Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Druga część cyklu powieściowego „Kobiety bez twarzy” to poruszająca, oparta na faktach książka, która ukazuje niebezpieczną rzeczywistość Królestwa Arabii Saudyjskiej. Autorka, arabistka wiele lat mieszkająca w krajach muzułmańskich, opiera się na własnych doświadczeniach z pięcioletniego pobytu w tym konserwatywnym państwie.
Powraca małżeństwo Koziełów, zadziorna Hanka oraz jej odpowiedzialny mąż Piotr, którzy próbują nie znaleźć się w złym miejscu i w złym czasie, o czym finalnie i tak zdecyduje kapryśny los.
Mieszkańcy Królestwa niczym się nie przejmują i zapominają o czyhających na nich niebezpieczeństwach, więc biorą życie pełnymi garściami. Szczególnie przebojowe są kobiety: Saudyjki walczące o niezależność czy polskie nauczycielki wykładające na żeńskim uniwersytecie w Rijadzie szampańsko bawiące się pomimo licznych zakazów i nakazów. Młodzi zakochują się w sobie i wdają w ryzykowne romanse, bo w ekstremalnych warunkach miłość jeszcze lepiej smakuje. Organizowane są liczne imprezy, na których zakazany alkohol leje się strumieniami i nikt nie pogardzi marihuaną, a panie niejednokrotnie grzeją łóżka nie swoich mężów. Codzienność w takich warunkach nigdy nie była nudna, bo okraszona dużą dawką strachu i adrenaliny.
Jak we wszystkich książkach autorce przyświeca jeden cel: by czytelnik przestał się bać odmienności kulturowej i wyznaniowej. To nie obca nacja czy religia niosą ze sobą zło, lecz podli ludzie, którzy mogą być wszędzie.
Tanya Valko to pseudonim absolwentki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Była nauczycielką w Szkole Polskiej w Libii, a później przez prawie 20 lat asystentką ambasadorów RP. Mieszkała w krajach arabskich, w tym w Libii i Arabii Saudyjskiej, a następnie w Azji, w Indonezji. Po ponad 25 latach na obczyźnie w 2018 r. zostawiła za sobą dyplomatyczne życie i wróciła do Polski. Jest autorką bestsellerowej „Arabskiej sagi”. Oprócz sagi napisała też trzytomową opartą na faktach serię „Arabskie opowieści”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 281
Copyright © Tanya Valko, 2026
Projekt okładki
Sylwia Turlejska
Agencja Interaktywna Studio Kreacji
www.studio-kreacji.pl
Zdjęcia na okładce
© grey/Adobe Stock
© katiekk2/Adobe Stock
Redaktor prowadzący
Anna Derengowska
Redakcja
Anna Płaskoń-Sokołowska
Korekta
Grażyna Nawrocka
ISBN 978-83-8444-525-9
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
Strach jest oznaką rozsądku.
Tylko skończeni głupcy niczego się nie boją.
Carlos Ruiz Zafón, Gra anioła
Książka jest inspirowana przeżyciami autorki.
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych zdarzeń
i osób jest przypadkowe.
Drogi Czytelniku,
powieść Kobiety bez twarzy. Blady strach bazuje na moich własnych doświadczeniach zdobytych podczas ponadpięcioletniego pobytu w Arabii Saudyjskiej, zatem w pełni opiera się na faktach, które jednak czasami na potrzeby fabuły beletryzuję. Jest to druga część serii opowiadającej o niełatwym życiu w jednym z najbardziej ortodoksyjnych muzułmańskich państw na świecie. Wszystko, co tam się działo, ukazuję oczami tych, którzy w Królestwie mieszkali długie lata i poznali ten kraj od podszewki.
Dzięki losom rodziny Koziełów, zadziornej Hanki – mojej alter ego – oraz jej odpowiedzialnego męża Piotra, poznacie ich próby prowadzenia normalnego codziennego życia w konserwatywnym świecie arabskim. Zdarzą im się groźne sytuacje, a liczne, typowe dla bliskowschodniego tygla zawirowania wywołują dreszcz emocji.
W tym tomie ukażę, jak niebezpieczne było przebywanie w Saudii w tamtym okresie, bo choć główne zamachy organizacji terrorystycznej Al-Kaida1 osiągnęły apogeum w latach 2003–2005, to podczas pobytu Koziełów jej odłamy nadal nie zasypiały gruszek w popiele i nieustająco atakowały cudzoziemców, ale także miejscowych, braci w Allahu. Pełni nienawiści i żądni krwi fundamentaliści pragnęli wymordować lub wypędzić obcokrajowców ze swojego świętego islamskiego kraju, ale brali też sobie za cel postępowych i światłych Saudyjczyków, którzy pragnęli wyciągnąć ich kraj z mentalnego zacofania. Najważniejsze było, by nie znaleźć się w złym czasie i złym miejscu i nie paść ofiarą podstępnej agresji. A nie było to łatwe, bo zamachy terrorystyczne nie zdarzały się sporadycznie, tak jak w innych zakątkach świata – w Europie, USA, Australii czy Azji, gdzie terroryści również podkładali bomby w marketach, w metrze czy autobusie lub wysadzali samochody pułapki. W Królestwie takie sytuacje zdarzały się na większą skalę i pociągały za sobą niezliczone ofiary.
