierw­szy. Teraz pozo­stało mi jedy­nie bić róż­nego rodzaju rekordy podróż­ni­cze. Dają mi satys­fak­cję, ale to nie to samo… Zostawmy to jed­nak i wróćmy do Konga.

Po tele­fo­nie do Marioli posze­dłem na lot­ni­sko, gdzie była jedyna wypo­ży­czal­nia samo­cho­dów w mie­ście, jaką udało mi się zna­leźć wcze­śniej w inter­ne­cie. Obsłu­gu­jący ją miły star­szy pan nie dowie­rzał, gdy powie­dzia­łem, że chcę po pro­stu „podró­żo­wać”. „T’es sûr?”13 – zapy­tał, jakby sądząc, że się prze­ję­zy­czy­łem i uży­łem złego słowa. Cóż mi pozo­stało? Nie tłu­ma­czy­łem się, nie prze­ko­ny­wa­łem go, zade­kla­ro­wa­łem tylko, że do końca dnia zwrócę samo­chód.

Rozdział III

W Afryce zazwy­czaj nie ma moż­li­wo­ści wypo­ży­cze­nia samo­chodu bez kie­rowcy. Tym razem też tak było. Moim kie­rowcą oka­zał się młody, dwu­dzie­sto­letni chło­pak. Był cichy i nie­śmiały, pod­cho­dził do mnie z dużym respek­tem, co przy­znaję, wyko­rzy­sty­wa­łem. Zapy­tał mnie o cel podróży, ale mach­ną­łem ręką, poka­załem na tele­fon z włą­czoną nawi­ga­cją i powie­dzia­łem, że będę mu mówić, jak jechać. Nie chcia­łem wspo­mi­nać o Kwango, gdzie jak obiło mi się o uszy, trzeba uwa­żać, bo może być nie­bez­piecz­nie. Nie wie­dzia­łem wtedy jesz­cze, co tam się dokład­nie dzieje. Dopiero póź­niej usły­sza­łem o toczą­cych się w tej pro­win­cji wal­kach rebe­lian­tów z siłami rzą­do­wymi14, ale mimo to wola­łem uni­kać poda­wa­nia kon­kret­nego celu podróży. A on nie pro­te­sto­wał.

Na początku jecha­li­śmy asfal­tową, ale póź­niej już tylko gli­nia­stą, nie­zwy­kle wąską drogą. Gdyby z naprze­ciwka zbli­żał się inny samo­chód, któ­ryś musiałby z niej zje­chać, by zro­bić dru­giemu miej­sce. Nie było jed­nak takiej potrzeby, bo poza nami nikt tą drogą się nie poru­szał. Mija­li­śmy za to pła­skie oraz wysu­szone pola nie­uprawne, rzad­kie zaro­śla i drzewa. Co jakiś czas prze­jeż­dża­li­śmy też koło chat zbu­do­wa­nych z gliny i słomy; wokół nie­któ­rych krę­cili się ludzie. Byli bosi, wychu­dzeni, z zapad­nię­tymi oczami i ostrymi, wyraź­nie zary­so­wa­nymi rysami twa­rzy. Wielu z nich wyda­wało mi się sta­rych, ale doświad­cze­nie z podróży w Afryce nauczyło mnie, że to głód posta­rza czło­wieka. Mogłem więc nie patrzeć na star­ców, lecz na ludzi młod­szych ode mnie.

Mój kie­rowca nie­mal się nie odzy­wał, co jakiś czas tylko pytał, jak daleko jesz­cze, a ja zgod­nie z prawdą mówi­łem, ile zostało kilo­me­trów. Może ci się wyda­wać zaska­ku­jące, że nie domy­ślił się, dokąd jedziemy, ale pro­ści Kon­gij­czycy kom­plet­nie nie znają swo­jego kraju, bo nie wyjeż­dżają ze swo­ich wio­sek i miast, jeśli nie wynika to z koniecz­no­ści. Czę­sto całe ich życie kręci się w tym samym miej­scu, dopóki nie zmu­szają ich do ucieczki wojny lub gra­su­jący bojów­ka­rze.

