Kapturek na Manhattanie - Carmen Martín Gaite - ebook

Kapturek na Manhattanie ebook

Carmen Martín Gaite

0,0

Opis

 

Dziesięcioletnia mieszkanka Nowego Jorku, Sara Allen, żyje fascynacją Manhattanem, Statuą Wolności, swoją babcią i książkami. Udziałem Sary staje się niezwykła przygoda, dzięki której wszystkie jej fascynacje zyskują konkretny kształt-może przeżyć na jawie bajkę o Czerwonym Kapturku, spotkać niewiarygodnie fantastyczną Miss Lunatic i poznać Wolność.

Charakterystyczne dla pisarstwa Carmen Martin Gaite-psychologiczny realizm,baśniowość, humor - najpełniej uwidoczniły się w tej właśnie powieści, skierowanej do tych wszystkich, dla których książki dzieciństwa są wciąż książkami życia. Nowojorska baśń hiszpańskiej autorki od wielu lat zdobywa wielbicieli na całym świecie - zarówno pośród dzieci jak i pośród dorosłej publiczności.

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Skierniewicach
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 187

Rok wydania: 1999

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



CARMEN MARTIN GAITE

KAPTUREK NA MANHATTANIE

Przełożył

CARLOS MARRODAN CASAS

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Tytuł oryginału: Caperucita en Manhattan

Projekt okładki: Maciej Sadowski

Redakcja: Maja Lipowska

Redakcja graficzno-techniczna: Sławomir Grzmiel

Korekta: Magdalena Stachowicz

© Carmen Martin Gaite, 1990

© Ediciones Siruela, 1990

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 1999, 2001

© for the Polish translation by Carlos Marrodan Casas

ISBN 83-7200-766-7

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2001

Część pierwsza

Sny o wolności

Czasami wydaje mi się, że wszystko, co śnię,dzieje się naprawdę, a to, co właśnie przeżywamnaprawdę, jakby już mi się śniło... Poza tym wszystko,co się stało, nigdzie nie jest zapisane i w końcu się o tymzapomina.

Za to z tym, co zapisane, jest tak,jakby działo się zawsze.

(Elena Fortun, Celia w szkole)

Jeden

Nieco informacji geograficznych i prezentacja Sary Allen

Nowy Jork na mapach wygląda bardzo skomplikowanie, a kiedy się do niego przyjeżdża po raz pierwszy, człowiek trochę głupieje. Miasto podzielone jest na wiele dystryktów, każdy wyróżniony na planie innym kolorem. Najbardziej znany z nich to Manhattan, zazwyczaj oznaczany na żółto, narzucający swoje prawa innym dzielnicom, pomniejszający i przytłaczający je. Opisują go w przewodnikach, pojawia się w filmach i w powieściach. Wiele osób uważa, że Manhattan to cały Nowy Jork, podczas gdy stanowi on zaledwie część tego miasta. Wprawdzie specjalną, ale tylko część.

Chodzi o wyspę w kształcie całej suszonej szynki, ze szpinakowym plackiem w środku, noszącym nazwę Central Parku. Jest to duży podłużny park, w którym nocą przeżyć można niemało emocji, bo to i przemykać trzeba pomiędzy drzewami, a nawet chować się za nimi ze strachu przed złodziejami i mordercami, których tu pełno, i ostrożnie wychylać głowę zza pni, by zobaczyć rozbłyskujące neony reklam i światła drapaczy chmur, otaczających placek ze szpinaku niczym armia świec zapalonych z okazji urodzin jakiegoś tysiącletniego króla.

Na twarzach dorosłych nie widać radości, kiedy w żółtych taksówkach albo w czarnych limuzynach przejeżdżają przez park możliwie najszybciej, myśląc tylko o interesach i nerwowo spoglądając na zegarek, bo już są spóźnieni na umówione spotkanie. A dzieci, którym taka nocna przygoda sprawiłaby najwięcej radości, zawsze siedzą w swoich domach i oglądają w telewizji wiele historii o tym, jak niebezpiecznie jest na ulicach, szczególnie w nocy. Przeskakują więc z programu na program i widzą tylko uciekających przed czymś ludzi. Chce im się spać i ziewają.

