Opis

La Juve Siamo Noi! Juve to my!

Historia Juventusu, jednego z najlepszych klubów świata i jednego z najstarszych na Półwyspie Apenińskim, to tak naprawdę opowieść o dziejach włoskiej piłki. Znany jako La Vecchia Signora (Stara Dama) klub to perfekcyjna mieszanka stylu, kunsztu i umiejętności z bezwzględną determinacją i wolą zwycięstwa.

W swojej książce Adam Digby przybliża najważniejsze momenty w blisko 120-letniej historii Juve, przedstawia sylwetki klubowych legend i piłkarzy, którzy sprawili, że o Juventusie mówi się nieprzerwanie jako o najlepszym włoskim zespole.

W tej opowieści autor opisuje wielkie triumfy, jak i bolesne porażki, a także porusza jeden z najtrudniejszych tematów: degradację do Serie B, odebranie tytułów mistrzowskich wywalczonych na początku XXI w. oraz mozolny powrót Bianconerich na szczyt.

To prawdziwa biblia każdego, kto uważa się za kibica Starej Damy!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 317

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Podziękowania

Autor pragnie podziękować niżej wymienionym osobom, bez których udziału i pomocy niniejsza książka nie mogłaby zostać napisana:

 

Claudio Albanese, Michael Atkinson, David Amoyal, Sheridan Bird, John Cascarano, Gino De Blasio (za to, że był przy mnie zawsze, kiedy go potrzebowałem), John Dobson, David Hartrick, Kristian Jack, Jeff Livingstone, James Montague, Robert Priest, Giancarlo Rinaldi (za ogromne wsparcie), Carey Roberts i Aaron West.

 

Grazie mille e un abbraccio forte a tutti!

Stokrotne dzięki i gorące uściski dla wszystkich!

 

Dla Aimee Alessandry i Luki Giovanniego.

Dziękuję, Piękna – sprawiłaś, że poczułem się lepszym człowiekiem.

Fino alla fine

Od tłumacza

Chyba nigdy wcześniej nie wpatrywałem się tak długo w kursor migający na ekranie komputera, szukając sposobu na wykrztuszenie pierwszego zdania. Czarna pionowa kreska, pojawiająca się i znikająca na przemian, cierpliwy towarzysz tych, którzy szukają natchnienia. A może to wcale nie tak? Co jeśli to nie żadna migająca pionowa linia, a przeplatanka białych i czarnych pasków?

Białe i czarne pasy. Tak, wiem – pewnie po raz kolejny się zagalopowałem, czasem jednak trudno patrzeć na świat inaczej, zwłaszcza kiedy mimo najgorszego od ponad 40 lat początku sezonu twoja drużyna zdobywa historyczne piąte scudetto z rzędu, pokazując nieprawdopodobny charakter i wolę walki do samego końca, a niedługo później dorzuca do tego kolejny Puchar Włoch. Zrozumieją to w pełni chyba tylko inni kibice bianconerich – nie kibice piłki nożnej, a właśnie kibice Juve. Klubu, którego historia jest jedną z jego najwspanialszych wartości, fundamentem pasji, jaką wspólnie dzielimy od wielu lat.

Przez ostatnie lata przetłumaczyłem kilka autobiografii wybitnych piłkarzy, począwszy od Alessandro Del Piero (choć jego Gramy dalej nie jest typową autobiografią) aż po znakomitą opowieść Andrei Pirlo. Każda z nich była świetna na swój sposób, lecz niniejsza książka jest wyjątkowa: autor zabiera bowiem czytelnika do samego początku, do narodzin Juventusu, po czym razem z nim przeżywa jego sukcesy i porażki, momenty chwały oraz zupełnego mroku. Opowiada o drużynie, której charakter ukształtowało znamienne motto fino alla fine – „do samego końca”. O drużynie, która w najgorszym okresie własnej historii potrafiła wstać z kolan i przeć naprzód na przekór wszystkiemu. O drużynie, którą pokochały miliony.

Ponieważ udało mi się wedrzeć na początkowe strony tej książki, pozwólcie, że podziękuję tym, bez których niniejsze tłumaczenie nigdy by nie powstało.

Dziękuję Mateuszowi Polkowi – za duże wsparcie i za to, że od lat gramy do tej samej bramki. Resta dove sei, bastardo, perché un giorno ti raggiungerò.

Dziękuję Piotrkowi Fili, który kilkakrotnie okazał się dla mnie profesjonalnym zmiennikiem w chwilach nierównej walki z językiem oryginału.

Dziękuję Łukaszowi Pankowi i Tomkowi Opiekulskiemu za czujne oko podczas korekty i niemiecką precyzję w zakresie statystyk.

Dziękuję redakcji JuvePoland.com za wspólną pasję oraz Wydawnictwu SQN za zaufanie i profesjonalizm.

Szczególne podziękowania kieruję do moich dziewczyn: żony Karoliny i córki Majki, za cierpliwość i za to, że choć zza linii bocznej, to przeżywacie wszystko razem ze mną. To właśnie Wam dedykuję tłumaczenie tej wyjątkowej książki.

Fino alla Fine.

 

Marcin Nowomiejski

Dawno, dawno temu

Grupa przyjaciół spotkała się na ławce przy Corso Re Umberto, jednej z najbardziej prestiżowych alei w Turynie.

Przywiodła ich tam wspólna pasja – futbol, wyjątkowy sport sprowadzony do Włoch z Wielkiej Brytanii.

Łączył ich jeden cel: założyć klub sportowy, gdzie grano by wyłącznie w piłkę nożną.

Byli uczniami liceum ogólnokształcącego Liceo D’Azeglio, którego specjalnością były studia klasyczne.

Najstarszy z nich miał zaledwie 17 lat.

Chłopcy postanowili wybrać nazwę klubu w drodze głosowania. Zwyciężyło łacińskie słowo oznaczające „młodość”.

Był 1 listopada 1897 roku.

Właśnie narodził się Juventus Sport Club.

Tamtego dnia żaden z chłopców nie zdawał sobie jeszcze sprawy z tego, że ich spotkanie na ławce zapoczątkowało niezwykłą piłkarską historię.

Tchnęli życie w najwspanialszy i najbardziej utytułowany klub piłkarski we Włoszech.

1Narodziny na ławce: wczesne lata Juventusu

Futbol to gra tożsamości. Znakami rozpoznawczymi klubów piłkarskich są ich wizerunek, symbole i barwy. Zanim piłka nożna stała się wszechobecna w telewizji i Internecie, na których wychowywały się nowe rzesze fanów wspierających swoje ukochane drużyny, owa tożsamość była przekazywana z pokolenia na pokolenie przez rodziny i grupy przyjaciół. Podobnie jak wiele największych klubów piłkarskich, Juventus narodził się w bardzo skromnych warunkach, z dala od blasku reflektorów i nieprawdopodobnie bogatych piłkarzy tworzących dzisiejsze oblicze piłki nożnej.

Ósmego września 2011 roku, podczas ceremonii otwarcia Juventus Stadium, bianconeri[1] opowiedzieli o swoich początkach, przedstawiając tę historię w idealny sposób. Klub nie zamierzał oszczędzać na kipiącym emocjami spektaklu i zaprosił tysiące swoich fanów do wspólnego otwarcia nowego rozdziału w swojej historii. Godziny prób i pracy nad choreografią oraz występami cheerleaderek, obecność dawnych mistrzów, przywodzących na pamięć triumfy i bolesne straty – wszystko to sprawiło, że wieczór był magicznym i niezapomnianym prezentem dla kibiców.

