Kolor z Przestworzy - H.P. Lovecraft - ebook + audiobook

Kolor z Przestworzy ebook i audiobook

H.P. Lovecraft

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Na zachodnich wzgórzach Arkham znajduje się miejsce, którego okoliczni mieszkańcy unikają od dziesięcioleci. Nazywają je „spaloną równiną" – pas wyjałowionej ziemi, gdzie nic nie rośnie, woda ma dziwny posmak, a powietrze wydaje się zbyt ciężkie. Kiedy geodeta przybywa tam w przededniu budowy nowego zbiornika wodnego, trafia na starego Ammiego Pierce'a, który jako jedyny pamięta, co naprawdę wydarzyło się na farmie Gardnerów.

 

Lovecraft napisał kiedyś, że to jego ulubione własne opowiadanie, i trudno się dziwić. „Kolor z Przestworzy" nie straszy potworami z mackami ani prastarymi bogami – straszy czymś znacznie gorszym: poczuciem, że istnieją zjawiska, których nasz język po prostu nie umie opisać. Kolor, którego nie ma na żadnej palecie. Skażenie, które nie figuruje w żadnym podręczniku. I rodzina, która zbyt długo mieszkała za blisko studni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 62

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 1 godz. 39 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Sebastian Kumor

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



H.P Lovecraft

Kolor z Przestworzy

Przetłumaczył Marcin Gołda

Na zachód od Arkham piętrzą się dzikie wzgórza, aw dolinach rozciągają się głębokie lasy, których nigdy nie tknął topór. Są tam mroczne, wąskie jary, gdzie drzewa pochylają się fantastycznie, awątłe strumyki sączą się, nie pochwyciwszy nigdy choćby błysku słońca. Na łagodniejszych zboczach leżą gospodarstwa, prastare ikamieniste, zprzysadzistymi, omszałymi chatami, które wiecznie rozmyślają nad odwiecznymi tajemnicami Nowej Anglii wcieniu wielkich skalnych występów; lecz dziś wszystkie stoją puste, szerokie kominy się kruszą, agontowe ściany wybrzuszają się niebezpiecznie pod niskimi, łamanymi dachami.

Dawni mieszkańcy odeszli, aobcy nie chcą tam mieszkać. Próbowali Francuzi zKanady, próbowali Włosi, przybyli iodeszli Polacy. Nie chodzi onic, co można by zobaczyć, usłyszeć czy dotknąć – chodzi ocoś, co się tylko przeczuwa. Miejsce to nie służy wyobraźni inie zsyła spokojnych snów. To pewnie dlatego obcy się tam nie zatrzymują, bo stary Ammi Pierce nigdy nie opowiadał im otym, co pamięta zowych osobliwych dni. Ammi, któremu od lat nieco wgłowie się miesza, jest jedynym, który tam pozostał iktóry jeszcze mówi otych dziwnych dniach; ośmiela się to czynić, bo jego dom stoi blisko otwartych pól iuczęszczanych dróg wpobliżu Arkham.

Niegdyś wiodła przez wzgórza idoliny droga, biegnąca prosto tamtędy, gdzie dziś rozciąga się spalone pustkowie; lecz ludzie przestali zniej korzystać iwytyczono nową, łukiem skręcającą daleko na południe. Ślady starej drogi można jeszcze odnaleźć pośród chwastów powracającej dziczy iniektóre znich pozostaną zapewne nawet wtedy, gdy połowa kotlin zostanie zalana wodami nowego zbiornika. Wówczas mroczne lasy zostaną wycięte, aspalone pustkowie pogrąży się wdrzemce daleko pod błękitnymi wodami, których powierzchnia odbijać będzie niebo imarszczyć się wsłońcu. Atajemnice owych dziwnych dni połączą się ztajemnicami głębin; zukrytą wiedzą prastarego oceanu icałą zagadką pierwotnej ziemi.

