Kocie mojo, czyli jak być opiekunem szczęśliwego kota - Jackson Galaxy, Mikel Delgado - ebook

24 osoby właśnie czytają

Opis

Wszechstronny poradnik gospodarza programu Kot z piekła rodem. Jackson Galaxy pokazuje, w jaki sposób zrozumieć kocie zachowanie i uczynić kota zdrowym i szczęśliwym.

Mojo to pewność siebie, którą kot przejawia, gdy czuje się swobodnie i może się zachowywać w zgodzie ze swoimi instynktami. Gdy pewności siebie brak, pojawiają się problemy: agresja, lękliwość, załatwianie się poza kuwetą. Pomoc w odkryciu i wykorzystaniu kociego mojo – oto misja Jacksona Galaxy.

Ta książka to fascynująca podróż po kocim świecie, a także skarbnica wiedzy na temat opieki nad mruczkami. Od zapewnienia kociętom właściwego startu w sensie społecznym do troski o seniorów, Kocie mojo prezentuje całe spektrum fizycznych i emocjonalnych potrzeb kotów – podejmuje tematy takie jak pielęgnacja, żywienie, zabawa czy bezstresowe wizyty u weterynarza.

Pozycja obowiązkowa dla każdego odpowiedzialnego opiekuna.

Jackson Galaxy – koci behawiorysta i gospodarz popularnego programu emitowanego przez Animal Planet Kot z piekła rodem. Jest współautorem bestselleru z listy „New York Timesa” zatytułowanego Kotyfikacja. Zaprojektuj szczęśliwy i stylowy dom dla swojego kota (i siebie!), ma w swoim dorobku także książki Kocia magia oraz Coming Clean.

Mikel Maria Delgado – współwłaścicielka Feline Minds, firmy z Zatoki San Francisco zajmującej się konsultacjami z zakresu kociego behawioryzmu. Doktoryzuje się z psychologii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, studiuje zachowanie zwierząt i relacje na linii człowiek – zwierzę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 414

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Książkę tę dedykuję Barry’emu:

nauczycielowi, człowiekowi pełnemu empatii, uzdrowicielowi, geniuszowi komiksu, wyjątkowi od zasad,

kociarzowi, przyjacielowi wszystkich stworzeń.

Potwornie Cię tutaj brakuje.

Oby podróże w czasie przywiodły Cię z powrotem do nas.

Podziękowania

Doskonale pamiętam, jak zwróciłem się do Mikel Delgado, osoby bardzo zajętej (pracującej jako niezależny konsultant i piszącej doktorat), o pomoc przy mojej nowej książce. Wyjaśniłem, że chodzi jedynie o opracowanie i redakcję – zebranie wszystkiego, co na przestrzeni lat powiedziałem, sfilmowałem, nagrałem, napisałem o kotach i ich świecie. Przecież to nic trudnego, prawda? Obecnie swój wolny czas poświęcam nowemu hobby, a mianowicie szukaniu oryginalnych sposobów na błaganie jej o wybaczenie. Kocie mojo stało się książką wymagającą mnóstwa pracy, miłości i czasu – niemal 18 miesięcy. Jednocześnie nagrywałem dwa różne programy telewizyjne, przeprowadzałem Jackson Galaxy Foundation przez trudny pierwszy rok i mierzyłem się z osobistymi tragediami.

Tego wszystkiego nie dałbym rady zrobić w pojedynkę. Chciałbym podziękować niżej wymienionym osobom, z których część pracowała bezpośrednio nad książką, część aktywnie ją wspierała, a część po prostu zapewniała mi miejsce, gdzie mogłem przez chwilę poświrować. Przypominają mi one, że miłość do zwierząt jest czymś zdecydowanie wartym wysiłku. A ich wkład w powstanie tej książki stał się klejem w grzbiecie i atramentem na papierze. „Dziękuję” to stanowczo za mało – choć zawsze to jakiś początek.

Przede wszystkim dziękuję Teamowi Mojo – Mikel Delgado, Bobby’emu Rock i Jessice Marttila: jedną z wielu rzeczy, których się nauczyłem podczas tej epickiej podróży, jest to, że wizja zabierze cię tylko do podnóża góry; aby się dostać na szczyt, potrzebne są wiara, silna wola i pokora wobec rzeczonej góry. Razem rozbijaliśmy obóz coraz wyżej. Zarywaliśmy noce niczym studenci pierwszego roku (nasze ciała i umysły w sposób brutalny przypominały nam, że zdecydowanie nie jesteśmy już studentami), ślęcząc nad każdym słowem, każdym obrazkiem, kreśląc łuk i nie pozwalając mu się zawalić pod ciężarem czasu, wątpliwości innych ludzi i moich wygórowanych ambicji (a czasem logiki).

Wasze niesłabnące zaangażowanie nie pozwoliło mi ugiąć się przed mieszkającym pod moim łóżkiem potworem, namawiającym mnie, bym odpuścił. Spokojnie mogę powiedzieć, że to dzięki wam ta książka w ogóle ujrzała światło dzienne. Macie ogromny talent i wielkie oddanie wobec tej wizji, a wasza miłość do zwierząt przetrwa próbę czasu.

Joy Tutela – dziękuję ci za to, że od początku widziałaś we mnie nie szalonego kociarza/muzyka/osobowość telewizyjną, ale pisarza, w którego uwierzyłaś. Cztery książki później cieszę się, że ty (i David Black) nadal we mnie wierzycie. Za każdą chwilę, kiedy musiałaś gasić pożar, podnosić mnie na duchu i zapewniać, że ta książka okaże się pomocna dla kotów i ich ludzi, solennie obiecuję: następnym razem, kiedy powiem: „Mam dla ciebie książkę”, dam sobie przyłożyć kijem baseballowym w rzepki. A potem zrobimy to raz jeszcze… prawda?

Jestem wdzięczny zespołowi w TarcherPerigee i Penguin Random House – Joannie Ng, Briannie Yamashita, Sabrinie Bowers i Katy Riegel: dzięki rzetelnie opracowanemu tekstowi tej książki i niesamowitej szacie graficznej świat dowie się o kocim mojo – to dla mnie zawsze zaszczyt, że mogę składać swoje słowa w wasze ręce. Saro Carder – wiem, że to był dla nas obojga prawdziwy test. Dziękuję, że jak zawsze mnie wspierałaś.

Nasz wspaniały zespół artystów rozproszony jest po całym świecie. To Osnat Feitelson, Emi Lenox, Franzi Paetzold, Sayako Itoh, Omaka Schultz, Brandon Page, Kyle Puttkammer i Scott Bradley. Dziękuję wam za to, że z zapałem rzuciliście się w wir pracy i pomogliście stworzyć spójny portret naszego kota mojo i jego mojofikowanego świata.

Lori Fusaro, twoje zdjęcia zawsze potrafią doskonale uchwycić nas i nasze relacje ze zwierzętami. Nieważne, ile razy na nie patrzę, zdjęcie, które zrobiłaś mnie i Velourii, pozostanie testamentem prawdziwej miłości jeszcze długo po naszym odejściu z tego świata. Nie znam słów, którymi mógłbym wyrazić swoją wdzięczność.

Minoo – dziękuję ci za to, że jesteś strażniczką mojego serca i rozsądku, partnerką we wspólnej misji. Dziękuję, że jesteś przy mnie, nawet gdy dzielą nas kilometry. A ten kij, który daję Joy? Następnym razem, kiedy powiem, że chcę napisać książkę, ty także weź porządny zamach.

Mojemu bratu Marcowi dziękuję za to, że w chwili niewyobrażalnej straty zjawił się na pokładzie i pokierował statkiem Mojo – dzięki czemu udało mu się przetrwać straszliwy sztorm. Jestem ci za to dozgonnie wdzięczny. Twoja wiara uchroniła mnie przed katastrofą.

Dziękuję swojej zwierzęcej rodzinie – Mooshce, Audrey, Pashy, Velourii, Caroline, Pishi, Lily, Gabby, Sammy’emu, Eddiemu, Erniemu, Oliverowi, Sophie (kolejność przypadkowa, dzieciaki!) – za bezustanne przypominanie o tym, dlaczego to robimy, i za codzienną porcję czystej miłości.

Ojcu i całej mojej dużej ludzkiej rodzinie dziękuję za miłość, którą mnie darzą podczas mojej ciągłej nieobecności. Dzięki światłu, które mi wysyłacie, zawsze docieram bezpiecznie do celu.

Wyrazy wdzięczności dla Stephanie Rasband za to, że dzięki niej zachowuję odpowiedni rozmiar i odpowiednie podejście do siebie i świata.

RDJ i The Fam – dziękuję, że przypominacie mi, iż to nie ja dzierżę kierownicę, i że kochacie mnie, pasażera bezradnego i oszalałego.

