Kapelusz za sto tysięcy - Adam Bahdaj - ebook + audiobook + książka

Kapelusz za sto tysięcy ebook i audiobook

Adam Bahdaj

4,3

15 osób interesuje się tą książką

Opis

„Oficjalnie jestem Krystyna Cuchowska, lecz koledzy nazywają mnie – Dziewiątka. Morowo, co? Byłam bowiem szefem gangu (…) i ośmiu starszych ode mnie szczeniaków słuchało mnie jak własnej matki”.

Z książką, która ma taką bohaterkę, nie sposób się nudzić. Za sprawą przypadku odważna, zaradna i skora do natychmiastowego działania 12-latka przeżywa niesamowitą wakacyjną przygodę. Wciela się w rolę detektywa i wprowadza w życie śmiałe pomysły, próbując wyjaśnić tajemnicę kapelusza wartego 100 tysięc

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 245

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 45 min

Lektor: Ewa Abart

Popularność




Okładka

Strona tytułowa

Adam Bahdaj

Kapelusz za sto tysięcy

Strona redakcyjna

Adam Bahdaj

Kapelusz za sto tysięcy

© by Adam Bahdaj

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka: Monika Kanios-Stańczyk

Korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska,

Aleksandra Różanek

Wydanie XI

w tej edycji

ISBN 978-83-7672-517-8

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

[email protected]

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

SOBOTA

Byłam szefem gangu

W czwartek przyjechaliśmy do Nieborza. Zaczynam jednak od soboty, bo w czwartek i w piątek nic się nie działo, a skoro nic się nie dzieje, to trudno o tym pisać.

W sobotę padał deszcz, a potem zaczęła się ta zwariowana historia z kapeluszem za sto tysięcy...

Zanim jednak przystąpię do kapelusza, powinnam się przedstawić. Nazywam się Krystyna Cuchowska, mam lat dwanaście, przeszłam do szóstej klasy i jestem podobno dziewczynką. Ale daję słowo, to jakaś pomyłka. Od urodzenia powinnam być chłopcem i nazywać się Krystyn Cuchowski. Mam o to wielki żal do rodziców. Bo pomyślcie, jak czuje się dziewczyna, która ma usposobienie chłopca, a w przyszłości chciałaby być szlachetnym szeryfem? Szeryf rozprawia się z bandą Zezowatego Jima i rozkochuje w sobie piękną córkę sędziego Richardsona wprost do nieprzytomności. Czyż ja w przyszłości będę mogła rozkochać złotowłosą Mary, wyrwać ją z rąk Zezowatego Jima, stanąć z nią przed ołtarzem, a potem obsypać złotem i perłami?

Ale trudno, jestem dziewczynką i muszę się z tym pogodzić.

Oficjalnie jestem Krystyna Cuchowska, lecz koledzy nazywają mnie „Dziewiątka”. Morowo, co? Byłam bowiem szefem gangu na Saskiej Kępie w Warszawie i ośmiu starszych ode mnie szczeniaków słuchało mnie jak własnej matki.

Zapytacie, jak zostałam szefem gangu, skoro z całej naszej dziewiątki byłam jedyną dziewczynką i do tego najmłodszą? To proste: Felek z Zakopiańskiej powiedział, że ten będzie szefem, kto wszystkich pokona. Na mnie w ogóle nie liczyli. Myśleli, że będę im chodziła do sklepu po cukierki albo cerowała skarpetki. O nie, moi drodzy! Nie wiedzieli, że w tajemnicy przed wszystkimi zapisałam się na kurs dżudo. Gdy przyszło do próby, najpierw dałam pucówkę najstarszemu i najsilniejszemu – Felkowi z Zakopiańskiej. Biedak rozpłakał się, a inni nie chcieli już ze mną walczyć. Nazwali mnie Dziewiątką, a potem usługiwali mi i przynosili lody.

Mieliśmy mnóstwo wspaniałych planów, jednak skończył się rok szkolny i wszyscy rozjechali się na wakacje. Moja rodzina wyruszyła nad morze do Nieborza. Na wczasy – proszę sobie wyobrazić!

Wczasy rodzinne polegają chyba głównie na tym, że dzieci zatruwają życie rodzicom, a rodzice dzieciom. To ma być wypoczynek! Początkowo miałam wdychać jod, żeby mi się wzmocniły migdałki i żebym przyjechała zdrowa do Warszawy. Ale jak tu wdychać, skoro tyle ciekawszych zajęć, na przykład zbieranie bursztynów, nie mówiąc już o rozwiązywaniu zagadki kapelusza za sto tysięcy...

Nieborze składa się z morza, plaży i reszty, a reszta składa się z domów i ulic, które krzyżują się przeważnie pod kątem prostym i mają dość ciekawe nazwy, na przykład ulica Żart, ulica Słowicza, ulica Uskok... Z Żartu po prostu boki można zrywać, a na Słowiczej wcale nie ma słowików, tylko wróble i makolągwy.

Nasz dom wczasowy nazywa się Ustronie. Stoi – jak na pośmiewisko – na samym środku ulicy Plażowej.

Mieszkamy na pierwszym piętrze pod trzynastką. Tata z Jackiem – mój młodszy brat, pożal się Boże – wciąż chodzą na ryby, a mama gra z paniami w brydża. Jeżeli jest pogoda, grają na plaży, jeżeli nie ma – w świetlicy. Zdaje mi się, że mama po to tylko wyjechała do Nieborza, żeby przegrać premię, którą tata otrzymał w czerwcu w fabryce za jakiś pomysł racjonalizatorski. Czy nie mogła przegrać tych pieniędzy w Warszawie?

Ja tymczasem marzę o wielkiej przygodzie...

Dni w Nieborzu dzielą się na dni pogodne i niepogodne. W pogodne dni wszyscy siedzą na plaży, w niepogodne – w kawiarni Jantar albo na tarasie hotelu Pod Trzema Żaglami.

Wszystko w Nieborzu jakoś się dzieli. Nawet letnicy i wczasowicze dzielą się na takich, którzy mają porażenie słoneczne pierwszego, drugiego lub trzeciego stopnia, bo ponoć za długo siedzieli na plaży, a teraz schodzi im skóra i są podobni do łuszczących się czerwonoskórych Indian. Dlatego Nieborze przypomina wioskę indiańską, której mieszkańcy cierpią na łuszczycę.

Spotkanie z ornitologiem

W czwartek i piątek było piekło, trzydzieści stopni w cieniu. Smażyliśmy się w promieniach ultrafioletowych i w innych – w jakich kto chciał. A w sobotę generalna klapa. Podobno nad Skandynawią zaległ nagle wielki niż i przemieścił się nad nasze wybrzeże, tak jakby nie miał nic innego do roboty. To skandal, nad Skandynawią niż, a my musimy cierpieć i patrzeć, jak za oknami pada deszcz.

Wszyscy nagle zwiesili nosy na kwintę i chodzili ze znudzonymi minami. Tylko tata pogwizdywał od rana. Mówił, że jak deszcz, to lepiej biorą ryby. Jacek też tak mówił, bo zawsze powtarza za tatą. Wzięli więc rowery, peleryny, gumowe buty, wędki i pojechali w niewiadomym kierunku.

Mama narzekała, że ją łamie. Nie wiedziała, w którym miejscu, lecz bardzo się krzywiła i wypytywała, czy na dole w świetlicy grają już w brydża. Niestety nie grali, więc mama zaczęła narzekać na ludzi, którzy zamiast zerwać się o świcie, wylegują się w łóżkach i nie wiadomo o czym myślą.

Żal mi było mamy, więc zahaczyłam nieśmiało:

– Może byśmy poszły na spacer.

– W taką pogodę? – zdziwiła się.

– Pójdziemy zbierać bursztyny. Wczoraj nazbierałam pół słoika.

– W taki deszcz?

– Wczoraj nie było deszczu.

– Ach, prawda, zupełnie o tym zapomniałam. Jeżeli masz ochotę, to idź sama.

– Mamusiu, przecież obiecywałaś w Warszawie...

– Tak, ale dzisiaj podle się czuję.

– Jestem pewna, że spacer dobrze ci zrobi.

– Wyjrzyj, czy jeszcze pada.

– Pada, mamusiu.

– No, proszę, chcesz mnie wygnać z moim ischiasem na taką pluchę. Okropność!

– W takim razie pójdę sama – powiedziałam zdecydowanie.

– Idź, moja droga, tylko ubierz się ciepło, bo podobno straszny wiatr.

– Włożę wellingtony i pelerynę. Nic mi nie będzie.

– I gruby sweter, bo cię przewieje.

– I jeszcze co?

– Może dres Jacka. Wisi w szafie.

– Dziękuję. Będę wyglądała jak bokser.

Mama chciałaby, żebym włożyła na siebie wszystko, co mam. Zgodziłam się jedynie na sweter.

– Żebyś mi się tylko nie przeziębiła.

Oczywiście, dla rodziców po to jedynie wychodzimy, żeby się przeziębić, a potem wysłuchiwać: „A widzisz, a mówiłam, gdybyś mnie słuchała, to nie dostałabyś kataru”. Tak jakby katar nic nie robił, tylko czyhał na zdrowie.

Ubrałam się szybko. Spojrzałam w lustro. W wellingtonkach, dżinsach i zielonej pelerynie wyglądałam jak Robin Hood wybierający się na łowy, a może nawet lepiej.

– Ciao, mamusiu! – zawołałam, porwałam słoik i wybiegłam z domu.

