Komando fałszerzy - Oskar Skála - ebook

Komando fałszerzy ebook

Oskar Skála

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Oświęcimiu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 156

Rok wydania: 1969

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



OSKAR SKÁLA

KOMANDO FAŁSZERZY

WYDAWNICTWO MINISTERSTWA OBRONY NARODOWEJ

1969 

Tytuł oryginału:

KOMANDO PENEZOKAZŮ

Tłumaczył z czeskiego:

WŁODZIMIERZ KANIEWSKI

Obwolutę i stronę tytułową projektował:

JERZY KĘPKIEWICZ

Redaktor: WANDA ZBYSZEWSKA

Redaktor techniczny: JOLANTA MICHAŁOWSKA

Korektor: WIESŁAW SOLECKI

Printed in Poland

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1969 r. Wydanie I

Nakład 10 000+307 egz. Objętość: 6,18 ark. wyd.;

5 ark. druk. Papier druk. mat. IV k., 65 g, 76X90 cm

z Fabryki Celulozy i Papieru im. Jarosława Dąbrowskiego

w Kluczach. Druk ukończono w lutym 1969 r.

Wojskowe Zakłady Graficzne w Warszawie.

Zam. nr 5409 z dnia 23 X 68 r. P-86 Cena zł 10.—

I

Wreszcie rozległa się syrena. Dzień był stosunkowo znośny, żadnego ganiania i piękna pogoda, taka jak powinna być na początku lata. Właściwie od wiosny, odkąd moim vorarbeiterem został Czech Honza Hesz, ogrodnik z Hradca Kralove, nie jest mi źle. Kiedy chcę, mogę zręcznie wymigać się od ciężkiej pracy, i tak zresztą sił mi już nie starcza na tych szesnaście godzin, w ciągu których muszę być na nogach.

Od tygodni czekam niecierpliwie każdego popołudnia na wyzwalający głos obozowej syreny. Wydaje mi się, że ostatnie godziny pracy ciągną się w nieskończoność. Dla więźniów czas to w ogóle pojęcie bardzo względne. Miesiące i lata mijają w lagrze nadzwyczaj szybko; ani się obejrzysz, a już koniec miesiąca i rozpoczynasz czwarty rok życia w niewoli. Za to czasem godzina, a nawet minuta wlecze się bez końca. Kiedy siedzisz sam, czas wyznaczają: śniadanie, obiad i kolacja. Tylko wtedy możesz się nacieszyć widokiem ludzkich twarzy. Poza tym każda chwila przeżyta na jawie jest nie kończącym się splotem dręczących myśli i wspomnień.

Jestem tu już trzydziesty piąty miesiąc, ubyło mi prawie trzydzieści kilo, tak że zostało chyba wszystkiego czterdzieści sześć kilogramów – na kości, skórę i „umeblowanie wnętrza“, bo mięśni już prawie nie mam. Do lutego jeszcze się jakoś trzymałem, ale od chwili, gdy obóz w Buchenwaldzie przejął nowy komendant Pister, jest z nami coraz gorzej. Pister wprawdzie nikogo nie bije, ale mimo to „za jego panowania“ śmiertelność więźniów w Buchenwaldzie osiągnęła rekord. Obywa się bez krwi i rozbitych głów, bez umęczonych ciał, umierających w lagrowym szpitalu. Po prostu przedłużył o cztery godziny czas pracy, zarządził pobudkę o dwie godziny wcześniej, a w chwilę potem więźniów, którzy nie zdążyli się ubrać, czekała „zdrowotna“ gimnastyka przed blokiem, pośród mroźnej nocy. Lodowate wiatry, przelatujące nad obozem na wzgórzu Ettersberg, zrobiły swoje i już po kilku dniach więźniowie zaczęli umierać dziesiątkami.