Dziękuję mojej rodzinie z Discovery/Animal Planet za niegasnące wsparcie i głoszenie mojo.

Sandy Monterose, Christie Rogero i nasz coraz większy zespół pracowników i wolontariuszy w Jackson Galaxy Foundation – dziękuję za wasze oddanie misji odkrycia mojo u każdego kota, który tego potrzebuje, i u każdego człowieka, który pomaga temu kotu.

Ivo Fischer, Carolyn Conrad, Josephine Tan i zespoły w WME Entertainment, Schreck, Rose, Dapello & Adams oraz Tan Management – dziękuję za to, że jak zawsze odpieraliście barbarzyńców u bram.

Sieno Lee-Tajiri i Toast Tajiri, dziękuję wam za to, kim jesteście i co zapewniacie naszej firmie, naszej wizji i mnie.

Szczególne podziękowania dla wspaniałego i coraz liczniejszego zespołu Jackson Galaxy Enterprises za entuzjazm i oddanie wizji mojo; dla Susie Kaufman za jej niewiarygodną błyskotliwość i Julie Hecht za przemyślane uwagi dotyczące świata psów.

Pierwsze, co zazwyczaj robię w takiej chwili, to dzwonię do mamy i odczytuję jej powyższą listę. Nieważne, czy to przyzwyczajenie, czy przesąd, ale dla mnie książka nie jest skończona, nim nie uzyskam jej aprobaty. Przy okazji mama zawsze zadaje mi pytanie, czy zdaję sobie sprawę, jak wielkie mam szczęście, następnie oświadcza, że zasługuję na tych wszystkich wspaniałych ludzi, którzy mnie otaczają.

Tak, uczę się – że jeśli się dobrze wsłucham, to zawsze cię usłyszę, że we wszechświecie nie ma pustki i że powinienem być za to wdzięczny. Uczę się radzić sobie z fizyczną utratą ciebie. Każdego dnia uczę się powstrzymywać swoje serce przed rozpadnięciem się na kawałki. Ale dzisiaj tego jeszcze nie umiem i moja książka już zawsze pozostanie niedokończona. I w końcu nauczę się także tego, że tak musi być.

Tęsknię za tobą, kocham cię i dziękuję za to, kim jestem.

WSTĘP¿QUE ES MOJO?

Cykl spotkań w Ameryce Łacińskiej, mam przed sobą liczną i entuzjastyczną widownię w Buenos Aires. Przez ostatni rok przyzwyczaiłem się do korzystania z usług tłumacza w miejscach takich Malezja i Indonezja, a przed Buenos Aires odwiedziłem Bogotę i Mexico City. Tłumaczenie symultaniczne, kiedy widownia ma na uszach słuchawki, to prawdziwe błogosławieństwo, bo ludzie są wtedy z tobą – śmiech, głośne wciąganie powietrza i oklaski mają miejsce (oby) zaledwie sekundę do trzech później niż w wypadku tłumu mówiącego po angielsku.

Wracam myślami do roku 2002, kiedy siedziałem za biurkiem w Boulder w stanie Kolorado. Biurkiem tym była wielka płyta wiórowa wsparta na dwóch kozłach. W tamtym czasie miałem ochotę przekuć wszystko, co wiedziałem, w swoisty manifest. Po kilku latach pracy jako niezależny konsultant behawiorystyczny zrozumiałem, że zbyt mocno się staram przekazać swoim klientom wiedzę na temat wszystkich kotów, żebyśmy następnie mogli przejść do tego, w jaki sposób tę wiedzę wykorzystać do lepszego poznania ich kotów. W tamtym czasie – tak jak teraz, ale chyba w jeszcze większym stopniu – koty uważane były za nieprzeniknione. Tak dalekie od behawioralnego i empirycznego królestwa ludzi, że nie sposób znaleźć punkt zakotwiczenia dla tej relacji. Byłem pełen determinacji, aby go znaleźć.

Wcale nie chodziło mi o kwestie wygody. Przez dziesięć lat pracowałem w schronisku dla zwierząt i mocno się w to wszystko zaangażowałem. Zdecydowanie zbyt wiele kotów – miliony rocznie – było (i nadal jest) w schroniskach zabijanych. Raz za razem napotykałem barierę komunikacyjną w kształcie znaku zapytania, która stawała się płotem powleczonym drutem kolczastym uniemożliwiającym podtrzymanie bardzo wrażliwych i wątłych relacji. To „tajemnica” kociego zachowania – nieprzenikniona natura przepuszczana przez ludzką maszynkę zwaną ego i wyłaniająca się jako rzekoma zniewaga – zmuszała sfrustrowanych ludzi do oddawania kotów do schronisk albo nawet wyrzucania na ulicę. Próbowałem usunąć z płotu ten drut kolczasty, aby człowiek i zwierzę mogli się przy nim spokojnie spotkać i rozpocząć proces pogłębiania, a nie niszczenia łączącej ich więzi.

Jednym z punktów zakotwiczenia – tak zwanych haczyków – którego zacząłem używać w kontaktach ze studentami i klientami, była koncepcja „kota pierwotnego”: przekonanie, że kot, który leży ci na kolanach, w sensie ewolucyjnym niewiele się różni od swoich przodków (więcej na ten temat w rozdziale 1). Kot pierwotny reprezentuje wrodzone popędy, które od zawsze mają wpływ na zachowanie kota: potrzebę polowania, świadomość, że zajmuje się miejsce pośrodku łańcucha pokarmowego, oraz potrzebę posiadania i chronienia terytorium.

Zacząłem wierzyć, że wiele, o ile nie większość problemów moich kocich klientów (z wyłączeniem niezdiagnozowanych problemów zdrowotnych) sprowadza się do stresu terytorialnego. Kot pierwotny, przez większość czasu spokojnie przyczajony na samym dnie świadomości twojego kota, w sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa terytorialnego wysuwa się na pierwszy plan. Nieważne, czy zagrożenie jest prawdziwe, czy nie. Jeśli kot je poczuje, niemal na pewno będzie musiał zareagować. To jednak za mało, aby poradzić sobie z symptomami, które sprawiają, że chodzimy poirytowani i rwiemy sobie włosy z głowy. Trzeba znaleźć przeciwieństwo tych lęków i sprawić, by ta cecha kota pierwotnego zdominowała lęki, a w końcu się z nimi rozprawiła.

Wróćmy do mojego prowizorycznego biurka: był późny wieczór, a ja walczyłem ze snem. Ryzyko, że padnę twarzą na klawiaturę, wynosiło w najlepszym razie fifty-fifty. Coś pisałem, docierało do mnie, że znajduję się w trybie zombie, po czym kasowałem niemal wszystko i zaczynałem raz jeszcze.

W pewnym momencie, kiedy przyłapałem się na odpływaniu, wstałem i zamiast próbować opisać tę pewność siebie, zacząłem się koncentrować na tym, jak ona wygląda. Przemierzając gabinet, uznałem, że znamionuje ją dumny krok. Ogon w górze na kształt znaku zapytania, uszy rozluźnione, źrenice nierozszerzone, wibrysy w pozycji neutralnej. Nie widać żadnego zagrożenia, nie uruchamia się tryb „walcz albo uciekaj”. Nie potrzeba żadnej broni ani radaru. Nie potrzeba wprowadzać kociego alertu DEFCON 1 i otwierać skrzynki z czerwonym przyciskiem, ponieważ ma się głębokie przekonanie, że na świecie dobrze się dzieje. Ten dumny krok nie był w żaden sposób udawany; to nie był produkt tego, w jaki sposób koty chcą, aby świat je postrzegał. Innymi słowy nie była to oznaka tupetu. To była pewność siebie, którą zapewnia jedynie świadomość, że ma się swoje miejsce na świecie. Kot nie musiał chodzić przez cały dzień z oczami wokół głowy ani się zastanawiać, czy to, co dzisiaj należy do niego, jutro nie zostanie mu odebrane. To instynkt mający swój początek w wibracji historii – komunikacji kwantowej – łączącej ze sobą koty na przestrzeni wieków. Haczyk, którego szukałem, to właśnie to uczucie, którego się doświadcza, kiedy jest się pewnym siebie właścicielem terytorium.

Sądziłem, że jeśli opiekunowie rozpoznają ten stan pewności siebie i zadbają o jego utrzymanie, to jakkolwiek wydaje się to uproszczone, uda im się odeprzeć większość „symptomów”, na które z takim rozgoryczeniem się skarżą, łącznie z przypadkami agresji i niepożądanego zachowania związanego z korzystaniem z kuwety. Gdy tak chodziłem po pokoju, próbując znaleźć sposób na zaprezentowanie tego dumnego kroku, z moich ust wydobyła się pierwsza głośna manifestacja fizyczności – entuzjastyczny refren piosenki jednego z moich muzycznych bohaterów, Muddy’ego Watersa: „I got my mojo working”.