Na dworze padał deszcz...

Muszę przyznać, że podobał mi się deszczowy krajobraz. Od morza szedł wiatr. Na wysokim brzegu gięły się w pokłonach sosny. Ich korony, jak flagi, trzepotały nad smukłymi masztami pni. Kilka przewróconych koszy leżało na pustej plaży, a morze z szumem i sykiem nacierało na brzeg. Grzywiaste fale osiadały na piasku niby zmęczone daleką podróżą potwory. Pozostawiały po sobie obrzeża z piany, drobnych muszelek i ciemnego kożucha morszczynu. Nad molo w porywach wiatru krążyły mewy. Było pięknie i dziko. A deszcz... Deszcz nie jest taki groźny. Można sobie wyobrazić, że to olbrzymie natryski, prosto z nieba.

Wydałam radosny okrzyk – „Ahoj!” – i zbiegłam po schodkach na plażę. Po mokrym, ubitym przez fale piasku szło się jak po asfalcie. Minęłam molo, skierowałam się w lewo, w stronę wioski rybackiej i morskiej latarni. Szłam wzdłuż wymytego przez fale brzegu, grzebiąc patykiem wśród osadu żwiru, muszelek i morszczynu. Szukałam bursztynowych skarbów.

Pyszna zabawa! Wyobraziłam sobie, że jestem poszukiwaczem złota w Klondike. Czasem wśród muszelek błysnął bursztyn. Wtedy puszczałam się biegiem, jak gdybym obawiała się, że ktoś mnie uprzedzi. Z radością podnosiłam bryłkę bursztynu, ważyłam ją w dłoni i wrzucałam do słoika.

Tak byłam zajęta zbieraniem bursztynów, że nie zauważyłam łodzi.

Leżały na piasku jak wielkie, śnięte ryby. Szłam dalej w stronę latarni morskiej.

Naraz tuż przed sobą ujrzałam skuloną postać. Ktoś zbliżał się do mnie z przeciwnej strony. Jeszcze jeden poszukiwacz skarbów. Traf chciał, że między nami, wśród muszelek, błysnął fantastycznie duży kawał bursztynu. Ujrzeliśmy go jednocześnie. Ja jednak byłam szybsza. Skoczyłam do przodu i przydepnęłam bursztyn nogą.

– To mój! – zawołałam zdobywczo.

– A figa, ja go pierwszy zobaczyłem!

Przede mną stał rosły chłopiec. Miał duże, zielone oczy, jasne włosy, a gęba tak mu się łuszczyła, że pożal się Boże. Patrzył na mnie zadziornie. W pierwszej chwili chciałam mu ustąpić, ale nie spodobało mi się jego zaczepne spojrzenie.

– Właśnie że ja – powiedziałam wyzywająco.

– Wpierw trzeba ustalić.

– Bursztyn leżał na mojej drodze.

W oczach chłopca zobaczyłam niebezpieczne błyski.

– Dawaj – powiedział – bo cię trzepnę!

– Spróbuj!

Chłopiec chciał mnie pchnąć, lecz zanim mnie dosięgnął, zastosowałam jeden z piętnastu zasadniczych chwytów i jak worek piasku przerzuciłam go przez ramię. Proszę bardzo, bohater leży na piasku, a ja się śmieję. Zdaje mi się, że był bardzo ambitny, bo zerwał się i ruszył na mnie z zaciśniętymi pięściami. Wystarczył jednak ledwo widoczny ruch nogi, żeby znowu zarył łuszczącym się nosem. Gdy wstał, roześmiałam się jeszcze głośniej.

– No, spróbuj!

Nie miał ochoty. Rzucił mi tylko przez zaciśnięte zęby:

– Nie masz pojęcia, z kim masz do czynienia.

– I ty też nie masz.

– Jestem najlepszym ornitologiem w klasie.

Zamurowało mnie. Ornitolog! Cóż to takiego? Może niebezpieczny przestępca albo... licho go wie? Nie mogłam mu być dłużna.

– A ja jestem szefem gangu – zawołałam. – Słyszałeś o Dziewiątce z Saskiej Kępy?

– Nie miałem przyjemności, bo mieszkam na Mokotowie.

– To ci powiem. Jestem Dziewiątka i mam pod sobą ośmiu takich jak ty szczeniaków, rozumiesz?

– Mięta – powiedział. – Nie zaimponujesz mi. Ja w Wilanowie nad Wisłą znalazłem trzy gniazda remizów.

Zbaraniałam. Do tej pory nie słyszałam nigdy o remizach ani nie miałam przyjemności oglądać ich gniazd. Chłopiec uśmiechnął się kpiąco i wyjaśnił:

– Remizy to ptaki, które nad wodą budują fantastyczne wiszące gniazda. Jeśli chcesz, to mogę pokazać ci zdjęcia. Sam je robiłem.

– Pokaż – powiedziałam już mniej zadziornie.

– Niestety, nie mam przy sobie, tylko w domu.

– Gdzie mieszkasz?

– Na Słowiczej, w Marysieńce.

– To świetnie, wpadnę do ciebie, strasznie jestem ciekawa, jak wyglądają te gniazda.

– Mówię ci, fantastycznie.

– Jak ci na imię?

– Maciek.

– A tobie?

– Krysia, ale chłopcy nazywają mnie Dziewiątka.

– Dlaczego nie Siódemka?

– Bo w gangu było nas dziewięcioro, rozumiesz?

– Rozumiem.

Podniosłam z ziemi bursztyn.

– Masz, jeżeli ci tak na nim zależy.

– Ależ nie, to głupstwo. Nie wiedziałem, że jesteś szefem gangu.

– Masz – powiedziałam. – Możesz nawet powiedzieć, że dostałeś ode mnie.

– Dziękuję ci, to będzie naprawdę miła pamiątka.

Przyjrzałam mu się dokładniej. Był wysoki, zgrabny i miał żywe ogniki w oczach. Może nawet nadawałby się do mego gangu na zastępcę szefa.

– Chciałbyś być w moim gangu? – zapytałam.

– Dziękuję. Jestem przecież ornitologiem.

– A cóż to takiego?

– Zajmuję się ptakami.

– To musi być nudne. Zastanów się. Zrobimy tutaj bandę i napadniemy na hotel Pod Trzema Żaglami. Będzie fantastyczna zabawa.

– Ja wolę ptaki – odparł z uporem.

– Trudno. W każdym razie przyjdę zobaczyć te zdjęcia gniazd remisów.

– Remizów – poprawił mnie. – Zapamiętaj, Słowicza siedemnaście, willa Marysieńka.

– Ciao! – podałam mu rękę.

Odsunął się przezornie, uniósł dłoń do czoła i pożegnał mnie po żołniersku.

To nie mój kapelusz

Wracałam z pełnym słoikiem złocistych bursztynów. Czułam się jak poszukiwacz złota z Klondike wracający do domu z pełnym workiem złotego piasku. Ale nawet najwspanialszy poszukiwacz złota jest tylko człowiekiem i po dniu pracy czuje, że ma pustkę w żołądku. Ja również czułam, więc postanowiłam wzmocnić nadwątlony organizm odpowiednią ilością kalorii. Grunt to kalorie!

Na rogu ulicy Słowiczej i Jana z Kolna poczułam się jednak dużo lepiej. Zobaczyłam bowiem wielki szyld: „KAWIARNIA JANTAR – zaprasza na smaczne lody i rurki z kremem własnego wyrobu”. Na myśl o lodach zrobiło mi się lodowato, rurki z kremem natomiast wprowadziły mnie w błogi nastrój.

Minęłam ogród z moknącymi na deszczu barwnymi parasolami, weszłam do parterowego pawilonu. Ogarnął mnie rozkoszny zapach kawy, wanilii i świeżego ciasta. Na bufecie wesoło syczał niklowy ekspres, a sala była nabita do ostatniego miejsca. Na jednym metrze kwadratowym dziesięć osób, a każda coś piła, jadła, coś mówiła i paliła papierosy. Jednym słowem – poczekalnia w piekle. Gdyby nie rurki, byłabym uciekła, lecz dla rurek z kremem warto się poświęcić.

Stałam chwilę, ociekając deszczem. Szukałam wolnego miejsca. Niestety, w deszczowy dzień w Jantarze łatwiej znaleźć sto tysięcy aniżeli jedno wolne krzesło. Pomyślałam, że zjem przy bufecie.

Zrzuciłam mokrą pelerynę i powiesiłam ją na wieszaku. W tym momencie zwróciłam uwagę na dwa kapelusze. Wisiały na sąsiednich hakach jak dwa bliźniaki. Były to letnie kapelusze z beżowej popeliny z gęsto stębnowanymi rondami.

Oba nowiutkie, jakby prosto ze sklepu, i oba suche. Ich właściciele używali zapewne parasoli.

Zastanowiło mnie, po czym można odróżnić takie dwa identyczne kapelusze. A zresztą, niech się o to martwią ich właściciele. Coś mnie niepokoiło, chociaż wtedy nie przypuszczałam jeszcze, że kapelusze staną się największą sensacją letniego sezonu. Tymczasem spoczywały spokojnie na sąsiednich hakach, jak gdyby je zostawili bracia syjamscy.

Zamówiłam dwie rurki z kremem, usiadłam na parapecie okna, wzięłam „Przegląd Sportowy” i zaczęłam studiować tabelę dziesięciu najlepszych wyników lekkoatletycznych na świecie. Po chwili zupełnie zapomniałam o kapeluszach.

