Kobiety z bloku 10. Eksperymenty medyczne w Auschwitz - Hans Joachim Lang - ebook
Opis

Nowe, rozszerzone wydanie porażającej opowieści o eksperymentach medycznych, dokonywanych na kobietach w Auschwitz.


Medycyna i fanatyzm rasowy – mało zgłębiany rozdział historii obozu Auschwitz, opowiedziany z perspektywy ofiar.

Ta historia nie została dotąd należycie zbadana i opisana. Od kwietnia 1943 roku istniał w Auschwitz blok 10, gdzie dokonywano zbrodniczych eksperymentów medycznych – na około ośmiuset kobietach rzeźnicy nazywający się lekarzami szukali najbardziej skutecznych metod sterylizacji, tak aby po wygranej wojnie uniemożliwić elementom niepożądanym na rozmnażanie. Operacje, naświetlania, toksyczne zastrzyki przeżyło trzysta kobiet. Część z nich opowiedziała autorowi, co im robiono. Kim był niesławny profesor Clauberg, „specjalista” od sterylizacji. Jak działało jego „laboratorium”. Jakie metody stosowali i co „badali” inni pseudo-lekarze. Historia ofiar, katów, sadystycznych „operacji” i codzienności obozu opisana na podstawie badań archiwalnych i rozmów z ofiarami. Lang opowiada, kim były te kobiety, co się z nimi stało, jak radziły sobie w codziennym życiu i z czym po wojnie musiały sobie radzić.

Książka Hansa-Joachima Langa to przykład wnikliwej pracy badawczej połączonej z wrażliwością niezbędną w przypadku takiego akurat tematu badań. W centrum zainteresowań naukowca jest bowiem człowiek – ten, który ma na swoich rękach krew i którzy zaprzecza etycznym zobowiązaniom wpisanym w zawód lekarza, i ten, który wrzucony w wir Wielkiego Zła, staje się w swojej bezradności i upodleniu królikiem doświadczalnym.

Bernadetta Darska, Onet.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 415

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału DIE FRAUEN VON BLOCK 10
Przekład ELIZA BORG
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Korekta JAN JAROSZUK, BEATA WÓJCIK
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Zdjęcia na okładce © Yad Vashem
Łamanie | manufaktu-ar.com
Die Frauen von Block 10 Copyright © 2011 by Hans-Joachim Lang By arrangement with the author. All rights reserved. Copyright © for the translation by Eliza Borg Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019
Warszawa 2019 Wydanie pierwsze w tej edycji
ISBN 978-83-66140-10-3
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

WSTĘP

Maya Lee zatrzymała się raptownie. Szpera w internecie, właśnie wpisała do wyszukiwarki nazwisko matki. Na ekranie jej komputera ukazuje się zdjęcie przedramienia, na którym wytatuowany jest ciąg cyfr 2318. Maya Lee zna tę liczbę. Tym piętnem naziści w Auschwitz oznakowali jej matkę, Magdę Blau; 2318 to był jej numer obozowy. Ale ramię, które widzi przed sobą Maya Lee, z domu Blau, nie należy do matki znajdującej się, jak dobrze wie, w pokoju obok, lecz do Deborah Fisher mieszkającej w Nowym Jorku, oddalonym niemal o siedemnaście tysięcy kilometrów w linii prostej od domu Mai Lee w Melbourne.

Trzy dni później, 28 czerwca 2006 roku, Magda Blau umiera, ale jej historia żyje dalej na ramieniu Deborah Fisher. Nowojorska ergoterapeutka także jest córką ocalonego z Holokaustu[1], a jej intencją jest podtrzymywanie pamięci o Auschwitz. Nigdy nie poznała Magdy Blau, ale słyszała o jej losach. Była pod wrażeniem odwagi tej słowackiej Żydówki, która gdy tylko mogła, wykorzystywała swą pozycję starszej bloku dla dobra współwięźniów. Nawet najdrobniejsze gesty mogły w tym miejscu zdziałać cuda[2].

Pomieszczenia dla więźniów w obozach koncentracyjnych nazywano blokami i numerowano. Starszymi bloków – blokowymi – byli więźniowie, którym SS powierzało funkcje zarządzające. Podlegali oni bezpośrednio blockführerom z SS i odpowiadali przed nimi za dyscyplinę, czystość i porządek w swoim bloku. Sposób, w jaki Magda Blau (wtedy Magda Hellinger), sprawowała tę funkcję w bloku 10, wiele z ocalonych kobiet zachowało we wdzięcznej pamięci. Różni się tym od jednej ze swoich następczyń, Margit Neumann, a zwłaszcza od blokowych w innych barakach w początkowym okresie istnienia obozu w Auschwitz, gdy SS powierzało te funkcje więźniom skazanym za ciężkie przestępstwa kryminalne.

W bloku 10 lekarze nazistowscy trzymali kobiety jak króliki doświadczalne. Przeszły one selekcję pod kątem ich wymagań – i częstokroć przez nich samych dokonywaną: większość od razu po przybyciu do Auschwitz, niektóre także w obozie Birkenau. Wszystkie te kobiety łączyło jedno: były Żydówkami. Rosaline de Leon, ocalona z Holandii, wspomina, że jej towarzyszki z tego bloku pochodziły „ze wszystkich krajów” i były „najróżniejszej narodowości”. „Były tam Polki, Niemki, Greczynki, Czeszki, Słowaczki, Belgijki i Francuzki”[3].

Główną funkcję w bloku 10 pełnił ginekolog, prof. dr n. med. Carl Clauberg. Objął on ten blok wiosną 1943 roku, z zamiarem przetestowania na kobietach autorskiej metody masowej sterylizacji. Wkrótce, bez najmniejszych skrupułów, dołączyli doń z własnymi eksperymentami inni lekarze. Dr n. med. Horst Schumann bezwzględnością miał już okazję popisać się w ośrodkach eutanazji Grafeneck (okręg Reutlingen) i Sonnenstein (okręg Pirna), uczestnicząc w mordowaniu osób ułomnych i psychicznie chorych. W bloku 10 dokonywał selekcji kobiet do eksperymentów dotyczących metod sterylizacji przy użyciu promieni rentgenowskich. Dr n. med. Eduard Wirths, ostatnia ranga sturmbannführer SS, jako naczelny lekarz garnizonowy w Auschwitz był najwyższy stopniem. Dodatkowo prowadził badania nad powstawaniem raka szyjki macicy i dokonywał operacji na kobietach z tego bloku, nie pytając ich o zgodę, lub też zlecał je lekarzom, którzy sami byli więźniami; w terminologii obozowej nazywano ich „lekarzami więźniami”. Bakteriolog, dr n. med. Bruno Weber, kierował utworzonym w kwietniu 1943 roku w bloku 10, a następnie przeniesionym do podobozu w Rajsku Badawczym Ośrodkiem Higieniczno-Bakteriologicznym Waffen-SS i Policji Południe-Wschód. Podlegał on bezpośrednio Instytutowi Higieny Waffen-SS i współpracował z Głównym Urzędem Gospodarki i Administracji SS, któremu podlegały wszystkie obozy koncentracyjne. Weber, ostatni stopień służbowy hauptsturmführer SS, zmuszał kobiety z bloku 10 do oddawania krwi do badań specjalnych, w ilościach zagrażających życiu. Interesował się reakcjami organizmu na wstrzykiwanie krwi odmiennej grupy. Bakteriolog, dr n. med. Hans Münch, był zastępcą Webera i miał swój wkład w działalność eksperymentalną: pracował nad wczesnym wykrywaniem gośćca stawowego oraz metodami określania grupy krwi na podstawie analizy śliny. Także lekarze spoza Auschwitz wykorzystywali do swych doświadczeń osoby z bloku 10, jak gdyby chodziło o jakiś magazyn materiału ludzkiego. Dr n. med. Helmut Wirths (Hamburg), brat naczelnego lekarza garnizonowego, kazał przysyłać sobie bądź też swemu szefowi, prof. dr. Hansowi Hinselmannowi (Hamburg), próbki tkanek. Helmut Wirths co najmniej uczestniczył w eksperymentach dotyczących wczesnego rozpoznawania raka szyjki macicy, jeśli ich wręcz sam nie inicjował. Dr n. med. Bruno Beger (Monachium) i dr n. med. Hans Fleischhacker (Tybinga) wyselekcjonowali 29 żydowskich kobiet z bloku 10 (a także 57 mężczyzn ze szpitala dla więźniów, tak zwanego rewiru), które sklasyfikowali według kryteriów „rasowo-antropologicznych”. Tych 86 osób narodowości żydowskiej deportowano do KL Natzweiler-Struthof, tam zamordowano, a ich zwłoki zostały przesłane do Instytutu Anatomii ówczesnego Uniwersytetu Rzeszy w Strasburgu. Tamtejszy profesor anatomii, dr n. med. August Hirt, zamierzał bowiem rozszerzyć istniejące już Muzeum Anatomii w swoim instytucie zgodnie z – jak to sformułował – „nowoczesnymi aspektami”.

