Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Oklahoma, rok 1889. Walker Davis wraz z żoną Audrey wyruszają na dziewicze ziemie Terytorium, by rozpocząć nowe życie. Osadnicy nie znają jednak dawnych praw tej ziemi – praw Yiga, wężowego boga czczonego przez Indian, ojca wszystkich węży, który bezlitośnie mści się na każdym, kto skrzywdzi jego pełzające dzieci. Gdy jesienią rozlega się złowrogi łoskot indiańskich bębnów, a wokół samotnej chaty zaczynają gromadzić się grzechotniki, paniczny lęk Walkera przed wężami przeradza się w koszmar, z którego nie ma przebudzenia. Opowieść o pierwotnej grozie prerii, gdzie zabobon okazuje się straszliwie realny – a kara boga-węża dosięga winnych w sposób, którego ludzki umysł nie jest w stanie pojąć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 33
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
H.P Lovecraft iZealia Bishop
Klątwa Yiga
Przetłumaczył Marcin Gołda
W roku 1925 wyruszyłem do Oklahomy wposzukiwaniu podań o wężach, awróciłem stamtąd zlękiem przed tymi stworzeniami, który zostanie ze mną do końca życia. Przyznaję, że to niedorzeczne – wszystko, co widziałem isłyszałem, da się przecież wyjaśnić wsposób naturalny – ajednak lęk ten włada mną niepodzielnie. Gdyby chodziło tylko ostarą opowieść, nie byłbym tak wstrząśnięty. Praca etnologa badającego amerykańskich Indian uodporniła mnie na najbardziej wybujałe legendy, awiem też, że prości biali ludzie potrafią pobić czerwonoskórych ich własną bronią, gdy idzie ofantastyczne zmyślenia. Nie mogę jednak zapomnieć tego, co na własne oczy ujrzałem wzakładzie dla obłąkanych wGuthrie.
Zajrzałem do owego zakładu, ponieważ kilku najstarszych osadników napomknęło mi, że znajdę tam coś ważnego. Ani Indianie, ani biali nie chcieli rozmawiać olegendach wężowego boga, których śladem podążałem. Przybysze z czasów naftowej gorączki, rzecz jasna, nie mieli otakich sprawach pojęcia, czerwonoskórzy zaś istarzy pionierzy okazywali wyraźny strach, ilekroć onie pytałem. Ledwie sześć czy siedem osób wspomniało ozakładzie, ai te mówiły ostrożnym szeptem. Szeptano jednak, że doktor McNeill może mi pokazać pewną straszliwą pamiątkę ipowiedzieć wszystko, co chciałbym wiedzieć. Że potrafi wyjaśnić, czemu Yig, na wpół ludzki ojciec węży, jest wśrodkowej Oklahomie istotą budzącą odrazę i strach – i dlaczego starzy osadnicy drżą na wspomnienie tajemnych indiańskich orgii, które czynią jesienne dni i noce upiornymi nieustannym biciem tam-tamów w odludnych miejscach.
Ruszyłem do Guthrie niczym ogar, który zwietrzył trop, bo od wielu lat gromadziłem materiały orozwoju kultu węża wśród Indian. Zawsze przeczuwałem – zwyraźnych półtonów legend iwykopalisk – że wielki Quetzalcoatl, łaskawy wężowy bóg Meksykanów, miał starszego imroczniejszego poprzednika; aw ostatnich miesiącach niemal tego dowiodłem wserii badań rozpiętych od Gwatemali po równiny Oklahomy. Wszystko jednak było dręcząco niepełne, bo na północ od granicy kult węża otaczał mur strachu iskrytości.
Teraz zdawało się, że odkryłem oto nowe, obfite źródło wiedzy, toteż szukałem dyrektora zakładu zzapałem, którego nawet nie próbowałem ukrywać. Doktor McNeill był niewysokim, gładko ogolonym mężczyzną wpodeszłym już wieku iod razu poznałem po jego mowie iobejściu, że mam przed sobą uczonego niepośledniej miary, biegłego także wdziedzinach dalekich od jego profesji. Poważny ipełen wahania, gdy wyjawiłem mu cel wizyty, zasępił się wzadumie, uważnie przeglądając moje papiery ilist polecający, który wystawił mi życzliwy stary eks-agent do spraw Indian.
– A więc badał pan legendę Yiga, tak? – rzekł znamysłem. – Wiem, że wielu naszych oklahomskich etnologów próbowało powiązać ją zQuetzalcoatlem, ale chyba żaden nie prześledził ogniw pośrednich tak dokładnie jak pan. Wykonał pan niezwykłą pracę jak na człowieka tak młodego, na jakiego pan wygląda, iz pewnością zasługuje pan na wszystko, czym możemy służyć.
Nie sądzę, żeby stary major Moore czy ktokolwiek inny powiedział panu, co tu przechowuję. Nie lubią otym mówić – ja zresztą też nie. To rzecz bardzo tragiczna ibardzo straszna, ale nic ponadto. Odmawiam dopatrywania się wniej czegokolwiek nadprzyrodzonego. Wiąże się znią historia, którą panu opowiem, gdy pan to zobaczy – historia diabelnie smutna, ale nie nazwę jej czarami. Pokazuje jedynie, jaką władzę ma nad niektórymi ludźmi wiara. Przyznaję, że bywają chwile, gdy przechodzi mnie dreszcz nie całkiem cielesnej natury, ale za dnia składam to wszystko na karb nerwów. Nie jestem już, niestety, młodzieniaszkiem!
Żeby przejść do rzeczy: to, co mam, można by nazwać ofiarą klątwy Yiga – ofiarą fizycznie żywą. Nie pokazujemy jej ogółowi pielęgniarek, choć większość wie, że tu jest. Tylko dwóch zaufanych starych pracowników karmi to isprząta jego kwaterę – było trzech, ale poczciwy Stevens odszedł parę lat temu. Pewnie niedługo trzeba będzie wdrożyć nowych, bo to stworzenie zdaje się nie starzeć ani nie zmieniać, amy, starzy, nie będziemy trwać wiecznie. Może etyka niedalekiej przyszłości pozwoli nam dać mu miłosierne wyzwolenie – trudno powiedzieć.
Widział pan to pojedyncze piwniczne okienko zmatowego szkła we wschodnim skrzydle, gdy pan podjeżdżał? Tam właśnie to jest. Sam pana zaprowadzę. Proszę powstrzymać się od uwag. Niech pan tylko zajrzy przez ruchomą klapkę wdrzwiach ipodziękuje Bogu, że światło nie jest mocniejsze. Potem opowiem panu tę historię – czy raczej tyle, ile zdołałem zniej poskładać.
Zeszliśmy na dół bardzo cicho inie zamieniliśmy słowa, przemierzając korytarze z