Pojawił się haczyk i nie zamierzałem pozwolić mu uciec. Musiałem się dobudzić. Spryskałem twarz wodą. Poklepałem się po plecach – nauczył mnie tego kolega z liceum, żebym nie zasypiał podczas lekcji. Wyszedłem nawet w samym szlafroku na zimową noc w stanie Kolorado, częściowo po to, aby utrzymać swoje mojo, a częściowo po to, aby mieć świadomość tej chwili, którą wiedziałem, że będę chciał zachować w pamięci. I miałem rację; po latach wiem, że nie jest przesadą twierdzić, iż niemal we wszystko, co zbudowałem w imię pomocy kotom, zaangażowani byli ludzie rozumiejący, czym jest kocie mojo.

No dobrze, wróćmy do Buenos Aires, wróćmy do chwili rosnącej paniki i przerażenia. Stoję na scenie, zadaję widowni proste pytanie: „Ilu ludzi tutaj wie, co znaczy słowo »mojo«?” Ręce unoszą dwie, może trzy osoby – na pięćset. Zbudowałem swoją karierę na słowie, które prawie nikomu nic nie mówi.

Z powodu bariery językowej (a także dlatego, że ogarnięty paniką zapominam jakichkolwiek słów, nawet angielskich) nie mam wyboru i muszę im to zademonstrować. Jestem zmuszony cofnąć się do tamtej nocy w Boulder, jestem zmuszony do ponownego zaprezentowania tamtego haczyka; muszę znaleźć coś, co (a) przemówi do widowni i (b) tłumaczka zdoła przetłumaczyć. A jedyne, co mi przychodzi do głowy, to Gorączka sobotniej nocy.

Nie mam czasu się zastanawiać, jak fatalnie to wyjdzie, więc po prostu zaczynam odgrywać – trzymając się wiernie swoich nastoletnich wspomnień – pierwszą scenę filmu:

Słychać Stayin’ Alive zespołu Bee Gees. Kamera pokazuje brooklyński chodnik i fantastyczne buty w stylu lat siedemdziesiątych. Kieruje się w górę równie fantastycznych dzwonów, pokazuje jedwabną, rozpiętą na piersi koszulę, aż w końcu widzimy całego Johna Travoltę vel Tony’ego Manero. W jednej ręce trzyma puszkę z farbą, a w drugiej kawałek pizzy. I od butów aż do perfekcyjnej fryzury odkrywamy definicję dumnego kroku; Muddy Waters z pewnością z aprobatą kiwa głową, potwierdzając gdzieś we wspaniałych bluesowych zaświatach: Tony ma swoje mojo.

Na chwilę nieruchomieję i sprawdzam reakcję. Coraz szybsze tempo mówienia i ton głosu mojej tłumaczki, jak również pojawiające się na widowni znaczące uśmiechy, mówią mi, że widownia łapie, o co chodzi. Zaczynam więc naśladować chód Manero.

Tony zna się na rzeczy. W duchu mojo wie, że nie musi przekonywać samego siebie o swoim statusie. On. Po prostu. Zna się. Na rzeczy. Dziewczyny chcą być z nim, faceci chcą być nim. Najważniejsze jednak jest to, że Tony wie, iż Brooklyn należy do Tony’ego. I to się rozumie bez słowa, wyłącznie dzięki zmojofikowanej mowie ciała. Przez swój chód Tony nie musi niczego udowadniać. To po prostu manifestacja wewnętrznego poczucia, że to twoje miejsce i że masz do niego prawo. Sos spływa mu po brodzie, puszka z farbą podkreśla jego brak statusu, zaczepiane przez niego dziewczyny nie reagują – żadna z tych rzeczy nie ma znaczenia.

Demonstrowanie chodu Manero tam i z powrotem po dużej scenie zmęczyło mnie. Z dłońmi na kolanach podnoszę głowę. Podekscytowane szepty i potakiwania mówią mi, że udało mi się uniknąć porażki. Moje nogi pokonały barierę językową i to najlepsze, co mogło się wydarzyć. Tamtego wieczoru w Buenos Aires koncepcja kociego mojo dojrzała, nie tylko dlatego, że nauczyłem się ją wyjaśniać w sposób, w jaki nigdy sądziłem, że będę musiał to robić, ale dlatego, że teraz wiem, iż mogę pokazać każdemu, niezależnie od różnic kulturowych, czym jest mojo i że jego mojo ma takie samo źródło, co kocie mojo.

Od nocnego objawienia w Boulder do wieczoru w Buenos Aires 17 lat później, do każdego mojego występu na żywo, każdej konsultacji w domu klienta, każdego wygłoszonego przeze mnie wykładu i każdego odcinka Kota z piekła rodem – wszystko to prowadzi nas tutaj, do tej książki: Kocie mojo (Total Cat Mojo). Obecnie moim głównym zajęciem nie jest rozwiązywanie kocich problemów, ale uczenie, w jaki sposób znaleźć, pielęgnować i utrzymać mojo. Mówię teraz o tobie czy o twoim kocie? Cóż, w sumie to o was obojgu. Ponieważ jeśli z twoim mojo wszystko jest w porządku, o wiele prościej jest wydobyć je z twojego kota. A jeśli twój kot ma swoje mojo, każdy człowiek uśmiechnie się z zazdrością… Nawet Tony Manero.

Koci słownik Jacksona: kocie mojo

W przypadku kotów mojo to pewność siebie. Proaktywność, a nie reaktywność. Źródłem kociego mojo jest niekwestionowane posiadanie własnego terytorium i uczucie, że ma się na nim do wykonania ważną pracę. Ta praca to imperatyw biologiczny odziedziczony przez koty po dzikich przodkach, a ja określam go w sposób następujący: polowanie, złapanie, zabicie, zjedzenie, toaleta, sen. Zapewniamy to naszemu kotu, tworząc rytm odzwierciedlający ten, zgodnie z którym funkcjonował kot pierwotny, czyli przodek naszego pupila. Kiedy kot żyje w zgodzie ze swoim ciałem, potrafi żyć w zgodzie także z tym, co go otacza.

1Kim jest kot pierwotny?

W twoim kocie mieszka inny kot. Taki, dla którego nie są ważne „kocie wygody” – miękkie legowiska, pluszowe myszki, niekończące się wyglądanie przez okno albo wylegiwanie się na kanapie. Tego innego kota można dostrzec, kiedy twój ulubieniec budzi cię w środku nocy polowaniem na twoje stopy – właśnie w takiej sytuacji pojawia się „ten drugi”, którego nazywam kotem pierwotnym. Zasadniczo kot pierwotny to przodek-bliźniak twojego pupila. Ci bliźniacy, których dzielą całe wieki, są mimo wszystko w bardzo bliskim kontakcie, połączeni łańcuchem DNA. Można to przyrównać do połączenia telefonicznego. Dzięki niemu kot pierwotny nieustannie wysyła twojemu kotu sygnały o konieczności zabezpieczenia swojego terytorium, polowania, zabijania, jedzenia i zachowania czujności, gdyż koty to nie tylko myśliwi, ale także ofiary.

Wszystko, co dotyczy naszych kotów, od identyfikacji terytorialnej i wymogów żywieniowych po sposób, w jaki się bawią i zachowują, ma związek z ich pierwotnym bliźniakiem. Te wszystkie cechy reprezentują wspólny główny cel, przekazywany na przestrzeni dziesiątków tysięcy lat, w bardzo tylko niewielkim stopniu osłabiony. Biorąc pod uwagę to, jak wiele cech – zarówno fizycznych, jak i behawiorystycznych, twój kot odziedziczył po kocie pierwotnym, spokojnie można powiedzieć, że z ewolucyjnego punktu widzenia ci bliźniacy są niemal identyczni.

W tej książce niejednokrotnie będę prosił o wsłuchanie się w pierwotność twojego kota, bo właśnie tam kryje się mojo. Nauczysz się wychwytywać moment, w którym twój pupil łączy się z mieszkającym w nim kotem pierwotnym, i przekonasz się, jak ważne jest, aby wiedzieć, gdzie to się dzieje i w jaki sposób. Ale chcę także, abyś poznał pełne spektrum kocich działań i zachowań, a to stanie się możliwe dopiero wtedy, kiedy zrozumiesz, dlaczego puls kota pierwotnego bije tak blisko powierzchni.

Korzenie kota pierwotnego

Można się ich doszukiwać około 42 milionów lat temu, kiedy na ziemi z mniejszych ssaków wyodrębniły się drapieżne [Carnivora]. Przedstawicieli tego rzędu (w skład którego wchodzą koty, psy, niedźwiedzie, szopy pracze i wiele innych gatunków) definiuje układ i rodzaj zębów – służących do rozrywania mięsa – a nie dieta. (Niektórzy przedstawiciele rzędu drapieżne to osobniki wszystkożerne, a nawet wegetarianie).