Jednak człowiek jest taką istotą, która do wszystkiego potrafi się przystosować, i dlatego jeszcze nasz gatunek nie wyginął. Kiedy tylko było trochę spokojniej, mieszkańcy Królestwa brali życie pełnymi garściami, niejednokrotnie zapominając o czyhającym na nich niebezpieczeństwie. Przyjeżdżali nowi specjaliści na kontrakty, bo horrendalnie wysokie pensje nadal przyciągały licznych śmiałków, Saudyjki walczyły o niezależność i coraz częściej podnosiły głowę, zaś polskie nauczycielki wykładające na żeńskim uniwersytecie w Rijadzie szampańsko się bawiły pomimo licznych zakazów i nakazów. Młodzi zakochiwali się w sobie i wdawali w ryzykowne romanse, bo w ekstremalnych warunkach miłość jeszcze lepiej smakuje. Organizowano liczne imprezy, dyskoteki i wręcz balangi, na których strumieniami lał się alkohol – zarówno ten markowy, jak i domowej roboty – i nikt nie pogardził marihuaną, a panie niejednokrotnie grzały łóżko nie swojego męża. Ich codzienność nigdy nie była nudna, bo okraszona dużą dawką strachu i adrenaliny, która aż szumiała w głowie.
Mam nadzieję, drogi Czytelniku, że po przeczytaniu powieści Kobiety bez twarzy. Blady strach inaczej spojrzysz na Arabię Saudyjską i na jej mieszkańców, nie będziesz generalizować, że wszyscy są źli, a co drugi to rozwydrzony bogaty szejk lub opętany wiarą terrorysta, nie dasz się pchnąć w stronę islamofobii czy rasizmu. W tej książce, tak jak w każdej poprzedniej, przyświeca mi jeden cel: pragnę ukazać dwie strony medalu, dwa oblicza Orientu, by Czytelnik nie dał się zaszufladkować oraz nie bał się odmienności kulturowej i wyznaniowej, bo to nie obca nacja czy religia niosą ze sobą zło, lecz podli ludzie, których wszędzie jest pełno.
1Al-Kaida – organizacja terrorystyczna zwalczająca wpływy Izraela, USA i Zachodu w krajach muzułmańskich i walcząca z innowiercami.
Hanka i Piotr Koziełowie wbrew swojej woli zostali oddelegowani przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych na placówkę dyplomatyczną w Rijadzie. Marzył im się Egipt, lecz nic z tego nie wyszło, więc podkulili ogon i podjęli trudną decyzję o objęciu stanowiska w Ambasadzie RP w Arabii Saudyjskiej. Najbardziej buntowała się Hanka, kobieta niezależna i wyzwolona, z wykształcenia arabistka, znająca język i kulturę, a także mająca kilkunastoletni staż w krajach Orientu. Wcale jej to nie pomogło, bowiem nic nie może przygotować człowieka do życia w wahabickiej2 Arabii Saudyjskiej. Przez pierwsze lata na każdym kroku stawała okoniem przeciw kuriozalnym ortodoksyjnym normom, co całej rodzinie, a w szczególności jej, utrudniało życie. Niestety, tam wszyscy bez wyjątku musieli zupełnie zmienić swe zwyczaje. Pierwszą czynnością dnia było sprawdzenie godzin modłów, gdyż pięć razy dziennie, jak Saudia długa i szeroka, życie zamiera, kiedy wyznawcy islamu oddają się modlitwie i miejsca użyteczności publicznej są zamykane na głucho. Wyjście do marketu, nawet spożywczego, dla kobiety mogło skończyć się aresztowaniem, zwłaszcza gdy – tak jak Hanka – miała ona nieodpowiednie według tamtejszych kanonów odzienie. Nie wystarczyła bowiem długa do ziemi abaja3, trzeba było jeszcze zasłaniać włosy, a pod czarnym płaszczem nosić kompletny strój, spodnie i bluzkę z rękawami lub długą spódnicę. Można się w tym było upiec, ale mutawwy4 to nie obchodziło. Piotr w sumie nie miał tylu powodów do narzekania, bo jako mężczyzna stał na uprzywilejowanej pozycji – nikt nie kazał mu nosić białej toby5 ani śmiesznej, notorycznie przekrzywiającej się kraciastej biało-czerwonej chusty na głowie. Ten strój był zarezerwowany tylko dla Saudyjczyków. Polak był też mobilny, bo mógł siąść za kółko i pojechać dokąd dusza zapragnie. Kobiety były pozbawione takiej możliwości.
