Chłopcy z Placu Broni - Ferenc Molnár - ebook + książka

Chłopcy z Placu Broni ebook

Ferenc Molnar

3,6

Opis

Chłopcy z Placu Broni należą do ścisłego kanonu światowej literatury dziecięcej. Akcja powieści rozgrywa się w Budapeszcie na początku XX wieku. Jej głównym wątkiem jest walka pomiędzy dwoma grupami dorastających chłopców, rywalizującymi o panowanie nad terenem w zapuszczonej części Ogrodu Botanicznego – Placem Broni. Do grupy chłopców broniącej prawa do miejsca swoich spotkań i zabaw – istnej małej ojczyzny, należy główny bohater powieści, Erno Nemeczek. Chłopcy z Placu Broni wpisują się do literatury światowej jako genialne świadectwo o chłopięcym świecie i jego wartościach: odwadze, lojalności i czystości serca. Powieść została przetłumaczona na 42 języki, stała się przedmiotem wielu inscenizacji filmowych i teatralnych.

Lektura obowiązkowa w klasie V szkoły podstawowej


O autorze: Ferenc Molnár, właśc. Ferenc Neumann (1878–1952) – węgierski pisarz, dramaturg (zwany „Węgierskim Molierem”) i dziennikarz. Światowy rozgłos przyniosła mu powieść Chłopcy z Placu Broni, choć pisał przede wszystkim dla dorosłego czytelnika.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 203

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (16 ocen)
5
4
4
1
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
zukuzuza

Całkiem niezła

(UWAGA BO SPOILER) Przesada że lekturą klasy piątej jest 119letnia książka w której nie ma nawet aut i Nemeczek umiera na przeziębienie. PRZEZIĘBIENIE! Przesada, zwłaszcza że napisane też językiem trudnym do zrozumienia dla 5 klasistów.
22
asia9874

Całkiem niezła

Spoko może być
00
tomaszbla

Całkiem niezła

chciałabymchciałabym cośchciałabym coś powiedzieć chciałabym coś powiedzieć sama chciałabym coś powiedzieć sama czy chciałabym coś powiedzieć sama czy umarł chciałabym coś powiedzieć sama czy umarł i chciałabym coś powiedzieć sama czy umarł i tyle chciałabym coś powiedzieć sama czy umarł i tyle przepraszam chciałabym coś powiedzieć sama czy umarł i tyle Przepraszamchciałabym coś powiedzieć sama czy umarł i tyle przepraszam chciałabym coś powiedzieć sama czy umarł i tyle Przepraszamchciałabym coś powiedzieć sama czy umarł i tyle Przepraszam chciałabym coś powiedzieć sama czy umarł i tyle przepraszamchciałabym coś powiedzieć sama czy umarł i tyle Przepraszam chciałabym coś powiedzieć sama czy umarł i tyle przepraszamchciałabym coś powiedzieć sama czy umarł i tyle przepraszam ale musiałam
01

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: A Pál utcai fiúk
Pro­jekt okładki i ilu­stra­cje Ar­tur Pią­tek
Re­dak­cja Mi­ko­łaj Mi­cha­łow­ski
Skład Bar­bara Wie­czo­rek
Ża­den frag­ment książki nie może być po­wie­lany ani re­pro­du­ko­wa­nyw ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy.
© Co­py­ri­ght by Sied­mio­róg, Wro­cław 2024
ISBN 978-83-8279-493-9
Księ­gar­nia in­ter­ne­towa Wy­daw­nic­twa Sied­mio­rógwww.sied­mio­rog.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Słowo wstępne od tłu­ma­czek

Chłop­ców z Placu Broni prze­ło­żyły Ka­ro­lina Dmo­chow­ska, dla któ­rej ję­zyk wę­gier­ski jest ję­zy­kiem oj­czy­stym, i Agnieszka Bel­lon, re­dak­torka, au­torka kilku prze­kła­dów i utwo­rów dla dzieci.