Rząd drapieżne (w sensie ewolucyjnym) podzielił się na dwa podrzędy: psokształtne [Caniformia] i kotokształtne [Feliformia]. A co konkretnie sprawiło, że zdefiniowano podrząd kotokształtnych? Cóż, jak można nazwać myśliwych, który okazywali się większymi drapieżcami niż inni członkowie rzędu drapieżne? Ja bym ich nazwał kotami pierwotnymi najczystszej krwi!

Kocie fakty Jacksona

Genomy tygrysów i kotów domowych pokrywają się w ponad 96 procentach – co oznacza, że białka, które składają się na „projekt” kota, mają podobny układ u wielu gatunków kotów.

NARODZINY PIĘKNEJ MUTACJI! JAK SIĘ POJAWIA NOWY GATUNEK

Patrząc na ewolucyjną oś czasu, można zadać sobie pytanie, o co chodzi z tymi wszystkimi podziałami. Otóż wyodrębniają one okresy, kiedy istniał pewien gatunek – inaczej mówiąc, pradziad tych wszystkich kotów – od którego odłączyła się jakaś rodzina, tworząc coś własnego, odrębnego.

Kącik kociego mądrali
Daleki Wschód: pochodzenie kota syjamskiego

Kiedy przed 2 tysiącami lat koty trafiły na Daleki Wschód, nie było tam dzikich kotów, z którymi mogłyby się krzyżować. Ta genetyczna izolacja doprowadziła do pewnych mutacji związanych z wyglądem, co z kolei dało początek wielu cechom wyróżniającym rasy orientalne – czyli koty syjamskie, tonkijskie i birmańskie. Najnowsze badania DNA wskazują na 700 lat niezależnego krzyżowania z innymi rasami i choć są to rasy należące do tego samego gatunku co inne koty domowe, mają profil genetyczny sugerujący, że ich przodek pochodził z Azji Południowo-Wschodniej.

Nowe gatunki w szczególności tworzą się wtedy, gdy dochodzi do genetycznych zmian powodujących mutację populacji. Te zmiany często dokonują się podczas izolacji jakiejś grupy zwierząt od innych przedstawicieli tego samego gatunku. Może mieć to związek ze zmianami w środowisku – na przykład gdy jakiś teren staje się bardziej albo mniej chroniony lub zmienia się dostępność zdobyczy – prowadzącymi do migracji części zwierząt na inne terytorium. Do separacji grupy może dochodzić także przy okazji powstawania wysp albo tworzenia się nowych rzek. Istnieją również czynniki behawioralne – na przykład zwierzęta nocne rzadziej spółkują z tymi, które są aktywne za dnia.

Te zmiany genetyczne mają najczęściej charakter fizyczny (jeśli dwa gatunki charakteryzują się innymi cechami) albo reprodukcyjny (kiedy dwa gatunki nie mogą się krzyżować). Ale granice bywają niewyraźne, o czym świadczy umiejętność „produkowania” przez ludzi przeróżnych kocich hybryd. Niemniej im szybciej zwierzęta potrafią się rozmnażać, tym szybciej dochodzi to tych zmian (oczywiście w czasie ewolucyjnym) i do powstawania nowych gatunków.

MAŁE KOTY

Małe koty można podzielić na te pochodzące ze Starego Świata (Afryki, Azji i Europy) i z Nowego Świata (Ameryki Środkowej i Południowej). Koty ze Starego Świata to koty domowe, żbiki, koty cętkowane, rysie, karakale, serwale i gepardy. Natomiast kotami z Nowego Świata są oceloty, koty argentyńskie i pumy.

Między kotami z Nowego i Starego Świata nie istnieje tak wyraźny podział, jak w przypadku innych gatunków zwierząt, przede wszystkim dlatego, że w sensie ewolucyjnym wszystkie koty są bardzo ściśle ze sobą powiązane. Niemniej można wyróżnić kilka różnic behawioralnych. Na przykład:

Stary Świat

Nowy Świat

Tylko

koty ze Starego Świata podczas leżenia podkulają łapki pod siebie (pozycja na tak zwany chlebek).

Koty

ze Starego Świata nieszczególnie się kwapią do wyrywania piór swoim ptasim ofiarom, za to koty z Nowego Świata przed zjedzeniem ofiary robią to z wielkim zaangażowaniem.

W przeciwieństwie do kotów z Nowego Świata te ze Starego zakopują swoje odchody. (Wyobraźcie sobie, jakże inaczej wyglądałyby kuwety w domach, gdyby nasze ukochane mruczki były potomkami kotów z Nowego

Świata!)

Kocie fakty Jacksona

Wszystkie duże koty ryczą (z wyjątkiem pantery śnieżnej), za to nie mruczą (z wyjątkiem rysi). Małe koty mruczą, ale nie potrafią ryczeć. Częściowo ma to związek z niewielką kością w szyi zwaną kością gnykową. W przypadku dużych kotów kość ta jest giętka, natomiast u małych sztywna. Duże koty mają także płaskie, kwadratowe w przekroju struny głosowe oraz dłuższy trakt głosowy pozwalający na wydawanie głośniejszych i niższych dźwięków. U mniejszych kotów za mruczenie najprawdopodobniej odpowiada połączenie sztywnej kości gnykowej z fałdami głosowymi.

Ryk to dla dużych kotów kolejny sposób na sprawowanie kontroli nad swoim terenem bez konieczności uciekania się do walki lub konfliktów bezpośrednich. Sama jego głośność jest wiadomością słyszaną z dużej odległości: „Ja tu jestem, trzymaj się na dystans”. (Więcej o mruczeniu w rozdziale 4).

Podczas rozważań na temat różnic między kotami ze Starego Świata a tymi z Nowego, małymi i dużymi, a także między poszczególnymi gatunkami małych kotów, może umknąć naszej pamięci najważniejszy, niezaprzeczalny fakt: wszystkie istniejące gatunki kotów (obecnie ich liczba to 41) mają wspólnego przodka. To oznacza, że wszystkiekotowate to drapieżcy z dużymi oczami i uszami, silnymi szczękami i sylwetką zabójcy. Wszystkiekoty cicho chodzą i mają wysuwane pazury, co pomaga w tropieniu i ściganiu ofiar. Ale niewykluczone, że cechą najbardziej jednoczącą (i zdecydowanie najbardziej w stylu mojo) kotowate, od lwów do domowych mruczków, jest dążenie do zawłaszczania terytorium.

OKIEŁZNANIE DZIKOŚCI: HISTORIA „UDOMOWIENIA”

Naukowcom nie jest łatwo określić ramy czasowe udomowienia kotów, gdyż w aspekcie genetycznym, fizycznym i behawioralnym są one podobne do swoich najbliższych dzikich krewniaków (tak bardzo, że często dochodzi do krzyżowania się kotów domowych z gatunkami „dzikimi”). Prawdę mówiąc, określenie „domowe” w stosunku do kotów od zawsze wydaje mi się… cóż, po prostu niewłaściwe. Nie wierzę w pełne udomowienie kotów i stąd mój nacisk na dostrzeganie w nich „pierwotności”. Dla mnie każda sytuacja, w której zauważa się w swoim pupilu kota pierwotnego, stanowi zaprzeczenie samej idei udomowienia. Dlatego też przyjrzymy się temu, co rzeczywiście wiemy o stopniowej transformacji kota pierwotnego w zwierzę, które obecnie nazywamy „kotem domowym”.

Od tysięcy lat koty żyją z ludźmi i w ich otoczeniu, ale nigdy w pełni się od nich nie uzależniły. F. s. lybica – przodek – wydaje się gatunkiem stosunkowo łatwym do oswojenia z tych blisko spokrewnionych z kotami dzikimi, co sugeruje predyspozycję do koegzystencji z ludźmi. Ostatecznie jednak ścieżką wiodącą ku ewolucji okazały się korzyści zapewniane sobie wzajemnie przez koty i ludzi. Wraz z rozwojem rolnictwa w najdawniejszych ludzkich osadach doszło do drastycznego zwiększenia populacji gryzoni. Dzięki temu sąsiedztwo ludzi stało się dla kotów atrakcyjne, natomiast zapewniana przez koty naturalna kontrola szkodników okazała się atrakcyjna dla ludzi. To przykład obecnej na przestrzeni dziejów sytuacji „win-win”.