Razem z Ryśkiem, z którym pracuję w komandzie ogrodników, wracam pomału w stronę bloku i siadam na kamiennym krawężniku, żeby chwilkę odpocząć przed apelem. Rysiek przybył tu dopiero piętnaście miesięcy temu i jest ode mnie o dwanaście lat młodszy, starcza mu więc sił, by obejść jeszcze kolegów z aussenkommand (grup pracujących poza terenem obozu) i wypytać ich o nowiny. Dobrze wie przy tym, co usłyszy: niemieccy heftlingowie zbędą go suchym nichts neues1, czescy współwięźniowie, którzy znają już jego ciekawość, tylko przecząco machną ręką.

Mieszkańcy bloku powoli formują się w dziesiątki i wymaszerowują na apel. Już od kilku miesięcy przeklinam fakt, że nasz blok stoi na samej górze, przy bramie. Od bloku do bramy idzie się ciągle pod górę i przy marszu na wieczorny apel to podejście sprawia mi kłopot, nie mam już siły.

Doczłapaliśmy się na miejsce przeznaczone dla naszego bloku. Rzędy samorzutnie wyrównują i kryją. Przeważają tu przecież starzy obozowi wyjadacze. Najstarszy z nich, więzień polityczny od roku 1933, Emil Carlebach jest blokowym. Nagle słychać:

– Alle hören!2— zdania tego używa blokowy zawsze, kiedy chce zmusić wszystkich do uwagi, aby zakomunikować im coś ważnego. – Który z was zna się na pracach kreślarskich? Niech się zgłosi!

Na zastanawianie się zostało tylko kilka chwil. Myśli przelatywały mi szybko przez głowę. Stwierdziłem, że praca kreślarza nie wymaga wysiłku fizycznego, a co najważniejsze, może odbywać się tylko pod dachem. W ten sposób pozbyłbym się najgorszego wroga więźniów – niepogody. Byłem bardzo dobrym rysownikiem, zgłosiłem się więc bez wahania, zupełnie zdecydowany, chociaż z prawdziwymi pracami kreślarskimi nie miałem nigdy do czynienia. Mój przyjaciel Rysiek, który także był inżynierem, na znak solidarności również podniósł rękę.

Od doświadczonych, długoletnich więźniów przejąłem powiedzenie: Es kommt immer anders, als man denkt3, o którego słuszności niemal codziennie się przekonywałem. Dlatego też wcale nie przejmowałem się tym, że nie mam żadnego doświadczenia w kreśleniach graficznych. Przeczuwałem, że w końcu będziemy robić coś innego, ale nawet nie śniłem, że będzie to praca tak bardzo różniąca się od kreśleń.

Niecierpliwie czekaliśmy z Ryśkiem na powołanie do nowego komanda. Minął lipiec, przeszła połowa sierpnia i ciągle nic. Nasza niecierpliwość rosła proporcjonalnie do tego, jak rosło nowe niebezpieczeństwo, związane z pojawieniem się w komandzie ogrodniczym nowego telefonisty. Był to żołnierz z formacji SS, który w grabieżczej walce o „tysiącletnią“ Rzeszę dosłużył się kalectwa i jako inwalida obsługiwał telefon w kancelarii komendanta ogrodnictwa. Nie władał co prawda jedną ręką, nie miał siły nikogo zabić, ale front nie wyleczył go z sadyzmu, który zaspokajał znęcaniem się nad więźniami.

Byłem zmuszony asystować przy jednym takim wypadku. Pewien stary Polak – tak osłabiony, że nogi odmawiały mu posłuszeństwa – upadł kiedyś na drodze do komanda ogrodnictwa. Był dotkliwy mróz. Telefonista usiłował kopniakiem zmusić wyczerpanego więźnia do wstania. A gdy mu się to nie udało, zawołał więźniów pracujących na polu w pobliżu i polecił im odnieść biedaka na betonową drogę przed kancelarię ogrodnictwa. Musieliśmy przynosić w konwiach wodę, którą polewał bezwładnego heftlinga. Mokre ubranie więźnia sztywniało na mrozie, aż zamieniło się w pancerz – zimną, lodową trumnę dla biednego Polaka.

