Wydawca: Armoryka Kategoria: Języki obce Język: polski Rok wydania: 2014

Katedra Najświętszej Panny Paryskiej. Dzwonnik z Notre-Dame - Notre-Dame de Paris 1482. The Hunchback of Notre Dame ebook

Victor Hugo

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 2535 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Katedra Najświętszej Panny Paryskiej. Dzwonnik z Notre-Dame - Notre-Dame de Paris 1482. The Hunchback of Notre Dame - Victor Hugo

Katedra Najświętszej Marii Panny w Paryżu – powieść Wiktora Hugo znana w Polsce również pod tytułem „Dzwonnik z Notre-Dame”, osadzona w czasach późnego średniowiecza. Według słów samego autora, jest to „obraz piętnastowiecznego Paryża i całego piętnastego wieku przez pryzmat tego miasta”. Osią powieści jest wątek miłosny archidiakona Klaudiusza Frollo do pięknej Cyganki Esmeraldy. Książka wydana w 1831 roku porusza nietypowe jak na tamte czasy problemy zgubnego pożądania i tolerancji. W powieści nie ma nic białego ani czarnego, są tylko odcienie szarości. Nie ma też tu jednoznacznie złej postaci, a nawet okrutne czyny Frolla można zrozumieć i budzi on współczucie, a nawet sympatię czytelnika. Książka została napisana pod wpływem odnalezienia przez autora greckiego napisu „ΑΝАΓΚΗ” („Przeznaczenie”) na ścianie Katedry Notre-Dame. (http://pl.wikipedia.org/wiki/Katedra_Marii_Panny_w_Paryżu)

Notre-Dame de Paris relève du genre du roman historique, qui est à la mode au début du XIXe siècle16, de même que la période du Moyen Âge qui suscite un intérêt nouveau de la part des écrivains et des poètes à partir des années 1820, sous l'impulsion d'auteurs comme Chateaubriand ou Madame de Staël. Le chapitre « Paris à vol d'oiseau », en particulier, présente une tentative de reconstitution historique du Paris de 1482. Mais Victor Hugo ne se considère pas comme tenu de respecter la vérité historique à tout prix et n'hésite pas à modifier le détail des faits et à resserrer l'intrigue pour faire mieux ressortir le caractère de personnages historiques comme Louis XI ou pour mettre en avant sa vision de l'Histoire. En cela, il applique à son roman les principes exposés dans un article « À propos de Walter Scott » qu'il a publié en 1823, et où il affirme : « j'aime mieux croire au roman qu'à l'histoire, parce que je préfère la vérité morale à la vérité historique ». (http://fr.wikipedia.org/wiki/Notre-Dame_de_Paris_(roman)

The novel's original French title, Notre-Dame de Paris (the formal title of the Cathedral) indicates that the Cathedral itself is the most significant aspect of the novel, both the main setting and the focus of the story's themes. With the notable exception of Phoebus and Esmeralda's meeting, almost every major event in the novel takes place within, atop, and around the outside of the cathedral, and also can be witnessed by a character standing within, atop, and around the outside of the cathedral. The Cathedral had fallen into disrepair at the time of writing, which Hugo wanted to point out. The book portrays the Gothic era as one of the extremes of architecture, passion, and religion. The theme of determinism (fate and destiny) is explored as well as revolution and social strife. The severe distinction of the social classes is shown by the relationships of Quasimodo and Esmeralda with higher-caste people in the book. Readers can also see a variety of modern themes emanating from the work including nuanced views on gender dynamics. For example, Phoebus objectifies Esmeralda as a sexual object. And, while Esmeralda is frequently cited as a paragon of purity — this is certainly how Quasimodo sees her — she is nonetheless seen to create her own objectification of the archer captain, Phoebus, that is at odds with readers' informed view of the man. (http://en.wikipedia.org/wiki/The_Hunchback_of_Notre-Dame)

Opinie o ebooku Katedra Najświętszej Panny Paryskiej. Dzwonnik z Notre-Dame - Notre-Dame de Paris 1482. The Hunchback of Notre Dame - Victor Hugo

Fragment ebooka Katedra Najświętszej Panny Paryskiej. Dzwonnik z Notre-Dame - Notre-Dame de Paris 1482. The Hunchback of Notre Dame - Victor Hugo

Victor Hugo

Katedra Najświętszej Panny Paryskiej albo Dzwonnik z Notre-Dame

Notre-Dame de Paris 1482

The Hunchback of Notre Dame

przełożył: Józef Tokarzewicz‎‎

translated by Isabel F. Hapgood

Tekst – Text – Texte: Polski / Français / Englisch

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Na okładce: Victor Hugo (1802-1885), Victor Hugo, Oeuvres illustrées de Victor Hugo. Paris: J. Hetzel, 1853,

(licencja public domain), źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:HugoHunchbackNotreDame02.jpg (This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights). 

Tekst wg edycji: polskiej z 1876 r., francuskiej z 1831 r. i angielskiej z 1896 r. Zachowano oryginalną pisownię

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.pl/

Katedra Najświętszej Panny Paryskiej

WSTĘP

Przed kilkoma laty autor tej książki, zwiedzając katedrę paryską, a raczej szperając po jej kątach, znalazł w ciemnej celce jednej z jej wież, ten oto wyraz wycięty ręką na murze: 

ΑΝΑΓΚΗ – (co znaczy KONIECZNOŚĆ, FATUM)

Wielkie litery greckie, czarne ze starości i mocno zagłębione w kamieniu, ich kształt i układ, przypominający coś z pisowni gotyckiej, jakby na świadectwo, że je tu nakreśliła ręka średniowieczna, przedewszystkiem zaś złowrogie i fatalne ich znaczenie, żywo uderzyły autora.

Zapytywał siebie, odgadnąć pragnął, coby to być mogła za dusza pokutnicza, która świata opuścić nie chciała bez położenia tego piętna zbrodni czy nieszczęścia na łonie starego kościoła.

Od owego czasu mur otynkowano, a może i oskrobano (nie wiemy napewno), i napis znikł. W taki właśnie sposób postępujemy sobie od lat blizko dwustu, z cudnemi świątyniami wieków średnich. Kalectwa spadają na nie zewsząd: od środka kapłan je tynkuje, z wierzchu budowniczy skrobie; później idzie lud, który je burzy.

Takiem prawem nic już dziś nie pozostało z tajemniczego wyrazu, wyrytego na ciemnej wieży katedralnej, ani z nieznanych dziejów tak smętnie na niej streszczonych... nic, okrom kruchej pamiątki, jaką im poświęca autor tego dzieła. Człowiek, który to słowo wyżłobił, utonął sród pokoleń w wiekowej zapomnienia fali; wyraz z kolei zgasł na ścianie kościelnej, a wkrótce może i sam kościół zetrze się z oblicza ziemi.

Z tego-to słowa powstała książka niniejsza.

Marzec 1831

KSIĘGA PIERWSZA.

I. Izba wielka.

Lat temu trzysta czterdzieści ośm, miesięcy sześć i dni dziewiętnaście, Paryżanie się obudzili przy huku wszystkich dzwonów szeroko rozmachanych w potrójnym obwodzie Starego Grodu, Wszechnicy i Nowego Miasta. 

Szósty Stycznia 1482 nie był przecież dniem dla historyi pamiętnym. Nic szczególnego w wypadku, który tak od samego rana poruszał dzwony i mieszczan paryskich. Ani to był napad Pikardczyków lub Burginionów, ani procesya z relikwiami, ani rozruch studencki w dzielnicy Laas, ani przybycie „Naszego wielce miłościwego a potężnego Jmci Króla i Pana”, ani miła jaka uciecha wieszania łotrów lub łotrzyc w Pałacu Sprawiedliwości. Nie był też to żaden z tak częstych w wieku piętnastym przyjęć ambasady ukitkowanej i ugalonowanej. Dwa dni zaledwo upłynęło od chwili, kiedy ostatnia tego rodzaju kawalkada, mianowicie poselstwo flamandzkie w sprawie małżeństwa Delfina Francyi z Małgorzatą księżniczką Flandryi, odbyło wjazd do stolicy, ku wielkiemu niezadowoleniu kardynała Burbona, który zmuszonym był, dla dogodzenia królowi, sadzić się na uprzejmość dla całej tej grubomieszczańskiej ciżby burmistrzów flamandzkich, i raczyć ich we własnym pałacu „srodze pięknym dyalogiem z krotochwilą i maszkarą”, gdy tymczasem deszcz ulewny zatapiał mu u drzwi przepyszne jego kobierce. 

Zdarzeniem, które 6-go Stycznia „dodawało tak ducha motłochowi paryskiemi, że użyjemy wyrażeń Jehana z Troyes, było po prostu święto Trzech Królów, połączone od niepamiętnych czasów ze świętem oszustów, błaznami podówczas zwanych. 

Dnia tego miały mieć miejsce ognie radosne na placu Greve, sadzenie rószczki zielonej w kaplicy na Braque, i misteryum w pałacu Sprawiedliwości. Właściwe po temu obwieszczenie na placach publicznych, przy odgłosie trąb, dokonanem zostało w wigilię przez łuzników JW. Starosty Grodzkiego, bogato ubranych w opończe z materyi fioletowej, z wielkiemi białemi krzyżami na piersi. 

Tłumy mieszczan i mieszczek dążyły tedy ze wszech stron od samego rana, przy pozamykanych dokoła domach i kramnicach, ku jednemu z trzech wymienionych punktów. Każdy wybrał swoje: ten ognie sztuczne, ów misteryum, inny palmę zieloną. Na pochwałę wszakże starego zdrowego zmysłu gapiów paryskich powiedzieć trzeba, że większa część ludu śpieszyła na ognie sztuczne, przypadające tym razem bardzo w porę, albo też na misteryum, którego przedstawienie odbywać się miało w wielkiej komnacie trybunalskiej, szczelnie się zamykającej i doskonale osłoniętej. Co do gałązki majowej, zgadzano się niemal powszechnie, że takową samotnie zostawić wypadało, drżącą pod niebem styczniowem, na cmentarzu kaplicy Braque. 

Lud zapływał szczególniej wejścia ku Pałacowi Sprawiedliwości; wiedziano bowiem, że ambasadorowie flamandzcy, przybyli przed dwoma dniami, zamierzyli być obecnymi na przedstawieniu misteryum i na wyborach króla hultajów, które się również dokonać miały w wielkiej komnacie. 

Nie było to rzeczą łatwą docisnąć się dnia tego do owej wielkiej komnaty, mającej przecież sławę najobszerniejszego na świecie zakola pokrytego. (Prawda, że Sauval nie był jeszcze wtedy wymierzył wielkiej sali zamku Montargis), Plac trybunalski, przepełniony ludem, przedstawiał dla ciekawców wyglądających z okien widok morza, w które pięć czy sześć ulic, niby tyleż ujść rzecznych, wlewało nowe co chwila fale głów ludzkich. Bałwany te wciąż wzrastające roztrącały się o rogi domów wyskakujące zewsząd na sposób przylądków, w nieregularnej kotlinie placu. W środku wysokiego pałacowego frontu gotyckiego, wielkie schody, kipiące podwejnym prądem występującego i schodzącego ludu, który się łamiąc pod gankiem środkowym, szerokiemi płachtami staczał się po pochyłościach bocznych – schody wielkie, mówimy, strumienisto wylewały lud na Plac, jako kaskada wodę w jezioro. Krzyki, śmiechy, tupania tysiączne, tworzyły huk i hałas niezmierny. Huk ów i hałas wzmagały się niekiedy, a pęd, prący całą tę massę ku wielkim schodom, skręcał się nagle, mieszał i pryskał. Powodem było natarcie hajduka grodzkiego, lub uderzenie konnego starościńskiego łucznika, rzucającego się dla przywrócenia porządku. Rozczulający zwyczaj! przekazany przez starostwo dawne juryzdykcyi konnetabla, przez juryzdykcya konnetabla straży marszałkowskiej, a przez straż marszałkowską dzisiejszej naszej żandarmeryi paryskiej. 

W oknach, we drzwiach, na poddaszach, na dachach, wiły się tysiące zacnych facyat mieszczańskich, spokojnych i dobrodusznych, patrzących na pałac, patrzących na ciżbę, i z tego doskonale zadowolonych; trzeba bowiem wiedzieć, że spora część mieszkańców Paryża kontentuje się często widowiskiem widzów, i prosta ściana, za którą „coś się jak gadają dzieje”, jest już w razie czego rzeczą niezmiernie ciekawą. 

