Kamień węgielny. Mój bunt przeciwko hipokryzji Kościoła - Krzysztof Charamsa - ebook
Opis

Kamień węgielny kładzie się jako pierwszy – to na nim opiera się cała konstrukcja budynku. Coming out Krzysztofa Charamsy, dokonany w październiku 2015 roku jest kamieniem węgielnym w jego życiu. W pełnym rozkwicie kariery teologicznej na najwyższych szczeblach w Watykanie Charamsa zdecydował się obnażyć hipokryzję Kościoła katolickiego, instytucji, która od wieków wykorzystuje seks jako narzędzie, pozwalające zapewnić jej władzę nad ludźmi. Przez nakazy, doktrynę i spowiedź Kościół reglamentuje radosne przeżywanie tego podstawowego wymiaru egzystencji. Wymusza na kobietach podporządkowanie się mężczyznom, a osoby homoseksualne dyskryminuje, traktuje jak trędowatych, wyniszcza. Unieszczęśliwia ludzi. Wszystko to skrywane jest pod płaszczykiem utkanym z hipokryzji, ponieważ – jak twierdzi Charamsa – głęboko homofobiczne katolickie duchowieństwo samo w dużej mierze składa się z homoseksualistów. Stłumiona i zepchnięta do podziemi seksualność ludzi Kościoła, zmuszonych do respektowania niezgodnego z ludzką naturą nakazu obowiązkowego celibatu, nierzadko staje się przestrzenią, w której mnożą się nadużycia i przemoc pedofilska.

Charamsa w Kamieniu węgielnym pragnie wstrząsnąć sumieniami i zapoczątkować odnowę Kościoła katolickiego, w który wciąż jeszcze chce wierzyć. Aby Kościół mógł dalej istnieć, musi wreszcie pogodzić się z wynikami badań naukowych i zacząć szanować wszystkich ludzi – niezależnie od ich orientacji seksualnej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 304

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Mężczyźnie, który mnie pocałował

i podał mi swoją dłoń,

aby wyrwać mnie z kłamstwa

Mężczyźnie, którego kocham,

Eduardowi

OSOBY DRAMATU

JA

Kim jestem?Zawsze cechował mnie dramatyzm. Zawsze przeżywałem każdą chwilę, jakby była wiecznością. Całość we fragmencie. Czy może to ja jestem fragmentem?Nie, jestem całością.Pełnią osoby.Jestem osobą.

KOŚCIÓŁ

Kim jest Kościół w tym dramacie?Ten, który tu przedstawiam, to Kościół katolicki, powszechny. Bardziej skrupulatni bracia powiedzą, że odnoszę się głównie do wysokich hierarchów kościelnych. Ale ja nie chcę robić rozróżnień. Jestem wierny temu, czego Kościół – wspólnota Chrystusa – nauczył mnie o sobie. Proszę braci i siostry, katolików i katoliczki, którzy nie widzą siebie w odkrytym tu pomarszczonym obliczu i którzy nie mają tych samych grzechów do wyznania, aby się nie obruszali i byli wyrozumiali.

Zachęcam ich jednak do refleksji: jeśli nie przeciwstawiliśmy się najwyższym kapłanom homofobom, my też jesteśmy częścią strachliwego i nienawistnego ducha tej osoby dramatu.Ja jako pierwszy…

CZĘŚĆ PIERWSZASpotkanie

Ja, Narcyz

Już nie chcę być Narcyzem przez całe życie.

Kiedyś chciałem nim być, na zawsze. Wydawało mi się, że tylko w taki sposób mogę się realizować. Sam siebie przekonywałem, że to ekscytujące, pożądane, dobre.Narcyz jest tajemniczym przyjacielem wszystkich gejów, takich jak ja. To przyjaciel odkryty podczas lektury dzieł Hermanna Hessego, pełnej powabu i bólu miłości do mężczyzn, przyjemności i tajemnicy zakochiwania się w mężczyznach.

Tak, ja też w głębi serca byłem Narcyzem. Byłem nim, zanim zakochałem się w Queer as folk1, zanim odkryłem gejowskie kino, zanim przeczytałem Call me by your name2, zanim zacząłem pochłaniać książki, które powinien znać każdy homoseksualista, zanim stałem się klientem Cómplices – fantastycznej małej księgarni w dzielnicy Barri Gòtic w Barcelonie (takie miejsce powinno być w każdym mieście!).

Tego samego Narcyza rozpoznawało w sobie wielu księży za każdym razem, gdy znajdowali się w obecności kogoś z tego samego klubu, za każdym razem, gdy zadawali sobie pytanie, czy mężczyzna stojący naprzeciw zna ich sekret. Narcyz to tajemny szyfr dający dostęp do wysublimowanego piękna ukrytego i zakazanego, do duchowej natury, która chciałaby znaleźć swój wyraz. Narcyz wciąż istnieje, gdyż ani katolicy, ani purytanie nie potrafili go unicestwić. Narcyz pozwolił mi przetrwać w piekle obowiązkowej heteroseksualności.

To dlatego, prawie ze łzami w oczach, cytowałem Hessego podczas religijnych konferencji. Miałem nadzieję, że ktoś wychwyci ukryty sens tych odniesień, niemających związku z chrześcijańską doktryną, którą objaśniałem. Miałem nadzieję, że ktoś zrozumie, iż w rzeczywistości chciałem się tylko uwolnić, objawić moją prawdziwą naturę. Wyrazić sobą to, co najbardziej naturalne dla mnie i tysiący takich jak ja.

