Julia Szeremeta - polskie złoto - Andrzej Kostyra - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Julia Szeremeta - polskie złoto ebook i audiobook

Andrzej Kostyra

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Pierwsza biografia niekwestionowanej królowej ringu. Historia dziewczyny, która w wieku dwudziestu jeden lat podczas igrzysk w Paryżu zdobyła srebrny medal olimpijski w boksie. Sielskie dzieciństwo w miejscowości Bieniów pod Chełmem, pasja jeździecka i pierwsze kroki sportowe. Droga do pięściarstwa, która wiodła przez karate, zapasy, kick-boxing, a nawet krav magę i sumo. Niezwykły talent i temperament wojowniczki, a także silny i nieustępliwy charakter powodowały, że kolejni trenerzy mieli z przyszłą mistrzynią sporo problemów. Znalazł się jednak ktoś, kto obudził w niej ambicję i determinację, wyzwalając jednocześnie jej niespotykany potencjał. Jak wyglądała droga Julii Ateny Szeremety na sportowy olimp? Czy sukces i sława zawróciły jej w głowie? Czy w 2028 roku z igrzysk w Los Angeles przywiezie złoty medal olimpijski? Na te i wiele innych pytań, kreśląc historyczne tło wielkich triumfów polskiego boksu, odpowiada wybitny ekspert tej dyscypliny – Andrzej Kostyra.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 172

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 15 min

Lektor: Tomasz Urbański

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Andrzej Kostyra, 2026 Copy­ri­ght © by TIME S.A., 2026

Redak­tor naczelny: Michał Zarzycki, mza­rzycki@gru­pazpr.pl Redak­cja: Igor Ste­fa­no­wicz Korekta: Mał­go­rzata Ablew­ska, Kata­rzyna Pikosz Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Piotr Tara­siuk Zdję­cie Julii Sze­re­mety na okładce: Andrzej Jakób­czyk Zdję­cia w książce: domena publiczna; Getty Ima­ges; Biblio­teka Kon­gresu, Washing­ton D.C. 20540 USA; archi­wum pry­watne rodziny Sze­re­me­tów; Archi­wum „Super Expressu”: Piotr Gajek; Paweł Skraba; Brun­ner; Paweł Dąbrow­ski; Paweł Kibi­tlew­ski; Marek Kudel­ski; Mar­cin Gadom­ski; Maciej Kul­czyń­ski; Archi­wum PACO Lublin / Artur Dłu­go­szek, Mate­usz Skwar­cze

Wydawca: TIME S.A., ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa

War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze ISBN: 9788383436128

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach: face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Biliśmy wszystkich

Pol­scy pię­ścia­rze lali Ame­ry­ka­nów, Rosjan, Angli­ków, Kubań­czy­ków…

Dawno, dawno temu Pol­ska była świa­tową potęgą w bok­sie.

Brzmi jak począ­tek cudow­nej bajki, ale to była rze­czy­wi­stość. Byli­śmy świa­tową potęgą. Kto to dzi­siaj pamięta? Żeby zro­zu­mieć feno­men zain­te­re­so­wa­nia, jakie wzbu­dza teraz naj­więk­sza gwiazda pol­skiego boksu, srebrna meda­listka olim­pij­ska z Paryża Julia Sze­re­meta, warto sobie przy­po­mnieć histo­rię naszych wybit­nych pię­ścia­rzy oraz genial­nego tre­nera, przez wielu uwa­ża­nego za naj­więk­szego w histo­rii pol­skiego sportu, Feliksa Stamma. Julia oży­wiła uśpione sen­ty­menty i wspo­mnie­nia o tam­tych pięk­nych cza­sach.

Wszystko zaczęło się bar­dzo skrom­nie, zaraz po odzy­ska­niu przez Pol­skę nie­pod­le­gło­ści, od startu na igrzy­skach olim­pij­skich w… Paryżu w 1924 roku. Wystą­piła tam pię­cio­oso­bowa repre­zen­ta­cja bok­ser­ska, ale nie odnio­sła żad­nego zwy­cię­stwa. Bieda w kraju była wtedy tak wielka, że nie poje­chał z pię­ścia­rzami żaden tre­ner i bok­se­rom sekun­do­wał w naroż­niku srebrny meda­li­sta olim­pij­ski w… kolar­stwie toro­wym, Fran­ci­szek Szym­czyk.

Na igrzy­skach olim­pij­skich w Amster­da­mie w 1928 roku bok­so­wało czte­rech Pola­ków i wygra­li­śmy dwie walki (Jan Górny i Witold Maj­chrzycki). Kom­pro­mi­ta­cji nie było, ale trudno mówić o suk­ce­sie.