Naraz spostrzegłam, że ktoś podchodzi do wieszaka. Wytworniś – oceniłam go jednym spojrzeniem. Młody mężczyzna wyglądał, jakby go przed chwilą wycięto z londyńskiego żurnala: elegancki garnitur z szarej flaneli, śnieżnobiała koszula, granatowy jedwabny krawat, a wszystko spod igły najlepszego krawca. Przy tym mina lordowska, a spojrzenie zdobywcy Mount Everestu. Przystojniak! – śniady, ogorzały, włosy ciemne, krótko przystrzyżone z zabójczym przedziałkiem na boku. A w zębach krótka, pękata fajeczka. Jednym słowem – goguś, który zlazł wprost z ekranu.

Zanim zdążyłam lepiej mu się przyjrzeć, Goguś (tak go będę nazywać) sięgnął po kapelusz. Wahał się, który z dwóch zdjąć z wieszaka. Trwało to mgnienie oka. Potem zdecydowanym ruchem zdjął kapelusz wiszący bliżej drzwi wejściowych, przełożył go do lewej ręki, wziął stojący w kącie parasol i wolnym, niemal majestatycznym krokiem skierował się do drzwi.

Zapamiętałam każdy jego ruch, jakby to był film kręcony w zwolnionym tempie. Po chwili ujrzałam go w ogrodzie. Bez pośpiechu otwierał parasol. Kapelusz wciąż trzymał w ręku. Wydało mi się to nieco podejrzane. Po jakie licho wydawać forsę na kapelusz, żeby później nosić go w ręku? A może to należy do dobrego tonu?

Goguś tymczasem sprężystym i pełnym elegancji krokiem przemierzał ogród, a gdy znikł w bramie i skręcił w ulicę Jana z Kolna, widać było tylko czarny parasol sunący nad żywopłotem niby spadochron.

Wtedy do wieszaka zbliżył się drugi mężczyzna. Najpierw zobaczyłam jego wielką łysinę, potem szerokie plecy. Ubrany był bardzo niedbale: flanelowa koszula, na niej stara wełniana kamizelka, welwetowe, wytarte spodnie i rozczłapane trampki.

Wolno, ospale sięgnął po pozostały kapelusz. Chciał go włożyć, lecz nagle przyjrzał mu się uważnie. Obracał chwilę w pulchnych dłoniach, odwrócił dnem do góry, zajrzał do środka, a potem odsunął i powiedział głośno, dobitnie:

– Przecież to nie mój kapelusz!

We mnie coś drgnęło, coś podszepnęło mi, że zaczyna się niezwykła przygoda: oto kawiarnia nabita ludźmi, a tylko ja jedna zauważyłam pomyłkę. Podeszłam, dygnęłam i powiedziałam:

– Proszę pana, przed chwilą jakiś pan zabrał wiszący obok kapelusz. Jeśli pan chce, to wyskoczę. Może go jeszcze dogonię.

Łysy jegomość uśmiechnął się dobrodusznie.

– Będę ci bardzo wdzięczny, ale czy to warto... w taki deszcz.

– Głupstwo – powiedziałam i wybiegłam z kawiarni. Byłam ogromnie ciekawa, jaką minę zrobi Goguś, gdy mu powiem, że zabrał cudzy kapelusz. Niestety, nie zobaczyłam jego miny, bo Goguś rozpłynął się w mglistym powietrzu. Pobiegłam do rogu ulicy Jana z Kolna, potem sto kroków w lewo, zawróciłam sto kroków w prawo. Nic, tylko pustka i deszcz, a w deszczu ja z miną rozczarowaną i z mokrą głową, jak wariatka.

Zniechęcona zawróciłam do kawiarni. W progu czekał już na mnie łysy jegomość. Nerwowo przecierał szkła okularów i mrużył krótkowzroczne oczy.

– Ale zmokłaś, moja panno – przywitał mnie. – Mówiłem, że nie warto.

– To głupstwo... I proszę się nie przejmować, bo dobrze sobie zapamiętałam tego pana.

Jegomość założył okulary.

– Jesteś bardzo uprzejma. Sądzę jednak, że to zwykła pomyłka, a ów pan, gdy się tylko zorientuje, odniesie kapelusz do kawiarni.

– I mnie się tak zdaje – powiedziałam. – Zresztą, czy to ma jakieś znaczenie? Kapelusze były przecież identyczne.

– Skąd wiesz?

– Mam wyrobione oko. Jestem pewna, że miały nawet ten sam numer. Proszę zmierzyć.

Jegomość patrzył na mnie z niedowierzaniem. Wolnym ruchem przykrył łysinę.

– Jak ulał – powiedział zdziwiony. – Ty rzeczywiście masz wspaniałe oko.

– Ba – uśmiechnęłam się tajemniczo – gdyby pan wiedział, z kim ma do czynienia, toby się pan tak nie dziwił.

Jegomość zmrużył porozumiewawczo oko.

– Jestem ogromnie ciekaw.

– Szef gangu – dodałam szeptem.

Jegomościa zamurowało. Dopiero po chwili roześmiał się ni w pięć, ni w dziewięć.

– Może się pan śmiać z siebie – powiedziałam. – Zamienili panu kapelusz, a pan nic nie spostrzegł. A ja muszę za pana uważać.

Jegomość zatarł pulchne, obsypane rudawym włosem dłonie.

– To pięknie, że jesteś szefem gangu. Pomożesz mi odnaleźć kapelusz.

– Przecież ten leży jak ulał.

Jegomość zdjął kapelusz, obracał go w dłoniach i przyglądał mu się uważnie.

– Tak – rzekł w zamyśleniu – leży jak ulał, a jednak nigdy bym go nie oddał.

– Nie rozumiem, przecież...

– Nie warto zastanawiać się nad tym – przerwał mi. – Mam nadzieję, że ten człowiek odniesie mój kapelusz do kawiarni, a ten zostawię tymczasem u kelnerki. Bądź zdrowa, szefie gangu! Dziękuję ci serdecznie. Byłaś naprawdę bardzo miła i uprzejma. A gdybyś przypadkiem spotkała tego pana, to powiedz mu, że kapelusz jest w Jantarze.

Może pana duch był w Jantarze?

Dziwak! Kapelusz leży na jego łysinie jak ulał, a on mówi, że „nigdy by się nie zamienił”. I jeszcze śmieje się ze mnie. Ciekawe, co by powiedział, gdyby zobaczył ośmiu moich gangsterów z Saskiej Kępy. Na pewno zrzedłaby mu mina.

I w ogóle, co mnie obchodzi jego kapelusz.

Zjadłam dwie rurki z kremem. Pycha! Po dwóch rurkach zaraz świat inaczej wygląda. Nawet deszcz przestaje padać, a spoza chmur wygląda słońce.

Spojrzałam na zegarek. Była dwunasta. W Ustroniu obiad podają dopiero o drugiej. Miałam dwie godziny przed sobą. Postanowiłam podziwiać naturę.

W Nieborzu najlepiej podziwia się naturę z wysokiego brzegu, który wznosi się zaraz za domkami campingowymi. Rozciąga się stamtąd wspaniały widok na morze, na fale, na bałwany i na siną dal.

Szłam wolno ulicą Jana z Kolna. Była to ulica starych willi i zacisznych domków. Wszędzie starannie utrzymane ogrody, pełno kwiatów, drzew, ozdobnych krzewów. I pełno śpiewu ptaków. Przyjemnie było iść wśród ogrodów lśniących jeszcze deszczową świeżością, pachnących, rozśpiewanych.

Minęłam miejscowe boisko. Zamiast piłkarzy ujrzałam białą, brodatą kozę i dwa łaciate koziołki. A potem zobaczyłam tabliczkę z napisem „ŻART” i znowu zachciało mi się śmiać. Człowiek, który nazwał tak uliczkę, musiał być bardzo dowcipny.

Uliczka była wąska, wysypana czystym żwirem. Wyglądała jak tunel wydrążony w zieleni drzew i krzewów. Z lewej strony ciągnął się niski mur, z prawej, poza ogrodzeniem z drucianej siatki, pod koronami wysokich jesionów widać było dach z czerwonej dachówki, a w głębi zabudowania gospodarskie. Między domem a zabudowaniami ciągnął się ogród. Kilka karłowatych jabłonek, zdziczałe krzewy agrestu. Zarośnięte klomby i grządki tonęły w dżungli chwastów.

Bardzo lubiłam takie małe uliczki i takie zapuszczone ogrody. Było w nich coś smętnego, tajemniczego. Znakomicie nadawały się do zabawy w Indian albo w gangsterów. Skręciłam w ulicę Żart z uczuciem, jakby za chwilę miało się stać coś bardzo dziwnego.

Naraz na ścieżce prowadzącej z domu do furtki ujrzałam znajomą sylwetkę. Ten sam elegancki garnitur, ta sama nieskazitelna koszula, ba, ten sam krawat i nawet ta sama przesadna wytworność w ruchach, a w ustach krótka angielska fajeczka. Słowem, Goguś z Jantaru we własnej osobie. Nieba mi go zsyłają! Genialny facet, na zawołanie umie się rozpływać i zjawiać w nieoczekiwanym momencie. Poczekaj, zaraz zahaczę cię o ten kapelusz.