W pewnej chwili, pośród całego tego splendoru, hałasu i wszechobecnego podniecenia, dwóch mężczyzn – otoczonych przez tysiące ludzi obecnych na trybunach i obserwowanych przez miliony osób zebranych przed telewizorami – usiadło na ławce, by porozmawiać o łączącym ich uczuciu do ukochanego klubu. Stworzyli w ten sposób piękny, wzruszający moment zawierający w sobie wszystko, co najlepsze w Juventusie i kreślący szerszy krajobraz włoskiego futbolu. Jednego z nich świetnie znali nawet laicy. Był nim ówczesny kapitan drużyny, Alessandro Del Piero, człowiek będący ucieleśnieniem wszelkich cnót lo stile Juve – wrodzonego stylu turyńskiego klubu.

Człowiek, który przez większość swojej 19-letniej przygody w biało--czarnej koszulce przemawiał do milionów nogami, tym razem miał znaleźć najwłaściwsze słowa. Del Piero, w pełni świadomy swojego miejsca wśród legend klubu, tamtego wieczora zwrócił się do tysięcy obserwatorów owego niezwykłego widowiska słowami: „Jestem dumny z tego, że mogłem zapisać kilka ważnych kart w przepięknej historii klubu. Juventus zawsze był dziełem sztuki, pięknym obrazem – a piękne obrazy potrzebują pięknej ramy”.

Bardziej zorientowani widzowie rozpoznali również drugiego mężczyznę na ławce. Był nim Giampiero Boniperti, który przed laty wyprowadził Juventus z cienia lokalnego rywala, Torino, i to jeszcze zanim koszulkę w biało-czarne pasy założyli Roberto Baggio, Michel Platini, Gaetano Scirea czy też bijący wszelkie rekordy Alessandro Del Piero. Pełniąc później funkcję prezydenta klubu, Boniperti pomógł Gianniemu Agnellemu w zbudowaniu drużyny, która w 1985 roku sięgnęła po Puchar Europy, i przyczynił się do sprowadzenia Del Piero do Turynu. Słowa, które wypowiedział tamtego wieczora, płynęły mu z głębi serca i spotkały się z ogromnym entuzjazmem zgromadzonej widowni.

Moja przygoda z Juventusem rozpoczęła się 4 czerwca 1946 roku. Minęło 65 lat, a ja wciąż jestem tutaj z wami. Chcę dziś przypomnieć wszystkim kibicom i obecnym piłkarzom słynną sentencję: „Dla Juve zwycięstwa nie są ważne. To jedyne, co się liczy”.

Ostatnie zdanie Boniperti powtarzał w przeszłości tyle razy, że w opinii wielu ludzi stało się ono wręcz maksymą klubu. Tamtego wieczora wypowiedział je, siedząc obok Del Piero na ławce, którą wierni fani turyńskiego klubu od razu rozpoznali i która znalazła się tam nieprzypadkowo. To właśnie na niej wiele lat wcześniej siedziała grupa uczniów liceum imienia Massimo D’Azeglio, obmyślając plan założenia klubu piłkarskiego.

Ich celem nie było jednak wówczas zawojowanie Europy czy nawet Włoch, ale zabawa – jak to zwykle w tym wieku bywa. Nazwa wybrana dla klubu była o tyle osobliwa, że nie nawiązywała do miejsca, z którego pochodzili – regionu, miasta czy dzielnicy. Juventus to bowiem w rzeczywistości łacińskie słowo oznaczające „młodość”. Ich pierwsze stroje zupełnie nie przypominały obecnych: składały się z sięgających za kolana spodenek i białej koszulki zastąpionej w 1899 roku przez różowy trykot z czarnym kołnierzykiem i krawatem. Pierwszym prezydentem klubu był Enrico Canfari, mecze zaś odbywały się przy Piazza d’Armi. Jedenastego marca 1900 roku Juventus zadebiutował w rozgrywkach krajowych, przegrywając 0:1 z nieistniejącym już dzisiaj F.B.C. Torinese.

Kilka lat później splot różnych okoliczności doprowadził do jednego z najbardziej znaczących przełomów w historii klubu: pojawienia się słynnych strojów w biało-czarne pasy, będących dziś znakiem rozpoznawczym Juventusu. Różowe koszulki, dzieło ojca jednego z piłkarzy, miały jedną wadę: ich ciągłe pranie pomiędzy kolejnymi meczami sprawiło, że kolor wyblakł – do tego stopnia, że w 1903 roku podjęto decyzję o ich wymianie na nowe. Klub poprosił wówczas jednego z członków drużyny, Brytyjczyka Johna Savage’a, by ten wykorzystał swoje kontakty w Anglii i sprowadził nowe trykoty, bardziej trwałe od dotychczasowych.

Savage skontaktował się z przyjacielem mieszkającym w Nottingham, kibicem najstarszego klubu piłkarskiego w Anglii, Notts County, ten zaś wysłał do Turynu komplet koszulek w biało-czarne pasy, takich samych, w jakich grali Notts. Kiedy więc lata później Juventus szukał idealnego przeciwnika na mecz mający uświetnić inaugurację niewątpliwie najbardziej nowoczesnego i najważniejszego stadionu piłkarskiego w historii włoskiego futbolu, wybór nie był niespodzianką – do Turynu zawitał nie Real Madryt, Manchester United czy Barcelona, a właśnie drużyna Notts County.

Koszulki w biało-czarne pasy, od których wziął się też przydomek bianconeri, wpisały się na stałe w historię Juventusu, tym bardziej że w opinii klubu zdecydowanie lepiej niż różowe stroje pasowały do zimowego krajobrazu Alp. Na sukcesy nie trzeba było długo czekać: tego samego roku Juventus zdobył swój drugi Puchar Miasta Turyn, pokonując w finale Milan Cricket Club. Rok później bianconeri przegrali z Genoą w barażach, by niedługo potem sięgnąć po pierwsze ważne trofeum w historii klubu.

W 1905 roku Juventus zdobył swój pierwszy tytuł mistrzowski. W odróżnieniu od rywali, którzy opierali siłę swoich zespołów na Brytyjczykach, trzon drużyny Juve tworzyli Włosi. Po wygraniu grupy piemonckiej bianconeri trafili wówczas do rundy finałowej, gdzie mieli zmierzyć się z Genoą oraz Unione Sportiva Milanese. Oba pojedynki z tymi pierwszymi zakończyły się remisem 1:1, w dwumeczu z klubem z Mediolanu Juventus był jednak wyraźnie lepszy, wygrywając najpierw 3:0, a następnie 4:1.

Wyniki te wystarczyły, by jednym punktem pokonać Liguryjczyków w walce o tytuł mistrzowski. Na koszulkach Juve nie pojawiła się wówczas tarcza upamiętniająca to osiągnięcie, jak to jest obecnie, ale federacja piłkarska nagrodziła klub pamiątkową tablicą. Juventus mógł wreszcie nazwać siebie mistrzem Włoch. Bianconeri grali w popularnej wówczas formacji WM[2], stworzonej przez legendarnego trenera Arsenalu, Herberta Chapmana. Między słupkami bramki stał Domenico Durante, przed nim zaś grał duet obrońców Gioacchino Armano – Oreste Mazzia. Linię pomocy tworzyli: Szwajcar Paul Arnold Walty, kapitan drużyny Giovanni Goccione oraz Szkot Jack Diment. W ataku obok następnego Szwajcara, Alberto Barberisa, grali z kolei: Carlo Vittorio Varetti, Luigi Forlano, Anglik James Squair i Domenico Donna. Ten ostatni pełnił również funkcję trenera drużyny, która do końca sezonu nie zmieniła swojej wyjściowej jedenastki.