Słowo wstępne od Ka­ro­liny Dmo­chow­skiej

Z Chłop­cami z Placu Broni za­po­zna­łam się jesz­cze jako dziecko, wiele lat temu na Wę­grzech. Była to jedna z pierw­szych ksią­żek, ja­kie w ży­ciu sa­mo­dziel­nie prze­czy­ta­łam i z pew­no­ścią była to jedna z tych po­wie­ści, które za­pa­mię­ta­łam na całe ży­cie. Po prze­pro­wadzce do Pol­ski po­wieść ta sta­no­wiła za­wsze miły za­czą­tek roz­mowy, bo­wiem, jak się oka­zało, była to jedna z nie­wielu rze­czy, ja­kie pol­ska mło­dzież ko­ja­rzyła z Wę­grami. W ten spo­sób, chcąc nie chcąc, od­świe­ży­łam so­bie losy Chłop­ców z Ulicy Pawła, bo tak brzmi do­słowne tłu­ma­cze­nie ory­gi­nal­nego ty­tułu, utrwa­la­jąc w pa­mięci opi­sane wy­da­rze­nia. A przy­naj­mniej tak mi się wy­da­wało. Wiele lat póź­niej bo­wiem po­now­nie się­gnę­łam po Chłop­ców, i ze zdu­mie­niem od­kry­łam, jak wiele szcze­gó­łów, mimo wszystko, umknęło mi z cza­sem oraz jak bar­dzo zmie­nił mi się jej od­biór, z per­spek­tywy osoby do­ro­słej. Wpraw­dzie na­dal pod­czas czy­ta­nia po­ja­wiały się łzy wzru­sze­nia, lecz w nieco in­nych mo­men­tach i z nieco in­nych po­wo­dów. Od­kry­łam też wątki i alu­zje, które te­raz do­piero stały się dla mnie czy­telne, i co do któ­rych nie wy­klu­czam, że z upły­wem ko­lej­nych dzie­się­cio­leci ukażą swój ko­lejny wy­miar, który znów nada im nowe zna­cze­nie.

Ist­nieje wiele prze­kła­dów Chłop­ców na ję­zyk Pol­ski. Można by więc za­dać py­ta­nie o sen­sow­ność two­rze­nia ko­lej­nego. Otóż utwór li­te­racki to, twór żywy i jako taki, żyje tak długo, jak długo jest czy­tany, oma­wiany, prze­kła­dany. Jed­no­cze­śnie każdy czy­tel­nik, re­cen­zent czy tłu­macz, chcąc nie chcąc prze­pusz­cza go przez swój filtr, na­da­jąc mu, mniej lub bar­dziej wy­raź­nie, no­wego ko­lo­rytu. Tłu­ma­cząc Chłop­ców, sta­ra­łam się jak naj­wier­niej od­dać styl Fe­renca Mol­nára oraz kli­mat ulic wiel­kiego mia­sta, ja­kim już u schyłku XIX wieku był Bu­da­peszt. Jed­no­cze­śnie zda­wa­łam so­bie sprawę, że nie uniknę za­bar­wie­nia prze­kładu moim od­bio­rem utworu, wy­ni­ka­ją­cym z mo­jego dzie­ciń­stwa na Wę­grzech. Sta­ra­jąc się przy­bli­żyć pol­skiemu czy­tel­ni­kowi ten nie­zwy­kle uni­ka­towy ję­zyk, ja­kim jest wę­gier­ski, zde­cy­do­wa­łam mię­dzy in­nymi o trans­kryp­cji na­zwisk chłop­ców (bo chłopcy głów­nie na­zwi­skami się po­słu­gują) w spo­sób naj­bar­dziej zbli­żony do ory­gi­nal­nej wy­mowy. Stąd od­miana owych na­zwisk może róż­nić się odro­binę od tych za­pro­po­no­wa­nych we wcze­śniej­szych tłu­ma­cze­niach.

Od­daję za­tem w ręce pol­skiego czy­tel­nika „moją” wer­sję Chłop­ców, „mo­jego” Fe­renca Mol­nára, ma­jąc na­dzieję, że za­równo dzieci, jak i do­ro­śli do­strzegą w niej to nie­zwy­kłe dzieło, które ja wciąż na nowo od­kry­wam w ory­gi­nale.