Kiedy do rodziców dołączyła zbuntowana córka, nastolatka Karolcia, ich życie powoli zaczęło wkraczać na spokojny, zwykły tor. Wspólnie wypracowali swoją codzienną rutynę – dla uczennicy międzynarodowej szkoły była to trasa dom–szkoła–dom, a dla dyplomatów: dom–ambasada–dom. Najczęstszą rozrywkę stanowiło wyjście na zakupy do ogromnych centrów handlowych, choć z biegiem czasu nawet gigantyczne promocje nie były w stanie ich tam przyciągnąć. Bo ileż można chodzić po sklepach? Dlatego też skupili się na uprawianiu sportu: fitnessie, pływaniu, grze w tenisa czy squasha, oraz na poszerzaniu własnych horyzontów.
Podczas swojego pobytu w Arabii Koziełowie poznali wielu Saudyjczyków oraz obcokrajowców, z którymi wspierali się każdego dnia, pomagali sobie we wszystkim, by przetrwać trudne chwile. Zdarzało się, że przyjezdni za żadne skarby świata nie potrafili wytrzymać w wahabickim wądołku i wielu uciekło stamtąd, aż się kurzyło, ale byli też tacy, którzy mieszkali w Arabii Saudyjskiej całe dekady. Daje to do myślenia. W Królestwie Dwóch Świętych Meczetów zawsze było – i jest po dziś dzień – coś, co przyciąga ludzi. I nie chodzi tu tylko o mamonę. Odmienny świat wabi osoby odważne i ciekawe innych kultur, a do takich zaliczali się Koziełowie.
2Wahabizm – ultrakonserwatywny islamski ruch religijno-polityczny.
3Abaja – przeważnie czarny, luźny płaszcz noszony przez kobiety i mężczyzn.
4Mutawwa – policjant obyczajowo-religijny.
5Toba – długa do ziemi męska biała koszula z kołnierzykiem lub stójką i manszetami.
Kiedy wszystko wydawało się już uregulowane i uporządkowane, a życie płynęło spokojnym trybem, znów nadszedł czas na zmiany. Karolina nie mogła się ich doczekać, Piotr się obawiał, a impulsywna Hanka rwała włosy z głowy. Ta ostatnia jak zawsze uważała się za najbardziej pokrzywdzoną.
– Jak ja wytrzymam bez mojej ukochanej córuni? – Wieczorami i nocami wylewała potoki łez. – Jak ja sobie tu sama samiuteńka poradzę?
– Każde dziecko wcześniej czy później wyfrunie z rodzinnego gniazda – pocieszał ją mąż. – Nie ma na to rady.
– Ale czemu tak wcześnie? – Pochlipywała żałośnie, podczas gdy mąż tulił ją w ramionach. – Niech jeszcze trochę z nami posiedzi…
– Dzieci już w liceum jeżdżą na stypendia, a na studia udają się za granicę. To nic nadzwyczajnego. Nie bądź taką mamą kwoką.
– Nie zgadzam się! – Jej czupurna natura w końcu dawała o sobie znać ku uciesze Piotra, który zdecydowanie wolał, żeby jego żona się wściekała, niż rozpaczała. A już nie daj Bóg popadła w depresję.
– Zatem pojedźcie do Anglii razem – zdecydował Kozieł. – Zawczasu załatwisz jej dobrą kwaterę, umeblujesz, zobaczysz, jak wygląda uniwersytet, na który się dostała.
– Myślisz? – To była jedyna metoda, by Hanka się nie załamała, a dobry mąż nie żałował pieniędzy, by jego pani miała się dobrze.
– Pewnie! Polećcie podczas wiosennej przerwy do Anglii. Z Rijadu są przecież bezpośrednie loty.
– Super! – Hanka znów twardo stała na nogach, choć jeszcze rozmazywała po policzkach łzy i katar. – Może zatrzymamy się na parę dni w Londynie? Pójdziemy do teatru? Odwiedzimy kilka wystaw? – Przebojowa globtroterka już planowała kolejne atrakcje.
– Nie widzę żadnych przeciwwskazań. Złapiesz wiatr w żagle…
– A jak wrócę do pustego domu, całkiem się załamię… – Zmienne nastroje dawały się we znaki nie tylko kobiecie, ale także jej otoczeniu, lecz taki już miała charakter i najbliżsi do tego przywykli.
– Znajdziesz sobie jakieś dodatkowe zajęcie. – Piotr się zadumał, w myślach przywołując liczne hobby żony. – Może w końcu zaczniesz spisywać orientalne historie, które od lat zbierasz, a wydruków prasowych i wycinków masz pełną szufladę? – Wpadł na idealny pomysł.
– Zobaczymy… Zobaczymy…
***
Kiedy córka z matką dostały wolną rękę na organizację swojej wyprawy, wyczyściły kartę kredytową Piotra do czysta. Jednak młoda miała jeszcze jeden pomysł, z którym nosiła się od dłuższego czasu.