Goguś tymczasem, jak gdyby nigdy nic, zbliżał się do furtki. Mina lordowska, w jednej ręce zwinięty parasol, w drugiej nowiutki kapelusz z popeliny, a w zębach wygasła fajka. Widocznie taki fason. Wydało mi się, że jestem na filmie albo śnię. Gdy jednak Goguś pchnął furtkę i wyszedł na ulicę, zrozumiałam, że szczęśliwy zbieg okoliczności zesłał mi tego człowieka.

Zrobiłam bardzo poważną minę, a gdy się ze mną zrównał, zahaczyłam:

– Proszę pana, zdaje się, że to pan przez pomyłkę zamienił w kawiarni kapelusz.

Goguś stanął jak wryty. Najpierw spojrzał na mnie, potem na kapelusz, a potem wybąkał zdumiony:

– Ja?... W kawiarni?... Kapelusz?...

– W Jantarze, pół godziny temu.

– W Jantarze? – zrobił jeszcze pocieszniejszą minę.

– Przecież pan był w Jantarze i pomyłkowo zabrał pan z wieszaka inny kapelusz.

– Ty się chyba mylisz, moja droga.

– Bardzo przepraszam, ale ten pan, któremu pan zabrał kapelusz, prosił mnie, żebym pana zawiadomiła.

– To śmieszne – przerwał mi opryskliwie. – Po pierwsze, nie byłem w Jantarze, a po drugie, nikomu nie zabrałem kapelusza. I bardzo cię proszę, nie rób niesmacznych żartów.

Miałam uczucie, jakbym dostała pałką w łeb i zobaczyła wszystkie gwiazdy z Gwiazdą Polarną na pierwszym planie.

– Tere-fere! – zawołałam. – To pan kpi sobie ze mnie! Przecież widziałam na własne oczy. Pan nie wie, z kim pan ma do czynienia.

Zabiłam mu porządnego ćwieka, bo uśmiechnął się cierpko i wyjął fajeczkę z zębów. Był to najoczywistszy znak, że się denerwuje.

– Panienko – powiedział z przekąsem – czego właściwie chcesz ode mnie?

Nie mogłam już dłużej wytrzymać. Gdy zobaczyłam, że w fajce nie ma tytoniu, parsknęłam nagle śmiechem.

– Proszę odnieść kapelusz do Jantaru i oddać go kelnerce, bo właścicielowi bardzo na nim zależy.

Myślałam, że zblednie i zacznie się tłumaczyć, a on tymczasem uniósł kapelusz do moich oczu.

– Śmieszne – powiedział. – Przecież to mój własny kapelusz. O, proszę – wywrócił go dnem do góry i wskazał na skórzaną wkładkę. – Widzisz monogram?

Chwilowo nic nie widziałam, bo byłam bardzo przejęta, ale po chwili na wkładce dostrzegłam wypisany czarnym tuszem monogram „WK”.

– Koń by się uśmiał! – prychnęłam. – To przecież może być monogram tamtego pana.

Goguś syknął zniecierpliwiony.

– W takim razie powiedz, jak się nazywa tamten pan.

– Niestety, nie wiem.

– Więc nie zawracaj mi głowy. – Ze złością trzepnął kapeluszem o kolano i włożył fajeczkę do ust. Był to znak, że nie chce ze mną dłużej dyskutować.

– Chyba pana duch był w Jantarze – powiedziałam.

Goguś wzruszył ramionami, odwrócił się i ruszył sprężystym krokiem w stronę ulicy Jana z Kolna.

Zbaraniałam, jeżeli człowiek w ogóle może zbaranieć. W głowie miałam zamęt. W uszach dźwięczały mi jeszcze słowa: „Po pierwsze, nie byłem w Jantarze, a po drugie, nie zabrałem nikomu kapelusza...”. Gdyby to było na ulicy Słowiczej, mogłabym jeszcze uwierzyć, ale na ulicy Żart? O nie, mój panie, żartować możesz, ale nie z Dziewiątką. Dziewiątka ma głowę na karku i dobre oczy. Albo pan udaje ducha, albo po prostu wypiera się bezczelnie.

Stałam chwilę jak sparaliżowana, wnet jednak ocknęłam się. Postanowiłam go śledzić. Gdy dobiegłam do rogu ulicy Jana z Kolna, nie ujrzałam już szarego garnituru ani popelinowego kapelusza.

Dziwna historia! Wyszłam dzisiaj z domu jako szef gangu z Saskiej Kępy, a wracałam jako detektyw.

Przepraszam, jak się pan nazywa?

Po południu znowu padał deszcz. Mama grała na dole w świetlicy w brydża, tata czytał gazetę, a Jacek nic nie robił, tylko ziewał. Ja natomiast myślałam o kapeluszu.

Sprawa była niezwykle skomplikowana. Wyłaniało się kilka możliwości: albo Goguś zamienił kapelusz, a dla zmylenia śladów dopisał potem monogram; albo Goguś nie zamienił kapelusza, tylko łysemu jegomościowi w okularach zależało na tym, żeby inni myśleli, że zamienił; albo... tych „albo” mogło być jeszcze kilka. Szkoda było czasu na „albo”. Należało wpierw sprawdzić, co się stało z zamienionym kapeluszem i rozwiązać fascynującą zagadkę.

Wyszłam z domu, jakby nigdy nic. Jest to pierwsza zasada dobrego detektywa – tak się zachowywać, żeby robić wrażenie, że nic się nie robi. Otuliłam się szczelnie peleryną, nasunęłam na oczy kaptur, żeby mnie nikt nie poznał, i poszłam na ulicę Jana z Kolna. Udawałam, że słucham, jak deszcz pada, że podziwiam piękno natury i architekturę domów, że myślę o niebieskich migdałach, a tymczasem krążyłam między ulicami Żart, Słoneczną, Plażową i Jana z Kolna. Miałam bowiem nadzieję, że przestępca zjawi się na miejscu przestępstwa. Najbardziej kapowałam na kawiarnię Jantar.

Jak na złość nic się nie działo, tylko deszcz dzwonił na blaszanych dachach monotonnie i sennie. Zaczęłam ziewać, a skoro zaczęłam ziewać, zachciało mi się spać i już miałam wracać do domu, gdy nagle, ni stąd, ni zowąd, usłyszałam za sobą znajomy głos:

– No cóż, moja droga, nie spotkałaś tego pana?

Obejrzałam się. Za mną stał łysy jegomość. Łysinę miał wprawdzie przykrytą płócienną furażerką i osłoniętą parasolem, ale to nie zmieniało faktu, że był łysy. Spoglądał na mnie spoza grubych szkieł okularów i uśmiechał się dobrodusznie jak wujaszek.

W pierwszej chwili chciałam mu opowiedzieć o dziwnym spotkaniu z Gogusiem, ale w samą porę ugryzłam się w język. Prawdziwy detektyw nigdy nie odkrywa swych kart. Zawsze robi tajemniczą minę i udaje, że nic nie wie. Powiedziałam więc niezwykle poważnie:

– Niestety, taki deszcz... Nie wychodziłam prawie z domu.

Jegomość przymrużył żartobliwie oko.

– Nie wychodziłaś z domu, a jesteś mokra, jakbyś pływała w pelerynie.

Prawdziwy detektyw musi mieć błyskawiczną orientację. Odparłam więc:

– Pelerynę pożyczyłam jednej dziewczynce, która mieszka w tym samym domu.

– To pięknie. Widzę, że dla wszystkich jesteś jednakowo uprzejma.

– A pan sprawdzał, czy tamten facet odniósł kapelusz?

– Właśnie idę zapytać. Może wstąpisz ze mną? Zobaczymy, jaka jest sytuacja.

– Z przyjemnością – zgodziłam się skwapliwie. – Sama jestem ciekawa... bo przecież pierwsza zauważyłam tę pomyłkę.

– Masz dobre oko – zaśmiał się jegomość.

Zachowywał się zupełnie tak, jakby był dobrym wujaszkiem. Osłonił mnie parasolem, otoczył ramieniem i poszliśmy do Jantaru.

Po obiedzie w kawiarni było prawie pusto. Najazd na Jantar zaczynał się dopiero po piątej.

Dobry wujaszek, jak gdyby nigdy nic, zapytał kelnerkę o kapelusz. Młoda dziewczyna w białym fartuszku uśmiechnęła się z zakłopotaniem.

– Bardzo mi przykro, ale nikt się nie zgłosił.

– Ha, trudno – rzekł zasępiony. – Miejmy nadzieję, że do wieczora przyjdzie. – Naraz spojrzał na zroszone szyby. – W taki deszcz... nie należy się dziwić. – I zwrócił się do mnie: – Nie odmówisz porcji kremu?

Wspaniałomyślnie nie odmówiłam. Chciałam bowiem przeprowadzić szczegółowy wywiad w sprawie kapeluszy i wiedzieć, co piszczy w trawie. Tymczasem piszczał tylko ekspres do parzenia kawy. Dobry wujaszek posadził mnie naprzeciw siebie, zamówił dwie porcje czekoladowego kremu i westchnął.

Skorzystałam z chwili ciszy.

– Czy pan jest pewny, że zamieniono panu kapelusz?

– Jak dwa razy dwa cztery.

Za bardzo pewny – zanotowałam w pamięci.

– Ciekawe! – powiedziałam głośno.

– Co ciekawe? – zdumiał się jegomość.

– W ogóle... Na przykład, po czym rozpozna pan swój kapelusz, skoro oba były prawie takie same?

– Widzę, że podchodzisz fachowo. Ale to zupełnie proste. Kapelusz, gdy go kupiłem, był ciut, ciut za duży, więc pod skórzaną wkładkę włożyłem pasek z gazety.