Gdy byli­śmy już bli­sko gra­nicy z pro­win­cją Kwango, na chwilę przy­sną­łem. Obu­dziło mnie sztur­cha­nie, chło­pak wyda­wał się prze­stra­szony. „Sol­dats”15 – mruk­nął pod nosem. Rze­czy­wi­ście, mniej wię­cej dwie­ście metrów przed nami zauwa­ży­łem szla­ban prze­ci­na­jący nam drogę, a po pra­wej stro­nie mały par­te­rowy budy­nek. Przy nim roz­sta­wiony na ziemi kara­bin maszy­nowy i ośmiu–dzie­się­ciu żoł­nie­rzy sie­dzą­cych przy woj­sko­wym pika­pie. Jeden z nich, wysoki i szczu­pły, spo­koj­nym kro­kiem wyszedł na śro­dek drogi i pod­niósł wysoko rękę, dając nam znać, że mamy się przy nich zatrzy­mać. Byłem spo­kojny, w Afryce wie­lo­krot­nie nadzie­wa­łem się na tego typu punkty kon­tro­lne.

Jesz­cze pew­niej się poczu­łem, gdy przy­bli­ży­li­śmy się do żoł­nie­rzy i zoba­czy­łem, że są roz­luź­nieni. Co prawda, czu­łem na sobie ich inten­sywny wzrok, ale nie dzi­wiło mnie to. Musiało im się to wydać nie­do­rzeczne, że gdy na kom­plet­nie pustej dro­dze w końcu napa­to­czył się samo­chód, sie­dział w nim biały. Ten, który wcze­śniej wyszedł na drogę, zapy­tał, dokąd jedziemy. Odpo­wie­dzia­łem zgod­nie z prawdą, że do Kwango. To go zasko­czyło, ale nie sko­men­to­wał, tylko spy­tał: „Kim jeste­ście?”.

Popa­trzył na mojego kie­rowcę, dając mu znać, że ma mówić. Chło­pa­kowi drżał głos, ale odparł, że jest kie­rowcą, a ja tury­stą. Żoł­nierz nie zare­ago­wał na te słowa, tylko zaj­rzał do naszej kabiny i w końcu stwier­dził, że nie możemy jechać dalej, bo gra­sują tam „ban­des armées”16. „Pokaż­cie doku­menty” – dodał. Zre­zy­gno­wany poda­łem mu swój pasz­port. Przy­szło mi do głowy, że chce od nas wymu­sić łapówkę, więc zer­k­ną­łem na niego badaw­czo. Nie takiego widoku się spo­dzie­wa­łem. Stał bez ruchu i z roz­dzia­wio­nymi oczami wpa­try­wał się w mój otwarty pasz­port. Był jak zahip­no­ty­zo­wany, pamię­tam, jakie nie­do­wie­rza­nie malo­wało się na jego twa­rzy. Trwało to dłuż­szą chwilę, jakby zasta­na­wiał się, co teraz powi­nien zro­bić, aż w końcu rap­tow­nie zatrza­snął doku­ment. „Wysia­dać, natych­miast!” – krzyk­nął, a pozo­stali żoł­nie­rze, któ­rzy jesz­cze przed chwilą żar­to­wali mię­dzy sobą, teraz pode­rwali się na równe nogi i nas okrą­żyli.