W podobnie bestialski sposób rozprawił się telefonista także z kilkoma więźniami z naszego komanda. I dlatego obaj z Ryśkiem nie mogliśmy doczekać się dnia, kiedy transport wyzwoli nas spod jego władzy.

Pewnego razu zawołano mnie pod bramę, samego, bez Ryśka. Jednak nie w sprawie komanda kreślarzy, ale na przesłuchanie do obozowego przedstawiciela prawa, Leclaira. Przyznaję, że przeraziłem się, jak każdy z tych, których wzywał Leclair, ponieważ wielu z nich już nigdy nie wróciło do bloku. Niepewność i strach opuściły mnie, kiedy zobaczyłem w kancelarii młodego niemieckiego więźnia, któremu na wiosnę tego roku sprzedałem swoją złotą obrączkę. Zachowałem ją, ponieważ gdy przywieziono mnie do obozu koncentracyjnego w Dachau, który był moim pierwszym lagrem, naczelnik schreibstuby uznał, że obrączki nie da się zdjąć z palca. Teraz zrozumiałem, że sprawa sprzedaży wyszła na jaw. Przyznałem się więc.

Ów młody niemiecki więzień wiele razy proponował mi za obrączkę różne produkty spożywcze – głównie chleb. W końcu – było to na wiosnę – dogadaliśmy się. Przyniósł specjalne kleszcze do przecięcia obrączki i pierwszą ratę zapłaty: margarynę, sztuczny miód i glon chleba. Stopniowo dostarczył mi dwadzieścia trzy glony chleba i pudełko miodu („glon“ chleba była to dzienna porcja więźnia, która w tym czasie równała się ćwierci bochenka komiśniaku; miała ważyć 350 g).

Nie przeczuwałem, że złoto skupuje handlarz – więzień pracujący w obozowym ambulatorium dentystycznym – i sprzedaje następnie jednemu ze strażników esesmanów. Ten odnosił je złotnikowi do Weimaru. Kiedy sprawa się wydała, zaczęli rozplątywać ten kłębek aż do końca. W ten sposób doszli wreszcie do mnie. Herr Leclair wypomniał mi, że dla kilku porcji chleba wpędziłem w nieszczęście ojca rodziny – miał na myśli tego esesmańskiego lichwiarza! Nie zaprzeczałem; wiedziałem, że winowajca jest zawsze ten sam – więzień.

Skazano mnie na karę cielesną i przeniesienie do strafskompanie (kompania karna). Mniejsza o bicie, tych dwadzieścia pięć razów poboli i przestanie, ale ganiania w kompanii karnej, której przypadały najcięższe prace w kamieniołomach, przy moim wyczerpaniu fizycznym nie wytrzymałbym dłużej niż 3—4 tygodnie.

Po wieczornym apelu 24 sierpnia 1942 roku przekazany zostałem blokowemu strafskompanie, a 25 sierpnia przeżyłem pierwszy, traf chciał, że niezwykle spokojny, dzień w kamieniołomie. Zaraz następnego dnia przy porannym apelu zawołano mnie pod bramę, tym razem do odjazdu z transportem. W ten sposób podniesienie ręki okazało się szczęśliwą decyzją, od której być może zależało moje i Ryśka istnienie.

Zeszło się nas przy bramie do tego transportu czternastu, w tym czterech Czechów. Wyfasowaliśmy prowiant na jeden dzień, a potem odwieźli nas esesmańską otwartą ciężarówką na dworzec w Weimarze, gdzie wpakowali nas do wagonu bydlęcego.

Na dworcu zostaliśmy do nocy. Mieliśmy aż zbyt dużo czasu na snucie domysłów co do celu naszej podróży i charakteru przyszłego zajęcia. Niespokojny i ciekawy Rysiek starał się rozwikłać zagadkę naszej pracy na podstawie pierwotnych zawodów więźniów.