– Dobrze, a czy przypomina pan sobie, jaka to była gazeta?

– Ho, ho... zadajesz coraz wnikliwsze pytania. Trudno mi teraz powiedzieć. W każdym razie jakaś warszawska gazeta: „Express” albo „Życie Warszawy”, gdyż innych nie czytam.

– Innych znaków rozpoznawczych kapelusz nie posiadał?

– Nie.

– W takim razie dlaczego panu zależy na tym kapeluszu? Ten, który został, pasuje jak ulał i do tego nie trzeba podkładać gazety.

– Brawo! Widzę, że jesteś nie tylko wnikliwa, ale również praktyczna. Zaczynasz mi się podobać. Muszę ci jednak powiedzieć, że nie mogę tak łatwo pozbyć się tamtego kapelusza. Zdradzę ci pewną tajemnicę. Zapłaciłem za niego sto dwadzieścia sześć złotych...

– Czy to ma jakieś znaczenie? – wtrąciłam.

Uśmiechnął się zagadkowo.

– Teraz żadnego. W tej chwili wart jest tyle, ile za niego zapłaciłem, lecz jutro, w niedzielę, może mieć wartość stu tysięcy, a może i więcej...

W tym momencie zapomniałam, że mam być obojętna.

– Sto tysięcy, a może i więcej – wyszeptałam z przejęciem. – Ale dlaczego?

Dobry wujaszek przytknął palec do ust gestem nakazującym milczenie.

– Niestety, tego nie mogę ci w tej chwili wyjawić.

– Pan chyba jest czarodziejem.

Dobry wujaszek rozłożył ręce.

– Nie, moja droga, jeżeli chcesz wiedzieć, jestem po prostu wiolonczelistą... I do tego nie solistą, tylko gram w orkiestrze symfonicznej na wiolonczeli. Słyszałaś kiedy o takim instrumencie?

– Oczywiście. To takie duże, duże skrzypce.

– Niezupełnie.

– Wiem. Nie trzyma się ich pod brodą, tylko na ziemi, między kolanami.

– No proszę, widzę że dobrze orientujesz się w instrumentach muzycznych.

– Wiem nawet, że najsławniejszym wirtuozem na wiolonczeli jest Hiszpan, Pablo Casals.

Wujaszek zdawał się być wniebowzięty.

– Podwójne brawo dla panny!

– Dziwię się tylko – podjęłam podchwytliwie – że pan z takim spokojem mówi o stu tysiącach.

Wiolonczelista zdjął okulary, wyjął z kieszeni kawałek zamszu, zaczął wolno przecierać szkła.

– Moja miła, gdybyś całe życie grała na wiolonczeli, to też byś się nie denerwowała. Jest to instrument, który wpływa kojąco na system nerwowy.

Filozof – pomyślałam – o stu tysiącach mówi tak, jakby chodziło o zapłacenie za dwie porcje kremu. Mój panie, czy ty naprawdę jesteś skromnym wiolonczelistą z orkiestry? W tej chwili zrodziło się we mnie podejrzenie. Wiolonczelista zabrał się, jak gdyby nigdy nic, do jedzenia kremu. Ja tymczasem myślałam o stu tysiącach; co bym sobie za nie kupiła. Prawdopodobnie nowe dżinsy, oryginalne teksasy i colta ze szczerego złota. Chłopcy z Saskiej Kępy pousychaliby z zazdrości.

– Dlaczego nie jesz? – zapytał wiolonczelista.

– Nie mam apetytu.

– Niepotrzebnie przejęłaś się kapeluszem.

– Bo to istotnie niezwykła sprawa.

– A ja niepotrzebnie powiedziałem...

– I tak bym się dowiedziała.

– Brawo! – Wiolonczelista znowu zdjął okulary, chuchnął w szkła i zaczął je przecierać. Skorzystałam więc z okazji, żeby go znowu zahaczyć:

– Czy pan jest stuprocentowo pewny, że tamten facet przypadkowo zamienił panu kapelusz?

– Najzupełniej. Nikt przecież nie wie, że kapelusz może mieć kiedyś taką wartość.

– A może on pana śledził?

– Moja panno – zawołał – kto by śledził starego wiolonczelistę?! – Nagle spojrzał na mnie uważniej, nie jak dobroduszny wujaszek, który funduje krem czekoladowy, ale jak podejrzany osobnik. – I dziwię się, że w ogóle zadajesz takie pytania.

– Rozmaicie bywa, proszę pana, i nigdy nie wiadomo, co piszczy w trawie, ani gdzie leży pies pogrzebany. – To ostatnie powiedzonko zapożyczyłam od tatusia, który zawsze tak mówi, gdy nie wie, co powiedzieć. Na wiolonczeliście zrobiło ono piorunujące wrażenie. Wyciągnął z kieszeni chustkę i wytarł nią lśniącą łysinę.

– Zaczynasz filozofować, moja panno. I zdaje mi się, że żartujesz sobie.

– Bo pan też kpi ze mnie.

Dobroduszna twarz wiolonczelisty nagle stężała. Gwałtownym ruchem zerwał okulary, lecz po chwili założył je z powrotem i uśmiechnął się.

– Dziwna z ciebie panna. Ja do ciebie szczerze, a ty mi takie rzeczy mówisz. Lepiej będzie, jeżeli w ogóle zapomnisz o naszej rozmowie.

Tere-fere, morele – pomyślałam. – Zwija chorągiewkę. Zagalopował się, a teraz chce się wycofać. Za późno, mój wujaszku, a raczej podejrzany osobniku. Udałam obrażoną.

– Jeżeli pan chce, mogę zapomnieć nawet o panu. Wątpię, czy bez mojej pomocy odnajdzie pan swój kapelusz. Ja jedna widziałam faceta...

Wiolonczelista tarł dłonią czoło.

– Istotnie, ty jedna mogłabyś mi pomóc.

– Dziękuję. Jeżeli pan chce, żebym panu pomogła, to musi mi pan udzielić jeszcze kilku wskazówek.

– Słucham, słucham, moja panno.

– Po pierwsze, nie znoszę, jak ktoś mi mówi: „moja panno”, a po drugie, gdzie pan kupił kapelusz?

– Dobrze, będę ci mówił po imieniu.

– Nazywają mnie Dziewiątka.

– Świetnie – roześmiał się ni w pięć, ni w dziewięć. – To mi się bardzo podoba. A więc, Dziewiątko, kapelusz kupiłem w Warszawie, w pawilonach na rogu Marszałkowskiej i Zielnej.

– Czy miał firmową naszywkę?

– Nie przypominam sobie.

– I czy pan oznaczył go monogramem?

– Nawet mi to do głowy nie przyszło. To dziwne, miałem wrażenie, że jestem jedynym na świecie posiadaczem takiego kapelusza.

– Przecież podobnych kapeluszy jest chyba kilkaset.

– Tak, ale mój wydał mi się wyjątkowo piękny i okazały. Nie przywiązuję wagi do ubrania, mam jedynie słabość do kapeluszy. – Przejechał dłonią po głowie i zaśmiał się krótko. – Może właśnie dlatego, że zakrywam nimi łysinę. Tak, moja Dziewiątko, wszyscy ludzie mają swoje słabostki.

A więc jego kapelusz był bez monogramu – kombinowałam. – W takim razie Goguś nie miał jego kapelusza, tylko swój. A więc prosty wniosek – Goguś jednak nie zamienił kapelusza. Chyba że już po zamianie wypisał swój monogram.

– Czy pan jest najzupełniej pewny, że nie oznaczył pan swego kapelusza monogramem?

– Najzupełniej.

– A czy można wiedzieć, jak pan się nazywa?

Wiolonczelista chwycił papierową serwetkę, wyjął długopis. Wielkimi, drukowanymi literami napisał: „WALERY KOLANKO”.

– Oto moja wizytówka – zażartował. – Możesz ją sobie zatrzymać. Nazywam się nieco pociesznie, ale trudno, nie wybieramy sobie nazwisk, a z biegiem czasu przywiązujemy się do nich.

Walery Kolanko – powtórzyłam w myśli. – WK, jak babcię kocham! To jednak był jego kapelusz! W tej chwili podejrzany osobnik przestał być podejrzanym i powrócił do dawnej postaci dobrodusznego wujaszka.

– A więc ma pan monogram „WK”.

– Tak. Czy ci się nie podoba?

– Nie, nie... tylko zdaje mi się, że gdzieś już widziałam... – znowu ugryzłam się w język. Pomyślałam, że detektyw do końca winien udawać, że nic nie wie. Nastąpiła chwila kłopotliwego milczenia. Na szczęście wiolonczelista powiedział za mnie:

– Czy ja jeden mam taki monogram? Jeżeli się nie mylę, najwięcej nazwisk w Polsce zaczyna się na „K” i na „P”.

– Oczywiście – podjęłam z ulgą. – Sprawdzałam raz w książce telefonicznej. I mogę panu powiedzieć, że najmniej jest na „Y”. Kilka zagranicznych, dziwacznych nazwisk. A na „Ą” i „Ę” w ogóle nie znalazłam.

– Tak – uśmiechnął się pojednawczo – gdyby moje nazwisko zaczynało się na „Ą”, nie miałabyś wątpliwości. – Wstał, zapiął starą, wełnianą kamizelkę.

– Przepraszam – zatrzymałam go. – Mam do pana jeszcze jedną prośbę. Czy mógłby pan pokazać mi ten kapelusz, który został w kawiarni?