– W sumie głupio, że mieszkamy tu tyle czasu, a Rafał z Wiolą jeszcze nas nie odwiedzili – napomknęła matce między jednym a drugim zakupem biletów on-line do londyńskich muzeów. – Czuje się trochę odsunięty.
– Skarżył ci się? – zaniepokoiła się Hanka, która syna kochała równie mocno, jak córkę.
– Coś tam mówił na czacie.
– Myślałam, że te rejony go w ogóle nie interesują. Jak mu się skarżyłam na tutejsze dzikie obostrzenia, to powiedział, że jego noga nigdy by tu nie postała.
– No wiesz… Co innego koczować tu latami i zmagać się z tym na co dzień, a co innego przyjechać na tydzień czy dwa, by zwiedzić najciekawsze miejsca.
– Chcieliby wpaść? Czemu nawet słówkiem mi o tym nie wspomniał? – Serce matki zabiło mocniej, bowiem absolutnie nie miała zamiaru faworyzować jednego z dzieci, by drugie czuło się tym gorszym czy niechcianym.
– Czekał na zaproszenie, ale się nie doczekał – kwaśno podsumowała siostra, która za bratem poszłaby w ogień.
– Jasny gwint! Widujemy się podczas wakacji w Europie, w normalnym świecie, i zupełnie nie pomyślałam. Ech!
– Na Wielkanoc ma parę dni wolnego, a dodatkowo mógłby wziąć trochę urlopu. Ja też mam przerwę w szkole. – Karolcia wszystko dobrze przemyślała.
– Już do niego piszę! – Matka skoczyła na równe nogi. – Jutro razem z tatą złożymy podania o urlop w ambasadzie i razem spędzimy miło czas.
– Na naszym osiedlu? Będą z nami chodzić do galerii na wyprzedaże czy na ochlaj-bibki do Polonii? A może weźmiecie ich na dyplomatyczną recepcję z okazji jakiegoś święta narodowego? Dostaną po kieliszku wina i misce strawy.
– Najpierw mnie podpuszczasz, a teraz uświadamiasz mi, jakie nasze życie jest ubogie i że nie mamy nic do zaoferowania. – Zasmuciła się Koziełowa. – Co im pokazać w Rijadzie? Stary dwór dynastii saudyjskiej wybudowany z gliny zmieszanej ze słomą na Diriji czy Plac Ścięć na Dirze? – Skrzywiła się, wspominając ekstremalną przygodę koleżanek, które przypadkowo trafiły tam na publiczne wymierzenie kary i obcięcie ręki nieszczęsnemu złodziejaszkowi.
– Przecież wasi znajomi z korpusu ruszają się gdzieś poza rogatki miasta. Wy też zaczęliście jeździć na pustynię, choć ty jesteś podczas takich krótkich jednodniowych wypadów tak spietrana, że za każdym razem masz pełne gatki. Kiedy nie ma wokół ciebie ochroniarzy czy Gwardii Narodowej, wpadasz w popłoch.
– Nie kpij ze mnie. – Matce zrobiło się głupio, choć córka mówiła szczerą prawdę. – Przecież tu nadal jest dość niebezpiecznie. Ciągle się słyszy o jakichś atakach Al-Kaidy.
– Sporadycznych, mamuś. Spo-ra-dycz-nych. – Córka pokrzepiająco poklepała ją po plecach, bo strach wyzierał z oczu Hanki. – Teraz Saudyjczycy zabrali się za mordowanie swoich rodaków. Nas, cudzoziemców, od jakiegoś czasu nie tykają.
– I ty się nie boisz, Karolciu? – Matka nie chciała w to uwierzyć, a raczej sądziła, że córkę opanowała trauma, która pewnikiem spowodowała problemy emocjonalne. – Czy to taka poza? – Spojrzała na nią badawczo, ale tej nawet jeden mięsień w twarzy nie drgnął.
– Moi koledzy ze szkoły się chwalili, że niedawno byli w Mada’in Salih – zmieniła temat Karolcia.
– W Hidżazie?! – Oczywiście Hanka o tym czytała, bo ta perełka wśród zabytków Królestwa jako pierwsza została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. – Chodzili po ruinach starożytnego miasta zamieszkanego przed wiekami przez Nabatejczyków?
– Z miasta akurat niewiele zostało, ale dotrwało do naszych czasów ponad sto monumentalnych królewskich grobowców. Pokażę ci, jakie zdjęcia kumpel umieścił na Facebooku. Odlot! – Nastolatka aż westchnęła z zachwytu.
– To największy zachowany zespół zabytków cywilizacji nabatejskiej na południe od Petry w Jordanii. – Hance tłukły się po głowie różne informacje, bo od dawna chciała zobaczyć te cuda architektury i natury na własne oczy. Wstrzymywał ją jedynie strach.