W tym samym roku z powodu wewnętrznych nieporozumień z Juventusu odszedł pełniący wówczas funkcję prezydenta klubu Alfred Dick. W ślady szwajcarskiego biznesmena poszło kilku członków zwycięskiej drużyny, tworząc wspólnie nowy klub, Torino FC, będący jednym z najstarszych włoskich rywali Juve. Atmosfera owych rozstań daleka była od przyjacielskiej, co sprawiło, że już pierwsze pojedynki obu drużyn okazały się bardzo zajadłe, podobnie jak ich relacje poza boiskiem.

Prezydenturę po Dicku objął Carlo Vittorio Varetti, ale jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej Juventus wyraźnie podupadł. Znalazł się w cieniu piemonckich klubów pokroju Casale czy Pro Vercelli, którym z trudem starał się dotrzymać kroku. Wojna doprowadziła jednak do kolejnego przełomu w historii Juve. Ponieważ wielu piłkarzy zostało wezwanych pod broń, zarząd klubu szukał sposobu, by skutecznie się z nimi komunikować. Ostatecznie podjęto decyzję o stworzeniu lokalnej gazety – „Hurrà”, publikowanej do dziś[3]. Jej pierwszy numer ujrzał światło dzienne 23 października 1915 roku. Okres wojenny przyniósł też jednak dotkliwe straty: w trzeciej bitwie pod Isonzo zginął Enrico Canfari, jeden z założycieli turyńskiego klubu.

Triumfalny powrót bianconerich nastąpił po zakończeniu wojny. Do reprezentacji narodowej Włoch powołanie otrzymał jeden z piłkarzy Juve, Giovanni Giacone. Ówczesny prezydent, Corradino Corradini, skomponował pierwszy hymn klubu, którego używano aż do lat 60. Ale Juventus z tamtych lat bardzo różnił się od klubu, jaki znamy obecnie – był drużyną grającą amatorski futbol, podlegającą szeregowi obowiązujących wówczas i bardzo ograniczających ją zasad. Jedna z nich stanowiła, że piłkarze mogą grać wyłącznie dla miasta, w którym mieszkają, wskutek czego ligę zdominowały drużyny Pro Vercelli i Genoi.

Ale miało się to szybko zmienić.

2Pierwsi bohaterowie: Gianpiero Combi i Złote Pięciolecie

Scenariusza tej wyśnionej historii nie kupiłoby nawet Hollywood. Jest to zapierająca dech w piersiach opowieść o bohaterze, który prowadzi do serii sukcesów nie tylko klub ze swojego rodzinnego miasta, ale dokonuje tego samego również na arenie międzynarodowej, jako kapitan reprezentacji kraju, w dodatku powracając z piłkarskiej emerytury. Jeśli jednak scenarzysta dołożyłby do tej historii fakt, że mistrzostwa świata, o których mowa, rozgrywane są w ojczyźnie tegoż bohatera i że całość wieńczy wzniesienie przez niego najważniejszego trofeum w piłkarskim świecie i zakończenie kariery, z pewnością żadne studio filmowe nie wyłożyłoby pieniędzy na taki projekt.

Dokładnie taką drogę przeszedł jednak Gianpiero Combi, którego kariera zawodowa była tak niewiarygodna, że mało kto mógłby liczyć na to, by mu pod tym względem dorównać. Urodzony w Turynie w 1902 roku, dołączył do młodzieżówki Juventusu, by w końcu w lutym 1922 roku zadebiutować jako bramkarz pierwszej drużyny w meczu z Milanem. Był wówczas niespełna 21-letnim, ale niezwykle dojrzałym zawodnikiem, dzięki czemu szybko wywalczył sobie stałe miejsce w pierwszym składzie i zaliczył dziesięć występów w sezonie.

Do sezonu 1922/23, w którym Combi nie zagrał w zaledwie jednym meczu Juventusu, Genoa i Pro Vercelli podzieliły między siebie 16 tytułów mistrzowskich. Bianconeri mieli na koncie tylko jedno trofeum, wywalczone w 1905 roku, a od najlepszych dzielił ich wyraźny dystans. Wszystko zmieniło się jednak wraz z sezonem rozpoczynającym się latem 1923 roku, kiedy seria pewnych wydarzeń na zawsze odmieniła oblicze calcio[4].

Mechanizm rozgrywek ligowych, do tej pory dość złożony, został uproszczony i ujednolicony. W tym samym czasie nowym prezydentem Juventusu został Edoardo Agnelli. Walcząc z ówczesnymi regułami dotyczącymi transferów pomiędzy klubami, Agnelli razem z grającym amatorsko obrońcą Pro Vercelli Virginio Rosettą doprowadzili do wybuchu czegoś, co należałoby nazwać jednym z pierwszych skandali w historii ligi włoskiej. Rosetta, uwielbiany wówczas przez kibiców Pro Vercelli, przyjął złożoną mu przez właściciela Juventusu lukratywną propozycję pracy na stanowisku księgowego w Turynie. Wszystko wskazywało na to, że bianconeri z Rosettą w składzie zdobędą swój drugi tytuł mistrza Włoch, lecz szefowie Vercelli i Genoi – klubów, które uplasowałyby się w tabeli ligowej zaraz za Juve – złożyli oficjalny protest skutkujący unieważnieniem wyników meczów, w których wystąpił nowy nabytek turyńczyków.

Incydent ów, nazwany później „aferą Rosetty”, doprowadził do fali transferów pomiędzy klubami, wzrostu pensji zawodników oraz nadejścia ery profesjonalnego futbolu we Włoszech. Choć teraz już rzadko pamiętane, wydarzenie to można porównać do wprowadzenia Prawa Bosmana[5] w 1995 roku; jego skutkiem była wszakże degradacja Juventusu na piąte miejsce w tabeli i tym samym zdobycie przez Genoę kolejnego tytułu mistrzowskiego. Kiedy jednak Rosetta stał się w końcu prawowitym piłkarzem Juve, Stara Dama[6] zaczęła dominować jak nigdy dotąd. Oznaczało to początek nowej ery – czasów, których głównym bohaterem był wspomniany wcześniej Combi.

W 1924 roku Combi zadebiutował w reprezentacji Włoch, powołany po raz pierwszy przez wybitnego Vittorio Pozzo. O swoim pierwszym meczu rozegranym w koszulceazzurrich wolał pewnie jak najszybciej zapomnieć – Włosi zostali bowiem zdemolowani przez zespół Węgier z Györgym Molnárem na czele. Chociaż wynik 1:7 do dziś jest najwyższą porażką w historii poniesioną przez drużynę narodową z Półwyspu Apenińskiego, nie zdołał wówczas podkopać pewności siebie młodego bramkarza. Kiedy przed rozpoczęciem sezonu 1925/26 wrócił ze zgrupowania kadry do klubu, był jeszcze bardziej zdeterminowany, by poprowadzić swoją drużynę do sukcesów.

Jego determinacja sprawiła, że po raz pierwszy od pięciu lat Juventus zagrał w finale rozgrywek ligowych o mistrzostwo, mierząc się z obrońcą tytułu, Bologną. Pierwszy mecz zakończył się wynikiem 2:2, rewanż zaś bezbramkowym remisem po pełnym nerwów pojedynku. Ponieważ w tamtych czasach nie funkcjonowała zasada bramek zdobytych na wyjeździe, o zwycięstwie miał zadecydować trzeci mecz rozegrany na neutralnym terenie – w Mediolanie. Ostatecznie triumfował Juventus, zdobywając swój drugi tytuł mistrzowski w historii dzięki niesamowitej bramce zdobytej przez Ferenca Hirzera.

Węgierski napastnik strzelił w tamtym sezonie aż 35 goli w zaledwie 28 meczach, podczas gdy drugi w klasyfikacji Pietro Pastore zakończył sezon z 28 trafieniami na koncie[7]. Bramka zapewniająca Juventusowi drugie scudetto była niesamowita, choć cieniem na tej historii położyła się nagła śmierć ówczesnego trenera Jenő Károly’ego, który zmarł na atak serca między dwoma finałowymi meczami. Zastąpił go rodak József Viola, grający dotychczas w Juve jako pomocnik; objął on drużynę na dwa kolejne lata.

Rosetta i Combi mieli znaczący wkład w zdobycie przez reprezentację Włoch brązowego medalu na olimpiadzie w 1928 roku. Chcąc jednak stworzyć obronę nie do przejścia, Agnelli postanowił zadziałać po raz kolejny i sprowadził z Casale Umberto Caligarisa. Decyzja ta powołała do życia jeden z najlepszych defensywnych tercetów wszech czasów. Tworzący legendarne trio Combi, Rosetta i Caligaris stali się pierwszymi prawdziwymi bohaterami Juventusu.

Obaj obrońcy musieli walczyć między sobą o jedno miejsce w kadrze narodowej Pozzo, gdzie w linii defensywy grał już świetny stoper Genoi, Renzo De Vecchi, ale w Juve mieli możliwość występów obok siebie. Z sezonu na sezon rozumieli się coraz lepiej, dzięki czemu zaczęli występować razem również w reprezentacji. Ojcem owego sukcesu był jednak sam Combi, który potrafił trzymać w ryzach całą formację obronną. Nie da się ukryć, że był nie tylko pierwszym prawdziwym gwiazdorem Juventusu, ale i pierwszym z szeregu świetnych bramkarzy grających w turyńskiej drużynie.

W przeciwieństwie do dzisiejszych gigantów stających między słupkami Combi był średniego wzrostu. Mierzył zaledwie 171 centymetrów, ale był na tyle silny, że radził sobie w bramce dużo lepiej niż większość dzisiejszych bramkarzy. Ponieważ grał bez ochraniaczy, od czasu do czasu zmagał się z kontuzjami spowodowanymi bezpardonowymi zagraniami napastników drużyny przeciwnej. Do historii przeszedł mecz Juventusu z Modeną, w którym zagrał z trzema połamanymi żebrami.

W trakcie swojej kariery Combi dał się poznać jako piłkarz grający niezwykle równo – rzadko kiedy, jeśli w ogóle, zdarzały mu się słabe spotkania. Zdaniem wielu stabilną formę zawdzięczał bardzo sumiennemu podejściu do treningów. Każdego dnia wstawał wczesnym rankiem, po czym udawał się na salę gimnastyczną i boisko, by realizować plan ćwiczeń i szlifować bramkarski warsztat. By poprawić swój refleks, kopał piłkę o ścianę, po czym rzucał się i łapał ją po odbiciu. Jego wysiłki i sumienna praca się opłaciły – w sezonie 1925/26 ustanowił rekord pod względem najdłuższej serii bez puszczonego gola w rozgrywkach ligowych: 934 minuty. Do dzisiaj nie udało się go pobić żadnemu bramkarzowi w Serie A[8].

Po zdobyciu scudetto w 1926 roku Juventus musiał przetrwać cztery lata posuchy, podczas których dwukrotnie zakończył rozgrywki na drugim i dwukrotnie na trzecim miejscu w lidze. Zbiegło się to z pewną istotną zmianą w zawodach piłki nożnej we Włoszech – dotychczasowe zasady klasyfikacji zespołów zastąpiono jedną tabelą ligową. Rok później rozpoczął się okres absolutnej dominacji turyńskiego giganta, którego nie powtórzył jeszcze żaden klub z Półwyspu Apenińskiego.

Przez kolejnych pięć lat – nazywanych Złotym Pięcioleciem – Juventus po raz pierwszy cieszył się nieprzerwanym pasmem sukcesów. Do tej pory patrzył z zazdrością, jak wczesne karty historii calcio zapisują zespoły Genoi i Pro Vercelli; teraz jednak Stara Dama była w końcu w stanie zrobić to samo. Bianconeri zdobyli pięć tytułów mistrzowskich z rzędu, ustanawiając w ten sposób niepobity do tej pory rekord[9]. Jeżeli pominie się współczesne sukcesy, był to też jedyny przypadek, kiedy Juventus zdobył mistrzostwo więcej niż dwa razy z rzędu.

Aby zwieńczyć dzieło stworzenia drużyny niemającej sobie równych, Agnelli wciąż wzmacniał skład, wykorzystując do tego swoją olbrzymią fortunę. Na stanowisku trenera zatrudniony został Carlo Carcano, człowiek, którego sam Vittorio Pozzo nazwał „wybitnym strategiem i wspaniałym nauczycielem futbolowej techniki”. Carcano był gorącym zwolennikiem Il Metodo[10], taktyki opracowanej przez Pozzo, co pozwoliło piłkarzom rozkwitać pod wodzą obu szkoleniowców.

Carcano był trenerem bianconerich od 1930 do 1934 roku, prowadząc klub przez prawdziwe pasmo sukcesów. Do dziś pozostaje jedynym człowiekiem w historii Serie A, który zdobył z prowadzoną przez siebie drużyną cztery tytuły mistrzowskie z rzędu. W ciągu swojej kariery trenerskiej przegrał zaledwie 12 meczów i dał się poznać jako wybitny taktyk, nazywany przez legendarnego Pozzo „mistrzem słynącym z niezwykłej dyscypliny, metod nauczania oraz organizacji gry”.

Jednym z największych beneficjentów formacji 2-3-2-3, uwiecznionej na wielu stołach do gry w piłkarzyki na całym świecie, był Luis Monti, Argentyńczyk, który zasłynął z tego, że zagrał w dwóch finałach mistrzostw świata w piłce nożnej jako reprezentant dwóch różnych państw[11]. Grał w środku pola i został prawdopodobnie pierwszym defensywnym pomocnikiem na świecie, jako że Carcano chciał, by zabezpieczał tyły i krył napastników drużyny przeciwnej.

Jako piłkarz Monti ewoluował w niezwykły sposób. Na boisku wspierał środkowych obrońców, ale wywiązywał się też z roli defensywnego pomocnika. Należał do zawodników wzbudzających respekt: z jednej strony twardy defensor, z drugiej zaś piłkarz o technice pozwalającej mu wyróżnić się na tle pozostałych graczy. Jego nieprawdopodobna umiejętność efektywnej gry na całej szerokości boiska sprawiła, że szybko przylgnął do niego przydomek doble ancho[12].

Jakiś czas później z drużyny Primavery[13] do pierwszego składu Juventusu przeniósł się Felice Borel II, który został jednym z pierwszych wspaniałych napastników w historii klubu. W sezonie 1932/33, w wieku zaledwie 18 lat, zdobył 29 bramek w 28 meczach. Kiedy po 12 latach gry w koszulce Juve opuszczał turyński klub, miał na koncie 308 rozegranych meczów i 157 strzelonych goli. Ten imponujący wynik pozwala mu plasować się na szóstym miejscu w strzeleckim rankingu wszech czasów Juventusu.

Tamta drużyna zawdzięczała jednak swoją świetność przede wszystkim wspomnianej wcześniej utalentowanej trójce grającej w defensywie. W czasach gdy kolejne tytuły mistrzowskie bianconeri zdobywali już niemal rutynowo, Rosetta i Caligaris stali się murem nie do przejścia. W ciągu pięciu lat drużyna Juve straciła zaledwie 149 goli, strzelając ich w sumie 429. Stało się to możliwe przede wszystkim dzięki owym trzem piłkarzom, pierwszym ikonom Starej Damy. Rosetta stał się świetnym organizatorem, w wybitny sposób prowadząc drużynę jako kapitan. Doskonale czytał grę, często naprawiając błędy swoich kolegów i ratując drużynę z opresji w wielu groźnych sytuacjach.

Nie minęło wiele czasu, a trio zawodników Juventusu stało się podporą nie tylko klubu, ale i reprezentacji Włoch. Dzięki ich solidnej postawie bianconeri zaistnieli również na arenie międzynarodowej, czterokrotnie dochodząc do półfinałów Pucharu Mitropa, turnieju będącego wczesnym odpowiednikiem Ligi Mistrzów. Kiedy jednak Włosi przygotowywali się do mundialu w 1934 roku, Combi niespodziewanie ogłosił decyzję o zakończeniu kariery piłkarskiej, zupełnie zaskakując tym obie drużyny. Mając 32 lata oraz ponad 350 rozegranych meczów na koncie, legendarny golkiper uznał, że nadszedł czas, by jego miejsce zajął ktoś młodszy.

W bramce drużyny narodowej Włoch stanął więc Carlo Ceresoli z drużyny Ambrosia-Inter[14]. Miał znaczący udział w sukcesie kadry w eliminacjach do wspomnianych mistrzostw świata, odgrywając kluczową rolę w meczu z Grecją, wygranym przez azzurrich 4:0. Wyglądało na to, że pałeczka została przekazana w dobre ręce. Los nie był jednak łaskawy – przed samym rozpoczęciem mundialu Ceresoli złamał rękę podczas treningu i tym samym przedwcześnie zakończył swoją przygodę z mistrzostwami. W tej nadzwyczajnej sytuacji jedynym ratunkiem dla Włochów okazał się… Combi.

Pierwszy mecz zaplanowano na 27 maja 1934 roku. Azzurri z łatwością pokonali Stany Zjednoczone 7:1, a w podstawowej jedenastce wybiegło aż siedmiu piłkarzy Juventusu. W ćwierćfinałowym pojedynku z Hiszpanami we Florencji w związku z kontuzją Rosetty opaskę kapitana po raz kolejny w karierze założył Combi. Zarówno on, jak i golkiper drużyny przeciwnej Ricardo Zamora dali wówczas wspaniały popis gry, a sam mecz do dziś uznawany jest za jeden z najbardziej zaciętych i brutalnych w historii mistrzostw świata. Ponieważ mimo dogrywki mecz zakończył się remisem 1:1, trzeba było powtórzyć go następnego dnia. Z powodu wielu kontuzji będących rezultatem barbarzyńskiej walki, obie drużyny zagrały w znacząco zmienionych składach. Ostatecznie wygrali Włosi, którym do awansu wystarczyła jedna bramka, zdobyta wówczas przez Giuseppe Meazzę.

W półfinale Combi po raz kolejny pokazał, co potrafi, rozgrywając jeden ze swoich najlepszych meczów i zatrzymując „cudowną drużynę” Austrii, która mimo zabójczej siły ataku nie zdołała go pokonać. Włosi wygrali 1:0 i tym samym zapewnili sobie miejsce w finale, gdzie mieli się zmierzyć z wysoko notowaną Czechosłowacją. Był to mecz kontrastów – po jednej stronie stanęli wirtuozi futbolu ze wschodniej Europy, po drugiej zaś przebiegli i agresywni taktycy z południa. Legenda głosi, że przed spotkaniem azzurri wraz z trenerem na czele otrzymali wiadomość od samego Benito Mussoliniego: „Wygrajcie lub umrzyjcie”.

Włosi nie zawiedli swojego duce, mimo że przez większość meczu grali stosunkowo słabo. Po golu strzelonym przez Antonína Puča cała Italia wstrzymała oddech. Podopieczni Pozzo nie dali jednak za wygraną i po uderzeniu zawodnika Juve, Raimondo Orsiego, zdobyli wyrównującą bramkę. Gol był prawdziwym majstersztykiem – Orsi sprytnie minął obrońcę i pięknym strzałem pokonał bezradnego bramkarza drużyny czechosłowackiej. O zwycięstwie miała zadecydować dogrywka, gdzie kluczowe okazało się doświadczenie i lepsze przygotowanie azzurrich oraz styl pracy Vittorio Pozzo. Włosi byli wyraźnie w lepszej kondycji niż ich wyczerpani rywale. Akcję prawym skrzydłem przeprowadził niepilnowany Meazza, posyłając długą piłkę do Enrique Guaity, ten zaś idealnie wyłożył ją napastnikowi Bolognii, Angelo Schiavio, któremu pozostało jedynie postawić kropkę nad i. Azzurri zostali mistrzami świata, wygrywając finał na oczach zachwyconej publiczności, w tym jednego z najważniejszych widzów, Mussoliniego.

W dowód uznaniaduce użył drużyny i jej sukcesu w celach propagandowych. Nie był to ostatni triumf Włochów w tamtych latach – w 1936 roku zdobyli bowiem złoty medal na olimpiadzie, a dwa lata później ponownie wygrali mundial, podkreślając swoją dominację na arenie światowej. Trzon włoskiej drużyny stanowili piłkarze Juventusu – swój wkład w odniesione zwycięstwa miało w sumie aż 14 zawodników bianconerich. Nazywano ich „Nazio-Juve”[15], jako że sukcesy jednej drużyny były odzwierciedleniem osiągnięć drugiej.

Na lokalnym podwórku Juventus musiał sobie jednak radzić już bez Combiego, który ostatecznie przeszedł na piłkarską emeryturę. Golkiper zapowiedział wcześniej, że po raz ostatni chce poprowadzić drużynę narodową jako kapitan, po czym odejść jako zwycięzca, i słowa dotrzymał. Mimo to jego pasja do futbolu, umiejętność właściwej oceny sytuacji oraz inteligencja przetrwały, dzięki czemu po zakończeniu kariery piłkarskiej pełnił różne role w zarządzie klubu oraz w składzie komitetu technicznego włoskiej federacji piłkarskiej. W 1956 roku w Imperii zmarł na atak serca. W 1933 zaś szczycący się przywiązaniem do drużyny narodowej Benito Mussolini nazwał imieniem i nazwiskiem Combiego stadion w Turynie, znany dzisiaj jako Stadio Olimpico, gdzie swoje mecze rozgrywa na co dzień drużyna Torino FC.

Nie była to jedyna strata, z którą klub musiał sobie poradzić. W 1935 roku w dość dziwnych okolicznościach zginął bowiem Edoardo Agnelli. Hydroplan, którym podróżował, uderzył w kłodę, w wyniku czego 43-letni Agnelli wpadł na wciąż pracujące śmigło i poniósł śmierć na miejscu[16]. Ta tragedia skłoniła wielu kluczowych piłkarzy do opuszczenia Juventusu, co nie obyło się bez konsekwencji dla turyńskiego klubu. Czas dominacji bianconerich we Włoszech niemal natychmiast dobiegł końca i przez kolejne 15 lat nie zdołali wywalczyć tytułu mistrzowskiego. Był to najdłuższy okres bez scudetto, odkąd rodzina Agnellich związała się z Juventusem.

Obaj kompani Combiego z defensywy zostali później szkoleniowcami turyńskiej drużyny. W 1938 roku Rosetta, wówczas grający trener, poprowadził klub do pierwszego triumfu w Pucharze Włoch. Po czterech latach zastąpił go Caligaris, żaden z nich nie zdołał jednak powtórzyć sukcesów, jakie obaj odnieśli jako piłkarze Starej Damy. Caligaris był trenerem Juve zaledwie dwa sezony, by następnie przekazać obowiązki dawnemu koledze z drużyny, Federico Muneratiemu, po nim zaś drużynę prowadzili jeszcze inni członkowie tamtej legendarnej ekipy: Luigi Bertolini, Giovanni Ferrari, Luis Monti, Renato Cesarini i Felice Borel. Niestety, bez sukcesów – Juventus musiał czekać na swój powrót na szczyt długie lata, a Złote Pięciolecie do dziś pozostaje niezapomnianym okresem w historii klubu.

3Nie ma jak w domu: stadiony Juventusu

Od 1897 aż do 2011 roku Juventus prowadził swego rodzaju koczowniczy tryb życia. Początkowo mecze turyńczyków rozgrywane były przy Parco del Valentino oraz Parco Cittadella, po czym w 1905 roku drużyna przeniosła się na Stadio Velodromo Umberto I, zdobywając tam swoje pierwsze scudetto. Następnie bianconeri przeprowadzili się na Stadio di Corso Marsiglia, gdzie pozostali do 1933 roku i czterokrotnie wygrali rozgrywki ligowe[17].

W tamtym czasie Edoardo Agnelli podjął decyzję o wybudowaniu osady, Villar Perosa, w górzystym regionie Pinerolo. Zamieszkał ze swoją rodziną w willi, która znajduje się tam do dzisiaj. Nieopodal stoi prywatny kościół, gdzie wszyscy Agnelli są chrzczeni i biorą śluby, tam też chowa się zmarłych członków rodziny. Z perspektywy Juventusu najcenniejszym obiektem był tam stadion piłkarski; stał się on siedzibą klubu podczas drugiej wojny światowej, na czas której bianconeri opuścili Turyn.

Miasteczko pozostało bazą treningową Juve aż do lat 80. ubiegłego stulecia i nawet po tym czasie było regularnie odwiedzane przez turyńską ekipę podczas przedsezonowych zgrupowań. Wkrótce jednak nowoczesny futbol – ze względu na wymogi fizyczne i finansowe – zmusił klub do przygotowywania się do sezonu za granicą. Kluczowa stała się możliwość organizowania potyczek towarzyskich z prestiżowymi rywalami i goszczenia na trybunach większej liczby kibiców, co w konsekwencji zapewnia wzrost przychodów ze sprzedaży biletów na mecze. Równie ważna stała się rozbudowa bazy treningowej pozwalającej na realizację kompleksowych programów treningowych.

Juventus zaczął gościć w Villar Perosa każdego lata, rokrocznie organizując mecz towarzyski pomiędzy pierwszą drużyną a najlepszymi piłkarzami z drużyn młodzieżowych. Potyczkę tę zaczęto nazywać partita in famiglia, rodzinnym meczem, robiąc z niej przedsezonową tradycję. Nazwa odzwierciedlała panującą wówczas atmosferę – na spotkaniu prawie zawsze pojawiały się rodziny piłkarzy, a ultrasi zapominali tego jednego dnia o dzielących ich różnicach.

Fani Juve zaczęli licznie pojawiać się na meczach, by dopingować bianconerich. Kiedy drużyna gościła w Villar Perosa, ulice miasteczka wypełniały się licznymi straganami i panowała na nich wyjątkowa, trudna do opisania atmosfera. Przedstawiciele kilku pokoleń rodziny Agnellich zasiadali na trybunach niczym dumni rodzice obserwujący swoje dzieci biegające za piłką w miejscowym parku. Od tamtej pory niewielka górska miejscowość ożywa raz do roku przy okazji wizyty jednego z najsłynniejszych klubów piłkarskich na świecie.

Następny stadion, na którym Juventus rozgrywał swoje mecze, został wybudowany na rozkaz Benito Mussoliniego. W 1933 miasto Turyn przygotowywało się do organizacji międzynarodowych igrzysk uniwersyteckich[18], w związku z czym stadion wraz z legendarną Torre di Maratona wybudowano w zaledwie osiem miesięcy. Juventus grał na tym obiekcie do roku 1989, zdobywając łącznie 17 tytułów mistrza kraju i siedmiokrotnie triumfując w rozgrywkach o Puchar Włoch. To właśnie w tym okresie na koszulkach bianconerich pojawiły się dwie złote gwiazdki, z których każda symbolizowała dziesięć ligowych tytułów mistrzowskich.

W 1990 roku Stara Dama przeprowadziła się na Stadio delle Alpi, zaprojektowany przez studio architekta Sergio Huttera. Wybudowano go wówczas na potrzeby mistrzostw świata w piłce nożnej, które organizowali u siebie Włosi. To właśnie na nim Anglicy rozgrywali słynny półfinałowy mecz, kiedy to Paul Gascoigne zalał się łzami. Podczas oficjalnego otwarcia stadionu jedenastka gwiazd Juventusu i Torino zmierzyła się z drużyną Porto, wygrywając 4:3. W kolejnych sezonach rozegranych na tym obiekcie bianconeri dołożyli do swojej kolekcji siedem tytułów mistrzowskich oraz dwa zwycięstwa w Pucharze Włoch. Kibice narzekali jednak na bardzo kiepską widoczność na stadionie, jako że trybuny dzieliła od murawy znajdująca się wokół niej bieżnia. Do tego z uwagi na słabą infrastrukturę w ciągu 19 lat istnienia Stadio delle Alpi nie zorganizowano tam żadnych dużych zawodów lekkoatletycznych[19].

Chociaż na całym Półwyspie Apenińskim żaden klub nie mógł pochwalić się tak wielką rzeszą tifosich[20] co Juventus, na trybunach przepastnego Stadio delle Alpi, mogącego pomieścić ponad 67 229 osób, zasiadało średnio zaledwie 38 tysięcy kibiców. Najbardziej wyrazistym przykładem tego problemu był mecz z Sampdorią, rozgrywany w 2002 roku w ramach Pucharu Włoch – na stadionie pojawiło się wówczas jedynie 237 widzów. Ze względu na liczbę fanów w całych Włoszech Juventus stał się za to najchętniej oglądaną drużyną gości na stadionach w całym kraju podczas meczów wyjazdowych. Widząc to, klub podjął śmiały krok, decydując się na rozgrywanie spotkań „u siebie” na stadionach w całych Włoszech.

Pierwszy taki przypadek zdarzył się podczas sezonu 1994/95, gdy podjęto decyzję o rozegraniu pierwszego półfinału oraz rewanżowego spotkania finałowego Pucharu UEFA[21] na stadionie San Siro w Mediolanie. Ruch ten spowodowała sytuacja, do której doszło podczas kilku poprzednich meczów – z CSKA Sofia, Marítimo, Admirą Wacker Mödling oraz Eintrachtem Frankfurt – kiedy to mimo starań turyńskiego klubu trybuny świeciły pustkami.

Przeniesienie dwóch wspomnianych spotkań do Mediolanu, oddalonego od Turynu o 126 kilometrów, okazało się trafioną decyzją – na obu meczach pojawił się komplet widzów[22] oglądających najpierw zwycięstwo Juventusu w dwumeczu z Borussią Dortmund, a następnie finałowy pojedynek z Parmą, wygrany ostatecznie przez ekipę gialloblu[23] 2:1 dzięki dwóm golom strzelonym przez byłego zawodnika Juve, Dino Baggio.

Zaledwie rok później Juventus dotarł do finału Ligi Mistrzów, w którym pokonał Ajax Amsterdam po serii rzutów karnych, dzięki czemu po raz drugi w historii triumfował w tych rozgrywkach. Dziwnym zbiegiem okoliczności bianconeri trafili na kolejny włoski stadion, jako że mecz rozgrywany był na wypełnionym po brzegi Stadio Olimpico w Rzymie. Turyński delle Alpi ponownie zawiódł – kilka tygodni wcześniej półfinałową potyczkę z francuskim Nantes obejrzało na nim zaledwie 55 tysięcy widzów.

Problem pozostawał nierozwiązany, tymczasem Juventus miał się zmierzyć z drużyną Paris Saint-Germain w dwumeczu o Superpuchar Europy. Chcąc pokazać światu pełne trybuny, Włosi podjęli kolejną istotną decyzję – spotkanie rewanżowe zaplanowano nie w Turynie, a na Stadio Renzo Barbera w dalekim Palermo. Po wysokim zwycięstwie Włochów 6:1 w Paryżu Francuzi przylecieli więc na Sycylię, by stoczyć pojedynek z drużyną Marcello Lippiego przed kompletem publiczności. Tym samym ponad 35 tysięcy widzów miało szansę zobaczyć na własne oczy, jak Alessandro Del Piero i Christian Vieri zapewniają bianconerim zwycięstwo, po którym do gabloty bardzo silnego wówczas klubu trafiło kolejne trofeum.

W sezonie 1998/99 – ostatnim roku pierwszej przygody Lippiego z Juventusem – turyńczycy zdołali wywalczyć jedynie prawo do gry w Pucharze Intertoto. Następnie pod wodzą Carlo Ancelottiego zdobyli owo wyśmiewane przez wielu trofeum, ponownie jednak uczynili to z dala od Turynu. Obiektem, gdzie rozegrano mecze z Ceahlăul Piatra Neamţ, Rostsielmasz i Rennes, był Stadio Dino Manuzzi w Cesenie, który za każdym razem wypełnił się po brzegi.

Kilka lat później, w sezonie 2005/06, bianconeri zdobyli kolejne scudetto, wznosząc puchar w niecodziennych okolicznościach. Zamiast bowiem w Turynie, uroczystość wręczenia ligowego trofeum zorganizowano na Stadio San Nicola w Bari, gdzie Juventus rozegrał ostatni wyjazdowy mecz z Regginą. Od stolicy Piemontu apulijskie miasto dzieliło 866 kilometrów, co jednak nie przeszkodziło kibicom Starej Damy pojawić się na stadionie – dzięki temu bianconeri świętowali zdobycie 29. tytułu mistrza Włoch na oczach 59 tysięcy widzów, zanim tego samego lata we Włoszech wybuchła afera Calciopoli.

W sezonie 2010/11, kiedy to koncert zespołu U2 kolidował z rozgrywanym w ramach eliminacji do Ligi Europy rewanżowym spotkaniem z Shamrock Rovers, Juventus trafił na Stadio Alberto Braglia w Modenie. Bianconeri zagrali przed 18-tysięczną publicznością wypełniającą trybuny i był to ich ostatni „koczowniczy” występ przed definitywną ucieczką od świecącego pustkami delle Alpi. Tymczasem wrócili na zmodyfikowany turyński Stadio Olimpico, gdzie rozegrali swój zwycięski sezon 2006/07 w Serie B.

W roku 2012 zniszczone i nieprzystosowane stadiony piłkarskie były prawdziwą zmorą Serie A – począwszy od przestarzałego Stadio Olimpico w Rzymie, skończywszy zaś na zbyt dużym San Nicola w Bari. Większość klubów, przynajmniej na papierze, snuła plany przeprowadzki na nowoczesne, typowo piłkarskie obiekty. Niestety, wiele z tych projektów, jak chociażby planowana przez Fiorentinę budowa Cittadella Viola[24], nigdy nie doczekało się realizacji z powodu braku funduszy lub wsparcia ze strony lokalnych władz.

Po tym, jak wielokrotnie odrzucono kandydaturę Włoch do organizacji mistrzostw świata oraz mistrzostw Europy, kluby Serie A zdały sobie sprawę, że chcąc stworzyć nowoczesną infrastrukturę piłkarską, muszą sięgnąć do własnej kieszeni i samodzielnie sfinansować jej budowę. W przeciwnym wypadku w obliczu wprowadzanych przez UEFA zasad finansowego fair play zostałyby daleko w tyle za drużynami z innych lig europejskich.

Niemal wszystkie stadiony w pierwszej lidze włoskiej są własnością miast, kluby zaś płacą horrendalne sumy w zamian za możliwość rozgrywania na nich swoich meczów. Dla przykładu: Stadio San Paolo, gdzie na co dzień występuje Napoli, kosztuje ten klub 600 000 euro rocznie mimo żałośnie słabej infrastruktury, która wręcz nie przystoi klubowi aspirującemu do gry w Lidze Mistrzów. W rezultacie, mimo średniej frekwencji na poziomie 40 000 widzów, w sezonie 2011/12 Napoli zdołało osiągnąć przychód nieprzekraczający 14 milionów euro z dni meczowych.

Juventus nadal jednak mógł jedynie zazdrościć takich wyników finansowych. Na mecze drużyny cieszącej się największą liczbą kibiców we Włoszech przychodziło średnio zaledwie 23 000 widzów, co stanowiło najgorszy wynik wśród 20 największych klubów w Europie w tamtym sezonie. W samej Serie A Juventus zajmował pod tym względem dalekie 11. miejsce. Nie ułatwiał tego turyński Stadio Olimpico, gdzie bianconeri rozgrywali swoje spotkania od czasów afery Calciopoli, kiedy to wybuch skandalu i drastyczny spadek przychodów zmusił klub do porzucenia planu o modernizacji wzgardzonego Stadio delle Alpi. Na szczęście dzięki pracy Jean-Claude Blanca[25] udało się sfinalizować podobny projekt.

Nowy stadion Juventusu zastąpił wspomniany wcześniej relikt lat 90., został wybudowany na jego miejscu i pozwolił bianconerim raz na zawsze odciąć się od Olimpico, nazywanego później Stadio Grande Torino. Był w sumie dziewiątym domem dla błąkających się po kraju turyńczyków. Jego pojemność zmniejszono do 41 000 widzów, a trybuny zaprojektowano tak, by znajdowały się przy samej płycie boiska.

Mimo że budowa nowego stadionu Juve pochłonęła około 120 milionów euro, większość tej kwoty udało się pokryć dzięki sprzedaży praw do nazwy obiektu firmie Sportfive za 75 milionów euro oraz sprzedaży gruntów pod zabudowę handlową firmie Nordiconad za kolejne 20 milionów. Oznaczało to, że na otwarty w sierpniu 2012 roku stadion klub wydał zaledwie 25 milionów euro netto, ubijając tym samym świetny interes.

Juventus zdołał również podpisać szereg kontraktów sponsorskich i partnerskich, otwierając sobie w ten sposób drogę do uzyskania dodatkowych dochodów, co nie byłoby możliwe, gdyby nadal korzystał ze stadionu należącego do miasta. Dostęp do silnej marki przyciągnął inwestorów – z Sony, CartaSi i Balocco na czele – którzy szybko doszli do porozumienia z turyńskim klubem.

Ale to nie koszty ani zyski były w tym wszystkim najważniejsze. Kluczowy okazał się powrót bianconerich na stadion, który w końcu mogli nazywać w pełni własnym. To uczucie, jakiego nie były w stanie zapewnić im Olimpico, delle Alpi ani inne obiekty, na których dotąd grali. Bez względu na to, czy i kiedy ów fantastyczny stadion otrzyma komercyjną nazwę, dla wszystkich juventinich zawsze będzie tym, czego doczekali się po latach tułaczki – domem.

4Włoska monarchia: rodzina Agnellich

Zanim na scenie pojawili się arabscy szejkowie i Roman Abramowicz, futbol był – ogólnie rzecz ujmując – sportem, w którym poza boiskiem wszyscy mieli równe szanse. Kluby piłkarskie osiągały skromne dochody i płaciły zawodnikom pensje w wysokości w jakiś sposób porównywalnej do przeciętnego krajowego wynagrodzenia. We Włoszech owa era niewinności skończyła się w roku 1923, kiedy to kontrolę nad Juventusem przejął Edoardo Agnelli. Niespełna trzydziestoletni klub, mający wówczas zaledwie jeden tytuł mistrzowski na koncie, zmienił się na zawsze.

Dzięki olbrzymiemu majątkowi, jaki posiadał jako właściciel imperium FIAT-a, Agnelli był w stanie trwale odmienić całe oblicze włoskiego calcio. Jego dziedzictwo przetrwało do dzisiaj – potomkowie Agnellego nadal sprawują pieczę nad interesami Juventusu, ciesząc się prestiżem przeznaczonym dla bardzo niewielu właścicieli klubów piłkarskich na świecie. Od czasów, kiedy zostali wygnani Sabaudowie[26], to właśnie rodowi Agnellich prawdopodobnie najbliżej w całych Włoszech do królewskiego splendoru.

Edoardo kupił klub w wieku zaledwie 31 lat i w bardzo krótkim czasie zmienił go nie do poznania. Niedługo po wybudowaniu typowo piłkarskiego stadionu oraz centrum treningowego nieopodal domu rodzinnego w Villar Perosa zdołał stworzyć drużynę, której nikt nie potrafił dorównać. W latach 1931–1935 ustanowiła ona niepobity do dzisiaj rekord, równolegle wnosząc znaczący wkład w sukcesy włoskiej reprezentacji, która w roku 1934 i 1938 zdobyła dwa Puchary Świata z rzędu, a w roku 1936 – olimpijskie złoto.

Edoardo Agnelli zawsze już będzie się kojarzył ze Złotym Pięcioleciem, określeniem upamiętniającym pierwszą połowę lat 30. – dekadę, w której począwszy od sezonu 1930/31, Juventus zdobył pięć ligowych tytułów mistrzowskich z rzędu. Jeszcze przed wybuchem drugiej wojny światowej klub zaczęto określać mianem la fidanzata d’Italia, dziewczyny Włoch, ponieważ drużyna bianconerich po raz pierwszy w swojej historii zdobyła sobie wtedy kibiców również poza Turynem.

Triumfy Juventusu zaczęli świętować zapaleni kibice na całym półwyspie, co – jak pisze turyński historyk Aldo Agosti – „było sumą kilku czynników: niezrównanego pasma sukcesów, towarzyszącej im spektakularnej gry, znaczącego wkładu w osiągnięcia reprezentacji kraju, która w 1934 roku zdobyła puchar Julesa Rimeta[27], oraz mądrej strategii budowania wizerunku klubu, wspieranej dynamicznie rosnącym zainteresowaniem sportowej prasy”. W skrócie, drużyna Juve stała się pierwszym zespołem, wokół którego rozpętała się burza medialna, co powtórzyło się później w latach 90.

Paradoksalnie, kolejny powód, dla którego fani futbolu we Włoszech stali się w tamtym okresie kibicami Juventusu, opisał jeden z profesorów Uniwersytetu Turyńskiego, Giovanni De Luna. Uważał on, że turyński klub „reprezentował wówczas – i nadal reprezentuje – alternatywę dla zaściankowości, którą zaczęto dostrzegać w regionalnych tradycjach, i jest uważany za instrument buntu wobec prymatu lokalnych stolic futbolu”. Dodatkowym walorem dla narodu sprzeciwiającego się krajowemu establishmentowi szybko okazała się również sama nazwa klubu, odwołująca się do idei i niemająca nic wspólnego z miastem ani konkretną lokalizacją[28].

Niestety, koniec tej epoki – równie szybki, co jej początek – naznaczyła kolejna tragedia w środowisku bianconerich. W wieku zaledwie 43 lat Agnelli poniósł śmierć we wspomnianym wcześniej okropnym wypadku lotniczym w Genui; doszło do niego niedługo po zdobyciu przez Juventus historycznego piątego z rzędu tytułu mistrzowskiego. Niestety, nie był to ostatni taki cios dla klubu i rodziny Agnellich.

Z drużyny odeszli dwaj mistrzowie, Renato Cesarini i Giovanni Ferrari, co tylko podsyciło uczucie, że pewien etap w historii Juve dobiegł końca. Prowadzeni przez Virginio Rosettę w roli grającego trenera bianconeri zakończyli sezon 1935/36 na piątym miejscu w tabeli. Mimo pierwszego w historii zwycięstwa w Pucharze Włoch w 1938 roku Juventus wszedł – a raczej dokuśtykał – w okres powojenny, pozostając w cieniu rywala zza miedzy, jako że w latach 40. świat włoskiego calcio podbiło nieprawdopodobne Il Grande Torino[29].

Pomimo trwającego konfliktu rozgrywki ligowe we Włoszech nie zostały zawieszone, więc ze względów bezpieczeństwa[30] Juventus w 1942 roku przeniósł się do pobliskiego miasteczka Alba w prowincji Cuneo, by tam kontynuować treningi aż do wiosny następnego roku. W 1947 roku, 12 lat po tym, jak Złote Pięciolecie dobiegło końca, pieczę nad Juventusem objął kolejny członek rodziny Agnellich – Gianni, syn Edoardo – odmieniając oblicze klubu nie do poznania.

O ile Edoardo był praojcem dzisiejszego pokolenia oligarchów i potentatów naftowych, o tyle jego syn Giovanni – znany wszystkim jako Gianni – zasłynął jako pierwsza znacząca i natychmiast rozpoznawalna ikona włoskiego futbolu. Podczas gdy współcześni piłkarze często manifestują swój okraszony wielomilionowymi gażami sukces zawodowy pokrytymi platyną akcesoriami oraz starannie wypielęgnowaną całoroczną opalenizną, zawsze elegancki Gianni Agnelli dał się poznać światu przede wszystkim jako żywe ucieleśnienie określenia la bella figura[31].

Zawsze nienagannie ubrany, z zegarkiem zapiętym nad rękawem koszuli, Agnelli od samego początku był uważany za człowieka eleganckiego i dlatego wprost go rozchwytywano. W 2003 roku w wieku 81 lat zmarł na raka prostaty, zdobywszy sobie reputację biznesmena, miłośnika calcio i playboya w jednym, mogącego pochwalić się znajomością z Davidem Rockefellerem, Henrym Kissingerem i Anitą Ekberg. Chociaż młodzieńcze lata upłynęły mu pod znakiem trwonienia pieniędzy i uwodzenia zdumiewającej liczby kobiet, ostatecznie dojrzał i choć niechętnie, przejął kontrolę nad rodzinnym biznesem.