BOGOWIE I MUMIE

Minus każdej długoterminowej relacji pomiędzy ludźmi a zwierzętami polega na tym, że nie można jej uznać za sprawiedliwą. Na przestrzeni wieków niestety to ludzie zawsze rozdawali karty, niejednokrotnie wykazując się przy tym surowością i okrucieństwem. Generalnie szacunek wobec kotów był wprost proporcjonalny do tego, jak bardzo potrzebowano regulacji populacji szkodników. Prawdziwa ludzko-kocia jazda na rollercoasterze rozpoczęła się na dobre, kiedy ludzie mogli po prostu doceniać koty za ich wyjątkowe cechy i towarzystwo. Gdy jednak przez kolejne wieki rollercoaster nabierał prędkości, nasi koci przyjaciele nader często bywali skrajnie napiętnowani.

Wszyscy wiemy, jak to w Egipcie czczono koty. Nie można jednak zapominać, że egipska gospodarka była wysoce uzależniona od uprawy zbóż… co oznacza rolnictwo… co oznacza gryzonie… co po raz kolejny oznacza, że koty odgrywały pożądaną rolę „naturalnych eksterminatorów”. Najpewniej właśnie dlatego zasłużyły sobie na swój wysoki status w egipskim społeczeństwie. (Dla kontrastu: w wielu rejonach Europy rolę eksterminatorów odgrywały łasice, więc koty nie były tam szczególnie potrzebne).

Tak czy inaczej Egipcjanie czcili koty, być może tak jak w żadnej innej kulturze. Koty miały swoje miejsce w egipskiej sztuce, zamieszkiwały miejsca kultu religijnego, ale pełniły także funkcję zwierząt domowych. Za celowe wyrządzenie krzywdy kotu groziły poważne kary, a jeśli kot umierał z przyczyn naturalnych, jego ludzka rodzina na znak żałoby goliła sobie brwi. Tego oddania wobec kotów dowodzi również fakt, że je mumifikowano i do towarzystwa w życiu wiecznym często zapewniano im zmumifikowane myszy.

Ale nawet w tak miłującym koty kraju jak Egipt wspomniany wyżej rollercoaster także zaliczył kilka niefortunnych zjazdów. Nie wszystkie zmumifikowane koty to ukochane pupile. Używano ich także jako ofiar składanych ku czci bóstw, a zapotrzebowanie na takie ofiary doprowadziło do utworzenia specjalnych hodowli kotów, które następnie zabijano i balsamowano.

Znanym miłośnikiem kotów był prorok Mahomet i w kulturach islamu koty zawsze ceniono za coś więcej niż jedynie zdolności łowieckie. Według jednej z najbardziej znanych historii pewnego razu, gdy Mahometa wezwano na modlitwę, a na rękawie jego szaty modlitewnej spał Muezza, ulubiony kot, prorok wolał odciąć ten rękaw niż zakłócić sen pupilowi. (Brzmi znajomo? Ilu z was zrezygnowało ze wstania z kanapy, bo na waszych kolanach spał kot?)

W innych częściach świata, gdzie wielbiono koty – zwłaszcza w kulturach pogańskich – ich status zaczął upadać wraz z nasileniem się prześladowań niechrześcijan. Nasi koci przyjaciele najgorzej mieli chyba w średniowieczu, kiedy wiązano ich z sektami i ogłaszano przeklętymi. Uważa się, że miliony kotów skazano na śmierć i spalono na stosach razem z „czarownicami” albo po prostu wrzucono do ognia. A jeśli ich właściciele próbowali je chronić, sami także trafiali pod pręgierz inkwizycji.

Smutną ironią jest fakt, że właśnie w wiekach średnich tysiące ludzi zabiła epidemia dżumy. Roznosicielami tej choroby są szczury (a raczej zamieszkujące ich sierść pchły), a zabicie ogromnej liczby kotów z całą pewnością przyczyniło się do wzrostu populacji tych gryzoni. Jakiś czas temu archeolodzy zakwestionowali związek między szczurami a rozprzestrzenianiem się rzeczonej zarazy, sugerując, że dżuma zbierała tak ponure plony dzięki bliskim kontaktom ludzi między sobą, a nie szczurów i ludzi. Niemniej zabicie tysięcy kotów na pewno nie okazało się pomocne.

Nawet dzisiaj postrzeganie kotów naznaczone jest przesądami. Wszyscy to słyszeliśmy: „jeśli czarny kot przebiegnie ci drogę, to spotka cię nieszczęście” albo „koty kradną niemowlętom oddech”. I choć obecnie koty są bardziej popularne niż kiedykolwiek, nadal każdego roku ogromne ich liczby są zabijane w schroniskach, a dodatkowo nawołuje się do likwidacji populacji kotów wolno żyjących. Miejmy nadzieję, że wkrótce także ten proceder stanie się przeszłością.

2WIKTORIAŃSKI PUNKT PRZEŁOMOWY

Pomimo wszystkich wzlotów i upadków, których nasz kot pierwotny doświadczył na przestrzeni wieków, nic nie wywrze takiego wpływu na jego rozwój jak zamieszkanie pod jednym dachem z człowiekiem. Jakby się nad tym zastanowić, to samo można rzec o naszym rozwoju. W tym właśnie momencie ewolucyjna oś czasu zaczyna biec zygzakiem, a w ślad za tym relacja na linii człowiek – kot zaczyna się definiować, a następnie redefiniować. Mając jednak na uwadze, że nie przeszkadzał nam odwieczny układ z kotami działający na zasadzie: „Wy zostajecie na dworze, a my wchodzimy do domu”, jak i dlaczego do tego doszło? I… jaki od tamtej pory nastąpił postęp w kocio-ludzkiej dynamice?

DO GÓRY…

Jakieś 150 lat temu ludzie postanowili wpuścić koty do swoich domów. Wiele osób popularyzację idei „lubię koty i chcę mieć je w domu” przypisuje królowej Wiktorii.

Królowa Wiktoria była typem samotniczki i słynęła z miłości do zwierząt. Orędowała za ich dobrostanem i to dzięki jej mecenatowi do nazwy Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami dodano słowo „Królewskie”. Oprócz wielu psów, koni czy kóz miała dwa ukochane koty perskie. Jej ostatnia kotka, White Heather, całe życie spędziła w pałacu Buckingham i mieszkała tam jeszcze długo po śmierci swojej pani.

W tym okresie (era wiktoriańska, XIX-wieczna Anglia) trzymanie zwierząt domowych stawało się coraz popularniejsze. Coraz lepiej traktowano także inne zwierzęta, a posiadanie pupili było zarazem symbolem statusu i sposobem, jakim nobliwe rody demonstrowały swoją władzę nad światem przyrody. Pedanteria kotów uczyniła z nich idealny gatunek („dziki, a jednak czysty”) do zbratania się z ludźmi. Także wielu pisarzy i artystów uzewnętrzniało swoją miłość do kotów, a ludzie zaczęli organizować pogrzeby ukochanym zwierzakom.

…AŻ DO LUKSUSOWEGO APARTAMENTU NA NIEBIE

Wiele się zmieniło od czasów, kiedy najbardziej pierwotne z kotów pierwotnych przemierzały ziemię – zarówno w ich relacjach z ludźmi, jak i, w mniejszym stopniu, w ich genetycznej spuściźnie. Podczas gdy psom i kotom udaje się doskonale koegzystować z ludźmi, nasza relacja z kotami (jaskrawo kontrastująca z tą z psami) rozkwitła bez konieczności wymagania od tego gatunku zmian. Kot, który wiele stuleci temu chronił ziarna przed gryzoniami, to w zasadzie ten sam kot, z którym dzisiaj dzielimy łóżko.

Największej zmiany w relacjach na linii człowiek – kot dokonała zmiana demograficzna „własności” kota od modelu wiejskiego do bardziej miejskiego. Jak już wspomniano, rola kotów w modelu wiejskim polegała raczej na ochronie upraw przed gryzoniami, a nie byciu członkiem rodziny… do tego stopnia, że wpuszcza się je do domu. Z kolei model miejski to typ relacji między kotem a opiekunem, w której jest miejsce na uczucia i traktowanie jak członka rodziny. Istnieje wiele powodów takiego stanu rzeczy.

Po pierwsze, miejski styl życia oznacza, że więcej ludzi mieszka w pojedynkę i że ma w pobliżu mniejszą liczbę krewnych. Dodajmy do tego rosnący wskaźnik rozwodów i spadek liczby rodzących się dzieci i już widać, dlaczego relacji z kotem przypisuje się coraz ważniejszą rolę w życiu człowieka. Poza tym ludzie w miastach zajmują mniejsze mieszkania i dłużej pracują. Wymusza to adopcję mniejszych zwierząt towarzyszących, takich jak koty – przemawiają za tym względy praktyczne. Och, i nie zapominajmy o mojej ulubionej przyczynie rosnącej popularności kotów w środowiskach miejskich: często przedstawia się je jako zwierzęta „niewymagające i tanie w utrzymaniu”! Oczywiście gdyby to była prawda, nie miałbym pracy, no nie?