– Ależ oczywiście. Zaraz poprosimy kelnerkę. – Odszedł w stronę bufetu. Za chwilę wrócił z popelinowym kapeluszem. – Proszę cię bardzo. Ciekaw jestem, czego jeszcze chcesz się dowiedzieć.

Ręce mi drżały, gdy brałam do ręki kapelusz. Obracałam go w dłoniach jak kapelusz prestidigitatora, czarnoksiężnika. Myślałam, że wyskoczy zeń magiczny królik albo wyfrunie gołąb. Tymczasem nic się nie działo. Odwróciłam więc kapelusz do góry dnem. Zajrzałam do środka. Dopiero teraz pociemniało mi w oczach. Na wkładce zobaczyłam monogram „WK” wypisany wyraźnie czarnym tuszem.

– Przecież to pana kapelusz! – zawołałam. – Ma pan tu, czarno na białym, swój monogram.

Wiolonczelista wyrwał mi kapelusz z ręki.

– Mówiłem ci, że nie oznaczyłem kapelusza monogramem.

– W takim razie kto go oznaczył, skoro kapelusz wisiał cały czas w kawiarni?

Pan Kolanko zajrzał do kapelusza. Roześmiał się trochę zbyt głośno i nienaturalnie.

– A to heca! Niesłychane! Ten sam monogram. Ale kapelusz nie jest mój. Nie ma wkładki z gazety. – Odchylił palcami skórzany otok. – I nie ma... – urwał, jakby się zagalopował.

– Czego jeszcze nie ma? – zapytałam przynaglająco.

– W ogóle – uśmiechnął się z zakłopotaniem – mówiłem ci, że to nie mój! – Odniósł kapelusz do służbowego stolika. Podał go kelnerce. – Ja tu wpadnę jeszcze wieczorem. Gdyby ktoś się zgłosił, to proszę podziękować mu w moim imieniu.

– Przepraszam – wtrąciłam – czy pani jest zupełnie pewna, że do tej pory nikt nie zwracał kapelusza?

– Nikt – zachichotała kelnerka – widocznie tamten lepiej się podobał.

Pan Kolanko obrzucił mnie chłodnym spojrzeniem.

– Jesteś strasznie wścibska, moja panno, i bardzo cię proszę, przestań zajmować się kapeluszem, bo wszystko poplączesz.

– Wścibska, o! – odpaliłam. – Nie chcę pana martwić, ale nikt chyba nie zgłosi się po ten kapelusz.

Ptaszek na siedem liter

Jeżeli ten kapelusz nie jest wiolonczelisty, a tamten jest Gogusia, w takim razie czyj jest ten kapelusz? Oba są identyczne, oba mają te same monogramy, a jednak coś tu nie klapuje. I w ogóle można dostać kręćka, a przede wszystkim niełatwo być detektywem i rozwiązywać tak zawikłane zagadki.

Byłam wściekła, a jednocześnie ogromnie mnie to bawiło. Bo proszę pomyśleć: mama gra w brydża, tata na pewno zdrzemnął się nad gazetą. Jacek ziewa jak hipopotam, bo Jacek bez taty niczego nie potrafi wymyślić, a ja stoję na ulicy Słowiczej i patrzę, dokąd idzie mój wiolonczelista, który na pewno nie jest wiolonczelistą. Czy to nie zabawne?

Tymczasem pan Kolanko idzie Słowiczą w stronę Polnej, jakby nigdy nic. Z daleka widać jego białą furażerkę pod czarnym parasolem i migające w deszczu jasne podeszwy jego trampek. Stoję sobie za drzewem i kikuję. Potem ruszam za podejrzanym osobnikiem, a jemu nawet się nie śni, że ktoś go śledzi. I to też jest bardzo zabawne. Zabawne i ciekawe.

Wszystko jest ciekawe. Na przykład pan Walery Kolanko – niby zwykły człowiek, niedbale ubrany, tęgawy, mający słabość do kapeluszy, grający na wiolonczeli (niby), a przy tym łysy i z brzuszkiem, a jednak wzbudzający dreszcz sensacji i zagadkowy. Ba, właściciel kapelusza, który jutro może być wart sto tysięcy albo i więcej. Może milion. A więc milioner...

Na rogu Słowiczej i Polnej pan Kolanko zatrzymał się, jakby się wahał, w którą iść stronę. Skręcił w prawo. Przyspieszył kroku, a potem podkasał spodnie aż do kolan i stąpał ostrożnie między kałużami, jakby szedł po tłuczonym szkle. Nagle skręcił w lewo, w boczną ulicę wysadzaną starymi topolami. Zginął na chwilę, utonął w zieleni, lecz wnet jego parasol wypłynął między pniami jak czarny grzyb z głębi szmaragdowej toni.

Dobiegłam do rogu i stwierdziłam, że jest to ulica Pasieczna. Nic jednak nie wskazywało na to, że znajdują się tutaj pasieki. Spojrzałam w głąb topolowej alei. Czarny parasol był już daleko. Naraz znikł, jakby się rozpłynął w mglistym powietrzu.

Puściłam się za nim biegiem. W miejscu, gdzie znikł parasol, ujrzałam wysoki mur z czerwonej cegły, opleciony gęsto dzikim winem i bluszczem. Mur był stary, wyszczerbiony. W wielu miejscach widniały wielkie wyrwy, przez które można było bez trudu przejść na drugą stronę. Byłam teraz pewna, że pan Kolanko nie rozpłynął się, lecz znikł w jednej z wyrw. Ale w której? Wybrałam najbliższą. Prowadziła do niej ledwo dostrzegalna ścieżyna ginąca w łopianach i pokrzywach. Weszłam na nią i, rozglądając się, czy mnie ktoś nie widzi, przekroczyłam mur.

Za murem ciągnęła się istna dżungla. Było mroczno i mglisto. Teraz na odmianę doznałam uczucia, jak gdyby za każdym drzewem czyhał na mnie nie jeden, lecz stu wiolonczelistów, którzy wcale nie są wiolonczelistami, tylko podejrzanymi osobnikami...

Na szczęście dżungla skończyła się, a ja znalazłam się na niewielkiej polance. Odsapnęłam z ulgą i w tej samej chwili usłyszałam za sobą ostry głos:

– Czego tu szukasz?

Pod drzewem, w cieniu opadających gałęzi, zobaczyłam dwukołowy lekarski wózek, a na wózku mężczyznę. Było tak ciemno, że widziałam tylko jego granatowy płaszcz z tergalu i czapkę z tego samego materiału. Chciałam uciekać w popłochu, lecz strach wmurował mnie w ziemię.

– Tu jest prywatny ogród i nie wolno wchodzić. Nie słyszysz? – zabrzmiał ten sam, niski i jakby spod ziemi dochodzący głos.

– Słyszę – wyszeptałam – lecz nie bardzo widzę, kto mówi.

Nieznajomy zakręcił korbką. Wózek wytoczył się spod okapu gałęzi. W tej chwili wszystko wydało mi się niesłychanie dziwne, jakbym oglądała sensacyjny film. Bo skąd nagle w tej dżungli wózek lekarski i skąd ten dziwny mężczyzna? Siedział sztywno, nogi okryte miał kraciastym pledem. Podobny był do męczennika: twarz blada, chuda, koścista, zapadnięte policzki, krzaczaste brwi, a pod brwiami głęboko osadzone, przenikliwe oczy. Zamiast strachu poczułam nagle litość.

– Przepraszam – powiedziałam. – Myślałam, że ta ścieżka...

– Myślałaś? – przerwał mi ostro. – Przeszłaś przez mur, a nie myślałaś.

Nie dał mi dojść do słowa, więc doszłam sama i powiedziałam.

– Zdawało mi się, że szedł tędy jeden pan z parasolem.

– Wszystkim się zdaje – ofuknął mnie kaleka. – Ciekaw jestem, czego tu szukasz.

Zdenerwowała mnie jego dociekliwość.

– Przypuśćmy, że grzybów.

– Tu nie ma grzybów.

– Przypuśćmy, że malin lub borówek.

– Tu nie ma malin ani borówek – powtórzył z naciskiem.

– Przypuśćmy, że ptaków – mówiłam z uporem.

– O, właśnie – uśmiechnął się kpiąco. – Pewno ptaków. Przyłapałem jednego takiego. Strzelał z wiatrówki do drozdów.

– Phi – parsknęłam. – Przypuśćmy, że jestem ornitologiem i chcę zrobić zdjęcie gniazda remiza.

Przyjrzał mi się nieco łagodniej.

– To co innego, ale i tak nie radzę ci pętać się po tym ogrodzie. Ptaków masz dość w lesie.

– Przepraszam – dygnęłam. – Czy pan nie widział tego łysego pana z parasolem?

– Nie – odparł szorstko. – I radzę ci, zmykaj stąd jak najprędzej.

– Phi – prychnęłam. – Jeżeli panu na tym zależy, to mogę zemknąć. – Odwróciłam się na pięcie, ale nieznajomy zatrzymał mnie.

– Zaczekaj! – zawołał. – Mówisz, że zajmujesz się ptakami?

Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek zajmowała się ptakami. To Maciek był ornitologiem. Ja tylko udawałam. Ale trudno, musiałam brnąć dalej.

– Tak – powiedziałam, robiąc niewinną minę. – Bardzo mnie interesuje życie ptaków, zwłaszcza remizów... I w ogóle...

