Kainowe dzieci - Peter Sichrovsky - ebook

Kainowe dzieci ebook

Peter Sichrovsky

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Oświęcimiu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 195

Rok wydania: 1989

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Peter Sichrovsky

Kainowe dzieci

(Rozmowy z potomkami hitlerowców)

Przełożyła Barbara Janowska-Michnowska

Czytelnik

Warszawa 1989 

Tytuł oryginału:

Schuldig geboren. Kinder aus Nazifamilien

© Copyright by Verlag Kiepenheuer and Witsch, Köln 1987

Opracowanie graficzne:

Jan Bokiewicz

Zdjęcie na okładce reprodukowane z tygodnika

„Der Spiegel” nr 9/1987

© Copyright for the polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza

„Czytelnik”, Warszawa 1989

ISBN 83-07-01921-4

„Czytelnik”, Warszawa 1989. Wydanie I

Nakład 19 6504-350 egz. Ark. wyd. 7; ark. druk. 6,98At

Papier druk. sat. kl. V, 71 g, 70X100

Oddano do składania 5 IV 1988 r.

Druk ukończono w lutym 1989 r.

Zakłady Graficzne w Toruniu

Zam. wyd. 560; druk. 1588. U-68

Printed in Poland

Od człowieka można wymagać prawdy

Ingeborg Bachmann

Podziękowanie

(niepełna lista)

Dziękuję tym wszystkim, którzy mieli odwagę rozmawiać ze mną o losie swoim i swoich rodziców; mojemu przyjacielowi, psychoterapeucie Rony Scheerowi, za fachową pomoc i jego żonie, pani Ingeborg Scheer, która zgodziła się na przeprowadzenie z nią wywiadu; mojej żonie, Elenie Richterlich, która zapewne napisałaby tę książkę inaczej, oraz pani Erice Stegmann z wydawnictwa Kiepenheuer i Witsch, która okazywała mi wyrozumiałość, ale i dopingowała do pracy.

Wien, Kübstyczeń 1987

Przedmowa

Kiedy pisałem swoją ostatnią książkę o młodych Żydach w Niemczech i Austrii, bez trudu mogłem podać jako najważniejszy motyw jej powstania moje osobiste przeżycia. Tym razem sytuacja jest odmienna. Tym razem piszę o „innych”.

Mimo to nie są mi obcy. Wychowywałem się wraz z nimi, dziećmi nazistów. Chodziły do tego samego przedszkola, siedziały być może obok mnie w ławce, razem bawiliśmy się, chodziliśmy do dyskoteki. Urodzony w 1947 roku w Wiedniu jako syn żydowskiego reemigranta, byłem otoczony rówieśnikami, których rodzice parę lat wcześniej usiłowali pozbawić życia moich. Jeśli chciałbym to ująć matematycznie, to mogę założyć, że – wnosząc z niewielkiej liczby Żydów w powojennym Wiedniu i dużej liczby nazistów w Wiedniu przed i w czasie wojny – w dzieciństwie i młodości byłem przeważnie otoczony młodymi ludźmi, których rodzice byli nazistami z przekonania.

Nigdy jednak na ten temat nie rozmawialiśmy. O przeszłości rodziców po prostu się nie mówiło. Nie było to świadome, lecz dzieci nie były chyba w stanie przekazywać tego, czego same nigdy nie przeżyły.

Ci „inni” to nie byli obcy, a jednak byli mi obcy. Kiedy tak siedziałem naprzeciw swoich rozmówców, stwierdziłem, że żyłem bardziej obok nich niż z nimi.

Wiedziałem, gdzie i jak przeżyli rodzice dzieci żydowskich, z którymi miałem kontakt. Losy rodziców „innych” były mi zupełnie nieznane. Nie przypominam sobie żadnej rozmowy z kolegami ze szkoły czy ze studiów, w której wspomnieliby o zaangażowaniu swoich rodziców w okresie nazizmu. Ja zachowywałem się często zupełnie odwrotnie. Opowiadałem o losach moich rodziców, o dramacie dziadków, jak gdybym chciał dowieść, że moje losy są inne niż większości żyjących w tym kraju.

Zapamiętałem jako wyjątkowe spotkanie z pewną niemiecką studentką w Londynie. Mieszkaliśmy wtedy przez przypadek w tym samym hotelu i zakochaliśmy się w sobie. Pewnego wieczoru, kiedy podrygiwaliśmy w rytm bardzo modnej wtedy muzyki Beatlesów, przyszło mi nagle do głowy, by wrzasnąć jej do ucha – bo muzyka była bardzo głośna – że my tu sobie tak beztrosko tańczymy, a przecież nasi ojcowie być może do siebie strzelali. Nie zrozumiała, o co mi chodzi, więc dodałem, że mój ojciec w 1938 roku uciekł z Wiednia do Londynu i walczył potem w armii brytyjskiej.

Radość i wszystko to, co obiecywałem sobie po tym wieczorze, ulotniły się natychmiast. Edda, bo tak moja przyjaciółka miała na imię, wróciła do stolika i powiedziała mi, że jej ojciec był w SS. Wypytywała mnie o moich rodziców, ale o swoim ojcu nie potrafiła udzielić żadnych informacji. Wszystko, co wiedziała, to to, że był w SS. Nie wiedziała ani gdzie, ani jaki miał stopień, ani co robił.

Dlatego też zajmowanie się potomkami tych, którzy tworzyli Trzecią Rzeszę, było błądzeniem w nie znanym mi terenie, wśród kobiet i mężczyzn, o których – jak stwierdziłem – niewiele wiedziałem; o ich kłopotach, przeżyciach i obciążeniach, jakie ciągnęli za sobą w spadku po historii swoich rodziców.

Zanim rozpocząłem pracę nad książką, zadałem sobie pytanie: W jaki sposób dotrzeć do dzieci nazistów? Były dwie możliwości. Pierwsza, to szukanie wśród potomków prominentów. I druga, to po prostu pytanie wokół, kto zna kogoś, kto pochodzi z rodziny nazistowskiej. Pierwsza metoda była prostsza. Gdy znalazło się jedną osobę, podawała na ogół kilka następnych adresów i tak, już po niedługim czasie, nawiązałem osobiście lub telefonicznie kontakt z około 25 osobami, których ojców można uznać za mniej lub bardziej reprezentatywne postacie okresu narodowego socjalizmu.

Nie wszyscy chcieli zgodzić się na rozmowę. Niektórzy urządzili już sobie nowe życie i oderwali się całkowicie od przeszłości, inni bali się, że będą musieli krytykować rodziców, jeszcze inni po prostu chcieli mieć spokój. Byli tacy, którzy odmówili, jak na przykład córka Göringa, z którą wywiad w parę miesięcy później ukazał się w jednym z tygodników ilustrowanych. Byli tacy, z którymi rozmawiałem, ale nie umieściłem ich wypowiedzi w tej książce. Od początku zamierzałem stworzyć swoistą mieszaninę głosów dzieci prominentów i tak zwanych sympatyków. Uwzględnienie tylko potomków znanych nazistów wprowadziłoby do książki ton mistyfikacji, a tego chciałem uniknąć. Trzecia Rzesza nie składała się przecież wyłącznie z wielkich wodzów. Przeciwnie. Były również setki tysięcy dzielnych i przyzwoitych urzędników, policjantów, oficerów, burmistrzów, pracowników kolei, nauczycieli itd., dzięki którym ta dyktatura mogła funkcjonować. I właśnie ci mnie interesowali; interesowały mnie ich dzieci – to, jak się wychowywały, co wiedziały, o co pytały i jak żyły ze świadomością tego, co wiedziały.

W przypadku mniej znanych nazistów byłem zdany na sygnały od przyjaciół i znajomych. Utworzyła się dzięki temu grupa rozmówców, którzy sami określali swoich rodziców jako nazistów. Punktem wyjścia nie byli dla mnie sprawcy jako tacy, lecz ich dzieci. I dlatego o wyborze rozmówcy nie decydowały czyny rodziców, lecz to, czy dana osoba określała swego ojca lub matkę jako nazistę, czy nie. Z rodzicami swoich interlokutorów nigdy nie rozmawiałem. Najważniejszym kryterium była dla mnie ocena dzieci.

Przy wyborze wywiadów do książki nie kierowałem się hierarchią okrucieństwa. Czyjeś losy nie dlatego są szczególnie interesujące, że jego ojciec był odpowiedzialny za śmierć stu tysięcy ludzi – w przeciwieństwie do drobnego burmistrza, który tylko kazał zamknąć kilku socjaldemokratów.

Podczas zbierania materiałów popełniłem kilka istotnych błędów. Często odmawiano mi rozmowy, gdyż sposób sformułowania przeze mnie pierwszego pytania zawierał już niejako potępienie ojca. Takie zdanie, które mnie wydawało się niewinne, jak: „Pański ojciec był znanym oficerem ,SS” lub „Jest pan synem znanego nazisty...” było dla wielu osób wystarczającym powodem, by odmówić mi wywiadu.

Musiałem więc zmienić sposób formułowania pytań i zacząłem mówić o ojcach, którzy „...w okresie narodowego socjalizmu byli aktywni...” czy też „...politycznie zaangażowani...” W przypadku niektórych posunąłem się tak daleko, że proponowałem im nawet, by w rozmowie ze mną prostowali zarzuty stawiane rodzicom.

Książka, która powstała w wyniku tych rozmów, składa się z wywiadów z dziećmi prominentów i mniej znanych nazistów, z mężczyznami i kobietami, którzy nienawidzą bądź ciągle jeszcze uwielbiają swoich rodziców, którzy uważają ich za morderców lub bohaterów, albo też widzą w nich ludzi, którzy niczym nie różnią się od innych. Próbę podzielenia dzieci nazistów na grupy i ocenę lub interpretację ich zachowania pozostawiam specjalistom. Mój zestaw nie jest reprezentatywny. To dowolny zestaw losów ludzkich z dzisiejszych Niemiec i Austrii. W czterdziestu wywiadach, jakie przeprowadziłem, znalazłem wszelkie możliwe reakcje na postępowanie rodziców. Mimo różnic występują jednak również pewne podobieństwa.

Moim najważniejszym chyba „odkryciem” było stwierdzenie faktu, że pokolenie powojenne nigdy osobiście nie zetknęło się ze swoimi rodzicami w roli bohaterów nazistowskich. Uśmiechnięty młody bohater w mundurze SS, pełen wiary w Hitlera i ostateczne zwycięstwo, także dla nich był już tylko historią. Znali go ze zdjęć i z książek. Urodzeni na krótko przed końcem wojny lub tuż po jej zakończeniu zapamiętali rodziców w innej roli: często jako uciekinierów, jako ofiary bombardowań, bez mieszkania i bez pracy, poszukiwanych przez aliancką policję, aresztowanych i nierzadko skazywanych – a więc jako ofiary wojny. Jako ofiary przegranej wojny.

Jedna z kobiet opisała mi swego ojca, wysokiego oficera SS, który sprawował odpowiedzialną funkcję w jednym z obozów koncentracyjnych, jako „...nerwowego, trzęsącego się człowieka, który żył w ciągłym strachu przed policją. Mieszkaliśmy w czwórkę w jednym pokoju, ojciec nie miał pracy, tylko nocą ośmielał się wyjść na ulicę. Czy tak wyglądają żądne władzy potwory, które mają na sumieniu miliony? Nigdy nie mogłam sobie wyobrazić ojca w takiej roli...” Dzieci nazistów nigdy nie znały swoich rodziców w roli sprawców; odgrywali oni tę rolę co najwyżej we własnej rodzinie. Rodzice czuli się ofiarami i zostali w tej roli zaakceptowani przez swoje dzieci, gdy były one jeszcze małe.

Kiedy jednak dzieci nazistów osiągnęły wiek, w którym dowiedziały się o prawdziwej roli rodziców w czasie wojny, często same stawały się ofiarami – ofiarami własnych rodziców. Wielu moich rozmówców przedstawiało siebie właśnie w takiej roli. Jako ofiary faszystowskiego sposobu myślenia, który, po przegranej wojnie, kontynuowano we własnej rodzinie. Okoliczności zmieniły się, Niemcy i Austria od dawna już były państwami demokratycznymi, ale mentalność narodowosocjalistyczna tkwiła głęboko w umysłach sprawców i współsprawców. Pokolenie powojenne zatem miało stale do czynienia z demokratycznym otoczeniem z jednej strony i faszystoidalną strukturą rodziny z drugiej.

Jako przykład pragnę przedrukować tu list, jaki w latach sześćdziesiątych pewien młody muzyk z Linzu otrzymał od ojca, gdy oznajmił mu, że zakochał się w Żydówce.

Linz, wtorek 6.4.1965

Mój drogi Herwigu!

Jeśli dziś jeszcze do Ciebie piszę, to z ważnego powodu. W piątek Ina wraca do Frankfurtu. Wtedy zaczną się dla Ciebie niełatwe dni. Może będzie dla Ciebie pocieszeniem, gdy Ci powiem, że Twoje problemy są moimi problemami i że oceniam Twoją sytuację nie tylko sercem, lecz także rozumem, nie tylko sytuację aktualną, lecz także każdą inną, jaka mogłaby zaistnieć. Usilnie Ci zalecam, byś pożegnał się tymczasem w miłej, acz niezobowiązującej formie, dając do zrozumienia, że pozostaniecie w kontakcie listownym. Wszelkie sprawy nie wyjaśnione, problemy, uzgodnienia itp. odłóż na później. Pozostaw sprawę otwartą. Tę radę daję Ci ze względów taktycznych. A teraz przejdźmy do sprawy zasadniczej, nie owijając niczego w bawełnę.

Wiele zdarzyło się w Twoim związku z Iną, ale także w naszych wzajemnych stosunkach. Wiele można by krytykować, radzić, przemyśliwać, porównywać itd. Mama i ja jesteśmy tego samego zdania, uważając, że pewne braki Iny z czasem dałoby się może nadrobić. Zdajemy sobie sprawę, że i Ty popełniłeś niejeden błąd. Wszystko to można by przedyskutować i udzielić Ci stosownych rad. Od niedawna jednak doszło do tego fatalne wręcz obciążenie, jakim jest pochodzenie Iny. Dziś na wiele spraw patrzę całkiem innymi oczyma. Na problem ten trzeba spojrzeć z dwojakiego punktu widzenia. Po pierwsze, osobistego: bardzo to smutne oczywiście; Ina nie jest przecież temu winna. Z uwagi na nią należy więc tego problemu taktownie nie dostrzegać tak długo, dopóki ona nikogo nie zmusza do zmiany poglądów czy zachowania. Kierując się osobistym, pełnym współczucia zrozumieniem przyrzekłem też natychmiast, że będę Inę traktował uprzejmie i przyjmował u nas. W piątek zamierzam również odprowadzić ją na dworzec. Będę po Was punktualnie, jeśli w pracy nic nie wypadnie. A potem osobiście odwiozę ją na stację. Widzisz więc, jak rzeczowe jest moje stanowisko w tej sprawie. Aby jednak nie było żadnych nieporozumień, zaznaczam: decyzja należy wyłącznie do Ciebie. Moja zaś do mnie i brzmi ona: od momentu wyjazdu Iny moje drzwi pozostają dla niej definitywnie zamknięte.

To suche oświadczenie brzmi bardzo ostro. Ma ono jednak dwie przyczyny. Po pierwsze, nie mam zamiaru w żadnym wypadku zmieniać moich zasadniczych poglądów życiowych. I po drugie, chodzi o Ciebie. Wiem, że nie dorosłeś do tego, by trwale znosić nieuchronne, wyniszczające psychicznie obciążenie, nawet przy najlepszych chęciach. Część Twego środowiska traktowałaby Cię z zastrzeżeniami i rezerwą, ale Ty prawdopodobnie dopatrywałbyś się tej rezerwy i tam, gdzie by jej wcale nie było. Moim obowiązkiem jako ojca jest zwrócić Ci uwagę na konsekwencje i powiedzieć Ci jasno i bez ogródek, czego mógłbyś lub nie mógł ode mnie oczekiwać, gdybyś do mojej, naszej rodziny wprowadził osobę pochodzenia żydowskiego. Muszę Ci to powiedzieć niezależnie od tego, na ile bezwzględnie to zabrzmi.

Pozostawiam Ci czas do namysłu i radzę Ci również, byś zastanowił się, zanim podejmiesz decyzję. Jeśli zdecydujesz jednak uznać ten epizod Twego życia za zamknięty raz na zawsze, powiedz mi o tym. Już teraz czynię Cię uważnym, że istnieje możliwość zastosowania środków prawnych, do czego jednak nie musi dojść i, mam nadzieję, nie dojdzie. I dlatego proszę Cię, byś teraz jak najmniej zwracał na siebie uwagę. Po pierwszych listach daj mi znać, zanim na skutek nieznajomości rzeczy lub pod wpływem impulsu napiszesz coś, co mogłoby Ci zaszkodzić. Pod koniec tygodnia przyjedziesz i będziemy mogli jeszcze porozmawiać na ten temat. Bądź wobec Iny bardzo miły, jej sytuacja też nie jest wesoła. Ale bądź ostrożny. Unikaj słowa małżeństwo. W ostateczności miałbyś do czynienia z siłą, której Ty sam ze swymi osobistymi poglądami musiałbyś się absolutnie i bez reszty poddać i poddałbyś się.

Zrozum więc mój niepokój, to niepokój ojca o syna.

Wiele serdecznych pozdrowień i ucałowań

Tatuś

Twój stosunek do otoczenia: Twój gość odjeżdża, aby kontynuować studia. Poza tym nikomu ani słowa.

Anna, lat 39

Swoje życie mogłabym opowiedzieć w paru zdaniach. Urodzona w 1947 roku w Monachium. Dzieciństwo w Monachium. Szkoła w Monachium. Z zawodu pielęgniarka. Ślub w wieku 28 lat. Obecnie w domu. Matka dwojga dzieci. Mąż pracuje w banku. Dba o nas. Ja dbam o dom. Powodzi nam się dobrze.

Wszystko inne już nie tak łatwo opowiedzieć. Streścić by to można mniej więcej tak. Kiedy miałam trzynaście lat, dowiedziałam się, że mój ojciec nie był w czasie wojny na froncie, jak by to wynikało z opowiadań matki, lecz pracował w obozie koncentracyjnym; że moja matka nie siedziała w domu wyczekując wiadomości od ojca walczącego z naszymi wrogami... Ojciec co wieczór wracał do domu. Jak z biura. Siadał przy stole i zjadał zupę naszykowaną przez matkę ciężko pracującemu mężowi. Wykonywał swoją pracę, ona swoją.

Pamiętam dokładnie, że kiedy miałam dwanaście lat – to było w 1959 roku – dostaliśmy list, który zmienił wszystko, ale to dosłownie wszystko. Równocześnie jednak wszystko pozostało po staremu. Wiem, że to brzmi jak sprzeczność, ale tak było. Niezależnie od tego, na ile ważne i doniosłe były tamte przeżycia, to w zasadzie niewiele zmieniły.

Ojciec został wtedy zadenuncjowany. Przez byłych więźniów. Nie wyobraża pan sobie, co się wtedy u nas działo. Pan ze swoją przeszłością nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. W tym czasie ojciec pracował na policji. Otrzymał tę pracę wkrótce po wojnie. Miał więc pracę, powodziło nam się całkiem nieźle, byliśmy zupełnie normalną rodziną. Być może byliśmy nawet szczęśliwi, nie wiem. W każdym razie nie przypominam sobie, bym była jakoś szczególnie nieszczęśliwym dzieckiem. Ale faszyzm? Czasy nazizmu? Prześladowanie Żydów? O tym wszystkim się u nas nie mówiło.

„Ojciec walczył na froncie, tak jak wszyscy mężczyźni” – powtarzała matka. A ja nie powinnam się dopytywać, boby go to za bardzo zdenerwowało. A więc o nic nie pytałam. Zresztą po co miałam to robić? Wojna? To było kiedyś tam, przed moim urodzeniem. Widziało się wprawdzie jeszcze w mieście zniszczone domy, ale wszystko inne to były opowieści, przeżycia innych, nie moje.

I wtedy przyszedł ten list. Nie mogę sobie przypomnieć, czy z jakiegoś urzędu, czy od adwokata, nie mam pojęcia. Nigdy go zresztą nie czytałam. Pewnego wieczoru, w kilka dni po nadejściu listu, ojciec nie wrócił do domu. Siedziałyśmy z matką w kuchni i jadłyśmy kolację. Czułam, że coś wisi w powietrzu. Od kilku dni prawie się do mnie nie odzywano. Ojciec i matka mieli poważne twarze, matka często nawet łzy w oczach. Jeszcze dziś sama się sobie dziwię, że o nic wtedy nie zapytałam. Wszystko widziałam, wszystko słyszałam, nie zastanawiałam się nad niczym, żyłam swoim małym życiem uczennicy i myślałam sobie, że jeśli to będzie mnie dotyczyło, to przecież matka mi powie. Oczywiście wyczułam, że coś się dzieje. Ojciec stale gdzieś telefonował, przestał chodzić do pracy. Co wieczór przychodzili jacyś mężczyźni z teczkami pod pachą. Irytowało mnie tylko, że swoje dyskusje prowadzili w salonie i nie mogłam oglądać telewizji.

Siedziałam więc z matką w kuchni i jadłam zupę.

Aż w pewnej chwili matka podniosła głowę, popatrzyła na mnie i powiedziała: „Anno, jesteś już na tyle duża, że powinnam z tobą pomówić”. Odłożyłam łyżkę, patrzyłam na nią, słuchałam i nie rozumiałam ani słowa. Wydała mi się wtedy niemal śmieszna i do dziś jeszcze cała ta sytuacja wydaje mi się dziwaczna. Matka po raz pierwszy była tak niepewna rozmawiając ze mną. Bełkotała coś histerycznie. Była to bezładna mieszanina słów przerywana szlochem, kończąca się niezmiennie tymi samymi słowami: „Jeśli kiedykolwiek ktoś zapyta cię o ojca, o niczym nie wiesz. A jeśli będą cię pytać, co twoi rodzice opowiadali o wojnie, powiesz, że nic. Zrozumiałaś? Obojętne, kto cię zapyta, nic nie wiesz!” Potem próbowała mi coś tłumaczyć, mówiła o pomyłkach, o oszczerstwach, o złych ludziach, którzy chcą zabrać nam ojca. Nic a nic z tego nie rozumiałam. A że nie miałam w zwyczaju stawiać pytań, a już tym bardziej niczego kwestionować, byłam zadowolona, że kazano mi milczeć. Co zresztą mogłabym powiedzieć?

Matka okropnie się wtedy bała. W każdym razie tak mi się dziś wydaje. Bała się nawet mnie, bała się policji, procesu, sąsiadów, a prawdopodobnie i tych, którzy przeżyli.

Nasze życie stawało się coraz bardziej nerwowe. Każdego wieczoru przychodziło kilku mężczyzn. Siedzieli z ojcem, matka najczęściej przesiadywała w kuchni, płacząc, i od czasu do czasu zanosiła im piwo albo kawę. Do ojca w ogóle nie mogłam się odezwać. Nie chodził już do pracy, cały dzień przesiadywał w domu, ale prawie się nie odzywał. Schodziłam mu z drogi, unikałam kontaktu z nim i – nawet jeśli brzmi to dziwnie – zaczęłam się pomału trochę odsuwać od rodziców.

Trwało to cały rok. A potem nastąpiło kolejne dramatyczne wydarzenie. Miałam już trzynaście lat i czułam się coraz bardziej dorosła. Zaczęłam stawiać opór najczęściej w błahych sprawach, które mnie wydawały się wtedy bardzo ważne. Ot choćby ta, żeby nie włożyć tego, co mi matka przygotowała, albo pójść sobie jeszcze po południu z przyjaciółką na spacer. Coś, co dla moich dzieci w ogóle nie stanowi problemu.

Pewnego popołudnia, na krótko przed wakacjami – rodzice byli od kilku dni jeszcze bardziej zdenerwowani – zadzwonił telefon. Matka siedziała tuż obok, zdawała się czekać. Podniosła słuchawkę, ale oprócz coraz głośniej powtarzanego „tak, tak” nie powiedziała nic więcej. Odłożyła słuchawkę, miała łzy w oczach, podeszła do mnie, objęła mnie i powiedziała: „Teraz znów wszystko będzie dobrze. Nie mogli skrzywdzić twego ojca. Znowu wszystko będzie dobrze”.

I wtedy zadałam to pytanie. Pierwsze prawdziwe pytanie w moim życiu, jakie zadałam matce. Może się pan ze mnie śmiać, może się pan dziwić, może pan uważać mnie za ograniczone, spóźnione w rozwoju dziecko, ale wtedy po raz pierwszy zapytałam: „Mamo, co będzie znowu dobrze?” A matka odpowiedziała: „Twego ojca uniewinniono, jest niewinny. Zawsze był niewinny”.

I jak gdyby ten telefon i reakcja matki dodały mi lat, zaczęłam pytać nerwowo, w podnieceniu: jak to go uniewinniono, co on zrobił, kto go oskarżył, dlaczego go oskarżono? Pytałam i pytałam, bez końca.

Nie muszę dodawać, że niczego się od matki nie dowiedziałam. Wiła się jak piskorz, znowu padały słowa, które znałam na pamięć: bezczelność, wyparcie się, terror władzy i – proszę się nie przerazić – Żydzi. To słowo padło jednak po raz pierwszy. Nigdy przedtem moi rodzice nie mówili o Żydach, to słowo zdawało się dla nich nie istnieć.

W tym momencie skończyła się moja naiwność i dziecięca łatwowierność. Zrodziła się we mnie nieufność. Po raz pierwszy zaczęłam podejrzewać, że coś przede mną ukrywano.

W godzinę później wrócił ojciec, był już lekko wstawiony. Przyszło z nim kilkoro mężczyzn i kobiet z zaczerwienionymi twarzami, roześmianych, każdy obejmował mnie i całował. Czułam obrzydzenie. Potem przyniesiono beczki piwa. Świętowali jego uniewinnienie. To było straszne *— tak dziś o tym myślę. Nie czuję się na siłach, by go oceniać czy wręcz potępiać. Nie chcę teraz mówić o tym, co robił w czasie wojny; być może grożono mu, może szantażowano. Kto wie, jak ja bym się wtedy zachowała. Ale dlaczego od razu takie świętowanie? Po co zachowywać się tak, jak gdyby lokalna drużyna piłki nożnej wygrała mecz? Nie przesadzam, ale był to najgorszy wieczór w moim życiu. I jeszcze gorsze są moje wspomnienia dziś, gdy wiem już, o co oskarżono ojca.

Po kilku dniach wszystko wróciło do normy. Ojciec znowu chodził do pracy. Matka sprzątała, gotowała, robiła zakupy. Ja dalej chodziłam do szkoły. Coraz bardziej jednak chciałam dociec tej tajemnicy. Z rodziców nic nie można było wydusić. A uwag i aluzji, często cynicznych, krótkich zdań rzucanych przez sąsiadów, kolegów i nauczycieli po prostu nie rozumiałam, było dla mnie przecież oczywiste i niepodważalne, że mój ojciec był w czasie wojny normalnym żołnierzem, jak wszyscy inni. W dwa tygodnie później wiedziałam już znacznie więcej.

Dziś łatwo się to mówi. I brzmi to też tak patetycznie. Ileż to już razy rozmawiałam na ten temat z mężem. Ale cóż jest najważniejszym wydarzeniem w życiu człowieka? A więc moim na pewno nie było odkrycie, że mój ojciec był dowódcą straży w jednym z obozów koncentracyjnych i został oskarżony o morderstwo. Pewnego dnia dowiedziałam się tego, no i co? Czy myśli pan, że coś się przez to zmienia? Czy miałam uciec z domu? A może sporządzić prywatny akt oskarżenia przeciw matce i ojcu, którzy przez lata okłamywali swoją córkę? Karmili mnie, w zimie ciepło ubierali, na Boże Narodzenie była choinka i prezenty. Czy ja dla swoich dzieci robię coś więcej? Ojciec – morderca, ależ to brzmi. Moje życie nie toczyło się tak dramatycznie jak w powieściach Dostojewskiego, a przy tym obcowałam na co dzień z nieprawdziwymi bohaterami.

Mieliśmy wtedy w szkole takiego jednego nauczyciela, był już starszy, ale zawsze życzliwy i miły. Choćbyśmy nie wiem co wyprawiali na lekcji, zawsze zachowywał spokój. Nie traktowaliśmy go zbyt poważnie. Ale kiedyś po lekcji, gdy prawie wszystkie dzieci opuściły już klasę, podszedł do mnie i powiedział cicho: „Anno, jeśli kiedyś nie będziesz mogła sobie poradzić, zwłaszcza ze sprawą twego ojca, możesz spokojnie do mnie przyjść. Spróbuję ci pomóc.”

Nikt jeszcze w ten sposób się do mnie nie zwrócił. Już w kilka dni później byłam u niego. Zaprosił mnie do siebie. Oczywiście, że to nie było czymś zwyczajnym. Dlaczego to zrobił? Nie wiem. Nigdy go o to nie pytałam. Chodziłam do niego przez kilka kolejnych dni. Jeszcze dziś jestem z nim w kontakcie. Ma już prawie osiemdziesiąt lat. Nigdy nie rozmawiamy na temat mego ojca. Zastępuje mi poniekąd dziadka, a może i ojca. Jest takim zwyczajnym, prostolinijnym człowiekiem. Wszystko jest tak, jak mówi, wierzę mu w każde słowo, a jego rady przyjmuję jak rady lekarza.

Co mi wtedy opowiedział? A cóż mi miał opowiedzieć? Kto może sobie wyobrazić trzynastoletnią dziewczynkę, na tyle głupią, że nigdy nie słyszała o okropnościach obozów koncentracyjnych, i na tyle naiwną, że zawsze wierzyła rodzicom. Kiedy się dowiedziałam, co się naprawdę zdarzyło, przeżyłam pierwszy szok. Drugi szok nastąpił, gdy dowiedziałam się, że brał w tym udział mój ojciec. Oczywiście wiedziałam, że istniały obozy koncentracyjne i że wymordowano sześć milionów Żydów. Mówiono o tym na lekcjach. Ale mówiono również, że wilk pożarł Czerwonego Kapturka, a Tadek Niejadek umarł z głodu, bo nie zjadł zupy. Mówiono o wyprawach krzyżowych, a kiedy byłam już starsza – o Rewolucji Francuskiej. A gdy byłam jeszcze starsza – o drugiej wojnie światowej i komorach gazowych. Ale kto, na miły Bóg, powiedział nam kiedykolwiek, że robili to nasi rodzice? Że w czasie Rewolucji Francuskiej skazano na śmierć tysiące ludzi? Pamiętam, jak sugestywnie opisywał nam nauczyciel historii zbrodnie Robespierre’a. Ale że piekarz z sąsiedztwa, a może nauczyciel angielskiego albo ten sympatyczny policjant, który zawsze zatrzymywał samochody, kiedy przechodziłam przez jezdnię, że urzędnik z biura paszportowego brali udział w morderstwach w czasie wojny?! A na dodatek jeszcze własny ojciec!

Lekcje historii i inne opowieści to były bajki z zamierzchłych czasów. Byliśmy przecież miłymi, wesołymi dziećmi. Zawsze w czystych sukienkach, z kokardą we włosach. W niedzielę ojciec nosił mnie na barana po lesie. Graliśmy w trójkę w piłkę, jedno z nas zawsze w środku. Kiedy ten, co był w środku, nie złapał, zmienialiśmy się. Wesołe, beztroskie życie. Porządne i przyzwoite aż nie do wytrzymania.

Nie było w nim miejsca na zabitych, na wojnę, na niebezpieczeństwa. Nie było miejsca na smutek. Tak jest. W naszej rodzinie nie było żałoby. Nikt nie zginął na wojnie. Bracia mego ojca przeżyli, dziadkowie byli za starzy na służbę wojskową. W czasie bombardowań też nikt nie zginął. Ale być może nie to było przyczyną.