Kiedy udałem się wte wzgórza idoliny, by przeprowadzić pomiary pod nowy zbiornik wodny, powiedziano mi, że miejsce to jest przeklęte. Mówiono mi tak wArkham, aponieważ jest to bardzo stare miasto, pełne legend oczarownicach, sądziłem, iż owo zło musi być czymś, co babki przez stulecia szeptały dzieciom do ucha. Nazwa „przeklęte pustkowie” wydała mi się osobliwa inazbyt teatralna, zachodziłem więc wgłowę, jak też przedostała się do folkloru purytańskiego ludu. Potem jednak ujrzałem na własne oczy ów mroczny gąszcz parowów izboczy ciągnący się ku zachodowi iprzestałem się dziwić czemukolwiek prócz pradawnej tajemnicy tego miejsca. Choć świeciło słońce, miejsce to spowijał cień. Drzewa rosły zbyt gęsto, aich pnie były zbyt potężne jak na zwyczajny nowoangielski las. Wmrocznych alejach pomiędzy nimi panowała zbyt głęboka cisza, aziemia była zbyt miękka od wilgotnego mchu isklepionych warstw nieskończonych lat rozkładu.

Na otwartych polanach, głównie wzdłuż dawnego traktu, sterczały niewielkie gospodarstwa; czasem zzabudowaniami jeszcze nietkniętymi, czasem zjednym lub dwoma budynkami, aniekiedy już tylko zsamotnym kominem albo szybko zarastającą piwnicą. Królowały tam chwasty iciernie, aw poszyciu szeleściło coś dzikiego iukradkowego. Nad wszystkim zawisła mgła niepokoju iosaczenia; jakiś nalot nierzeczywistości igroteski, jak gdyby naruszono wtym krajobrazie istotny element perspektywy czy światłocienia. Nie dziwiłem się, że obcy nie chcieli tu pozostawać, gdyż nie była to okolica, wktórej można byłoby spać. Zbyt przypominała pejzaż pędzla Salvatora Rosy; zbyt przypominała któryś zzakazanych drzeworytów zopowieści grozy.

Lecz nawet to wszystko nie było tak złe jak przeklęte pustkowie. Rozpoznałem je wtej samej chwili, gdy natknąłem się na nie wgłębi rozległej doliny; bo żadna inna nazwa nie pasowałaby do takiego miejsca, ani żadne inne miejsce do takiej nazwy. Wyglądało to tak, jakby poeta ukuł to określenie po ujrzeniu właśnie tej okolicy. Patrząc na nie, pomyślałem, że musi to być następstwo pożaru; lecz dlaczego nic nowego nie wyrosło nigdy na tych pięciu akrach szarej pustki, rozwartych ku niebu niczym wielka plama wyżarta kwasem pośród lasów ipól? Pustkowie leżało głównie na północ od starego traktu, lecz nieco zachodziło ina drugą jego stronę. Czułem dziwną niechęć przed zbliżeniem się, auczyniłem to wkońcu tylko dlatego, że moja sprawa wiodła mnie przez nie idalej. Na owej szerokiej połaci nie rosło nic; był tam jedynie drobny szary pył czy popiół, którego, zdawało się, żaden wiatr nigdy nie wzbijał. Drzewa wpobliżu były chore ikarłowate, awiele martwych pni stało lub leżało gnijących wokół skraju tego obszaru. Idąc pospiesznym krokiem, ujrzałem po prawej rozsypane cegły ikamienie starego komina oraz piwnicy, atakże ziejący czarny otwór opuszczonej studni, której stęchłe wyziewy płatały dziwne figle zbarwami słonecznego światła. Nawet długa, ciemna wspinaczka przez las za nim wydawała się wporównaniu czymś pożądanym iprzestałem się dziwić trwożnym szeptom mieszkańców Arkham. Nigdzie wpobliżu nie było ani innego domu, ani ruin; nawet wdawnych czasach miejsce to musiało być samotne ioddalone od ludzi. Ao zmierzchu, lękając się ponownego przechodzenia obok tego złowieszczego skrawka, wróciłem do miasta okrężną drogą, krętym gościńcem od południa. Mgliście pragnąłem, by zebrały się jakieś chmury, gdyż wgłąb mej duszy wkradła się osobliwa trwoga przed głębokimi przestworzami niebios wgórze.