Gdyby nam danem było, nam ludziom 1830 roku, zespolić się uczuciem z tymi Paryżanami XV-go wiekuj wejść wraz z nimi, w ogólnym owym natłoku, rwetesie i spychaniu się, do ogromnej sali Pałacu Sprawiedliwości, łąk ciasnej 6-go Stycznia 1482 widowisko nie byłoby może bez powabu i zajęcia; znaleźlibyśmy jeno do koła rzeczy tak stare iżby się nam one wydały całkiem nowemi. 

Jeżeli czytelnik na to pozwoli będziemy usiłowali odnaleźć w myśli, wrażenie, jakiegobyśmy doznali, przestępując progi owej wielkiej komnaty, pośród ciżby pospólstwa w serdakach, opończach i spodnikach strzępiastych. 

A nasamprzód, dzwonienie w uszach, olśnienie oczu. Po nad głowami dwoiste sklepienie ostrołukowe, podbite rzeźbami z drzewa pomalowane na błękitno, zdobne w lilie złoto-kwieciste. Pod na-ł szemi stopami posadzka marmurowa, w płytach to białych to czarnych. O kilka kroków od nas potężny słup, dalej drugi, dalej trzeci; razem siedm słupów wzdłuż sali, podtrzymujących w jej środku spadki dwoistego sklepienia. W około pierwszych czterech słupów, kramnice handlarzy, całe błyszczące od szkieł i brzękadeł; w około trzech ostatnich, ławki dębowe, wyślizgane i wypolerowane pludrami pacyentów i sutanami palestry. W obwodzie krańcowym sali, wzdłuż wysokiej ściany między podwojami, między oknami, między słupami, nieskończony szereg posągów wszystkich królów Francyi od Pharamunda: królów próżniaków, z rękami pozwieszanemi, z pospuszczanemi oczami, królów dzielnych i wojowniczych, z głowami i prawicami hardo podniesionemi ku niebu. Następnie, w długich ostrołukowych oknach, szyby o tysiącznych kolorach; w szerokich wyjściach komnaty podwej bogate, misternie rzeźbione; a wszystko razem ze sklepieniami, słupam, ścianami, framugami, stropami, oknami, posągami, podszyte od góry do dołu przepysznem tłem błękitnem i złotem, które, poczerniałe nieco i w epoce naszej powieści, znikło prawie całkiem pod pyłem i pajęczemi siatkami w roku Pańskim 1549, kiedy Dubreul tradycyjnie się jeszcze nad tem zachwycał. 

Wyobraźmyż sobie teraz ogromną tę komnatę podłużną, oblaną przyćmionem światłem dnia styczniowego, w pełnem rozigraniu tłumów pstrych, krzykliwych, sunących wzdłuż ścian i zataczających się w około siedmiu słupów, a będziemy już mieli pewne zamglone wyobrażenie o całości obrazu, którego szczegóły ciekawsze postaramy się zaraz dokładniej obejrzeć. 

Pewnem jest, żegdyby Kavaillac nie był zamordował Henryka IV-go, nie byłoby wcale dokumentów procesu ravaillakowskiego w kancelaryi trybunalskiej Pałacu Sprawiedliwości, ani też wspólników zbrodni zainteresowanych w zniszczeniu rzeczonych dokumentów; a co za tem idzie, nie byłoby również podpalaczów, zmuszonych z braku lepszego środka podpalić kancelaryę, żeby spalić dowody, podpalić Trybunał cały, żeby spalić kancelaryę; a wreszcie nie byłoby wcale i pożaru 1618. Stary Pałac Sprawiedliwości stałby po dziś dzienna swoich posadach ze stara swoją wielką komnatą. Moglibyśmy w takim razie powiedzieć czytelnikom: „Pejdźcie ją obejrzeć”, i w ten sposób bylibyśmy wspólnie wolni, piszący od kreślenia, czytelnik od czytania opisu, jaki się złożyć udało. Dowodzi to tej prawdy nowej: że wielkie wypadki mają skutki nieobliczone. 

Co prawda, bardzo możebnem mogłoby być i to, przedewszystkiem że Ravaillac bynajmniej wspólników nie miał, a powtóre, że gdyby przypadkiem wspólnicy ci i byli, to niekoniecznie z ich przyczyny wynikł pożar 1618. Są dwa inne jeszcze tłumaczenia wypadku, i nie całkiem bezzasadne. Primo, wielka płomienna gwiazda, szeroka na stopę, długa na łokieć, spadła, jak każdemu wiadomo, z niebios na Pałac, w dniu 7 Marca po północy. Secundo, czterowiersz Theophila: 

Certes, ce fut un triste jeu 

Quant ä Paris dame Justice, 

Pour avoir mango trop d'epice, 

Se mit Ie palais en feu.

(Zaprawdę, smutna to była igraszka,

kiedy w Paryżu Pani Sprawiedliwość,

najadłszy się za wiele grzanek-przyprawek,

rzygnęła ogniem na swej pałac.) 

Cokolwiek byłoby do powiedzenia o tem potrejnem, politycznem, fizycznem i poetycznem tłumaczeniu powodów zgorzenia Pałacu Sprawiedliwości w roku 1618, faktem na nieszczęście pewnym jest jedno: że Pałac zgorzał. Dzięki tej katastrofie, dzięki zwłaszcza rozmaitym kolejnym odnowieniom, które zrujnowały co zaoszczędził był pożar, nie wiele dziś zostało z tej pierwotnej siedziby królów Francyi, tego starszego brata Luwru, tak sędziwego już za czasów Filipa Pięknego, że na nim szukano śladu owych budynków przepysznych, wzniesionych za króla Boberta, które Halgaldus opisuje Znikło prawie wszystko. Cóż się stało z izbą kanclerską, w której Ludwik Święty „małżeństwa swego dopełnił”? co się stało z ogrodem, w którym monarcha ten, „leżąc z Joinvillem na kobiercach”, sprawiedliwość wymierzał, „ubrany w spodnik kamlotowy, w wełniany serdak bez rękawów, w delię spadającą na czarne sandały?” Gdzież się podziała izba cesarza Zygmunta? izba Karola IV? izba Jana-bez-ziemi? Gdzie krużganek, z którego Karol VI ogłosił swej edykt ułaskawienia? gdzie tafla, na której Marcel, w obecności Delfina, zamordował Eoberta z CJermont i marszałka Champagne? gdzie furta, u której podarto bulle anty-papieża Benedykta, i zkąd ci co je przynieśli, iść musieli w urągowiskowych kapach i mitrach po całym Paryżu, z publicznóm wyznaniem winy? albo i ta sama wielka komnata, ze złoceniami swemi, z błękitem, z ostrołukami, z posągami, ze słupami, ze swojem nieobjętem sklepieniem ponacinanem w rzeźby, gdzież jest ona? a ten lew kamienny, strzegący wejścia z głową pochyloną, z ogonem podkurczonym, na podobieństwo lwów u tronu Salomona, w postawie upokorzonej, jako wypada sile przed sprawiedliwością? a piękne podwoje? a szkła malowane? a żelaza rzeźbione, wprawiające w rozpacz Biscornetta? a delikatne stolarskie roboty mistrza Duhancy? Co uczynił czas, co ludzie uczynili z tych cudów? Co dano nam w zamian za całą tę historyę galską, za całą tę sztukę gotycką? Ciężkie, przyduszone pełnołucza p. Brossen, niezręcznego budowniczego frontonu Saint-Gervais – tyle w zamian za arcydzieła; a co do dziejów, mamy wielomówne pamiątki po słupie pękatym, jeszcze nieostygłym od gorących bredni Patru'ow. 

Nie wiele, zaiste! 

Wróćmyż do prawdziwej wielkiej komnaty starego Pałacu. 

Na dwóch kończynach olbrzymiego tego równoległoboku stały: po jednej stronie, sławny btół marmurowy z jednego jedynego kawałka, a tak długi, tak szeroki i gruby, „że nigdy jeszcze – powiadają stare papiery ziemstwa, stylem któregoby im pozazdrościł Gargantua – nigdy jeszcze, jak świat, światem nie widziano podobnej skrajki marmuru'; po stronie drugiej kaplica, gdzie Ludwik XI kazał się rzeźbić na klęczkach przed Matką Bozką, i dokąd przenieść polecił, nie dbając o ogołocenie dwóch framug galeryi posągów królewskich, posągi Karola Wielkiego i Ludwika Świętego, dwóch Świętych, których uważał za posiadających tytułem królewskim, szczególniejszą łaskę niebios. Kaplica ta, nowa jeszcze, zbudowana przed sześciu zaledwo laty, cała nosiła na sobie zachwycający ten styl architektury misternej, o rzeźbach cudownych, o cienkich głębokich karbowaniach, który we Francyi zaznacza koniec epoki gotyckiej, i przedłuża się aż ku środkowi wieku szesnastego, w czarownyeh fantazyach odrodzenia. 

Drobna różyczka, wykuta d jour nad frontonem uchodziła w szczególności za arcydzieło subtelności i wdzięku; rzekłbyś gwiazda z koronek. 

W środku sali, naprzeciw głównego wejścia, wzniesiono estradę ze złotogłowiów opartą o mur, z osobnemi podwojami urządzonemi za pomocą okna, wychodzącego na korytarz złoconej komnaty. Podwyższenie to przeznaczonem było dla posłów flamandzkich i innych wysokich gości, zaproszonych na przedstawienie misteryum. 

Samo przedstawienie miało się odbyć na stole marmurowym. Od rana przygotowano takowy odpowiednio; bogata jego wierzchnia pokrywa, cała porysowana od obcasów palestry i woźnych trybunalskich, nosiła na sobie rodzaj klatki drewnianej, dość wysokiej, której ściana górna, widzialna ze wszystkich stron wielkiej komnaty, służyć miała za posadzkę sceny teatralnej, wnętrze zaś przeznaczonem było na szatnię dla osób sztuki. Drabina, otwarcie umocowana na zewnątrz utrzymywała związek sceny z szatnią zakulisową, ofiarując strome swe szczeble wchodzącym i wychodzącym. Każdy nieoczekiwany bohater, każdy nagły zwrot akcyi, każda teatralna niespodzianka, musiały najprzód na schodach tych się pokazać. Niewinne a sędziwe dzieciństwo sztuki i wystawności. 

Czterech wyprostowanych pachołków juryzdykcyi trybunalskiej (obowiązkowi to stróże wszelkich zabaw ludowych, tak w dniach uroczystych, jak i w dniach egzekucyi) stało przy czterech rogach stołu marmurowego. 

Sztuka zacząć się miała dopiero za dwunastem uderzeniem południa na wielkim zegarze Pałacu. Było to bezwątpienia późno, jak na przedstawienie teatralne, ale się z porą zastosować wypadało do ambasadorów. 

Tymczasem cały ten tłum czekał już od rana. Spora liczba zacnych ciekawców trzęsła się na zimnie od samego świtu przy wielkich stopniach Pałacu; niektórzy utrzymywali nawet, że noc całą przestali w zagłębieniu wielkiej bramy w tym właśnie celu, żeby być pierwszymi przy wejściu. Tłum gęstniał co chwila, i jako woda poziom swej wypierająca, zaczynał wysuwać się w górę wzdłuż murów, na wszystkie wypukłości architektury, na wszystkie zagięcia rzeźby. 

To też niewygoda, zniecierpliwienie, nuda, jednodniowy szał i cynizm swobody, kłótnie wybuchające przy lada okoliczności o żwawsze sturchnięcie łokciem lub butem podkutym, znużeniem długiem oczekiwaniem na dobry już kawał czasu przed przybyciem posłów, nadawały ton cierpki i gorzki wrzawie tego ludu zamkniętego, spakowanego, ściśniętego, spartego, duszącego się. Słyszeć się dawały żale i narzekania na Flaraandów, na starostę kupieckiego, na kardynała Burbonar na marszałka Pałacu, na Jejmość Małgorzatę austryacką, na kopijników starościńskich, na chłód, na gorąco, na niepogodę, na biskupa paryskiego, na króla trefnisów, na słupy, na posągi, na owe podwoja zamknięte, na tamto okno otwarte; a wszystko to ku wielkiemu zadowoleniu żaków i hajduków, rozsianych w tłumie, którzy zaostrzając całe to nieukonentowanie kpinką i żartem – kłuli rzecby można szpilkami powszechne złe usposobienie. 