Na kolejny start pol­scy bok­se­rzy musieli cze­kać aż osiem lat, bo na igrzy­ska olim­pij­skie w Los Ange­les w 1932 roku nie poje­chał nikt – ze względu na wyso­kie koszty wyprawy. Pol­ska kadra bok­se­rów poja­wiła się dopiero na igrzy­skach w Ber­li­nie w 1936 roku i było już dużo lepiej. Bar­dzo bli­sko medalu był Hen­ryk Chmie­lew­ski, który zakwa­li­fi­ko­wał się do pół­fi­nału, eli­mi­nu­jąc po dro­dze mię­dzy innymi Ame­ry­ka­nina Jimmy’ego Clarka. W pół­fi­nale prze­grał. Dzi­siaj za awans do pół­fi­nału dostałby brą­zowy medal olim­pij­ski, lecz wtedy nie przy­zna­wano dwóch brą­zowych medali w wadze. O brąz trzeba było toczyć dodat­kowy poje­dy­nek. Nie­stety Chmie­lew­ski nie mógł do niego sta­nąć ze względu na uraz dłoni.

Na tam­tych ber­liń­skich igrzy­skach zade­biu­to­wał w roli tre­nera pol­skiej kadry młody, trzy­dzie­sto­pię­cio­letni szko­le­nio­wiec Feliks Stamm. Nie był wybit­nym bok­se­rem, sto­czył zale­d­wie trzy­na­ście ofi­cjal­nych walk, z któ­rych jede­na­ście wygrał. Nie był też wykształ­co­nym czło­wie­kiem, ale umiał roz­ma­wiać o wszyst­kim, znał się na wielu spra­wach, bie­gle wła­dał nie­miec­kim i angiel­skim, poro­zu­mie­wał się po rosyj­sku. Był genial­nym samo­ukiem, pod­pa­try­wał innych, posze­rzał swą wie­dzę, zdo­był wielki auto­ry­tet u zawod­ni­ków. Był kimś, z jego zda­niem liczono się i w kraju, i za gra­nicą. Rzadko chwa­lił, nie sza­fo­wał nagro­dami. Ale gdy już któ­re­muś z zawod­ni­ków powie­dział „nie­źle było”, to to „nie­źle” zna­czyło, że bok­ser jest gotowy do walk o wiel­kie suk­cesy, medale. I te wiel­kie suk­cesy, złota era pol­skiego boksu, zaczęły się od niego, od Papy Stamma – jak go nazy­wali pod­opieczni.

Na kolejne, dru­gie po woj­nie igrzy­ska, które odbyły się w Hel­sin­kach (1952), poje­chała już pełna, dzie­się­cio­oso­bowa repre­zen­ta­cja pol­skich bok­se­rów kie­ro­wana przez Stamma. I przy­wio­zła od razu do kraju dwa medale – złoty Zyg­munta Chy­chły i srebrny Alek­sego Ant­kie­wi­cza.

To pierw­sze olim­pij­skie złoto dla pol­skiego boksu wywal­czył Chy­chła, wygry­wa­jąc w finale ze zna­ko­mi­tym Rosja­ni­nem Sier­gie­jem Szczer­ba­ko­wem. Był Chy­chła super­mi­strzem: świetny tech­nik i tak­tyk, obda­rzony sil­nym cio­sem z obu rąk, wspa­niale też się bro­nił, prze­cho­dził do kontr­ataku, bar­dzo opa­no­wany w ringu.

Jego życiowe losy były wyjąt­kowo pogma­twane. Uro­dził się w Gdań­sku w 1926 roku, ojciec był woź­nym w pol­skiej szkole. Zyg­munt jako sied­mio­letni chło­piec był na waka­cjach u rodziny w Tucholi i wtedy stra­cił w siecz­karni palec wska­zu­jący u lewej dłoni. Ten dra­ma­tyczny wypa­dek na szczę­ście nie prze­szko­dził mu w odno­sze­niu potem wiel­kich suk­ce­sów w bok­sie.