Manhattan jest wyspą między dwiema rzekami. Ulice po prawej stronie Central Parku biegną prostopadle do rzeki, która nazywa się East River, bo jest na wschodzie, a ulice z lewej kończą się na rzece Hudson. Na East River znajduje się wiele mostów, co jeden to bardziej wymyślny i tajemniczy, łączących tę stronę wyspy z innymi dzielnicami, z których jedna nazywa się Brooklyn, tak samo jak słynny most prowadzący do tej dzielnicy. Na Moście Brooklińskim, ostatnim i leżącym najbardziej na południe, panuje olbrzymi ruch, a sam most ozdobiony jest niteczkami światełek tworzącymi girlandy, które z daleka wyglądają jak światła wesołego miasteczka. Zapalają się, kiedy niebo zaczyna przybierać kolor fioletowoczerwony, a więc w porze, gdy wszystkie dzieci już wróciły autobusami ze szkół i siedzą w domach.

U dołu szynki, tam gdzie zlewają się obie rzeki, pilnuje Manhattanu maleńka wysepka z ogromną rzeźbą z zielonkawego metalu, trzymającą w wyciągniętej ręce pochodnię. Rzeźbę tę przyjeżdżają odwiedzać turyści z całego świata. To Statua Wolności. Żyje tam sobie jak święty w swoim sanktuarium, a w nocy, śmiertelnie już znudzona tym nieustannym pozowaniem do zdjęć w ciągu całego dnia, zasypia tak cicho, że nikt tego nawet nie zauważa. I wtedy zaczynają się dziać rzeczy dziwne.

Nie wszystkie dzieci mieszkające na Brooklynie zasypiają wieczorem. Myślą o Manhattanie jak o najbliższym im i zarazem najegzotyczniejszym miejscu na świecie, a ich własna dzielnica wydaje im się zagubionym na krańcu świata miasteczkiem, gdzie nigdy nic się nie dzieje. Czują się jakby przytłoczone ciężką chmurą z cementu i szarzyzny. Marzą o tym, żeby na paluszkach przejść przez most łączący Brooklyn z lśniącą światłami wyspą, gdzie – jak sobie wyobrażają – nikt nie śpi, wszyscy tańczą w lokalach poobwieszanych lustrami, strzelają pif-paf, uciekają w złotych samochodach i przeżywają tajemnicze przygody. A bierze się to stąd, że Statua Wolności, zamykając oczy, przekazuje tym brooklińskim dzieciom, które nie mogą zasnąć, pochodnię swego czuwania. Ale nikt o tym nie wie. To sekret.

Nie wiedziała o tym również Sara Allen, piegowata dziesięcioletnia dziewczynka, mieszkająca z rodzicami na czternastym piętrze dość brzydkiego bloku w środku Brooklynu. Wiedziała tylko, że kiedy jej rodzice wynoszą czarną torbę ze śmieciami, myją zęby i gaszą lampę, wszystkie światła świata zaczynają jej latać po głowie niczym wirujące ognie sztuczne. I czasami ogarniał ją strach, bo wydawało jej się, że ta siła unosi ją w powietrze i zaraz, choćby nie wiadomo jak się opierała, porwie ją przez okno.

Jej tato, pan Samuel Allen, był hydraulikiem, a mama, pani Vivian Allen, rano opiekowała się staruszkami w szpitalu z czerwonej cegły, otoczonym żelaznym ogrodzeniem. Gdy wracała do domu, starannie myła ręce, bo uważała, że wciąż jeszcze czuć je lekarstwami, i zamykała się w kuchni, żeby piec torty, czyli robić to, co stanowiło jej największą pasję życiową.