Jedna szczególniej gruppą wesołych tych zoilów, ta, która wydusiwszy szybę wielkiego okna, rozsiadła się na jego podstawie, ona najbardziej dawała się pospólstwu we znaki, ciskając raz po raz spojrzenia i żartkie słówka, to tu to tam, to w głąb tłumów w pałacu, to w środek gromad ulicznych. Z przedrzeźniających ruchów, z wybuchów śmiechu, z drwinek i wyzwań rzucanych towarzyszom z jednego końca komnaty na drugi, nietrudno było osądzić, że młodzi ci palestranci bynajmniej nie podzielali nudów i zmęczenia reszty zgromadzenia i że z tego co mieli przed oczami, wybornie potrafili urządzić dla własnej uciechy widowisko, pozwalające im bezpiecznie i miło oczekiwiać na inne. 

– Na moją duszę! to ty Joannes Frollo de Molendino! – wrzeszczał jeden ze zgrai do jasnowłosego łobuza, o pięknej choć złośliwej twarzy, śledzącego na akantowych liściach naczołka jednej z kolumn. 

– Nie bez racyi zwą cię Jehanem du Moalin, bo te dwoje twych rąk i nóg tych dwoje doprawdy wyglądają jak rozpostarte skrzydła wiatraka... Od dawnaś tu? 

– A oto, na miłość szatana, od czterech już blizko godzin, – odparł Jan Frollo – i sądzę, że mi to policzonem będzie w rachunku czyśćcowym. Byłem tu, gdy ośmiu kantorów króla sycylijskiego zaczynali mszę śpiewaną w kaplicy Świętej, o siódmej proszę cię! 

– Tęgie śpiewaki! – podchwycił tamten – nie ma co: głos mają ostrzejszy od własnych mycek. Król Jegomość pierwej nim mszę świętą na część świętego Jana fundował, powinienby był zapytać, czy święty nasz Jan lubi, by mu łacinę na sposób prowansalski wywodzono. 

– Zrobił to król tylko dlatego, żeby dać zajęcie przeklętym tym śpiewakom sycylijskim! – ostro zapiszczała w tłumie jedna z bab starych, stojąca u podnóża okna. – I proszę! tysiąc złotówek paryskich za jedną mszę! do tego na targowicznej dzierżawie ryb morskich w Paryżu do tego! 

– Oj, oj, zgoda! stara! – podchwycił jegomość poważny i opasły, zatykając nos i odwracając się od przekupki z rybnego targu. – Trzebaż przecie było zafundować mszę jedną. Chciałabyś, aby król na nowo zachorował? 

– Tęgo rżniesz, sławetny panie Gilles Lecornu, majstrze kuśnierzu szat królewskich! – krzyknął żaczek uczepiony u kolumny. Cała gromada jego towarzyszów śmiechem głośnym przyjęła niefortunne imię biednego kuśnierza, szubownika szat królewskich. 

– Lecornu! Gilles Lecornu! – wołali jedni. 

– Cornutus et hirsutus! – dodawał inny. 

– Ależ! bez wątpienia! – ciągnął szatanik z góry kolumny. – Cóż tu jest do śmiechu? Zacny człek Gilles Lecornu, którego bratem majster Jehan Lecornu, murgrabia dworu królewskiego; którego ojcem: majster Mahiet Lecornu, pierwszy klucznik lasu Vinceńskiego – wszyscy co do nogi obywatele Paryża, wszyscy żonaci z ojca na syna!... 

Podwoiła się wesołość. Gruby kuśnierz-szubownik, nie pisnąwszy już ani słowa, usiłował wydrzeć się spojrzeniom, ciskanym w niego ze wszystkich stron; ale się pocił i sapał napróżno. Jako klin zagłębiający się w drzewo, starania jego ten tylko odnosiły skutek, że coraz mocniej zamykały mu w klamry ramion sąsiedzkich twarz szeroką, krwistą, karmazynowa z gniewu i złości. 

Nareszcie jeden z sąsiadów, mały, krępy, poważny jak i sam pan kuśmierz, rzucił się doń z pomocą. 

– Obrzydliwości! i w ten to sposób śmią żaki przemawiać do sławetnego! a tożby za moich czasów osmagano ich łozami, i na łozach następnie spalono. 

Gromada cała buchnęła śmiechem. 

– Hej-że na! któż tak znowu wywiódł tonem podobnym? cóż to za puhacz nieszczęść? 

– Aha, mam go, poznaję – rzekł jeden; – to mistrz Jędrzej Musnier. 

– Albowiem jest jednym z czterech przysięgłych księgarzy Wszechnicy! – zauważył drugi. 

– Wszystko tam idzie czwórkami w tej kramnicy! – wrzasnął trzeci. – Cztery narody [dawna Wszechnica Paryska dzieliła się na cztery wydziały, wedle przyznawanego obywatelstwa akademickiego czterem tak zwanym narodom: Francyi, Pikardyi, Normandyi i Anglii; tę ostatnią, zakupiły poźniej Niemcy - przyp. tłum.], cztery fakultety, cztery święta, czterech prokuratorów, czterech elektorów, czterech księgarzów... 

– A więc – pochwycił Jehan Frollo, – podsadźmyżim i djabła czworo-różnego... 

– Musnier, z dymem puścimy wszystkie twe książki. 

– Musnier, na gorzkie jabłko zbijemy ci twego bębna. 

– Musnier, na miazgę zetrzemy ci żonkę... 

– Zacną tłuściutką panieneczkę Oudarde... 

– Która jest równie świeżą i wesołą, jak gdyby była wdówką. 

– A niech-że was piorun trzaśnie – mruknął mistrz Jędrzej Musnier. 

– Mistrzu Jędrzeju – odparł Jehan zawieszony zawsze ukapitelu – zamilknij, proszę, albo ci się zwalę na łeb, jak widzisz... 

Mistrz Jędrzej podniósł wzrok, zdawał się chwilę mierzyć wysokość słupa, ciężar swawolnika, pomnożył ten ciężar przez kwadrat z odległości, i język mu przylgnął do podniebienia. 

Jehan, pan placu, dodał zwycięzko: 

– Bo teżbym to zrobił, jakem brat archidyakona! 

– No nie ma co mówić, śliczni panowie, ci nasi jegomoście ze Wszechnicy! nie poszanować-że naszych przywilejów nawet w dniu takim jak dzisiejszy! Do licha! są ognie sztuczne i roszczka na Nowem-Mieście, jest misteryum, jest król trefnisiów; są ambasadorowie flamandzcy w Starym Grodzie, a we Wszechnicy ani ni! 

– A Plac Maubert dośó przecież wielki! – zauważył jeden z aplikantów, umieszczony na zastawie okienicznej. 

– Precz z rektorem, elektorami i prokuratorami! – krzyknął Jehan. 

– To nic... urządzimy sobie tego wieczora illuminacyą na ChampGaillard – dodał inny – illuminacyą z książek mistrza Jędrzeja... 

– I ze stolików pisarków! 

– I z lasek bedelów! 

– I ze spluwaczek dziekanów! 

– I ze skrzynek elektorów! 

– I ze stołków rektora! 

– Precz, precz! – jął znowu mały Jehan jak szerszeń – precz z mistrzem Jędrzejem, bedelami i gryzipiórkami; precz z teologami, medykami i dekretnikami; precz z prokuratorami, elektorami i rektorami! 

– A toż to skończenie świata! – mówił mistrz Jędrzej, zatykając uszy. 

– O wilku mowa, a wilk tuż... Oto i rektor; przechodzi przez Plac L. – krzyknął jakiś pauper z okna. 

Wszyscy zwrócili się w stronę placu. 

– Czy to doprawdy czcigodny rektor mistrz Thibaut? – zagadnął Jehan Frollo du Moulin, który uczepiony u jednej z kolumn wewnętrznych, nie mógł widzieć co się działo na zewnątrz. 

– Tak jest, tak, – odpowiedzieli chórem inni; – to on sam, mistrz Thibaut rektor. 

Był to w rzeczy samej rektor; otoczony wszystkimi dygnitarzami uniwersytetu, udawał się ceremonialnie na spotkanie ambasady; w tej chwili naukowa ta processya przeciągała właśnie przez Plac trybunalski. Żaki skupieni w oknach przyjęli ją śmiechem i oklaskami najgrawania. Rektor postępujący na czele swego oddziału zniósł pierwsze natarcie, a nie było lekkiem. 

– Dzień dobry, mości rektorze!... Hola, cóż to? zagłuchł jegomość? dzień dobry, powiadam! 

– Jakiem-że prawem u Boga Ojca stary szuler zadarł się tutaj? azaliżby rzucił grę w kostki! 

– Patrzcie, jak mulica cwałuje pod nim! krótsze ma uszy niż pan! 

– Hej-że Dzień dobry ci, rektorze Thibaut! Tibalde aleator! głupcze stary! stary karciarzu! 

– Pomagaj Boże! a dużoś miał szóstek podwójnych tej nocy? 

– Ależ morda obwisła! ołowiana, zmęczona, zbita nałogowem zamiłowaniem kart i kości... 

– Dokądże tak waszmość dążysz, rektorze Thibaut, Tibalde ai dados, tyłem się odwróciwszy do Wszechnicy?... 

– Ty i mulica L. 

– Aha, szuka bez wątpienia kątka przy ulicy Thibaut-od-cartes– wrzasnął Jehan du Moulin. 

Cała zgraja powtórzyła koncept głosem piorunującym, przy szalonem klaskaniu w dłonie. 

– Jedziesz szukać mieszkania przy ulicy Thibaut-od-cartes, nieprawdaż, mości rektorze, partyzancie djabełka? 

Z kolei wzięto w opały innych dygnitarzy. 

– Precz z bedelami! precz z pałkowódzcami! 

– Słyszysz, Robku Poussepain, a ten tam oto, kto to jest? 

– To Gilbert de Suilly, Gilbertus de Soliaco, kanclerz kollegium Autuńskiego. 

– Łapaj, to mej trzewik... Masz lepsze miejsce, wal-że go w papę. 

– Saturnalitias mittimus ecce nuces. 

– Precz z sześcioma teologami, i ich białemi komżami! 

– Więc to teologowie? Myślałbym, że to są raczej trzy pary gęsi, dane miastu od Świętej Genowefy z nadziału Eoogny. 

– Precz z lekarzami! 

– Precz z dysputami kardynalnemi i konceptorskiemi! 

– Tobie kanclerzu Świętej Genowefy, tobie oto moja misiurka I Masz!... to za awans mej. 

– Tak jest, rzeczywiście – poparł jeden z kolegów – oddał jego miejsce w wydziale Normandyi małemu Ascanio Falzaspada, który jest z prowincyi Bourges, jako Włoch. 

– Gruba niesprawiedliwość – zawołali jednogłośnie żakowie. – Precz z kanclerzem Świętej Genowefy! 

– Hej-ty! mistrzu Joachimie Ladehors! Hej-drugiś, Ludwiku Dahuille! Hej-tam ty poczwaro jakaś! Lambercie Hoctement! 

– Żeby cię zmora zdusiła, prokuratorze nacyi niemieckiej! 

– Wraz z kanonikami kaplicy Świętej i ich tunikami szaremi; -cum tunicis grisis! 

– Seu de pellibus grisis fourratis! 

– Owa! czy was djabli, mistrzowie kunsztu!... i te wszystkie wasze pyszne kapy czarne! i czerwone wszystkie kapy! 

– Tworzy to u rektora ogon wcale niebrzydki! 

– Rzekłbyś, książę wenecki śpieszący na weselisko morza. 

– Słyszałeś, Jehan? Kanonicy Świętej Genowefy! 

– Do czorta z kanonią! 

– Księże Klaudyszu Choart! doktorze Klaudyuszu Choart! Czyno nie szukacie, dobrodzieju, Maryi Giffard? 

– Jest przy ulicy Glatigny. 

– Ściele loże królowi nicponiów. 

– I płaci należne cztery denary: quatuor denarios. 

– Aut unum bombum. 

– A może miłość wasza woli, by ci pod nos zapłaciła? 

– Towarzysze! mistrz Szymon Sanguin, elektor Pikardyi, z babą swoją u czapraka z tyłu! 

– Post equitem sedet atra cura. 

– Ezeźko, mistrzu Szymonie! 

– Dzień dobry, mości elektorze! 

– Dobrej nocy, mościa elektorko! 

– Ot szczęśliwcy, mogą patrzeć na to wszystko! – z westchnieniem mówił Joannes de Molendino, zasunięty wciąż za liściasty swej kapitel. 