Niemniej ta zmiana modelu – „ze wsi do miasta”, „z dworu do domu” – nie uległa jeszcze zakończeniu, nadal się dokonuje. Po pierwsze, na świecie wciąż istnieje wiele miejsc, gdzie koty są postrzegane jako szkodniki i dopust boży. A w kulturach (takich jak nasza), gdzie są kochane i szanowane, wiele osób nadal hołduje przekonaniu, że „kot kocha wolność” i trzymanie go w domu to przejaw okrucieństwa. O czym mogliśmy się przekonać, poznając historię kota pierwotnego i jego ludzkich towarzyszy, trudno liczyć na „żyli długo i szczęśliwie”.

EWOLUCJA NA TURBODOŁADOWANIU: JAK ŻYCIE Z LUDŹMI ZMIENIŁO KOTY?

Obecnie mniej więcej 96 procent kotów nadal samodzielnie dobiera się w pary, co sprawia, że materiał genetyczny u większości współczesnych kotów pozostaje względnie niezmieniony. Ale to nie oznacza, że żyjąc z nami, koty w ogóle się nie zmieniły. W pewnym sensie dokonuje się ich autoselekcja: te bardziej przyjacielskie, które lepiej tolerują ludzi, mają większą szansę na otrzymanie pożywienia i schronienia oraz na dobranie się w pary z kotami o podobnych przyjacielsko-tolerancyjnych genach. Tak więc choć u kotów nie doszło do silnej i celowej selekcji określonych cech fizycznych czy behawioralnych, to właśnie nasza z nimi relacja doprowadziła do najważniejszych zmian genetycznych.

Kącik kociego mądrali
Co się zmieniło u współczesnego kota?

W 2014 roku naukowcy postanowili dokonać analizy DNA 22 kotów różnych ras (maine coon, kot leśny norweski, kot birmański, kot japoński bobtail, kot turecki van, kot egipski mau i kot abisyński), jak również zdziczałych kotów z Bliskiego Wschodu i Europy. Pobrali w tym celu wymaz z wewnętrznej strony policzka. Dzięki zgromadzonym informacjom udało im się określić kilka głównych zmian genetycznych, które dokonały się u kotów udomowionych.

Zmiany genetyczne związane z zachowaniem

lepsza umiejętność tworzenia wspomnieńlepsza umiejętność dostrzegania związku między bodźcem a nagrodą (na przykład dawanym przez człowieka jedzeniem)wolniejsze warunkowanie strachu – oznacza to, że u współczesnego kota nie tak szybko uruchamia się tryb „walcz lub uciekaj”

Cechy fizyczne

mniejsze ciałokrótsza szczękamniejszy mózgmniejsze nadnercza, które kontrolują instynkt „walcz lub uciekaj”dłuższe jelita – adaptacja do spożywania resztek ludzkiego pożywieniawszystkie koty mają długie kły, dzięki którym mogą zabić ofiarę ugryzieniem w szyję. Zęby kotów domowych są rzadziej rozmieszczone niż u innych kotów, gdyż zwierzęta te przystosowały się do łapania mniejszych gryzoni, stanowiących ulubioną zdobycz większości z nich
Co się nie zmieniło u współczesnego kota?
kształt czaszki – u wszystkich gatunków kotów jest podobny i mają one szczękę pozwalającą na uśmiercenie za pomocą mocnego ugryzienia. Czaszki naszych kotów może i są o wiele mniejsze od czaszek lwów i tygrysów, ale struktura jest bardzo podobnazachowanie (w znacznym stopniu…)większość kotów samodzielnie dobiera się w pary, co pozwala na zachowanie zróżnicowanej puli genówkoty nadal (na ogół) są w stanie przetrwać bez nas

ZEWNĘTRZNA INGERENCJA: KOTY RASOWE

Ludzie po raz pierwszy zapoznali się z prawami genetyki pod koniec XIX wieku, kiedy Gregor Mendel opublikował słynne badania o genach dominujących i recesywnych w grochu zwyczajnym. W tamtym czasie celem hodowli większości zwierząt było zapewnienie sobie stałego źródła pożywienia. Psy z kolei hodowano do konkretnych zadań – na przykład do pomocy podczas polowania. Ale jeśli chodziło o uzyskiwanie pożądanych wyników w kwestii wyglądu czy zachowania, trudno mówić o sukcesach, przede wszystkim dlatego, że genetykę rozumieliśmy w stopniu mocno podstawowym.

Kiedy jednak uległo to zmianie, ludzie potrafili „wpłynąć” na ewolucję zwierząt, w tym kotów, za pomocą kontrolowanego rozmnażania – to znaczy wybierając im partnerów. Aczkolwiek początkowo czyniono to ze względów estetycznych, nie funkcjonalnych. Nie chodziło o to, aby zmienić ich osobowość, lecz wygląd.

W rezultacie wybierania i krzyżowania kotów dla konkretnych cech fizycznych narodziły się wczesne rasy (na przykład kot perski). Prawdę mówiąc, na samym początku najczęściej próbowano uzyskać konkretny kolor sierści (błędnie rozumując, że skrzyżowanie czarnego kota z białym zaowocuje kociętami o sierści szarej). Pierwsza wystawa kotów rasowych miała miejsce w Zjednoczonym Królestwie w 1871 roku z udziałem persów, kotów rosyjskich niebieskich, kotów syjamskich, angor i kotów abisyńskich, jak również kotów manx i tych o krótkiej sierści w wielu kolorach.

Kiedy tylko pojawiły się poszczególne rasy kotów, jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać poświęcone im kluby i stowarzyszenia. W efekcie narodziła się „kocia arystokracja”, a wraz z nią wystawy, sędziowie, kokardy i dumni „rodzice” – jak w programie Toddlers and Tiaras. Tyle że zamiast skupiać się na idealnej opaleniźnie i umiejętności stepowania hodowcy stopniowo definiowali standardy określające preferowane cechy fizyczne, które powinna mieć dana rasa, na przykład kształt oczu, uszu, pyszczka, ogona, a nawet łap. Często jednak te różnice były równie proste do określenia jak kolor sierści. Na przykład o tym, że kot jest uznawany za persa, świadczyła długa sierść w kolorze szynszyli, a nie spłaszczony pyszczek. Specyficzny rodzaj umaszczenia był tym, co odróżniało kota syjamskiego od zwykłego dachowca.

Mimo postępu, jaki się dokonał dzięki zaproszeniu kotów do naszych domów, przyniosło to także nowe problemy – przynajmniej z mojego punktu widzenia. Okazuje się, że bez względu na to, w którą stronę wychyla się wahadło, nigdy nie czyni tego z pełną korzyścią dla kotów. Dawniej rola gospodarskich pomocników zapewniała im przeżycie, ale nie status. Z kolei teraz zbyt często są postrzegane jako członkowie rodziny, bez prób zgłębienia prawdziwego charakteru tej relacji.

Nie próbuję odsądzać ludzi od czci i wiary; okres adaptacji dotyczy obu stron i aby dostosować się do siebie nawzajem, zarówno ludzie, jak i koty muszą sporo zmienić w kwestii sposobu życia. Proszę jedynie, abyście mieli na uwadze taką rzecz: niecałe 150 lat po królowej Wiktorii – w sensie ewolucyjnym to przecież mgnienie oka – wymagamy od kotów, aby sikały do pudełka, przesypiały całą noc, siedziały na kanapie, nie chodziły po blatach ani klawiaturach… oraz aby ich terytorium z kilkuset akrów zmniejszyło się do wielkości kawalerki. W efekcie im częściej koty są postrzegane jako domowe dodatki, tym bardziej nie są w stanie sprostać naszym oczekiwaniom i tym łatwiej strome zbocze prowadzi je z powrotem ku roli społecznych pariasów.

No i proszę: 42 miliony lat ewolucji i gruntowny wstęp do prezentacji kota pierwotnego, a to wszystko w dwóch krótkich rozdziałach. W części drugiej zajmiemy się tym, czego zawsze chcieliście się dowiedzieć o swoim kocie, ale o co baliście się zapytać.

3RYTM FUNKCJONOWANIA KOTA PIERWOTNEGO

Na początku swojej pracy uznałem, że moi klienci i studenci – jak również inni opiekunowie kotów – są spragnieni wiedzy o wszystkich kotach. W związku z tym zdecydowanie zbyt wiele czasu poświęcałem na próby podziału mojej filozofii na „mniejsze kawałki”. Tymczasem okazało się, że większość kociarzy w mojej stratosferze interesowała się głównie wiedzą w odniesieniu do swoichkotów, gdyż, co zrozumiałe, ci, którzy korzystali z moich usług, chcieli się dowiedzieć, w jaki sposób sprawić, aby ich koty przestały się źle zachowywać. W efekcie moje żarliwe próby połączenia kocich kropek postrzegali jako zbędny dodatek. To z kolei uświadomiło mi, że jeśli chcę zabrać tych ludzi w podróż po kocim świecie, dysponuję mocno ograniczoną ilością czasu, jeśli nie chcę, by zaczęli ziewać lub się niecierpliwić.