Amerykański psychiatra, prof. Robert Jay Lifton określa blok 10 jako „kwintesencję Auschwitz”[4]. Lifton nie zna obozu z własnego doświadczenia, ale rozmawiał z ocalonymi: z ofiarami i oprawcami. Francuska lekarka, dr Adélaïde Hautval, przez pewien okres lekarka więźniarka w tym budynku, opowiada o niezatartym wrażeniu, jakie wywarło na niej zesłanie do tego „miejsca grozy”. A pochodząca z Kielc lekarka, dr Slavka Kleinová[5], która podobnie jak Hautval została deportowana z Drancy pod Paryżem do Auschwitz, opisuje odczucia, jakie opadły ją pierwszej nocy w bloku 10, następującymi słowami: „Wrażenie, odniesione w pierwszym dniu pobytu w Auschwitz – w pewnym sensie pomieszanie piekła z domem wariatów – nie opuściło mnie całkowicie aż do dzisiaj”[6].

Wielu autorów, gdy choćby metaforycznie próbuje ująć w słowa to, czego opisać się nie da, nazywa Auschwitz piekłem albo odwołuje się do Dantego i jego średniowiecznych okropności. Ale Auschwitz był tworem czysto ziemskim i teraźniejszym. Budzący grozę fakt, że mógł się wydarzyć pośród cywilizowanego ładu, skłania wciąż na nowo do wygłaszania ogólnikowych deklaracji na przyszłość: Auschwitz nie może się powtórzyć. To postulat jak najbardziej słuszny. Jednak ta książka nie została pomyślana jako obowiązkowa lekcja moralności, trudno bowiem nadać cierpieniu kobiet z bloku 10 jakikolwiek sens. Aby potwierdzić fundamentalne prawa człowieka i etykę lekarską, nie potrzeba takich miejsc jak obóz śmierci, a prawa człowieka nie muszą wywodzić swych kryteriów etycznych z negacji zła.

Sens cierpienia tych kobiet wynika przede wszystkim z tego, że – podobnie jak wszystkie ofiary zbrodniarzy nazistowskich – nie mogą zostać zapomniane.

Deborah Fisher kazała sobie w wieku czterdziestu siedmiu lat wytatuować na lewym przedramieniu numer obozowy Magdy Blau, tak jak robiono to w Auschwitz. Chce, by ludzie ją o to zagadywali i pytali o sens jej tatuażu. Ponieważ także ocaleni z Holokaustu odejdą niedługo z tego świata, urodzona po wojnie kobieta sama chce dawać świadectwo, a przez swój prowokacyjny gest pobudzić ożywioną dyskusję[7]. Dydaktyczna intencja tatuażu Deborah Fisher jest godna szacunku i choć skłania do myślenia, to jednak także irytuje. W ostatecznym rozrachunku bardziej zwraca uwagę na prowokatorkę niż na jej intencje.

Przypominanie o zbrodniach narodowego socjalizmu, mówi Saul Friedländer, „musi apelować nie tylko do intelektu, ale i do emocji, jeśli ma docierać także do następnych pokoleń”[8]. Ten właśnie postulat podejmuje niniejsza książka, w której na konkretnym przykładzie pseudomedycznych eksperymentów został ukazany z perspektywy osób pokrzywdzonych ogrom nazistowskiej maszynerii zagłady. Nie oznacza to, że sprawcy – w tym wypadku lekarze nazistowscy – zostali pominięci, a inne źródła historyczne nieuwzględnione. Nie oni jednak znajdują się w centrum uwagi. To miejsce należy się ofiarom, na których dokonywano eksperymentów. W bloku 10 były przedmiotem, tu mają być podmiotem.

Podmioty mają imiona, ich nazwiska tworzą tożsamość. To założenie towarzyszyło także wcześniejszym moim pracom, z których chciałbym wymienić jedną: Die Namen der Nummern [Numery mają imiona][9]. Traktuje ona o wspomnianych wyżej 29 kobietach i 57 mężczyznach, którzy w sierpniu 1943 roku zostali zamordowani w KL Natzweiler-Struthof. Chociaż historycy po wielekroć opisywali ową dziwaczną zbrodnię medyczną, która po raz pierwszy została rozliczona sądownie w norymberskim procesie lekarzy, to owych 29 kobiet i 57 mężczyzn, pogrzebanych w masowym grobie, przez sześćdziesiąt lat pozostawało bezimiennymi ofiarami. Autorowi udało się wykazać, że ich identyfikacja jest możliwa. Na granitowym kamieniu na ich grobie na Cmentarzu Żydowskim w Strasburgu wyryte są nazwiska wszystkich 86 ofiar, a strona internetowa (www.die-namen-der-nummern.de) informuje o aktualnym stanie ich zrekonstruowanych biografii. Podczas prac nad badaniem tych 86 biografii ujawniały się drogi życiowe wiodące przez całą Europę, od Larviku w Norwegii po Saloniki w Grecji. Zachowane świadectwa ukazują, że te najróżniejsze drogi 29 bardzo różnych kobiet zbiegły się w bloku 10 obozu macierzystego w Oświęcimiu. Ten fakt stał się dla mnie impulsem do zgłębienia losów tego budynku, znanego także jako „medyczny oddział doświadczalny”. Już podczas wstępnej kwerendy źródeł zdałem sobie sprawę, w jak błędny sposób o nim pisano, jak również z tego, że spośród osób, które tam umieszczono i poddawano eksperymentom, przeżyło Auschwitz znacznie więcej, niż się powszechnie sądzi. Stąd powstał śmiały plan, aby na podstawie relacji naocznych świadków opisać wewnętrzne życie bloku 10 i pokazać, w jaki sposób doszło tam do eksperymentów na ludziach i w jak niewyobrażalnych warunkach przeżywały je ofiary.

Ponieważ administracja obozowa SS przed wyzwoleniem Auschwitz zniszczyła większość prowadzonej skrupulatnie dokumentacji, więc tylko w przybliżeniu da się ustalić liczbę kobiet przetrzymywanych w bloku 10. Przypuszczalnie było ich łącznie około ośmiuset. Jeśli uwzględnić jeszcze ostatnie trzy kwartały roku, aż do ewakuacji obozu, które „ofiary doświadczeń” musiały spędzić w nowo wybudowanym bloku poza obrębem „Stammlager” – obozu macierzystego, to należy doliczyć kolejne dwieście kobiet. Większość z nich przeżyła eksperymenty, często z przerażającymi skutkami ubocznymi, ale zginęła później z różnych przyczyn w Auschwitz lub Birkenau albo podczas marszu śmierci. Mniej więcej trzysta kobiet przeżyło i mogło wrócić do domu. Odnalazłem ich zeznania w charakterze świadków w procesach sądowych, wywiady lekarskie, akty urzędowe, zapiski autobiograficzne, wywiady, protokoły rozmów – po niektórych zostały tylko nazwiska. Z kilkoma ocalonymi, dziś już bardzo wiekowymi, udało mi się jeszcze osobiście porozmawiać. Z przeglądu tych świadectw wyłania się obraz, jakiego nie było do tej pory. Nieomal kompletny. Należało w nim uwzględnić także przeróżne zjawiska dynamiki grupowej: napięcia między poszczególnymi narodowościami, nielegalny handel, przyjaźń i seksualność, solidarność, działalność kulturalną. I oczywiście także cud, że jedna z więźniarek mogła zabrać ze sobą na oddział swego trzyletniego synka, i jeszcze większy cud – że przeżył on marsz śmierci i wyzwolenie.

Blok 10 zalicza się do tych budynków w obozie macierzystym, które nie są ogólnie dostępne dla zwiedzających. W roku 1996 został wyremontowany, co było wkładem landów niemieckich w zachowanie miejsca pamięci Auschwitz-Birkenau. Decyzja kierownictwa muzeum, aby pozostawić blok 10 jako miejsce ciszy, nie oznacza, że wymazuje się życie, jakie się tu niegdyś toczyło. Chciałbym przypomnieć, kim były kobiety, które żyły tu w niepewności swego losu i cierpiały. Dla mnie nie są one anonimowymi ofiarami, ale konkretnymi osobami z imieniem, nazwiskiem i miejscem pochodzenia[10], choć jedynie nieliczne z nich stały się znane, jak choćby słynna skrzypaczka Alma Rosé, siostrzenica kompozytora Gustava Mahlera.

Czytelnika z pewnością zainteresują historie ich życia, które przyniosły ze sobą do Auschwitz, i to wszystko, co czekało je po skierowaniu do tego bloku: eksperymenty na ich ciałach, skutki uboczne, których nigdy im do końca nie uświadomiono, i codzienność w warunkach ekstremalnych. Cierpienia, jakich doznały, nie kończyły się wraz z eksperymentami. Selekcje nieustannie zagrażały ich życiu, więźniarki narażone były na najcięższe choroby, a jeśli przeżyły marsze śmierci, musiały ratować się przed niewysłowioną udręką w kolejnych obozach, zanim wreszcie zostały uwolnione. Uczucie szczęścia, że jest się wśród zwycięzców, bladło w czasie czekającym je po powrocie – ten zaś już nigdy nie miał być beztroski. Kładła się na nim cieniem utrata zdrowia wskutek pobytu w obozach, bezdzietność spowodowana eksperymentami sterylizacyjnymi, bieda będąca wynikiem rabunku ich mienia przed deportacją do obozu, a także niezdolność do pracy z powodu chorób i hiobowe wieści o zamordowanych członkach rodzin i przyjaciołach.