Kazali nam sta­nąć z tyłu naszego samo­chodu, a ten, który spraw­dzał doku­menty, poszedł do sto­ją­cego kil­ka­na­ście metrów dalej małego budynku, skąd zate­le­fo­no­wał, co widzia­łem przez okno. Tłu­ma­czył coś komuś żywio­łowo, co rusz na mnie zer­ka­jąc. Po kilku minu­tach wró­cił do nas i rzu­cił tylko, że mamy cze­kać. Był nie­spo­kojny, cho­dził z miej­sca na miej­sce, sia­dał, żeby zaraz znowu wstać. Kilka razy pod­szedł do niego któ­ryś z żoł­nie­rzy i brał go na stronę, jakby chciał zapy­tać, co się dzieje. Gdy żoł­nie­rze wra­cali z krót­kiej wymiany zdań, ich twa­rze się zmie­niały, wcze­śniej­sza obo­jęt­ność prze­obra­żała się w złość. Mój kie­rowca był prze­ra­żony. Pró­bo­wał się tłu­ma­czyć, ale nie­wiele z tego, co mówił, rozu­mia­łem, ponie­waż moja zna­jo­mość fran­cu­skiego ogra­ni­cza się do naj­prost­szych zwro­tów i słów. Zresztą wtedy to było dla mnie nie­ważne. Ja się nie bałem. Co naj­wy­żej byłem wście­kły, sądzi­łem, że spo­tyka mnie to, co w Afryce widzia­łem już wie­lo­krot­nie, czyli totalny chaos orga­ni­za­cyjny. Żoł­nierz nie wie, co ma zro­bić, gdy ktoś mu się w końcu na ten cho­lerny punkt kon­tro­lny napa­to­czy, dzwoni więc po wyż­szego rangą, a ja jak idiota tracę swój czas, by usły­szeć za parę godzin, że mam odje­chać – myśla­łem. Dzi­wiła mnie tylko reak­cja na mój pasz­port.

Sta­li­śmy tak co naj­mniej godzinę na peł­nym słońcu, oto­czeni przez żoł­nie­rzy, aż w końcu pod­je­chał do nas samo­chód, z któ­rego wysiadł zupeł­nie ina­czej wyglą­da­jący woj­skowy. Ci na poste­runku nie byli nawet w pełni umun­du­ro­wani, mieli na sobie buty spor­towe, zwy­czajne pod­ko­szulki, byli prze­po­ceni, ubru­dzeni od pia­chu i pyłu. Na ich tle nowo przy­były wyglą­dał, jakby przy­je­chał wprost z parady woj­sko­wej: miał czy­ściutki i ide­al­nie dopa­so­wany ofi­cer­ski mun­dur, posta­wiony koł­nie­rzyk, wypa­sto­wane, lśniące buty i świe­cący zega­rek. Pod­szedł do mnie spo­koj­nym kro­kiem i patrząc mi w oczy, zapy­tał: „Polo­nais?”17. Kiw­ną­łem głową. Uśmiech­nął się szy­der­czo i spo­koj­nie poka­zał pal­cem jed­nemu z żoł­nie­rzy na mój ple­cak, ten mu go podał, a on wysy­pał całą zawar­tość na zie­mię. Ukuc­nął i każdą z rze­czy, które wypa­dły, po kolei pod­no­sił, obra­cał w dło­niach i badał. Był sza­leń­czo dro­bia­zgowy. Wycią­gał z opa­ko­wa­nia każdą z chu­s­te­czek higie­nicz­nych, po czym ją roz­kła­dał i dokład­nie oglą­dał. Gumy do żucia w dra­żet­kach wysy­py­wał sobie na rękę i każdą obwą­chi­wał.

Naj­bar­dziej inte­re­so­wały go moje doku­menty. Mia­łem w ple­caku nota­rial­nie poświad­czone tłu­ma­cze­nie na język angiel­ski prawa jazdy.

– Co to jest? – zapy­tał gło­śno po angiel­sku, nie pod­no­sząc wzroku znad doku­mentu.

– Nic takiego, prawo jazdy – odpar­łem zasko­czony.

– Kła­mie pan. A to? – pod­su­nął mi pod twarz list od firmy ener­ge­tycz­nej, który przez przy­pa­dek zabra­łem ze sobą z War­szawy.

Mia­łem tego dosyć.

– Jestem podróż­ni­kiem i legal­nie wje­cha­łem do waszego kraju. O co ci cho­dzi?! Daj mi spo­kój, albo będziesz miał pro­blemy! – wykrzy­cza­łem to na jed­nym tchu, uwal­nia­jąc z sie­bie nagro­ma­dzoną złość.

Znów szy­der­czo się uśmiech­nął i krę­cąc głową, spo­koj­nie odpo­wie­dział:

– Nie, to ty będziesz miał pro­blemy.