Człowiek na wózku sięgnął do kieszeni płaszcza. Myślałam, że wyjmie zimorodka albo makolągwę. Tymczasem wyciągnął gruby notes, a z notesu spory wycinek z gazety z krzyżówką.

– Dobrze się składa. Może mi powiesz, jak się nazywa ptak, który zaczyna się na „m”, kończy na „t” i ma siedem liter. Tej nazwy – wyjaśnił – brakuje mi do rozwiązania krzyżówki.

Daję słowo, że nigdy nie słyszałam o ptaku, który ma siedem liter. Zrobiłam jednak mądrą minę i mamrotałam:

– Zaczyna się na „m”, a kończy na „t”. Może mamut, proszę pana.

Zamiast mi podziękować, roześmiał się.

– Przecież to nie ptak, a prócz tego ma pięć liter. Coś nie bardzo znasz się na ptakach. Ale nie przejmuj się. Z krzyżówkami zawsze tak bywa. W dobrej krzyżówce jest haczyk, nad którym trzeba sobie łamać głowę.

– To proszę sobie łamać! – zrozumiałam, że nadeszła stosowna chwila do ulotnienia się. – Jeżeli coś wpadnie mi do głowy, to pana zawiadomię – dodałam bez sensu.

Odwróciłam się i uciekłam, gdzie pieprz rośnie, a właściwie za mur, na ulicę Pasieczną.

To pech! Szukałam wiolonczelisty, a natrafiłam na kalekę, który rozwiązuje krzyżówki; chciałam rozwikłać zagadkę dwóch kapeluszy, a tymczasem nie potrafiłam znaleźć ptaka, który zaczyna się na „m”, kończy na „t” i ma siedem liter. Niech będzie mamut, pal go licho!

Goguś odbiera depeszę

Wszystko rozgrywało się jak w kinie. Wiolonczelista przepadł w tajemniczy sposób. Na horyzoncie zjawił się człowiek na wózku. Brakowało tylko pięknej aktorki, która kocha się w poławiaczu pereł, i milionera... O nie, przepraszam. Milioner może być już jutro...

Szłam teraz prosto ulicą Bursztynową w stronę morza. Z lewej miałam wysoki mur starego cmentarza, z prawej tonące w mgle ogrody. Deszcz ustał na chwilę, lecz znad morza nacierały nowe chmury. Toczyły się nisko nad dachami i wyglądały jak kudłate, groźne potwory. Ulice były puste. Czasem tylko przemknął samochód lub zamajaczył parasol.

Nieborze nie przypominało wesołej, pełnej słońca i letników nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej. Trupiarnia!

Zatrzymałam się nad brzegiem, przy tarasie hotelu Pod Trzema Żaglami. Usiadłam na kamiennych schodkach, patrzyłam, jak mewy krążą nad falochronami w poszukiwaniu żeru. Morze huczało, pieniło się, długimi językami fal atakowało plażę. Czarna flaga na maszcie trzepotała jak jednoskrzydły uwięziony ptak.

Na tarasie hotelu Pod Trzema Żaglami stało kilku letników. Patrzyli w osłupieniu, jakby za chwilę z sinej dali miał się wyłonić statek widmo. Wśród nich z niemałym zdziwieniem spostrzegłam Gogusia.

Goguś był oryginalny. Nie spoglądał – jak inni – w siną dal, lecz jego badawczy wzrok błądził niedbale po murach i oknach hotelu, jakby tam kogoś wypatrywał. Był w deszczowym płaszczu, w ręku trzymał nieodłączny parasol i – co mnie najbardziej uderzyło – nie miał popelinowego kapelusza. W ogóle nie miał żadnego.

Wydało mi się to podejrzane. Postanowiłam go śledzić. Chytra sztuka, niby obserwował morze, fale i mewy, tymczasem co chwila zerkał na wychodzących i wchodzących gości hotelowych. Po chwili spojrzał na zegarek. Widocznie czekał na kogoś lub z kimś się umówił. Eleganckim ruchem podniósł kołnierz płaszcza, wtulił weń głowę i zszedł z tarasu.

Pozwoliłam mu przejść obok. Udał, że mnie nie zauważył. Skręcił w ulicę Uskok, potem w Wiejską, minął kościół i – jak gdyby nigdy nic – wszedł do urzędu pocztowego.

Zapadał już zmrok. Na poczcie przed zamknięciem urzędu panował tłok. Chwilę wahałam się – wejść czy nie wejść, lecz wnet zdecydowałam, że pójdę za nim. Będę udawała, że wysyłam pozdrowienia do cioci Basi lub wuja Władka.

Wśliznęłam się do środka, ukryłam się za wysokim pulpitem do pisania listów i bacznie obserwowałam wytwornisia. Ten z wrodzoną nonszalancją zbliżył się do okienka z napisem „Telefon – Telegraf – Poste restante”, przeczekał, aż dwie osoby załatwią swe sprawy, potem uśmiechnął się uwodzicielsko do urzędniczki i zapytał:

– Przepraszam, czy jest coś dla mnie?

Młoda urzędniczka na widok eleganta odwzajemniła się czarownym uśmiechem.

– O, właśnie – powiedziała, przewracając oczami – miałam do pana telefonować. Przyszła z Warszawy depesza.

Myślałam, że przynajmniej dowiem się, jak się nazywa, tymczasem traktują go tutaj jak następcę tronu. „Proszę bardzo. Miałam telefonować”. A on bierze depeszę, kłania się, rozdaje uśmiechy i wychodzi jak lord z salonu. Bęcwał! Ale kto to może być? Udałam więc, że napisałam kartkę do cioci Basi i wyśliznęłam się z poczty. Zobaczyłam go już na ulicy.

Zatrzymał się i, nie wyjmując wygasłej fajeczki, otworzył depeszę.

Co bym za to dała, gdybym mogła w tej chwili czytać razem z nim! Niestety, musiałam stać za pniem sosny i niecierpliwić się, kiedy przeczyta. Trwało to zapewne bardzo krótko, lecz mnie zdawało się, że całe wieki.

Nareszcie wyjął fajeczkę z zębów. Zmiął depeszę i ruchem niedbałym rzucił ją na chodnik. Zatarłam ręce z radości. Niestety, nie cieszyłam się długo. Goguś bowiem schylił się i podniósł zmięty papier. Porządniś, nie chce zaśmiecać Nieborza. Ale znowu rozczarowanie. Goguś darł depeszę na drobniutkie kawałeczki i rozsiewał je wokół. Gdy skończył, rozejrzał się, jakby chciał sprawdzić, czy nikt go nie obserwuje, i sprężystym krokiem ruszył w stronę kościoła.

Co miał robić prawdziwy detektyw w takiej sytuacji: iść za podejrzanym czy zbierać z ziemi strzępki papieru? Najchętniej rozdwoiłabym się, ale trudno...

Zbieranie podartej depeszy z mokrej ulicy nie należy do rzeczy łatwych, zwłaszcza gdy ludzie kręcą się bez przerwy i znowu pada deszcz, a strumienie wody unoszą strzępy we wszystkich kierunkach. Zakasałam jednak rękawy i cierpliwie zbierałam te, co zostały.

„Kapelusz pełen deszczu”

Stanęłam bezradnie z garstką papierowych strzępków w dłoni. Na szczęście przypomniałam sobie najlepszego w klasie ornitologa – Maćka. Padał deszcz, ptaki kryły się w gałęziach i pod dachami, nasz ornitolog na pewno nudził się i ziewał. Wpadnę do niego – pomyślałam – może mi coś poradzi.

Walnęłam się na ulicę Słowiczą. Bez trudu odnalazłam willę Marysieńka. Dom był stary, drewniany, lecz wesoły. Miał na froncie oszkloną werandę, na której pełno było doniczkowych kwiatów. Przed domem starannie przystrzyżony trawnik i klomb z żółtymi nagietkami. Na werandę prowadziła ścieżka wysypana czystym żwirem, a pod płotem aż kipiało od bujnych bzów i jaśminów.

Weszłam ostrożnie na schodki. Zapukałam w oszklone drzwi. Po chwili w drzwiach zjawiła się starsza pani. Od razu wydała mi się miła i sympatyczna. Była niska, okrąglutka, miała krótko ostrzyżone siwe włosy, twarz śniadą i wesołe, nieco skośne oczy. Jednym słowem, podobna do starego Eskimosa, łowcy fok i białych niedźwiedzi.

– Przepraszam, czy zastałam Maćka? – zapytałam.

Starsza pani uśmiechnęła się pogodnie.

– Ach, to ty, Dziewiątka, szef gangu z Saskiej Kępy? Maciek opowiadał mi o tobie. Podobno dałaś mu dobry wycisk. Gratuluję! Już dawno mówiłam mu, żeby uczył się dżudo, a on tylko ptaki i ptaki.

Chciała zawołać Maćka, ale zjawił się sam.

– Przyszłaś obejrzeć zdjęcia? Mówię ci, fantastyczne!

– Nie – odparłam. – Mam dużo ważniejszą sprawę, ale to tajemnica – spojrzałam znacząco w stronę starszej pani.

– Przy babci możesz wszystko mówić – powiedział Maciek. – Moja babcia to najmorowsza babcia na świecie.

– Nie krępuj się, moje dziecko – wtrąciła babcia. – Pewno chcesz założyć nowy gang. Ja też bawiłam się w zbójów i policjantów. I muszę ci powiedzieć, że zawsze wolałam być zbójem.