W tekstach dotyczących historii medycyny nie znajdziemy na ten temat żadnych wskazówek, podobnie jak i na temat uwłaczającej biurokracji, jaką musiały znosić ofiary doświadczeń na ludziach, by w końcu, po trwającym wieczność okresie wyczekiwania, otrzymać od Republiki Federalnej na ogół zawstydzająco niską „rekompensatę”. Jeśli ją w ogóle przyznawano. Nie mówiąc już o niedostatecznym, skandalicznym wręcz rozliczeniu karnosądowym z tymi zbrodniami.

O tym wszystkim nie wolno zapominać, jeśli w przyszłości będzie się mówić o doświadczeniach medycznych w Auschwitz, które powszechnie łączy się jedynie z nazwiskiem Josefa Mengele[11]. Tę książkę poświęcam kobietom z bloku nr 10 i ich bliskim. Jej drugie wydanie zostało starannie poprawione.

COŚ WIĘCEJ NIŻ SPOTKANIE PO LATACH

AUGUSTA NATHAN I CARL CLAUBERG

„Widział pan tę świnię?” Augusta Nathan czuje dobrze znany, tępy ból. Jest 11 października 1955 roku. „Świnia”, którą właśnie można było zobaczyć w telewizji, nazywa się Carl Clauberg. Przed trzynastu laty zniszczył jej życie. Życie jej i paru setek innych kobiet. Nigdy nie zdołała go zapomnieć. Carl Clauberg, profesor medycyny, winny zbrodni przeciw ludzkości. Od przeszło dziesięciu lat go nie widziała, nie słyszała też o miejscu jego pobytu. Ale ból, który jej zadał, odczuwa każdego dnia. Niespodziewanie ów Carl Clauberg znowu się pojawił. Z głęboką wiarą w przyszłość przemawiał do mikrofonu jakiegoś reportera. Czeka go znakomita kariera medyczna w młodej Republice Federalnej, dostał drugą szansę – to przeświadczenie biło z całej jego postaci. Augusta Nathan przebywa akurat z wizytą w Düsseldorfie. Musi natychmiast porozmawiać z Hendrikiem van Damem, sekretarzem generalnym Centralnej Rady Żydów w Niemczech. Podnosi słuchawkę i mówi do telefonu: „Widział pan tę świnię?”[1].

W połowie września 1955 roku Republika Federalna Niemiec i Związek Radziecki nawiązały stosunki dyplomatyczne. Ta umowa potwierdzała status NRD jako drugiego państwa niemieckiego i zawierała dane ustnie słowo honoru sowieckiego premiera Nikity Chruszczowa, że w ciągu tygodnia wypuści wszystkich znajdujących się jeszcze w Związku Radzieckim niemieckich jeńców wojennych i cywilnych. Dzięki temu z początkiem października do obozu przejściowego Friedland przybyło około dziesięciu tysięcy repatriantów. Wśród nich profesor medycyny Carl Clauberg.

Ludność z entuzjazmem wita zwolnionych jeńców, zainteresowanie ich przyjazdem przekracza wszelkie granice. Ogromne tłumy gromadzą się niemal we wszystkich większych miastach na centralnych placach i w radosnym nastroju oczekują powracających. W Kilonii, gdzie Clauberg zamieszka początkowo u swej siostry, w nocy z 10 na 11 października 1955 roku na oświetlonym rynku wybuchają okrzyki radości, gdy trąbiąc i mrugając światłami, zbliża się autobus z uwolnionymi mężczyznami. „Nawet ci, którzy się nigdy wcześniej nie spotkali, padali sobie w ramiona”, donosi gazeta „Kieler Nachrichten” następnego dnia. „Siła słów nie wystarcza, by oddać wszystkie emocje tej chwili”. Nocne powitanie kończy się „zwrotką niemieckiego hymnu, Pieśni Niemców”. Której, nie podano.

Jednakże profesor medycyny nie przyjeżdża do Kilonii tym autobusem, lecz dzień później koleją. Po niecałym tygodniu pobytu udaje się do szpitala, by poddać się operacji przepukliny. Dwa dni przed zabiegiem pisze do żony: „Zamierzam właśnie wkroczyć na drogę – planowaną od dawna – prowadzącą ku publicznej obecności w świecie i zostaniu osobistością, której nie wymaże się tak łatwo z kart świata – przynajmniej tego zainteresowanego”[2].

Augusta Nathan od dziesięciu lat cieszy się wolnością. Już nigdy jednak nie uwolni się od swych wojennych przeżyć. Przetrwała Auschwitz, marsz śmierci do Ravensbrück i KL Neustadt-Glewe. Gdy ona powracała do domu, nikt jej nigdzie nie oczekiwał, na żadnym rynku. Z drugiej strony trudno powiedzieć, który rynek mógłby tu wchodzić w rachubę. Gdzie jest teraz jej ojczyzna? Po wojnie Augusta Nathan nie chce żyć ani w Niemczech, ani gdziekolwiek indziej w Europie. Obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych. W Düsseldorfie przebywa tylko po to, by wyjaśnić sprawy związane z roszczeniami o rekompensatę za osadzenie w obozie koncentracyjnym i utratę majątku. To przypadek, że jej podróż do Niemiec zbiegła się z powrotem Clauberga. 3 listopada 1955 roku składa doniesienie o popełnieniu przestępstwa, podobnie jak uczyniła to tydzień wcześniej Centralna Rada Żydów w Niemczech. Ponadto wnosi o dopuszczenie jej jako oskarżycielki posiłkowej w ewentualnym procesie karnym[3]. 7 listopada 1955 Hermann Langbein z Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego wnosi kolejne oskarżenie przeciwko Carlowi Claubergowi o popełnienie przestępstwa, tym razem także przestępstwa przeciwko życiu. 14 listopada 1955 roku Centralna Rada Żydów składa w prokuraturze listę z nazwiskami 23 świadków[4]. 19 listopada – zabieg chirurgiczny profesora przebiegł pomyślnie – w „Kieler Nachrichten” pod wytłuszczonym nagłówkiem „Pilne!” ukazuje się ogłoszenie drobne:

„Prof. dr n. med. Carl Clauberg poszukuje kilku biegłych maszynistek, bezrobotnych (co mało prawdopodobne) lub gotowych wieczorami po pracy, w ramach nadgodzin, pomagać mi przez kilka dni po 2 do 3 godzin dziennie”. Osoby zainteresowane mają się zgłaszać do niego w „Uniwersyteckiej Klinice Chirurgicznej (oddział prywatny, pokój 1)”. „Niewykluczone, że dla najlepszej z nich pojawi się możliwość zatrudnienia na stałe. W takim wypadku obowiązuje okres próbny, towarzyszenie mi w podróżach po Niemczech, kończących się pobytem sanatoryjnym (4 tygodnie), w tym okresie także praca dla mnie po 2–3 godziny dziennie. Zapewnione mieszkanie i wyżywienie oraz wynagrodzenie”.

Nie wiadomo, ile zainteresowanych kobiet zgłosiło się do Clauberga. W aktach natomiast wymienieni zostali inni goście: 19 listopada w klinice zjawia się sędzia śledczy z prokuratorem w celu przeprowadzenia pierwszego przesłuchania. Gdy pada nazwisko pani A.[5], Clauberg stwierdza, że nie przypomina jej sobie. Nie jest to z jego strony ani kłamstwo, ani twierdzenie podyktowane chęcią uniknięcia odpowiedzialności. Obozowe nazwisko kobiety składającej zawiadomienie o przestępstwie brzmiało bowiem inaczej niż to, pod którym zwróciła się ona do prokuratury. W Auschwitz nazywała się jeszcze Augusta Nathan. Paul Nathan, którego poślubiła w roku 1921 roku w Düsseldorfie, zginął w Auschwitz, w 1950 wyszła powtórnie za mąż.

„To prawda, że sam także wykonywałem zabiegi sterylizacji”, zeznaje do protokołu ginekolog Carl Clauberg podczas przesłuchania. „Niewykluczone, że uczyniłem to także w przypadku pani A.”[6]. W bloku 10 „oddano mu do dyspozycji” łącznie czterysta kobiet. On sam wysterylizował, jak twierdzi, jedynie 22 kobiety[7]. Pozostałe zabiegi sterylizacji przeprowadzali pewien chemik i feldfebel sanitariusz, wprawdzie na jego polecenie, ale tylko i wyłącznie po to, aby „uczynić tę metodę dla wszystkich bezbolesną”. Jako kolejny dowód swej szlachetnej postawy podaje fakt, że w przypadku wszystkich tych czterystu kobiet „chodziło o całkiem zwyczajne Żydówki”. Innymi słowy: i tak musiałyby się liczyć z tym, że zostaną zagazowane. „Jedynym uszczerbkiem, jaki mogły ponieść te kobiety, jest bezpłodność”. Wszelkie inne urazy są wykluczone. „Nie przeprowadzałem doświadczeń na setkach i tysiącach kobiet, lecz na 150 kobietach zastosowałem wypróbowaną przeze mnie na zwierzętach metodę nieoperacyjnej sterylizacji”. Razem z tymi 150 kobietami, to jego osobiste obliczenia, „uratował dzięki temu od śmierci w sumie 400 kobiet”[8]. W uzasadnieniu swego zażalenia na tymczasowe aresztowanie Clauberg jeszcze bardziej podkreśla swą rzekomą niewinność: niepłodność spowodowana jego zastrzykami była wprawdzie zamierzona i rzeczywiście następowała, jednakże działał on zawsze „w porozumieniu z tymi kobietami”. „Stworzona przeze mnie placówka uważana była za «instytut ratujący życie». Wśród więźniarek panowała wręcz mania, aby się tam dostać”[9].