Widzę, że ostat­nie wypo­wie­dziane słowa zbiły Mariu­sza nieco z tropu, cho­ciaż stara się po sobie tego nie poka­zy­wać.

– No nic, osta­tecz­nie powie­dział mi przy­naj­mniej prawdę… – Mariusz wyrywa się z zadumy i spo­gląda na mnie. – Póź­niej byłem tak czę­sto okła­my­wany, że teraz nie mam wyj­ścia i muszę z per­spek­tywy czasu to doce­nić – roz­kłada iro­nicz­nie ręce, a ja nie wiem, co odpo­wie­dzieć, więc mam­ro­czę coś strasz­nie głu­piego, w stylu: „No, nie wiem”.

– Zaczy­nało się już ściem­niać, gdy oddał mi ple­cak i kazał pozbie­rać z ziemi swoje rze­czy – kon­ty­nu­uje Mariusz. – Bra­ko­wało wśród nich dwóch doku­men­tów, o które mnie pytał, a poza tym kartki, na któ­rej mia­łem zapi­sane numery tele­fo­nów do kilku osób, w tym do Marioli, pasz­portu, tele­fonu, power­banku. Nie oddali mi też bute­lek z wodą, co było podyk­to­wane tylko okru­cień­stwem.

Jeden z sze­re­go­wych żoł­nie­rzy, naj­wyż­szy i naj­po­tęż­niej­szy z nich wszyst­kich, zapro­wa­dził mnie do samo­chodu ele­ganc­kiego ofi­cera i razem ze mną usiadł na jego tyle. Ofi­cer w tym cza­sie roz­ma­wiał z moim kie­rowcą. Odpu­ścił mu. Widzia­łem, z jak nie­wy­sło­wioną ulgą na twa­rzy chło­pak odjeż­dżał w stronę Kin­szasy. Mnie, cho­ciaż nic nie zro­bi­łem, nie zamie­rzał odpu­ścić. Usiadł bez słowa za kie­row­nicą samo­chodu i ruszy­li­śmy w kie­runku pro­win­cji Kwango.

Jecha­li­śmy bar­dzo krótko, może z pięt­na­ście minut, po czym zatrzy­ma­li­śmy się przy nie­wiel­kiej bazie woj­sko­wej. Skła­dała się z kilku nie­du­żych par­te­ro­wych budyn­ków, w któ­rych jak sądzę, mogli spać żoł­nie­rze. Znaj­do­wał się tam jeden nieco więk­szy, mogący pomie­ścić nie­wielką szkolną jadal­nię, i jesz­cze jeden, najwięk­szy, o nieco lep­szym stan­dar­dzie. Ele­gan­cik udał się do tego ostat­niego od razu po zapar­ko­wa­niu.

Mnie nato­miast wielki żoł­nierz zła­pał za ramię i zacią­gnął na dzie­dzi­niec jed­nostki, gdzie grupka żoł­nierzy sie­działa przy ogni­sku. Przy­cią­gną­łem ich uwagę, widzia­łem, jak poka­zują sobie mnie pal­cami, gdy się do nich zbli­ży­li­śmy. We dwójkę usie­dli­śmy na ławce kilka metrów za nimi. Znali się z pil­nu­ją­cym mnie wiel­ko­lu­dem, przy­wi­tali się z nim, zaczęli ze sobą roz­ma­wiać. Mia­łem wra­że­nie, że mówią o mnie, ale ciężko było mi ich zro­zu­mieć. Prze­krzy­ki­wali się, mówili szybko, a poza tym nie uży­wali nawet czy­stego fran­cu­skiego, tylko jego mie­szanki z rdzen­nym języ­kiem lin­gala18, tak zwa­nym fran­ko­lin­gali, który powszech­nie uży­wany jest przez gorzej wykształ­coną część miesz­kań­ców Kin­szasy i oko­lic. Nie­mniej, byłem w sta­nie wyła­py­wać poje­dyn­cze słowa, a wśród nich: „Polo­nais”.