– To nie zabawa, proszę pani – powiedziałam. – To niezwykła zagadka. Detektywistyczna!

– Świetnie trafiłaś, moja babcia ubóstwia detektywistyczne zagadki. Ciągle czyta powieści sensacyjne!

– Wspaniale! – klasnęłam w dłonie. – Może mi pani powie, co to może być za kapelusz, który dzisiaj wart jest cenę kupna, a jutro może mieć wartość stu tysięcy albo i więcej?

Spojrzeli na mnie, jakbym mówiła o latających talerzach albo o życiu na Marsie.

– Ty chyba żartujesz – zaśmiał się Maciek.

Babcia tarła w roztargnieniu czoło.

– Zaraz, zaraz... Czytałam kiedyś powieść jakiegoś amerykańskiego pisarza, w której chodziło o jakiś kapelusz... Aha, już wiem. W kapeluszu, pod podszewką, ukryli gangsterzy olbrzymią perłę jakiegoś maharadży hinduskiego. I ktoś zgubił kapelusz, a potem wszyscy go szukali – zachichotała cieniutko. Widać było, że bawi się swoim opowiadaniem. – Pamiętam nawet, kto go odnalazł. Wyobraźcie sobie, odnalazł go jakiś chłopiec w kurniku pewnego producenta filmowego. Kura wysiadywała w nim jajka.

– Bardzo zabawna historia – wtrąciłam. – Jednak to zupełnie inna sprawa. Tamten kapelusz w tej chwili nie ma właściwie żadnej wartości, a więc nie ukryto w nim ani perły, ani brylantu, w ogóle nic. Dopiero jutro może być wart sto tysięcy.

– Dlaczego właśnie sto?

– Albo i więcej.

Babcia rozłożyła ręce.

– Nie mam pojęcia, co to za kapelusz. Ale historia wydaje mi się bardzo interesująca. Moje dziecko, skąd ty na to wpadłaś?

Nie lubię opowiadać, lecz cóż miałam robić, skoro babci i Maćkowi oczy błyszczały z ciekawości? Opowiedziałam. A na zakończenie dodałam:

– Mam tu jeszcze jedną zagadkę. Musimy złożyć skrawki i odczytać tę depeszę. Może z niej się czegoś dowiemy.

Wysypałam mokre, podeptane strzępy depeszy na stolik, a gdy na nie spojrzałam, ręce mi opadły. Maciek po chwili powiedział:

– To będzie trudna robota.

Jedynie babcia nie załamała się. Zatarła pulchne dłonie, uśmiechnęła się i zawołała:

– Do dzieła, moje dzieci, zaraz zobaczymy, co jest w depeszy. – Potem wydała krótkie rozkazy: – Maciek, przynieś arkusz papieru, klej i okulary, a ty, Dziewiątka, krzesła. Spieszcie się, bo jestem ogromnie ciekawa.

Zabraliśmy się do roboty bardzo fachowo. Rozłożyliśmy skrawki depeszy na stoliku i składaliśmy pasujące do siebie, jak wycinanki dla dzieci albo klocki z obrazkami. Fantastyczna zabawa! Najpierw straszliwy bałagan, zupełny groch z kapustą, a potem wszystko układa się, porządkuje, a nam wszystkim oczy wyłażą, bo nie możemy doczekać się, kiedy skleimy tę łamigłówkę.

Nareszcie z chaosu zaczynają wyłaniać się poszczególne słowa i zdania. Niestety, zabrakło kilku skrawków, więc depesza wyglądała jak szwajcarski ser z dziurami.

Babcia klasnęła w dłonie:

– No proszę, trzeba tylko trochę cierpliwości. – A potem wszyscy z zapartym tchem czytaliśmy treść telegramu.

SPE . . . . . – ZA . . . . . . . NA – SIĘ – SIO

MEGO – BM – KAPELUSZ – PEŁEN -

DESZCZU – MARABUT

Na górze figurował adres:

. . . SŁAW – . . . ASIEWICZ – NIEBORZE – POSTE RE. . .

Adresu nadawcy nie znaleźliśmy. Na górze depeszy zaznaczono, że wysłano ją o godzinie trzynastej piętnaście z Warszawy.

Przez pięć minut wyrywaliśmy sobie depeszę z rąk, przez następne trzy minuty nie mogliśmy ochłonąć ze zdumienia. Wreszcie ja odezwałam się pierwsza.

– Kapelusz pełen deszczu – powtórzyłam. – Zdaje mi się, że znaleźliśmy klucz do rozwiązania zagadki.

– Jaki klucz, moja droga? – zapytała babcia.

– Każda zagadka detektywistyczna powinna mieć klucz do rozwiązania – odparłam poważnie. – Widzi pani, tam chodzi o kapelusz za sto tysięcy, a tu mamy kapelusz pełen deszczu.

– Jeżeli mnie pamięć nie myli, „Kapelusz pełen deszczu” to tytuł sztuki teatralnej jakiegoś amerykańskiego pisarza.

– To nawet dobrze się składa – wtrącił Maciek. – Przestępcy mogli użyć tytułu sztuki jako szyfru. W każdym razie zastanawiające, że chodzi właśnie o kapelusz...

– Zaraz, zaraz – niecierpliwiła się babcia. – Nie znamy przecież początku depeszy. Brak pewnych liter. Bo cóż to może znaczyć: Spe... za... na... się. Początek mógłby nam wszystko wyjaśnić.

– Ba – zaznaczyłam – do odczytania początku potrzebny jest specjalista od szyfrów. A ja, niestety, nie znam się na tym.

– Marabut! – zawołał nagle Maciek. – Czy to nie wydaje się wam podejrzane?

– Marabut – westchnęłam. – To śmieszne, żeby ktoś tak się nazywał.

– Przecież to nazwa egzotycznego ptaka.

– Ptaka!

– Oczywiście, że ptaka. Marabut należy do rodziny leptoptilus, zamieszkuje Afrykę, jest ścierwojadem, a gniazda buduje na baobabach.

Gdyby nawet budował na księżycu, też by mnie to nie zadziwiło. W tej chwili zainteresowało mnie zupełnie co innego.

– Czekaj! – wydałam triumfalny okrzyk. – Przecież marabut zaczyna się na „m”, a kończy na „t” i ma siedem liter.

– Cóż w tym dziwnego?

– Pasuje do krzyżówki.

– Do jakiej krzyżówki?

Oczywiście niczego nie rozumieli, więc musiałam im wyjaśnić i opowiedzieć o nieoczekiwanym spotkaniu z kaleką na wózku. Myślałam, że będą zachwyceni odkryciem tej niesłychanej zbieżności. Oni tymczasem wzruszyli tylko ramionami i wymienili spojrzenia.

– Jesteś zabawna, moja droga – powiedziała babcia. – Za bardzo przejęłaś się sprawą kapeluszy.

– Co może mieć wspólnego depesza z jednym niewinnym słowem w krzyżówce... – wtrącił Maciek.

– Nigdy nic nie wiadomo – powiedziałam rozczarowana. – W każdym razie, jeżeli tylko spotkam tego pana na wózku, to powiem mu, żeby sobie wpisał marabuta.

Babcia wzięła ze stolika depeszę. Przyjrzała się jej uważnie.

– I w ogóle, moi drodzy, może zupełnie niepotrzebnie tracimy czas. My tu się denerwujemy, gorączkujemy, a tymczasem facet, który przypadkowo zamienił kapelusz, mógł go odnieść do kawiarni. A tajemnicza sprawa okaże się śmiesznym zbiegiem okoliczności.

– O, nie! – zaprotestowałam. – Ten kapelusz nadal zostanie tajemniczy. Przecież nawet pani nie potrafi wyjaśnić, dlaczego zwykły kapelusz może stać się jutro najdroższym kapeluszem na świecie.

Babcia ujęła mnie za rękę.

– Moje dziecko, nie warto się gorączkować. Możesz przecież sprawdzić, czy odniesiono zamieniony kapelusz. A zresztą czas nam wszystko wyjaśni.

– Nie czas, tylko my musimy wyjaśnić! – powiedziałam stanowczo.

– Tak – Maciek skinął głową. – To mogłoby być ciekawe zajęcie, zwłaszcza w taką deszczową pogodę, kiedy trudno obserwować ptaki.

– Tylko cierpliwie, moi drodzy! Tylko cierpliwie – zaznaczyła babcia. – Pamiętajcie, że jesteście na wakacjach.

Czekałam, kiedy powie, że należy wdychać jod, wzmacniać migdałki, opalać się w promieniach ultrafioletowych i krzepić organizm. Babcia jednak nie lubiła prawić kazań. Uśmiechnęła się do mnie dobrotliwie. Dokończyła:

– Życzę wam powodzenia. A jeśli będę potrzebna, to mi powiecie. I radzę ci, sprawdź jeszcze raz, czy nie zwrócono już zamienionego kapelusza.

Zapadał mrok, gdy zbliżałam się do kawiarni Jantar. Mżył deszcz, latarnie stały w kokonach z mgły. Było cicho, spokojnie, a w mej głowie aż trzeszczało. Po prostu groch z kapustą. A wszystko przez ten kapelusz.

Weszłam do kawiarni. W przejściu wpadłam na kelnerkę.

– Przepraszam! – zawołałam. – Czy odniósł ktoś ten kapelusz?

– Nie – odparła, a potem uśmiechnęła się do mnie. – Dlaczego jesteś taka przejęta? Przecież to normalna sprawa, że ludzie zapominają kapeluszy.