Tymczasem przysięgły księgarz Wszechnicy, mistrz Jędrzej Musnier, nachylony ku kuśnierzowi-szubownikowi szat królewskich, mistrzowi Lecornu, szeptał mu na ucho: 

– Powiadam waszmości, to koniec świata. Podobnej rozwiązłości nigdy jeszcze nie widziano po szkołach; przeklęte wynalazki wieku gubią wszystko. Działobitnie, śmigownice, muszkiety, a zwłaszcza, ten kunszt drukarski, nowa ona zaraza niemiecka! Nie masz już manuskryptów, nie masz ksiąg! tłocznia zabija księgarnie. Zbliża się koniec świata. 

– Alboż tego nie widzę po wzrastającej mnogości materyj aksamitnych! – odrzekł handlarz wyrobów kuśnierskich. 

Zegar akurat wydzwonił południe. 

– Aa! – odetchnął tłum wszystek oddechem jednym. 

Zamilkli żaki. Wszczął się wraz rumor wielki, szelest, suwanie nogami, podjął się szmer ogólny chustek i odchrząkań. Każdy się starał w swojej gromadce umieścić jak najwygodniej, najwidniej, najzręczniej. Wnet zaległo milczenie; wszystkie się karki wyprężyły, wszystkie się usta rozwarły, wszystkie spojrzenia zwróciły ku marmurowemu stołowi... Nikt i nic się na nim nie pokazało. Czterej hajducy marszałkowscy jak stanęli byli, tak i stali po rogach, nieruchomi i chłodni, niby cztery malowane posągi. Spojrzenia tłumów zwróciły się natychmiast ku podwyższeniu przeznaczonemu dla posłów flamandzkich. 

Drzwi tam znaleziono zamknięte, podwyższenie puste. Od samego rana pospólstwo na trzy rzeczy oczekiwało: na połudzień, na ambasadę Flandryi, na misteryum. Południe samo jedno przybyło w porę. 

Za grube żarty! 

Czekano minutę, dwie, trzy, pięć, dziesięć, kwandrans: nikt nie przybywał. Na podwyższeniu honorowem ani żywej duszy; ani cienia na scenie. Niebawem też niecierpliwość gniewem zakipiała. Rozdrażnione wyrazy biegały dokoła, lubo co prawda tyra razem hamowane jeszcze. 

– Misteryum! misteryum! – szemrano głosem przytłumionym. 

Wrzało pod czuprynami. Burza zaledwo tymczasem pomrukująca, rozhuśtywała się po powierzchni tłumów. Pierwszy alarmowy sygnał wisiał w powietrzu. Dał go Jehan du Moulin. 

– Misteryum!! do kroćset z Flamandami! – ryknął całą potęgą piersi, skręcając się jak wąż w około naczołka kolumny. 

Pospólstwo odpowiedziało oklaskiem. 

– Misteryum! – powtórzyło – i niech tam djabli Plandryę porwą! 

– Żądamy misteryum, natychmiast – zaczął żak; – a jeśli nie, tobym sądził, na sznurek wziąć marszałka pałacu, w zastępstwie krotochwili i obroku duchowego. 

– Rżnie jak z ambony – zawołał lud; – panowie hajducy nie pożałują pierwsi dać gardło, mniemamy! 

Nastąpił okrzyk powszechny. Biedni hajducy poczynali blednąc i poglądać za siebie. Tłum ruszył ku nim; nieboracy ujrzeli naraz, że cienkie ogrodzenie z drzewa, oddzielające ich od fal ludowych, wygięło się łukiem do środka, ohydnie ustępując pod naciskiem motłochu. 

Chwila była stanowczą. 

– Splądrować! zrabować! – odzywano się ze wszech stron. 

Lecz w tej-że chwili zasłona szatni, opisanej powyżej, podniosła się, i z po za niej pokazał się człowiek, na którego widok pospólstwo zatrzymało się nagle, wpadając jakby olśnione urokiem jakim, z gniewu w zaciekawienie. 

– Cicho! cicho! 

Osobistość nowa, siebie nie pewna, drząca od nóg do głowy, postąpiła aż pod sam kraniec stołu marmurowego, kłaniając się bezustanku z uniżonością, która w miarę zbliżania się ku tłumom coraz bardziej i bardziej stawała się podobną do czołobitnego klękania. 

Przez czas ten, wszystko już prawie wróciło zwolna do porządku. 

Pozostał tylko lekki ów szmer, który się zwykle wydobywa ze środka milczącego pospólstwa. 

– Sławetni obywatele – odezwał się przybyły – czcigodne obywatelki! Baczymy się w obowiązku mieć dostojność wygłoszenia, w obec jego przewielebności pana naszego i kardynała, wielce pouczającego i powabnego dyalogu, tytułem: Sądzenie Sprawiedliwe Świętej Maryje Dziewice, To ja przeznaczon wyprawować Jupitera. Jego przewielebność towarzyszy w tym momencie poselstwu szanownemu jego miłości książęcia Bakuzkiego; które to poselstwo zatrzymane jest przez moment słuchaniem dyskursu rektora Akademii podle bramy Baudets. Skoro tylko najprzewielebniejszy kardynał raczy przybyć, rozpoczniemy tym razem bez uchybienia. 

Bzecz niezawodna, że bez interwencyi samego Jowisza ocalenie czterech nieszczęśliwych hajduków ze straży marszałkowskiej byłoby chyba niepodobnem. Nie przeciwko nam tedy wypadałoby zwrócić w tej chwili przepis klassyczny: Nec deus intersit, gdyby szczęśliwy wynalazek tej ściśle prawdziwej historyi, a więc i odpowiedzialność za nią w obec wielmożnej krytyki, nam przypisane być miały. Ubiór mości Jupitera wydał się, zresztą, prześlicznie, i dużo się przyczynił do ukojenia tłumów, pochłaniając całą ich uwagę. Jupiter ubrany był w zbroję pociągniętą aksamitem czarnym, o złoconych szrubkach; na głowie miał kołpak z guzami srebrnemi, pozłacanemi; i gdyby nie potężne ryże baki, zakrywające mu każden z osobna połowę twarzy; gdyby nie zwój tektury, wyzłacany kręgielkami, upstrzony, i zewsząd strzępiący się paskowatemi blaszkami, co wszystko, trzymane w ręku, dla wprawnych oczu wyobrażać miało pęk piorunów niebieskich; gdyby nareszcie nie pludry cielistego koloru, wstążkami na sposób grecki poprzewiązywane, Jowisz nasz zdołałby zapewne wytrzymać porównanie, co do surowej postawy, z jakim chcieć bretońskim łucznikiem pocztu pana de Berry. 

II. Piotr Gringoire.

Zadowolenie przecież i podziw pobudzone strojem mówcy, rozpraszały się stopniowo za każdem jego słowem; tak że gdy Jupiter doszedł do tego niefortunnego wniosku: że „skoro tylko najprzewielebniejszy kardynał raczy przybyć, rozpoczniemy tym razem niechybnie”, głos jego utonął naraz w nawałnicy szyderczych okrzyków. 

– Zaczynajcie natychmiast! Misteryum! misteryum niezwłocznie! – huczał motłoch. A nad wszystkiemi górował głos Jehana de Molendino jako gwizdałka sród rozhulanego prażniku w Nimes. 

– Zaczynajcie natychmiast! – skowyczał żak. 

– Precz z Jupiterem i kardynałem Burbonem! – wtórował mu Eobek Poussepain i inni bracia palestranci, rozpierający się w oknie. 

– Natychmiast dyalog! – powtarzało pospólstwo. – Cóż-to za odwłoki, cóż-to za korowody?... Hej do plądry! hej do stryczka! Stryczka na skoczków i na kardynała! 

Biedny Jowisz osłupiały, wylękły i blady z pod swej rudowacizny, pęki gromowładne na ziemię upuścił, zdjął z głowy kołpak, i cały drżący kłaniać się począł i bełkotać: 

– Jego przewielebność.... posły.... Małgorzata najjaśniejsza Flondr.... 

Sam nie wiedział co plótł. W gruncie, bał się szubienicy. 

Nie zacząć przedstawienia?, to powiesi motłoch; zacząć, to powiesi kardynał; tak czy inak, nieszczęśliwiec przepaść tylko widział pod sobą, a właściwiej nad sobą: stryczek. 

Na szczęście, w tem umartwieniu nadbiegł mu ktoś z pomocą, i odpowiedzialność na własne wziął barki. 

Indywiduum jakieś, stojące z tamtej strony ogrodzenia, w wolnem zakolu otaczającem stół marmurowy, a przez nikogo dotąd niespostrzeżone, tak dalece długą a szczupłą jego postać kryła przed wzrokiem widzów średnica słupa, o który ono opartem było; indywiduum owo, mówimy, słuszne, chude, wyżółkłe, jasnowłose, młode jeszcze, lecz już zmarszczkami okryte na czole i policzkach, o iskrzącem spojrzeniu, o wargach uśmiechniętych, okryte wełnianką czarną, postrzępioną i połyskującą od starości, zbliżyło się do marmurowego stołu, i zrobiło znak skazanemu. Ale ten, osłupiały, nic nie widział. 

Nowo przybyły uczynił krok jeszcze. 

– Jowiszu! – rzekł – drogi Jowiszu! 

Jowisz nie słyszał. 

Nareszcie wysoki blondyn, zniecierpliwiony, wrzasnął mu w same prawe baki: 

– Michale Giborne! 

– Woła mię kto? – spytał wtedy Jowisz, jakoby zbudzony znienacka. 

– Ja wołam – odrzekł jegomość ubrany w czerni. 

– A! – powiedział Jupiter. 

– Zaczynajcie natychmiast – mówił tamten....– Uczyńcie zadość ludowi; obowiązuję się przejednać marszałka pałacu, a ten przejedna Jego Miłość kardynała. 

Jowisz odetchnął. 

– Jaśnie wielmożni obywatele – ryknął całą siłą swych płuc ku tłumom, które go lżyć nie przestawały.... – Jaśnie wielmożni obywatelstwo! oto w tej chwili zaczynamy. 

– Evoe, Jupiter! Plaudite, cives! 

– Hej kolęda! kolęda! [Okrzyk francuski: „Noet noel!”] – wrzeszczały tłumy.

Nastąpiły oklaski ogłuszające; komnata trzęsła się od oznaków zadowolenia, choć Jupiter oddawna znikł za zasłonami szatni. 

Tymczasem nieznana owa osobistość, co tak czarodziejsko burzę w pogodę zamieniła, jak się ten stary i drogi Kornel wyraża, znowuż się skromnie schowała w półcieniach słupa, gdzieby bezwątpienia po dawnemu stała niewidzialną, nieruchomą i milczącą, gdyby jej z ukrycia nie wyciągnęły dwie niewiasty, które, jako umieszczone w pierwszym szeregu widzów, zauważyły jej rozmowę z Michałem Giborne Jowiszem. 

– Mistrzu – rzekła jedna z tych niewiast do nieznajomego, dając mu znak żeby się zbliżył. 

– Cichoż bądź, kochana Lienardo – powiedziała jej sąsiadka, ładna, świeża i z racyi snać galowego swego ubioru, wcale nie lękliwa. – Cicho bądź, to jeden z urzędu, to człowiek świecki; nie mówi się doń: mistrzu, lecz mospanie. 

– Mospanie – powtórzyła Lienarda. 

Nieznajomy zbliżył się ku balaskom. 

– Co ichmościanki rozkazać raczą? – spytał z galanteryą. 

– O, nic! – odrzekła Lienarda zmieszana całkiem – to moja sąsiadka pragnęła mówić z waszmością. 

– Ale gdzież tam – odparła Gisquetta zarumieniona – to Lienarda powiedziała do waszmości: mistrzu! Jam tylko rzekła, że się mówi: mospanie. 

Młode dziewczęta razem pospuszczały oczy. Zagabnięty, któremu o to tylko snać i chodziło, żeby się wdać w dyskurs, spoglądał na nie z uśmiechem. 

– Ichmościanki nie mają mi tedy nic do powiedzenia? 

– O! nic a nic – odparła Gisquetta. 

– Nie, nic – powtórzyła Lienarda. 

Wysoki młodzian blondynek uczynił ruch jakoby ku odejściu; ale ciekawe białogłowy nie miały ochoty stracić zdobyczy tak łatwo. 

– Mościpanie – odezwała się Gisquetta żywo, pedem tamy zerwanej, lub niewiasty raptem zrezygnowanej – mospanie! waszmość zna tedy rycerza owego, który w misteryum grać ma rolę Świętej Dziewicy? 

– Chciałaś imościanka powiedzieć rolę Jupitera? – podchwycił nieznajomy. 

– A no, tak – podchwyciła Lienarda – a to głupia! Waszmość znasz tedy Jupitera? 

-– Michała Giborne?... Tak pani – odpowiedział. 