Widzia­łem też, jak na mnie patrzyli. Na początku, gdy usia­dłem, raczej z cie­ka­wo­ścią, ale po roz­mo­wie z pil­nu­ją­cym mnie żoł­nie­rzem co rusz wysy­łali mi groźne spoj­rze­nia. Pew­nie wymy­ślił jakieś bzdury na mój temat, by nie mówić o zatrzy­ma­niu mnie bez powodu – myśla­łem.

Długo tak sie­dzia­łem. Zaczy­nało mi to coraz bar­dziej doskwie­rać, bo chciało mi się pić. Od kilku godzin nie mia­łem wody w ustach, a cho­ciaż słońce zaczy­nało już zacho­dzić, wciąż było gorąco. Zauwa­ży­łem, że dużą butelkę wody ma przy ogni­sku jeden z żoł­nie­rzy. Liczy­łem, że nie jest do mnie wrogo nasta­wiony, bo dopiero co przy­szedł i nie zała­pał się na roz­mowy na mój temat. Pró­bo­wa­łem to spraw­dzić, szu­ka­jąc z nim kon­taktu wzro­ko­wego, a gdy mi się to udało, nie widzia­łem w jego oczach nie­chęci do mnie. Biłem się z myślami, aż w końcu odwa­ży­łem się do niego zama­chać, po czym wycią­gną­łem w jego kie­runku otwartą dłoń i powie­dzia­łem uni­żo­nym tonem: „L’eau”19. Nic nie odpo­wie­dział, tylko kiw­nął głową i rzu­cił butelkę w moim kie­runku. Zapa­dła gro­bowa cisza. Żoł­nie­rze prze­stali roz­ma­wiać, wszy­scy spoj­rzeli na mnie. Pil­nu­jący mnie dry­blas tylko wzru­szył ramio­nami, ale jeden z woj­sko­wych sie­dzą­cych przy ogni­sku, zerwał się na równe nogi, pod­sko­czył do mnie i wyrwał mi butelkę z ręki. Odwró­cił się w stronę jej wła­ści­ciela, rzu­cił mu ją z powro­tem i krzyk­nął: „C’est un Polo­nais”20. Tam­ten zro­bił wiel­kie oczy i ski­nął głową, dając znać, że zro­zu­miał swój błąd. Jesz­cze chwilę pano­wała cisza, ale wkrótce znów zaczęli roz­ma­wiać. Zamu­ro­wało mnie. Byłem zszo­ko­wany, że moja pol­skość, tutaj, na końcu świata, zdaje się pro­ble­mem.

Nie wiem, jak udało mi się w tak dużym napię­ciu zasnąć, ale widocz­nie byłem pad­nięty. Gdy się obu­dzi­łem, było już cał­kiem ciemno, ogni­sko doga­sało, a wokół niego nie było już nikogo. Sie­dzia­łem sam z nie­od­stę­pu­ją­cym mnie na krok osił­kiem. Gry­zły nas komary, a ja mia­łem zaschnięte z pra­gnie­nia usta. Zapy­ta­łem pil­nu­ją­cego mnie żoł­nie­rza, jak długo jesz­cze będziemy cze­kać. Mach­nął głową w stronę budynku dowódz­twa jed­nostki i powie­dział pod nosem, nie patrząc na mnie, że ofi­cer jesz­cze nie wyszedł. Potem się­gnął po swój leżący obok woj­skowy ple­cak, wyjął z niego bidon i podał mi go bez słowa. Zasko­czył mnie, ale nie zasta­na­wia­łem się nad jego lito­ścią zbyt długo, łap­czy­wie się napi­łem, przy­po­mi­na­jąc sobie, jak woda potrafi cudow­nie sma­ko­wać. Kilka łyków uga­siło moje pra­gnie­nie i dało mi zastrzyk pozy­tyw­nej ener­gii. Mariusz, to Afryka, tutaj bez prze­rwy mają bała­gan, doszło do jakiejś absur­dal­nej pomyłki, lecz wkrótce cię wypusz­czą – pomy­śla­łem sobie.