– Jak to się stało, że odważyłeś się zgłosić do prac kreślarskich, kiedy nigdy nic podobnego nie robiłeś? – zapytał Kurta, naszego blokowego fryzjera.

– Przecież ja się wcale do niczego nie zgłaszałem. Ten transport spadł na mnie jak grom z jasnego nieba – stwierdził Kurt. – Moją zasadą jest zostawiać wszystko losowi i jak dotąd dobrze na tym wychodzę. Nigdy się nigdzie nie zgłaszałem i jestem tu już dziewiąty rok, podczas gdy setki towarzyszy, których zamknęli razem ze mną, dawno przestały oddychać. A w ogóle to zapamiętaj sobie, że fryzjer nadaje się do każdej pracy...

– Ja też się nigdzie nie zgłaszałem – dodał Hans Kurzweil, introligator z Wiednia. – Schreibstuba włączyła mnie bez pytania do tego transportu.

My, czterej Czesi, wszyscy należeliśmy do fachu budowniczych. Artur miał kiedyś w Hodoninie firmę budowlaną, Herbert z Brna był kreślarzem w biurze projektowym, ja z Ryśkiem byliśmy inżynierami budowlanymi. Badając dalej Ryszard ustalił, że obywatele Rzeszy Max Bober i Leo Krebs byli drukarzami, że w wagonie znajduje się ponadto jeden redaktor i jeden technik dentystyczny. W tej sytuacji Rysiek dał za wygraną i zrezygnował z odgadywania naszego przyszłego zajęcia. Rozważaliśmy tego wieczora rozmaite możliwości. Ale nikomu przez myśl nawet nie przeszło, jak wyglądać będzie rzeczywistość.

1 Nic nowego.

2 Słuchajcie wszyscy!

3 I tak zawsze wychodzi inaczej, niż myślimy.

II

Spaliśmy w wagonie na gołej podłodze. W nocy nasz wagon doczepiono do jakiegoś pociągu. Rano na małej stacyjce dwaj starzy esesmani otworzyli zasuwane drzwi i pozwolili nam na chwilę wyjść po wodę, a później wsiedli do wagonu i jechali z nami aż do Berlina. Ponad godzinę objeżdżaliśmy peryferie wielkiego miasta, od zachodu do najdalej na północ wysuniętych krańców, aż dotarliśmy na stację Oranienburg. Tam wysiedliśmy, uformowaliśmy kolumny i pomaszerowaliśmy przez miasto. Wielka biała tablica z czarnym napisem Zum Konzentrationslager Sachsenhausen uświadomiła nam miejsce przyszłego pobytu.

Przy bramie esesmani przekazali nas innym, a po załatwieniu formalności w kancelarii i składzie odzieży skierowano nas do normalnego bloku. Nie zostaliśmy jednak przydzieleni do oddziałów roboczych, przez co traciliśmy południową rację żywnościową, przysługującą tylko więźniom z arbeitskommand. I choć były to tylko złożone ze sobą dwa cienkie kawałki chleba, między którymi trudno było zauważyć około 15 g krwawej kiszki albo „zdrowotnego“ salami z jarzyn, to nawet ta odrobina dawała trochę sił i kalorii.

Gnani pragnieniem otrzymania południowej racji zdołaliśmy uprosić jednego kapo, aby przyjął nas do komanda, które pracowało wewnątrz obozu, przy wykopach pod przewody kanalizacyjne. Mogliśmy się zgłosić do tej pracy mimo braku sił, ponieważ obóz koncentracyjny Sachsenhausen był położony na piaskach, tak że do wykopów wystarczyła sama łopata.

Nasza radość z południowego dodatku trwała wszakże tylko trzy dni. Czwartego dnia z samego rana kapo od wykopów wyrzucił nas rozgoryczony, gdyż arbeitseinsatzführer (esesman przydzielający więźniów do oddziałów roboczych) nawymyślał mu, że zatrudnia tych „zugangów“ ze znakiem ZBV.