– Pyszne ma baki! – mówiła Lienarda. 

– Będzie-li to ładne, co tam hen prawić mają? – spytała lękliwie Gisquetta. 

– Tak jest, proszę ichmościanek, bardzo ładne – zapewnił mężczyzna bez najmniejszego wahania. 

– Cóż to będzie takiego? – zagadnęła Lienarda. 

– Sądzenie sprawiedliwe Panienki Maryje, dyalog, proszę łaski waszmościanek. 

– A, to rzecz insza – zauważyła Lienarda. 

Nastąpiła chwilka milczenia. Przerwał je nieznajomy. 

– Całkiem to nowy dyalog, nie wystawiano go ani razu. 

– Więc to nie ten – mówiła Gisquetta – który dawano przed dwoma laty w dniu wjazdu pana nuncyusza, i gdzie były trzy dziewczynki tworzące osoby... 

– Syreny – wtrąciła Lienarda. 

– I w całej postawie – dodał młodzieniec. 

Lienarda wstydliwie wparła wzrok w ziemię. Gisquetta, spojrzawszy na nią, uczyniła to samo. Młody człowiek mówił dalej uśmiechając się: 

– Rzecz była pocieszna do widzenia. Dzisiaj, to dyalog umyślnie skomponowany dla Jej Miłości księżniczki Flandryi. 

– Czy będą śpiewali sielanki? – pytała Gisquetta. 

– Gdzie zaś! – odparł nieznajomy – toż dyalog! Nie trzeba mieszać rodzajów. Gdyby to była krotochwila, a! to rzecz inna. 

– Szkoda wielka – powiedziała Gisquetta. – W owym to dniu były u wodotrysku Ponceau ludzie i kobiety dzikie, które z sobą wojnę wiodły i czyniły rozmaite figury, wyśpiewując i grając sielanki i psalmy. 

– Co było przystojnie nuncyuszowi, to nie przystoi księżniczce – rzekł dość sucho nieznajomy. 

– A do koła nich – dodała Lienarda – wydymały się mnogie basetle czyniące melodye wielkie. 

– A ku orzeźwieniu przechodniów – ciągnęła Gisquetta – wodotrysk lał trzema gębami wino, mleko i hipokras, które pił kto chciał. 

– A nieco dalej od Ponecan – z kolei mówiła Lienarda – u Trejcy, była passya z osób samych, bez dyskursu. 

– Ach, czyliż nie pamiętam! – zawołała Gisquetta – Bóg na krzyżu, a przy nim dwaj łotrowi e po lewicy i po prawicy. 

Tu już młode towarzyszki rozpromienione przypomnieniem wjazdu nuncyusza, obie razem zaczęły mówić: 

– A bardziej naprzód, u wrot Aux peintres, były inne osoby niezmiernie bogato ubrane. 

– A około wodotrysku Saint-Innocent ów łucznik, upędzający się za łanią z ogromnym harmiderem psów i trąbek myśliwskich! 

– A koło jatek paryskich owo rusztowanie, na którem wystawiono fortecę Dieppe! 

– A pamiętasz, Gisquetto, gdy nuncyusz się zbliżał, jaki to napad urządzono, w którym wszyscy Anglicy gardło dali? 

– A i koło bramy Chatelet śliczne personalie były. 

– A na moście Change, pokrytym z wierzchu jak długi i szeroki! 

– A gdy nuncyusz nadjeżdżał, puszczono naraz na most do dwustu tuzinów rozmaitego ptactwa; bardzo to były ładne, Lienardo. 

– Dziś będzie jeszcze ładniej – przerwał nareszcie młodzian, słuchający tych uniesień z widocznem zniecierpliwieniem. 

– Przyrzekasz waszmość, że dyalog będzie ładny? – spytała Gisquetta. 

– Rozumie się – zapewnił tamten. 

I dodał nie bez pewnej dumy: 

– To ja jestem onego autorem, proszę ichmościanek. 

– Doprawdy? – powiedziały dziewczęta, zdumione mocno. 

– Doprawdy! – odrzekł poeta, krztusząc się lekko. – To jest, właśnie, dwóch nas: Jehan Marchand spiłował deski, oraz sprawił roboty i drewna teatralne, a jam sam sztukę złożył... Nazywam się Piotr Gringoire. 

Autor Cyda nie byłby z większą godnością powiedział: Piotr Kornel. 

Czytelnicy spostrzegli zapewne, że dobry już kawał czasu upłynąć musiał od chwili, gdy Jowisz skrył się za obicia teatralne, aż do owej, kiedy twórca dyalogu nowego tak raptem wyjechał z autorstwem swojem przed Lienardą i Gisquetta, ku naiwnemu ich zachwytowi. Owóż rzecz szczególna: całe to zgromadzenie, przed kilkoma jeszcze minutami tak hałaśliwe, na jedno słowo aktora najspokojniej oczekiwało teraz na przedstawienie; co dowodzi tej prawdy wiecznej, po dziś dzień jeszcze stwierdzającej się po naszych teatrach, że najlepszym sposobem zachęcenia publiki do cierpliwego oczekiwania, jest obietnica natychmiastowego zaczęcia. 

Żak Joannes nie zasypiał atoli gruszek w popiele. 

– No i cóż tam! – zawołał naraz sród pokojowej ciszy, która po wzburzeniu nastąpiła. – Gdzież Jupiter, Panna Święta, kuglarze wy djabelscy? Drwicie czy co? Dalejże, zaczynajcie, a nie, to my zaczniemy! 

Nie trzeba było więcej. 

Z wnętrza rusztowania teatralnego rozległa się muzyka instrumentów cienkich i grubych; podniosła się zasłona. Z po za niej wyszły cztery osoby, obciążone i upstrzone, i wdrapywać się poczęły na stromą drabinkę teatralną. Dostawszy się na pomost wierzchni, uszykowały się szeregiem przed publiką, którą głębokim powitały pokłonem. Wtedy zamilkła symfonia. Zaczynało się misteryum. 

Odebrawszy za swą czołobitność, szczerą i wspaniałomyślną zapłatę w oklaskach gawiedzi, aktorowie jęli się wraz, sród religijnej ciszy, za prolog sztuki, od którego najuprzejmiej uwolnimy czytelników naszych. Zresztą, zwyczajem po dziś dzień nie podupadłym, publika i tym razem daleko więcej zajmowała się strojami osób „wystawianych” na widowisko, niż rzeczą przez nich traktowaną; i zaprawdę, słusznem to było. Wszyscy czterej aktorowie ubrani byli w sutanny przez pół żółte i białe, które się tem tylko różniły między sobą, że każda była z innej materyi: ta ze złotogłowiu srebrzystego i złocistego, tamta z bławatów, owa sukienna, ostatnia płócienna. Osoba pierwsza trzymała w ręku prawym pałasz, druga dwa złote klucze, trzecia wagi, czwarta rydel; ku wspomożeniu zaś umysłów ciężkich, któreby i przez tę tak przezroczystą symbolikę nie przejrzały jasno, wypisane było wielkiemi czarnemi literami haftowanemi u spodu sutanny złoto-srebrzystej: Ja jestem szlachcianka; u spodu szaty bławatnej: Jam stan duchowny; u spodu sukiennej kapoty: Ja mieszczanka; u spodu płócianki: Jam trud. Płeć allegoryj męskich dobitnie wskazaną była widzom nieuprzedzonym, za pomocą ubrania krótszego nieco i kapeluszów, gdy tymczasem allegorye żeńskie, dłuższemi szatami okryte, czółka miały na głowie. 

Potrzebaby również było sporej dozy złej woli, by skroś poetycznego prologu nie pojąć, że Trud żonatym był z mieszczanką, a stan duchowny szlachciankę miał za połowicę, i że obie te szczęśliwe pary posiadały do współki przepyszny delfindor, który przysądzonym być miał nie komu innemu, tylko najpiękniejszej na świecie dziewicy. 

Owóż tedy obszedłszy calutką ziemię, przetrząsłszy dla odszukania takiej piękności wszystkie zakątki państw mnogich, i odrzuciwszy kolejno królowę Golkondy, księżniczkę Trapezuntu, córkę wielkiego hana tatarskiego etc. etc, Trud i Stan duchowny, Mieszczanka i Szlachcianka, przybyły oto na odpoczynek aż na ten tu stół marmurowy w Pałacu Sprawiedliwości, i wykładają obecnie przed prześwietnem zebraniem całą massę maksym i sentencyj, na jakaby się może na fakultecie sztuk nie zdobył kandydat do biretu na mistrza „przy egzaminach, sofizmach, figurach, określnikach i aktach”. 

Było to w rzeczy samej nadzwyczaj piękne. 

Z tem wszystkiem, w całej tej ciżbie, w którą aktorowie na wyprzodki rzucali falami metafor, nie było ucha mocniej natężonego, nie było serca szybciej bijącego, oka więcej rozpłomienionego, grzbietu sztywniej wyprężonego, nad ucho, oko, serce i kark autora, poety, dzielnego tego Piotra Gringoire, który chwilę przedtem nie mógł się był powstrzymać od przyjemności powiedzenia swego nazwiska dwóm ładnym dziewczynom. Odszedł on o kilka kroków od nich. stanął przy swoim słupie, i tam słuchał, patrzał, połykał. Łaskawe oklaski któremi przyjęto początek jego prologu, odbijały się jeszcze w jego wnętrznościach. Zdjął go całkowicie ów dziwny rodzaj kontemplacyjnego zachwytu, z jakiem autorowie spoglądają na swe pomysły, spadające jeden za drugim z ust aktora wśród powszechnej ciszy licznego zgromadzenia. Zacny Piotr Gringoire! 

Drogo nas kosztuje ta szczerość, ale niestety wyznać trzeba, że pierwszy ów zachwyt skłóconym wnet został. Zaledwo Gringoire zbliżył był do ust upajającą czaszę tryumfu radości, a oto wraz wpadła w nia kropla goryczy. 

Jakiś żebrak odartus, nie mogący snać liczyć na dostateczną jałmużnę sród tłumów zbitych w jedne massę, a wynagrodzenie jakieby mógł był znaleźć w kieszeni bliższych sąsiadów, uważający bez wątpienia za mało poważne, umyślił sobie rozsiąść się na widoczniejszóm jakiem miejscu, dla ściągnięcia ku sobie spojrzeń i groszaków. Wdrapał się więc w czasie pierwszych wierszy prologu, przy pośrednictwie słupa u estrady uprzywilejowanej, aż ku gzemsom obejmującym jej balasti od spodu; i tu się umocowawszy, błagał pospólstwo o wzgląd i litość, pokazując mu swoje łachmany i ohydną ranę, rozpostartą na ręku prawym. Zresztą, milczenia ani jednem słowem nie przerywał. 

Spokojne to jego zachowanie się pozwalało prologowi rozwijać się bez tumultu, tak że żaden znaczniejszy nieporządek nie byłby się zdarzył, gdyby nieubłagane fatum chciało było zasłonić przed żakiem Jehanem siedzącym w górze, skrzywione miny i błagalne giesty żebraka. Stało się inaczej. Szalony śmiech porwał łobuza, który nie dbając o przerwanie widowiska i zmącenie uwagi powszechnej, krzyknął wesoło: 

– Aha, to ten nieboraczysko prosi o jałmużnę! 

Ktokolwiek kiedy cisnął kamieniem w łożysko żabie, lub strzelił w gromadę ptastwa, może sobie wyobrazić skutek sprawiony słowami temi, nieoczekiwanemi sród uwagi ogólnej. Gringoire drgnął, jak przy uderzeniu pioruna. Prolog się zaciął na miejscu, a wszystkie głowy zwróciły się bezładnie ku dziadowi, który nie tylko że się nie zmieszał tym przypadkiem, lecz przeciwnie chwycił się wraz za nią, jako za doskonałą dla zarobku okoliczność, i jął wywodzić tonem omdlałym, z oczami na pół-przymrużonemi: 

– Za zdrowie najmilsze!... co łaska panowie! 

– Ależ bo... na moją duszę – pochwycił Jehan – toż to Clopin Trouillefou. Hej-że tam, przyjacielu, czy ci ta rana przeszkadza na nodze, że ją dziś na ręku nosisz? 

To powiedziawszy, cisnął ze zręcznością małpy groszak biały do zatłuszczonej czapki, którą dziad wyciągał w chorej swej ręce. Żebrak, ani na włos się nie poruszywszy, połknął sarkazm przy groszaku, i dalej jęczał żałośliwie: 

– Co łaska, wielmożni! za zdrowie najmilsze!... 