Tortem, który udawał się jej najlepiej, był tort truskawkowy, specjał nad specjały. Mawiała, że jest on wyłącznie na bardzo wielkie i wyjątkowe okazje, ale nie miało to nic wspólnego z prawdą, bo widok gotowego już ciasta za każdym razem sprawiał jej tyle radości, że w rezultacie robienie tortu przeszło jej w nałóg i zawsze potrafiła znaleźć w kalendarzu albo we własnej pamięci datę godną specjalnego uczczenia. Pani Allen do tego stopnia dumna była ze swego tortu truskawkowego, że nikomu nigdy nie chciała udostępnić przepisu. A kiedy już żadną miarą nie mogła się wykręcić, bo sąsiadki bardzo ją o to męczyły, zmieniała w podawanym przepisie ilość mąki albo cukru, żeby tort wychodził suchy albo przypalony.

– Kiedy umrę – mawiała Sarze, uśmiechając się złośliwie – odnajdziesz w testamencie informację, gdzie trzymam prawdziwy przepis, żebyś mogła robić tort truskawkowy twoim dzieciom.

„Nigdy, ale to nigdy nie upiekę truskawkowego tortu swoim dzieciom. Ani mi to w głowie” – myślała Sara. Bo w końcu serdecznie znienawidziła ów smak pojawiający się w każdą niedzielę, w każde urodziny i w każde nadarzające się i koniecznie godne uczczenia święto.

Jednak nie miała odwagi głośno się do tego przyznać, tak jak i nie śmiała wyznać matce, że wcale nie marzy o tym, żeby mieć dzieci i obwieszać je grzechotkami, smoczkami, obwiązywać śliniaczkami i kokardkami. Chciałaby, jak dorośnie, zostać aktorką i przez cały dzień jeść ostrygi i pić szampana, i kupować futra z gronostajowymi kołnierzami, takie jakie miała za młodu jej babcia Rebeka na otwierającej album rodzinny fotografii,zresztą jedynej interesującej – zdaniem Sary – fotografii w całym albumie. Na prawie wszystkich pozostałych zdjęciach widoczne były różne, ale trudne do odróżnienia osoby, siedzące na trawce wokół obrusa w kratkę albo przy stole w jadalni, gdzie obchodzono nie wiadomo już jakie święto, z nieodłącznym od wszystkich uroczystości tortem. Bo zawsze pośród innych dań stał cały tort lub jego część i Sarę nudziło przyglądanie się uśmiechniętym biesiadnikom, ponieważ ich twarze też wyglądały jak tort. Rebeka Little, matka pani Allen, kilka razy wychodziła za mąż i kiedyś była piosenkarką musicalową. Używała wówczas pseudonimu artystycznego: Gloria Star. Sara widziała ten pseudonim wydrukowany w starych programach, które babcia czasami jej pokazywała. Trzymała je pod kluczem w meblu z półokrągłym wiekiem. Teraz babcia już nie nosiła kołnierzy z gronostajów. Mieszkała sama na Manhattanie, w górnej części szynki, w dzielnicy raczej uboższej i noszącej nazwę Morningside. Przepadała za likierem gruszkowym, paliła skręcane papierosy i miała kłopoty z pamięcią. Jednak nie z powodu podeszłego wieku, tylko dlatego, że jeśli przestaje się opowiadać historie z własnej przeszłości, to pamięć rdzewieje. A Gloria Star, niegdyś tak gadatliwa, nie miała już kogo rozkochiwać w sobie przeróżnymi opowieściami, a czasem nawet je wymyślała.

Jej córka, pani Allen, i wnuczka Sara odwiedzały ją w każdą sobotę, by zaprowadzić w jej mieszkaniu nieco porządku, bo sama nie lubiła ani sprzątać, ani w ogóle o nie dbać. Cały dzień spędzała na czytaniu powieści i graniu fokstrotów i bluesów na czarnym i rozstrojonym pianinie; wszędzie więc gromadziły się sterty gazet, porozrzucane części garderoby, puste butelki, brudne talerze i popielniczki pełne niedopałków z całego tygodnia. Miała białego, flegmatycznego i leniwego kota, wabiącego się Cloud, który otwierał oczy tylko wtedy, kiedy jego pani zaczynała grać na pianinie; resztę czasu przesypiał na kanapie z zielonego aksamitu. Sara odnosiła wrażenie, że babcia gra jedynie po to, żeby kot się obudził i poświęcił jej choć trochę uwagi.

