Już nie uciekam - Anna Sakowicz - ebook + audiobook + książka

Już nie uciekam ebook i audiobook

Anna Sakowicz

4,3

Opis

Joanna potrafi zaskakiwać zarówno siebie, jak i najbliższych. Jest narzeczoną Artura, iskrzy między nią a Jaromirem, w dodatku pojawia się kolejny zagadkowy mężczyzna. Pomimo wątpliwości, bohaterka zaczyna urzeczywistniać swoje marzenia. Przeprowadza się na Kociewie i podejmuje decyzję o uruchomieniu kawiarni w lokalu, z którym wiążą się pewne tajemnice. Nadal pracuje jako wolontariuszka w hospicjum dla dzieci. Pisze dla nich bajki. Wkrótce zgłasza się poważny wydawca, który chce je opublikować, ale stawia warunki...
Nowa powieść Anny Sakowicz jest historią o dojrzałej, potarganej przez życie kobiecie, która pragnie stworzyć prawdziwy dom z właściwym partnerem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 396

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 22 min

Lektor: Joanna Gajór

Oceny
4,3 (58 ocen)
31
16
10
1
0

Popularność




Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część ni­niej­szej książ­ki nie może być re­pro­du­ko­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych

Ilo­na Go­styń­ska-Rym­kie­wicz

Redakcja

Ju­sty­na No­sal-Bart­ni­czuk

Zdję­cia na okładce

© Ale­na Oze­ro­va / fo­to­lia.pl

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, łamanie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bociek

Korekta

Bar­ba­ra Ka­szu­bow­ska

Ni­niej­sza po­wieść to fik­cja li­te­rac­ka. Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń rze­czy­wi­stych jest w tej książ­ce nie­za­mie­rzo­ne i przy­pad­ko­we.

Wy­da­nie I, Ka­to­wi­ce2017

Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na s.c.

biu­[email protected]­ra­go­dzi­na.pl

www.sza­ra­go­dzi­na.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 War­sza­wa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na, 2016

tekst © Co­py­ri­ght by Anna Sa­ko­wicz

ISBN 978-83-65684-13-4

Ma­mie i Ta­cie

Rozdział 1

Do­bry hu­mor prysł jak bań­ka my­dla­na ja­kieś pięt­na­ście mi­nut temu. Sta­ły­śmy z Olgą przed wej­ściem do kina. Co chwi­lę któ­raś z nas ner­wo­wo spo­glą­da­ła na ze­ga­rek. Za­raz roz­pocz­nie się se­ans, a Be­aty i Izy cią­gle nie było. Z pew­no­ścią jed­na z nich mia­ła bi­le­ty za­gu­bio­ne gdzieś w cze­lu­ściach ogrom­nej to­reb­ki i na­wet kie­dy ra­czy się po­ja­wić, spę­dzi­my kil­ka mi­nut na prze­trzą­sa­niu jej tor­bisz­cza. Prze­stę­po­wa­łam z nogi na nogę, bo tro­chę jed­nak zmar­z­łam w cien­kich ba­le­rin­kach. Wrze­sień tego roku był chłod­ny, a szcze­gól­nie ostat­nie dni dały się we zna­ki. De­li­kat­ny wia­te­rek hu­lał po mo­ich sto­pach w naj­lep­sze, jak­by na­gle do­ko­nał ge­nial­ne­go od­kry­cia, że moż­na w ten spo­sób czło­wie­ka za­drę­czyć. Szczel­niej owi­nę­łam się swe­trem. Nie­ste­ty nie mia­łam przy so­bie skar­pet, któ­re mo­gła­bym wci­snąć na sto­py.

– Gdzie one są? – de­ner­wo­wa­łam się.

– Cze­kaj, za­dzwo­nię, że wcho­dzi­my do środ­ka. Prze­cież za­raz za­mar­z­nie­my!

Olga wy­ję­ła te­le­fon i wpa­try­wa­ła się w wy­świe­tlacz, ja na­to­miast pa­trzy­łam przed sie­bie. Li­czy­łam wol­ne miej­sca na par­kin­gu. Kie­dy zo­sta­ło tyl­ko jed­no, mia­łam ocho­tę roz­siąść się na as­fal­cie, by trzy­mać miej­sców­kę dla Be­aty. Na szczę­ście nie zdą­ży­łam ge­nial­ne­go pla­nu wcie­lić w ży­cie, bo wy­je­cha­ły dwa auta, ro­biąc wię­cej prze­strze­ni dla mo­jej ko­le­żan­ki.

– Są! – krzyk­nę­łam, kie­dy tyl­ko zo­ba­czy­łam dwie ko­bie­ty pę­dzą­ce w na­szą stro­nę. Przy­znam, że wi­dok mnie lek­ko zdzi­wił. Be­ata tar­ga­ła tor­bę spor­to­wą wy­peł­nio­ną po brze­gi. Iza bie­gła obok z ja­kąś sia­tą rów­nie ob­fi­cie wy­pa­ko­wa­ną. – One na za­ku­pach były? – ode­zwa­łam się do Olgi. – Wi­dzisz to, co ja?

– Po­wa­rio­wa­ły – od­po­wie­dzia­ła zdu­mio­na ich wi­do­kiem. – Cze­mu tego w au­cie nie zo­sta­wi­ły?

Obie mia­ły za­dysz­kę, choć od­ci­nek, któ­ry prze­bie­gły, nie po­wa­lał dłu­go­ścią.

– Sor­ki! – wrza­snę­ła Be­ata. – Mam bi­le­ty! Idzie­my!

Za­ma­cha­ła nam przed no­sem świst­ka­mi pa­pie­ru.

We­szły­śmy do kina. Pra­wie wszyst­kie miej­sca były już za­ję­te, więc prze­ci­ska­ły­śmy się mię­dzy rzę­da­mi wy­peł­nio­ny­mi przed­sta­wi­ciel­ka­mi płci pięk­nej. Tego dnia od­by­wał się se­ans dla ko­biet po­łą­czo­ny z ja­kąś pre­zen­ta­cją i kon­kur­sa­mi. Be­ata za­pew­nia­ła, że to świet­na im­pre­za. Po­dob­no bywa na ta­kich po­ka­zach co mie­siąc i za­wsze ka­pi­tal­nie się bawi.

Przy­je­cha­łam do ro­dzin­ne­go mia­sta tyl­ko na kil­ka dni. Wczo­raj sfi­na­li­zo­wa­łam trans­ak­cję sprze­da­ży miesz­ka­nia i ju­tro mia­łam wra­cać na Ko­cie­wie. Jesz­cze rok temu nie przy­pusz­cza­łam, że kie­dy­kol­wiek przyj­dzie mi się prze­pro­wa­dzać na sta­łe. Wzię­łam rocz­ny urlop dla po­ra­to­wa­nia zdro­wia. Mia­łam od­po­cząć, a zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wa­łam całe ży­cie. Ma­muś­ka za­an­ga­żo­wa­ła mnie w opie­kę nad osiem­dzie­się­cio­pię­cio­let­nią cio­cią Zo­sią miesz­ka­ją­cą sa­mot­nie w Sta­ro­gar­dzie Gdań­skim. Oka­za­ło się, że to pod­stęp. Spryt­na ro­dzi­ciel­ka chcia­ła mnie ze­swa­tać z sy­nem są­siad­ki cio­ci – Pio­trem Praż­mow­skim, piesz­czo­tli­wie na­zy­wa­nym Blu­blu­siem. Jej plan nie­ste­ty nie wy­pa­lił, bo Piotr wo­lał przed­sta­wi­cie­li wła­snej płci, ale za­przy­jaź­ni­li­śmy się. Dzię­ki nie­mu roz­po­czę­łam pra­cę jako wo­lon­ta­riusz­ka w ho­spi­cjum dla dzie­ci. Na­pi­sa­łam i wy­da­łam kil­ka ba­jek. Nie lada wy­czy­nem było też zła­ma­nie ręki i roz­bi­cie łe­pe­ty­ny. Dzię­ki temu po­zna­łam Ar­tu­ra – cho­dzą­cą do­sko­na­łość. To on mnie ope­ro­wał. Chcąc nie chcąc, za­ko­cha­łam się, a przy­naj­mniej na to wska­zy­wa­ły wszyst­kie ob­ja­wy, choć stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści wciąż nie mia­łam. Dla nie­go po­sta­no­wi­łam sprze­dać miesz­ka­nie w Za­chod­nio­po­mor­skiem i prze­nieść się na Ko­cie­wie. Po­nad­to moja cór­ka Lu­sia cho­dzi­ła już do li­ceum w Gdań­sku i nie chcia­ła sły­szeć o po­wro­cie do domu. Od kil­ku ty­go­dni je­stem bez­ro­bot­na. Dzi­siaj w bar­dzo spe­cy­ficz­ny spo­sób że­gnam się z ro­dzin­nym mia­stem.

– Au­aaa! – syk­nę­łam, kie­dy Iza na­dep­nę­ła mi na sto­pę i przy­wa­li­ła sia­tą w gło­wę.

– Prze­pra­szam – po­wie­dzia­ła ci­cho i za­ję­ła wresz­cie miej­sce obok mnie.

– Po co wam te to­bo­ły? – spy­ta­łam, bo ko­le­żan­ki wy­glą­da­ły ni­czym no­ma­dy. Zu­peł­nie jak­by całe domy za­pa­ko­wa­ły w tor­by i z sen­ty­men­tu za­bra­ły na se­ans fil­mo­wy.

– Zo­ba­czysz – od­po­wie­dzia­ła Be­ata.

Po dwóch mi­nu­tach na sce­nie po­ja­wi­ła się para pre­zen­te­rów. Przy­wi­ta­no nas, przed­sta­wio­no spon­so­rów dzi­siej­sze­go wie­czo­ru i fun­da­to­rów na­gród. Od razu na wiel­kim ekra­nie po­ja­wi­ły się do­brze zna­ne zna­ki fir­mo­we. W tle roz­brzmie­wa­ła przy­jem­na mu­zycz­ka. Roz­luź­ni­łam się, choć to­reb­kę cały czas trzy­ma­łam kur­czo­wo. Nie opusz­cza­ła mnie świa­do­mość, że mam tam kar­tę płat­ni­czą. Na moim kon­cie w ban­ku le­ża­ko­wa­ło te­raz rów­niut­kie sto osiem­dzie­siąt ty­się­cy zło­tych. Wy­obra­ża­łam so­bie te kup­ki bank­no­tów sta­ran­nie uło­żo­ne w ja­kiejś skryt­ce ban­ko­wej. Uśmie­cha­łam się do tej my­śli, jed­nak za­raz po­ja­wiał się lęk, że ktoś ukrad­nie mi kar­tę, wszyst­ko prze­pad­nie i zo­sta­nę bez­ro­bot­ną bez go­tów­ki, a śmia­łe pla­ny i ma­rze­nia le­gną w gru­zach. Ści­snę­łam więc moc­niej to­reb­kę. Czu­łam się, jak­bym mia­ła na czo­le wy­pi­sa­ny stan kon­ta ban­ko­we­go.

– Co ty tak sztyw­no sie­dzisz? – spy­ta­ła Olga.

– Nie­ee, wy­da­je ci się – od­po­wie­dzia­łam i lek­ko zsu­nę­łam się na krze­śle, przyj­mu­jąc na po­zór wy­lu­zo­wa­ną po­zy­cję. Za­mie­rza­łam prze­cież do­brze się ba­wić. Tyl­ko jak się zre­lak­so­wać ze świa­do­mo­ścią ta­kie­go bo­gac­twa? Z tru­dem od­ga­nia­łam od sie­bie my­śli o pie­nią­dzach. A kysz, a kysz! Je­stem bez­ro­bot­ną kurą do­mo­wą! Je­stem bied­na jak mysz ko­ściel­na!

Na­gle sala ryk­nę­ła śmie­chem. Wpa­dłam w po­płoch, bo nie usły­sza­łam żar­ci­ku wy­po­wie­dzia­ne­go przez ele­ganc­kie­go pana z mi­kro­fo­nem. Dziew­czy­ny uśmie­cha­ły się od ucha do ucha. Po­sta­no­wi­łam więc sku­pić się wresz­cie na tym, co dzia­ło się na sce­nie. Wy­szcze­rzy­łam zęby w sztucz­nym uśmie­chu.

– Za­pra­sza­my po od­biór na­gród pa­nie, któ­ó­ó­re­ee ma­aają – pro­wa­dzą­cy prze­cią­gał, pró­bu­jąc stwo­rzyć na­pię­cie. Nie ła­pa­łam, o co cho­dzi, ale sala za­mar­ła w ocze­ki­wa­niu na ciąg dal­szy. Za­uwa­ży­łam tyl­ko, że Iza i Be­ata umie­ści­ły swo­je to­boł­ki na ko­la­nach, jak­by były w peł­nej go­to­wo­ści do uciecz­ki.– Ma­aają… – po­wtó­rzył po­wo­li. – Su­szar­kę do wło­sów! – wy­pa­lił jak z ar­ma­ty.

Na­gle roz­le­gły się krzy­ki. Za­pa­no­wał po­płoch.

– Mam! Mam! – wrzesz­cza­ła Be­ata. Wy­sko­czy­ła z krze­sła jak fi­lip z ko­no­pi. Nie zwa­ża­jąc na na­sze sto­py, prze­ci­ska­ła się mię­dzy ludź­mi.

– Kur­czę, a ja nie mam – po­wie­dzia­ła zmar­twio­na Iza.

– Jezu – szep­nę­łam. – Co się dzie­je?

– Ro­zu­miesz coś z tego?! – spy­ta­ła Olga.

Za­prze­czy­łam ru­chem gło­wy. Za to do sce­ny bie­gły ko­bie­ty z dal­szych rzę­dów. Każ­da dzier­ży­ła w dło­ni su­szar­kę do wło­sów i ni­czym trans­pa­ren­tem ma­cha­ła nią nad gło­wą, wrzesz­cząc: „Ja mam! Ja mam!”.

– O, ma­muń­ciu – mruk­nę­łam pod no­sem.

Wszyst­kie pa­nie, któ­re mia­ły od­po­wied­ni re­kwi­zyt, do­sta­ły dar­mo­wy bi­let do kina.

Pro­wa­dzą­cy po­dzię­ko­wał pa­niom, a po­tem znów wy­wo­ły­wał:

– Te­raz te oso­by, któ­re mają ze sobą… – Za­le­gła chwi­la ci­szy, za­in­sce­ni­zo­wa­na, by znów zbu­do­wać na­pię­cie. Iza i Be­ata wsa­dzi­ły dło­nie do swo­ich pa­kun­ków i wy­cze­ki­wa­ły w pod­nie­ce­niu. – Ma­aają­ąą… ma­szyn­kę do go­le­nia!

– Jest! – krzyk­nę­ły rów­no­cze­śnie i wy­star­to­wa­ły z krze­se­łek, nie zwa­ża­jąc na nas.

– To się dzie­je na­praw­dę? – spy­ta­łam Olgę.

Par­sk­nę­ły­śmy ta­kim śmie­chem, że nie spo­sób się było opa­no­wać. Trzę­słam się w re­cho­cie. Tym­cza­sem sta­do roz­wrzesz­cza­nych bab z ma­szyn­ka­mi w dło­niach pę­dzi­ło do pro­wa­dzą­cych. Każ­da do­sta­ła w na­gro­dę żel do de­pi­la­cji!

Po­tem męż­czy­zna wy­wo­ły­wał ko­bie­ty z książ­ką, z lo­ków­ką, z la­tar­ką i z czaj­ni­kiem! Co naj­dziw­niej­sze, za­wsze któ­raś mia­ła te przed­mio­ty. Za­wsze! Na­wet czaj­nik! W ki­nie!

– A te­raz, dro­gie pa­nie… – W sali uci­chło. Co praw­da trud­no mi było opa­no­wać głu­paw­kę, bo jak już po­grą­ży­łam się w re­cho­cie, to prze­stać się nie dało, ale sta­ra­łam się choć tłu­mić śmiech. Łzy cie­kły po roz­pa­lo­nych z emo­cji po­licz­kach, a w gło­wie dud­ni­ła mu­zycz­ka z Mon­ty Py­tho­na, bo aż trud­no było uwie­rzyć, że to się dzie­je na­praw­dę. Wit­ka­cy mógł­by być za­do­wo­lo­ny, bo oto mia­łam przed sobą mózg wa­ria­ta w naj­czyst­szej po­sta­ci. W do­dat­ku na sce­nie! – Te­raz, dro­gie pa­nie… – po­wtó­rzył, a z gło­śni­ków po­pły­nę­ła po­pu­lar­na pio­sen­ka di­sco polo. O, nie, zdą­ży­łam szep­nąć w my­ślach, gdy fa­cet wy­pa­lił:– Kto ma maj­tecz­ki w kro­pecz­ki?!

Na wi­dow­ni za­pa­no­wa­ła chwi­la kon­ster­na­cji. Pa­nie mu­sia­ły mieć czas na prze­ana­li­zo­wa­nie sta­nu swo­jej gar­de­ro­by. Od­ru­cho­wo też ta­kiej ana­li­zy do­ko­ny­wa­łam. Ale nie, nie uda­ło się. Są kwia­tusz­ki na bia­łym tle. Łącz­ka bez kro­pe­czek.

– Ja mam! – wrza­snę­ła ko­bie­ta sie­dzą­ca przed nami.

Po chwi­li też z in­ne­go rzę­du ode­zwał się pi­skli­wy głos.

– To za­pra­szam. Ta pani, któ­ra do­bie­gnie pierw­sza… – Nie zdą­żył do­po­wie­dzieć, bo ko­bie­ty ru­szy­ły na zła­ma­nie kar­ku.

Szan­se były wy­rów­na­ne, więc wal­czy­ły jak lwi­ce. Rzu­ci­ły się w stro­nę scho­dów, by zbiec przed ekran jak naj­szyb­ciej. Jed­na dro­bi­ła krocz­ki jak kró­li­czek na ba­te­rie, dru­ga dłu­gi­mi su­sa­mi pró­bo­wa­ła po­ko­nać od­le­głość dzie­lą­cą ją od pre­zen­te­rów. I na­gle ta od za­ma­szy­stych kro­ków po­tknę­ła się! Po sali prze­szedł jęk pań za­nie­po­ko­jo­nych o zdro­wie dziew­czy­ny, ale ona bły­ska­wicz­nie od­zy­ska­ła rów­no­wa­gę i kil­ko­ma sko­ka­mi do­bi­ła do sce­ny pierw­sza. Roz­le­gły się bra­wa. Po­ko­na­na spo­koj­nie sta­nę­ła na ostat­nim stop­niu i ob­ser­wo­wa­ła. Uśmie­cha­ła się od ucha do ucha, bo pew­nie wiel­ką fraj­dę spra­wił jej sam wy­ścig.

– Po­pro­szę ko­le­żan­kę, żeby upew­ni­ła się, że mamy kro­pecz­ki. – Pro­wa­dzą­cy wska­zał dło­nią swą asy­stent­kę, któ­ra po­de­szła do zwy­cięż­czy­ni i dys­kret­nie pod­wi­nę­ła jej su­kien­kę, by doj­rzeć bie­li­znę w grosz­ki. W sali pa­no­wa­ła ogól­na we­so­łość. Trud­no było się nie śmiać z tego, co tu się wy­ra­bia­ło.

– Tak, pro­szę pań! Są! Dla pani więc week­end w SPA! – krzyk­nął pro­wa­dzą­cy i przed­sta­wił spon­so­rów na­gro­dy.

Zwy­cięż­czy­ni pod­ska­ki­wa­ła z kar­to­no­wym ta­lo­nem, a jej nie­bie­ska su­kien­ka nie­mal od­sła­nia­ła słyn­ne maj­tecz­ki.

– Ja nie mogę – stęk­nę­łam z głup­ko­wa­tym wy­ra­zem twa­rzy. – I ty cho­dzisz na to co mie­siąc? – spy­ta­łam Be­atę.

– Ja­sne. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Od­re­ago­wu­ję stre­sy. Świet­na za­ba­wa.

– Co jesz­cze tu­taj masz?

– Oj, zo­staw! Ostat­nio dwie rze­czy tra­fi­łam: gar­nek i ram­kę na zdję­cia.

Par­sk­nę­łam śmie­chem. W rze­czy­wi­sto­ści nie chcia­łam wie­dzieć, co kry­ła jej tor­ba.

Po uj­mu­ją­cej czę­ści ar­ty­stycz­nej, któ­ra za­bra­ła nam do­bre czter­dzie­ści mi­nut, roz­po­czął się se­ans. Moż­na więc było sku­pić się na przy­jem­nej ko­me­dii ro­man­tycz­nej. Było za­baw­nie i wzru­sza­ją­co. Prze­ży­łam ist­ne ka­thar­sis. Naj­pierw to­tal­na głu­paw­ka, po­tem uśmiech i łzy wzru­sze­nia. Był oczy­wi­ściehap­py end. Po na­pi­sach koń­co­wych bo­ha­te­ro­wie z pew­no­ścią żyli dłu­go i szczę­śli­wie.

– Su­per – stwier­dzi­łam, kie­dy zna­la­zły­śmy się wszyst­kie w sa­mo­cho­dzie Be­aty. – Dzię­ku­ję wam za ten wie­czór.

– Jak to dzię­ku­jesz? – zdzi­wi­ła się Olga. – Te­raz ja­kieś ża­reł­ko i win­ko.

– Jak re­set, to re­set – do­po­wie­dzia­ła Iza.

– O, nie! Dzi­siaj re­se­tu nie bę­dzie. Utra­ta da­nych może mnie spo­ro kosz­to­wać – za­śmia­łam się.

– No to ko­la­cja bez re­se­tu – zde­cy­do­wa­ła Be­ata. – Je­dzie­my do na­szej To­ska­nii na pysz­ną sa­łat­kę. – Prze­krę­ci­ła klu­czyk w sta­cyj­ce i gwał­tow­nie wy­je­cha­ła z par­kin­gu. Au­tem kil­ka razy szarp­nę­ło, bo mia­ła dość cięż­ką nogę. Przy­spie­sza­ła i ha­mo­wa­ła bar­dzo gwał­tow­nie. Wresz­cie za­par­ko­wa­ła przed jed­ną z na­szych ulu­bio­nych knaj­pek, któ­ra znaj­do­wa­ła się nie­da­le­ko Sta­re­go Mia­sta, tuż przy pięk­nym par­ku z ogrom­nym pla­cem za­baw dla dzie­ci. Wi­dać stąd było Basz­tę Tka­czy, któ­rej ce­gla­ny sto­żek dum­nie pre­zen­to­wał się po­nad drze­wa­mi.

Za­mó­wi­ły­śmy sa­łat­ki i dwie bu­tel­ki bia­łe­go wina.

– Bę­dzie nam cie­bie bra­ko­wa­ło – wy­zna­ła Olga, a mnie na­gle zro­bi­ło się smut­no.

Za­cząć nowe ży­cie po czter­dzie­st­ce wca­le nie jest ła­two. Niby po­zna­łam w Sta­ro­gar­dzie Gdań­skim no­wych zna­jo­mych, za­ko­cha­łam się, a mimo to ja­kaś cząst­ka mnie trzy­ma­ła się kur­czo­wo ro­dzin­ne­go mia­sta i pa­nicz­nie bała się zmian.

– Mnie was też – od­par­łam ze ści­śnię­tym gar­dłem po dłuż­szej chwi­li.

– A nie bo­isz się? – spy­ta­ła Iza. Le­d­wie kil­ka razy spo­tka­łam ją u Be­aty, więc nie mia­ły­śmy oka­zji le­piej się po­znać.

– Boję. I to bar­dzo. – Za­śmia­łam się ner­wo­wo, chcąc ukryć wzru­sze­nie.

– Eee tam, nie wy­jeż­dżasz na ko­niec świa­ta! Za­wsze mo­że­my się od­wie­dzać – wtrą­ci­ła Olga.

– No, niby tak – mruk­nę­łam. – Ale się boję. Wła­śnie zwol­ni­łam się z pra­cy, sprze­da­łam miesz­ka­nie i zde­cy­do­wa­łam się na prze­pro­wadz­kę w obce miej­sce. Wie­cie, tam na Ko­cie­wiu jest zu­peł­nie ina­czej niż u nas. My tu wszy­scy je­ste­śmy na­pły­wo­wi, a przy­naj­mniej nasi ro­dzi­ce czy dziad­ko­wie skądś przy­je­cha­li, a oni z dzia­da pra­dzia­da są przy­wią­za­ni do jed­ne­go miej­sca. Chy­ba nie lu­bią ob­cych. Na pierw­szy rzut oka wy­da­ją się sym­pa­tycz­ni, ale w grun­cie rze­czy two­rzą spo­łecz­ność nie­uf­ną i her­me­tycz­ną.

– Ale masz tam cio­cię, więc nie je­steś taka zu­peł­nie obca. I Ar­tur jest prze­cież!

– I tak się boję, choć do­kład­nie sama nie wiem cze­go.

– Prze­cież ko­chasz Ar­tu­ra – po­wie­dzia­ła Olga. – Bę­dzie­cie ra­zem.

– Bę­dzie­my! – Uśmiech­nę­łam się. – Mó­wię wam, trzę­sę się ze stra­chu!

– Ja tam się wca­le nie dzi­wię. Też bym się bała. Tym bar­dziej że z fa­ce­ta­mi to róż­nie bywa – ode­zwa­ła się Iza. – Wspól­ne miesz­ka­nie wie­le zmie­nia. Trze­ba sprzą­tać brud­ne skar­pe­ty, myć ki­bel, wą­chać jego smro­dy.

– Prze­stań – fuk­nę­ła na nią Be­ata.

– Ale taka jest praw­da! Za­ko­cha­ne­mu się wy­da­je, że jego part­ner nie wy­da­la, nie beka, nie poci się, a po­tem na­stę­pu­je zde­rze­nie z pę­dzą­cą lo­ko­mo­ty­wą.

– Taka ko­lej rze­czy – pod­su­mo­wa­ła Olga. – Praw­dzi­wa mi­łość da so­bie radę z umy­wal­ką uma­za­ną pa­stą do zę­bów czy ze śmier­dzą­cy­mi skar­pe­ta­mi.

Be­ata roz­la­ła resz­tę wina do lam­pek. Swo­ją na­peł­ni­ła wodą mi­ne­ral­ną, bo prze­cież ktoś mu­siał nas bez­piecz­nie od­wieźć do domu. Mia­łam no­co­wać u Olgi, a ju­tro wcze­śnie rano pla­no­wa­łam wy­je­chać do Sta­ro­gar­du Gdań­skie­go. Stę­sk­ni­łam się za Ar­tu­rem, za Lu­sią i cio­cią. Co praw­da moja cór­ka od mie­sią­ca miesz­ka­ła w in­ter­na­cie w Gdań­sku, bo zmę­czy­ła się ubie­gło­rocz­ny­mi do­jaz­da­mi do szko­ły, ale przy­jeż­dża­ła do domu co week­end, więc po­ju­trze będę mo­gła ją zo­ba­czyć.

Sa­mo­chód mia­łam wy­ła­do­wa­ny po dach. Te­raz to ja czu­łam się jak Nor­wi­dow­ski no­ma­da, któ­ry zie­mi ma do­słow­nie tyle, co pod sto­pą albo pod ko­ła­mi auta. Co praw­da mo­głam za go­tów­kę ku­pić ja­kiś kąt dla mnie i dla Lusi, ale rów­nie do­brze mo­gła­bym wresz­cie zre­ali­zo­wać naj­więk­sze ma­rze­nie ży­cia i za­ło­żyć klu­bo­ka­wiar­nię. Taką z do­mo­wym cia­stem, żeby pach­nia­ło już od wej­ścia cy­na­mo­nem i wa­ni­lią, by nikt prze­cho­dzą­cy obok nie mógł się oprzeć aro­ma­tom. Żeby była świe­żo mie­lo­na kawa, soki wła­snej ro­bo­ty… Na ścia­nach w wy­obraź­ni wi­dzia­łam sta­re zdję­cia albo ob­ra­zy miej­sco­wych ar­ty­stów. W rogu sta­ło­by pia­ni­no. Każ­dy, komu ja­kieś nut­ki za­błą­ka­ły­by się w du­szy, mógł­by przy nim usiąść i za­grać. Ech, roz­ma­rzy­łam się.

Z pew­no­ścią po po­wro­cie mu­szę pod­jąć waż­ne de­cy­zje, po­roz­ma­wiać z Lu­sią i z cio­cią. Mia­łam gdzie miesz­kać, bo cio­cia Zo­sia nie wy­ga­nia­ła mnie, a wręcz za­chę­ca­ła, że­bym zo­sta­ła w jej du­żym domu. Nie czu­ła się tak sa­mot­na jak jesz­cze przed ro­kiem. Mo­głam też prze­pro­wa­dzić się do Ar­tu­ra. No­si­łam prze­cież na pal­cu pier­ścio­nek za­rę­czy­no­wy od nie­go. Ale czy nie było jesz­cze za wcze­śnie na taki krok? Nie­ca­ły rok to nie­wie­le, by do­brze po­znać dru­gie­go czło­wie­ka. By­łam na eta­pie za­uro­cze­nia tym męż­czy­zną. Nie wi­dzia­łam w nim żad­nych wad, a prze­cież z pew­no­ścią ja­kieś miał. Może le­piej ich nie od­kry­wać i zo­sta­wić wszyst­ko tak, jak jest?

Ja­dąc do Sta­ro­gar­du, roz­wa­ża­łam róż­ne opcje dal­sze­go ży­cia. Każ­dy krok był wiel­ką nie­wia­do­mą. Bu­dził lęk i pa­ra­li­żo­wał. Tym­cza­sem nie moż­na tkwić w za­wie­sze­niu. Trze­ba pod­jąć ko­niecz­ne de­cy­zje, za­sta­no­wić się, w któ­rą stro­nę ru­szyć. Tym bar­dziej że moje sta­re miej­sce na zie­mi wła­śnie zo­sta­wia­łam w tyle.

Rozdział 2

– No! Na­resz­cie je­steś! – krzyk­nę­ła cio­cia Zo­sia na po­wi­ta­nie. – Za­pa­rzam ar­ba­ty! Chcesz?

– Po­pro­szę – od­par­łam, sia­da­jąc na krze­śle w kuch­ni. – Ale je­stem zmę­czo­na. Kawa w su­mie by się przy­da­ła, bo w dro­dze na­wet się nie za­trzy­ma­łam.

– Opo­wia­daj, jak było. – Cio­cia za­ję­ła miej­sce na­prze­ciw­ko mnie i z uwa­gą mi się przy­glą­da­ła.

– Nie ma o czym mó­wić, cio­ciu. Sprze­da­łam miesz­ka­nie. Mam kasę na kon­cie, ale je­stem bez­ro­bot­na i bez­dom­na.

– O! Za­raz bez­dom­na! U mnie miesz­kasz, jo? To te­raz nasz wspól­ny dom. Ja nie mam dzie­ci, do gro­bu tego nie za­bio­rę, a je­dy­na moja ro­dzi­na to Ma­ryś­ka. Tak się uło­ży­ło, że tyl­ko ona mia­ła dziec­ko – two­ją mamę, a ona cie­bie. Jed­nym sło­wem je­steś jak moja wnucz­ka, bo cór­ka sio­strze­ni­cy to ta sama krew, jo?

– Jo – od­par­łam po ko­ciew­sku. Uśmiech­nę­łam się do star­szej ko­bie­ty, bo fak­tycz­nie była dla mnie jak bab­cia. Zży­ły­śmy się przez ten wspól­nie spę­dzo­ny rok. Wcze­śniej rzad­ko ją wi­dy­wa­łam. Całe ży­cie ko­ja­rzy­ła mi się ze zło­śli­wą, eks­cen­trycz­ną sta­rusz­ką. Wspól­ne miesz­ka­nie wie­le zmie­ni­ło.

– Dom prze­pi­szę na cie­bie – wy­pa­li­ła na­gle.

Za­mar­łam, pa­trząc na nią, jak­by ogło­si­ła, że w na­szym ogród­ku wy­lą­do­wa­ło UFO.

– Na mnie? Ale chy­ba zgod­nie z pra­wem dzie­dzi­czy two­ja sio­stra…

– A kim jest moja sio­stra, aaa? Two­ją bab­ką. A kto dzie­dzi­czy po bab­ce Ma­ry­ś­ce?

– Moja mama – od­par­łam.

– A po niej kto? – Py­ta­nie za­wi­sło na chwi­lę w po­wie­trzu. – My pój­dzie­my na skró­ty. Two­ja bab­cia też jest wie­ko­wa, choć młod­sza spo­ro ode mnie. Mat­ce dom nie­po­trzeb­ny, bo ma swój. A kto w na­szej ro­dzi­nie jest bez­dom­ny?

– Pięk­nie – od­par­łam, par­ska­jąc. – Nie­źle to so­bie, cio­ciu, wy­kom­bi­no­wa­łaś.

– Bez­dom­nym trze­ba po­ma­gać – żar­to­wa­ła da­lej. – Na ko­ściół prze­cież nie dam. Tym pa­si­brzu­chom i tak wy­star­czy. Ro­dzi­nę na­le­ży wspie­rać. W do­dat­ku bez­dom­ną i bez­ro­bot­ną. A wiesz, jak taki do­bry uczy­nek zo­sta­nie mi w nie­bie po­li­czo­ny? Toż ja będę z wy­pię­tą pier­sią pa­ra­do­wać przed Świę­tym Pio­trem!

Sze­ro­ko się uśmiech­nę­łam. Wy­obraź­nia oczy­wi­ście po­ga­lo­po­wa­ła w za­świa­ty i już wi­dzia­łam moją cio­tecz­kę z dumą wy­pi­sa­ną na twa­rzy, jak się har­do prze­cha­dza po nie­bie wte i we­wte, a wszyst­kie du­szycz­ki z anio­ła­mi na cze­le spo­glą­da­ją na nią z za­zdro­ścią.

– Do­bra, nie ma co jesz­cze o tym ga­dać. Trze­ba to z moją mat­ką uzgod­nić, żeby po­tem nie było ja­kichś kwa­sów.

– Na szczę­ście ja wol­ny czło­wiek je­stem i nic nie mu­szę uzgad­niać, a już na pew­no nie z two­ją mat­ką. Jak jej się po­wie, że to na gniazd­ko dla no­wo­żeń­ców, że tu z Ar­tur­kiem za­cznie­cie nowe ży­cie, to ona sama po­pę­dzi mnie do no­ta­riu­sza. – Za­wa­diac­ko po­gro­zi­ła mi pal­cem.

– Ra­cja. Prze­cież ona nie spo­cznie, do­pó­ki nie zo­ba­czy pa­pier­ka z urzę­du sta­nu cy­wil­ne­go.

– Jo. – Cio­cia za­la­ła wrząt­kiem her­ba­tę. – Taki jej urok.

– Nie­ste­ty.

– Za­raz bę­dzie ro­sół – do­da­ła. – Dużo rze­czy przy­wio­złaś?

– Spo­ro. Dzwo­ni­łam do Ar­tu­ra. Przyj­dzie za dwie go­dzi­ny i po­mo­że mi wy­pa­ko­wać. Nie wiem tyl­ko, gdzie to po­usta­wiać, bo za­ję­łam już swo­imi gra­ta­mi pół piw­ni­cy.

– Zmie­ści się tam jesz­cze tro­chę, a w ra­zie cze­go jest jesz­cze strych. Daw­no na górę nie wła­zi­łam. Chy­ba z pięć lat tam nie za­glą­da­łam. Nie było po co.

– Gdy Ar­tur przyj­dzie, to ewen­tu­al­nie spraw­dzę co i jak.

– A co z tą two­ją knaj­pą?

– Ka­wiar­nią – po­pra­wi­łam ją, bo knaj­pa od razu na myśl przy­wo­ły­wa­ła za­pi­ja­czo­nych pa­nów sior­bią­cych piwo. – Pod­ję­łam de­cy­zję na tak, ale mu­szę po­cze­kać dwa mie­sią­ce, bo wte­dy mogę sta­rać się o do­fi­nan­so­wa­nie na nową dzia­łal­ność. Dają ze dwa­dzie­ścia ty­się­cy. Wy­star­czy­ło­by na pod­sta­wo­wy sprzęt. Do­bre eks­pre­sy tyle kosz­tu­ją.

– No to myśl, myśl, bo czas ucie­ka.

Od daw­na głów­ko­wa­łam i roz­wa­ża­łam róż­ne roz­wią­za­nia. Te­raz rów­nież tak bar­dzo po­grą­ży­łam się w wi­zu­ali­zo­wa­niu ma­rzeń, że na­wet nie za­uwa­ży­łam, kie­dy mi­nę­ły dwie go­dzi­ny i w pro­gu sta­nął Ar­tur. Chwy­cił mnie w ra­mio­na i wy­ści­skał za­do­wo­lo­ny, że już nie mam od­wro­tu. Cio­cia dys­kret­nie wy­co­fa­ła się do swo­je­go po­ko­ju. Zo­sta­li­śmy sami. Ode­tchnę­łam w czu­łych ob­ję­ciach. Chcia­łam, żeby mnie nie pusz­czał i był za­wsze obok. Czu­łam cie­pło jego cia­ła prze­bi­ja­ją­ce przez ba­weł­nia­ną ko­szu­lę. I za­pach! Zro­bi­łam kil­ka głę­bo­kich wde­chów, jak­bym się mo­gła sztach­nąć Ar­tu­rem i z lek­kim szu­mem gło­wy wpa­try­wać się w jego pięk­ne, małe oczy. Za­uwa­ży­łam, że po­wie­ki mu lek­ko opa­da­ją. Czas i do­świad­cze­nia od­ci­snę­ły na jego twa­rzy pięt­no, a mimo to było w niej dużo spo­ko­ju i cie­pła.

Za­brzę­czał te­le­fon. Spoj­rza­łam na wy­świe­tlacz, na­ci­ska­jąc zie­lo­ną słu­chaw­kę.

– Co tam? – rzu­ci­łam bez­tro­sko.

– Cześć, mamo. Mam złą wia­do­mość – po­wie­dzia­ła Lu­sia wy­raź­nie po­de­ner­wo­wa­na.

– Mów.

– Nie­ste­ty mu­sisz ju­tro przy­je­chać do in­ter­na­tu. Wy­cho­waw­czy­ni cię wzy­wa.

– Co się sta­ło? – zdzi­wi­łam się, bo moje dziec­ko ra­czej nie spra­wia­ło kło­po­tów wy­cho­waw­czych. Lu­sia była w dru­giej kla­sie li­ceum i do tej pory nie pa­dła ani jed­na uwa­ga na te­mat jej za­cho­wa­nia.

– Szko­da ga­dać – wes­tchnę­ła. – Ale nie bój się, bo to w su­mie nic strasz­ne­go. Żad­ne­go ćpa­nia, pa­le­nia czy pi­cia – po­wie­dzia­ła, żeby mnie uspo­ko­ić. Do­brze wie­dzia­ła, co może przyjść do gło­wy mat­ce na­sto­lat­ki, na­wet je­że­li dziec­ko jest cho­dzą­cą grzecz­no­ścią.

– Ro­zu­miem też, że wszy­scy są cali i zdro­wi.

– Tak – od­par­ła i chy­ba się uśmiech­nę­ła.

– O któ­rej mam być?

– O trzy­na­stej. Ra­zem wró­ci­my do domu. Lek­cje koń­czę pół go­dzi­ny póź­niej.

– Mam na­dzie­ję, że mnie nie wkrę­casz, by so­bie za­ła­twić dar­mo­wą pod­wóz­kę do domu.

– Nie, spo­ko. Bądź ju­tro – od­par­ła.

Po­my­śla­łam, że to na pew­no nic po­waż­ne­go, sko­ro dzwo­ni Lu­sia, a nie jej wy­cho­waw­czy­ni. Za­ję­łam się wno­sze­niem to­boł­ków do domu. Ar­tur usta­wił już w przed­po­ko­ju cał­kiem nie­złą pi­ra­mid­kę.

– Część rze­czy mu­si­my za­nieść na strych – po­wie­dzia­łam. – Tam po­dob­no są schod­ki w su­fi­cie. Nie wiem, jak to się otwie­ra.

Ar­tur od razu zlo­ka­li­zo­wał wej­ście. Uchwyt praw­do­po­dob­nie był urwa­ny i tyl­ko ja­kiś ki­kut zwi­sał przy su­fi­cie. Nie dało się tego do­się­gnąć bez stoł­ka. Przy­nio­słam z ła­zien­ki ta­bo­ret, na któ­rym cio­cia co­dzien­nie sta­wia­ła mi­skę z wodą, by się umyć. Do wan­ny wcho­dzi­ła tyl­ko w so­bo­ty. Wte­dy się ką­pa­ła. Na­le­wa­ła pach­ną­ce­go pły­nu i mo­czy­ła się kil­ka mi­nut. Na co dzień jed­nak do my­cia uży­wa­ła mi­ski. Twier­dzi­ła, że ża­den po­stęp cy­wi­li­za­cyj­ny jej w tym nie prze­szko­dzi.

– Za­kli­no­wa­ło się. – Ar­tur stęk­nął, szar­piąc uchwyt.

Drew­nia­na kla­pa zło­wro­go za­skrzy­pia­ła. Wy­stra­szy­łam się, że szarp­nie i spad­nie z ta­bo­re­tu. Po chwi­li wresz­cie drzwi pu­ści­ły. U wlo­tu po­ja­wił się ta­bun ku­rzu. Za­kasz­la­łam na sam wi­dok.

– Cio­cia mó­wi­ła, że nie była tam od kil­ku lat.

Ar­tur roz­su­nął dra­bi­nę. Za­wia­sy za­skrzy­pia­ły, pod­da­jąc się mę­skiej dło­ni. Po chwi­li strych stał przed nami otwo­rem.

– Nie mam po­ję­cia, czy jest tu świa­tło – rzekł, wcho­dząc po ko­lej­nych szcze­blach.

Nie po­my­śla­łam, by spy­tać o to cio­cię.

Ar­tur za­trzy­mał się i wy­cią­gnął z kie­sze­ni te­le­fon. Wpraw­nym ru­chem włą­czył la­tar­kę. Po­świe­cił nie­wiel­kim stru­mie­niem świa­tła w ot­chłań za­ku­rzo­ne­go wnę­trza. Po chwi­li coś mruk­nął i strych roz­świe­tlił blask ża­rów­ki. Do­sko­na­le było wi­dać kłę­by krą­żą­ce­go w po­wie­trzu pyłu. Od razu za­pra­gnę­łam wejść za nim, bo uwiel­bia­łam sta­re i za­po­mnia­ne miej­sca. Za­wsze kry­ły nie­zwy­kłe ta­jem­ni­ce. Spraw­dzi­łam pra­wą nogą sta­bil­ność pierw­sze­go szcze­bla, jak­bym nie do­wie­rza­ła, że wie­ko­wa dra­bi­na może mnie utrzy­mać. Wspi­na­łam się po­wo­li. Sły­sza­łam, jak drew­no ję­czy pod moim cię­ża­rem.

– Nie­zły stry­szek! – za­wo­łał Ar­tur.

– Po­cze­kaj na mnie. Też chcę zo­ba­czyć.

Wdra­pa­łam się na górę. Sta­nę­łam bez­piecz­nie na brud­nej pod­ło­dze i ro­zej­rza­łam się wo­kół. Świa­tło było tu­taj dość sła­be, a dwa okien­ka za­bi­to de­ska­mi. Przez szcze­li­ny prze­bi­ja­ły tyl­ko ni­kłe pro­mie­nie słoń­ca.

– Wow! – po­wie­dzia­łam, omia­ta­jąc wzro­kiem po­miesz­cze­nie. – Ale kli­mat.

– Mu­si­my po­prze­su­wać te rze­czy, żeby two­je po­usta­wiać w jed­nym ką­cie – po­wie­dział Ar­tur i od razu pod­szedł do sta­rej sza­fy z lek­ko uchy­lo­ny­mi drzwia­mi. Obok niej znaj­do­wa­ły się dwa sto­li­ki. Je­den na trzech me­ta­lo­wych nóż­kach – być może po­cho­dził z lat sześć­dzie­sią­tych. Dru­gi, rów­nie nie­mod­ny, do­sko­na­le pa­mię­tał cza­sy PRL-u. Ar­tur prze­sta­wił je pod za­bi­te de­ska­mi okien­ko. Prze­su­nął też w to samo miej­sce czte­ry krze­sła obi­te bor­do­wą ta­pi­cer­ką. Od­ru­cho­wo pró­bo­wał do­mknąć sza­fę, jed­nak za­wia­sy za­skrzy­pia­ły i od­bi­ły z po­wro­tem. Po­de­szłam do sta­re­go me­bla. Miał pięk­ną po­li­tu­rę, jak­by po­cho­dził sprzed woj­ny. Nie­da­le­ko sta­ła ko­mo­da w tym sa­mym sty­lu. Zbli­ży­łam się do niej i po­cią­gnę­łam za uchwyt szu­fla­dy. Nie mia­łam pra­wa grze­bać w rze­czach cio­ci, ale była w tym taka ma­gia prze­szło­ści, że trud­no się było po­wstrzy­mać.

– O! – za­wo­ła­łam. – Sta­re cza­so­pi­sma!

– Ja­kie? – Ar­tur pod­szedł i zaj­rzał mi przez ra­mię. Kich­nę­łam, bio­rąc ga­ze­tę do ręki. Pa­pier był kru­chy i prze­siąk­nię­ty ku­rzem.

– Głów­nie „Przy­ja­ciół­ka”. Zo­bacz. – Pod­su­nę­łam mu pra­wie pod nos. – Z sie­dem­dzie­sią­te­go pierw­sze­go. Star­sza ode mnie. Cie­ka­we, o czym wte­dy pi­sa­no. – Otwo­rzy­łam na chy­bił tra­fił. Omio­tłam wzro­kiem na­głów­ki. Co bę­dzie mod­ne w 1972 roku. – Po­słu­chaj – po­wie­dzia­łam i za­czę­łam czy­tać: – „Przez kil­ka lu­to­wych dni uczest­ni­czy­łam w XIII na­ra­dzie sta­łej gru­py ro­bo­czej do spraw kul­tu­ry odzie­ży na rok 1972”. O, a da­lej na­pi­sa­li, że naj­lep­sze pro­po­zy­cje przed­sta­wi­li pro­jek­tan­ci ze Związ­ku Ra­dziec­kie­go – za­śmia­łam się. – A jak­że­by ina­czej, nie?

Ar­tur za­glą­dał mi przez ra­mię. Po­czu­łam się, jak­by­śmy na­gle prze­nie­śli się w cza­sie. Za­pach ga­ze­ty był bar­dzo nie­przy­jem­ny i ła­sko­tał w nos, a pod pal­ca­mi wy­czu­wa­łam chro­po­wa­ty pa­pier. Mia­łam wra­że­nie, że przy do­ty­ku po­chła­niał całą wil­goć z mo­ich dło­ni. Brrr. Nie­mi­łe wra­że­nie.

– O, zo­bacz, czy­tel­nicz­ka pyta, czy moż­na do pra­cy przy­cho­dzić w spodniach. – Po­ka­zał mi pal­cem. – Wi­dzisz, jak daw­niej ko­bie­ty się ubie­ra­ły? Spód­nicz­ka była w do­brym to­nie, a nie por­t­ki.

Spoj­rza­łam, by upew­nić się, że żar­tu­je, bo w jego gło­sie za­brzmia­ła dziw­na nut­ka. Wzię­łam tę uwa­gę do sie­bie, bo w za­sa­dzie pra­wie ni­g­dy nie no­si­łam spód­nic. Mu­sia­ło być świę­to lasu, że­bym wci­snę­ła na sie­bie kiec­kę.

– Nie po­do­bam ci się w spodniach? – spy­ta­łam ko­kie­te­ryj­nie.

Cmok­nął mnie szyb­ko w nos.

– Po­do­basz mi się we wszyst­kim – od­parł.

– Ale… – cią­gnę­łam, bo czu­łam, że jest ja­kiś ciąg dal­szy tego wy­wo­du.

– Nie ma ale. – Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– No do­bra. Jed­nak gdy­byś mógł mnie ubrać po swo­je­mu, to jak by to było? Spodnie czy spód­ni­ca?

– Su­kien­ka – od­parł i po­gro­ził mi pal­cem. – Nie wcią­gniesz mnie w to. O, nie! Za sta­ry je­stem na ta­kie prze­py­chan­ki. Ubie­raj się tak, jak chcesz. A naj­bar­dziej lu­bię… – ob­jął mnie czu­le – gdy nie masz nic na so­bie albo te ko­ron­ko­we łasz­ki, któ­re do­sta­łaś od mamy.

Po­ca­ło­wał mnie w usta. W za­sa­dzie mu­snął je de­li­kat­nie. Upu­ści­łam ga­ze­tę i po­pra­wi­łam po­ca­łu­nek. Mo­ty­le ra­do­śnie za­trze­po­ta­ły skrzy­deł­ka­mi. Fak­tycz­nie bie­li­zna, któ­rą po­da­ro­wa­ła mi ro­dzi­ciel­ka, była ku­szą­ca i zmy­sło­wa. Mama pod­rzu­ci­ła mi kie­dyś dwie tor­by. Jed­na wy­peł­nio­na była po­rad­ni­ka­mi na te­mat związ­ków, a dru­ga – sek­sow­ną bie­li­zną i szpil­ka­mi. Moja mat­ka po­sta­no­wi­ła za­in­we­sto­wać w nasz zwią­zek i wy­po­sa­ży­ła mnie jak na woj­nę. We­dług niej Ar­tur był naj­lep­szą z moż­li­wych par­tii. Sa­mot­ny chi­rurg, bez gar­bu w po­sta­ci dzie­ci i by­łej żony, to skarb. Po­tom­ka się ni­g­dy nie do­cze­kał, po­nie­waż jego żona cho­ro­wa­ła. Zmar­ła kil­ka lat temu, a on od tam­tej pory nie zwią­zał się z ni­kim na sta­łe. Cza­sa­mi mia­łam wra­że­nie, że może jed­nak cał­ko­wi­cie nie roz­li­czył się z prze­szło­ścią, choć mu­szę przy­znać, że za­le­d­wie kil­ka razy wspo­mniał swą żonę, a w jego domu nie za­uwa­ży­łam fo­to­gra­fii. Wy­obra­ża­łam so­bie, że mu­sia­ła być pięk­na i ko­bie­ca. Może cho­dzi­ła w spód­ni­cach? Z tru­dem od­go­ni­łam te my­śli. Od­da­łam się ko­lej­ne­mu na­mięt­ne­mu po­ca­łun­ko­wi, któ­ry prze­rwa­ło okrop­ne ła­sko­ta­nie w no­sie. Szyb­ko od­kle­iłam się od Ar­tu­ra i gło­śno kich­nę­łam.

– O! I jesz­cze masz aler­gię na kurz – za­uwa­żył.

– Może być – od­par­łam. – Po­spiesz­my się więc. – Pod­nio­słam z pod­ło­gi cza­so­pi­smo i rzu­ci­łam je na stos in­nych. Kie­dyś może za­fun­du­ję so­bie po­wrót do prze­szło­ści, te­raz nie było na to cza­su.

– To trze­ba ja­koś sen­sow­nie po­se­gre­go­wać – stwier­dził, prze­sta­wia­jąc dwa krze­sła. – Tu by­śmy usta­wi­li same sto­li­ki, je­den na dru­gim, a da­lej krze­sła. Wte­dy two­je rze­czy moż­na wci­snąć tam, pod ścia­nę – tłu­ma­czył.

Spoj­rza­łam na nie­go zdzi­wio­na, bo jak moż­na se­gre­go­wać gra­ty na stry­chu? Tu się prze­pchnie, tam prze­su­nie i go­to­we. Po co so­bie za­wra­cać gło­wę ja­kimś kla­sy­fi­ko­wa­niem? Wy­mow­nie kiw­nę­łam gło­wą, bo znów kich­nę­łam. Po­sta­no­wi­łam, że pora jak naj­szyb­ciej stąd wyjść. Zde­cy­do­wa­nie za dużo ku­rzu!

– Gdy­byś sta­nął na schod­kach, to mo­gła­bym ci po­da­wać to­boł­ki. Po­tem to po­se­gre­gu­je­my – po­wie­dzia­łam, zni­ka­jąc w otwo­rze pro­wa­dzą­cym na dół.

Po­szłam do ła­zien­ki i prze­my­łam twarz chłod­ną wodą. Głę­bo­ko ode­tchnę­łam śwież­szym po­wie­trzem. Od razu zro­bi­ło się le­piej.

Za­uwa­ży­łam, że przy ku­chen­nym sto­le sie­dzi cio­cia po­chy­lo­na nad ga­ze­tą. Pew­nie do­ko­ny­wa­ła co­dzien­ne­go ry­tu­ału prze­glą­da­nia ne­kro­lo­gów. Uśmiech­nę­łam się na ten wi­dok i chy­ba ścią­gnę­łam ją wzro­kiem, bo spoj­rza­ła na mnie i od razu za­in­te­re­so­wa­ła się po­stę­pa­mi w pra­cach po­rząd­ko­wych.

– Jak wam idzie?

– Do­brze. Po­dam Ar­tu­ro­wi te gra­ty, a on je po­se­gre­gu­je – po­wie­dzia­łam, prze­sad­nie ak­cen­tu­jąc ostat­nie sło­wo.

– Co zro­bi?

– Po-se-gre-gu-je.

– On ukła­da rze­czy na stry­chu? – spy­ta­ła szep­tem cio­cia, a ja kiw­nę­łam gło­wą i mało nie par­sk­nę­łam śmie­chem. – Skąd ty ta­kie­go chło­pa wzię­łaś?

– Nie wiem. Ja­kiś wy­jąt­ko­wy eg­zem­plarz mi się tra­fił. – Po­ło­ży­łam pa­lec na ustach, bo nie chcia­łam, żeby Ar­tur sły­szał, że go ob­ga­du­je­my. Szcze­ble dra­bin­ki gło­śno za­skrzy­pia­ły.

– Mu­szę umyć ręce – stwier­dził i po­ma­sze­ro­wał do ła­zien­ki.

– Strasz­nie dużo ku­rzu – po­wie­dzia­łam do cio­ci. – Idzie się udu­sić. Dla­cze­go tam są za­bi­te okna?

– Nie wiem – od­par­ła. – Mój brat za­sło­nił je de­cha­mi. A, cze­kaj… – Za­my­śli­ła się. – Pa­mię­tam. One pod wpły­wem wia­tru się otwie­ra­ły. Sta­re są, na­le­ża­ło­by je wy­mie­nić. A że my w ogó­le na strych nie cho­dzi­li­śmy, więc Ry­siu za­bił je de­ska­mi i po spra­wie. Ar­tur na se­rio ma za­miar tam sprzą­tać? – spy­ta­ła szep­tem.

Po­de­szłam do niej, na­chy­li­łam się i od­po­wie­dzia­łam:

– Sprzą­tać nie. Se­gre­go­wać bę­dzie. Wiesz, cio­ciu, sto­li­ki do sto­li­ków, krze­sła do krze­seł.

Za­chi­cho­ta­ły­śmy. Od razu przy­po­mnia­łam so­bie po­rząd­ki mo­je­go by­łe­go męża. Naj­lep­szym tego ob­ra­zem był sa­mo­chód. Kie­dy coś za­ko­ła­ta­ło, bo się ob­lu­zo­wa­ło, to wy­ry­wał i rzu­cał na sie­dze­nie z tyłu. Ode­rwał tak osłon­kę nad przed­nią szy­bą oraz drzwicz­ki do szaf­ki przy kok­pi­cie, spod któ­rej wy­sta­wa­ły ka­ble w róż­nych ko­lo­rach. Za­wsze gdy zjadł, pa­pie­ry i pla­sti­ko­we opa­ko­wa­nia lą­do­wa­ły pod sie­dze­niem. Za­sta­na­wia­łam się, czy kie­dyś mu nie wpad­ną pod pe­da­ły i nie za­blo­ku­ją ha­mul­ca. Ale miał szczę­ście, bo ni­g­dy to się nie zda­rzy­ło. Na­wet Nu­tuś się na nim po­znał. Jako mały ko­ciak wy­no­sił jego skar­pe­ty do swo­jej ku­we­ty. Lu­sia pę­ka­ła ze śmie­chu. We­dług niej skar­pe­ty tak kotu śmier­dzia­ły, że sprzą­tał je, my­śląc, że to kupa.

A te­raz dla od­mia­ny tra­fił mi się po­rząd­ny fa­cet. Na­gro­da za lata ży­cia z ba­ła­ga­nia­rzem. Tyl­ko dla­cze­go za­wsze spo­ty­ka­ją mnie skraj­no­ści?

– I co? No­si­my? – Usły­sza­łam za sobą głos Ar­tu­ra.

– Ja­sne.

Po­rząd­ko­wa­nie przy­wie­zio­nych kla­mo­tów za­ję­ło nam do­brą go­dzi­nę. Po­wy­bie­ra­łam z nich to, co mo­gło się przy­dać w naj­bliż­szym cza­sie, a resz­tę wy­nie­śli­śmy na strych. Kie­dy będę już wie­dzia­ła, gdzie osia­dam na sta­łe, to roz­pa­ku­ję kar­to­ny do koń­ca. Te­raz niech cze­ka­ją na roz­wój wy­pad­ków.

Rozdział 3

Dzień był pa­skud­ny. Szłam do in­ter­na­tu mo­jej cór­ki, a deszcz mia­ro­wo bęb­nił w pa­ra­sol. Sa­mo­chód mu­sia­łam zo­sta­wić dwie prze­czni­ce da­lej, bo nie­ste­ty nie zna­la­złam wol­nych miejsc w naj­bliż­szej oko­li­cy. Nie de­ner­wo­wa­łam się. Moje dziec­ko nie jest zdol­ne do tego, by po­waż­nie na­roz­ra­biać. Cho­ciaż przy­szło mi do gło­wy, że może Lu­sia doj­rze­wa­ła wol­niej niż inni i po­sta­no­wi­ła wpro­wa­dzić okres bu­rzy i opo­ru do swo­je­go ży­cio­ry­su wła­śnie w tej chwi­li.

Kie­dy wy­szłam zza rogu ja­kie­goś ko­mu­ni­stycz­ne­go bu­dyn­ku, owiał mnie sil­ny wiatr. Deszcz za­ci­nał w twarz, a pa­ra­sol­ka wy­gię­ła się, cią­gnąc rękę do tyłu. Po kil­ku se­kun­dach mo­co­wa­nia się ze zło­śli­wym przed­mio­tem znów mo­głam słu­chać re­gu­lar­nie ude­rza­ją­cych kro­pel. Wi­dzia­łam już przed sobą bu­dy­nek z czer­wo­nej ce­gły. Tu­taj od po­cząt­ku wrze­śnia miesz­ka­ło moje dziec­ko. Miej­sce na pierw­szy rzut oka nie ko­ja­rzy­ło się z ni­czym do­brym. Przy­po­mi­na­ło ko­sza­ry, choć wnę­trze było od­no­wio­ne i cał­kiem przy­zwo­ite. Zde­cy­do­wa­nie le­piej się pre­zen­to­wa­ło niż aka­de­mik, w któ­rym miesz­ka­łam dwa­dzie­ścia lat temu.

Po­cią­gnę­łam cięż­kie drzwi i prze­kro­czy­łam próg in­ter­na­tu. Ude­rzył mnie sto­łów­ko­wy za­pach.

Od­na­la­złam po­kój wy­cho­waw­ców i ener­gicz­nie za­pu­ka­łam. Po chwi­li drzwi otwo­rzy­ły się przede mną z im­pe­tem. Sta­nę­ła w nich ni­ska, kor­pu­lent­na ko­bie­ta.

– Dzień do­bry – po­wie­dzia­łam za­sko­czo­na. – Szu­kam pani We­ro­ni­ki No­wa­kow­skiej.

– Wera! – krzyk­nę­ła w głąb po­ko­ju. – Do cie­bie!

Zo­sta­wi­ła mnie w pro­gu, zni­ka­jąc z pola wi­dze­nia. Jej miej­sce kil­ka se­kund póź­niej za­ję­ła wy­cho­waw­czy­ni Lusi. Przed­sta­wi­łam się, po­da­jąc dłoń na po­wi­ta­nie. Na­uczy­ciel­kę zdzi­wił mój gest, ale uprzej­mie go od­wza­jem­ni­ła i wy­mie­ni­ła swo­je na­zwi­sko.

– Miło mi pa­nią po­znać – po­wie­dzia­ła, za­pra­sza­jąc mnie do środ­ka. – Usią­dzie­my tu­taj. – Wska­za­ła miej­sce przy sto­li­ku.

Ni­ska ko­bie­ta, któ­ra otwo­rzy­ła drzwi, sie­dzia­ła kil­ka me­trów da­lej na wer­sal­ce i prze­glą­da­ła cza­so­pi­smo. Od cza­su do cza­su zer­ka­ła znad nie­go na mnie, groź­nie mru­żąc oczy. Prze­łknę­łam śli­nę z wra­że­nia. Wy­glą­da­ła prze­ra­ża­ją­co, jak zisz­cze­nie ste­reo­ty­pu wred­ne­go bel­fra. Brrr. Nie lu­bi­łam ta­kich sfru­stro­wa­nych, roz­cza­ro­wa­nych ży­ciem i pra­cą ty­pów z kom­plek­sa­mi. Kie­dyś prze­cież byli mło­dzi i pew­nie zdol­ni, chcie­li zba­wiać świat, a ży­cie zde­gra­do­wa­ło ich do roli nie­lu­bia­ne­go przez uczniów, ro­dzi­ców i przez wła­dze pe­da­go­ga. Sami na oce­anie edu­ka­cji. Nie­zro­zu­mia­ni i nie­do­ce­nie­ni. Smut­ny wi­dok. Na szczę­ście zda­rzał się bar­dzo rzad­ko.

– Czy Lu­sia na­roz­ra­bia­ła? – spy­ta­łam.

Mia­łam wra­że­nie, że bel­fer na ka­na­pie fuk­nął lek­ce­wa­żą­co, ale nie od­wró­ci­łam wzro­ku w tam­tą stro­nę. Pa­trzy­łam na wy­cho­waw­czy­nię mo­jej cór­ki, któ­ra dla od­mia­ny spra­wia­ła bar­dzo sym­pa­tycz­ne wra­że­nie.

– Nie­ste­ty – od­par­ła i zło­ży­ła dło­nie na bla­cie, jak­by za­ła­ma­ła je nad moją cór­ką. – Lu­dwi­ka wda­ła się w bój­kę z ko­le­żan­ką z po­ko­ju.

– W bój­kę? – zdzi­wi­łam się, bo tego aku­rat nie mo­gła­bym się spo­dzie­wać.

– W za­sa­dzie nie wiem, czy to moż­na na­zwać bój­ką. Kop­nę­ła tę dziew­czy­nę.

– Lu­sia?

– Tak, Lu­sia – od­par­ła ko­bie­ta. – Ja wiem, że ro­dzi­com za­wsze trud­no w to uwie­rzyć, ale ta­kie wła­śnie są fak­ty. Pani cór­ka kop­nę­ła współ­lo­ka­tor­kę.

– A ta nic? Nie od­da­ła jej? Nad­sta­wi­ła się do tego kop­nia­ka? – py­ta­łam w lek­kim szo­ku. – Aż trud­no mi uwie­rzyć, że Lu­sia mo­gła­by tak po­stą­pić.

– Po­dob­no tak. Lu­dwi­ka nie chce zło­żyć wy­ja­śnień, a tam­ta dziew­czy­na twier­dzi, że jej nie pro­wo­ko­wa­ła i bez po­wo­du zo­sta­ła na­pad­nię­ta. Są świad­ko­wie tego zda­rze­nia.

– Aha – po­wie­dzia­łam. – I nie wia­do­mo, o co po­szło?

Ko­bie­ta po­krę­ci­ła gło­wą.

– Może pani coś z niej wy­cią­gnie – do­da­ła.

– No do­brze. A jak to się skoń­czy­ło? Moja cór­ka kop­nę­ła tam­tą i już, tak?

– Tak. Po­tem Ka­sia po pro­stu przy­szła na skar­gę, a Lu­sia się przy­zna­ła. Sama pani ro­zu­mie, że nie mo­że­my to­le­ro­wać ta­kie­go za­cho­wa­nia.

– No ja­sne – od­par­łam. W gło­wie iskrzy­ło mi od py­tań. Lu­sia ni­g­dy nie była agre­syw­na. Za­wsze za­cho­wy­wa­ła się roz­sąd­nie i swo­je spra­wy za­ła­twia­ła po­ko­jo­wo. W tej chwi­li jed­nak sama mia­łam ocho­tę za­su­nąć jej kop­nia­ka, by zo­ba­czy­ła, jak to jest. – Na pew­no z nią po­roz­ma­wiam i obie­cu­ję, że to się wię­cej nie po­wtó­rzy. Dzie­le­nie z kimś po­ko­ju to dla niej nowa sy­tu­acja, bo jest je­dy­nacz­ką. Przy­kro mi i bar­dzo prze­pra­szam.

– Lu­sia za­par­ła się i nie chcia­ła prze­pro­sić. Nie wiem, o co po­szło, bo żad­na nie chcia­ła po­wie­dzieć. Po­mi­mo wszyst­ko współ­lo­ka­tor­ka pani cór­ki za­pew­ni­ła, że nie cho­wa ura­zy.

Ożeż! Nie cho­wa ura­zy?! Tak po­wie­dzia­ła na­sto­lat­ka? Mia­łam ocho­tę upew­nić się, czy ma­ło­la­ta wy­ra­zi­ła się w ten spo­sób, ale prze­mil­cza­łam to i uśmiech­nę­łam się sym­pa­tycz­nie, bo chcia­łam stąd wyjść jak naj­szyb­ciej, by roz­szar­pać Luś­kę na strzę­py.

– Dzię­ku­ję pani za spo­tka­nie. Na pew­no po­roz­ma­wiam z cór­ką – po­wie­dzia­łam, wsta­jąc z krze­sła.

– Na pew­no. – Usły­sza­łam mruk­nię­cie wy­do­by­wa­ją­ce się przez zęby bel­fer­ki z wer­sal­ki. Pa­trzy­ła na mnie kar­cą­cym wzro­kiem, a na czo­le wy­świe­tlał się jej neon z na­pi­sem: „Jaka mać, taka nać”. Uśmiech­nę­łam się do niej naj­życz­li­wiej, jak umia­łam, i się po­że­gna­łam. W su­mie mo­głam też na­po­mknąć, że ro­zu­miem jej wąt­pli­wo­ści, bo sama kil­ka­na­ście lat spę­dzi­łam za biur­kiem i jesz­cze do sierp­nia by­łam za­trud­nio­na w szko­le śred­niej, ale prze­mil­cza­łam swój ży­cio­rys. Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Lu­sia jesz­cze przez po­nad pół go­dzi­ny bę­dzie mia­ła lek­cje.

Sta­nę­łam na stop­niu przed wej­ściem. Na szczę­ście prze­sta­ło pa­dać, choć aura i tak nie za­chę­ca­ła do spa­ce­rów. Ro­zej­rza­łam się po oko­li­cy. Nie zna­łam Gdań­ska zbyt do­brze, więc nie wie­dzia­łam, gdzie znaj­dę naj­bliż­szą ka­wiar­nię, ale do wy­bo­ru mia­łam dwie stro­ny. Dro­ga pra­wo­ści czę­sto jest nud­na, więc dla od­mia­ny skrę­ci­łam w lewo i prze­szłam za bu­dy­nek in­ter­na­tu. Ru­szy­łam przed sie­bie. Wcze­śniej czy póź­niej gdzieś tra­fię. Nos mnie oczy­wi­ście nie za­wiódł, bo po kil­ku mi­nu­tach sta­nę­łam w drzwiach bar­dzo przy­tul­nej cu­kier­ni. W środ­ku znaj­do­wa­ły się trzy sto­li­ki z wy­god­ny­mi krze­seł­ka­mi i moż­na tu było wy­pić kawę. Za­mó­wi­łam caf­fé lat­te, któ­re przy­po­mnia­ło mi, że po­win­nam wresz­cie ku­pić nowy eks­pres do kawy, bo ostat­ni wy­zio­nął du­cha w sierp­niu. W za­sa­dzie to jego zgon przy­spie­szył moją de­cy­zję o po­wro­cie na Ko­cie­wie. Po­je­cha­łam wte­dy do domu z to­boł­ka­mi i z moim smo­kiem, któ­ry pa­rzył naj­lep­szą kawę na świe­cie. W miesz­ka­niu pach­nia­ło ob­cy­mi ludź­mi, bo prze­cież przez rok było wy­naj­mo­wa­ne zna­jo­mym mo­jej mamy. Po­czu­łam się źle i obco. Je­dy­nie za­pach kawy uno­szą­cy się nad aro­ma­tycz­nym na­po­jem w ulu­bio­nym kub­ku mógł za­trzeć to nie­przy­jem­ne wra­że­nie. Oka­za­ło się jed­nak, że na­czy­nie zo­sta­ło wy­szczer­bio­ne, a eks­pres za­char­czał, na­pluł kawą i wy­zio­nął du­cha.

– Ży­czy pani coś jesz­cze? – spy­ta­ła dziew­czy­na sto­ją­ca za kon­tu­arem. Zdzi­wi­ła mnie ta for­ma py­ta­nia, ale uśmiech­nę­łam się do niej i od­go­ni­łam na­tręt­ne zbo­cze­nie za­wo­do­we po­lo­ni­sty. – Mamy pysz­ne cia­sta.

– To może się sku­szę – od­par­łam, za­glą­da­jąc przez szy­bę. – Pro­szę o tor­cik ma­ko­wy.

– Oczy­wi­ście – od­po­wie­dzia­ła i na­ło­ży­ła mi por­cję na ta­le­rzyk. Zdję­łam kurt­kę i na­pi­sa­łam do Lusi ese­me­sa, żeby wie­dzia­ła, gdzie mnie zna­leźć. Od­pi­sa­ła do­pie­ro po kil­ku mi­nu­tach.

Kie­dy zmio­tłam okrusz­ki z ta­le­rzy­ka i wy­pi­łam ostat­ni łyk kawy, za oknem znów kro­pi­ło. Dzię­ki temu uda­ło mi się nie za­po­mnieć o pa­ra­sol­ce. Za­mknę­łam za sobą drzwi ka­wiar­ni i sto­jąc pod dasz­kiem, bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­łam otwo­rzyć upior­ny me­cha­nizm.

– Prze­pra­szam. – Ja­kiś męż­czy­zna chciał wejść do środ­ka, więc mu­sia­łam opu­ścić scho­dy.

Kro­pił na mnie wrze­śnio­wy deszcz. Za­czę­łam się de­ner­wo­wać, bo wred­na pa­ra­sol­ka się za­cię­ła i za nic nie dała się otwo­rzyć. Ner­wy na­pię­te były jak po­stron­ki. Cier­pli­wość ni­g­dy nie była moją moc­ną stro­ną, więc przy­wa­li­łam wred­nym przed­mio­tem o drze­wo.

– Cho­le­ro jed­na! – wark­nę­łam.

Na­gle po­czu­łam czy­jąś dłoń na ra­mie­niu. Pod­sko­czy­łam z wra­że­nia i za­mach­nę­łam się. Ser­ce pra­wie wy­sko­czy­ło mi z pier­si.

– Ej, spo­koj­nie. – Usły­sza­łam.

Po se­kun­dzie zo­ba­czy­łam głu­pio uśmiech­nię­tą twarz Ja­ro­mi­ra Po­nia­tow­skie­go – gra­fi­ka, któ­ry ilu­stro­wał moją książ­kę dla dzie­ci o le­niu­sioł­kach. Na­pi­sa­łam ją na po­trze­by ho­spi­cjum. Zbie­ra­li­śmy wte­dy pie­nią­dze na le­cze­nie dziew­czyn­ki na­zy­wa­nej przez nas Szpil­ką.

– Ja­ro­mir? – zdzi­wi­łam się.

By­łam pew­na, że wy­je­chał do War­sza­wy. Pra­co­wał tam dla ja­kie­goś wy­daw­nic­twa. W Sta­ro­gar­dzie po­ja­wił się tyl­ko po to, by zro­bić wy­sta­wę ob­ra­zów uka­zu­ją­cych mia­sto z po­cząt­ków dwu­dzie­ste­go wie­ku. Po­nad­to był chy­ba je­dy­nym czło­wie­kiem na tym świe­cie, na któ­re­go wi­dok brał mnie taki nerw, że z przy­jem­no­ścią bym mu przy­ło­ży­ła pa­ra­sol­ką mię­dzy oczy, a na­wet i w inne miej­sce. Nie­zwy­kle uta­len­to­wa­ny i nie­ziem­sko iry­tu­ją­cy fa­cet. My­śla­łam, że go już ni­g­dy nie zo­ba­czę, a tu pro­szę, spo­ty­kam go­ścia w Gdań­sku.

– Wi­dzę, że tę­sk­ni­łaś – ode­zwał się z kpi­ną, do­kład­nie w swo­im sty­lu.

– Co tu ro­bisz? – spy­ta­łam, po­zo­sta­jąc w lek­kim szo­ku. – Mia­łeś być w War­sza­wie.

– I je­stem.

– No ra­czej nie, chy­ba że je­steś moim kosz­ma­rem.

– Ma­rze­niem – rzu­cił, uśmie­cha­jąc się od ucha do ucha.

– Chciał­byś.

– Za­pro­sił­bym cię na kawę, ale wi­dzę, że nie po­trze­ba ci ko­fe­iny. Ener­gia cię roz­no­si. W czym za­wi­ni­ło to bied­ne drze­wo?

– Ale śmiesz­ne – za­kpi­łam. – Cha­rak­ter ci się w War­sza­wie nie po­pra­wił, więc przy­je­cha­łeś do Gdań­ska.

– Przy­je­cha­łem do syna – od­parł tro­chę in­nym to­nem. W jego gło­sie za­brzmia­ła dziw­na nuta.

– Masz syna?!

– No, mam. Fa­ce­ci w moim wie­ku z re­gu­ły mają dzie­ci, szcze­gól­nie je­śli mie­li żonę.

– Nie wie­dzia­łam.

– Wła­śnie idę na dwo­rzec.

– Wra­casz do War­sza­wy po­cią­giem?

– Tak. Sa­mo­chód od­da­łem do warsz­ta­tu, więc zda­ny je­stem na pol­ską ko­lej – od­parł. – Idziesz w tam­tym kie­run­ku? – Wska­zał dło­nią, a ja kiw­nę­łam gło­wą. Szli­śmy przed sie­bie. Tro­chę mi prze­szedł bo­jo­wy na­strój. Deszcz sią­pił na­dal, ale dziw­nym tra­fem prze­sta­ło mi to prze­szka­dzać. – A ty co po­ra­biasz? Zo­sta­łaś w Sta­ro­gar­dzie?

– Zo­sta­łam. Chcę tam otwo­rzyć ka­wiar­nię – po­wie­dzia­łam.

– O! To wpad­nę kie­dyś na espres­so. Wciąż się pro­wa­dzasz z tym dok­tor­kiem nu­dzia­rzem?

– Jezu, Jaro, cze­mu ty taki zło­śli­wy je­steś?

– Bo to nie jest fa­cet dla cie­bie – od­parł. – Ty po­trze­bu­jesz praw­dzi­we­go męż­czy­zny, a nie ta­kie roz­mem­ła­ne klu­chy. Prze­cież to kła­nia­ją­cy się w pas czy­ścio­szek.

– Wku­rzasz mnie – wark­nę­łam. – Ar­tur jest cu­dow­nym czło­wie­kiem.

– No – za­śmiał się. – Nie­zwy­kle eks­cy­tu­ją­ce ży­cie cię cze­ka.

– Do­bra, na ra­zie! Ja tu skrę­cam – rzu­ci­łam po­iry­to­wa­na. – Nie mam ocho­ty na te prze­py­chan­ki.

– Jak za­tę­sk­nisz, to wiesz, gdzie mnie szu­kać.

– Wiem. Z pew­no­ścią usta­wię się w ko­lej­ce do two­ich wdzię­ków.

Tak mnie ten fa­cet iry­to­wał, że kie­dy pa­trzy­łam na jego głu­pi wy­raz twa­rzy i prze­rze­dzo­ne wło­sy, to mia­łam ocho­tę prze­gryźć mu tęt­ni­cę. Oczy­ma wy­obraź­ni wi­dzia­łam si­ka­ją­cą krew. Od­ru­cho­wo po­tar­łam po­li­czek, bo mia­łam wra­że­nie, że mnie obry­zga­ła czer­wo­na ciecz.

Oczy­wi­ście zda­wa­łam so­bie spra­wę z tego, że moje re­ak­cje na jego sło­wa były prze­sa­dzo­ne, ale on za­wsze po­tra­fił po­ru­szyć nie­wi­dzial­ne stru­ny znaj­du­ją­ce się po złej stro­nie mocy.

– Nie mu­sisz. Masz fory u mnie. – Wy­cią­gnął dłoń. Spoj­rza­łam na jego dłu­gie pal­ce lek­ko przy­bru­dzo­ne nie­bie­ską far­bą. Wia­do­mo, ar­ty­sta. Za­wa­ha­łam się, czy uści­snąć jego rękę. – No – po­na­glił.

Od­wza­jem­ni­łam gest z nie­chę­cią, jak­bym bała się jego do­ty­ku. Miał chłod­ne, ale su­che pal­ce.

– Cześć – burk­nę­łam.

– Do zo­ba­cze­nia. – Wy­pu­ścił moją dłoń. Po chwi­li od­wró­cił się i prze­szedł przez uli­cę. Po­dą­żał na dwo­rzec PKP. Pa­trzy­łam za nim. Do­pie­ro kil­ka se­kund póź­niej ock­nę­łam się na głos ese­me­sa. „Idę do in­ter­na­tu” – za­wia­do­mi­ła mnie Lu­sia.

Ru­szy­łam szyb­kim kro­kiem. Znów deszcz przy­po­mniał o so­bie, ale o dzi­wo, do­pie­ro te­raz po­now­nie za­czął mi prze­szka­dzać. Jesz­cze raz spró­bo­wa­łam otwo­rzyć pa­ra­sol­kę. Za­dzia­ła­ła! Wi­docz­nie przy­ło­że­nie w drze­wo było wła­ści­wym spo­so­bem, aby ją na­pra­wić.

Prze­go­ni­łam z gło­wy my­śli o Ja­ro­mi­rze zwa­nym przez cio­cię fi­go­la­sem, co po ko­ciew­sku mia­ło ozna­czać żar­tow­ni­sia. Przy­po­mnia­łam so­bie przy oka­zji, jak na jego wi­dok stwier­dzi­ła, że ma dupę jak ziarn­ko kawy. Uśmiech­nę­łam się do sie­bie, ale po chwi­li już sku­pi­łam my­śli na czymś in­nym. Prze­cież mu­sia­łam po­waż­nie po­roz­ma­wiać z Luś­ką! Po­wtó­rzy­łam kil­ka razy imię cór­ki, by cał­ko­wi­cie sku­pić się na niej. Zwi­zu­ali­zo­wa­łam so­bie kop­nię­tą w za­dek ko­le­żan­kę i przy­bra­łam po­waż­ną minę. Z mar­so­wym wy­ra­zem twa­rzy prze­kro­czy­łam próg in­ter­na­tu. Za­pu­ka­łam do po­ko­ju cór­ki.

– Pro­ooszę! – Usły­sza­łam do­brze zna­ny głos.

Na szczę­ście była sama. Po­spiesz­nie wrzu­ca­ła ubra­nia do tor­by. Ła­two było się do­my­ślić, że wszyst­ko jest brud­ne.

– No pięk­nie – po­wie­dzia­łam na po­wi­ta­nie.

Cmok­nę­łam ją w po­li­czek. Nie wy­da­wa­ła się zde­ner­wo­wa­na ani prze­stra­szo­na re­pry­men­dą, jaką za chwi­lę mia­ła do­stać. Usia­dłam na jej łóż­ku i ob­ser­wo­wa­łam, co robi.

– Do­bra, mamo, nie milcz, tyl­ko wal z gru­bej rury.

– Sama nie wiem, co mam ci po­wie­dzieć. My­śla­łam, że je­steś roz­sąd­na.

– Bo je­stem.

– I z roz­sąd­ku ko­piesz ko­le­żan­kę?

– Tak – od­par­ła, nie prze­ry­wa­jąc czyn­no­ści. – To był wiel­ki prze­jaw lo­gi­ki i od­po­wie­dzial­no­ści, bo mo­głam ją jesz­cze zdzie­lić w papę. Dro­gą eli­mi­na­cji wy­bra­łam tę część cia­ła, któ­ra nie mo­gła ulec uszko­dze­niu pod wpły­wem ude­rze­nia.

– Luś­ka, bo ja za­raz spraw­dzę na to­bie, czy fak­tycz­nie ta część cia­ła jest taka od­por­na. Mów, o co po­szło.

– Jezu, mamo, nie ma co ga­dać. Na­le­ża­ło się jej i tyle.

– Dziec­ko, ja cię bar­dzo pro­szę – wark­nę­łam. – Nie de­ner­wuj mnie, tyl­ko mów.

– Na­bi­ja­ła się i tyle.

– I to jest po­wód?

– Bro­ni­łam ro­dzi­ny. Za­wsze mi po­wta­rza­łaś, że w ro­dzi­nie siła. Jak siła to siła! – Za­śmia­ła się.

– To me­ta­fo­ra taka!

– Ale se­rio, na­le­ża­ło się tej mał­pie. – Usia­dła obok mnie. – Bez po­wo­du bym jej nie ude­rzy­ła, prze­cież wiesz.

– Wiem. Dla­te­go chcę znać przy­czy­nę tego zaj­ścia.

– Po co?

– Cho­ciaż­by po to, by też cze­goś nie pal­nąć i nie na­ra­zić się na kop­nia­ka. – Uśmiech­nę­łam się, by skło­nić ją do mó­wie­nia.

– Wi­dzę, że nie od­pu­ścisz – wes­tchnę­ła. – Bo ja nie­chcą­cy opo­wie­dzia­łam jej, że ty kie­dyś blo­ga za­ło­ży­łaś i na­zwa­łaś go Kura do­mo­wa. Pa­mię­tasz, nie?

– No… daw­no to było i już nie­praw­da. – Zu­peł­nie o tym za­po­mnia­łam, ale fak­tycz­nie ja­kiś czas temu wpa­dłam na ge­nial­ny po­mysł, by zo­stać blo­ger­ką. Bar­dzo szyb­ko jed­nak stwier­dzi­łam, że to za­ję­cie nie jest dla mnie.

– A te­raz tak wy­szło, że nie masz pra­cy i ta­kie tam, a ona za­czę­ła się na­bi­jać ze mnie, a wła­ści­wie z cie­bie.

– I to był po­wód, żeby ją kop­nąć? – zdzi­wi­łam się, choć roz­czu­li­ła mnie tym, że sta­nę­ła w obro­nie mat­ki.

– Wku­rzy­ła mnie. Za­czę­ła się chwa­lić, że jej ro­dzi­ce mają kan­ce­la­rię praw­ną i ta­kie tam, a że ja niby je­stem gor­sza, bo cór­ka kury do­mo­wej – po­wie­dzia­ła ze smut­kiem.

– Jezu, ale prze­cież ja nie mam pra­cy za­le­d­wie od po­cząt­ku wrze­śnia!

– E tam, szko­da na nią słów. Za­słu­ży­ła na kop­nia­ka. Po­tem by­ły­śmy na roz­mo­wie u wy­cho­waw­czy­ni. Zresz­tą wiesz.

– Je­śli jej ro­dzi­ce są praw­ni­ka­mi, to jesz­cze cię po­zwą – za­żar­to­wa­łam. Lu­sia spoj­rza­ła na mnie i do­pie­ro po chwi­li się uśmiech­nę­ła. Przy­tu­li­łam ją do sie­bie. – Nie martw się. Wszyst­ko bę­dzie do­brze. Może two­ja mat­ka jest przez chwi­lę bez­ro­bot­na, ale za to z cał­kiem nie­złą sum­ką na kon­cie. A już nie­dłu­go zmie­nię się w biz­ne­swo­man. Te­raz zbie­raj ma­nat­ki i je­dzie­my do domu. Aha, i ni­g­dy już wię­cej ni­ko­go nie kop!

Po kil­ku mi­nu­tach wy­szły­śmy z in­ter­na­tu. Deszcz na szczę­ście prze­stał sią­pić. Ru­szy­ły­śmy w kie­run­ku sa­mo­cho­du. Sta­nę­łam na kra­węż­ni­ku, by przejść na dru­gą stro­nę. Ktoś szyb­ko prze­je­chał, a Lu­sia zła­pa­ła mnie za ra­mię.

– Mamo, tam jest przej­ście dla pie­szych. – Po­ka­za­ła ręką.

Fak­tycz­nie, dzie­sięć me­trów da­lej wid­nia­ły na jezd­ni bia­łe pasy.

– To mała ulicz­ka. Kto by tu prze­cho­dził przez przej­ście? – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– Pie­si – od­par­ło to moje mą­dra­liń­skie dziec­ko, a ja par­sk­nę­łam śmie­chem.

Od­po­wiedź była nie­zwy­kle lo­gicz­na. Trud­no było pod­jąć z nią dys­ku­sję, więc prze­szły­śmy na dru­gą stro­nę przez pasy. Bez­piecz­nie do­tar­ły­śmy do auta i po chwi­li mo­gły­śmy ru­szyć w dro­gę do domu.

Rozdział 4

W so­bot­ni po­ra­nek słoń­ce na­tręt­nie za­glą­da­ło w okno i nie dało dłu­żej po­spać. Się­gnę­łam po te­le­fon, by spraw­dzić, któ­ra jest go­dzi­na. Do­cho­dzi­ła dzie­wią­ta. Nu­tuś pod­niósł gło­wę i spoj­rzał, jak­by da­jąc mi do zro­zu­mie­nia, że nie ma co się spie­szyć. Klep­nę­łam dło­nią miej­sce obok sie­bie. Le­ni­wie się pod­niósł, za­miau­czał i pod­szedł. Po­ło­żył się wy­god­nie na moim brzu­chu. Mruk­nął, po­na­gla­jąc, by go gła­skać.

– Co, piesz­czo­chu? – szep­nę­łam. – Stę­sk­ni­łeś się za swo­ją pa­nią? – Prze­cią­gnę­łam po jego skó­rze dło­nią, a w po­wie­trzu za­wi­ro­wa­ły ja­sne kła­ki. – Wsta­je­my? – Kot mruk­nął w od­po­wie­dzi, jak­by nie był za­do­wo­lo­ny z tego po­my­słu. – Wsta­je­my – zde­cy­do­wa­łam i na­tych­miast wy­sko­czy­łam z łóż­ka, zrzu­ca­jąc z sie­bie nie­za­do­wo­lo­ne­go Nu­tu­sia.

W ko­ry­ta­rzu pach­nia­ło kawą. Albo Lu­sia, albo cio­cia były już na no­gach. Co praw­da cio­cia piła tyl­ko swo­je cap­puc­cin­ko, któ­re ra­czej nie przy­po­mi­na­ło ko­fe­ino­wej przy­jem­no­ści, ale ni­g­dy nie wia­do­mo, co sta­rusz­ce strze­li do gło­wy i czy nie za­pa­rzy­ła so­bie praw­dzi­wej. Zo­sia była ra­czej nie­prze­wi­dy­wal­na, choć mia­ła swo­je ry­tu­ały.

– Cześć, cio­ciu – po­wie­dzia­łam, wcho­dząc do kuch­ni.

Star­sza pani sie­dzia­ła przy sto­le i prze­glą­da­ła co­dzien­ną ga­ze­tę. Naj­cie­kaw­sza część to – we­dług cio­ci – ne­kro­lo­gi. Za­wsze śle­dzi­ła je uważ­nie, spraw­dza­jąc, czy jest wśród nich in­for­ma­cja o śmier­ci zna­jo­mych.

– A! Cześć, Jo­asiu. Jak się spa­ło?

– Do­brze. Coś cie­ka­we­go pi­szą?

– Jo – od­par­ła. – Zmarł ko­le­ga Jadź­ki. Na­wet kil­ka razy spo­tka­łam go u niej.

– Przy­kro mi – po­wie­dzia­łam.

– Eee tam, sta­ry pryk już był. Czas naj­wyż­szy na nie­go. Przy­naj­mniej ko­lej­ka się po­su­wa do przo­du – za­żar­to­wa­ła w swo­im sty­lu. – To ja za­raz lecę do Jadź­ki. Pój­dzie­my ró­ża­niec za nie­go zmó­wić – po­in­for­mo­wa­ła mnie, a po chwi­li zło­ży­ła sta­ran­nie ga­ze­tę i po­szła na­kła­dać buty. Sa­pa­ła przy tym gło­śno, że lata nie te, że schy­lać się trud­no, ale za­raz mach­nę­ła mi na po­że­gna­nie i po­pę­dzi­ła.

Wsta­wi­łam czaj­nik z wodą na gaz i po­szłam się umyć. Le­d­wo zdą­ży­łam na­rzu­cić szla­frok, gdy roz­le­gło się prze­szy­wa­ją­ce gwiz­da­nie. Za­la­łam kawę w ko­lo­ro­wym kub­ku. Po chwi­li do­da­łam do niej mle­ka i usia­dłam przy sto­le. Zer­ka­łam jed­nym okiem na po­zo­sta­wio­ną na bla­cie ga­ze­tę. Prze­le­cia­łam wzro­kiem po na­głów­kach, ale nie było w nich ni­cze­go, co mo­gło­by mnie za­in­te­re­so­wać. Wie­dzia­łam, że za chwi­lę mu­szę się ze­brać do ho­spi­cjum, by zo­ba­czyć, co z dzie­cia­ka­mi. Mia­łam tam kil­ku pod­opiecz­nych, któ­ry­mi się zaj­mo­wa­łam, uczy­łam ich też pol­skie­go i hi­sto­rii. Bar­dziej by­łam przy­ja­ciół­ką niż na­uczy­ciel­ką. Zży­łam się z nimi. Naj­moc­niej z Mrów­ką i z Pati. Szpil­ka po­je­cha­ła do kli­ni­ki w War­sza­wie na prze­szczep. Daw­no jej nie wi­dzia­łam. Przed jej wy­jaz­dem po­ja­wił się nowy chło­piec – Arek. Nie zdą­ży­łam go jesz­cze do­brze po­znać. Na­sto­la­tek jest bar­dzo za­mknię­ty w so­bie i trud­no do nie­go do­trzeć. W za­sa­dzie leży i pa­trzy w su­fit, ale mam na­dzie­ję, że uda się nam na­wią­zać kon­takt.

– Cześć, mamo. – Usły­sza­łam za sobą głos Lusi. – Śnia­da­nie?

– Co po­wiesz na płat­ki owsia­ne z su­szo­ny­mi owo­ca­mi?

– Mogą być – od­par­ła i znik­nę­ła za drzwia­mi ła­zien­ki.

Po przej­rze­niu ga­ze­ty za­bra­łam się więc za przy­go­to­wa­nie owsian­ki, gdy usły­sza­łam trza­śnię­cie drzwi. Aż pod­sko­czy­łam ze stra­chu, bo ni­ko­go się nie spo­dzie­wa­łam. Wy­bie­głam do przed­po­ko­ju. Za­sa­pa­na cio­cia Zo­sia mru­cza­ła coś pod no­sem.

– Bździą­gwa jed­na – po­wie­dzia­ła wresz­cie wy­raź­niej. – Nor­mal­na bździą­gwa!

– Rany, cio­ciu, co się sta­ło?

– A pies jej mor­dę zaj­mał – zło­rze­czy­ła, a ja nie wie­dzia­łam, co się wy­da­rzy­ło. – Patrz. – Po­da­ła mi ja­kiś świ­stek.

Prze­czy­ta­łam gło­śno:

– Je­stem wy­idzo­na do amtu. Ja­dzia. – Spoj­rza­łam na cio­cię. – To ja­kiś szyfr?

– Jaki szyfr? – zdzi­wi­ła się. – Nor­mal­nie na­pi­sa­ne.

– Dla­cze­go się cio­cia w ta­kim ra­zie zło­ści? – Nic z tego nie ro­zu­mia­łam.

– Bo ta bździą­gwa, za­miast na mnie cze­kać, to do amtu so­bie po­la­zła! W so­bo­tę! Toż sta­ra skle­ro­tycz­ka!

– Co to jest amt?

– Urząd. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Urząd w so­bo­tę? Ro­zu­miesz? Jej ten al­zhe­imer to na­praw­dę do gło­wy ude­rzył.

– Nie de­ner­wuj się – po­wie­dzia­łam, le­d­wo pa­nu­jąc nad tym, by nie par­sk­nąć śmie­chem. – Zjesz z nami owsian­kę?

– Jo – rzu­ci­ła. Prze­szła do kuch­ni i cięż­ko usia­dła na krze­śle. – O, mor­ta­de­lo – jęk­nę­ła. – Te sta­re baby to chy­ba już do ni­cze­go. – Za­parz mi ar­ba­ty, co? Bo taki nerw mnie wziął, że nor­mal­nie udu­szę tę Jadź­kę wła­sny­mi rę­ko­ma i po­ślę ją do Świę­te­go Pio­tra! Niech się z babą mę­czy.

Za­chi­cho­ta­łam. Co jak co, ale cio­tecz­ce nie bra­ko­wa­ło ener­gii i po­czu­cia hu­mo­ru.