Hessego cytowałem również w mojej ostatniej książce o tematyce katolickiej, moim testamencie Virtù e vocazione3, w którym między wierszami zawarłem to, w co wierzę i w jaki sposób wierzę, a co okazało się nierzeczywiste, tylko dlatego że nie wzięto pod uwagę prawdziwej natury człowieka, tego tu i teraz istniejącego człowieka. Nie uwzględniono drobnego, skrywanego szczegółu: ja jestem gejem. Zdesperowany cytowałem Hessego w nadziei, że ktoś odrzuci bezużyteczne pobożne teorie i w końcu spojrzy mi w oczy.

Narcyz to katolicki kapłan, uczony ksiądz, przykładny mnich, skrupulatny opat, w pełni oddany studiom i lekturze. Dlaczego to wszystko robi? Żeby nie kochać, żeby nie myśleć o miłości, żeby zagłuszyć naturalność miłości. Jego odwieczny przyjaciel Złotousty, który u kresu życia zjawia się w klasztorze, wznieca wybuch emocji. Narcyz szepcze Złotoustemu do ucha:

Moje życie było ubogie w miłość, brakowało mi tego, co najlepsze. Nasz opat Daniel powiedział mi kiedyś, że uważa mię za wyniosłego, prawdopodobnie miał rację. Nie jestem niesprawiedliwy wobec ludzi, staram się być sprawiedliwy i cierpliwy w obcowaniu z nimi, ale nie kochałem ich nigdy. Z dwóch uczonych w klasztorze uczeńszy jest mi milszy, nigdy nie kochałem na przykład słabego uczonego mimo tej jego słabości. Jeżeli jednakże wiem, czym jest miłość, to jedynie ze względu na ciebie. Ciebie potrafiłem kochać, ciebie jednego spośród wszystkich ludzi. Nie możesz pojąć, co to oznacza. Oznacza to źródło na pustyni, kwitnące drzewo w samotni. Tobie jednemu zawdzięczam, że serce moje nie uschło, że pozostało we mnie miejsce, do którego dotrzeć może łaska4.

Kiedy cytowałem ten fragment, stojąc przed księżmi, siostrami czy mniej lub bardziej pobożnymi laikami, w rzeczywistości chciałem im wykrzyczeć to, co poprzedzało bolesne wyznanie opata Narcyza: „Nigdy nie kochałem ludzi, zawsze byłem za nich odpowiedzialny, traktowałem wszystkich z należytym szacunkiem, ale nigdy nikogo nie kochałem”.

Tak bardzo chciałem wykrzyczeć te słowa Hessego, jak i te, które zawarł kilka linijek dalej. Nie mogłem tego uczynić, miałem jedynie nadzieję, że ktoś wróci do dzieła, do którego ja tylko się odwołałem. Widząc Złotoustego,

Narcyz powiedział: – Tak się cieszę, że powróciłeś. Tak bardzo mi ciebie brakowało, co dzień myślałem o tobie, a często lękałem się, że nie będziesz chciał już nigdy wrócić. Złotousty pokiwał głową: – No, strata byłaby niewielka. Narcyz, którego serce płonęło z bólu i miłości, pochylił się ku niemu wolno, i oto uczynił, czego podczas wielu lat ich przyjaźni nie uczynił nigdy, dotknął wargami włosów i czoła Złotoustego. Najpierw zdumiony, potem przejęty, spostrzegł Złotousty, co się stało5.

Narcyz wyznawał w tym fragmencie, bardziej nawet niż brak miłości, swoją homoseksualność i ubolewał nad zakazaną, rozdartą i zbrukaną miłością. Jego Kościół, a nawet on sam, musiał jej nienawidzić, pragnął ją zdusić, unicestwić, ale ta miłość zawsze odżywała. Była żywa, pomimo starań nieczułych, ultrakatolickich strażników jedynego prawdziwego zmartwychwstania, które tylko niszczyło ludzi. Narcyz odnalazł swój modus vivendi w tej absurdalnej negacji rzeczywistości. Ale teraz… teraz dojrzał do swojego coming outu. Właśnie to chciałem wykrzyczeć moim słuchaczom, poprawnym i roztropnym homofobom i homofobkom.

Kiedy studiowałem w Lugano, często chodziłem odwiedzać grób Hessego w okolicach Montagnoli. W Ticino spędził ostatnie lata życia, tam również zmarł. Dla mnie były to swego rodzaju zakazane romantyczne pielgrzymki, choć w rzeczywistości nikt mi ich nie zakazywał. Być może wielu nie wiedziało nawet, że jego ciało tam spoczywa, tylko pod dwiema kamiennymi płytami i niczym więcej. Może niewielu w ogóle wiedziało, kim był. W nostalgicznym nastroju chodziłem na jego grób w poszukiwaniu inspiracji, aby otworzyć przed nim, jak przed starym gejem, swoją duszę. Nie wiem, czy mnie słuchał. Ale w południowej odnodze Szwajcarii, gdzie panuje kultura tolerancji, poczułem ukojenie i wewnętrzną wolność. Tam mistrz Hesse żył we mnie, a ja ufałem temu wrażliwemu i romantycznemu przyjacielowi, synowi surowego protestanckiego misjonarza. Hesse obdarował mnie imieniem Narcyz.

A dziś wiem, że nie chcę już dłużej być Narcyzem. Dziś wiem, że mam mojego Złotoustego i nie chcę zaprzepaścić mojego życia, pozostając bez niego. Dziś chcę zacząć kochać takim, jaki jestem, tak jak Bóg tego chce, tak jak Bóg rozumie miłość.

Mój Złotousty

Narcyz nie jest sam. Nigdy nie był sam.

Ja też spotkałem mojego Złotoustego. Stało się to pewniej nocy w Barcelonie. To wtedy się odkryliśmy, zakochani, narzeczeni. Od tamtej pory nie chcieliśmy już być samotni. To wtedy musnąłem jego usta i włosy. Tę zimną noc spędziłem w jego ciepłych i mocnych ramionach. On mnie kochał, ja myślałem tylko o tym, jak nie stracić jego miłości.

To była jedna z najpiękniejszych nocy w moim życiu, w najbrzydszym hotelu – jaki kiedykolwiek widziałem – w dzielnicy Eixample. Nie, to nie był hotel Axel6. To był okropny pensjonacik… i właśnie tam miałem spotkać mojego przyszłego novio7, mojego chłopaka, partnera, męża! To była absolutnie jedna z najpiękniejszych nocy – prosiłem Boga, aby nigdy się nie skończyła. Modliłem się do Boga, żeby ten prawdziwy mężczyzna nigdy mnie nie zostawił. Ale jak to? Spokojnie… W rzeczywistości on musiał mnie zostawić jak najszybciej, ponieważ ja… byłem księdzem. Tylko on o tym nie wiedział.

Znał też moje imię… Pietro, moje fałszywe imię, oczywiście. Wiedział, z jakiego miasta pochodzę… z Mediolanu, ale to też była nieprawda. Czym się zajmowałem? Uczyłem filozofii (cóż, nie było to znów takie dalekie od prawdy). Moja fałszywa narodowość dopełniała opowieść. Wiedział wszystko to, co mogą wiedzieć kochankowie jednej nocy. Tylko że ja nie chciałem dłużej się ukrywać. Ale dlaczego pragnąłem się ujawnić? Co mnie pociągało w mężczyźnie, który w moim odczuciu już należał do mnie?

Nie chciałem go stracić, zakochałem się.

I tamtej nocy zobaczyłem Boga, który mnie kochał, obejmował mnie i akceptował, ponieważ mnie rozumiał. Ja, ekspert od Boga i od wszystkiego, co boskie, a jednocześnie… homofob, w końcu zobaczyłem Boga. Spotkałem człowieka, ale zobaczyłem Boga.

I, na szczęście, zacząłem tracić z oczu jego miałki Kościół.

Dzień później

Złotousty pomógł mi otworzyć się na miłość do drugiej osoby, ale jeszcze wcześniej sprawił, że otworzyłem się na miłość do samego siebie.

Z nim doświadczyłem tego, o czym już wcześniej wiedziałem, ale tylko w teorii – nie możesz kochać drugiego człowieka, jeśli w zdrowy i wyważony sposób nie kochasz samego siebie, jeśli najpierw siebie nie zaakceptujesz, jeśli siebie nie znasz. Jeśli siebie nienawidzisz, jeśli się okłamujesz, nie pokochasz nigdy drugiej osoby. Nie potrzeba chrześcijaństwa, żeby zrozumieć, że to jest klucz do relacji międzyludzkich. Chrześcijaństwo szczyci się dzisiaj, że naucza tych zasad, a przynajmniej, że je podziela, jednak w rzeczywistości robi to tylko w teorii, zatrzymując się w sferze nieistotnych i pobożnych życzeń. A prawda, która się liczy, leży po stronie życia, nie po stronie teorii. Moje doświadczenie zdobyte w Kościele sprawiło, że stałem się świetnym teoretykiem, który potrafił wytłumaczyć wszystko, odmawiając sobie prawdziwego życia.

Nie było mi łatwo uwolnić się od ideologizującego jarzma Kościoła. Był on jak nieznośne więzienie, którym przesiąknąłem do cna. Był jak przemożna forma mentis, sposób myślenia i działania, który był mi na tyle obcy, na ile nieodzowny. Żyjąc w strachu i kłamstwie, można przyzwyczaić się do wszystkiego, a nawet, o dziwo, można w nich zasmakować; nie widzi się już żadnego innego wyjścia.

Musiałem zdradzić swoje imię mężczyźnie, w którym się zakochałem. Nie mogłem go okłamywać. Ale nie wiedziałem, jak to zrobić i bałem się, że go stracę.

W tamtym czasie moja nienawiść do samego siebie sięgnęła zenitu. Nienawidziłem fałszu, który we mnie zaszczepiono. Kłamstwa, jakim było moje życie! Wszechobecnego kłamstwa, w którym wychował mnie mój Kościół. Brzydziłem się sobą.

Kiedy ci wpoją potrzebę kłamania na temat najistotniejszych spraw w twoim życiu, w końcu nie wiesz już, kiedy mówisz prawdę, a kiedy kłamiesz. Już nie wiesz, kim jesteś. Ponieważ tak naprawdę ciebie już nie ma. Po praniu mózgu byłem przekonany aż do tamtej chwili, że geje nie istnieją.

Ale teraz, w tę pełną mocy noc, stał przede mną człowiek, którego kochałem tak, jak Narcyz kocha Złotoustego. On też nie chciał mnie stracić… A jednak miałem wrażenie, że już go tracę z oczu: nie pamiętałem nawet swojego numeru telefonu, który chciałem mu zostawić. Nie pamiętałem swojego nicku na Skypie. Nie pamiętałem maila. Nie pamiętałem już niczego. Może uciekałem przed samym sobą, nie przed nim.

Mój Złotousty odwiózł mnie na lotnisko. Po kilku ostatnich minutach spędzonych w jego samochodzie miała się zakończyć ta przelotna znajomość. Gdyby tak się stało, potem na odległość nie dałbym rady już niczego naprawić. Mój Kościół wygrałby ze mną – być może, w swym nieskończonym eklezjalnym miłosierdziu, przebaczyłby mi nawet ten wybryk, a potem nakazałby mi znów nienawidzić samego siebie, swojej natury.

W rzeczywistości Złotousty podejrzewał, że coś przed nim ukrywam. Już poprzedniego dnia, podczas naszego pierwszego spaceru po Barcelonie (jaki ja byłem szczęśliwy, spacerując z mężczyzną w świetle dnia, bez strachu!) zadawał mi pytania: „Nie jesteś przypadkiem żonaty? Masz dzieci?”. Odpowiadałem mu spokojnie: „Nie”. Ale nie zapytał: „A czy przypadkiem nie jesteś księdzem?”.

Złotousty zabrał mnie w swoje ulubione miejsce w Barcelonie – do Santa María del Mar, kościoła przepełnionego spokojem. Niewiarygodne… to było moje pierwsze poważne spotkanie z mężczyzną, a on zabierał mnie do kościoła! Do kościoła jak ze snu, cichego i gościnnego, gotowego na ślub. Usiedliśmy w ławach, podziwiając sklepienie w stylu gotyku katalońskiego. Moja dłoń leżała w jego dłoni. Kochałem go przed moim Bogiem, bez wstydu.

Teraz nasze spotkanie zbliżało się ku końcowi, po jednym dniu i jednej nocy. Jednak nienawiść do mojej natury, strach, kłamstwo miały się zmierzyć z prostą prawdą o miłości pomiędzy dwojgiem ludzi. Z jednej strony mówiłem do siebie: wymaż to, tego nie ma! Ale drugi głos pytał: jak to nie ma? Jest tu. A on mnie obejmował.

Zostało już tylko parę ostatnich chwil podróży samochodem. Nie chciałem już więcej wracać do koszmaru mojej błogosławionej i zbawiennej codzienności.

„Eduard, tengo que decirte una cosa: yo soy cura”8.

On nazywa się Eduard… Wybuchnąłem niekontrolowanym płaczem. Powoli zdawałem sobie sprawę, że aż do tego momentu doświadczałem „wspomaganej śmierci” jednej z fundamentalnych części mojej osobowości. Była to absurdalna i bezsensowna trauma, brutalny zamach na moją godność, profesjonalnie przeprowadzany przez Kościół w długich latach, kiedy byłem księdzem.

Czekał na mnie samolot do Rzymu.

„Eduardzie, jeśli mógłbyś mnie jeszcze zaakceptować, chciałbym do ciebie zadzwonić”.

Nie było już dla mnie powrotu do katolickiej, ewangelicznej „pogody ducha”, bo ona narzucała mi ślepą i irracjonalną nienawiść do siebie samego, do mojej orientacji seksualnej. Byłem zakochany. Marzyłem o tym, co było zgodne z moją naturą, moją orientacją seksualną, moim najintymniejszym ja. Marzyłem o wolności. O byciu sobą.

Marzyłem o nowym życiu. Niemożliwe? Nie! Możliwe. Czy w końcu to nie chrześcijanie mówią, że nic nie jest niemożliwe, jeśli kochasz?

W jaki sposób doszedłem do tego doświadczenia? Dlaczego dotarłem do tego miejsca? Jaka ścieżka mnie tutaj zaprowadziła?

CZĘŚĆ DRUGAPiękna i bestia

Rodzina

Aby zrozumieć siebie, muszę się cofnąć w czasie o wiele lat…

Muszę wrócić do korzeni, do mojej rodziny. Muszę wrócić do łona mojej matki.

Powinienem pewnie od razu zdradzić, kiedy się urodziłem. Dobrze, zrobię to – urodziłem się 5 sierpnia, w pewną sobotę w środku lata, dlatego zawsze dzień moich urodzin uwielbiam spędzać na plaży. Najpierw były to plaże na północy, na półwyspie Hel nad Morzem Bałtyckim – ciągnące się szerokie połacie piasku, trochę dzikie, pięćdziesiąt kilometrów od domu; a potem, z czasem, plaże położone bardziej na południe.

Urodziłem się w 1972 roku, w roku, w którym wielki Guy Hocquenghem opublikował swój sztandarowy tekst Le désir homosexuel 9. Urodziłem się pod szczęśliwą gwiazdą manifestu rewolucji homoseksualnej, który zdecydowanie potępił postępującą homofobiczną obsesję. Guy opisał dynamikę homofobii i dał podstawy wolnościowemu ruchowi homoseksualistów po tym, jak w tym samym roku dokonał własnego coming outu. Powiedział prawdę i zdemaskował zbiorową hipokryzję, przez co wyrzucono go z partii komunistycznej, której był członkiem. Społeczność, do której należał, nie chciała słuchać jego oskarżeń.

W tym samym roku narodził się również termin „homofobia” – amerykański psycholog George Weinberg w swojej książce Society and the healthy homosexual nadał nazwę irracjonalnemu lękowi, którego doświadcza się w obecności homoseksualisty, tej fobii pojawiającej się w obliczu inności, wywołującej agresję, nienawiść, spustoszenie. Nadanie złu właściwej nazwy jest pierwszym krokiem ku zwycięstwu nad samym złem. A jednak, zgodnie z mentalnością środowiska katolickiego, w którym się urodziłem, ta nazwa nie powinna istnieć10.

Był rok 1972 – słowa piętnujące strach i nienawiść do homoseksualistów nie powinny zostać nigdy wypowiedziane. Pragnienie homoseksualne nie powinno być nigdy ujawnione. Może ja też nie powinienem był się urodzić? A jednak się urodziłem. Pragnienie homoseksualne zostało odważnie potwierdzone. I dzięki Bogu pewien naukowiec wreszcie zdefiniował nienawiść do gejów…

Urodziłem się w czasie i przestrzeni, w których geje oficjalnie nie istnieli. Stanowili doskonałe tabu. W rzeczywistości również dziś, jeśli homoseksualność wyjdzie na jaw, należy zrobić wszystko, żeby wrócić do narzuconego tabu – ta wstydliwa, chora, niewyobrażalna, perwersyjna, grzeszna, diabelska rzecz… oficjalnie nie istnieje. To coś, co czyni cię trędowatym, nie powinno mieć nawet nazwy. Należy o tym ze wstydem milczeć.

W świecie, w którym się urodziłem, nikogo nie obchodziło, że w 1973 roku, w którym przypadały moje pierwsze urodziny, w Paryżu został zorganizowany pierwszy światowy kongres organizacji homoseksualnych (na który nie mogłem zostać zaproszony!). Nikogo nie obchodziło, że w tamtym roku amerykańskie towarzystwo psychiatryczne usunęło homoseksualność ze swoich oficjalnych wykazów zaburzeń psychicznych11. Zatem nauka korygowała własne błędy, ale świat katolicki, w którym się urodziłem, odrzucał to nowe stanowisko jako zwyczajnie bezpodstawne. Jednak w tamtym roku również w kręgu katolickim pewien kataloński jezuita, Salvador Guasch, ogłosił publicznie, że jest homoseksualistą i jest z tego powodu szczęśliwy. Gej, który utrzymuje, że nie czuje się daleko od Boga! Zwykła arogancja ze strony nędznika! Mówi się, że zapłacił za tę swoją szczerość wieloma miesiącami w szpitalu psychiatrycznym, poddawany brutalnej terapii, aby wyzdrowiał lub przynajmniej pohamował swoje niezdrowe pragnienia i myśli „przeciwko naturze”. Miałem wtedy rok i nie mogłem jeszcze nic wiedzieć o jego naiwnym wyjściu z cienia, ale mój świat kastrował tych, którzy pozwalali sobie na szczęście, na które nie mieli pozwolenia ze strony Kościoła i państwa.

Tak, urodziłem się w świecie katolickim.

Kocham moją rodzinę. Moja mama jest kobietą niezachwianej wiary. Dzięki swojej wierze mogła dokonywać cudów, przetrwać próby nie do wytrzymania. Jej wiara pozostała niezachwiana nawet w obliczu niewłaściwego postępowania Kościoła – ona miała w sobie coś z geniusza, co wynosiło ją ponad ludzką przeciętność. Moi rodzice z wykształcenia byli ekonomistami. Pracowali oboje, mimo że zgodnie z mentalnością katolicką wydawało się, że to ojciec – jak na prawdziwego mężczyznę przystało – utrzymuje rodzinę. Ja byłem ich pierworodnym, trzy lata później urodził się mój brat, a kiedy miałem dwanaście lat – moja siostra. Cała rodzina w komplecie.

Mój ojciec odszedł od nas w tym samym dniu, w którym, po maturze, wstąpiłem do seminarium, żeby zostać księdzem – w tamtym czasie nie znałem żadnych innych przypadków separacji, ale koniec małżeństwa moich rodziców był zupełnie nietypowy. Zostawił nas bez niczego, w marnym mieszkaniu, a wszystkie oszczędności odłożone na nowy dom zniknęły razem z nim. Podczas rozwodu mama nie zdecydowała się na żadną obronę i nie walczyła o poszanowanie praw swoich i dzieci. Rozumiałem tę radykalność jej milczenia. Gdzieś w środku nie akceptowała rozwodu, więc odrzucała walkę o to, co się jej należało. Jeśli dobrze się zastanowić, to do obrony własnych praw potrzeba również dobrego adwokata, a my nie mogliśmy sobie na takiego pozwolić. I tak ojciec odszedł, nie myśląc specjalnie o potrzebach swoich dzieci – przysyłał tylko tyle, ile sędzia przyznał na moją siostrę, ale przynajmniej odzyskaliśmy spokój.

Dla mnie rozstanie z moim ojcem było wyzwoleniem. Może dla mojego rodzeństwa było to co innego. Wstępując do seminarium, zaczynałem nowe życie, a oni zostali w domu. Ale życie codzienne z moim ojcem, które pamiętam jak przez mgłę, stało się nie do zniesienia – był nieobecny, nie stworzył z nami prawdziwej, ojcowskiej relacji. Teraz wiem, że on na swój sposób nas kochał, ale miłością zaborczą, jak kocha się swoją własność; podobnie jak w rodzinach patriarchalnych, w których dominuje mężczyzna. Dziś nie żywię do niego żadnej urazy, ale niestety pozostało we mnie poczucie braku ojca.

Zgodnie z teorią, często przywoływaną w środowisku katolickim, chłopiec mający nieobecnego ojca i nadopiekuńczą matkę (moja mama nigdy taka nie była) może być predysponowany do tego, aby stać się zniewieściałym, ergo homoseksualistą, czyli dewiantem i grzesznikiem. Dlatego z biegiem czasu szukając dla siebie wyjaśnienia, zacząłem się utożsamiać z tym stereotypem – byłem gejem, bo relacja z moim ojcem miała charakter negatywny czy właściwie nie istniała (dlatego Kościół miał już dla mnie idealne rozwiązanie – dzięki celibatowi oferował mi kryjówkę, „godną” drogę ucieczki przed heteroseksualnym małżeństwem). W przyszłości miałem spotkać dziesiątki gejów, którzy ze swoimi ojcami mieli wspaniałe relacje albo przynajmniej całkowicie normalne… Jeśli tylko wolno mi użyć przymiotnika „normalny”, który wydaje się leżeć w wyłącznej gestii Kościoła katolickiego, tak rygorystycznego, jak w przeszłości była jedynie niedościgniona doktryna marksistowska, przeciw której walczył właśnie Kościół!

Myślę, że nigdy nie byłem synem, o którym marzył mój ojciec – pociągały mnie sztuka, opera, teatr i balet, a nie piłka nożna. Byłem chłopcem, który uciekał w książki, co więcej, nie te do matematyki, ale w prozę, poezję i książki historyczne. Nie byłem zatem typowym męskim potomkiem, którego mógł pragnąć, zdolnym do okazania siły w bójce ze szkolnym kolegą, modelowym krzepkim chłopakiem, którego przyszłością, tak jak i w jego przypadku, miały być ekonomia i finanse. Ekonomista – nie marzyciel, romantyk, idealista! Zawsze miałem wrażenie, że ukochanym synem mojego ojca był mój brat, który oprócz książek lubił również piłkę, czego można było oczekiwać od „zdrowego” chłopaka.

Tak! Ja byłem gejem. Jestem nim, od kiedy moi rodzice dali mi życie. Ale to nie oni, ani nikt inny, zaszczepili we mnie homoseksualność. To nie ojciec ani matka przekazują własnemu dziecku homoseksualność czy heteroseksualność: przelać na kogoś można jedynie homofobię, strach i nienawiść do gejów i własnej orientacji. Dziedziczymy homofobię; homoseksualność jest nam dana. Dla homoseksualisty to jest dar, tak samo jak darem jest heteroseksualność dla heteroseksualisty. To dar od Boga, dar od natury, dar od życia. To dobra energia dana nam i zróżnicowana wśród ludzi. Dobra energia może być zanieczyszczona jedynie przez homofobię.

Czasami myślę, że mój ojciec już coś podejrzewał, kiedy byłem mały. Ciekawie byłoby móc zobaczyć jego reakcję na mój coming out. Czy powiedziałby: „Zawsze to wiedziałem”, „Tak podejrzewałem” lub „Tego się obawiałem”? Jednak dziś nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że na nowo nawiązuję z nim relację. Po tylu latach nieuzasadnionej nieobecności jest tak, jakby nie istniał. Nie wierzę w „dogmat tej samej krwi”, który miałby skrajnie zbliżać do kogoś, nawet wtedy, gdy ten ktoś bardzo długo cię ignorował i deptał.

Kochałem moje rodzeństwo. Dziś myślę, że nie zawsze udawało mi się to okazać w pełni bratu i żałuję tego. Może byłem właśnie taki jak mój ojciec? Może poczucie, że to on był ulubionym synem, mnie powstrzymywało? Natomiast mojej siostrze nie szczędziłem troskliwej opieki starszego brata – dbałem o nią, chroniłem ją, wspierałem, niemalże zastępując mojego ojca. Instynktownie zrodziło się we mnie przekonanie, że powinienem utrzymywać rodzinę po tym, jak zostaliśmy porzuceni – czułem się odpowiedzialny za ich byt, pragnąłem, żeby byli szczęśliwi. Rezygnowałem ze wszystkiego, żeby tylko ich wspomóc, próbując uczynić lżejszą ich codzienność i zapewnić im poczucie bezpieczeństwa. Wiele lat później zacząłem wspierać w edukacji również innych. W życiu spotkałem wiele dobrych osób, szczerych mecenasów, którzy pomogli mi zdobyć wykształcenie, więc czułem, że powinienem zrezygnować z części wynagrodzenia, żeby pomóc w nauce komuś innemu, tak jak i mnie wspierano. Istniałem dla innych. Czasem myślę, że brałem na swoje barki więcej, niż mogłem unieść, i wymagało to ode mnie wielu poświęceń, ale zrobiłbym to jeszcze tysiąc razy. W tamtym czasie i ja, i moje rodzeństwo osiągnęliśmy pewien poziom szczęścia i stabilizacji. Wszystko, co robiłem dla moich najbliższych, wydawało mi się przejawem typowo gejowskiej miłości – czasem wylewnej, barokowej, przesadnej, tak jakbym podświadomie próbował zdobyć ich aprobatę, wzbudzić w nich miłość do tego, kim byłem w istocie (a o czym oni nie mieli pojęcia).

Zawsze, kiedy myślę o moim dzieciństwie, zadaję sobie pytanie, czy nie traktowałem wszystkiego zbyt surowo. Zawsze byłem poważny, jakby zbyt dojrzały jak na swój wiek; nigdy nie pozwalałem sobie na to, na co dzieci powinny sobie pozwalać. W pewnym sensie byłem dorosły od zawsze. Może to był sposób na ukrycie się, zbudowanie już w dzieciństwie muru pomiędzy moją delikatną i wrażliwą duszą a światem? W tamtych czasach wszystkie katolickie dzieci musiały wiedzieć, że należało odczuwać wyłącznie ogromną odrazę do tych, którzy lubili chłopców. Obrzydzenie, odrzucenie za względu na haniebną deprawację lub „wstręt”, jak powiedziałaby Julia Kristeva12. Ja zawsze brałem na poważnie wiarę mojej rodziny i mojego Kościoła. Ale być może to właśnie Kościół ogłupił mnie w kwestii miłości do siebie samego. Nie wahałem się przyjąć nakazu miłości bliźniego, ale równocześnie przeczuwałem podejrzenia kaznodziejów Kościoła w stosunku do miłości własnej i do własnej prawdy.

Kiedy jakiś czas temu wyznałem mojej mamie, że jestem homoseksualistą, jej odpowiedź zupełnie mnie zaskoczyła: nie reakcja ugruntowana mentalnością Kościoła, ale przejaw natychmiastowej, bezgranicznej miłości. Powtarzała tylko, że nie może sobie wyobrazić, ile przez „to” wycierpiałem i ile bólu przysporzył mi tak długo skrywany sekret. Zapytała mnie, dlaczego nie porozmawiałem z nią o tym wcześniej, jako dorastający chłopak. Nie mogłem znaleźć słów – jedyne, co zdołałem zrobić, to zostawić na pulpicie jej komputera link do filmu z 2009 roku Prayers for Bobby, prawdziwej historii Mary Griffith, głęboko wierzącej chrześcijanki, i jej drogi do zrozumienia homoseksualności po samobójstwie jej ukochanego syna geja. W tym filmie można wskazać niektóre powody, dla których aż do tamtej chwili nie mogłem zdradzić tajemnicy mojej homoseksualności – nasz Kościół, tak jak Mary zrobiła z Bobbym, próbowałby mnie leczyć. Może poprosiłby o jakiś cud św. Sebastiana, biorąc pod uwagę, że problem nie powinien być mu obcy. Ale najistotniejszym powodem było to, że w tamtych czasach o homoseksualności nie mówiło się prawie wcale. Kościół narzucał swoim wiernym milczenie w tej podejrzanej, nieistniejącej sprawie. Pojawiała się ona tylko jako temat najgorszych homofobicznych żartów.

Ponadto pragnąłem zostać księdzem i dlatego musiałem być homofobem, czyli musiałem nienawidzić tego diabelskiego „wytworu” nowoczesnego społeczeństwa, od którego tylko Kościół katolicki i komunistyczne dyktatury – paradoksalnie w tym sprzymierzone – mogły uchronić ludzi. Ja pierwszy byłem przesiąknięty niechęcią do wszystkich perwersyjnych homoseksualistów – wiedziałem, że stanowili zło; zło, które nie mogło mnie dotyczyć. Dlatego to, co czułem, w głębi serca musiało niechybnie wynikać z jakiejś wielkiej pomyłki albo było przejściowym uczuciem, które miało zniknąć po kilku dniach. W przekonaniu, że chodzi jedynie o młodzieńcze zagubienie, przyzwyczaiłem się do myśli, że pragnienie, które odczuwałem wobec chłopców, było tylko naturalną skłonnością do porównywania się z nimi. Jeśli miałbym zostać księdzem dzisiaj, prawdopodobnie dobrze bym się zastanowił nad spójnością nauczania instytucji religijnej tak nieludzko ignorującej tożsamość człowieka. Ale w tamtym czasie próbowałem tylko przekonać sam siebie, że nie było ani odrobiny prawdy w moim homoseksualnym pragnieniu. Ukrywałem je przed samym sobą, uważałem za coś ulotnego i nierealnego, za moment zagubienia lub gorzej – chorobę. A przede wszystkim za grzech. W rzeczywistości w mentalności katolickiej wszystkie grzechy ciężkie związane są z seksualnością, a dochodzi do nich zwłaszcza wtedy, kiedy mężczyźnie podobają się inni mężczyźni. Ten grzech jest niezdefiniowany. „To coś” jest pozbawione nazwy…

W mojej rodzinie zawsze dawało się zauważyć pewnego rodzaju dostojeństwo. Do naszych rodziców zwracaliśmy się w trzeciej osobie. To dawny i rzadki zwyczaj, ale nigdy nie pomyślałem, że ten sposób komunikacji stwarzał dystans czy narzucał „oficjalność”, szczególnie w relacji z mamą. Ona była moją najlepszą przyjaciółką i znakomitą powierniczką zmartwień, z wyjątkiem „tego”. Jednak w ostatnich latach, w erze Skype’a i WhatsAppa, które stały się głównymi kanałami komunikacji z moją matką, zwracanie się do niej w trzeciej osobie w krótkich i częstych wiadomościach zacząłem odczuwać jako wymuszone. Ale wiem również, ilu rodziców zazdrościło jej tego wyrazu synowskiego szacunku i szlachetności. Jej wnuki są bardziej bezpośrednie – i dzięki Bogu!

Z biegiem lat moja mama zaczęła nosić coraz większe i bardziej zjawiskowe kapelusze. Szybko zacząłem ją naśladować, wkładając na głowę czarny kapelusz. Jak bardzo podobały mi się jej kapelusze – kolorowe, eleganckie, wymyślnych kształtów, raz majestatyczne, raz ekstrawaganckie! Dostawała je też ode mnie. Z czasem zaczęła wybierać mniejsze i bardziej sportowe modele – poza mszą nie opuszcza regularnej wizyty na siłowni.

W ostatecznym rozrachunku moje dzieciństwo nie było nieszczęśliwe. Jedno z moich najprzyjemniejszych i najbardziej beztroskich wspomnień związane jest z wakacjami, które spędzaliśmy u ciotki w Hamburgu lub u wujka w Londynie. Siostra mojego ojca, która była moją matką chrzestną, wyszła za mąż za niemieckiego ewangelika, a brat ojca, który był moim ojcem chrzestnym, ożenił się z angielską katoliczką. Oboje bardzo różnili się od ojca. Byli lekarzami i niestety oboje zmarli zbyt wcześnie. Cały rok marzyłem o wakacjach na Zachodzie jako o szczęśliwym czasie. Spontanicznie utożsamiałem się z tamtą wolną i nowoczesną Europą, światem bardzo różniącym się od Polski. Uwielbiałem przede wszystkim Hamburg i Alster, jezioro, w którego okolicy mieszkało nasze wujostwo. Marzyłem o dużych domach, ogrodach, ulicach, sklepach, ale również o mniej pompatycznej mszy niedzielnej, skromniejszej niż nasza. Zazdrościłem im godzin pracy, które pozwalały na zjedzenie rano długiego śniadania, co było nie do pomyślenia w przytłaczającym rytmie komunistycznej Polski. W Hamburgu, kiedy byłem jeszcze mały, zabrano mnie na wystawę Andy’ego Warhola, pierwszą wystawę artysty geja, którą kiedykolwiek zwiedzałem (wtedy „pobożnie” ignorując ten fakt). W pewnym momencie zacząłem identyfikować się z tym światem tak bardzo, że wyobrażałem sobie, że moje życie w Polsce nie jest niczym innym niż tylko krótkim, szarym, prawie rocznym przerywnikiem w moim życiu na wolnym Zachodzie.

Moja ciotka miała liberalne poglądy, które jednocześnie mnie niepokoiły i fascynowały. Zadawała pytania, podsycała wątpliwości, kochała sztukę. Dała mi poznać metodę pracy nad sobą Moshe Feldenkraisa13, mającą na celu zdobywanie świadomości poprzez ruch, poza tym przy niej mogłem cieszyć się jej wspaniałą kolekcją obrazów polskich malarek. Podczas dyskusji z ciotką, pomimo mojej niezachwianej wiary, próbowałem nie zamykać się nigdy na jej wątpliwości, na odwagę relatywizowania, śmiałość „nieznośnej lekkości bytu” dostrzeżonej przez Milana Kunderę. Chciałem z nią rozmawiać, podobały mi się jej niepokoje, fascynował mnie jej sposób bycia, wolny od schematów i stereotypów, oddalony o lata świetlne od prowincjonalności polskiego katolicyzmu.

Nasz dom w Polsce był zawsze pełen przyjaciół mojego ojca – wydawało się, że przebywali w nim na większych prawach niż my, którzy w nim mieszkaliśmy. Nie brakowało nam jednak książek gromadzonych przez matkę, ze wszystkimi polskimi i obcymi klasykami oraz wieloma albumami ze sztuką, którymi się pasjonowałem. Ukształtowałem się w świetle tamtych książek. Były tam również dzieła Mirona Białoszewskiego14, z wyjątkiem oczywiście Tajnego dziennika, wydanego pośmiertnie dopiero w 2012 roku. Osobista historia Białoszewskiego była być może najbardziej interesująca spośród wszystkich historii gejów żyjących w komunistycznym reżimie: udało mu się mieszkać przez lata pod jednym dachem ze swoim partnerem. Nie mogłem oczywiście tego wywnioskować na podstawie tego, co o nim przeczytałem w naszym domu – dopiero wiele lat później odkryłem jego podróże do Nowego Jorku, jego zachłyśnięcie się wolnością przyznaną homoseksualistom w tamtym kraju, zbawienne działanie tych wyjazdów. On, tak samo jak ja, był obecny w naszym domu, ale nikt nie wiedział, że był gejem.

Tylko biblioteka dziadków ze strony ojca przewyższała księgozbiór mamy. Uwielbiałem oglądać tę ścianę pełną książek od sufitu aż do podłogi. Wśród tomów dziadka było wszystko i tam właśnie odkryłem bardzo stary przewodnik po Lugano, który przeczytałem przed wyjazdem na studia do Szwajcarii. Szybko zrozumiałem, że Lugano bardziej niż stolicą było miasteczkiem niespecjalnie obfitującym w teatry, duże biblioteki i galerie sztuki, których się spodziewałem. Odkryłem jednak, że było tam pewne muzeum – nie jakieś prowincjonalne, tylko jedna z najważniejszych prywatnych kolekcji sztuki na świecie, pinakoteka Thyssen-Bornemisza, umieszczona w monumentalnej Villa Favorita, z widokiem na jezioro. Podekscytowany tą informacją, czując już przedsmak niekończących się tam wizyt, dotarłem do Lugano jednak tylko po to, żeby odkryć, że w poprzednim roku baronowa przeniosła całą kolekcję do Madrytu, zostawiwszy tylko kilka nieznaczących, nowoczesnych obrazów. Później miałem okazję obejrzeć ten zbiór w nowej hiszpańskiej siedzibie kilkakrotnie, ale w tamtym czasie pozostał mi tylko stary przewodnik dziadka, który pamiętał dawne czasy.

Natomiast to, czego brakowało w naszym domu, to było pianino. Mama sprzedała swój instrument, kiedy urodził się mój brat, żeby przystosować się do warunków małego, nędznego, komunistycznego mieszkanka. Zawsze nienawidziłem ciasnych pomieszczeń, ograniczających tak intelektualnie, jak i fizycznie, tego poczucia postępującej klaustrofobii, duszącej umysł i serce. Brakowało pianina, bo w naszym domu można by było postawić je tylko na naszych głowach, jak na surrealistycznym płótnie, ale potrzebny by był do tego Giorgio de Chirico, który ustawiłby je nam tak jak w jednym ze swoich metafizycznych wnętrz.

Moja