Babcia nigdy nie przyjeżdżała do nich na Brooklyn, nigdy do nich nie dzwoniła i pani Allen miała jej za złe, że nie chce zamieszkać z nimi, żeby mogła się babcią opiekować i podawać jej lekarstwa jak staruszkom w szpitalu.

– Zawsze mi mówią, że jestem ich aniołem stróżem, że nikt nie pcha wózka z taką troską i czułością jak ja. Smutne to wszystko – wzdychała pani Allen.

– O co ci chodzi? Przecież cały czas powtarzasz, że lubisz swoją pracę – przerywał jej mąż.

– Bo lubię.

– To co ci się wydaje takie smutne?

– A to, że nieznani pacjenci lubią mnie bardziej niż moja własna matka, która w ogóle mnie nie potrzebuje.

– Bo nie jest chora – odpowiadał pan Allen. – Zresztą setki razy mówiła ci, że lubi mieszkać sama, prawda?

– Prawda.

– No to daj jej święty spokój.

– Ale boję się, że ją okradną albo że coś się jej stanie. Może niespodziewanie dostać ataku serca, w nocy zostawić gaz włączony, upaść na korytarzu... – mówiła pani Allen, która zawsze i wszędzie wietrzyła same katastrofy.

– A co się jej ma stać! Nic, sama zobaczysz – odpowiadał. – Ta wszystkich nas przeżyje. Jaszczura chytra!

Pan Allen zawsze mówił „ta” o teściowej. Odnosił się do niej lekceważąco, bo kiedyś była piosenkarką, a ona odpłacała mu pięknym za nadobne, bo był hydraulikiem. O tym i o wielu innych sprawach rodzinnych Sara dowiadywała się chcąc nie chcąc, bo je pokój oddzielony był od sypialni rodziców bardzo cienką ścianą, a że zawsze zasypiała później od nich, więc czasami słyszała ich kłótnie.

Kiedy głos pana Allena przybierał na sile, żona mówiła do męża:

– Nie mów tak głośno, Sam, bo obudzisz Sarę.

To zdanie dziewczynka słyszała od najwcześniejszegodzieciństwa. Już wtedy (jeszcze bardziej niż teraz) nabrałaprzyzwyczajenia do podsłuchiwania przez ścianę rozmówrodziców. Przede wszystkim po to, żeby sprawdzić,czy pojawi się w nich imię pana Aurelia. Podczastych mętnie przez nią pamiętanych nocyi pierwszych dziecięcych bezsennościbardzo często śniłao panu Aureliu.

Dwa

Aurelio Roncali i „Królestwo Książek”.Farfanie

Sara nauczyła się czytać, kiedy była bardzo mała, i umiejętność ta wydawała jej się najzabawniejszą rzeczą na świecie.

– Całkiem niegłupia z niej osóbka – mawiała babcia Rebeka. – Nie znam dziecka, które mówiłoby tak wyraźnie, zanim zaczęło chodzić. To chyba jedyny przypadek.

– Tak, głupia nie jest – odpowiadała pani Allen – ale zadaje bardzo dziwne pytania; w każdym razie jak na trzylatkę to nie są normalne pytania.

– Na przykład jakie?

– Na przykład, co to znaczy, że się umiera, wyobrażasz sobie. I co to jest wolność. I co to znaczy wyjść za mąż. Jedna z moich sąsiadek zastanawia się nawet, czy nie należałoby jej zaprowadzić do psychiatry.

Babcia śmiała się.

– A dajże spokój z psychiatrami i z podobnymi głupotami! Dzieciom trzeba po prostu odpowiadać na pytania, które zadają, a jeśli nie chcesz im powiedzieć prawdy, bo sama nie wiesz, jaka ona jest, opowiadasz im bajkę, która może wyglądać na prawdę. Przyślij mi Sarę, bo akurat o tym, co to znaczy wyjść za mąż i co to jest wolność, mogę jej coś niecoś powiedzieć.