Pierw­szy złoty medal olim­pij­ski w histo­rii pol­skiego boksu zdo­był w 1952 roku w Hel­sin­kach Zyg­munt „Twardy Kaszuba” Chy­chła

Już jako dwu­na­sto­letni junior zachwy­cał widzów. Ale wojna prze­rwała jego karierę. Jako oby­wa­tel Wol­nego Mia­sta Gdańsk został wcie­lony do Wehr­machtu i wysłany na front zachodni. Zde­zer­te­ro­wał, po wyzwo­le­niu Fran­cji prze­niósł się do Włoch i wstą­pił do 2 Kor­pusu gene­rała Andersa, w któ­rym słu­żył do 1946 roku. Po powro­cie do kraju wzno­wił karierę bok­ser­ską.

Wła­śnie od Chy­chły zaczęły się olbrzy­mie suk­cesy pol­skiego boksu. Zdo­był jesz­cze dwa złote medale w mistrzo­stwach Europy (oba w wadze pół­śred­niej): pierw­szy w Medio­la­nie (1951), drugi w pamięt­nych dla Pol­ski mistrzo­stwach w War­sza­wie w 1953 roku. W war­szaw­skim finale znów poko­nał groź­nego Szczer­ba­kowa, wpra­wia­jąc w eufo­rię miliony Pola­ków. Nie­stety, to był ostatni występ Twar­dego Kaszuba, bowiem zacho­ro­wał na gruź­licę i na ring już nie wró­cił.

Z następ­nych igrzysk olim­pij­skich, w Mel­bo­urne (1956), repre­zen­ta­cja Pol­ski wró­ciła z dwoma brą­zo­wymi meda­lami: Hen­ryka Niedź­wiedz­kiego i Zbi­gniewa Pie­trzy­kow­skiego. Przed olim­piadą ocze­ki­wa­nia były już olbrzy­mie, więc ten wynik przy­jęty został w kraju jako roz­cza­ro­wa­nie. Sam Feliks Stamm był zała­many: „Te nasze występy w Mel­bo­urne były dla mnie jak nokaut. Czas się wyco­fać z sali tre­nin­go­wej i naroż­nika” – stwier­dził. Nie zro­bił jed­nak tego. I całe szczę­ście, bo złote lata pol­skiego boksu dopiero się zaczy­nały.

Na igrzy­skach olim­pij­skich w Rzy­mie w 1960 roku repre­zen­ta­cja pol­skich bok­se­rów zdo­była aż sie­dem medali: Kazi­mierz Paź­dzior – złoty, Jerzy Adam­ski, Tade­usz Wala­sek i Zbi­gniew Pie­trzy­kow­ski – srebrne, oraz Bru­non Ben­dig, Marian Kasprzyk i Leszek Dro­gosz – brą­zowe.

Podium meda­li­stów igrzysk olim­pij­skich w Rzy­mie w 1960 roku. Na naj­wyż­szym stop­niu Cas­sius Clay z USA, znany potem jako Muham­mad Ali i uzna­wany za naj­wy­bit­niej­szego bok­sera w dzie­jach. W finale poko­nał Zbi­gniewa Pie­trzy­kow­skiego (pierw­szy z pra­wej). Brą­zowi meda­li­ści to Włoch Giu­lio Saraudi i Austra­lij­czyk Antony Madi­gan

I pomy­śleć, że w Pol­sce nie­któ­rzy byli roz­cza­ro­wani tym łupem… Szcze­gól­nie bra­kiem zło­tego medalu Pie­trzy­kow­skiego. Był fawo­ry­tem fina­ło­wego poje­dynku z osiem­na­sto­let­nim Ame­ry­ka­ni­nem Cas­siu­sem Clayem. Ale nie dał rady. Ame­ry­ka­nin „fru­wał jak motyl, kłuł jak osa” i wygrał z Pola­kiem. Kto to mógł wtedy prze­wi­dzieć, że ten Cas­sius Clay potem zmieni nazwi­sko na Muham­mad Ali i zosta­nie naj­wy­bit­niej­szym bok­se­rem w dzie­jach tego sportu?!

Tamta walka Pie­trzy­kow­skiego z Alim miała po latach swój epi­log. Na początku lat dwu­ty­sięcz­nych legen­darny Ame­ry­ka­nin zapro­sił bowiem Pie­trzy­kow­skiego i jego żonę na pre­mierę filmu Ali. W hotelu – przez tłu­ma­cza – zapew­niał Pie­trzy­kow­skiego, że Polak był jego naj­trud­niej­szym prze­ciw­ni­kiem z ama­tor­skich cza­sów, i w dowód sza­cunku poda­ro­wał mu złoty medal, z któ­rego war­to­ści nasz as począt­kowo nie zda­wał sobie sprawy. Zakła­dał nawet, że może to być tylko pozła­cany poda­rek. Jakiś czas póź­niej Pie­trzy­kow­scy zaczęli budowę domu w Biel­sku-Bia­łej i zabra­kło im pie­nię­dzy. Zby­szek posta­no­wił się prze­ko­nać, jaka jest war­tość klej­notu od legendy boksu.