Gry­zły nas komary i czas nie­mi­ło­sier­nie się dłu­żył. W końcu ofi­cer wyszedł z budynku, pod­szedł do nas dziar­skim kro­kiem, trzy­ma­jąc w ręku papie­rową teczkę. Pró­bo­wa­łem odczy­tać, jak jest pod­pi­sana, ale nie byłem w sta­nie. Sta­nął przed nami wypro­sto­wany, pewny sie­bie, z miną, jakby cały świat nale­żał do niego. Spoj­rzał na mnie z tym swoim wstręt­nym, dopro­wa­dza­ją­cym mnie do furii szy­der­czym uśmie­chem, po czym drwiąco oznaj­mił: „Ruszamy, panie Marius”. Żoł­nierz lekko klep­nął mnie w plecy, dając znać, żebym się zbie­rał. Znów we trójkę wsie­dli­śmy do samo­chodu. Byłem roz­draż­niony, nikt mi nie powie­dział, czemu jestem zatrzy­many ani co dalej ze mną będzie. Cze­ka­łem kilka godzin, nie mając poję­cia, po co, by potem znów bez słowa wyja­śnie­nia być gdzieś zabie­ra­nym. „Co złego zro­bi­łem? Dokąd mnie wie­zie­cie?” – zapy­ta­łem agre­syw­nie, gdy ele­gan­cik odpa­lał sil­nik. Przyj­rzał mi się w lusterku, a następ­nie spo­koj­nie, jakby mówiąc rzecz oczy­wi­stą, odparł: „Gene­rał cię prze­słu­cha”.

Komu­ni­kat był krótki i zby­wa­jący mnie, ale mimo to mi ulżyło. Uzna­łem, że poroz­ma­wiam z gene­ra­łem, po czym pozwoli mi on kon­ty­nu­ować moją podróż. W gło­wie ukła­da­łem sobie, co powiem mu o tym, jak skan­da­licz­nie zosta­łem potrak­to­wany przez ofi­cera: zabrano mi tele­fon, wodę, kazano cze­kać na dwo­rze, odno­szono się do mnie bez sza­cunku. Już ja go zała­twię, będzie żało­wał swo­jego zacho­wa­nia – myśla­łem, gdy nocą zmie­rza­li­śmy w stronę Kin­szasy.

Długo jecha­li­śmy, aż w końcu wysie­dli­śmy na tere­nie kolej­nej bazy woj­sko­wej. Tym razem dużo więk­szej. Rzę­dami cią­gnęły się baraki woj­skowe, nieco dalej znaj­do­wały się budynki biu­rowe, plac ape­lowy i par­king, na któ­rym zapar­ko­wa­nych było co naj­mniej kil­ka­na­ście pika­pów i kilka cię­ża­ró­wek woj­sko­wych. Cały obszar był oto­czony wyso­kim murem i dru­tem kol­cza­stym.

– Gene­rał już pew­nie śpi, jutro cię prze­słu­cha – powie­dział zde­cy­do­wa­nym tonem ofi­cer, gdy wysie­dli­śmy z samo­chodu.

Przez chwilę myśla­łem, że się prze­sły­sza­łem. Spoj­rza­łem na niego i zoba­czy­łem ten wredny uśmie­szek. Tego było dla mnie za wiele.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Mar­low – nar­ra­tor i główny boha­ter Jądra ciem­no­ści Jose­pha Con­rada, mary­narz odby­wa­jący podróż w głąb Afryki, będącą zarówno wyprawą geo­gra­ficzną, jak i sym­bo­licz­nym zej­ściem w mrok ludz­kiej natury. [wróć]

W dal­szej czę­ści książki Demo­kra­tyczna Repu­blika Konga najczę­ściej jest zapi­sy­wana skró­tem „DRK”, ale zamien­nie w nie­któ­rych przy­pad­kach będzie też uży­wana skró­cona forma nazwy, czyli po pro­stu „Kongo”. [wróć]

Kin­szasa jest sto­licą Demo­kra­tycz­nej Repu­bliki Konga. [wróć]