– A niech Bóg broni! Kiedy mama przestanie wreszcie żartować!? Doprawdy, sama już nie wiem, kiedy mama wreszcie spoważnieje.

– Nigdy. Takie spoważnienie musi być bardzo, ale to bardzo nudne. A tak w ogóle może byś mi przysłała Sarę w którąś niedzielę albo pojedziemy po nią, bo Aurelio chce ją poznać.

Aurelio był tym panem, który wtedy mieszkał z babcią. Niestety Sara nigdy go nie poznała. Wiedziała, że ma sklep z książkami i starymi zabawkami w pobliżu katedry Świętego Jana Bożego, i że czasami posyła jej jakiś prezent przez panią Allen. Na przykład książkę z opowieścią o Robinsonie Crusoe w wydaniu dla dzieci albo o Alicji w krainie czarów, albo o Czerwonym Kapturku. To były pierwsze trzy książki, jakie dostała Sara, zanim jeszcze zaczęła dobrze czytać. Ale ich piękne i bogate ilustracje pozwalały dokładnie poznać wszystkie postaci i wyobrazić sobie, w jakiej scenerii bohaterowie przeżywają najróżniejsze przygody. Chociaż nie takie znowu przeróżne, bo i tak tą najważniejszą przygodą było wyruszenie samemu w świat, bez matki czy ojca, trzymających ich za ręce i co chwila ostrzegających przed czymś albo zakazujących im czegoś. Wodą, powietrzem, lasem, ale sami. Wolni. I oczywiście, co dla Sary było czymś całkiem naturalnym, mogli rozmawiać ze zwierzętami. I że Alicja zmienia wzrost, bo Sarze w snach też się to zdarzało. I że pan Robinson mieszka na wyspie, jak Statua Wolności. Wszystko miało coś wspólnego z wolnością.

Zanim Sara zaczęła dobrze czytać, dodawała tym opowieściom to i owo i wymyślała inne zakończenia. Obrazkiem, który najbardziej jej się podobał, była ilustracja przedstawiająca spotkanie Czerwonego Kapturka z wilkiem na leśnej polanie; barwny rysunek zajmował całą stronę i Sara nie mogła od niego oczu oderwać. Wilk miał na tym rysunku tak dobroduszny wyraz twarzy, taką błagalną minę wyrażającą prośbę o odrobinę czułości, że Kapturek, oczywiście, odpowiadał mu z ufnością i z czarującym uśmiechem. Sara też mu ufała, w ogóle się go nie bała, bo to niemożliwe, żeby tak sympatyczne zwierzę mogło kogokolwiek zjeść. Zakończenie było całkowitą pomyłką. Tak jak i zakończenie opowieści o Alicji, kiedy okazuje się, że cała historia była tylko snem. Takich rzeczy się nie robi! I Robinson też nie powinien wracać do cywilizowanego świata, jeśli na swojej wyspie był taki zadowolony. Sarze najmniej podobały się zakończenia.

Kolejnym prezentem pana Aurelia dla Sary, przekazanym przez panią Allen, był plan Manhattanu, umieszczony wewnątrz zielonego folderu z ogromną ilością wyjaśnień i rysunków. Pierwszą rzeczą, jaką Sara zrozumiała po rozłożeniu planu przy pomocy ojca i po otrzymaniu od niego kilku wskazówek, było odkrycie, że Manhattan jest wyspą. Długo mu się przyglądała.

– Ma kształt szynki – stwierdziła.