– W Petrze już byliśmy, teraz czas na Mada’in Salih – postanowiła Karolina.
Matka z córką jeszcze długie godziny buszowały w internecie, planując wyprawę, która odsunęła na dalszy plan ich wyjazd do Londynu. W końcu cóż to takiego nadzwyczajnego ten Londyn. Cywilizowany świat nie ekscytował ich tak bardzo, jak starożytne tereny.
Po tym, jak panie przystąpiły do działania, przygotowania błyskawicznie ruszyły z kopyta. Okazało się jednak, że tak daleka wyprawa poza Rijad jest prosta i dostępna dla każdego śmiertelnika – miejscowego czy cudzoziemca ze zwykłym paszportem – ale w przypadku człowieka z paszportem dyplomatycznym to już inna śpiewka. Saudyjczycy bardzo dbali o dobre wzajemne stosunki z krajami, które miały u nich swoje misje zagraniczne, i ze wszech miar starali się zapewnić dyplomatom bezpieczeństwo. A na ponadtysiąckilometrowej trasie wiodącej ze stolicy do Hidżazu nie było to takie proste. Chociaż w przeważającej części jechało się wielopasmową autostradą wybudowaną przez Amerykanów, wiodła ona przez obrzeża pustyni Wielki Nefud, na którą nieodpowiedzialny turysta a nuż zechciałby zboczyć, przyciągnięty pięknem natury, płowych piasków i czerwonych wydm, nie wspominając o rozsianych gdzieniegdzie błyszczących w słońcu skałach. Szwendanie się samopas nieobeznanych z dziką przyrodą Europejczyków po terenach biblijnego Dedanu było wręcz niedopuszczalne. Saudyjczycy uważali obcokrajowców za ryzykantów i głupców, ludzi bez wyobraźni, bo według obywateli tego kraju, w większości pochodzących z koczowniczych plemion beduińskich, tylko oni potrafili przeżyć w takim miejscu. Nie brali pod uwagę faktu, że nikt z przybyłych nie miałby zamiaru zbaczać z wyznaczonych szlaków, by eksplorować rozgrzane piachy, a jedynie sporadycznie zatrzymywali się na obrzeżach głównych dróg na szybki piknik czy udawali w krzaki za potrzebą.
Kiedy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Arabii Saudyjskiej Hanka odbiła się od ściany, bo nikt nie chciał z nią rozmawiać, postanowiła zlecić załatwienie najtrudniejszej sprawy mężowi.
– Oczywiście mają mnie za nic! Nawet nie zamierzają przesłać aplikacji, które trzeba wypełnić, by dostać pozwolenie na wjazd do tych ich zapyziałych oaz i grobowców! – wyżywała się na Bogu ducha winnym mężu, który znosił to z anielskim spokojem. – Znajdziesz chwilkę…
– Niezbędne dokumenty kierowca już zawiózł do protokołu dyplomatycznego, kochanie. – Czasami Piotr lubił okazywać połowicy swoją wyższość, zwłaszcza kiedy niesłusznie się piekliła.
– To czemu nic nie mówisz, a ja się rzucam jak wesz na postronku?
– Najlepiej, żeby każdy załatwiał to, co da radę, nieprawdaż? Trzeba się dostosować do tutejszych warunków. Po ponad trzech latach chyba już wiesz, jak to u nich funkcjonuje?
– Czyli ja, kobieta, co mam robić?! – Hanka łykała łzy, bo znów czuła się ubezwłasnowolniona. – Ugotować obiad czy upiec ciasteczka, jak typowa arabska żona?
Wyszła, trzaskając drzwiami i zostawiając oszołomionego Piotra z otwartą buzią, kiedy właśnie zamierzał ją poprosić, żeby tylko starała się zapewnić ciepłą, domową atmosferę. Czy to nie jest wygodne? – kalkulował sfrustrowany. Wszystkie trudne sprawy załatwiają mężczyźni, borykają się z nieuprzejmymi urzędnikami i biurokracją, wystają w kolejkach, często też robią spożywcze zakupy, a baby siedzą z kumami i obżerają się słodyczami. Dobrze, że nie zdążył jej tego powiedzieć, bo rozjuszyłby ją jeszcze bardziej.
Pomimo że Hanka narzekała na surowe zarządzenia i pełną inwigilację władz w ich prywatne życie, w głębi duszy cieszyła się, że po ogromnym obszarze ze starożytnymi pozostałościami będą poruszać się w obstawie mundurowych. Uznała też, że w grupie siła, dlatego postanowiła kogoś dokooptować do ich rodzinnej wycieczki.