Epizod ten nie pomału rozerwał słuchaczów, a spora część zgromadzenia z Bobkiem Poussepain i czeredą palestrzańską na czele, wesoło przyklaskiwała dziwnemu temu duetowi, który w środku prologu, zaimprowizowali: żak głosem krzykliwym i dziad niezrażonym swoim zdrowaśkiem. 

Gringoire był mocno niezadowolony. Przyszedłszy do siebie z pierwszego osłupienia, nie znalazł on nawet chwilki na posłanie spojrzenia pogardy dwora sprawcom przerwy, a usiłował czem prędzej szkodę naprawić. 

– Dalej! cóż u licha! ciągnijcie dalej! – krzyczał co sił starczyło ku czterem osobistościom na scenie. 

Lecz w tej-że chwili poczuł, że go ktoś pociągnął za połę kapoty. 

Odwrócił się nie bez kwaśnej miny, i ledwo się mógł zdobyć na uśmiech, A uśmiech był niezbędnym. Zobaczył bowiem piękną rączkę Gisquetty la Gencienne, wytkniętą po przez sztachetki, i dopominającą się w ten sposób o jego uwagę. 

– Nie wić waszmość – rzekło młode dziewczę – czy i dalej co będzie? 

– Ależ niewątpliwie – odpowiedział Gringoire, dotknięty nieco pytaniem. 

– W takim razie – mówiła dalej dziewczyna – czy nie bylibyście grzecznym wytłemaczyć mi... 

– Tego, co ma nastąpić? – przerwał Gringoire. – Ależ, mej Boże! w tym celu najlepiej jest słuchać przedstawienia. 

– Nie – powiedziała Gisquetta – chciałabym wiedzieć, co oni dotąd mówili... 

Gringoire poskoczył jak człowiek gorącem żelazem draśnięty. 

– Żebyś przepadła, niedojdo jakaś, głupia i głucha! – zgrzytnął do siebie ścisnąwszy wargi. 

Od tej chwili Gisquetta straconą już była w jego opinii. 

Tymczasem aktorowie usłuchali nareszcie nakazu twórcy sztuki, a publiczność spostrzegłszy, że rzecz wchodzi na swoje tory, chętnie znowuź nakłoniła ucha; nie bez pewnej atoli straty mnóstwa piękności, wynikłej z powodu owego klejenia dwóch części sztuki, tak nagle przekrojonej. Gorzkie w tym duchu spostrzeżenie, Gringoire w sobie milczkiem strawić był zmuszonym. Spokojność wróciła jednak powoli; żak zamilkł, żebrak liczył pieniądz zebrany, i sztuka wzięła górę. 

Było to w istocie wielce piękne dzieło, z któregoby zapewne, jak sądzimy, i dziś jeszcze można było coś wyciągnąć, po kilku stosownych poprawkach. Układ sam, nieco za długi i trochę za pusty, to jest prawidłowy, był wcale prostym; i Gringoire w nieskalanym przybytku swojego wewnętrznego forum jasność onego podziwiał. 

Jak się nie trudno domyśleć, cztery allegoryczne osoby zmęczyły się nieco w końcu podróżą po trzech częściach świata i daremnem poszukiwaniem godnego umieszczenia sławnej owej monety, sławnego delfindora. Ztąd, szczęśliwym zwrotem porównania, nastręczyła się wraz pochwała ryby cudownej pokrewnego nazwiska, z tysiącznemi alluzyami nieporównanej delikatności, skierowanemi ku młodemu narzeczonemu Małgorzaty Flandryjskiej, smutnie wtedy odosobnionej w Amboise, i ani podejrzywającej, że Trud i Stan duchowny, że Szlachta i Mieszczaństwo dla niej właśnie świat cały obiegły. 

Rzeczony tedy delfin był młodym, był uroczym, był silnym, a nadewszystko (o wspaniały początku wszech cnot królewskich!) był synem lwa Francyi. Oświadczam, że śmiała ta metafora jest wprost uwielbienia godną, i że historya naturalna teatru nic bynajmniej nie może mieć, ze stanowiska allegoryj i epitalamij królewskich, przeciwko delfinowi, który się ze lwa rodzi. Tem niemniej, żeby już i krytyce przynależność jej oddać, poeta mógłby był rozwinąć piękny ten pomysł nie w dwustu koniecznie wierszach. Prawda i to, że misteryum, z rozkazu jaśnie wielmożnego starosty trwać miało od południa aż do godziny czwartej; wypadałoż więc powiedzieć cokolwiek. Zresztą, słuchano cierpliwie. 

Naraz, w sam środek sporu między sławetną panną Mieszczanką, a wielmożną panią Szlachcianką, w chwili kiedy sędziwy Trud wymawiał wiersz ten przepyszny. 

Owóż nie widziano w boru bestyi wspanialszej; drzwi uprzywilejowanego balkonu, aż dotąd tak nie w porę zamknięte, otwarły się bardziej jeszcze nie w porę, a gromki głos woźnego oznajmił nagle: Jego eminencya, imci pan kardynał Burbon. 

III. Pan Kardynał.

Biedny Gringoire! huk wszystkich razem petard podwejnych, z fortecy S-to Jańskiej; wystrzał hakownic dwudziestu; trzask sławnej tej śmigownicy z królewskiej wieży Billy, która w czasie oblężenia Paryża, w niedzielę 29 września 1465 roku, trupem położyła siedmiu na raz Burginionów; wzryw całej massy prochu armatniego zgromadzonego u wrót Tempie – mniejby już okrutnie rozdarły mu były organa słuchowe, w tej chwili uroczystej i dramatycznej, niżeli owych słów kilka spadłych z ust woźnego: Jego eminencya imcipan kardynał Burbon. 

Nie znaczyło to wcale, by Piotr Gringoire miał się lękać pana kardynała lub go nienawidzieć. Bynajmniej. Nie znał on tej słabości, ani też był tak dalece zarozumiałym. Prawdziwy eklektyk, jakby to dziś powiedziano, Gringoire należał do rzędu owych umysłów wzniosłych i stałych, umiarkowanych i spokojnych, które się zawsze najakuratniej środka trzymać umieją (stare in dimidio rerum), a są gorliwemi zwolennikami rozumu i filozofii liberalnej wtedy nawet, gdy sami kardynalskiej klamki pilnują. Drogocenne i nigdy nie niknące plemię filozofów! Mądrość, jako druga Ariadna, dała im zdaje się splot nici, które oni, przechodząc ziemskiego bytu koleje, od stworzenia świata rozsnuwają przez cały labirynt rzeczy ludzkich. Spotykamy ich po wszystkie czasy, zawsze do siebie podobnych, to jest zawsze na wszelkie czasy przygotowanych. I nie licząc już naszego Piotra Gringoire, któryby mężów tych przedstawiał w wieku XV, gdybyśmy go zdołali przywrócić do chwały na jaką zasłużył, – nadmienimy, że ich to duch ożywiał niewątpliwie pana Dubreuila, gdy ten w wieku XVI kreślił te słowa dziecinnie wzniosłe, godne wszystkich wieków: 

„Jam Paryżanin wedle nacyey i parhiżanin wedle języka, jako parrhisia po grecku ma znaczyć swobodne mówienie; której to swobody zażywałem takoż przeciwko samym panom kardynałom, wujowi i bratu imci książęcia Conty, wszelakoż z respektem ich wielkości i nie urażając nikogo z ich dworu, co jest niemało.” 

W przykrem tedy wrażeniu, jakie kardynał wywarł na Gringoire'a, nie było ani nienawiści do jego osoby, ani pogardy dla jego urzędu. Całkiem przeciwnie; poeta nasz za wiele miał zdrowego zmysłu i zanadto wytartą kapotkę, aby szczególniejszej wartości nie przywiązywał do szczęśliwego zdarzenia, któreby do prześwietnego ucha kardynalskiego donieść mogło tę lub ową gładszą alluzyę prologu, a szczególniej ową gloryfikacyę delfina, potomka lwa Francyi. Nie interes to jednak włada szlachetną naturą wieszczów. Przypuśemy, że istota poety ma się jak liczba dziesięć; pewnem jest, że chemik coby ją rozłożył i „rozapteczył”, jak mówi Rabelais, znalazłby w niej jedne zaledwo cząstkę interesu, na dziewięć miłości własnej. Owóż w chwili, kiedy się drzwi przed kardynałem otwarły, dziewięć części miłości własnej Gringoire'a, wydęte i nabrzmiałe pod oddechem uwielbienia ludowego, znajdowały się w stanie niebotycznego wytężenia, pod którem, jakby zduszony, znikał ów niedojrzalny element interesu, któryśmy przed chwilą w konstytucyi poetów wytknęli – element drogocenny zkądinąd, balast humanitaryzmu i realizmu, bez którego aniby się im chciało ziemi dotykać. Gringoire dawał sposobność napawania wzroku, czucia, dotykania rzecby można, zgromadzeniu całemu... hultajów, to prawda, Jecz cóż to znaczy? zgromadzeniu osłupiałemu przecież, skamieniałemu, oczadziałemu niejako w obec nieskończonych obrazów, tryskających każdej chwil: ze wszystkich części dyalogu. Utrzymuję, że uszczęśliwienie owo powszechne tłumów podzielał również sam autor, i że na opak Lafontai nowi (który na przedstawieniu własnej komedyi Florentin zapytywał: jaki to wałkoń ramotę ową skleił?), Gringoire miałby raczej ochotę pytać sąsiadów: czyje to arcydzieło? Możnaż sobie teraz wyobrazić, w jaki sposób oddziałało na niego raptowne i nieszczęsne przybycie kardynała. 

To, czego się najbardziej należało obawiać, akurat się i stało. Wejście kardynała od razu zburzyło ład i harmonię w audytoryum. Wszystkie głowy odwróciły się ku trybunie honorowej. Nie było sposobu porozumienia się i dojścia do ładu. – Kardynał! kardynał! – powtarzały wszystkie usta. Nieszczęśliwy prolog po raz drugi stanął jak wryty. 

Kardynał zatrzymał się chwilkę na progu estrady. I kiedy wzrokiem dość obojętnym powiódł po zgromadzeniu, zamieszanie tymczasem rosło. Wszyscy chcieli jak najlepiej przybyłemu się przyjrzeć. Każdy dbał tylko o to, by jak najdogodniej głowę wytknął po nad ramię sąsiada. 

I był to zaiste dygnitarz nielada, a widok jego wart był wszelkiej innej komedyi. Karol, kardynał Burbon, arcybiskup i hrabia lugduński, prymas Gallii, uważany był jednocześnie za krewniaka Ludwika XI, przez swego brata Piotra, pana na Beaujeu, który poślubił był starszą córkę królewską, i za krewniaka Karola Zuchwałego, przez swoją matkę, Agnieszkę Burgundzką. Owóż rysem głównym, rysem charakterystycznym i wyróżniającym temperament prymasa WszechGallii, był duch dworactwa i niezmierne poszanowanie wszelkiej potęgi. Sądźmyż teraz o niezliczonych kłopotach, jakie nań spływały z podwejnego tego rodactwa, i o wszystkich tych szkopułach świeckich, pośród których łódź jego duchowna zmuszoną była wywijać, by się nie rozbić ani o Ludwika, ani o Karola, o tę Charybdę i o tę Scyllę, która już pożarła była księcia na Nemours i konetabla Saint-Pol. 

Dzięki niebu, kardynał jako tako wyszedł z tej przeprawy, i bez zawad wielkich dopłynął do Rzymu. Lecz, lubo znajdował się już u przystani, i dlatego właśnie, że się u przystani znajdował, nigdy nie mógł bez niepokoju wspominać rozmaitych przygód swojego życia politycznego, przez czas długi groźnego i pracowitego. To też i miał we zwyczaju powiadać, że rok 1476 był dla niego i czarnym i białym; rozumiejąc przez to, że w tym samym właśnie roku strać I zarówno matkę, księżnę Burgundzką, jak i kuzyna, księcia Burgundzkiego, i że w ten sposób jedna żałoba opłaciła mu się drugą. 

Zresztą był to sobie człek niezły; pędził wesoło życie kardynalskie, na frasunek szukał lekarstwa w królewskiej winnicy Challuau, nie pogardzał Byszardą Garmoix i Tomicyą Saillarde, chętnie świadczył jałmużny młodszym raczej, niż starszym, i ze wszystkich tych powodów bardzo się podobał motłochowi paryskiemi. Publicznie się okazywał nie inaczej, jeno otoczony małym dworem biskupów i opatów wyższej kategoryi, wymuskanych,wyświeżonych i w potrzebie nie zasypiających wcale dobrej okazyi; zkąd też niejednokrotnie zacne świętoszki z St. Gerraain d'Auxerre, przechodząc wieczorem pod rzęsisto oświeconemi oknami mieszkania Burbona, gorszyły się mocno, słysząc jak te same głosy, które za dnia śpiewały nieszpory, wywodziły teraz przy brzęku szklanek piosnki mniej uroczyste. 