Pana Allena tak rozbawiło skojarzenie Sary, że opowiedział o nim wszystkim swoim przyjaciołom, a im spodobało się tak bardzo, iż niebawem zaczęli tego zwrotu używać na co dzień. „Ależ nie, człowieku, skądże, przecież to jest tam, w górnej części szynki, jak mówi córka Samuela”. A kiedy czasem w niedzielę ojciec zabierał ją ze swymi kumplami, ci, którzy ją znali, przedstawiali innym jako dziewczynkę, która wymyśliła to powiedzonko o szynce. Uznawali to za świetny dowcip, a Sarze było przykro, bo wcale nie powiedziała tego dla żartu. Niestety, przyjaciele ojca zawsze śmieli się z wszystkiego i byli dość głupawi. Poza rozmowami o baseballu nie potrafili mówić o niczym innym. Za to Aurelia wyobrażała sobie zupełnie inaczej.

Myślała o nim bardzo często, z tą mieszaniną emocji i ciekawości, jakie budzą w nas osoby, z którymi nigdy nie rozmawialiśmy i których historia wydaje się wielce tajemnicza. Jak Kapelusznik z Alicji w krainie czarów, jak Statua Wolności, jak Robinson, kiedy dotarł na wyspę. Z tą różnicą, że o tych postaciach rodzice Sary w ogóle nie wspominali w swych rozmowach, za to o Aureliu mówili. I to bardzo często.

– Ale kto to jest Aurelio? – pytała matkę, choć z nikłą nadzieją na otrzymanie zadowalającej odpowiedzi, bo odpowiedzi matki nigdy nie były zadowalające.

– Mąż babci.

Pan Allen zanosił się od śmiechu, kiedy to słyszał.

– Tak, tak, mąż, a jakże! Ludzie teraz byle kogo nazywają mężem.

– To znaczy, że to mój dziadek?

Pani Allen dawała kuksańca panu Allenowi i zaczynała wyprawiać dziwne rzeczy ze swoimi brwiami. To było ostrzeżenie, że wolałaby zmienić temat rozmowy.

– Nie mieszaj dziecku w głowie, Sam! – protestowała.

– Ale czy to jest mój dziadek, czy nie?

– Trzeba przyznać, że traktuje ją jak królową – mówił pan Allen. – Jak prawdziwą królową. Królowie z Morningside!

– Nie zwracaj uwagi na ojca. Dobrze wiesz, że jego zawsze się żarty trzymają – wtrącała pani Allen.

Tak. Dobrze wiedziała. Ale nie była w stanie zrozumieć żartów dorosłych, bo nie trzymały się kupy. A już zupełnie jej nie bawiło, że odpowiadali żartami na pytania, których wcale nie zadawała na żarty.

W każdym razie wiadomość, że Aurelio traktuje babcię jak królową, była bardzo ważna dla Sary i dla jej niepohamowanej fantazji. Jasne: Aurelio to król. A jeśli chodzi o królów, to Sara nie potrzebowała już żadnych wyjaśnień i wołała sama wymyślić sobie ów rządzony przezeń kraj, jeśli nie pozwalają go jej zobaczyć.

Antykwariat Aurelia Roncalego nazywał się „Books Kingdom”, czyli „Królestwo Książek”, a jego znakiem firmowym wybitym na pierwszej stronie każdej książki była królewska korona nad otwartą książką. Sara marzyła o tym, żeby poznać tę księgarnię, ale rodzice nigdy nie chcieli jej tam zaprowadzić, twierdząc, że jest za daleko. Wyobrażała sobie antykwariat jako maleńką krainę pełną schodów, zaułków i maciupkich domków, ukrytych za kolorowymi półkami i zamieszkanych przez maleńkie istoty w spiczastych czapeczkach. Pan Aurelio oczywiście wiedział, że tam mieszkają, ale wiedział również, że opuszczają swoje domki dopiero w nocy, kiedy on już wychodził i gasił wszystkie światła. Jednak ciemności im nie przeszkadzały, bo świeciły w mroku jak świetliki. Rozsnuwały coś w rodzaju, również świecącej, pajęczyny i zsuwały się po lśniących nitkach, by przedostać się z jednej półki na drugą, z jednej dzielnicy królestwa do drugiej. Wchodziły między strony książek i opowiadały historie, które zostawały już tam na zawsze w postaci rysunków albo zapisanych opowieści. Porozumiewały się szeptem w sobie tylko znanym języku, bzyczącym jak muzyka jazzowa. Aby zamieszkać w „Królestwie Książek”, wystarczyło mieć dar opowiadania różnych historii.