Boko Haram (ofi­cjal­nie: Dżma’atu Ahlis Sunna Lidda’Awati Wal-Dżi­had) – isla­mi­styczna orga­ni­za­cja ter­ro­ry­styczna powstała w 2002 r. w pół­nocno-wschod­niej Nige­rii. Jej potoczna nazwa ozna­cza „zachod­nia edu­ka­cja jest grze­chem”. Odpo­wiada za tysiące zama­chów, masowe mordy lud­no­ści cywil­nej oraz porwa­nia, w tym upro­wa­dze­nia kobiet i dzieci. Działa także w sąsied­nich pań­stwach regionu (Czad, Niger, Kame­run). Uzna­wana za jedną z naj­bru­tal­niej­szych orga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nych świata; figu­ruje na listach orga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nych m.in. ONZ, USA i Unii Euro­pej­skiej. [wróć]

Entebbe – mia­sto w środ­ko­wej Ugan­dzie, poło­żone nad Jezio­rem Wik­to­rii – naj­więk­szym w Afryce. Nie­gdyś sto­lica kraju i do dziś sie­dziba głów­nego mię­dzy­na­ro­do­wego lot­ni­ska. [wróć]

Ze względu na poło­że­nie geo­gra­ficzne w Demo­kra­tycz­nej Repu­blice Konga panuje kli­mat tro­pi­kalny, a sporą część kraju pokry­wają rów­ni­kowe lasy desz­czowe. To spra­wia, że DRK jest jed­nym z naj­wil­got­niej­szych miejsc na Ziemi. [wróć]

Lubum­ba­shi leżące w pro­win­cji Górna Katanga w połu­dniowo-wschod­niej czę­ści kraju jest dru­gim co do wiel­ko­ści mia­stem w DRK. [wróć]

Taxi, come with me! (ang.) – Tak­sówka, chodź ze mną! [wróć]

Rolex, you see? (ang.) – Rolex, widzisz? [wróć]

Dia­mants (fr.) – Dia­menty [wróć]

Raport na temat zna­cze­nia wydo­by­cia mine­ra­łów dla sytu­acji w DRK został opu­bli­ko­wany przez Geno­cide Watch 9.06.2025 r.: Grace Har­ris, Ebo­nie Kiba­lya, Lea Gru­ber, Spe­cial Report: Con­flict Mine­ral in DR Congo, https://www.geno­ci­de­watch.com/sin­gle-post/spe­cial-report-con­flict-mine­rals-in-the-drc, dostęp do tego i wszyst­kich pozo­sta­łych źró­deł on-line w publi­ka­cji: 6.03.2026. [wróć]

Śmier­tel­ność na Nanga Par­bat (8126 m n.p.m.) wynosi 20,7 proc. (dane ze stycz­nia 2025), zob.: Car­los Edu­ardo Gon­za­lez, Los ocho­mi­les más leta­les, https://alpi­ni­smon­line.com/los-ocho­mi­les-mas-leta­les/. [wróć]

T’es sûr? (fr.) – Jesteś pewny? [wróć]

W zachod­nich pro­win­cjach DRK, m.in. w Kwango, w czerwcu 2022 r. roz­po­częła się rebe­lia grupy Mobondo, która dopro­wa­dziła do starć z siłami rzą­do­wymi, maso­wych prze­sie­dleń lud­no­ści i poważ­nego kry­zysu bez­pie­czeń­stwa. Zob.: Peer Scho­uten, Le poids du silence: com­ment la révolte des Mobondo boule­verse l’ouest de la RDC, https://pure.diis.dk/ws/por­tal­fi­les/por­tal/28390577/2025_Mobondo_\ Rapport_FR.pdf. [wróć]

Sol­dats (fr.) – Żoł­nie­rze [wróć]

ban­des armées (fr.) – uzbro­jone bojówki [wróć]

Polo­nais (fr.) – Polak [wróć]

Lin­gala – język z grupy bantu uży­wany głów­nie w Demo­kra­tycz­nej Repu­blice Konga i w Repu­blice Konga; w DRK jest jed­nym z języ­ków naro­do­wych i pełni funk­cję lin­gua franca w admi­ni­stra­cji, woj­sku i komu­ni­ka­cji mię­dzy­et­nicz­nej. [wróć]

L’eau (fr.) – Woda [wróć]

C’est un Polo­nais (fr.) – To Polak [wróć]