21 listopada 1955 roku Carlowi Claubergowi wręczony zostaje nakaz aresztowania. Zarzut brzmi: Między rokiem 1942 a 1945 w KL Auschwitz „maltretował fizycznie i spowodował szkody zdrowotne” u co najmniej 150 kobiet, z takim skutkiem, „że poszkodowane kobiety utraciły płodność, przy czym był to skutek zamierzony, który też nastąpił”[10]. Zażalenie Clauberga na nakaz aresztowania zostaje odrzucone 24 listopada przez 1. Wielką Izbę Karną sądu krajowego w Kilonii[11].

Bez żadnej swojej winy, z tego tylko powodu, że jest Żydówką, Augusta Nathan została wyrwana ze swego domu i środowiska. „Byliśmy rodziną jak miliony innych na świecie”, pisze w swej autobiografii, rodziną z radościami i troskami. „Nikomu nie wyrządziliśmy świadomie krzywdy, życie zdawało się toczyć utartym szlakiem, póki do władzy nie doszli naziści”[12]. Urodziła się 26 czerwca 1901 roku w Gelsenkirchen jako córka Hermanna i Idy Cohn (z domu Horn). Ze swym pierwszym mężem, kupcem z Viersen, założyła w Düsseldorfie rodzinę; w latach 1925 i 1929 na świat przyszli ich synowie Kurt i Herbert. Paul Nathan otworzył sklep z tekstyliami.

„Mieliśmy nasz dom, naszych przyjaciół, to wszystko, co nazywa się ojczyzną, w Niemczech, tak samo jak nasi rodzice i dziadkowie, i wiele pokoleń przed nimi. W taki sposób człowiek zapuszcza korzenie i nie potrafi się jednym szarpnięciem oderwać od tego wszystkiego”. Mimo to stosunkowo wcześnie postanawiają opuścić Niemcy: Augusta Nathan, jej mąż, obaj ich synowie oraz szwagier, Siegfried Nathan, który musi porzucić swą praktykę lekarską w Viersen. Mgliste plany emigracji rodzina snuła już przed przejęciem władzy przez narodowych socjalistów, urzeczywistnia je jesienią 1935 roku. Troje dorosłych jedzie autem do przyjaciół w Alicante i sonduje sytuację. Augusta wraca samolotem, likwiduje praktykę lekarską szwagra i swoje własne gospodarstwo domowe, pertraktuje z konsulatami, urzędami skarbowymi i innymi instytucjami. „1 grudnia 1935 roku[13] – po raz pierwszy, ale nie ostatni – pozostawiliśmy za sobą przeszłość i cząstkę naszego życia, a ja poleciałam z moimi dwoma synkami, z których jeden miał wówczas pięć, a drugi dziewięć lat, do Barcelony”. W Alicante rodzina znajduje mieszkanie, poznaje kraj i ludzi, uczy się języka, buduje nowe życie. „Jednym słowem: było nam tam dobrze, czuliśmy się szczęśliwi i zadowoleni i zaczęliśmy zapuszczać korzenie”.

Ta idylla trwa nie dłużej niż rok. W nowej ojczyźnie dochodzi do puczu faszystów przeciwko rządowi Frontu Ludowego, wybucha wojna domowa, a Nathanowie, którzy początkowo znajdują się w opanowanej przez republikanów części Hiszpanii, mają problem: są Niemcami, a dla Hiszpanów jest bez znaczenia, że są prześladowanymi Żydami. „Liczyła się nie nasza ucieczka z Niemiec, lecz nasze paszporty”. Zażądano, aby opuścili kraj.

Z ciężkimi sercami piątka Nathanów pakuje walizki, zostawiając wszystko inne, w nadziei, że niebawem będą mogli wrócić. „Ale ta nadzieja rychło się rozwiała”. Na francuskim statku wiozącym uciekinierów płyną w połowie sierpnia 1936 roku do Marsylii, a stamtąd na zaproszenie przyjaciół udają się do Szwajcarii. Dzieci mogą tam wprawdzie chodzić do szkoły, ale dorosłym nie wolno pracować, ponieważ są cudzoziemcami. Nie pozostaje im już zbyt wiele możliwości. Siegfried i Paul Nathanowie jadą do Belgii i badają szanse osiedlenia się w tym kraju. Dwa miesiące później dołącza do nich Augusta z dziećmi, jej mąż znalazł jakąś posadę. Ale i Belgia pozostaje tylko epizodem, po ośmiu miesiącach zostają wydaleni jako niepożądani cudzoziemcy. Tymczasem Siegfriedowi Nathanowi udaje się załatwić wizę do Stanów Zjednoczonych; opuszcza Królestwo Belgii i płynie do Chicago.

Pomniejszona o niego rodzina Nathanów próbuje szczęścia w Holandii, wynajmuje umeblowane mieszkanie w Scheveningen i krótko przed Bożym Narodzeniem 1938 roku sprowadza do siebie matkę Paula, której podczas nocy pogromów całkowicie zniszczono mieszkanie. Do tego momentu Rosa Nathan mieszkała ze swym synem Alfredem w Viersen. „Straciliśmy nadzieję, że uda nam się jeszcze znaleźć w Europie jakieś schronienie, dom”, wspomina Augusta Nathan. Wszędzie są tylko tolerowanymi cudzoziemcami z problemami mieszkaniowymi i bez pracy. Dlatego też Nathanowie szukają możliwości wyjazdu do USA. „Po dwuletnich staraniach otrzymaliśmy wreszcie w kwietniu 1940 roku wizę do Ameryki. Byliśmy uszczęśliwieni. Tymczasem wybuchła wojna, w Holandii już kilkakrotnie robiło się gorąco, lada moment spodziewano się napaści Niemców. Walizki zostały szybko spakowane i zaniesione do spedycji, papiery uporządkowane, znaleziony pensjonat dla mojej teściowej. Staliśmy już, by tak rzec, jedną nogą na statku, który miał nas powieźć ku wolności, i wtedy, 10 maja 1940 roku, Niemcy napadli na Holandię”. Wszystko stracone. „Czekał nas teraz ciężki okres, najcięższy w naszym życiu. A jednak wtedy nawet w przybliżeniu nie byliśmy w stanie wyobrazić sobie, jak ciężki miał to być czas”.

Carl Clauberg jest niecałe trzy lata starszy od Augusty Nathan; urodził się 28 września 1898 roku we wsi Wupperhof w regionie Bergisches Land jako najstarszy syn mistrza nożowniczego. W Kilonii, dokąd rodzina przeprowadziła się na początku XX wieku, jego ojciec otworzył sklep z bronią. Syn Carl zakończył naukę w szkole, uzyskując maturę. Następnego dnia, zaraz po egzaminach, otrzymał powołanie do wojska. Jako żołnierz piechoty wyruszył na pierwszą wojnę światową, w 1917 roku dostał się do niewoli brytyjskiej, skąd został zwolniony dopiero w 1919 roku. „Już od dawna interesowało mnie badanie biologii człowieka, wcześnie też czułem w sobie powołanie do zawodu lekarza”, mówi Clauberg o swych zawodowych zainteresowaniach[14]. Jeszcze w niewoli jenieckiej kazał sobie przysyłać książki z Niemiec, aby przygotować się do studiów. Natychmiast po powrocie zapisał się w Kilonii na medycynę. Studiował w trybie przyspieszonym: po czterech semestrach – studiując także w Hamburgu i Grazu – zdał pierwszy egzamin lekarski, po pięciu kolejnych już egzamin państwowy (nota: „dobry”), a potem jeszcze siedem miesięcy, i praca doktorska (o przyczynach śmierci przy zatorach powietrznych) była ukończona. 1 kwietnia 1925 roku Clauberg uzyskał prawo wykonywania zawodu lekarza i tytuł doktorski.