– Psiakrew, chłopaki, co to znowu może znaczyć? – wypytywał zmartwiony Rysiek.

Ponieważ w tym czasie odnalazłem już kilku ziomków z Taboru – wyprawiłem się do nich na przeszpiegi. Wróciłem z wiadomością, że litery-ZBV w papierach więźniów oznaczają zur besonderen Verwendung (do zadań specjalnych), a to na pewno nie wróży nic dobrego.

Pozostało więc nam „nietenkommando“. Ten twór był osobliwością nie spotykaną w żadnym innym obozie koncentracyjnym. W pomieszczeniach jednego z baraków, wokół podłużnych stołów siadali po porannym apelu więźniowie, którzy nie mieli przydziału do pracy. Byli to inwalidzi, nie doleczeni chorzy oraz my, ze znaczkiem ZBV. Każdego ranka wysypywano na stoły przed nami 20—30 kg najróżniejszych nitów do posegregowania, a przed wieczornym apelem te kupki, na które więźniowie przez cały czas odkładali nity według gatunku, długości i ciężaru, zgarniano bezładnie na powrót do skrzyni. Na drugi dzień ta nonsensowna praca zaczynała się od nowa.

Pewnego wrześniowego dnia pojawiło się w nietenkommandzie ośmiu nowych więźniów, których przywieziono z obozu koncentracyjnego Ravensbriick. Wszyscy mieli wpisane w papierach ZBV i z tego powodu znaleźli się w bloku segregujących nity. Byli wśród nich dwaj Czesi – dentyści.

– Dlaczego wybrali ciebie, Jarku? – spytałem doktora Kaufmana z Horzyc, którego znałem wcześniej, gdyż siedziałem z nim ponad dwa lata w jednym bloku w Buchenwaldzie.

– Ponoć dlatego, że jako dentysta mam pewną rękę.

– Teraz już nic nie rozumiem – stwierdził Rysiek. – Ciebie, bo masz pewną rękę, fryzjera Kurta Lewińskiego, bo ma lekką rękę, Kurzweila dlatego, że umie oprawiać książki, a nas z Oskarem jako kreślarzy. Z tego wszystkiego może być najwyżej jedna wielka latryna.

– Kości zostały rzucone, nie ma co już zbytecznie filozofować. Tak samo trząsłeś portkami ze strachu, kiedy ci zaszczepili tyfus w bloku doświadczalnym w Buchenwaldzie, a przecież jesteś dzisiaj z nami – przypomniał Ryśkowi Jarek. – Znasz to: es kommt immer anders, als man denkt.

– Co prawda, to prawda, ale osiemnastu chłopów tam wykitowało – powiedział ponuro Ryszard.

III

Coraz bardziej traciliśmy nadzieję, coraz słabsi tkwiliśmy w lagrze Sachsenhausen. W październiku opróżniono blok dziewiętnasty i zaczęły się niezwykłe przygotowania.

Blok, leżący pośrodku obozu, został otoczony wysokim drewnianym parkanem z desek z wyżłobieniami i odpowiadającymi im występami, żeby kiedy drzewo się zeschnie, nie powstały między nimi szpary. Cały blok nie tylko otoczono ścianą z drutu kolczastego, lecz ponadto przykryto gęstą siatką z tegoż drutu, rozciągniętą nad podwórzem. Czegoś podobnego nikt tu jeszcze nie widział i obóz pełen był złych przeczuć.

Byliśmy bardzo niemile zdziwieni, kiedy odprowadzono nas do tego właśnie, tak niezwykle zabezpieczonego bloku. Dołączyli do nas jeszcze specjaliści wybrani spośród więźniów z obozu Sachsenhausen, tak’ że było nas razem dwudziestu sześciu.