Tak więc, podobnie jak w przypadku określenia „kocie mojo”, musiałem znaleźć haczyk: błyskotliwy sposób na przypomnienie opiekunom, że zachowanie ich kotów jest powiązanie z zachowaniem kota pierwotnego. Zależało mi, aby zrozumieli wagę „Trzech R” – Rutyna, Rytuały i Rytm – w życiu ich kota, wywodzących się z łowieckiego stylu życia ich przodków. Aby obudzić w sobie kocie mojo, kot pierwotny, co już ustaliliśmy, każdego dnia musiał realizować konkretne zadania.

Haczykiem, który mi przyszedł do głowy – ach, te żółte karteczki samoprzylepne – była fraza „polowanie, złapanie, zabicie, zjedzenie, toaleta, sen” (PZZZTS). Kazałem (i nadal to robię) powtarzać swoim klientom te słowa rytmicznie i z entuzjazmem, jakby byli kocimi cheerleaderkami, aż w końcu stawało się to mantrą. A raz przyswojona mantra nieustannie przypomina opiekunowi, że to właśnie rytm kota pierwotnego nakręca nasze mruczki i że naszym zadaniem jest zapewnienie tego rytmu. Każe pamiętać o ustaleniu rutynowych czynności związanych z zabawą, odpoczynkiem i jedzeniem – łącznie z tym, co je nasz kot. Każda droga prowadzi do mojo, a jeden z najważniejszych znaków drogowych ustawionych wzdłuż trasy to odblaskowe litery PZZZTS.

POLOWANIE, ZŁAPANIE, ZABICIE, ZJEDZENIE

Z historycznego punktu widzenia, co analizowaliśmy w części pierwszej, nasze oczekiwania względem kotów, które miały służyć kontrolowaniu populacji szkodników, oraz ich własny cel, czyli zdobywanie pożywienia, doskonale się pokrywały. Polowanie, złapanie, zabicie, zjedzenie (PZZZ) – fundamenty rytmu kota pierwotnego i czteroetapowy proces realizowany przez koty w celu zdobycia pożywienia – dobrze służyły obu stronom i dlatego nasza relacja z kotami przez tyle lat podążała taką samą trajektorią. Tak naprawdę dopiero 150 ostatnich lat sprawiło, że ta nić się postrzępiła, a na drodze do udomowienia kotów pojawiło się rozwidlenie. Wcześniej uznawano za oczywistość, że koty powinny przebywać na dworze, a zapraszanie ich do domu jest aktem okrucieństwa.

To właśnie czyni ten moment w przeszłości tak ważnym dla naszej przyszłości: to, co było oczywiste przez tysiące lat, nagle przestało takie być, jako że niezmiennie staramy się godzić bezpieczniejsze i wygodniejsze życie kota niewychodzącego z jego biologicznym instynktem i potrzebami. W PZZZ nie chodzi o zapewnienie kotu minimalnej opieki. To przypomnienie o nitce, jaka łączy twojego kota z jego przodkiem – kotem pierwotnym.

Mimo to wiele osób pyta: „Czy to w porządku, jeśli nie bawię się ze swoim kotem?” albo „Czy mogę kupić automatyczne karmidło i zostawić kota samego na dwa dni?”. Zamiast grozić palcem i mówić „nie” staram się zaprezentować – za punkt wyjścia przyjmując PZZZ – jak oczywista jest odpowiedź i tym samym pomóc wam dotrzeć do punktu, w którym nie będziecie musieli zadawać tego typu pytań. A jeśli PZZZ to nasza trampolina, a kocie mojo woda, do której wskakujemy, to zrozumienie kluczowego mechanizmu psychologicznego kota – zwłaszcza w odniesieniu do polowania – cóż, jest sprężyną w tej trampolinie.

JAK KOT JAKO MYŚLIWY DOŚWIADCZA ŚWIATA

Jako urodzeni łowcy koty polegają na swoich zmysłach – głównie dotyku, wzroku i słuchu. To oznacza, że w zasadzie każda część fizjologii kota odgrywa jakąś rolę w procesie polowania.

Dotyk

Koty są niezwykle wyczulone na dotyk. Częściowo ma to związek z receptorami na skórze, które wysyłają sygnały dopóty, dopóki są dotykane – co oznacza, że komórki te nie przystosowują się do kontaktu fizycznego, gdyż mózg nieustannie otrzymuje sygnał mówiący: „Jestem dotykany”. Inaczej wygląda to u ludzi, których receptory czucia przystosowują się do dotyku. Na przykład nie konstatujemy w każdej chwili, że mamy na sobie ubranie. Odpowiedzialne za to doznanie komórki Merkla, które mają koty, są ultrawrażliwe, mniej więcej tak jak te na opuszkach naszych palców u rąk. Nawet ich mieszki włosowe są unerwione, więc wyrywanie sierści bywa dla kotów bardzo drażniące.

Oto kilka dodatkowych interesujących faktów o kotach i dotyku:

U kotów występują obszary o wyjątkowej wrażliwości: nos, palce i poduszeczki przednich łap razem mają więcej receptorów niż inne części ich ciała (doktor John Bradshaw określa kocie stopy mianem „narządów zmysłu”).

Ich nosy są w stanie wykryć kierunek wiatru i temperaturę.

Koty mają receptory w sierści na palcach, co tłumaczy dlaczego te długowłose bywają wyjątkowo wrażliwe na przykład na dotyk żwirku na łapach i czesanie.

Wokół pyszczka i nadgarstków mają krótkie, sztywne włoski, których zadaniem jest wykrywanie wibracji.

Kocie pazury wyczuwają przesunięcie, co okazuje się przydatne, na przykład kiedy trzymana w łapach mysz próbuje się wyrwać.

Nadmierna stymulacja, a możliwe, że nawet niektóre elementy toalety i zaburzenia kompulsywne, często mają związek właśnie z tą wyjątkową wrażliwością. Kiedy więc następnym razem będziesz głaskać albo szczotkować swojego pupila, a on będzie próbował odgryźć ci rękę (albo kawałek szczotki), postaraj się nie brać tego do siebie! (Więcej na ten temat w części trzeciej).

Jednocześnie zrozum, że percepcja sensoryczna nie ma na celu jedynie ułatwienia polowania. Koty są także zdobyczami dla niektórych zwierząt (na przykład kojotów i jastrzębi). Wrażliwość na dotyk oznacza wrażliwość na ból. Koty muszą wiedzieć, czy są atakowane, muszą wyjątkowo szybko rozpoznawać sygnały zbliżającego się ataku, aby uruchomił się mechanizm „walcz albo uciekaj”.

O mały wibrys!

Nic jednak nie jest w stanie się równać z niesamowitą wrażliwością wibrysów. W porównaniu z psami koty mają w mózgu większy obszar odpowiedzialny za odbieranie sygnałów z okolicy pyska. Wibrysy wyposażone są w receptory komunikujące się z korą somatosensoryczną w mózgu, przekazując informacje o temperaturze otoczenia, ich równowadze oraz wielkości miejsca, przez które próbują się przedostać. Wibrysy wykrywają także ruch powietrza oraz wysyłają do mózgu informacje o jego sile, prędkości i kierunku, co pomaga w przewidzeniu potencjalnych kroków ofiary.

Koty z bliska nie widzą zbyt ostro, więc gdy ofiara znajduje się w pobliżu ich pysków, polegają w głównej mierze na informacjach dostarczanych przez wibrysy. Dwanaście wibrysów po każdej stronie nosa kieruje się do przodu, aby wykryć ruchy ofiary, a następnie pomóc doprecyzować siłę i czas zadania śmiertelnego ciosu. Wibrysy na górnej wardze – w połączeniu z tymi na policzkach, nad oczami, na brodzie, nadgarstkach i tylnej części łap – pomagają kotom „widzieć” trójwymiarowo.

Kocie fakty Jacksona

Dzikie koty, które polują nocą, mają wydatniejsze wibrysy niż dzienni zabójcy.