Dwa lata wcześniej, 23 maja 1923 roku, gazeta „Kieler Nachrichten” donosiła o pewnym studencie medycyny, który około godziny trzeciej w nocy odprowadzał do domu młodą kobietę po uroczystości zaręczyn i wskutek nadmiernego spożycia alkoholu tuż przed jej mieszkaniem przewrócił się na kamiennych schodach. Dwóch przechodniów miało mu pomagać wstać, z trzecim, który do nich doszedł, wdał się w sprzeczkę, na co ów uderzył studenta od tyłu kilkakrotnie laską w głowę. Młody człowiek odwrócił się, wyciągnął pistolet i strzelił. „Obracając się, sięgnąłem instynktownie do kieszeni po pistolet, wyszarpując go, natychmiast odbezpieczyłem i poderwałem do góry”, opowiadał Carl Clauberg trzydzieści lat później, zapewniając, że w tym momencie uderzeniem laski pistolet został mu rzekomo wybity z ręki i wtedy padł strzał. Trafiony zmarł na miejscu: był to pięćdziesięciojednoletni robotnik, ojciec dorosłych dzieci, który właśnie wybierał się w podróż.

Rzekomy napastnik miał w ręku laskę, gdyż był niewidomy[15]. Tak w każdym razie przedstawiał sprawę syn ofiary. Natomiast prokuratura uwierzyła w wersję Clauberga o działaniu w obronie koniecznej i nawet nie skierowała sprawy do sądu. Dwa lata po tym incydencie także jego matka sięgnęła po pistolet w sytuacji, w którą została wplątana i którą określiła jako obronę konieczną. Jej mąż mianowicie zdradzał ją z przyjaciółką. Emma Clauberg zaczaiła się na oboje na wiadukcie nad ulicą, a gdy ich samochód się zbliżył, wystrzeliła – ale chybiła. Sąd ławniczy skazał zazdrosną żonę na grzywnę z powodu gróźb karalnych[16].

Jako lekarz asystent w Klinice Chorób Kobiecych uniwersytetu w Kilonii Carl Clauberg zajmował się w latach 1925–1932 głównie kwestiami naukowymi dotyczącymi płodności kobiet. Było to zgodne z ówczesnym priorytetem kliniki, czyli badaniami nad żeńskimi hormonami płciowymi i cyklem menstruacyjnym. W toku szeroko zakrojonych badań histologicznych medykom z Kilonii po raz pierwszy udało się udowodnić, że zidentyfikowany właśnie hormon płciowy, należący do grupy gestagenów progesteron, wywołuje w drugiej połowie cyklu znaczące zmiany w śluzówce macicy. W roku 1930 Clauberg opublikował w prasie fachowej test gestagenowy, za pomocą którego można było wykluczyć niepłodność i który w zmodyfikowanej formie stosowany jest do dzisiaj jako „test Clauberga”. Utalentowany lekarz opracował go w ścisłej współpracy z głównym laboratorium koncernu farmakologicznego Schering-Kahlbaum AG. Przez pewien okres Clauberg współpracował z biochemikiem Adolfem Butenandtem, laureatem Nagrody Nobla z roku 1939. Dzięki tej współpracy udało mu się dodatkowo wyodrębnić oba hormony, estrogen i progesteron (które wytwarzane są kolejno, jeden po drugim, w kobiecym cyklu), stwarzając podstawy do syntetycznej produkcji obu tych substancji czynnych. Występują one w lekach o nazwie progynon i proluton, które stosuje się do dzisiaj przy leczeniu niepłodności[17].

W roku 1932 ambitny naukowiec przeniósł się do Królewca, do uniwersyteckiej kliniki ginekologicznej kierowanej przez prof. Felixa von Mikulicza-Radeckiego i w 1933 roku uzyskał habilitację z tematu Kobiece hormony płciowe i ich oddziaływanie na cykl owulacyjny oraz na przedni płat przysadki mózgowej[18]. W opublikowanej w tym samym roku habilitacji analizował już problem, jak można wywoływać czasową bezpłodność za pomocą sterowania hormonalnego. Najwyraźniej podobała mu się wizja możliwości sterowania kobiecą płodnością w obu kierunkach. Opublikowana w roku 1936 rozprawka już samym brzmieniem tytułu zdradzała oba kierunki jego badań: Badania doświadczalne nad sterylizacją hormonalną i usuwaniem wywołanej hormonalnie bezpłodności[19].

Trudno udowodnić, jak dalece Clauberg przed rokiem 1933 aprobował nazistowskie postulaty czystości rasy. Ale już w kwietniu 1933 wstąpił do NSDAP i SA, został członkiem w sądzie do spraw dziedzicznych obciążeń potomstwa, rozstrzygającym formalnie o przymusowej sterylizacji, a od lutego 1936 roku był w gronie tych niewielu lekarzy, którzy uzyskali prawo przeprowadzania sterylizacji promieniami rentgenowskimi.

W lipcu 1937 roku – był już wtedy ordynatorem – Clauberg został mianowany docentem, a w 1939 profesorem nadzwyczajnym. W okresie pracy w Królewcu zajmował się badaniami nad nowymi sposobami leczenia bezpłodności u kobiet z niedrożnymi jajowodami za pomocą wysokich dawek syntetycznych estrogenów, zwanych wtedy hormonem folikulotropowym. Jego sukcesy przekładały się na imponujące honoraria płacone przez zakłady Schering, nie przyniosły mu one jednak upragnionego powołania na katedrę uniwersytecką. Przy rekrutacji w Grazu, Kilonii i Marburgu preferowano innych kandydatów[20]. W lutym 1940 roku Clauberg objął jednocześnie w Königshütte (Królewska Huta, dziś Chorzów) kierowanie kliniką położniczą szpitala górniczego i oddziału położniczego katolickiego Szpitala św. Jadwigi. Także za polskich rządów oba te stanowiska pozostawały w gestii jednego człowieka.

Z punktu widzenia Friedel Clauberg jej mąż, którego poślubiła 6 kwietnia 1933 roku, w latach 1933–1939 osiągnął szczyty w swej działalności naukowej. Podczas pracy w zawodzie lekarza opublikował około siedemdziesięciu artykułów fachowych. Wszystkie wysiłki Clauberga kierowały się w owym czasie, jak sam twierdzi, na leczenie bezpłodności u kobiet. „Robiąc wszystko, co w mojej mocy, by wspierać go w pracy lub mu pomagać, czy to referując materiały, zapisując prace naukowe w formie stenogramów bądź na maszynie czy też rezygnując ze stworzenia przytulnej domowej atmosfery, więcej, wręcz rezygnując z własnych potrzeb, czyniłam to zawsze z najgłębszym zaufaniem do jego pracy, nierzadko poświęcając siebie”, mówi Friedel Clauberg, która sama była kiedyś pacjentką swego późniejszego męża[21]. W roku 1928 zdołał on, wedle własnych słów, uratować ją od śmierci, dokonując ryzykownej operacji; kobieta cierpiała wówczas na zapalenie otrzewnej w obrębie miednicy (pelveoperitonitis – zapalenie narządów miednicy mniejszej). Niestety, skutkiem ubocznym tej operacji była trwała bezpłodność. I właśnie ten skutek prowadził w małżeństwie do wielu przykrych scen. Raz nawet ordynator przystawił naładowaną strzelbę myśliwską do ust żony, pytając, czy ma nacisnąć spust. Jeśli go kocha, to powinna też być gotowa dla niego umrzeć. „Miałam wrażenie, że znajdował szczególne upodobanie w tym, że doprowadzał mnie do takiego stanu, że szlochając i płacząc, załamywałam się. Z drugiej strony potrafił mnie prosić o wybaczenie w taki sposób, że za każdym razem mu ulegałam”, opisuje Friedel Clauberg częsty schemat ich zachowań[22].

Carl Clauberg mierzył tylko 154 centymetry wzrostu. Odbiegało to znacznie od wzrostu obowiązującego w SS, której członkiem, wbrew licznym twierdzeniom, nigdy nie został. Można domniemywać, że niski wzrost wywoływał u niego kompleks niższości. Przeszkody w karierze uniwersyteckiej jeszcze bardziej pogłębiały i tak już widoczną psychiczną chwiejność, która wkrótce zaczęła się manifestować skrajnie zmiennymi emocjami, despotycznym zachowaniem, chorobliwą ambicją i ekscesami alkoholowymi. Dobry niegdyś znajomy Clauberga z czasów pobytu w Königshütte, sięgając pamięcią wstecz, zeznał jako świadek w 1955 roku: „Pan Clauberg był bez wątpienia obdarzony nadzwyczajną inteligencją, nie miał też żadnego powodu, by wątpić w swoje kwalifikacje lekarza i naukowca. Niewątpliwie jednak cechowało go niezwykłe przecenianie własnego znaczenia, jak też wagi swoich naukowych i medycznych osiągnięć. Mówił zawsze w taki sposób, jak gdyby inni lekarze na niczym się nie znali, on natomiast dokonywał rzeczy nadzwyczajnych. Zawsze jednak miał skłonność do agresywnej arogancji i, zwłaszcza po alkoholu, łatwo wybuchał gniewem”. I jakby widząc w tym spełnienie wczesnej przepowiedni, znajomy ów wspomina, że Friedel Clauberg powiedziała mu o pewnym zastanawiającym zdaniu swego męża z początkowego okresu ich wtedy jeszcze szczęśliwego małżeństwa: „Friedel, twój Carl albo zasiądzie na złotym tronie, albo zostanie zbrodniarzem”[23].