– Ralf, nie wybralibyście się z nami do Mada’in Salih na nabatejskie grobowce? – Zadzwoniła do przyjaciela, który tutaj był bezrobotnym mężem przy żonie, fińskiej konsulce, i jakoś mu to nie przeszkadzało. Zaczął grać w golfa, chodził na fitness, a ich związek dosłownie kwitł, bo kiedy Mikki przychodziła do wysprzątanego domu, na stole czekał na nią obiad, a w progu wypoczęty mąż, była bardzo zadowolona. – Przyjeżdża nasz syn z dziewczyną, ale tak daleki wyjazd tylko jednym autem nie byłby zbyt bezpieczny.
– Od dawna o tym marzymy! – wykrzyknął uroczy Niemiec, rówieśnik Koziełowej. – A weźmiesz ze sobą kiszoną kapustę? – Był fanem kapusty pod każdą postacią, ale domowe wyroby koleżanki najbardziej mu smakowały.
– Jak niby będziemy ją jedli? Zasmażymy w kociołku? – Rechotała rozbawiona Hanka.
– Prosto ze słoika! – wygłupiał się. – Na prowincji raczej nigdzie dobrze nas nie nakarmią, a my mamy już po kokardki tutejszych szaszłyków z jagnięciny i pieczonych kurczaków. Brat przesłał mi całą wielką wędzoną szynkę, a do tego kapucha będzie palce lizać!
Ralf się nie przejmował, że robił za gospodynię domową, bo uwielbiał gotować, a swoją pracę ratownika medycznego w Europie wspominał jak zły sen. Po powrocie postanowił otworzyć bar albo pub, bo dopiero tutaj się przekonał, co sprawia mu największą przyjemność.
– Mogę zaproponować wyjazd Meno i Inari? – zapytał. – Będą wtedy trzy samochody, więc jakby któryś się zepsuł, zawsze zostaną nam do dyspozycji jeszcze dwa. Żebyśmy nie utknęli na odludziu po zmierzchu.
– A czy oni nie są za starzy? – zastanawiała się Hanka. – Meno ma już po sześćdziesiątce, a do pokonania będzie ponad tysiąc kilometrów.
– Żartujesz? Z tego Holendra jest zażywny dziadek! Nie dość, że nadal biega w maratonach, to jeszcze chleje gorzałę jak prawdziwy chłop, Polak lub Niemiec.
Wszyscy bardzo się lubili w tej ich międzynarodowej paczce, a w swoim towarzystwie spędzali coraz więcej czasu. Nawet Karolina uwielbiała z nimi przebywać, choć rozpiętość wiekowa była dość duża: od nastolatki, przez trzydziesto- i czterdziestolatków, aż po siódmy krzyżyk.
– Kto zarezerwuje hotel?
– Zajmę się tym – zaoferował Ralf.
– Musicie wystąpić o zgodę na wyjazd – poinformowała już obyta z procedurą koleżanka.
– Biurowe bzdury zostawiam Mikki. Ja upiekę kisz i ciasto owocowe. Inari na pewno przygotuje jakieś wegańskie trawy! – pokpiwał z upodobań Holenderki do zdrowego sposobu odżywiania.
– A Mikki co upitrasi?
– Ona? W kuchni? – zdziwił się. – Moja piękna spakuje grilla, drzewo na opał i weźmie swój niezbędnik wikinga. – Żona Niemca była potężnie zbudowaną córką farmera, choć nie tyle grubą, ile umięśnioną, więc żartowali z niej, że niechybnie już w dzieciństwie gołymi rękami zabiła ze trzy smoki.
Teraz Hanka była całkiem spokojna, bo Rafał i Wiola na pewno będą dobrze się czuli w liczniejszym towarzystwie, z którym jest o czym pogadać i można się powygłupiać. Szczególnie z zabawnymi Mikki i Ralfem.
***
Pogoda o tej porze roku nawet w Rijadzie była znakomita. Wiosna chyba w każdym zakątku kuli ziemskiej jest piękna, lecz jej powab zauważa się szczególnie w miejscach, które na co dzień są nie do życia. Dopiero teraz mieszkańcy stolicy mogli podziwiać oszałamiający błękit bezchmurnego nieba, które od kwietnia do października skrywało się za chmurami pyłu. Kryształowo czyste powietrze wypełniało płuca i dodawało sił, nawodniona ziemia na najmniejszym nawet skrawku wypuszczała młode pędy traw czy krzewów, a wszystko to pieściły promienie delikatnie przygrzewającego słońca. Ptaki śpiewały jak oszalałe, a koty, jak to w marcu, parzyły się, zawodząc nocami pod niebiosa.
Po dwudniowym zwiedzaniu Rijadu, podczas którego Rafał słaniał się na nogach, popijając lodowatą wodę, a Wiola leciała przez ręce w satynowej abai, do której trzeba się przyzwyczaić, goście nie mieli już ochoty na wyściubienie nosa poza klimatyzowany dom. Hanka i Karolcia po cichu się z nich podśmiewały, zachodząc w głowę, jak wrażliwcy wytrzymaliby tu latem, kiedy na termometrach brakuje skali, a chłodniejszymi wieczorami temperatura nie spada poniżej czterdziestu stopni. Teraz było ledwie trzydzieści, więc dla tropikalnych wyg była to betka.