„U jubi­lera oka­zało się, że jest to czy­ste złoto. Następ­nie rodzice komuś ten medal odsprze­dali, ale miało być tak, że jak kie­dyś staną finan­sowo na nogach i będą mieli pie­nią­dze, to go odku­pią. Nie­stety póź­niej ten złoty medal już ni­gdy nie wró­cił, nawet nie pamię­tam, jak on wyglą­dał. Rodzice się nie upo­mi­nali, aż ta osoba zmarła i temat prze­padł” – opo­wia­dała nie­dawno dzien­ni­ka­rzowi Inte­rii Artu­rowi Gacowi Dorota Pie­trzy­kow­ska, córka naszego czem­piona.

Starsi kibice boksu pamię­tają, że powinno być w Rzy­mie wię­cej medali, bo Wala­sek został ohyd­nie „prze­krę­cony” przez sędziów, któ­rzy nie­za­słu­że­nie dali wygraną w finale 3–2 Ame­ry­ka­ni­nowi Edwar­dowi Cro­okowi, co było takim skan­da­lem, że wło­ska publicz­ność omal nie zlin­czo­wała arbi­trów i przez pięt­na­ście minut były w hali takie gwizdy, bucze­nie i zamie­sza­nie, że nie można było roze­grać następ­nych walk. Kasprzyk miał z kolei pecha, bo w zwy­cię­skiej walce z wiel­kim fawo­ry­tem Wła­di­mi­rem Jen­gi­ba­ria­nem ze Związku Radziec­kiego doznał roz­cię­cia łuku brwio­wego i nie został dopusz­czony do pół­fi­na­ło­wego poje­dynku z Cle­men­tem Quar­teyem z Ghany. Zdrowy na pewno poko­nałby i Quar­teya, i w finale Cze­cha Bohu­mila Nemecka.

To były piękne czasy pol­skiego boksu. Złoci meda­li­ści olim­pij­scy z Tokio (1964): Józef Gru­dzień z uśmie­chem patrzy, jak Jerzy Kulej i Marian Kasprzyk całują Feliksa „Papę” Stamma, naj­więk­szego tre­nera w histo­rii pol­skiego pię­ściar­stwa

Cztery lata póź­niej na igrzy­skach olim­pij­skich w Tokio było jesz­cze lepiej. Trzy razy z rzędu Polacy sta­wali na naj­wyż­szym podium i grano Mazurka Dąbrow­skiego po fina­ło­wych wygra­nych Józefa Grud­nia, Jerzego Kuleja i Mariana Kasprzyka. A to nie było wszystko. Artur Olech zdo­był sre­bro, a Józef Grze­siak, Tade­usz Wala­sek i Zbi­gniew Pie­trzy­kow­ski – medale brą­zowe. Tylko Bru­non Ben­dig, Piotr Gut­man i Wła­dy­sław Jędrze­jew­ski wró­cili do kraju bez medali.

Boha­te­rem tam­tych fina­łów był Marian Kasprzyk, który już w pierw­szej run­dzie fina­ło­wego poje­dynku w wadze pół­śred­niej z Litwi­nem Ričardasem Tamu­li­sem doznał zła­ma­nia kciuka. Wal­czył jed­nak dalej jedną ręką, nic nie mówił Felik­sowi Stam­mowi, zdrową lewą ręką rzu­cił nawet rywala na deski. Nie wykoń­czył go jed­nak prawą. Stamm natych­miast zorien­to­wał się, że coś jest nie tak. Nie było sensu dalej ukry­wać kon­tu­zji. „Chyba coś mi pękło w pra­wej dłoni” – przy­znał Kasprzyk.

Na pyta­nie Stamma, czy ma go pod­dać, Kasprzyk odpo­wie­dział krótko: „Nie, wytrzy­mam jesz­cze te trzy minuty”. I wytrzy­mał, cho­ciaż ból był pie­kący, ręka spu­chła jak bania i – jak wspo­mi­nał masa­ży­sta repre­zen­ta­cji Sta­ni­sław Zalew­ski – trudno było ścią­gnąć z dłoni ręka­wicę.