I owa to bezwątpienia popularność, nabyta zasługami tak oczywistemi, ochroniła kardynała, przy wejściu od wszelkiego złego przyjęcia ze strony gminnego łajdactwa, tak niezadowolonego przed chwilą, i bardzo mało usposobionego do szacunku dla jakiegoś tam kardynała, w dniu gdy samo króla śmieszków obierać miało. Paryżanie nie są też zatwardziałymi; rozkazawszy na własny rachunek i z własnego natchnienia rozpocząć przedstawienie urzędowe, poczciwi mieszczanie pokazali już kardynałowi swoje ale i zwycięztwo to uważali za dostateczne. Okrom tego, pan kardynał Burbon wcale przystojnym był mężczyzną, a do tego ubranym był w prześliczny płaszcz karmazynowy, który z wielkim wdziękiem i godnością na sobie nosił. Co znaczy, że już przez to samo po swojej stronie miał wszystkie kobiety, czyli, co na jedno wychodzi, lepszą połowę zgromadzenia. I zaprawdę, byłoby to niesprawiedliwością i dowodem najoczywistszego złego smaku gwizdać na takiego dygnitarza, który lubo nieco za długo kazał na siebie czekać przy widowisku, to przecież urodziwej był postawy i płaszcz miał karmazynowy. 

Wszedł więc, pozdrowił obecnych z tradycyjnym uśmiechem potentatów dla ludu, i krokiem wolnym skierował się ku krzesłu obitemu aksamitem szkarłatnym; wyraz twarzy pokazywał, że czynił to machinalnie, że wcale o czem innem myślał, niż o misteryum. Otoczenie jego (czyli, jakbyśmy to nazwali dzisiaj, sztab główny) z biskupów i opatów złożone, wkroczyło za nim na trybunę, zdwoiwszy przez to hałas i ciekawość na parterze. Każdy kogoś sobie wskazywał, każdy kogoś po imieniu wołał, każdy jednego choć prałata znać poczytał sobie za obowiązek: ten imci biskupa marsylskiego Alaudet, jeżeli mie pamięć nie myli, – ów pierwszego kanonika kapituły St.-Denis, – tamten Eoberta de Lespinasse, opataz St.-Germain-des-Pres, brata jednej z kochanek Ludwika XI-go, – a wszystko to z przydomkami i dobrą miarką dodatków pogardliwych. Co do żaków, ci klęli. Był to ich dzień, ich własna uroczystość błaznów, ich saturnalie, doroczny odpust pisarków i studentów. Nie masz bezeceństwa, któreby dnia tego nie należało się im de jure, i nie liczyło się do rzeczy świętych. A byłyż przytem w tłumie kumoszki co się zowie: Szymona Quatrelivre, Agnieszka Gadine, Robina Piedebon. Cóż u licha! nie wolnoż-by już było nawet nakląć się sobie do syta i poturbować z lekka imię Pana Boga nadaremno, w dniu tak pięknym, a w tak dobranem towarzystwie sług Kościoła i panienek miejskich? To i nie żałowano sobie języka tak, iż pośród nieustającego wrzasku wyrywające się z ust, palestrantów i uczniów bluźnierstwa i potworności, głosy tem zuchwalsze, że je przez rok cały na wodzy trzymała obawa gorącego żelaza Ś-go Ludwika, tworzyły harmider rzeczywiście przerażający. Biedny Ludwik Święty! i takież to urągowisko sprawiano mu we własnym jogo Pałacu Sprawiedliwości! Każdy krzykacz wziął na kieł z liczby nowo-przybyłych na trybunę jedne jakąś sutanę, to czarną, to czerwona, to szarą, białą lub fioletową. Joannes Frolio de Molendino, on, z tytułu brata archidyakona, porwał się zapamiętale na kolor karinazynowy, i wlepiwszy bezczelnie wzrok w kardynała, śpiewał na zabej: Cappa repleta mero! 

Wszystkie te szczegóły, które tu podajemy bez osłon, ku moralnemu zbudowaniu czytelnika, splatały się do tego stopnia w jeden ogólny hałas i rumor, że traciły całkiem na wydatności rumieńców pojedynczych, zanim na honorową estradę doleciały; zresztą nie wieleby one i dotknęły były kardynała w razie przeciwnym, tak dalece swobody dnia tego leżały w tradycyi obyczajowej. Miał on przytem – i oblicze jego wyraźnie to mówiło – wcale inny kłopot na głowie, który szedł w jego tropy i który tuż za nim wpakował się zaraz na trybunę: była to ambasada Plandryi. 

Trapiła go ona. Nie żeby kardynał był, chowaj Boże! wielkim politykiem, lub miał sobie za baj-bardzo skutki wypłynąć mogące z małżeństwa Jejmościanki kuzyny swej Małgorzaty Burgundzkiej z Jego Miłością kuzynem swoim Karolem delfinem wiedeńskim; nie żeby zaprzątał sobie umysł pytaniami, jak długo trwaćby mogła zlepiona zażyłość księcia austryackiego z królem francuskim, lub za jaką monetę przyjmie król angielski odtrącenie własnej swej córki .. Gdzie tam! To go najmniej niepokoiło; raczył się on przecież każdego wieczora złocistą barwą napoju z królewskiej winnicy Chaillot, i ani dbał o to, czemby tam miał pachnąć jakiś kubek tegoż samego wina (co prawda przejrzanego już nieco i poprawionego przez doktora Ooictier), który, ofiarowany Edwardowi IV przez Ludwika XI, uwolni kiedyś, pewnego pięknego poranka, Ludwika XI-go od Edwarda IV-go. „Wielce nam czcigodne poselstwo pana a książęcia austryackiego” nie zaprzątało żadnym tego gatunku drobiazgiem sumienia kardynała, ale mu natomiast dokuczało z innej strony. Rzecz to w istocie nie wiele pocieszna – a rzekliśmy już o niej słówko na drugiej zaraz stronicy tego opowiadania – rzecz to wcale nie przyjemna, być obowiązanym bez względu na to, że się jest Karolem Burbonem, to fetowania i ugaszczania Bóg wie jakichś tam mieszczuchów. Kardynał ma przyjmować ławników! Francuz, druh do szklanki et caetera, ma za pan-brat traktować Flamandów, bałwochwalców piwska! I to publicznie! Ani słowa, był to jeden z najnudniejszych grymasów, jakie kiedykolwiek wymusiła na nim uprzejma wola królewska. 

To też z najgrzeczniejszym w świecie uśmiechem (czego bo nie może nauka!) zwrócił się nasz pan kardynał ku drzwiom, skoro tylko woźny dźwięcznym głosem oznajmił: Panowie posły Jmci książęcia austryackiego. Nie potrzebujemy mówić, że i publika cala za ruchem jego poszła. 

Wtedy to wchodzić zaczęli dwóch po dwóch, krokiem poważnym, mocno odbijającym naruchliwem ile duchownego otoczenia Karola Burbona, ambasadorowie Maksymiliana austryackiego, w okrągłej liczbie czterdziestu ośmiu, mając na swojem czele wielebnego ojca po Bogu Jehana opata z Saint-Bertin, kanclerza Złotego runa, i Jakuba de Goy, sławnego Dauby, wielkiego sędziego Gandawy. Zgromadzenie zaległo ciszą głęboką, karbowaną z lekka tylko śmiechem duszonym. Słuchano wszystkich tych nazwisk niestworzonych i wszystkich tych dostojeństw mieszczańskich, jakiemi każdy z owych jegomościów wykazywał się, bez najmniejszej oznaki zmieszania, woźnemu, i jakie ten z kolei bezładnie, a po swojemu przerobiwszy, puszczał skroś tłumu. Byli to: mistrz Loys Boelof, ławnik miasta Louvain; możnie urodzony Glays d'Etuelde, ławnik brukselski; imci Paweł de Baeust, pan na Voirmizeille, prezydent Flandryi; mistrz Jehan Colegiens, burmistrz miasta Antwerpii; mistrz Jerzy vanMoere, pierwszy starosta kierkowy miasta Gandawy; mistrz Gheldolf van der Hage, pierwszy ławnik jatko wy tegoż rzeczonego miasta; i pan z Bierbecque, i Jehan Pinnock, i Jehan Dymaerzelle, i t. d., i t. d. – starostowie, ławnicy, burmistrze, i znowuż burmistrze, ławnicy i starostowie; a wszyscy sztywni, napuszeni, wykrochmaleni, odświętnie przyodziani w aksamity i damaszki, nakryci kapeluszami z czarnego aksamitu o wielkich złoto-puszystych kitach cyprowych; tęgie bądź co bądź głowy flamandzkie, postacie dzielne i surowe, z rodu tych, którym Bembrandt tak poważnie a silnie wystąpić kazał na ciemnem tle swego Rondu nocnego; obywatele, na czołach własnych noszący napis, że Maksymilian austryacki miał słuszność „cale polegać – jak się wyraził w swym manifeście – na ich wiernej wierze, zdrowej eksperyencyi, wszelkiej poczciwości i baczeniu dobrem.” 

Miał słuszność... z wyjątkiem jednego przecież. Był nim jegomość o twarzy przebiegłej, rozumnej, chytrej, gatunek zlewka z małpy i dyplomaty, naprzeciw któremu kardynał uczynił trzy kroki z ukłonem głębokim, a który jednakże nazywał się tylko Gwilhelm Bym, radca i pensyonarz miasta Gandawy. 

Nie bardzo kto wówczas wiedział, czem był naprawdę Gwilhelm Bym. Geniusz rzadki, który w czasach rewolucyjnych byłby świetnym blaskiem wypłynął na powierzchnię wypadków, lecz który w wieku XV-m zniewolony był skupić się cały w intrygach podziemnych, i „żyć w podkopach”, jak się wyraża książę Saint-Simon. Umiał go zresztą należycie ocenić pierwszy na owe czasy „kopacz” europejski; z Ludwikiem XI prowadził on machinacye na cztery oczy, i często przykładał rękę do tajemnych robót króla. Wszystkie te rzeczy zakrytem! były dla tłumu, który obecnie unosił się nad niezmienia grzecznością kardynała dla mizernej tej figurki starosty flamandzkiego. 

IV. Mistrz Jakub Coppenole.

W chwili, kiedy pensy onarzgandawski i jego eminencya zamieniali między sobą ukłony głębokie i daleko głębiej od nich przed tłumem tajone półsłówka, sprezentował się człowiek wzrostu wysokiego, o szerokiej facyacie i potężnych ramionach, wchodzący jednocześnie z Gwilhelmem Rymem; rzekłbyś buldog obok lisa. Pilśniowy jego kołpak i kurta skórzana raźną plamą kładły się na otaczające go aksamity i jedwabie. Domyślając się, że jest to jakiś masztalerz zbłąkany, woźny zatrzymał go... 

– Hej, przyjacielu, nie tędy! – rzekł. 

Człowiek w skórzanej kurcie odepchnął go ramieniem. 

– Czego on chce, ten facet, odemnie? – ryknął głosem, który od razu zwrócił uwagę publiczną na dziwne to zajście... – Cóż, nie widzisz kim jestem? 

– Imię waszmości? – spytał woźny. 

– Jakub Coppenole. 

– A godność? 

– Pończosznik z pod Trzech Łańcuchów, z Gandawy. 

Woźny się cofnął. Oznajmiać takich gości, jak burmistrze i ławnicy, niechby już uszło; lecz pończoszników, to już wydało mu się za wiele. Kardynał stał jak na zarzewiu. Lud wszystek słuchał i patrzał. Oto już od dni dwóch jego eminencya głaska tych niedźwiedziów flamandzkich, by módz nieco przyzwoiciej na świat ich wyprowadzić, a tu, ot tobie i masz. Zbyt ostra nieprzystojność. 

Ale tuż zaraz zbliżył się do woźnego Gwilhelm Rym, i ze zwykłym swym pół-uśmiechem szepnął mu nieznacznie: 

– Oznajm mistrza Jakuba Coppenole, pisarza ławników miasta Gandawy. 

Kardynał podchwycił głośno: 

– Woźny, oznajmij mistrza Jakuba Coppenole, pisarza ławników prześwietnego miasta Gandawy. 