Szczęście posiadania dziecka, które nie było im dane, para próbowała początkowo rekompensować w ten sposób, że przyjęła do siebie na pewien czas córkę szwagierki Carla Clauberga. „Pragnienie dziecka u mojego męża w ten sposób też nie zostało zaspokojone”, powiedziała jego żona podczas przesłuchania po wojnie. „To musiało być po prostu «własne» dziecko”[24]. Po kilku latach małżeństwa Carl Clauberg nawiązał intymny stosunek ze swoją sekretarką, którą zatrudnił w Królewcu i która przeprowadziła się także do Königshütte. Spłodził z nią córkę i syna, którzy przyszli na świat w latach 1940 i 1943. Adoptował dzieci i zażądał, aby żona wychowywała je razem z nim. On tymczasem kontynuował z sekretarką nie tylko stosunek pracy. Okresowo żył w Königshütte z obiema kobietami naraz, nakłonił też żonę, aby na pewien czas pojechała w Beskidy[25]. Kilka razy sekretarka pojawiła się w Auschwitz i, jak przyznała podczas przesłuchania, „raz czy dwa uczestniczyła w doświadczeniach doktora Clauberga”[26].

AUSCHWITZ. POCZĄTKI

KOBIETY PRZYBYWAJĄ DO OBOZU

Koszary to nie miejsce dla kobiet. Nie w Auschwitz. W każdym razie nie przed rokiem 1942. Oświęcim, położony na południu Polski, był niepozornym miasteczkiem z rynkiem, ratuszem, kościołem, synagogą, wokół znajdowały się pola uprawne, kilka gorzelni i koszary. Do tego dworzec ponadregionalnej linii kolejowej Wiedeń–Kraków, przy trasie lokalnej do Katowic, która łączyła się z linią do Berlina przez Wrocław. Przed drugą wojną światową Oświęcim liczył około czternastu tysięcy mieszkańców, z tego blisko sześćdziesiąt procent stanowili Żydzi.

Oświęcim nazywa się już Auschwitz, gdy 28 marca 1942 roku pociągiem wraz z tysiącem żydowskich kobiet z Bratysławy, stolicy Słowacji, przybywa tam Margita Švalbová. Kobiety nie przyjeżdżają tu dobrowolnie – zostały wywiezione pociągami towarowymi z ich ojczyzny. Słowacja, która się ich pozbyła, jest państwem młodym: powstała po rozbiciu Czechosłowacji, istnieje ledwie trzy lata i jest na tyle suwerenna, na ile pozwalają jej niemieccy sąsiedzi. To znaczy w niewielkim stopniu, od kiedy narodowi socjaliści zabrali się do burzenia starej Europy i wraz ze swymi pomocnikami zaczęli budować własny ład. Także w Polsce. Po napaści na Polskę i jej podbiciu Niemcy przemienili Oświęcim w niemieckie miasto przemysłowe Auschwitz, a miejscowe koszary początkowo w obóz pracy, a następnie w obóz zagłady.

Dwadzieścia budynków z cegły, ogrodzenie z drutu kolczastego i dwa ceglane budynki na zewnątrz: tak w lecie 1940 roku zaczyna się historia najstraszniejszego obozu koncentracyjnego wszech czasów. Teren ten leży w odległości około dwóch kilometrów na południe od centrum miasta, oddzielony od niego rzeką Sołą. Tylko sześć z dwudziestu budynków z czerwonej cegły, otoczonych ogrodzeniem, miało dwie kondygnacje. Zatrudnieni przymusowo Polacy musieli podwyższyć czternaście pozostałych o jedno piętro, ponadto zbudować wieże strażnicze, przebudować dawny magazyn prochu na krematorium, a jeden budynek przerobić na więzienie. Więzienie w więzieniu, wkrótce już nazywane tylko blokiem 11 albo blokiem śmierci. Niemieccy okupanci zarzucili już wtedy pierwotne plany, by utworzyć w tym miejscu obóz zbiorczy dla Polaków, którzy mieli być deportowani do pracy przymusowej w Niemczech.

„Trzy lata temu”, pisał polski poeta Tadeusz Borowski po swoim uwolnieniu z obozu, „były tu wioski i osiedla. Były pola, drogi polne i grusze na miedzy. Byli ludzie, którzy nie byli lepsi ani gorsi od innych. Potem przyszliśmy my. Wygnaliśmy ludzi, rozbiliśmy domy, zrównaliśmy ziemię, umiesiliśmy ją na błoto. Postawiliśmy baraki, płoty, krematoria. Przywlekliśmy ze sobą świerzb, flegmonę i wszy”[1]. Między Wisłą a Sołą naziści wytyczyli obejmującą około czterdziestu kilometrów kwadratowych „strefę interesów obozu”, w obrębie której w następnych latach zbudowali jeszcze podobozy. W kolejności chronologicznej powstały tam: Harmęże (grudzień 1941), Budy (kwiecień 1942), Monowice (październik 1942), Babice (marzec 1943), Rajsko (czerwiec 1943), Bobrek (maj 1944) i kilka innych, łącznie 49. W październiku 1941 roku więźniowie obozu macierzystego zaczęli wyburzać domy we wsi Brzezinka, oddalonej o trzy kilometry od kompleksu koszar, i wznosić tam obóz zagłady Auschwitz-Birkenau, który zgodnie z pierwotnymi planami miał pomieścić sto pięćdziesiąt tysięcy więźniów – radzieckich jeńców wojennych. Około dziesięciu tysięcy faktycznie zostało przetransportowanych do Auschwitz i umieszczonych w dziewięciu blokach obozu macierzystego. Umierali oni masowo z powodu chorób, maltretowania i doświadczeń z cyklonem B[2].

Szkic „Strefy interesów obozu”. Obóz koncentracyjny Auschwitz.

Wejście do bloku 10, zdjęcie zrobione wczesną wiosną 2010 roku.

Każdego roku 14 czerwca uroczystość rocznicowa w Oświęcimiu przypomina o pierwszym transporcie polskich więźniów politycznych do obozu. Przyjechał on z Tarnowa w 1940 roku i liczył 728 mężczyzn skoszarowanych w Auschwitz; otrzymali oni numery obozowe od 31 do 759. W znacznej części byli to gimnazjaliści, studenci i polscy żołnierze, których aresztowano podczas ucieczki w kierunku granicy słowackiej[3]. Numery od 1 do 30 otrzymali trzy tygodnie wcześniej niemieccy więźniowie z terenu Rzeszy, których przetransportowano tu z KL Sachsenhausen; jako przedłużone ramię SS mieli oni objąć funkcje nadzorcze i kontrolne. W obu budynkach za drutami elektrycznymi SS urządziło administrację obozową i zakwaterowało straże, początkowo stu esesmanów oraz oficerów i podoficerów różnych stopni[4]. Jeszcze w czerwcu 1940 roku na rozkaz Niemców polscy więźniowie wykuli łuk bramy z cynicznym napisem „Arbeit macht frei” (Praca czyni wolnym). Już 31 grudnia 1940 roku przydzielono numer obozowy 7879, który otrzymał więzień z rejencji katowickiej. W tym czasie w obozie miało być więzionych blisko sześć tysięcy mężczyzn[5]. Trzy miesiące później na obszarze hektara przebywało już dwanaście tysięcy mężczyzn. Więźniowie umierali z głodu albo wyczerpania, z powodu ciężkich ran i chorób, byli bici na śmierć bądź ginęli zastrzeleni. Członkowie „Sonderkommanda” w powiększanym wielokrotnie krematorium musieli palić trupy swych towarzyszy. Po zainstalowaniu trzeciego pieca przez firmę z Erfurtu Topf & Söhne[6] pod koniec 1941 roku doszli już do osiemnastu ciał na godzinę, i tak przez całą dobę. Oznaczało to maksymalną wydajność, dzień w dzień pozostawał popiół po spaleniu ponad czterystu ludzi.

Na początku marca 1942 roku, po przeniesieniu więzionych w obozie macierzystym radzieckich jeńców do Birkenau, kierownictwo obozu kazało zbudować przez środek obozu mur z betonowych płyt i słupów, który oddzielał od reszty terenu dziesięć ceglanych budynków przeznaczonych na nowe cele[7].

To tutaj 26 marca 1942 roku, dwa dni przed przybyciem między innymi Margity Švalbovej, zamknięto pierwsze więźniarki, które przywieziono do Auschwitz pociągiem z położonego w Uckermark KL Ravensbrück. Znalazły się wśród nich więźniarki polityczne, kilka świadków Jehowy, w większości jednak kobiety skazane za czyny kryminalne. Podobnie jak w obozie męskim, dowództwo SS formuje z więźniarek kryminalnych swój oddział pomocniczy, który ma pomagać w dyscyplinowaniu i terroryzowaniu innych uwięzionych. Tylko członkinie tego oddziału znają wcześniej cel podróży, wiedzą też o swej misji zorganizowania oddziału kobiecego.