Kiedy Sara, marząc o tym, że też chciałaby tam żyć, choćby musiała zrobić się malutka jak Alicja, wymyślała już swoją historię, jej wzrok nagle padał na ściany mieszkania na Brooklynie, dzielnicy, której prawie nigdy nie opuszczała. I miała wrażenie, jakby się nagle przebudziła, jakby spadła z chmur krainy czarów. I wtedy zaczynały nachodzić ją bardzo sensowne pytania. Na przykład, dlaczego król owego plemienia maleńkich i świecących bajarzy posyła jej prezenty? I dlaczego Sara nie może go poznać, jeśli rodzice mówią o nim jak o znajomym? Dlaczego nie przychodzi osobiście wręczyć jej książek? Jest wysoki czy niski? Młody czy stary? I przede wszystkim – czy jest, czy nie jest jej przyjacielem?

– Nie jest twoim dziadkiem, wbij to sobie raz na zawsze do głowy – krzyknęła kiedyś matka, gdy dziewczynka znowu zaczęła zasypywać ją pytaniami.

I żeby już Sarę tak do końca przekonać, poszła po album rodzinny i pokazała jej niezbyt wyraźne zdjęcie, na którym bardzo ładna i wysoka kobieta ubrana na biało trzymała pod ramię dużo od niej niższego mężczyznę z przerażonym wyrazem twarzy, patrzącego w obiektyw.

– Przyjrzyj się dobrze. To jest twój dziadek Isaac, niech spoczywa w spokoju. To znaczy mój ojciec. A to mama. Jasne?

– Nie bardzo – odpowiedziała Sara bez większego zainteresowania.

– I na tym koniec. To są twoi dziadkowie i już.

Kwestie pokrewieństwa, same w sobie już dość dziwne, nudziły Sarę i w odróżnieniu od wielu innych spraw w ogóle jej nie interesowały; w rezultacie było jej już wszystko jedno, czy Aurelio jest, czy nie jest jej dziadkiem.

Morningside to dzielnica na Manhattanie, która, jak już wspomniano, leży na północy, w górnej części szynki. Zanim urodziła się Sara, babcia również mieszkała na Manhattanie, ale na południu, dokładnie po drugiej stronie East River. Sara przyzwyczajona była do tego, że matka z nostalgią wspominała dom, w którym mieszkała przed zamążpójściem. Mówiła o nim „dom z alei C”. I chyba rzeczywiście za nim tęskniła, przede wszystkim dlatego, że w odróżnieniu od obecnego znajdował się bliżej Brooklynu i można było tam szybciej dojechać. Nigdy jednak nie wspominała o innych jego właściwościach, dzięki którym można byłoby wyobrazić sobie, czy był ładny, czy brzydki. Właśnie wtedy gdy miała urodzić się Sara – a przyszła na świat trzy lata po ślubie rodziców – babcia Rebeka przeprowadziła się z owym tajemniczym mężem, czy kim on tam był, do dzielnicy Morningside, w pobliże antykwariatu. To jedyne mieszkanie babci, jakie Sara poznała, choć prawdę mówiąc, w pierwszych latach swego dzieciństwa nie bywała w nim zbyt często. Bo wtedy, to znaczy w czasach Aurelia, rodzice prawie nigdy nie brali tam dziewczynki, a i pani Allen chodziła tam rzadko. A że w latach, w których dziecko uczy się czytać i marzyć, to co nieznane zaczyna obrastać coraz większą magią, dzielnica Morningside wydawała się wtedy Sarze bardzo odległa i nierzeczywista, katedra Świętego Jana Bożego – zaczarowanym zamkiem, a tamto mieszkanie na Manhattanie, z którego okien widać było długi i jak samotna wyspa park, mieszkaniem z powieści.