Wieczorem wypytywałem starców wArkham ospalone pustkowie oraz oznaczenie owego wyrażenia „dziwne dni”, które tylu znich wymrukiwało wymijająco. Nie zdołałem jednak uzyskać żadnych konkretnych odpowiedzi prócz tej, że cała ta tajemnica była znacznie świeższej daty, niż mi się zdawało. Nie chodziło bynajmniej ojakąś starodawną legendę, lecz ocoś, co zdarzyło się za życia moich rozmówców. Rzecz miała miejsce wlatach osiemdziesiątych – zniknęła wówczas albo zginęła pewna rodzina. Świadkowie nie chcieli się wypowiadać precyzyjnie; aponieważ wszyscy radzili mi, bym nie zwracał uwagi na zwariowane opowieści starego Ammiego Pierce’a, nazajutrz rano sam go odszukałem, słyszałem bowiem, że mieszka samotnie wstarej, rozsypującej się chacie tam, gdzie las zaczyna gęstnieć. Było to miejsce przeraźliwie archaiczne ijuż dawno zaczęło zsiebie wydzielać ów lekki, miazmatyczny odór, który nie odstępuje domów stojących zbyt długo. Dopiero uporczywym pukaniem zdołałem zbudzić starca, akiedy nieśmiało powłóczył nogami do drzwi, od razu spostrzegłem, że mój widok nie sprawia mu radości. Nie był tak zniedołężniały, jak się spodziewałem; lecz powieki opadały mu wosobliwy sposób, aniedbały strój isiwa broda nadawały mu wygląd nad wyraz znękany iposępny. Nie wiedząc, wjaki sposób najskuteczniej skłonić go do opowieści, zmyśliłem powód natury zawodowej; opowiedziałem mu opomiarach geodezyjnych, jakie miałem przeprowadzić, izadałem kilka ogólnikowych pytań dotyczących okolicy. Był on znacznie bystrzejszy ilepiej wykształcony, niż mi to przedstawiano, inim się obejrzałem, ogarniał temat lepiej, niż którykolwiek zmoich rozmówców wArkham. Nie przypominał innych prostaków, jakich poznawałem wokolicach przeznaczonych pod przyszłe zbiorniki wodne. Nie usłyszałem od niego żadnych skarg na owe mile starych lasów ipól, które miały zostać zmiecione zpowierzchni ziemi – choć być może protestowałby, gdyby jego własna chata nie leżała poza granicami przyszłego jeziora. Okazywał jedynie ulgę; ulgę, że wreszcie nadciąga zguba ciemnych, prastarych dolin, po których włóczył się przez całe życie. Lepiej, by spoczęły pod wodą – lepiej pod wodą, odkąd przyszły owe dziwne dni. Po tych słowach jego ochrypły głos przyciszył się do szeptu, ciało pochyliło się ku przodowi, awskazujący palec prawej dłoni zaczął nakazująco iz drżeniem wskazywać przed siebie.

Wtedy to właśnie usłyszałem tę opowieść, aw miarę jak nieskładny głos szeptał iskrzypiał dalej, wzdrygałem się raz po raz, choć dzień był letni. Często musiałem przywoływać mówiącego zbłądzeń myśli, składać do kupy różne szczegóły, które wyciągał zwyblakłej pamięci lub zapełniać luki tam, gdzie zawodziło go poczucie logiki iciągłości. Gdy skończył, nie dziwiłem się, że umysł jego nieco się ugiął, ani że ludność Arkham niechętnie wspomina ospalonym pustkowiu. Czym prędzej, jeszcze przed zachodem słońca, wróciłem do hotelu, nie chcąc, by gwiazdy wzeszły nade mną pod gołym niebem; anazajutrz pojechałem do Bostonu, by zrzec się posady. Nie mogłem ponownie zapuścić się wów mroczny chaos starego lasu i w ani stanąć raz jeszcze wobec tego szarego, wypalonego pustkowia, gdzie czarna studnia ziała pustką obok porozrzucanych cegieł ikamieni. Niebawem stanie tam zbiornik wodny iwszystkie owe dawne tajemnice spoczną bezpiecznie na zawsze pod sążniami wód. Lecz nawet wówczas nie sądzę, bym chciał odwiedzać tamtą okolicę nocą – przynajmniej nie wtedy, gdy świecą złowieszcze gwiazdy; iżadnym przekupstwem nie skłoniono by mnie do wypicia nowej wody miejskiej zArkham.