Przywiedziono nas przed oblicze cywila o złym spojrzeniu i odpychającym wyglądzie. Jak się później okazało, był to drukarz nazwiskiem Petrik. Zakomunikował nam, że od dzisiaj on będzie naszym kierownikiem, że będzie wymagał pracowitości i absolutnego posłuszeństwa. Za to obiecuje, że będzie z nami postępował po ludzku. Na blokowego wybrał spośród nas Leo Krebsa, który do tej funkcji, według zasad esesmanów, nadawał się najlepiej. Leo miał już doświadczenie z Buchenwaldu, gdzie był sztubowym. Był energiczny, surowy i porywczy, a kiedy wpadł w złość, potrafił być również bezwzględny i brutalny.

Pod kierownictwem Krebsa jedna grupa więźniów urządziła w tylnej części bloku pomieszczenie dzienne i sypialnię dla więźniów. Ponieważ znałem już Krebsa z Buchenwaldu, starałem się nie trafić do jego grupy. Udało mi się dostać do grupy pracującej w przedniej części bloku, gdzie pod kierownictwem Petrika rozbieraliśmy podłogę i betonowali fundamenty pod maszyny. Później zabieliliśmy wszystkie szyby w oknach od strony lagru, chyba po to, żeby nie można nas było dojrzeć z sąsiedniego bloku. Wreszcie pojechaliśmy do Berlina po maszyny. Podczas jazdy odkrytą ciężarówką przeżywałem podwójną radość: po przeszło trzech latach znowu widziałem normalnych ludzi, wielkomiejski ruch i tramwaje (było to uczucie, które może zrozumieć tylko ten, kto przeżył kilkuletnie odosobnienie). Ale o wiele większą radość sprawiał mi widok zburzonego i opustoszałego Berlina i to, że na kilkukilometrowej Friedrichstrasse, którą przejechaliśmy całą od północy, sześć na siedem domów było spalonych od parteru aż po resztki rynien na dachach. Co za przyjemność widzieć ogromny dom towarowy Tietz doszczętnie zniszczony, z zawalonymi kopułami hal, które podziwiałem przed laty. Byliśmy w Berlinie trzy razy, aby przywieźć dwie maszyny płaskie do druku pośpiesznego, i za każdym razem wracaliśmy weselsi, ponieważ za każdym razem zauważaliśmy nowe ślady zniszczeń w nieprzyjacielskim mieście.

Cywilny kierownik Petrik nie bez kozery nosił złotą odznakę partii hitlerowskiej. Nie zamienił z nami ani jednego niepotrzebnego słowa i okazywał wyraźnie, że widzi w nas jedynie „podludzi“. Obserwował montaż maszyn i wydawało mi się, że nie wymagał przy tym pośpiechu. Przede wszystkim chciał, żeby wszystko pięknie błyszczało. Najbardziej mu zależało na metalowych częściach maszyn drukarskich. Również podłoga i okna musiały być idealnie czyste. Jak się okazało, oczekiwał inspekcji, która zjawiła się pewnego dnia w osobach czterech umundurowanych esesmanów. Była to jednak dopiero wstępna inspekcja.

Plan bloku 18 i 19 w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen rozmieszczenie stanowisk roboczych latem 1944 roku

Kiedy esesmani przyszli na kontrolę po raz trzeci, było ich o wiele więcej. Najwyższy rangą był hauptsturmbannführer Döring, którego pamiętałem z 1939 roku z Dachau. Wydali rozkaz zbiórki całego bloku. Zebraliśmy się w pomieszczeniu drukarni i blokowy Krebs zdawał raport, pierwszy raport w tym bloku.

– Achtung! Augen rechts! Block neunzehn mit sechsundzwanzig Häftlingen angetreten!4

Potem nastąpiła mowa hauptsturmbannführera Döringa. Jej treść nami dosłownie wstrząsnęła.