Wszyscy z wielką chęcią opuścili skwarne miasto. Przyjezdni sądzili, że poza miejskimi murami nie będzie aż tak gorąco, ale było to marzenie ściętej głowy, bo przecież większość powierzchni Królestwa stanowią pustynie, gdzie panuje żar jak w piekarniku. Jedynie w nocy się ochładza, ale jaki wariat zapuszczałby się na piachy po zmierzchu. Wielki jak czołg Mitsubishi Pajero Koziełów jechał pierwszy w trzysamochodowym konwoju aut dyplomatycznych. Wyjazd z Rijadu sprawiał oszałamiające wrażenie, bowiem autostradę wykuto w wysokich na paręset metrów pomarańczowych skałach. Ciężarówki pięły się powolutku po specjalnie wydzielonym pasie, a samochody osobowe i terenówki jak zawsze i wszędzie w krajach arabskich pruły niczym na wyścigach. Ze szczytu wzniesienia przed podróżnymi rozpościerała się bezkresna przestrzeń, pełna piasku i wyrastających z niego wielkich głazów o przedziwnych formach. Jedne miały kształt iglicy lub maczugi, inne przypominały głowę, jakieś zwierzę czy statek kosmiczny. Między nimi z rzadka pojawiała się oaza, a wokół niej można było zobaczyć liche domostwa, gaje palmowe i oliwne, a także poletka z uprawą ziół. Pasażerowie wlepiali oczy w otaczający ich odludny, ale i fascynujący pejzaż, z rzadka tylko zmącony przez małe osady i miasteczka. Zachwycali się beduińskimi koczowiskami, wyglądającymi chyba tak samo jak sto lat temu, i licznymi stadami wielbłądów, których od wieków jest najwięcej właśnie w Arabii Saudyjskiej. Kiedy zjechali ze wzniesienia na równy, monotonny teren, zrozumieli potrzebę postawienia wzdłuż całej autostrady metalowej siatki, grodzącej wejście wielkim dromaderom. Z rozbawieniem obserwowali zwierzęta, śmiesznie wychylające łby nad ogrodzeniem i usiłujące dosięgnąć jakiś smakowity zielony krzak po jego drugiej stronie. Płowe wielbłądy przez swe umaszczenie były prawie niewidoczne na tle piasków, bo najsłabiej kontrastowały z beżowymi połaciami gruntu, ale dało się je dostrzec w pełnej majestatu krasie na ciągnących się długimi kilometrami wysokich wydmach, które gdzieniegdzie przybierały barwę pomarańczową, a czasami wręcz czerwoną. Ich pofalowana przez wiatr powierzchnia poprzecinana była kołami quadów, na których dla rozrywki Saudowie jeździli tu w weekendy.
Kiedy młodych znudziła obserwacja rozpościerającej się aż po horyzont natury, zaczęli na wyścigi zmieniać płyty CD w odtwarzaczu. Czuli się swobodnie, zupełnie jak w wesołym szkolnym autobusie. Piotr próbował skupić się na drodze, ale nie było to łatwe, kiedy dzieciaki zgodnie puściły przeboje z filmu Król lew, który uwielbiały w dzieciństwie, i jak jeden mąż chórem fałszowały kultowe piosenki. Subwoofer i osiem głośników dudniły do tego stopnia, że pomimo zamkniętych okien i drzwi było je słychać na zewnątrz. Ralf z Mikki i Meno z Inari usiłowali dotrzymać im kroku, a pojazdy mknęły z prędkością prawie dwustu kilometrów na godzinę. Autostrada rzeczywiście była znakomita i na niektórych odcinkach zupełnie pusta.
– Nie ma przy drodze żadnych restauracji, barów czy zajazdów? – zapytała Wiola, jak zawsze przy apetycie.
– Tylko na stacjach benzynowych i tylko dla orłów – odpowiedział ze śmiechem Piotr.
– Że co?
– Do środka mogą wejść tylko mężczyźni. Ale nie masz czego żałować, to potworne speluny. Lepiej, żebyś nie widziała, w jakich warunkach przygotowuje się tam jedzenie.
– No dobrze, z tym jakoś się pogodzę, ale powiedzcie mi, gdzie mam się wysikać?
– W meczecie – wypaliła Hanka, na co buchnęli niepohamowanym śmiechem. – Tam, gdzie muzułmanki poddają się ablucjom, są toalety.
– Okej. – Wiola uśmiechnęła się z przekąsem, myśląc, że to żart, i nie spodziewając się, co ją czeka.