Słowo wstępne od Agnieszki Bel­lon

Otrzy­ma­łam od tłu­maczki Ka­ro­liny Dmo­chow­skiej, któ­rej pierw­szym ję­zy­kiem jest ję­zyk wę­gier­ski, wierny i do­sko­nale pod­party me­ry­to­rycz­nie prze­kład Chłop­ców z Placu Broni Fe­renca Mol­nára. Spró­bo­wa­łam nadać mu taką formę, która – re­zy­gnu­jąc z uwspół­cze­śnia­nia ję­zyka – po­zwo­li­łaby pol­skim dzie­ciom za­nu­rzyć się z ła­two­ścią w XIX-wieczny świat Bu­da­pesztu. Wspól­nie z tłu­maczką pod­ję­ły­śmy de­cy­zję, że zre­zy­gnu­jemy z po­wie­la­nia pew­nych nie­zro­zu­mia­łych, bo nie­uza­sad­nio­nych kon­tek­stowo lub nie­kon­se­kwent­nych roz­wią­zań lek­sy­kal­nych, któ­rych tekst ory­gi­nalny nie jest po­zba­wiony – dla­tego na przy­kład zre­zy­gno­wa­ły­śmy z ubie­ra­nia chłop­ców w ka­pe­lu­sze, a za­ło­ży­ły­śmy im czapki typu ma­cie­jówki (bądź gaw­roszki), ta­kie, ja­kie wów­czas rze­czy­wi­ście no­szono, a ubra­nie, które dla urzęd­nika miej­skiego szyje kra­wiec Ne­me­czek, na­zwa­ły­śmy osta­tecz­nie sur­du­tem. Mam na­dzieję, że na­sza wer­sja trafi do współ­cze­snego pol­skiego mło­dego czy­tel­nika i po­zwoli mu prze­żyć piękną i wzru­sza­jącą przy­godę u boku Ne­meczka, Boki i po­zo­sta­łych człon­ków ekipy z Placu Broni.

I

Była za kwa­drans pierw­sza, kiedy na stole w pra­cowni przy­rod­ni­czej, po wielu nie­uda­nych pró­bach, w bez­barw­nym pło­mie­niu pal­nika Bun­sena roz­bły­sła wresz­cie prze­piękna, szma­rag­dowa smuga. Sub­stan­cja pod­dana przez na­uczy­ciela eks­pe­ry­men­towi osta­tecz­nie za­bar­wiła pło­mień, udo­wad­nia­jąc w ten spo­sób słusz­ność po­sta­wio­nej przez niego tezy. W tym wła­śnie trium­fal­nym mo­men­cie, za kwa­drans pierw­sza, z po­dwórka są­sied­niej ka­mie­nicy do­bie­gły ra­do­sne dźwięki ka­ta­rynki i cała po­waga chwili na­gle pry­sła. Na skrzy­dłach rześ­kiej, wio­sen­nej bryzy przez sze­roko po­otwie­rane okna wle­ciała do sali we­soła wę­gier­ska me­lo­dia, która brzmiała tak skocz­nie i mar­szowo, że wszy­scy mieli ochotę się uśmiech­nąć – i kilku uczniów fak­tycz­nie to zro­biło. Na pal­niku Bun­sena we­soło drgała szma­rag­dowa smuga i pod­czas gdy paru chłop­ców z pierw­szej ławki na­dal się jej przy­glą­dało, po­zo­stali zwró­cili oczy ku oknu, przez które wi­dać było da­chy są­sied­nich dom­ków i ską­paną w zło­ci­stym po­łu­dnio­wym słońcu ko­ścielną wieżę z ze­ga­rem, któ­rego duża wska­zówka obie­cu­jąco zbli­żała się w stronę dwu­nastki. Oprócz me­lo­dii pły­ną­cej z ka­ta­rynki, z dworu do­bie­gały też i inne dźwięki: trą­biły tram­waje konne, a na jed­nym z po­dwó­rek słu­żąca nu­ciła pio­senkę w zu­peł­nie in­nym to­nie. Klasa za­częła się wier­cić. Część uczniów po­rząd­ko­wała książki, inni sta­ran­nie wy­cie­rali sta­lówki. Boka za­mknął obity czer­woną skórą kie­szon­kowy ka­ła­marz, skon­stru­owany tak spryt­nie, że atra­ment wy­le­wał się z niego wy­łącz­nie wtedy, gdy wsa­dzało się go do kie­szeni. Czele zbie­rał wy­rwane z pod­ręcz­ni­ków kartki. Po­nie­waż był ele­gan­tem, nie no­sił pod pa­chą ca­łej bi­blio­teki jak inni, a tylko po­trzebne w da­nym dniu strony, które roz­miesz­czał sta­ran­nie po we­wnętrz­nych i ze­wnętrz­nych kie­sze­niach ma­ry­narki. W ostat­niej ławce Czo­na­kosz zie­wał jak znu­dzony hi­po­po­tam, Weis wy­sy­py­wał z kie­szeni okru­chy ro­ga­lika, który pod­ja­dał po ka­wa­łeczku mię­dzy dzie­siątą a dwu­na­stą, Ge­reb szu­rał no­gami, jakby za­mie­rzał wstać, a Ba­ra­basz bez skrę­po­wa­nia roz­ło­żył na ko­la­nach wo­sko­wane płótno, uło­żył na nim książki we­dług roz­miaru i tak mocno ści­snął je pa­skiem, że aż skrzyp­nęła ławka, a on sam cały po­czer­wie­niał. Sło­wem, wszy­scy szy­ko­wali się do wyj­ścia i tylko na­uczy­ciel nie zda­wał so­bie sprawy, że za pięć mi­nut lek­cja się koń­czy. Omiótł klasę ła­god­nym spoj­rze­niem i za­py­tał:

– Co się dzieje?

Za­pa­dła ci­sza. Ba­ra­basz zmu­szony był pu­ścić pa­sek, Ge­reb wsu­nął nogi pod krze­sło, Weis po­pra­wił kie­szeń, Czo­na­kosz za­krył usta dło­nią, Czele odło­żył kartki, a Boka prędko wło­żył do kie­szeni ka­ła­marz, z któ­rego na­tych­miast za­czął wy­cie­kać piękny nie­bie­ski atra­ment.

– Co się dzieje? – za­py­tał po­now­nie na­uczy­ciel, kiedy wszy­scy sie­dzieli już nie­ru­chomo na swo­ich miej­scach. Spoj­rzał z na­ganą w stronę okna, z któ­rego do­bie­gały ra­do­sne, nie­pod­le­ga­jące na­uczy­ciel­skiej dys­cy­pli­nie dźwięki ka­ta­rynki i po­wie­dział:

– Czen­gej, za­mknij okno!

Czen­gej, mały Czen­gej, sie­dzący w pierw­szej ławce pry­mus wśród kla­so­wych pry­mu­sów, wstał i z po­ważną jak zwy­kle miną ru­szył w stronę okna.

W tym mo­men­cie Czo­na­kosz wy­chy­lił się z ławki i szep­nął do drob­nego chłopca o blond wło­sach:

– Ne­me­czek, uwa­żaj!

Ne­me­czek spoj­rzał dys­kret­nie do tyłu, po czym prze­niósł wzrok na pod­łogę w stronę tur­la­ją­cej się kulki pa­pieru. Pod­niósł ją i roz­wi­nął. Na jed­nej stro­nie wid­niał na­pis: „Prze­każ da­lej do Boki!”.

Ne­me­czek wie­dział, że wła­ściwa treść znaj­duje się na dru­giej stro­nie, bę­dąc jed­nak czło­wie­kiem ho­noru, nie chciał czy­tać cu­dzego li­stu. Zwi­nął więc kartkę w kulkę, po­cze­kał na od­po­wiedni mo­ment i wy­chy­liw­szy się z ławki, szep­nął:

– Uwaga, Boka!

Te­raz Boka spoj­rzał na bę­dącą zwy­cza­jową ścieżką ko­mu­ni­ka­cji pod­łogę, po któ­rej to­czyła się już pa­pie­rowa kulka. Na dru­giej stro­nie, czyli tej, na którą ja­sno­włosy Ne­me­czek z uczci­wo­ści nie spoj­rzał, było na­pi­sane: „O trze­ciej po po­łu­dniu zbiórka. Wy­bór prze­wod­ni­czą­cego. Ogło­sić”.

Boka scho­wał kar­teczkę do kie­szeni i po­now­nie ści­snął pa­skiem spa­ko­wane książki. Elek­tryczny ze­gar za­brzę­czał, wy­bi­ja­jąc pierw­szą i te­raz na­wet na­uczy­ciel zro­zu­miał, że lek­cja do­bie­gła końca. Zga­sił pal­nik Bun­sena, po­dyk­to­wał za­da­nie do­mowe i udał się do kan­torka z po­mo­cami na­uko­wymi, skąd za każ­dym ra­zem, gdy uchy­lały się drzwi, ga­piły się szkla­nym wzro­kiem wy­pchane zwie­rzęta i umiesz­czone na pół­kach ptaki, i gdzie w ką­cie ci­cho i z god­no­ścią stał ta­jem­ni­czy i prze­ra­ża­jący po­żół­kły ludzki szkie­let.