Tego samego dnia w Oświęcimiu zatrzymuje się jeszcze inny pociąg, podobnie jak pierwszy z Ravensbrück, z 999 kobietami, tym razem z Popradu na Słowacji. Wraz z przybyciem tego drugiego transportu narodowi socjaliści przystępują do nowego, a ściślej mówiąc: do ostatniego etapu prześladowania Żydów – do nazywanej „Endlösung” (ostatecznym rozwiązaniem) – masowej deportacji europejskich Żydów i ich eksterminacji w wyspecjalizowanych obozach w Europie Wschodniej. To pierwszy zarejestrowany transport nadzorowany przez obersturmbannführera SS Adolfa Eichmanna, odpowiedzialnego w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy za organizację zagłady Żydów.

Adele Guttmanová ma trzydzieści cztery lata. Funkcjonariusze słowackiej milicji aresztowali ją 21 marca 1942 roku w Preszowie, bo jest Żydówką. „Jeszcze tego samego dnia zostałam przewieziona do Popradu”, relacjonuje po wojnie. „Zakwaterowano mnie w dawnych koszarach wojskowych w Popradzie, gdzie znalazłam się wraz z innymi, także aresztowanymi osobami. W Popradzie przebywało około tysiąca kobiet”[8].

Inaczej niż w wypadku kobiet z wcześniejszego transportu z Ravensbrück, którym numery obozowe naszyto na kurtki, kobietom ze Słowacji tatuowano bieżące numery na lewym przedramieniu – Adele Guttmanová na przykład otrzymała numer 1848. Wspomina pierwszy dzień: „Zaraz po przybyciu zgolono nam włosy do zera. Podzielono nas na grupy. Właśnie wtedy, gdy ogolono nam głowy, a my dostałyśmy do ubrania mundury [zamordowanych rosyjskich – przyp. aut.] jeńców wojennych, esesmani postawieni na straży rozkazali, byśmy się rozebrały do naga. Wygłaszali przy tym uwagi na nasz temat, a ich zachowanie nie miało nic wspólnego z poszanowaniem godności ludzkiej. Ja już wtedy bardzo dobrze opanowałam niemiecki i rozumiałam wszystko, co mówili”[9].

Dwa dni później dojechało 798 Żydówek z Brna, które Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy także kazał przetransportować pociągiem towarowym ze Słowacji do Oświęcimia. Wcześniej przez niecały miesiąc pracowały one przymusowo w jakiejś fabryce niedaleko Bratysławy. Po przybyciu do obozu koncentracyjnego otrzymały numery od 1999 do 2796 [10], wśród nich była Margita Švalbová, numer 2675. Kolejne duże transporty ze Słowacji zarejestrowano 2, 3, 13, 17, 19, 23 i 29 kwietnia, 20 czerwca, 4, 11, 18 i 25 lipca 1942 roku. Za każdym razem było to około tysiąca osób[11].

Dla sprawnego przebiegu deportacji słowacka kolej podstawiła sześć specjalnych pociągów. W dwudziestu pięciu ponumerowanych kolejno kredą, zaryglowanych podczas jazdy wagonach bydlęcych znajdowali się więźniowie, za numerem 10 jechały dwa wagony z bagażem, jeden z żywnością i jeden wagon pasażerski dla eskorty.

Słowacja to jeden z pierwszych krajów, z których deportowano Żydów do obozów zagłady. „Rozpoczęcie poszczególnych większych akcji deportacyjnych zależeć będzie od rozwoju sytuacji militarnej”, można przeczytać w protokole konferencji w Wannsee, podczas której 20 stycznia 1942 roku czołowi przedstawiciele nazistowskich Niemiec ustalali szczegóły organizacyjne eksterminacji Żydów. W swoim protokole Adolf Eichmann podsumowuje: „Jeśli chodzi o szczegóły realizacji ostatecznego rozwiązania na europejskich terenach okupowanych przez nas i znajdujących się w naszej strefie wpływów, zaproponowano, aby odpowiedzialni urzędnicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych porozumieli się z właściwym referentem Policji Bezpieczeństwa i SD. W Słowacji i Chorwacji sprawa nie stanowi już problemu, gdyż najistotniejsze kwestie zasadnicze zostały wyjaśnione”[12].

Rząd słowacki utworzył nawet specjalne instytucje do realizowania swej antyżydowskiej polityki. Żydów eliminuje się z gospodarki kraju i pozbawia majątków, muszą nosić żółtą opaskę z gwiazdą Dawida, w określonych godzinach mają zakaz wychodzenia z domu. Wydano ponad trzysta zarządzeń i przepisów wykonawczych, które systematycznie pozbawiają Żydów praw obywatelskich; wzorujący się na ustawach norymberskich tzw. kodeks żydowski[13] Słowacja wprowadziła we wrześniu 1941. Gdy 25 marca 1942 roku pierwszy pociąg ze słowackimi Żydówkami opuszcza dworzec w Żylinie w kierunku Polski, upływa zaledwie kilka tygodni od zakończenia konferencji w Wannsee.

10 kwietnia 1942 roku obergruppenführer SS Reinhard Heidrich, któremu powierzono misję „poczynienia wszelkich niezbędnych przygotowań” w celu „kompleksowego rozwiązania kwestii żydowskiej”, przybywa do Bratysławy i ustala z prezydentem Jozefem Tiso, że transporty będą odchodzić nie tylko z obozów zbiorczych, ale też bezpośrednio z miast powiatowych. W zamian za obietnicę, że deportowani Żydzi już nigdy nie wrócą na Słowację, władze gotowe są uiścić opłatę w wysokości 3,6 mln reichsmarek. Ten rachunek płacą pośrednio sami poszkodowani, gdyż pokrywany jest on z zysku pochodzącego ze zrabowanego żydowskiego mienia[14].

W roku 1942 Słowacja deportuje ze swego terytorium 57 628 Żydów, co stanowi dwie trzecie jej żydowskiej ludności. W kierunku Oświęcimia jedzie osiemnaście pociągów, trzydzieści dziewięć do obozów i gett w dystrykcie lubelskim. Ksiądz Jozef Tiso, wcześniej profesor teologii moralnej, mimo swego politycznego urzędu cały czas sprawujący funkcje kapłańskie, podczas święta plonów 16 sierpnia 1942 roku chełpi się powodzeniem deportacji: „O tym, że element żydowski zagraża życiu Słowaka, nie trzeba nikogo przekonywać. Wyglądałoby jeszcze gorzej, gdybyśmy w porę nie oczyścili się z nich. I uczyniliśmy to zgodnie z boskim przykazaniem: Słowaku, strząśnij ich, uwolnij się od tego, kto ci szkodzi!”[15].

Pustoszeją miejscowości takie jak Bratysława czy Poprad albo Kieżmark. Znikają z nich Żydzi, a wraz z Żydami wspomnienia, jak te o Wojtechu Engelu, mieszkającym w Kieżmarku (miasteczko u podnóża Wysokich Tatr jeszcze po pierwszej wojnie światowej nazywało się Käsmark). Żydowski adwokat z żoną i dziewięciorgiem dzieci wynajmował mieszkanie nad piekarnią, był szczerym socjaldemokratą, ale nie działał aktywnie w polityce. O Hitlerze w domu się nie rozmawiało, przynajmniej przed wojną, opowiada Katharina Engel, najmłodsza w rodzinie. „Mieliśmy wielu znajomych i przyjaciół wśród niemieckich rodzin. Odwiedzaliśmy się wzajemnie”. W szkole uczyło się wprawdzie słowackiego, ale raczej tak jak języka obcego. „W domu mówiliśmy po niemiecku. Niemiecki był naszym językiem ojczystym. Mój ojciec kochał kulturę niemiecką. Fascynowało go wszystko, co niemieckie”.

W Kieżmarku, gdzie dorastała Katharina Engel, żyło piętnaście tysięcy mieszkańców, chrześcijan i żydów, na równych prawach. „Gdy potem przez miasto maszerowała młodzież i rozbijała szyby w żydowskich sklepach, zaczęliśmy się zastanawiać”[16]. Chociaż kiedyś w tym niewielkim mieście tacy ludzie jak Katharina Engel w dzieciństwie i młodości niemal nie wiedzieli, jak odróżniać, kto jest Żydem, a kto nie, w roku 1942 było to już nie do pomyślenia. Wiedza o tamtym wspólnym życiu miała zostać całkowicie wymazana w Auschwitz. Kieżmark jest zatem „wolny od Żydów” i obwieszony flagami ze swastyką. Miejscowości takie jak Kieżmark, Poprad czy Preszów nie tracą jednak swoich Żydów z powodu jakiejś nadprzyrodzonej siły, miasta i wsie nie pustoszeją same z siebie. Są przez kogoś opróżniane. Niemieccy mordercy Żydów niemal wszędzie w Europie mają swych pomocników na miejscu.

Pobyt w hotelu jest Żydom wzbroniony. Katharina Engel, która buntuje się przeciwko takim zakazom, odmawia też noszenia gwiazdy Dawida czy przestrzegania zakazu opuszczania domu przez Żydów, zostaje wytropiona przez słowacką milicję podczas obławy w hotelu, przewieziona do obozu zbiorczego Patronka, a stamtąd w wagonie bydlęcym deportowana do Polski w transporcie składającym się z samych kobiet. Podróż trwa całą noc i następny dzień; gdy dojeżdża na miejsce, nie wie, gdzie się znajduje.