– Więźniowie, dostąpiliście zaszczytu, zostaliście wybrani przez Rzeszę, aby wykonać tajne zadanie wielkiej wagi. Wybraliśmy was, ponieważ jesteście specjalistami, i wierzymy, że uczynicie wszystko, aby praca dawała dobre wyniki. Jej sukces oznacza nie tylko zniszczenie gospodarki nieprzyjaciół Rzeszy, przyśpieszy również zwycięstwo naszych sił zbrojnych. Jeśli dobrze będziecie wypełniać powierzone zadania, będzie się wam wiodło dobrze i nie zapomnimy o was również po zwycięskim zakończeniu wojny.

Począwszy od dzisiejszego dnia będziecie zamknięci w bloku pod stałym dozorem naszych ludzi z Sicherheitsdienstu (chodzi o służbę bezpieczeństwa politycznego – przyp. aut.). Jakiekolwiek próby skontaktowania się z obozem, próby wyniesienia informacji lub rozmowa z więźniami spoza bloku będą bez śledztwa karane śmiercią. Od dnia dzisiejszego będziecie pracować przy druku angielskich banknotów. Jest to sprawa ściśle tajna, znana jedynie szczupłemu gronu naszych ludzi, i wy także musicie ściśle przestrzegać tajemnicy. Dlatego też nie rozmawiajcie o tym nawet między sobą. Jedzenie będzie wam dostarczane, tak że blok będziecie mogli opuszczać jedynie idąc do kąpieli, a i to tylko w towarzystwie waszych strażników. Zabraniam wam rozmawiać z kimkolwiek, nie wolno wam nic powiedzieć nawet obozowym scharführerom. Pamiętajcie, że za najmniejszą choćby zdradę jest tylko jedna kara, kara śmierci! Waszym komendantem jest od dzisiaj obecny tu Sturmbannführer Krüger.

Tak zakończył Döring swoją, wzniosłym tonem wygłoszoną tyradę pogróżek i obietnic. Krüger, który mówił po nim, wyraził przekonanie, że będzie mu się dobrze z nami współpracować, i wezwał więźniów, żeby wyjaśnili swoim czeskim i polskim kolegom to, czego ci dobrze z mowy pana hauptsturmbannführera nie zrozumieli. Później Krüger przedstawił nam dwu naszych strażników – jeden nazywał się Marock, drugim był drobniejszej budowy jasnowłosy Saksończyk Weber – i wydał rozkaz odmarszu.

W izbie oczywiście zaraz zawrzało. Skupiliśmy się przeważnie według narodowości, w niektórych grupach doszło do najdziwaczniejszych rozważań, gdzie indziej zastanawiano się nad tą wielką tajemnicą, obietnicami i groźbami. Przyszłość nie wyglądała różowo. Armie Wehrmachtu stały pod Stalingradem, mocarstwa zachodnie czekały, a więźniowie obozów koncentracyjnych wyglądali kolejnej głodowej zimy.

Znów powtarzaliśmy sobie pogróżki Döringa i mieliśmy uczucie, że nie powiedział wszystkiego, o czym myślał. Nagle niemiecki więzień, którego przezywano Pipl, krzyknął:

– Von hier kommt keiner mehr lebendig heraus!5

Wypowiedział właściwie to, o czym pomyśleli wszyscy, to, co mogło być jedynym logicznym końcem więźniów, którzy znali tajemnicę najwyższych hitlerowskich urzędów. Kiedy Pipl wypowiadał to zdanie, nie przeczuwał, że los czy przypadek pomiesza wszystko do tego stopnia, iż prawie wszyscy wyjdziemy żywi, a właśnie on i właśnie za te słowa zostanie za kilka miesięcy stracony. Zasada es kommt immer anders, als man denkt obowiązywać miała i w tym wypadku.

Tak powstało nowe komando więźniów, a nasz blokowy Leo Krebs dumnie kroczył po obozie z czarną opaską blokowego na rękawie. Białymi literami była na niej wypisana nie spotykana dotąd nazwa SONDERKOMMANDO RSHA (oddział specjalny Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy).

4 Baczność! Na prawo patrz! Obecnych dwudziestu sześciu więźniów bloku dziewiętnastego!

5 Nikt z nas nie wyjdzie stąd żywy!