Klasa opu­sto­szała. Zdo­biona ko­lum­nami prze­stronna klatka scho­dowa za­peł­niła się ga­lo­pu­ją­cymi dziećmi, które zwal­niały kroku tylko wtedy, gdy w tłu­mie po­ja­wiała się wy­soka po­stać któ­re­goś z na­uczy­cieli. Ro­biło się wten­czas ci­cho, aż do mo­mentu, gdy pro­fe­sor znik­nął za za­krę­tem, po czym sza­lony wy­ścig ku wyj­ściu za­czy­nał się od nowa.

Tłum dzie­cia­ków rwą­cym stru­mie­niem wy­le­wał się przez bramę. Tam dzie­lił się na dwa nurty: lewy i prawy. Ucznio­wie grzecz­nie kła­niali się do­stoj­nie kro­czą­cym na­uczy­cie­lom, a wszy­scy zmę­czeni i głodni su­nęli ską­paną w słońcu ulicą, któ­rej gwar i oży­wie­nie wy­bi­jały ich stop­niowo z lek­kiego umy­sło­wego otę­pie­nia. Jak wy­pusz­czeni na wol­ność, za­chły­śnięci po­wie­trzem i słoń­cem mali więź­nio­wie za­nu­rzali się w gwarne, ru­chliwe mia­sto, które było dla nich ni­czym la­bi­rynt ulic, skle­pów, tram­wa­jów kon­nych i po­wo­zów – la­bi­rynt, z któ­rego na­le­żało się wy­do­stać, aby tra­fić do domu.

W są­sied­niej bra­mie Czele tar­go­wał się dys­kret­nie ze sprze­dawcą orien­tal­nych ła­koci, który wła­śnie bez­czel­nie pod­niósł ceny. Po­wszech­nie wia­domo, że ra­cha­tłu­kum, a do­kład­nie mały jego ka­wa­łek – do­kład­nie taki, jaki uda się sprze­dawcy od­rą­bać jed­nym cio­sem ta­saczka z wiel­gach­nej, na­szpi­ko­wa­nej orze­chami masy – kosz­tuje jed­nego graj­cara. I że graj­cara kosz­tują w za­sa­dzie wszyst­kie sprze­da­wane w bra­mie pro­dukty, bo tak się przy­jęło. Jed­nego graj­cara kosz­tują trzy na­bite na pa­tyk lu­kro­wane śliwki, trzy po­łówki fig lub wło­skich orze­chów, spory ka­wa­łek lu­kre­cji i jęcz­mienne pa­stylki. Ba, na­wet prze­pyszna mie­szanka, zwana „ob­ro­kiem stu­denc­kim”, zło­żona z orzesz­ków la­sko­wych, ro­dzy­nek, ka­wał­ków cu­kru, mig­da­łów i okrusz­ków chlebka świę­to­jań­skiego – czyli ca­łego mnó­stwa wy­ro­bów cu­kier­ni­czych – z do­dat­kiem fauny i flory w po­staci much i ulicz­nych śmieci, też kosz­to­wała jed­nego graj­cara.

Skoro Czele się tar­go­wał, to zna­czy, że sprze­dawca pod­niósł ceny. Znawcy praw rzą­dzą­cych han­dlem wie­dzą do­brze, że ceny ro­sną mię­dzy in­nymi wtedy, gdy in­te­res obar­czony jest ry­zy­kiem. Tak więc, na przy­kład, dro­gie są azja­tyc­kie her­baty prze­wo­żone ka­ra­wa­nami przez zie­mie pełne zbój­ców – za to wła­śnie nie­bez­pie­czeń­stwo my, lu­dzie z za­chod­niej Eu­ropy, mu­simy pła­cić. Sprze­dawca ła­koci ob­da­rzony był in­stynk­tem ku­piec­kim. Wy­czuł, że chcą się go po­zbyć i wie­dział, że im się to uda, i że nie ma sensu uśmie­chać się przy­mil­nie w stronę prze­cho­dzą­cych na­uczy­cieli, bo ci tak czy siak wi­dzą w nim je­dy­nie wroga.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki