Kamień trwa - Marc Casals - ebook

Kamień trwa ebook

Marc Casals

0,0
45,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Choć górzyste Bałkany nie sprzyjają wyprawom samochodem, nie powstrzymało to Marca Casalsa od długich podróży po Bośni i Hercegowinie. Ich rezultatem była przeprowadzka do tego kraju. Tutaj, na styku Wschodu i Zachodu, w etnicznym, narodowym i religijnym tyglu, przez wieki funkcjonowali obok siebie muzułmanie, katolicy, prawosławni i Żydzi. Kres temu światu położyła wojna, podczas której Sarajewo było najdłużej obleganą stolicą w nowożytnej historii Europy.

By pokazać, jak Bośniacy radzą sobie z rzeczywistością, w której wciąż, po trzech dekadach, unoszą się wojenne widma, Casals oddał głos swym przyjaciołom i znajomym – zarówno z Federacji Bośni i Hercegowiny, jak i Republiki Serbskiej. Ich skomplikowane losy, przesiąknięte traumą, są jednak tylko częścią zebranych przez niego historii.

Casals próbuje bowiem pokazać Bałkany Zachodnie poza stereotypem „wiecznego konfliktu”. Towarzysząc jego bohaterom, możemy poczuć fenomen Sarajewa. Dowiedzieć się, co zainspirowało Iva Andricia i Emira Kusturicę, sprawdzić, jak smakuje somun, i doświadczyć tej przedziwnej tęsknoty, która budzi się przy słuchaniu sevdalinek.

„Każdy cudzoziemiec piszący książkę o kraju, w którym mieszka lub który odwiedził, odczuwa pokusę, by opowiedzieć o nim w pierwszej osobie, położyć nacisk na własne doświadczenia i przyprawić je zabawnymi anegdotami wynikającymi ze zderzenia kultur. Marc Casals zdecydował się na coś wręcz przeciwnego: opowiedzieć Bośnię poprzez jej mieszkańców.” „El País”

„Autor świadomie usuwa się w cień, oddając głos innym. Te głosy, ukształtowane przez czas, nadają opowieści płynny rytm, jakby każdy z nich był jedną z tych pięknych rzek przecinających ten niewielki kraj, bez których nie dałoby się zrozumieć jego kultury i krajobrazu.” „Diario de Sevilla”

„W tych wielowymiarowych opowieściach historia kraju jest obecna w takim samym stopniu jak historie osobiste, dzięki czemu zostaje ukazana wyjątkowość bośniackiego doświadczenia.” „Zero Grados”

„Narracyjny talent autora sprawia, że te prawdziwe opowieści czyta się niczym literacką fikcję.” „Tarpán”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 327

Data ważności licencji: 9/23/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału hiszpańskiego La piedra permanece. Historias de Bosnia--Herzegovina

Projekt okładki Liza Korolova na podstawie projektu serii Agnieszki Pasierskiej

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Fotografia na okładce © Tim Dirven / Panos Pictures / Forum

Copyright © by Marc Casals, 2021

Polish title was first published in Spanish language under the title: La piedra permanece by LIBROS DEL KO in 2021. This edition of Polish title is arranged via Red Rock Literary Agency Ltd. and Oh! Books Literary Agency

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026

Copyright © for the Polish translation by Aleksandra Wiktorowska, 2026

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Dorota Koman

Korekta Kinga Kosiba / d2d.pl, Jędrzej Szulga / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Mapa Boris Stapić

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-392-1

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Epigraf

Mapa

Prolog

Kilka wyjaśnień

Nasz chleb powszedni

Duch Sarajewa

Samotność na granicy

Cisza w Romanii

Korzenie brata Mirka

Żywi

Chciałbym odkryć tajemnice

Nie zapalajcie świec

Niczym wody Driny

Mech pod pancerzem

Zwyciężyć z samym sobą

Niezamieszkały brzeg Vrbasu

Powinniśmy przejść

Dwa miasta w słońcu

Rozrzuceni przez wiatr

Dama z Sarajewa

Podziękowania

Słowniczek

Kilka ważnych dat z historii Bośni

Dalsze lektury na temat Bośni…

Kolofon

Moim rodzicom, Ramonowi i Consoli, bo poza wszystkim innym nauczyli mnie podróżować

Zachód zachwyca pozornie uporządkowanym życiem i dobrami materialnymi, których nam zawsze brakowało. Zwłaszcza ostatnia wojna jeszcze powiększyła głęboko zakorzenione przerażające poczucie niepewności i egzystencjalnego strachu. Doświadczenie straty własnej tożsamości z dnia na dzień jest zarówno dla robotnika, jak i dla obywatela czymś przerażającym. […] Z drugiej strony Zachód zrobił się powierzchowny, żyje tylko w dwóch wymiarach. Stracił głębię. Wszystko jest takie samo, wszystko można zastąpić, wszystko można pomnożyć. […] Bałkany są erotyczne. Nieuporządkowane, niestabilne, niepewne, czasem niebezpieczne, ale koniec końców… erotyczne! Bałkany są niezwykłym palimpsestem kultur i „tekstów”, a ten, kto okiem i uchem umie je uchwycić, może na każdym kroku, w każdej chwili liczyć na cudowne odkrycia. Marzę, że nadejdzie taki dzień, kiedy cały ten wszechświat ustabilizuje się politycznie i zacznie odkrywać to magiczne oblicze o tysiącu twarzach.

Ivan Lovrenović

Zachowałem z tego kraju najbardziej osobiste wspomnienie. Od czasu mojego pierwszego tam pobytu odbyłem wiele innych podróży […]. Lecz o Bośni mogę powiedzieć to, co niczym skierowane bezpośrednio do mnie przeczytałem na marmurowej tablicy wyrytej nad fontanną: „Woda płynie, kamień trwa”.

Albert Bordeaux

Prolog

Kiedy brałem ten zakręt w prawo, nie wiedziałem, jak bardzo zmieni się moje życie. Od tamtej pory minęło sporo czasu – ponad piętnaście lat. Miałem wtedy dwadzieścia pięć i podróżowałem po krajach byłej Jugosławii. Odwiedziłem właśnie okolice Dubrownika, jednego z najpopularniejszych kurortów na chorwackim wybrzeżu. Gdy skręciłem w kierunku Bośni i Hercegowiny, krajobraz zaczął się zmieniać. Wybrzeże Adriatyku z eleganckimi miasteczkami z jasnego kamienia i wyspami zarysowującymi się na horyzoncie zostało w tyle. Po przejechaniu zaledwie piętnastu kilometrów otworzył się przede mną jakby nowy wszechświat.

Gdy tylko minąłem granicę, moim oczom ukazał się meczet z kopułą i minaretem, pierwszy raz poza pustynnym pejzażem, z którym go utożsamiałem. Kawałek dalej widać było kościół katolicki, jeszcze dalej prawosławną cerkiew, a między nimi rząd rozpadających się domów podziurawionych kulami. Byłem w Bośni i Hercegowinie od niespełna godziny, kiedy zatrzymałem się w Mostarze i podziwiając osmański most na Neretwie, powiedziałem do siebie: „Któregoś dnia zamieszkasz w tym kraju”.

Odbywałem tę podróż, gdy żyłem już na Bałkanach, zgodnie z planem, z którego potem – po części przez Bośnię – zrezygnowałem. Po skończonych studiach na wydziale tłumaczeń przeprowadziłem się do Sofii, stolicy Bułgarii, z zamiarem nauczenia się bułgarskiego. Planowałem opanować ten język w trzy lata, które dzieliły Bułgarię od wejścia do Unii Europejskiej, a potem pracować jako tłumacz dla instytucji unijnych.

Moje ambicje eurokraty zaczęły kruszeć podczas pierwszych podróży po tym kraju. Świat Bałkanów, tak złożony i dotychczas mi nieznany, zaczął mnie oczarowywać. Punktem zwrotnym okazało się jednak lato 2006 roku, kiedy wynająłem samochód, by zjechać sporą część byłej Jugosławii. Serbia, Czarnogóra i Chorwacja zrobiły na mnie duże wrażenie, ale to w Bośni i Hercegowinie coś chwyciło mnie za serce; i nadal trzyma.

Jechałem bez wytyczonej trasy. Można powiedzieć, że dotarłem do tego kraju zupełnym przypadkiem – i to jedynie dlatego, że jak najszybciej musiałem znaleźć się z powrotem w Sofii, by zdążyć na samolot, a najkrótsza droga biegła właśnie tamtędy. I choć po tym zakręcie w prawo zostałem w Bośni zaledwie półtora dnia, już to pierwsze spotkanie zrobiło na mnie wrażenie. Czułem, że znalazłem się w świecie złożonych reguł, których nie potrafiłem rozszyfrować, gdzie różne tożsamości mieszały się i rywalizowały ze sobą. W powietrzu wisiał ciężar wojny, w niektórych miejscach przytłaczający bardziej niż pozostawione przez nią ślady w postaci dziur po odłamkach pocisków. Czułem też, że mimo tragedii, jaka się tu rozegrała, Bośniacy są pełni ciepła i dobroci.

Nawet komuś, kto zawodowo zajmuje się słowem, trudno wyjaśnić tę fascynację Bośnią, której – podobnie jak ja – uległo wielu. Prawdę mówiąc, dla części z nas stała się ona nawet pewnego rodzaju obsesją. Gdy tylko znalazłem się z powrotem w Sofii, od razu zacząłem szukać artykułów, książek, filmów dokumentalnych i fabularnych. Chciałem zgromadzić informacje na temat tego kraju, bo miałem nadzieję, że uda mi się go zrozumieć. Im więcej jednak wiedziałem, tym bardziej czułem się zapędzony w kozi róg; to charakterystyczne dla Bośni: gdy wreszcie masz wrażenie, że udało ci się cokolwiek pojąć, natrafiasz na jakiś nowy szczegół, który zmienia perspektywę. Ten proces w moim przypadku trwa do dziś.

Obsesja na punkcie Bośni nie ograniczała się do wymiaru teoretycznego. Jeździłem tam, kiedy tylko nadarzała się okazja, jakbym co chwila musiał zanurzyć się w jej rzeczywistości, żeby ją sobie przyswoić. Bałkany Zachodnie średnio nadają się do podróżowania samochodem: górzyste ukształtowanie terenu, dziurawa nawierzchnia i agresywnie jeżdżący miejscowi. Mimo to nigdy nie męczyła mnie dziesięciogodzinna jazda z Bułgarii do Wiszegradu, pierwszego większego miasta po przekroczeniu granicy Serbii z Bośnią. Most na Drinie, uwieczniony przez Iva Andricia, był dla mnie niczym wrota: podziwiając go, na nowo zanurzałem się w ten świat, który mnie pochłonął.

Gdy przeprowadziłem się z Sofii do Cavtatu – spokojnego miasteczka na chorwackim wybrzeżu, zaledwie kilka kilometrów od granicy z Bośnią – ogarnął mnie jeszcze większy entuzjazm. Z balkonu mieszkania mogłem podziwiać oddzielające oba kraje pasmo górskie, które przez całe wieki stanowiło zachodnią granicę Imperium Osmańskiego. W soboty przejeżdżałem na drugą stronę, by odwiedzić miasto Trebinje, gdzie zgodnie ze zwyczajem był dzień targowy. Znowu zdumiewało mnie, że w tak niewielkiej odległości może istnieć taki kontrast: z jednej strony sielankowe śródziemnomorskie wybrzeże, z drugiej skalisty interior, w tamtym czasie nadal usiany minami.

Kiedy, zmuszony okolicznościami, opuszczałem Chorwację, bez wahania wybrałem Bośnię i przeprowadziłem się do stolicy kraju, Sarajewa. Poza satysfakcją ze spełnienia dawnego marzenia zaraz po przeprowadzce zdałem sobie sprawę, że nadal, dokładnie tak samo jak podczas pierwszej wizyty, czuję bliskość z tymi ludźmi, z ich zachowaniem. Ryzykując zbytnie uogólnienie, można powiedzieć, że Bośniacy są zwykle towarzyscy, cenią dowcip, a poruszając nawet najtrudniejsze tematy, doprawiają je szczyptą humoru. Imponował mi też ich hart ducha, sposób, w jaki potrafili znosić przeżyte tragedie i z godnością śmiało podążać naprzód.

Po latach zgłębiania zarówno historii, jak i kultury Bośni, poznawania jej nawet najbardziej odległych zakątków i prowadzenia niekończących się rozmów z mieszkańcami, poczułem się gotowy do podzielenia się częścią zdobytej wiedzy, czym chciałem się przyczynić do lepszego poznania tego kraju. Moją cegiełką miało być napisanie książki. Od początku wiedziałem, że powinienem koncentrować się nie na sobie, lecz na zwykłych Bośniakach, tak przeze mnie podziwianych. Z czasem stworzyłem krótką listę osób, których losy same w sobie były interesujące, a przy tym pozwalały pokazać różne oblicza wielowymiarowej bośniackiej rzeczywistości. W rezultacie powstało szesnaście poniższych historii.

Książka ta nie jest owocem kilku rozmów z jej bohaterami, lecz wynikiem przyjaźni, która w niektórych wypadkach trwa już ponad dekadę. Ku mojemu zaskoczeniu – sądziłem bowiem, że mogą mieć obawy przed wystawieniem się na widok publiczny – kiedy zapytałem, czy chcieliby znaleźć się w mojej książce, wszyscy się zgodzili. Co więcej, pozwolili mi opowiedzieć swoje historie, łącznie z najdramatyczniejszymi szczegółami, ufając, że potraktuję ich życie z delikatnością i szacunkiem. Nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować im za zaufanie i mieć nadzieję, że rezultat mojej pracy spełni ich oczekiwania. To zaszczyt, że stali się częścią mojego życia, a ta książka niech będzie hołdem dla nich wszystkich, bo kiedy jakieś miejsce i ludzie tak wiele ci dali, uczciwie jest zrewanżować się choć odrobinę.

Sarajewo, październik 2020 roku

Kilka wyjaśnień

– Znaczenie pojęcia „Boszniacy” (mieszkańcy Bośni i Hercegowiny o muzułmańskiej tradycji) ewoluowało wraz z ich tożsamością, na początku głównie religijną, która z czasem przekształciła się w narodową. Samo pojęcie „Boszniacy” zostało oficjalnie wprowadzone dopiero w 1993 roku. Dlatego gdy piszę o nich sprzed tej daty, używam terminu „Muzułmanie”, choć absolutnie nie podważam ich tożsamości jako narodu.

– Książka próbuje być reprezentatywna pod wieloma względami: geograficznym, etnicznym i klasowym. Nie udało się to jedynie pod względem płci, co ma związek z kulturą bośniacką. Po pierwsze, konserwatyzm sprawia, że kobiety w pewnym wieku niechętnie rozmawiają z mężczyzną sam na sam, zwłaszcza jeśli jest on obcokrajowcem. Po drugie, ich życie skupione jest na domu i rodzinie, co utrudnia powiązanie go z historią kraju. W rezultacie w książce znalazły się tylko trzy rozdziały, których bohaterkami są kobiety, osoby naprawdę wyjątkowe. Próbowałem pokazać ich siłę i wrażliwość.

– Wszyscy bohaterowie wyrazili zgodę, by wystąpić w książce pod swoimi prawdziwymi imionami, Bośnia i Hercegowina to jednak kraj o burzliwej przeszłości i nie chciałbym, aby któraś z opowiadanych tu historii naraziła ich na przykre konsekwencje. Dlatego w kilku wypadkach zmieniłem imiona, nazwy miejscowości oraz inne informacje, które mogłyby zdradzić ich tożsamość. Dzięki temu są bezpieczni, a ja mogłem nie umniejszać ich postaci czy historii. Ważne jest przecież nie to, jak się nazywają, ale kim są.

Nasz chleb powszedni

Kiedy nadejdzie to, co nieuniknione,

[…].

Wydarzenie, które jednych poniży, a drugich wywyższy.

Koran, sura Al-Wakija[1]

Wyobrażenie, jakie Sarajewo ma na własny temat, opiera się na pewnym paradoksie. Choć historia miasta naznaczona jest różnorodnością, ono samo uważa się za odrębny mikrokosmos. Tę skłonność do zamykania się w sobie Sarajewo zawdzięcza położeniu w głębi kotliny oraz wiekom historii. W niektórych okresach, gdy znajdowało się pod panowaniem Imperium Osmańskiego, bogactwo tego miasta jako ośrodka handlowego pozwoliło zawrzeć mu niepisany układ z władzami. Każdy nowo mianowany gubernator Bośni mógł spędzić tam jedynie pierwszą noc urzędowania. W zamian za ten przywilej nowo przybyły starał się, przynajmniej początkowo, nie ingerować w sprawy Sarajewian. Tyle że między gubernatorem a lokalną elitą szybko dochodziło do walki o wpływy, jedna ze stron popadała w niełaskę, co w ostatecznym rozrachunku kończyło się wygnaniem lub egzekucją.

Sarajewo – oprócz tego, że jest niechętne do podporządkowywania się zewnętrznym decyzjom – postrzega siebie jako samotną wyspę kultury pośród barbarzyństwa otaczających je terenów wiejskich. Zarówno położenie stolicy, jak i jej historyczne doświadczenia zaszczepiły w mieszkańcach dumę graniczącą z arogancją, a przede wszystkim obsesję na punkcie tego, kto jest prawdziwym Sarajewianinem. Posunęła się ona tak daleko, że wielu ludzi, chcąc uniknąć pogardy jako obywatele drugiej kategorii, opowiada, że urodziło się w Sarajewie, nawet jeśli w rzeczywistości tak nie jest. Miejscowi często żartują, że ktoś jest „Sarajewianinem od zawsze od iks lat”.

Šemsudin nie musi kłamać, tu się urodził. Jego dom, ten sam, który należał do jego przodków, stoi przy spokojnej ulicy nieopodal brzegów przepływającej przez miasto Miljacki. Rzędy budynków ciągnące się po obu stronach ulicy są żywym obrazem najbardziej tradycyjnego, zamkniętego Sarajewa. Ganki oraz wszystkie inne otwory wychodzące na zewnątrz zostały ograniczone do minimum. Zamknięcie się w czterech ścianach odzwierciedla bośniacką powściągliwość, jest też architektoniczną manifestacją potrzeby zachowania choć odrobiny prywatności.

Wystarczy przekroczyć próg domu, by znaleźć się w jurysdykcji komšiluku, czyli sąsiedztwa na dzielonej wspólnie przestrzeni, gdzie obowiązuje ustalony kodeks moralny. Instytucja ta, kluczowa w kulturze bośniackiej, ma dwoistą naturę – może zarówno służyć pomocą w trudnych chwilach, jak i być siedliskiem hipokryzji i wszelkich plotek. Dzięki częstym zaproszeniom na kawę, wymianie podarków i pogawędkom sąsiedztwo zapewnia mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie trzyma ich pod kluczem, śledząc każdy, najmniejszy ruch. Najbardziej ciekawscy członkowie komšiluku montują nawet na parapetach lusterka skierowane w stronę ulicy, by móc z wygodnej pozycji kanapy śledzić, co dzieje się na zewnątrz.

W tym małym sąsiedzkim świecie rodzice Šemsudina byli dobrze znani dzięki swojej piekarni, w której wypiekano tradycyjne somuny. Legenda głosi, że te płaskie chlebki pojawiły się w Sarajewie w XVI wieku, gdy gubernator Bośni kazał wybudować zajazd dla podróżnych. Polecił wówczas wojskowemu kwatermistrzowi Somunowi wymyślić łatwą do przygotowania smakowitą przekąskę dla gości. Ten zmodyfikował stary przepis na wypiekany dla żołnierzy sułtana chleb. Dodał do niego mały szczegół: delikatne żłobienia w kształcie kratki przypominające drewniane okna w tradycyjnych domach, z żaluzjami, zza których muzułmańskie panny oczarowywały adoratorów.

Przywodzące na myśl dawne czasy somuny są zwyczajnym codziennym pożywieniem Sarajewian. Towarzyszą tradycyjnym ćevapi, małym grillowanym kiełbaskom, i gulaszom, chętnie maczane w sosie przez biesiadników. Zamiłowanie Bośniaków do pieczywa napędzało rodzinny biznes, a sąsiedzi stanowili stałą, lojalną klientelę. Młodość Šemsudina była dzięki temu wolna od zmartwień; gdy pracownicy piekarni zajmowali się mniej wdzięcznymi obowiązkami, on musiał jedynie zadbać o kupno mąki, drożdży i soli.

W latach siedemdziesiątych Šemsudin uchodził za merakliję, bośniackiego hedonistę. Jego nadrzędnymi celami były delektowanie się wyrafinowanymi posiłkami i czerpanie z życia jak najwięcej przyjemności. Poza rozkoszami podniebienia lubił też wieczorne powroty do domu w kobiecym towarzystwie. Nie dość, że był człowiekiem z natury sympatycznym, to z wyglądu przypominał podobno Alaina Delona, więc Sarajewianki były mu życzliwe. Miał też niepisaną umowę z matką, Mensurą, która za zyski z piekarni kupiła domek w górach. Kiedy matka nie miała ochoty opuszczać Sarajewa, Šemsudin wyjeżdżał na łono natury. Gdy Mensura tęskniła za świeżym górskim powietrzem, jej syn zostawał w mieście sam. Dzięki temu prostemu układowi Šemsudin miał zapewnione pole do miłosnych podbojów, czujnie śledzony przez zwiadowców z sąsiedztwa.

Kupiony przez Mensurę domek znajdował się w miejscowości Pale, u podnóża Jahoriny, toteż zimą Šemsudin mógł szusować po stokach. Uważana za kolebkę narciarstwa w Bośni Jahorina rozkwitła w 1984 roku, kiedy Sarajewo zostało gospodarzem XIV Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Socjalistyczne władze, chcąc wypromować Jugosławię, nie szczędziły na infrastrukturę. I choć podczas ceremonii otwarcia flaga olimpijska została omyłkowo powieszona do góry nogami, sama olimpiada okazała się wielkim sukcesem, a Jahorina – polem zmagań alpejskich narciarzy. Poolimpijska euforia zapoczątkowała wśród Sarajewian modę na narciarstwo, stąd w każdy weekend na wyciągach krzesełkowych robiło się tłoczno. Dlatego Šemsudin zwykł odwiedzać Jahorinę jedynie w dni powszednie: szusował pośród górskich szczytów i świerkowych lasów w pełnym słońcu, podczas gdy Sarajewo dusiło się w gęstym smogu.

Kiedy robiło się nieco cieplej, Šemsudin pielęgnował drugą ze swych pasji: zagraniczne podróże. Szczególnie lubił jeździć do włoskiego Triestu, który był ulubionym celem wypadów Jugosłowian. Rząd najbardziej otwartego kraju bloku wschodniego pozwalał obywatelom na wyjazdy, toteż w każdy piątek granica z Włochami zapełniała się weekendowymi turystami spragnionymi zakupów. Pociągami, autobusami i prywatnymi samochodami docierali oni na targ Ponte Rosso, gdzie w gorączkowym szale nabywali artykuły wszelkiego autoramentu: kawę, lalki, płaszcze, barometry, a przede wszystkim dżinsy marki Rifle, produkt flagowy, wyznacznik pozycji społecznej w Jugosławii i symbol wolności.

Choć władze tolerowały wyjazdy do Triestu, traktując je jako wentyl bezpieczeństwa, narzucały ograniczenia w konsumpcji. Z Jugosławii można było wywieźć w dewizach jedynie sto pięćdziesiąt dolarów. Resztę wycieczkowicze szmuglowali w rękawach, skarpetach, termosach z kawą, a nawet – co bardziej odważni – w rozmaitych otworach własnych ciał, licząc na skrępowanie celników. W drodze powrotnej – po zakupowym szaleństwie na Ponte Rosso – ukrywano kupione towary w torbach z podwójnym dnem lub wkładano na siebie kilka warstw ubrań, dzięki czemu przez granicę przewijał się korowód obywateli o podejrzanie zaokrąglonych kształtach. Šemsudin, który jeździł do Triestu bynajmniej nie po dżinsy, lecz dla samej przyjemności zwiedzania świata, sączył espresso i z rozbawieniem przyglądał się fortelom rodaków, po czym nieco przygnębiony wyruszał w drogę powrotną, ku bardziej ołowianej rzeczywistości swojego kraju.

Poza wypadami do Triestu Šemsudin za kierownicą swojego Fićo przemierzył całą Jugosławię. Fićo była to urokliwa wersja Fiata 600, ciesząca się popularnością wśród jugosłowiańskiej klasy średniej. W połowie lat pięćdziesiątych fabryka broni Crvena Zastava (Czerwony Sztandar) podpisała umowę z Fiatem na produkcję samochodów osobowych wzorowanych na modelach turyńskiej marki. Pierwszym z nich była Zastava 750, znana właśnie jako Fićo, która stała się nawet bohaterem komiksów. Za równowartość dwudziestu średnich pensji tysiące jugosłowiańskich rodzin mogło kupić pierwsze auto.

Szajba na punkcie tego symbolu jugosłowiańskiej industrializacji pociągnęła za sobą utworzenie „klasy narodowej” – wyścigów, w których modele Fićo rywalizowały ze sobą na zaimprowizowanych torach w całym kraju. Wystrojony w kask i obcisły kombinezon Šemsudin stawał do zawodów i rozwijał prędkość stu czterdziestu kilometrów na godzinę wśród ogłuszającego huku podrasowanych silników. I choć propaganda utrzymywała, że Fićo to szczyt możliwości motoryzacji, w rzeczywistości były one pełne wad fabrycznych i często się psuły, przez co na wyścigach panowało bezhołowie. Samochody zderzały się ze sobą, wypadały na zakrętach albo, kiedy gasł im silnik, nagle stawały. Dla kierowców już samo dotarcie do mety było nie lada wyczynem. Nie chodziło jednak o same zawody, lecz o podrywanie hostess i czas spędzony wspólnie ze znajomymi.

Sąsiedzi Šemsudina uosabiali wieloetniczne Sarajewo, mieszkali obok siebie w zgodzie, jak przystało na towarzyszy socjalistycznej Jugosławii i sąsiadów trzymających się zasad komšiluku. W centrum miasta wznosiły się świątynie trzech wielkich religii monoteistycznych, a na tej samej ulicy Šemsudin, Milan, Franjo i babcia Esther – Muzułmanin, Serb, Chorwat i Żydówka – żyli w przyjaźni, bez większych nieporozumień. Zgodnie ze zwyczajem, gdy nadchodziły święta którejś z grup religijnych, jej członkowie obdarowywali sąsiadów. I tak na koniec ramadanu Šemsudin przynosił słodkości oblane miodem, w czasie katolickiej i prawosławnej Wielkanocy Franjo i Milan rewanżowali się pisankami, a babcia Esther, pochodzenia sefardyjskiego, rozdawała bułeczki z okazji święta Purim.

Ten zlepek narodowości i religii scalały dwie nadrzędne tożsamości: zyskująca coraz większe znaczenie jugosłowiańska oraz sarajewska, owoc wielowiekowego procesu dojrzewania kulturowego. Imperium Osmańskie nie odznaczało się zbytnim prozelityzmem, toteż podzieliło niemuzułmańską ludność na wspólnoty wyznaniowe cieszące się znaczną autonomią, co pozwoliło im przetrwać zawirowania Historii. W rezultacie to właśnie pluralizm stał się cechą charakterystyczną Sarajewa, najbardziej zróżnicowanej stolicy Jugosławii.

Zarówno sąsiedzka symbioza, jak i beztroskie życie Šemsudina zaczęły rozpadać się pod koniec lat osiemdziesiątych na skutek trwającego przeszło dekadę kryzysu gospodarczego i skostnienia systemu. W republikach jugosłowiańskich obudziły się uśpione od czasów II wojny światowej nacjonalizmy, a Słowenia i Chorwacja, podsycane przez hegemonistyczne zapędy Serbii Slobodana Miloševicia, obrały kurs na niepodległość. W ciągu zaledwie kilku lat napięcia etniczne gwałtownie się nasiliły, a organy federalne, uznawane za spoiwo kraju, zaczęły rozpadać się jeden po drugim.

Pierwsze demokratyczne wybory w Bośni, w wyniku których partie nacjonalistyczne muzułmańska, serbska i chorwacka utworzyły rząd koalicyjny, przebiegły w atmosferze tarć między peryferiami a centrum. Aby uzasadnić to sprzeczne z naturą porozumienie, które miało na celu wyeliminowanie opcji wieloetnicznych, partie nacjonalistyczne sięgnęły po metaforę komšiluku: skoro sąsiedzi mimo przynależności do różnych grup etnicznych potrafili żyć razem, tak samo oni, przezwyciężywszy narodowe różnice, będą razem sprawować władzę w Bośni.

Mimo wygranej w wyborach między koalicjantami szybko zaczęło dochodzić do napięć, które nasiliły się wraz z rozpoczęciem działań zbrojnych w Słowenii i Chorwacji. Kiedy obie republiki jednogłośnie proklamowały niepodległość, w sprawę włączyła się armia. Przejścia graniczne między Słowenią a Włochami, przez które tylu Jugosłowian przejeżdżało w drodze do Triestu, stały się areną wojny dziesięciodniowej, podczas której zwolennicy niepodległości Słowenii pokonali Jugosłowiańską Armię Ludową. W tym samym czasie telewizja chorwacka na okrągło nadawała nagranie z Osijeka nad Drawą. Pewien Chorwat na widok nadciągających wojsk w geście sprzeciwu zaparkował swojego Fićo przed kolumną czołgową. Okazało się to równie symboliczne, co nieskuteczne: pierwszy czołg, uderzywszy w samochód, ciągnął go przez kilka metrów, rozrywając na kawałeczki delikatną blaszaną karoserię.

W przeciwieństwie do sąsiedniej Chorwacji, którą pustoszyła wojna, w Bośni panował zdumiewający spokój, zwłaszcza że jako najbardziej różnorodna republika Jugosławii mogła okazać się też najbardziej krucha w wypadku nagłego podziału kraju. Mieszkańcy Sarajewa, ufni w swoją wieloetniczną tradycję, uważali za absurdalne, że jeden sąsiad mógłby strzelać do drugiego. I tłumaczyli, że przy tak wymieszanej ludności w mieście nie dałoby się wydzielić ani jednorodnych etnicznie ulic, ani budynków, ani nawet mieszkań. Najwięksi pesymiści sięgali tymczasem po czarny humor: „W tym konkursie Bośnia ma zagwarantowany bezpośredni awans do finału”.

Kiedy negocjacje w sprawie porozumienia zakończyły się fiaskiem, bośniacki prezydent Alija Izetbegović odmówił pozostania Bośni w tak zwanej „okrojonej Jugosławii”, którą uważał jedynie za przykrywkę dla Wielkiej Serbii. W referendum zbojkotowanym przez większość bośniackich Serbów – stanowiących blisko jedną trzecią ludności – niepodległość została przyjęta niemal jednomyślnie głosami oddanymi niemal wyłącznie przez Muzułmanów i Chorwatów. W tym samym dniu, w którym Stany Zjednoczone i Unia Europejska[2] uznały niepodległość Bośni, Jugosłowiańska Armia Ludowa rozpoczęła atak na Sarajewo. Gdy na miasto spadały pierwsze bomby, Šemsudin wraz z żoną i dwójką dzieci pobiegli schronić się w piwnicy pobliskiej szkoły. Gdy po kilku godzinach trwogi, spędzonych w towarzystwie komšiluku, wrócił do domu, okazało się, że został on doszczętnie zniszczony. Trzy pociski artyleryjskie w jednej chwili obróciły w pył całe jego dotychczasowe życie.

W pierwszych miesiącach walk rozlokowane na wzgórzach siły bośniackich Serbów wykorzystały swoją druzgocącą przewagę logistyczną, by otoczyć Sarajewo, podczas gdy różnobarwne grupy obrońców próbowały udaremnić męczeńską śmierć miasta. Świadomy, że jedynym wyjściem jest walka o przetrwanie, Šemsudin zaciągnął się na ochotnika do Armii – armii Republiki Bośni i Hercegowiny. Jej siły zbrojne, organizowane w pośpiechu, dysponowały większą liczbą żołnierzy niż przeciwnicy, a jako cel wyznaczyły obronę własnych domów. Tyle że większość stanowili niedoświadczeni bojownicy, którzy dopiero co odbyli służbę wojskową i doskwierał im dramatyczny brak broni. Podczas swych pierwszych misji Šemsudin i jego oddział wyruszali z Sarajewa w góry w dżinsach i adidasach. Tylko jeden na pięciu miał karabin, więc gdy niosącego broń dosięgły kule, najbliższy towarzysz podnosił ją z ziemi i wszyscy, którzy przeżyli, ruszali przerażeni dalej.

W pierwszych tygodniach wojny mieszkańcy Sarajewa stawali przed wyborem: zostać i czekać, aż sytuacja się wyklaruje, czy brać nogi za pas. Ucieczka oznaczała koniec udręki i szansę na przetrwanie, ale jednocześnie zdradę Sarajewa i porzucenie sąsiadów, którzy uszczypliwie mówili o wyjeżdżających, że „wystrzelili się z miasta”. Dzięki kontaktom Šemsudin dostał propozycję, która pozwalała mu zapewnić bezpieczeństwo rodzinie, podczas gdy on sam mógł zostać w Sarajewie i walczyć. Dobry przyjaciel, Serb pracujący w międzynarodowej organizacji, zaproponował mu, że może ewakuować z miasta jego żonę Almę i dwójkę dzieci. Šemsudin przyjął ofertę i przygotował się na pożegnanie z bliskimi, ale w noc poprzedzającą wyjazd, gdy walizki były już spakowane, zarówno Alma, jak i dzieci stwierdziły, że go nie opuszczą i zostaną wraz z nim w oblężonym Sarajewie. Przyjaciel Šemsudina wkrótce stracił wpływy, a szansa na wyjazd przepadła.

Ponieważ mieszkanie zostało doszczętnie zniszczone, Šemsudin wraz z rodziną zamieszkał na parterze budynku, w garażu, w którym przez lata parkował swojego Fićo. Choć w czasie bombardowań wielu sąsiadów chroniło się w piwnicy pobliskiej szkoły, nerwowe napięcie i bliskość śmierci zaczęły rozbijać wspólnotę komšiluku. Sąsiedztwo zostało już mocno nadwyrężone wraz z wybuchem wojny: mieszkańcy Sarajewa nie mogli pojąć, jak to możliwe, że tylu sąsiadów potajemnie opuściło miasto, by bombardować je z okolicznych wzgórz.

Teraz, gdy generał Ratko Mladić, przywódca bośniackich Serbów, rozkazywał swoim artylerzystom „rozwałkować rozsądek” oblężonych, jakby chodziło o ciasto francuskie, nagle wyostrzały się różnice narodowe, które wcześniej nie dawały o sobie znać. Po wybuchu bomby niektórzy rozhisteryzowani sąsiedzi oskarżali Dragana, z pochodzenia Serba, o przekazywanie współrzędnych „prymitywom ze wzgórz”. Zebrał się nawet tłum gotów wtargnąć do jego domu, ale Šemsudinowi udało się ich powstrzymać. Wielu pozostałych w mieście Serbów doświadczało równie upokarzających sytuacji, było podejrzewanych o sympatyzowanie z okupantami lub przynależność do piątej kolumny.

Po tygodniach walk los uśmiechnął się do Šemsudina: wycofano go z linii frontu. Liczba żołnierzy stale rosła, a wojsko nie mogło walczyć z pustym żołądkiem. Z kolei Šemsudin z uwagi na rodzinny biznes miał doświadczenie, toteż dowództwo nadało mu nietypową rangę: żołnierza piekarza. Jego zadaniem było codzienne wypiekanie dziesiątek bułek, które rekruci zabierali ze sobą do okopów. I choć dzięki temu znajdował się na bezpieczniejszej pozycji w koszarach, odczuwał ogromny niepokój, kiedy rozdawał prowiant żołnierzom wyruszającym na misję, świadom, że wielu z nich już nigdy nie wróci.

Przez niemal cztery lata oblężenia Sarajewa oddziały bośniackich Serbów dusiły miasto, podczas gdy Armija starała się przełamać oblężenie i dać mu zaczerpnąć tchu. Mimo przewagi logistycznej siłom bośniackich Serbów brakowało piechoty, by wziąć miasto szturmem, a ponadto musieli oni podporządkować się ograniczeniom narzuconym przez zagraniczne mocarstwa. W ten sposób po pierwszym półroczu wojny linie frontu pozostawały niemal w tym samym miejscu. Toczono bitwę, w której żadna ze stron nie wydawała się zdolna do zwycięstwa. W miarę jak blokada się przedłużała, Sarajewo coraz bardziej przypominało pułapkę na myszy. Tysiące rodaków Šemsudina ginęło od ognia artylerii i kul snajperów przy obscenicznej obojętności świata.

Jako wojskowy piekarz Šemsudin mógł odłożyć część bułek, żeby nakarmić rodzinę – co, biorąc pod uwagę trudności reszty mieszkańców oblężonego miasta, było prawdziwym przywilejem. Aby zaradzić brakom żywnościowym, które zmuszały Sarajewian do zamiany domowych rabatek w warzywniki, społeczność międzynarodowa uruchomiła most powietrzny z pomocą humanitarną. Każdego dnia wojskowe samoloty dostarczały ponad sto pięćdziesiąt ton żywności i lekarstw. Wśród wygłodzonych mieszkańców największe wzięcie miały konserwy, makarony, mleko w proszku i sery, najprawdziwszy wstręt wzbudzała natomiast wołowina w puszkach ICAR, której nie chciały jeść nawet zwierzęta.

Sarajewianie starali się zaopatrywać w jedzenie także na czarnym rynku, kupując żywność przechwyconą z transportów pomocowych lub zrabowaną z opuszczonych sklepów i mieszkań. Nie dość, że armia bośniackich Serbów, kontrolująca drogi dojazdowe do Sarajewa, zatrzymywała sobie niemal jedną czwartą dostaw ONZ, to jeszcze lokalni kontrabandziści trzymający z wrogiem przemycali część tych samych produktów z powrotem do miasta i osiągali zyski na poziomie nawet siedmiu tysięcy procent. Ich machlojki spotykały się z cichym przyzwoleniem bośniackiego rządu, który nakładał podatki na towary, by finansować wydatki wojenne. Wkrótce między nową elitą, budującą swoje fortuny dzięki wszelkiego typu podejrzanym interesom, a przeciętnymi obywatelami, którzy jak Šemsudin walczyli o przetrwanie, rozwarła się przepaść.

Šemsudin resztę wojny spędził jako wojskowy piekarz. Tylko jednego incydentu o mało nie przypłacił życiem – a wszystko przez brak koordynacji w dowództwie. Większość jednostek przebywała poza Sarajewem, a na Moście Vrbanja[3], zaledwie kilka metrów od serbskich pozycji, zabrakło żołnierzy. Wtedy zastępca dowódcy rozkazał Šemsudinowi opuścić kwaterę główną i wysłał go jako szeregowca na jedną z najbardziej niebezpiecznych linii frontu. Šemsudin wziął nawet udział w szturmie na budynki stojące po drugiej stronie rzeki, gdzie znalazł się ściana w ścianę z przeciwnikiem i próbował wstrzymać oddech, by nie zdradzić swojej obecności. Jego misja zakończyła się po dwóch tygodniach, kiedy dowódca dowiedział się, co zaszło. Poza tym, że nakazał Šemsudinowi, by więcej nie oddalał się od pieca, zbeształ odpowiedzialnego za pomyłkę podwładnego, kierując się brutalną żelazną logiką: „Jeśli zabiją żołnierza, zginie tylko on. Jeśli zabiją piekarza, wszyscy umrzemy z głodu!”.

Oblężenie Sarajewa zakończyło się po tysiąc czterystu dwudziestu pięciu dniach i zostało uznane za najdłuższe w historii. Sarajewianie przyjęli ten rekord z właściwym sobie sarkazmem, nucąc We Are the Champions Queen. Šemsudin musiał zacząć wszystko od zera, pozbawiony wygód, do których przywykł w czasach dzieciństwa. Oszczędności z banku wyparowały, więc by odbudować rodzinny dom i ponownie otworzyć piekarnię, musiał skorzystać z pączkujących w mieście mikrokredytów. Od razu zrezygnował ze sprzedaży somunów na ulicy i zajął się sprzedażą hurtową. Najtrudniejsze dla takiego bon vivanta jak on były jednak zakasanie rękawów i praca noc w noc przy wyrobie dziesiątek chlebków, które trafiały do pieca tuż przed świtem.

Po wojnie wyłoniła się nowa klasa ludzi sukcesu powiązanych z partiami nacjonalistycznymi. W wypadku Sarajewa z SDA, czyli Partią Akcji Demokratycznej, główną bośniacką formacją polityczną, pełną tak zwanych świeżo upieczonych Muzułmanów, którzy nagle, acz niespodziewanie doznali objawienia. Ta nowa kasta zdobyła władzę dzięki korupcji w czasie oblężenia, a teraz monopolizowała kontakty i możliwości biznesowe. Dlatego Šemsudin, by jakoś związać koniec z końcem, realizował zamówienia dla kilku szkolnych stołówek w oczekiwaniu na nadejście ramadanu. Podczas obfitych kolacji po zachodzie słońca, kiedy muzułmanie z Sarajewa przerywają post, na stole nie może zabraknąć koszyków z posypanymi nasionami czarnuszki somunami. Zgodnie z sentencją przypisywaną Mahometowi: „Czarnuszka jest lekarstwem na każdą chorobę z wyjątkiem śmierci”.

Šemsudin, podobnie jak wielu innych mieszkańców Sarajewa, postanowił sprzedać swój domek w Jahorinie. Nie podobało mu się, że znajdował się on w miejscu, z którego bombardowano miasto. Za uzyskane pieniądze zaczął odbudowywać górną kondygnację rodzinnego domu, zniszczonego przez pociski artyleryjskie na początku wojny. Choć udało mu się sfinansować prace dzięki mikrokredytom, odbudowa ciągnęła się latami. Musiał jednocześnie utrzymywać rodzinę, pokrywać koszty piekarni, kupować materiały budowlane i spłacać pożyczki w ustalonych terminach. Uprawiając finansową ekwilibrystykę, starał się zaoszczędzić, ile się da, wziął więc na własne barki prace budowlane. Dzięki pomysłowości i zręczności sam wylał betonowy strop, położył dach i podłogi, skręcił niemal wszystkie meble i pociągnął zarówno instalację elektryczną, jak i wodę oraz gaz. Tak powstały dwa przytulne drewniane poddasza w rustykalnym stylu, ozdobione orientalnymi dywanami i reliefami z mosiądzu, przedstawiającymi widoki Sarajewa.

Šemsudinowi udało się włączyć te pomieszczenia do oferty najmu dla cudzoziemców, którzy tuż po nastaniu pokoju zaczęli osiedlać się w Sarajewie. Społeczność międzynarodowa miała sprawować nadzór nad powojenną Bośnią, dlatego do miasta ściągnęło multum organizacji oznaczonych akronimami, z których można by ułożyć sporą wykreślankę. A choć na papierze ich cele były wielce szlachetne, zamknęli się w bańce odizolowanej od zwykłych Bośniaków. Wciągnięci w wir seminariów, paneli i debat, mieli niewielki kontakt z lokalną rzeczywistością, choć swoją obecność tłumaczyli piekłem, przez które przeszła Bośnia. Dobrą stroną tej sytuacji był napływ specjalistów z wielu krajów. Zapewnił on źródło zatrudnienia i kontakty towarzyskie wielojęzycznym Bośniakom i przyczynił się do rzeczywistych postępów w różnych dziedzinach. Dostarczył też konsumentów, którzy pobudzili gospodarkę. Po dziś dzień tworzą oni długą listę najemców, dzięki którym Šemsudin może dotrwać do końca miesiąca.

Poddasza pozwalają mu zrównoważyć trudną sytuację piekarni, którą utrzymuje wyłącznie z powodu rodzinnej tradycji. Kiedy o świcie wstaje wyrabiać chleb, w jego sercu budzi się żal, że nie ewakuował z miasta rodziny. Początki Sarajewian na obczyźnie nie były łatwe. Odizolowani w krajach, których języka nie znali, spędzali oni długie godziny z nosami przylepionymi do telewizorów, oglądając pustoszenie ich miasta. Nieoficjalnymi kanałami próbowali przesyłać bliskim listy, pieniądze i żywność. Wielu z tych, którzy odważyli się na wyjazd, udało się jednak ustatkować – i choć dręczą ich wyrzuty sumienia i poczucie wyobcowania, dobre warunki materialne pozwalają im pomagać krewnym, którzy zostali w mieście. Šemsudina, będącego w połowie na emeryturze, z niską pensją i bez bliskich, którzy mogliby mu przysyłać pieniądze z zagranicy, dręczy, że nie opuścił Bośni, w której większość wiedzie mizerny żywot i szuka zarobku raz tu, raz tam.

Kontrast staje się jeszcze boleśniejszy, gdy ci, którzy wyjechali, wracają na kilka dni. Jego przyjaciel Zoran, również rodowity Sarajewianin, tyle że teraz z rodziną i domem na wybrzeżu Czarnogóry, uciekł wraz z wybuchem pierwszych bomb. Do tego momentu on i Šemsudin byli nierozłączni: widywali się codziennie, jeździli razem na nartach na Jahorinie lub rozmawiali przy filiżance kawy. Odkąd jednak w czasie wojny ich drogi się rozeszły, życie każdego z nich potoczyło się zupełnie inaczej. Zoran jest dziś właścicielem firmy produkującej farby i mającej klientelę w całej Europie, luksusowej rezydencji z widokiem na morze i piętnastometrowego jachtu, którym pływa po Adriatyku. Šemsudin, uwięziony w rodzinnym Sarajewie, patrzy na rosnącą stertę rachunków i odpala papierosa od papierosa, by stłumić niepokój. Kiedy Zoran go odwiedza, przywozi domowe czerwone wino z własnej winnicy, ale choć siadają razem, by powspominać dawne czasy, obaj zdają sobie sprawę, że żyją w niemal antagonistycznych światach.

Šemsudin – jak wielu innych Bośniaków – mieszka z całą rodziną, mimo że jego dwaj synowie zbliżają się już do trzydziestki. Dino, najstarszy, od lat ma stałą pracę; biorąc pod uwagę sfatygowaną bośniacką gospodarkę, jest to prawdziwy przywilej. Tyle że poza nią jego zainteresowania ograniczają się do tuningu Volkswagena. Po powrocie z pracy mężczyzna błyskawicznie wrzuca w siebie przygotowany przez matkę posiłek i zamyka się w garażu, w którym rodzina chroniła się podczas oblężenia. Dłubie przy samochodzie, podczas gdy Šemsudin spogląda na niego z okna, zamyślony; może przypomina mu się pomruk silnika jego Fićo. Młodszy syn, Ahmed, miał mniej szczęścia. Po skończeniu filologii naciął się na skorumpowany system edukacji: żeby dostać pracę nauczyciela, trzeba mieć koneksje w partii lub zapłacić pod stołem od pięciu do piętnastu tysięcy euro. Nie godząc się na te układy, Ahmed ma zamkniętą drogę do kariery i, skazany na wegetację, całe dnie spędza przygnębiony w swoim pokoju.

Na domiar złego Alma, żona Šemsudina, od lat walczy z rakiem. Choć podobnie jak wielu Boszniaków w czasie wojny szukała pociechy w islamie, nigdy nie nosiła na głowie chusty. Sąsiedzi byli więc zaskoczeni, gdy ją w niej zobaczyli. Wkrótce okazało się jednak, że powodem tego była nie żarliwość religijna, ale chęć zakrycia wypadających włosów po wyczerpującej chemioterapii. Kiedy Bośniacy chorują, muszą mierzyć się z dysfunkcyjną i nieludzką służbą zdrowia. Dzięki dawanym profesorom łapówkom każdy może skończyć medycynę. Wielu lekarzom nie można ufać, inni proszą pacjentów o pieniądze, by przyspieszyć badania, ominąć kolejki na operacje lub dać gwarancje, że przy porodzie nie będzie „żadnych niespodzianek”. Do tego dochodzi koszmarna biurokracja. Šemsudin zwykł pokazywać swoim rozmówcom stos dokumentów związanych z leczeniem Almy, o grubości równej trzem tomom encyklopedii.

Choroba żony, indywidualizm starszego syna i depresja młodszego sprawiają, że Šemsudin jest jedynym członkiem rodziny, który ma siłę, by utrzymać ją na powierzchni. Niepokój odcisnął jednak piętno na jego wrodzonej pogodzie ducha. Z biegiem lat coraz bardziej zamyka się wśród własnych trosk. Czasem drepce po podwórku ze skrzynką z narzędziami, niepotrzebnie przeciągając nawet najbłahsze zadania. Innym razem spotyka się z przyjaciółmi, by cieszyć się akšamlukiem, tradycją sięgającym czasów osmańskich. O zmierzchu grupy mężczyzn zbierają się w spokojnym miejscu, by porozmawiać i wspólnie się napić, zagryzając alkohol serami i wędlinami, tak żeby nie uderzył im do głowy. Istotą akšamluka nie jest upijanie się, lecz kultywowanie umiarkowanego, spokojnego hedonizmu. Podczas wieczornej chwili ukojenia Šemsudin gubi wątek rozmowy lub nagle przestaje słuchać cichego nucenia towarzyszy i zastyga z papierosem w dłoni i smutnym wyrazem twarzy.

Podobnie jak Sarajewo, w ostatnich dekadach zmienił się również komšiluk: po masowym wyjeździe Chorwatów i Serbów wśród sąsiadów przeważają Boszniacy, przez co rodzajowe scenki ze wspólnego życia kliku narodów stają się coraz rzadsze. Największą zmianą demograficzną w mieście była jednak wymiana ludności miejskiej na Boszniaków z prowincji. Miejscowi obwiniają ich o upadek Sarajewa, prymitywizm i tępotę. Šemsudin, świadomy, że uciekali przed serbskim nożem, traktuje ich z szacunkiem i tłumaczy im, że ci, którzy ich oczerniają, próbują ukryć własne pochodzenie, bo przecież wszyscy, wcześniej czy później, przybyli do Sarajewa z jakiegoś innego miejsca.

Choć dzisiejsze sąsiedztwo jest mniej miejskie i bardziej jednorodne, kilka rzeczy się nie zmieniło, zwłaszcza skłonność komšiluku do wtrącania się w cudze życie. Wychowany w przekonaniu, że forma jest równie ważna jak treść, Šemsudin stara się pokazać światu swoje pogodne oblicze. Mimo wielu rozczarowań i codziennych trudności kurczowo trzyma się konwenansów, jak przystało na starego dżentelmena. Aby zapobiec plotkom, zanim przekroczy próg domu, bierze kilka głębszych wdechów, po czym schodzi wąską uliczką w stronę centrum. Jeśli po drodze napotka sąsiada, natychmiast prostuje przygarbione plecy i mocnym, pełnym głosem pozdrawia go na starą modłę, po turecku: Merhaba!

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

[1]Al-Wakija [Nieuniknione], 56 : 1, 56 : 3, przeł. Rafał Berger, Bydgoszcz 2021 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2] Wówczas jeszcze Europejska Wspólnota Gospodarcza.

[3] Most na rzece Miljacce w Sarajewie, dziś zwany Mostem Suady i Olgi.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

Al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2026

Wydanie I