Po jakiejś półgodzinie zatrzymali się na ogromnej stacji. Nie groziło im stanie w kolejce, bowiem było tam mnóstwo dystrybutorów obsługiwanych przez pakistańskich pracowników. Piotr zatankował, nie wysiadając z samochodu i nie wyłączając silnika, i zapłacił przez uchylone okno. Następnie przejechali obok ciągnących się szeregiem obskurnych parterowych budynków. Dookoła panował straszliwy bałagan – auta parkowały, jak chciały, niektóre nawet w poprzek, kosze na śmieci były przepełnione, a dookoła walało się mnóstwo papierów, resztek jedzenia, plastikowych kubków i puszek po oleju silnikowym. Restauracyjka znajdowała się tuż obok marketu, do którego panie, o dziwo, mogły wejść, ale widząc tłoczących się miejscowych, zagraniczne towarzystwo nawet się tam nie zbliżyło. Samochody z dyplomatycznymi rejestracjami sunęły powoli, omijając rozbrykane dzieciaki biegające po drodze, i zatrzymały się dopiero pod tylną ścianą niewielkiego meczeciku, gdzie było oznakowane wejście dla kobiet.
Cudzoziemki od razu wyskoczyły z aut i skierowały się do świątyni muzułmańskiej.
– Co robicie? Wy tak na poważnie? – Wiola była przerażona.
– Przecież ci mówiłam. – Hanka przestępowała z nogi na nogę, chcąc jak najszybciej skorzystać z toalety.
– Zmieniłyście wiarę? Idziecie się pomodlić?! Kurde!
– No coś ty?! – Karolcia, zaprzeczając, aż machała rękami. – Tutaj są jedyne sracze, z których możemy skorzystać.
– Uważaj na abaję i patrz, gdzie stawiasz stopy – doradziła przyszła teściowa.
– Serio? Muszę? To ja się jednak wstrzymam – postanowiła dwudziestoparolatka.
– Dziewczyno, nie masz wyboru. Inaczej nerki ci wysiądą.
– A pod krzaczkiem? – Dziewczyna rozglądała się przerażona, bo od publicznych szaletów odór ekskrementów bił na odległość. – Za skałką?
– Nie schodzimy z głównej drogi nawet na krok! – Hanka od razu panikowała.
– Widzisz tu jakieś drzewko? – Karolcia wzięła zagubioną nowicjuszkę za rękę i pociągnęła za sobą.
Wchodzące do środka kobiety, znające już warunki w przydrożnych toaletach, podnosiły płaszcze, żeby nie unurzać ich w pokrywającej posadzkę mazi. Wiola podeszła do jednych, drugich, a potem trzecich drzwi, usiłując znaleźć najczystsze miejsce, jednak każde było w okropnym stanie. Wnętrze wprawdzie pokrywały kafelki, lecz nigdzie nie było muszli klozetowej, a jedynie owalne misy zamontowane na poziomie podłogi. Nie wiadomo, kiedy ostatnio tu sprzątano, bowiem wszystko pokrywały odchody, a dookoła walały się skrawki papieru i chusteczki, w kącie zaś leżały zużyte podpaski.
– Tureckie sracze… – wyszeptała przyjezdna, wstrzymując oddech i kurczowo dzierżąc w garści dół czarnego okrycia.
– Będziesz sikać na Małysza! – zachichotała nastolatka.
– To niezdrowe. – Przyzwyczajona do europejskich standardów kobieta wzbraniała się, jak mogła.
– Lepsze to niż trzymanie moczu – włączyła się do dyskusji Inari.
– Róbta szybko i spierdalamy! – poganiała Mikki, wybiegając z przybytku.
Po tym ekstremalnym doświadczeniu Wiola parę godzin dochodziła do siebie w aucie, małymi łyczkami popijając wodę, żeby opanować mdłości.
Mimo to młodzi uparli się zjeść lunch w przydrożnej knajpce, ale były tam tylko stoliki ustawione pod prowizorycznym zadaszeniem z gałęzi palmowych, a lokal wyglądał na tak zapyziały i zgnojony, że w serwowanym jedzeniu prawdopodobnie więcej było ameby niż wartości odżywczych. Wrócili zatem do samochodów i w wychłodzonym wnętrzu pochłonęli kanapki przygotowane przez Hankę.
Umordowani pasażerowie w końcu posnęli, więc Piotr miał spokój i ciszę. Po wypiciu dwóch kubków mocnej jak szatan kawy spokojnie prowadził samochód. Jedenaście godzin za kierownicą w tropikalnych warunkach to nie lada wyczyn. I nieważne, że ma się komfortowy, wielki samochód z klimatyzacją, bo słońce operuje też przez szyby, parzy ciało i oślepia. Inari i Mikki były przebojowymi babkami i na pustkowiach zmieniały mężów za kółkiem, lecz Hanka się na to nie zdobyła. Jakoś nie szła jej obsługa automatycznej skrzyni biegów, choć to ponoć takie proste. Poza tym miała przecież dzieci na pokładzie.
***
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
OD AUTORKI
PROLOG
Nabatejskie grobowce
Okładka