Wzrok

Anatomia i funkcjonowanie narządu wzroku (a także budowa każdego mięśnia, każdej części ciała oraz instynkt kota pierwotnego) mają bezpośredni wpływ na umiejętności łowieckie kotów. Koty mają duże oczy (w stosunku do rozmiaru zarówno ciała, jak i głowy) skierowane do przodu, co jest powszechne u zwierząt drapieżnych. Pole widzenia u kotów wynosi około 200 stopni, łącznie z widzeniem peryferyjnym. Z tego pola 90 stopni jest „obuoczne” – obydwoje oczu pracuje wtedy razem dla głębi percepcji (na przykład określenia odległości, w jakiej znajduje się ptak). Oczy kotów są także bardziej responsywne na szybki ruch, co pomaga naszym kochanym myśliwym upolować czmychającą mysz.

Z bliska koci obraz jest nieco zamazany i mniej wyraźny niż u człowieka, dlatego wzrok nie pełni tak ważnej funkcji w „bliskim” polowaniu. Optymalna odległość ogniskowa wynosi od dwóch do sześciu metrów – jest idealna do śledzenia ptaka albo myszy. Jeśli ofiara znajduje się w odległości mniejszej niż 30 centymetrów, kot nawet nie skupia na niej wzroku; na tym etapie pałeczkę przejmują wibrysy. Koty niewychodzące cierpią na łagodną krótkowzroczność, gdyż przedmioty, na których się skupiają, znajdują się bliżej, natomiast koty wychodzące charakteryzuje najczęściej dalekowzroczność, tak jak ich przodka – kota pierwotnego.

Porównanie oczu kota z oczami człowieka

Kocie oko pracuje w bardzo podobny sposób do naszego: światło dociera do źrenicy, czyli otworu pośrodku tęczówki, rogówka skupia promienie światła, następnie światło pada na soczewkę, która je załamuje i przekazuje do wyściełającej dno oka siatkówki. Siatkówka ma dwa rodzaje receptorów: czopki i pręciki. Pręciki specjalizują się w słabym świetle, natomiast czopki służą do wykrywania kolorów w świetle dziennym. I tu właśnie pojawia się największa różnica między oczami kota a człowieka: koty mają trzy razy więcej pręcików niż człowiek, za to mniej czopków. Tak więc choć potrafią wykryć w świetle dziennym niektóre kolory, nie są one tak intensywne. O zmroku koty widzą jedynie czerń i biel, ale o wiele wyraźniej niż my. Jak zawsze wszystko się sprowadza do „pomocy dla myśliwego”. A myśliwy zawsze wybierze wyraźność zamiast kolorów!

Oto kilka kluczowych różnic, które ewolucja zapewniła naturalnemu myśliwemu:

Źrenice kota nie są okrągłe jak nasze. Zamiast tego mają kształt pionowej szczeliny, która pozwala szybciej reagować na światło oraz otwiera się i zamyka we wszystkich kierunkach.

Wzrok kota wolniej skupia się na obiekcie ze względu na twardą soczewkę. Jest to jeszcze trudniejsze, kiedy źrenice są maksymalnie zwężone – na przykład w jasnym świetle dnia.

Ludzie mają dołek środkowy, to znaczy niewielkie zagłębienie w siatkówce, dzięki któremu widzą szczegółowo. Koty zamiast niego mają „pasmo wzrokowe” spełniające podobną funkcję, tyle że roi się w nim od pręcików, dzięki czemu lepiej widzą w słabym świetle.

Za siatkówką koty mają błonę odblaskową. Jest ona niczym wbudowana latarka, zapewniająca wzmocnienie sygnału w słabym świetle. Nawiasem mówiąc, to właśnie ona sprawia, że oczy twojego kota „lśnią”, kiedy robisz mu zdjęcie z lampą błyskową.

Słuch

Podobnie jak dotyk i wzrok, zmysł słuchu odgrywa bardzo ważną rolę w cyklu PZZZ. Koty cechuje największy zakres słyszalnych dźwięków spośród wszystkich zwierząt drapieżnych – 10,5 oktawy. Koty i ludzie mają podobny zakres słyszalności dźwięków niskich, ale koty słyszą o wiele wyższe dźwięki niż my – o około 1,6 oktawy (na przykład pisk myszy). Słuch kota zorientowany jest głównie na wykrywanie ofiary, a nie komunikowanie się z innymi kotami.

Ucho zewnętrzne u kota zbiera fale dźwiękowe i dzięki swojemu kształtowi przekazuje je do kanału dźwiękowego do lepszej analizy. Umiejętność niezależnego poruszania uszami pomaga kotom z maksymalną dokładnością ustalić źródło dźwięku – czy to wydanego przez ofiarę lub drapieżnika, czy też przez niespokojnego kociaka płaczącego za mamą. Koty potrafią także obrócić ucho o niemal 180 stopni, dzięki czemu wiedzą, kiedy ktoś zbliża się do nich od tyłu.

Skoro już lepiej rozumiemy, w jaki sposób fizjologia i anatomia kota wspiera ich zapędy łowieckie, przyjrzyjmy się temu, co zabijają i w jaki sposób.

„Mniejsze od gołębia”: zabijanie w praktyce

Koty będą polować na wszystko, co jest mniejsze od nich, ale preferują ofiary mniejsze od gołębia. Ich ulubiona zdobycz to niewielkie gryzonie, a zaraz po nich ptaki. Koty mogą także polować na insekty, gady i płazy.

Niedawne badania pokazały, że koty domowe, podobnie jak ich kuzyni kuguary, mają swoje preferencje w kwestii wyboru ofiar. Większość specjalizuje się tylko w jednym lub dwóch typach zdobyczy, niektóre jednak charakteryzuje szersze spektrum preferencji („wszystko, co się rusza”).

Na ptaki poluje im się nieco trudniej i najprawdopodobniej dlatego dieta kota wolno żyjącego składa się w ponad 75 procentach z gryzoni. Na preferencje może mieć wpływ dostępność czy choćby to, co maluchom przynosiła kocia mama. Konkluzja jest taka, że myśliwy powinien się przystosować: jeśli ma mniejszy dostęp do myszy, musi polować na ptaki… albo chodzić z pustym żołądkiem.

To nas prowadzi do preferowanych przez koty stylów polowania, na które niewątpliwie ma wpływ źródło ich pożywienia. Poszczególne koty prezentują różne strategie zabijania:

urządzenie zasadzki na otwartej przestrzeni,

śledzenie z ukrycia,

czekanie, aż ofiara opuści kryjówkę.

Nie zapominajmy, że odnosi się to do wszystkich kotów, co oznacza, że twój niewinny, niewychodzący towarzysz także ma ulubiony styl polowania. Do ciebie może należeć zadanie jego odkrycia podczas zabawy, o której mówimy w rozdziale 7.

Zabijanie

Zazwyczaj koty najpierw chwytają swoją ofiarę łapami, następnie wbijają w nią zęby, po czym kończą śmiercionośnym ukąszeniem w kark, którego celem jest przerwanie rdzenia kręgowego. Jeśli nie mają pewności co do zdolności ofiary do samoobrony albo nie są zbyt doświadczonymi myśliwymi, mogą gryźć kilka razy. Mogą także, kiedy uderzają ofiarę łapą albo ją podrzucają, sprawiać wrażenie, że „bawią się jedzeniem”. Ale nie dzieje się tak dlatego, że kot jest okrutny; to strategia, której celem jest wymęczenie niebezpiecznej ofiary, przez co łatwiej będzie jej zadać śmiertelny cios w kark.

Teraz, kiedy mamy już lepsze wyobrażenie o tym, jak ciało, zachowanie i wyjątkowe zdolności łowieckie kota rozwinęły się, aby służyć PZZZ, łatwo dostrzec, że to integralny element kociego mojo. Polowanie to dla kotów przyjemność, a dla kota pierwotnego doświadczanie przyjemności i realizacja podstawowego celu oznaczają praktycznie to samo. Krótko mówiąc, jest to podstawowy cel każdego kociego dnia. Największą przysługą, jaką możesz oddać swojemu kotu, jest pomoc w realizacji tego supercelu na względnie nowym i w pewnym stopniu ograniczonym terenie, jakim jest twój dom. Uczynisz to, tworząc wokół PZZZ ciąg Rutyny, Rytuałów i Rytmu. Więcej na ten temat w rozdziale 7.

Jedzenie – mięso, całe mięso i tylko mięso

Po polowaniu – nieważne, czy w „prawdziwym świecie”, czy też tym odtworzonym przez ciebie podczas zabawy – pora na jedzenie. A po tym wszystkim, co omówiliśmy do tej pory, powinno być jasne, że twój kot nie jest weganinem. Koty to mięsożercy; ich układ pokarmowy jest przystosowany do trawienia wyłącznie mięsa. Nie powinno także dziwić to, że koty, jako oportunistyczni myśliwi, nie są padlinożercami, którzy niespiesznie sobie pojadają. Niekoniecznie oznacza to także, że spożywają duże posiłki. Oportunizm z definicji oznacza, że nada się to, co się nawinie – czy to konik polny czy ptak.