Był to błąd. Wypadało samemu już Eymowi zostawić skręcenie karku przygodzie. Coppenole akurat właśnie posłyszał rozkaz kardynała. 

– A krzyżu Pański! – wrzasnął głosem piorunującym. – Nie, powiadam! nie! Jakub Coppenole pończosznik i basta. Słyszysz, woźny? Ni krzty więcej, ni krzty mniej. Krzyżu Pański! pończosznik, alboż to mało? Niebój się, Jego Mość książę niejedne już rękawiczkę znalazł w mojej pończosze... 

Wybuchły śmiechy i oklaski. Wszelki dwuznacznik natychmiast w Paryżu zrozumianym, a więc też i natychmiast uczczonym zostanie. Dodajmy, że Coppenole był z ludu, i że publika co go otaczała była również z ludu. To więc i znajomość między nim a nią nastąpiła szybko, elektrycznie, rzekłbyś gębą całą. Butny docinek pończosznika flamandzkiego, poniżający dworaków, poruszył we wszystkich tych duszach plebejskich nie wiem już jakie uczucie godności, tak jeszcze niewyraźne w wieku piętnastym. Toż jako równy równego, za paniebrat pończosznik potraktował Jego Miłość kardynała! Słodka zaiste myśl dla tego łapserdactwa, przywykłego do szacunku i posłuszeństwa w obec pachołków wielmożnej służby jaśnie wielmożnego starosty przy najprzewielebniejszym opacie od S-tej Genowefy, który sam z kolei był tylko koadjutorem pana kardynała! 

Coppenole dumnie się skłonił Jego Eminencyi, która ze swojej strony pozdrowiła wiele mocnego mieszczucha, nielada co znaczącego u samego nawet Ludwika XI-go. Następnie, podczas gdy Gwilhelm Rym, „mąż roztropny a złośliwy”, jak się wyraża Filip de Comines, jednego i drugiego mierzył od stóp do głowy wzrokiem wyższości i naigrawania, obaj zajęli swe siedzenia, kardynał nieco zmieszany i zakłopotany, Coppenole spokojny i wyniosły. Cokolwiekbądź – mówił może w duchu ten ostatni – równie dobry mej tytuł pończosznika, jak i wszelki inny; wie o tem Marya Burgundzka, matka tej samej właśnie Małgorzaty, która dziś za mąż wychodzi. Co kardynał, to kardynał, ale stokroć nieraz groźniejszy pończosznik. Nie kardynał by też to potrafił podmówić Gandawczyków do ukarania faworytów córki Karola Śmiałego; nie kardynał uzbroił swem słowem ducha tłuszczy na łzy i prośby kobiece, kiedy Jejmość księżniczka Flandryi przybyła błagać motłoch o życie dla swych protegowanych u samego podnóża ich szafotów; gdy tymczasem dość było pończosznikowi podnieść w górę swej łokieć skórzany, by zrzucić głowy wasze, jaśnie oświeceni panowie Guy d'Hymbercourt i kanclerzu Wilhelmie Hugonet! 

Ale się nie wszystko na tem skończyło dla biednego kardynała; wypadło mu do dna samego wychylić kielich goryczy, jaki dlań zgotował obowiązek towarzyszenia owym nieokrzesańcom flamandzkim. Czytelnik nie zapomniał może bezczelnego żebraka, który na początku prologu wgramolił się był na gzemsy podwyższenia kardynalskiego. Przybycie znakomitych gości nie zachęciło go bynajmniej do opuszczenia raz zdobytego stanowiska; przeciwnie, podczas kiedy prałaci i ambasadorowie pakowali się sposobem śledzi holenderskich do ławek trybuny, on, nie żałując sobie wygody, najspokojniej się roztasował przy balaskach estrady, na której podstawie dzielnie oparł skrzyżowane nogi. Śmiałość była niesłychaną, ale nikt jej z razu nie zoczył, tak dalece uwaga powszechna gdzieindziej była skierowaną. Ze swej strony, żebrak ani baczył na to, co się tam dzieje w sali; kiwał się sobie wciąż z niedbalstwem Neapolitańczyka, i od czasu do czasu powtarza! sród szmerów, jakby z machinalnego przyzwyczajenia: – Co łaska! za zdrowie najmilsze!– I zaprawdę, on jeden może z całego zgromadzenia nie raczył zwrócić głowy w stronę zajścia woźnego z Coppenole. Owóż zrządził przypadek, że mistrz pończosznik gandawski, z którym lud w żywe zachodził współczucie, i w którego wszystkie utkwiły spojrzenia, zasiadł akurat w pierwszym szeregu ławek podniesienia, tuż nad samym żebrakiem; nie małeż to było zdziwienie zgromadzonych, gdy naraz ujrzano, jak ambasador flamandzki, obrzuciwszy najprzód wzrokiem umieszczonego przed sobą odartusa, klepnął go poufale po ramieniu łachmanami okrytem. Żebrak się odwrócił. Nastała chwilka zdziwienia; za nią szedł uśmiech odgrzebanej nagle znajomości, uradowania, etc; poczem, obojętni na widzów lub widowisko, pończosznik i biedak poczęli z sobą rozmawiać półgłosem, trzymając się wzajem za ręce, bez najmniejszego ma się rozumieć względu na to, że łachmany Clopina-Trouillefou, rozwieszone na złotogłowiach podwyższenia, raziły wzrok jak gąsienica u pomarańczy. 

Nowość szczególnie tej sceny do tego stopnia podniosła rumor wesołości i szaleństwa w sali, że nie mogło to ujść zaciekawionej w końcu uwagi kardynała; pochylił się do połowy, i niedokładnie tylko ujrzawszy ohydną kurtkę żebraka (na dokładniejsze objęcie zdarzenia miejsce samo nie pozwalało), wyobraził sobie naturalnie, że żebrak o jałmużnę błagał, więc wzburzony taką śmiałością, zawołał: 

– Mości starosto Pałacu, do rzeki mi tego huncwota! 

– Krzyżu Pański! – odparł Coppenole, nie puszczając rąk żebraka – toż to jeden z moich przyjaciół, jaśnie kardynale! 

– Dobrze! tak jest! hej kolenda! – huknęły tłumy. 

Od tej chwili mistrz Coppenole, w Paryżu zarówno jak iw Gandawie wielkie zachowanie w czerni posiadł, gdyż – jak powiada Filip de Oomines – „mężowie tej krwie zawzdy takowe tam mieć będą, skoroć się w porządku nie trzymają.” 

Kardynał przygryzł wargi, i zwróciwszy się ku swemu sąsiadowi, opatowi od S-tej Genowefy, rzekł doń z cicha: 

– Przedziwnych ambasadorów przyseła nam Jego Miłość arcyksiążę dla oznajmienia Jmci Małgorzaty. 

– Wasza Eminencya napróżno tylko grzeczność traci z tymi wałkoniami flamandzkiemi. Margaritas ante porcos. 

– Powiedz raczej, opacie – odrzekł kardynał głośniej z uśmiechem – powiedz raczej: Porcos ante Margaritami. 

Całe otoczenie zawtórowało uwielbieniem grze tej słów. Ulżyło to nieco kardynałowi; pokwitował się w ten sposób z Coppenole; i jego również dowcipowi przyklaśnięto. 

A teraz niechże ci z naszych czytelników, którzy, jak się to mówi stylem dzisiejszym, uzdolnieni są. do uogólniania obrazów i pojęć, pozwolą nam łaskawie postawić pytanie, azali w istocie jasno i dokładnie uobecniają w swej wyobraźni widok, jaki przed nimi roztacza, w chwili gdy ich uwagę zatrzymujemy, czworobok wielkiej trybunalskiej komnaty? Ku środkowi, oparta o ścianę zachodnią sali, szeroka i pyszna trybuna ze złotogłowiów, do której przez małe ostrołukowe drzwiczki wchodzą processyonalnie osoby poważne, oznajmiane krzykliwym głosem woźnego. Na pierwszych jej ławkach, lik znaczny figur obciążonych gronostajami, atłasami i purpura. W około podwyższenia, zatopionego w milczeniu przyzwoitem, w dole, naprzeciw, wszędy, tłum wielki i hałas wielki. Tysiączne skrzyżowane spojrzenia ludu na każdą z kolei twarz dygnitarzów w trybunie, tysiączne szmery przy każdem nazwiska. Zaiste, widowisko to ciekawe i ze wszech miar zasługujące na uwagę widzów. Ale tam oto, aż w samym końcu, cóżby to było takiego? Co znaczy owa buda, gatunek szłabana, z czterma upstrzonemi figurkami w górze i czterema u dołu? A ten tam znów człeczyna w czarnej kapotce o bladej twarzy, tuż przy baraku, co zacz? Ach! niestety, drogi mej czytelniku, to Piotr Gringoire i jego prolog. 

Na śmierć o nim zapomnieliśmy. 

A tego to on właśnie lękał się najbardziej. 

Od chwili kiedy wszedł kardynał, Gringoire ani na sekundę nie ustał w usiłowaniach, wymierzonych zawsze ku podtrzymaniu swej sztuki. Rozkazał był najprzód aktorom, którzy naraz rzecz swą zawiesili, by na nic nie zważając recytowali dalej, podniesionym jeno głosem; następnie, widząc że nikt ani myśli słuchać, zatrzymał bieg akcyi; a oto teraz już od kwadransa blizko tupcze nogami, rzuca się, podmawia Gisąuettę, podmawia Lienardę, zachęca swych sąsiadów do baczenia na prolog; wszystko napróżno. Nikt nie odrywał oczu od kardynała, poselstwa i estrady, jedynego centrum tego obszernego koła promiennie zbiegających się spojrzeń. Trzeba też wnosić, a nie bez smutku to powiadamy, że wejście kardynała, które w tak okropny sposób rozwej sztuki przerwało, zmniejszyło zarazem niepomału i interes przywiązany do bogatej zresztą treści prologu, gdyż ostatecznie, na podwyższeniu czy na stole marmurowym, widowisko było tosamo: tu i tam zajście Trudu ze Stanem duchownym i Szlachty z Kupiectwem. Niejednemu zaś z widzów daleko więcej się podobało przedstawienie z osób rzeczywistych, żywych, działających, z krwi i kości, oddychających pod tą sutaną kardynała, pod tym kaftanem Coppenola, i spychających się w7zajem w tem tłokowisku ambasadorów flamandzkich i dworu biskupiego, niżeli misteryum lalek fabrycznych, upstrzonych, wymuskanych, rozprawiających wierszowaną prozą, i rzec-by można duszących się pod temi białemi i żółtemi kapami, które na nich Gringoire ponaciągał. 

Pomimo to, skoro tylko poeta nasz spostrzegł, że się spokojność ustaliła nieco, wpadł wraz na pomysł, który omal wszystkiego nie ocalił. 

– Panie – powiedział, zwracając się do jednego ze swoich sąsiadów, poczciwego i tłustego jegomościa o twarzy cierpliwej – a gdybyśmy to znów zaczęli? 

– Jak? – spytał sąsiad, 

– Gdybyśmy zaczęli na nowo? 

– Co zaczęli? 

– A no, misteryum. 

– Jeżeli chcecie, to zacznijcie – odparł sąsiad. 

Owo pół-przyzwolenie wystarczało Gringoirowi; sam tedy do własnej się sprawy zabrawszy, jął krzyczeć na wsze strony, głosem o ile podobna zbliżonym do głosów tłumu: 

– Zaczynajcie misteryum! dalszy ciąg misteryum! 

– Do licha! – odezwał się Joannes de Molendino – i cóż tam znowu śpiewają hen ci, w kącie? (Gringoire wrzeszczał bowiem za czterech). Słuchajcie bracia! alboż się misteryum nie skończyło jeszcze? Chcą je rozpocząć; jest-że to sprawiedliwie? 

– Nie, nie! – jednomyślnie odpowiedzieli żacy.. Precz z misteryum! precz! 

Ale się Gringoire mnożył i nie przestawał krzyczeć coraz silniej: 

– Zaczynajcie! zaczynajcie! 

Hałasy te ściągnęły uwagę kardynała. 

– Panie starosto trybunalski – rzekł do wysokiego mężczyzny w czerni, trzymającego się o kilka kroków od dygnitarza kościelnego – czy nie wpadli te łobuzy do chrzcielnicy, że sprawiają ten harmider piekielny? 

Starosta pałacu, był to rodzaj sędziego-amfibii, coś niby w guście nietoperza trybunalskiego, niby szczur, niby ptak, prokurator i żołnierz. 

Zbliżył się do