Oczywiście, że Sara, choćby nie wiadomo jak inteligentna, nie była wówczas w stanie przeczytać ani jednej powieści, ale później, gdy już je czytała, przypominała sobie własne wyobrażenie babcinego domu na Manhattanie i była pewna, że dom ten jawił jej się jak z powieści.

Pierwsze dziecięce fantazje krążyły wokół tej nazwy – Morningside – która wydawała jej się cudowna, bo gdy się ją wymawiało, rozbrzmiewał w niej ptasi trzepot, choć nie od rzeczy było również to, że Morningside oznacza „poranny brzeg”, a to śliczna nazwa. Na dodatek mieszkali tam, to znaczy na „porannym brzegu”, Aurelio i Rebeka, dwie osoby tak bardzo różniące się od Samuela Allena i jego żony, iż trudno było wyobrazić sobie, że łączy ich jakieś pokrewieństwo. Po prostu dwie postaci z powieści. Bo w powieściach – jak później się dowiedziała Sara – nie występują zwyczajni ludzie.

W każdym razie gdy babcia mieszkała z królem-antykwariuszem z Morningside, pan Allen, chociaż co chwila sobie z nich żartował, wydawał się obdarzać ich znacznie większą sympatią niż jego żona. I to było dziwne. Przynajmniej tolerował ich sposób życia, nie osądzał ich i nie denerwowali go; ich życie, ich problem. Ograniczał się do nazywania ich „ci z Morningside”.

– Rano zadzwonili do mnie do zakładu ci z Morningside – oznajmiał nagle wieczorem podczas kolacji.

Za to u pani Allen, ledwie padała wzmianka o tych z Morningside, natychmiast pojawiał się nerwowy tik, zmuszający ją do trzykrotnego mrugnięcia powiekami.

– Coś takiego! A dlaczego tutaj nie zadzwonią?

Pan Allen spokojnie jadł dalej albo patrzył w telewizor, albo robił obie rzeczy naraz.

– Mnie się pytasz? Pewnie dzwonili, ale gadałaś w tym czasie przez telefon. To moja matka czy twoja? Sama ją o to zapytaj. Może już ma dosyć tego twojego ciągłego pouczania, jakby była małą dziewczynką.

– Bo ona zachowuje się jak mała dziewczynka.

– Niech ci będzie, ale ja nie zachowuję się jak mała dziewczynka i też mnie pouczasz. Wszyscy mamy dosyć twoich pouczeń.

– Dobrze, już dobrze. A czego chcieli?

– Chcieli powiedzieć, że ona jedzie dziś wieczorem śpiewać do Nyack. To znaczy, że już pojechała. Będzie tam dwa dni.

Nazwisko Glorii Star pamiętano jeszcze w niektórych salach dancingowych trzeciej kategorii i nawet od czasu do czasu zapraszano ją, by oparta o stare pianino śpiewała bluesy.

– Na miłość Boską! – wzdychała pani Allen. – To dlatego nie chciała rozmawiać, jasne, bo wiedziała, że usłyszy ode mnie parę słów.

– Ale dlaczego ma cokolwiek od ciebie usłyszeć? Co cię to obchodzi? – mówił pan Allen. – Daj jej spokój, niech sobie śpiewa, jeśli sprawia jej to przyjemność, a on jej tego nie zabrania, a było nie było, to jedyna osoba, która ma do tego prawo.

– Dopóki się nią nie zmęczy. A wtedy ona zacznie gorzko, oj gorzko, żałować. To znaczy wtedy, kiedy go straci. A w jej wieku trudno będzie znaleźć kogoś podobnego. Boję się starości mojej matki, Samuelu, słowo ci daję, naprawdę się boję.

– A ja nie. Każdy żyje na swój sposób. Zostaw w spokoju tych z Morningside.

Sara pamiętała, że w tamtych latach była może trzy albo cztery razy w mieszkaniu na Morningside.

Kot Cloud nie istniał, a przy wejściu był wieszak ze złoconych lwich łbów. Drzwi otwierała pomoc domowa, bardzo duża Murzynka, zawsze ubrana w bluzkę z krótkimi rękawami, nawet w zimie. Miała na imię Sally.