Jest w Auschwitz. Kobiety prowadzone są do budynku, który w obozie nazywają „sauną”. Nie mieści on jednak sauny, lecz prysznice. Tam tatuują im na przedramionach numery – Katharina otrzymuje numer 3263 – i golą głowy. Włosy usuwane są nie tylko z głowy, ale i z całego ciała. Elektryczne maszynki do strzyżenia nie zawsze działają sprawnie, nożyczki są często tępe, boli; nie tylko skóra.

„Moje włosy, moje piękne jasne włosy, myślałam, dlaczego?” Jest 16 kwietnia 1942 roku, jej dwudzieste drugie urodziny. To wspomnienie jeszcze dziesiątki lat później jest dla Kathariny Engel wstrząsające. „Nie mogłam tego pojąć”[17].

W obozie macierzystym Auschwitz zostaje przydzielona na trzy miesiące do komanda roboczego, potem z innymi kobietami przenoszą ją do Birkenau. Tam obersturmführer SS Johann Schwarzhuber wygłasza mowę: „Tu jest Birkenau. I tu są tylko dwie kategorie ludzi – martwi albo żywi, trzeciej nie ma. I jeszcze jedno chcę wam powiedzieć: żywi zawsze będą tu zazdrościć martwym”. Katharina Engel ma przed sobą trzy lata, do których opisania jeszcze dziś, jako stara kobieta, nie znajduje słów. „Jak można coś takiego opisać? Brak na to słów. Gaz, razy, wszędzie zabici, wszędzie trupy, nic więcej. Kawałek chleba. Kawałek marmolady, kawałek masła, wszystko. Jak to można opisać? Jak? Nie wiem”[18].

Coraz więcej kobiet deportowanych jest do Auschwitz. Pod koniec lipca 1942 roku blisko pięć i pół tysiąca słowackich Żydówek stanowi najliczniejszą grupę więźniarek w obozie macierzystym. Stopniowo dołączają kobiety z innych krajów, do czerwca Polki (wśród nich wiele, które aresztowano nie z powodu żydowskiego pochodzenia, lecz z powodu działalności w ruchu oporu), Niemki, Belgijki i Jugosłowianki, od 24 czerwca także Żydówki z Francji, a od 17 lipca z Holandii. Do połowy sierpnia, gdy obóz kobiecy został przeniesiony do Birkenau, w obozie macierzystym uwięziono łącznie około siedemnastu tysięcy kobiet. Wiele z nich już nie żyje[19]. Początkowo jeszcze wszyscy nowo przybyli kierowani są bezpośrednio z wagonów do obozu. Od 4 lipca lekarze SS zaczynają ludzi selekcjonować na owianej grozą „rampie”, stanowiącej rodzaj peronu położonego kilkaset metrów na południe od miejskiego dworca[20]. Pierwszy transport objęty tą procedurą to Żydzi ze Słowacji. Blisko tysiąc przybyłych osób witanych jest przez wrzeszczących strażników SS z psami; najpierw muszą się rozdzielić na dwie grupy, osobno mężczyźni i kobiety. Spośród kobiet owej soboty po raz pierwszy matki z dziećmi, kobiety w widocznej ciąży, starsze i chore, wraz z niezdolnymi do pracy i starszymi mężczyznami wepchnięte zostają na platformy podstawionych ciężarówek, posłane do komór gazowych i zamordowane. Na rampie pozostaje 264 mężczyzn i 108 kobiet, którzy muszą się ustawić w pięciu rzędach i jako zdolni do pracy zostają pognani pieszo do obozu[21].

Po pełnej szykan i uwłaczającej procedurze przyjęcia przybyłe kobiety prowadzone są do bloków mieszkalnych, każdy dla innej narodowości, a przejściowo także, z powodu przepełnienia, do drewnianych baraków, które zbudowano między ceglanymi budynkami.

Warunki higieniczne w tym początkowym okresie opisywane są jako katastrofalne. Wskutek przepełnienia brakuje pomieszczeń do mycia i latryn, mnoży się robactwo, wybuchają choroby, jedzenie ogranicza się do głodowych racji. Po nocach na słomianych siennikach na podłodze – nie było jeszcze wtedy drewnianych prycz – więźniowie wczesnym rankiem muszą ustawiać się przed blokami, gdzie odbywa się przeliczanie. Niekiedy już o świcie, gdyż wartownicy w tym chaosie ciągle się mylą przy liczeniu. Podzieleni na komanda wyruszają do pracy przymusowej: do prac polowych, przy zbiorze plonów, do pomocy przy budowie dróg lub baraków w Brzezince oraz burzeniu domów w najbliższej okolicy, z których wypędzono ludność miejscową. „Wiele osób przy tym zmarło”, opowiada Katharina Engel, która została przydzielona do komanda rozbiórkowego. „By rozebrać taki dom, trzeba mieć technikę, a my jej nie opanowałyśmy. Najpierw wybijaliśmy okna, następnie przewracaliśmy belki, a potem cała ściana waliła się na więźniów”. Za wszystko było bicie. „Bicie na śmierć”, mówi Katharina Engel. Niezwykle rzadko ma w komandzie styczność z nadzorcami, którzy nie biją. „W Auschwitz to było tak, jakby ktoś dostał Nagrodę Nobla”[22]. W swoich napisanych w polskim więzieniu wspomnieniach komendant obozu Rudolf Höss sam przyznaje: „Od początku przeładowany do granic możliwości obóz kobiecy oznaczał dla więzionych tam, stłoczonych kobiet destrukcję psychiczną, a w ślad za nią wcześniej czy później następowało załamanie fizyczne. Pod tym względem w obozie kobiecym panowały przez cały czas najgorsze warunki”[23].

Jeszcze do lipca 1942 roku oddzielone dziesięć bloków dla kobiet w obozie macierzystym Auschwitz podlega komendanturze KL Ravensbrück. To się zmienia w pierwszej połowie sierpnia, kiedy SS rozwiązuje oddział kobiecy w Auschwitz i przenosi go na odcinek B Ia w Birkenau.

Na starym miejscu pozostają chorzy. W ich rewirze SS bezwzględnymi selekcjami szerzy stale śmiertelny strach. Margita Švalbová i parę innych więźniarek, zatrudnionych jako pielęgniarki, od czasu do czasu mogą ulżyć ich cierpieniu, raz życzliwym słowem, innym razem dzięki zdobytemu potajemnie lekowi czy zręcznemu wykorzystaniu sprzyjających okoliczności. Dla większości chorych ewakuacja oddziału kobiecego równa się wyrokowi śmierci. „Po opróżnieniu wszystkich bloków obóz stał się dziwnie obcy i pusty. Za murem drżał i huczał męski obóz. Co chwilę dochodziły do nas odgłosy krzyków, czyichś jęków, czasem słychać było strzały czy trzask pejczy [...]. Nas to wszystko nie dotyczyło. Czekałyśmy cicho, spokojnie, co z nami zrobią [...]. Naraz otworzyła się brama obozowa, wpadł z krzykiem esesman z nieodłącznym bykowcem i kazał ustawić się w szeregach, osobno chore, które pojadą autem, a osobno reszta”[24]. Helena Siemaszkiewicz, która leży w bloku chorych z ranami nóg, wlecze się do tych, którzy ogromną siłą woli mogą się utrzymać na nogach. Ci przeżyją. W każdym razie teraz. A kto może przewidzieć, co przyniesie następny dzień!

Samochody odjeżdżają do komór gazowych.

Rozália Kleinmanová, z zawodu krawcowa z wioski Breznica we wschodniej Słowacji, ma dwadzieścia jeden lat, gdy 22 marca 1942 roku przybywa do Auschwitz. Otrzymuje wytatuowany numer jako trzydziesta trzecia ze swego transportu. Jest świadkiem, jak kobiety z obozu macierzystego przenoszone są do Birkenau. „Pierwotnie w Birkenau przebywali rosyjscy więźniowie w liczbie około dwudziestu pięciu tysięcy, których zlikwidowano. Potem umieszczono tam nas, kobiety. Panowały tam straszne warunki”. Zostaje przydzielona do pracy na roli. „Raz ogłoszono, że odbędzie się badanie lekarskie, a my pomyślałyśmy, że będą nas wybierać do lepszej pracy”. Dziesięć młodych kobiet zaprowadzono do jakiegoś pomieszczenia i zrobiono im prześwietlenie. „Po kilku dniach znowu nas tam zaprowadzono, z uzasadnieniem, że badanie się nie udało, że cała procedura musi być powtórzona, ale tym razem były tam inne dziewczęta niż te, które zjawiły się ze mną za pierwszym razem”. Rzekomo prześwietlano płuca. Gdy od innych więźniów dowiaduje się, że to nieprawda, przed następnym wezwaniem ukrywa się. „Prześwietlenia wykonywał doktor Schumann, wysoki, przystojny mężczyzna, który zachowywał się wobec nas dość przyzwoicie. Nie bił nas”[25].