W nagrodę za to męstwo Kasprzyk dostał wspa­niały złoty medal, który po latach prze­ka­zał jako dar do skarbca na Jasnej Górze w Czę­sto­cho­wie. „Odda­łem ten medal Matce Bożej, bo zawsze się mną opie­ko­wała” – mówił mi, gdy odwie­dzi­łem go w Biel­sku-Bia­łej nie­długo przed jego śmier­cią dru­giego lutego 2026 roku. Był czło­wie­kiem wiel­kiej wiary. Po wywia­dzie, który z nim prze­pro­wa­dza­łem, poda­ro­wał mnie i ope­ra­to­rowi tele­wi­zji Pol­sat Sport Zbysz­kowi Koł­to­niowi różańce, które sam zro­bił.

W Mek­syku w 1968 roku pol­ska ekipa zdo­była „tylko” pięć olim­pij­skich medali: złoty Jerzego Kuleja, srebrne Artura Ole­cha i Józefa Grud­nia oraz brą­zowe Huberta Skrzyp­czaka i Sta­ni­sława Dra­gana. Pecha miał Lucjan Trela, który już w pierw­szej walce tra­fił na legen­dar­nego Geo­rge’a Fore­mana i prze­grał nie­jed­no­gło­śnie, kon­tro­wer­syj­nie na punkty. Wszyst­kich pozo­sta­łych rywali Ame­ry­ka­nin po dro­dze do złota zno­kau­to­wał.

Mógł być jesz­cze jeden złoty medal olim­pij­ski, ale prze­szko­dziły pęk­nięte spodenki Mariana Kasprzyka, mistrza olim­pij­skiego z Tokio. Marian, znaj­du­jący się w życio­wej for­mie, był naszym naj­więk­szym fawo­ry­tem do kolej­nego złota. Na począ­tek zmie­rzył się z Ame­ry­ka­ni­nem Armando Muñízem. Zabrzmiał pierw­szy gong. Kasprzyk zro­bił tra­dy­cyjny przy­siad w naroż­niku i w tym momen­cie na całej dłu­go­ści pękły mu spodenki!

Sędzia rin­gowy zgod­nie z regu­la­mi­nem dał mu minutę na zmianę stroju. A tu, jak na złość, w naroż­niku nie mieli zapa­so­wych spode­nek. Kto bowiem mógł prze­wi­dzieć, że zda­rzy się coś takiego? Publicz­ność miała ubaw, wyła ze śmie­chu, Feliks Stamm onie­miał, Kasprzyk, zde­ner­wo­wany, prze­stę­po­wał z nogi na nogę, zakry­wa­jąc nagość rękami. Jedyny, który zacho­wał spo­kój w tej tra­gi­ko­micz­nej sytu­acji, był masa­ży­sta repre­zen­ta­cji Sta­ni­sław Zalew­ski.

„Bły­ska­wicz­nie zrzu­ci­łem spodnie od dresu, zdją­łem repre­zen­ta­cyjne majtki, rzu­ci­łem je panu Felik­sowi i wspól­nie ubra­li­śmy Mariana. Skoń­czy­li­śmy tę ope­ra­cję na sekundę przed mija­jącą minutą” – wspo­mi­nał popu­larny pan Sta­sio.

Kasprzyk bar­dzo się tym wszyst­kim zde­ner­wo­wał.

„On nor­mal­nie zawsze był opa­no­wany. Tym jed­nak razem widać było, że jest skon­ster­no­wany. Poru­szał się po ringu nie­zbyt żwawo, podwójne spodenki para­li­żo­wały jego ruchy i prze­grał z Ame­ry­ka­ni­nem nie­jed­no­gło­śnie na punkty. Jestem abso­lut­nie prze­ko­nany, że gdyby nie te pery­pe­tie, poko­nałby Ame­ry­ka­nina i zdo­był złoty medal” – zapew­niał Zalew­ski.

Na kolej­nych igrzy­skach olim­pij­skich, w Mona­chium (1972), było już tro­chę gorzej. „Tylko” jeden złoty medal Jana Szcze­pań­skiego, srebrny Wie­sława Rud­kow­skiego i brą­zowe Leszka Bła­żyń­skiego oraz Janu­sza Gor­tata.

Zdo­by­cie tego olim­pij­skiego złota przez Szcze­pań­skiego gra­ni­czyło z cudem. Gdy miał dwa­dzie­ścia cztery lata i na kon­cie już wiele suk­ce­sów, leka­rze zabro­nili mu bok­so­wać. W 1964 roku po jed­nym z badań stwier­dzili bowiem aryt­mię serca. Janek zała­mał się psy­chicz­nie, zaczął ostro pić. Pró­bo­wał się leczyć, także zna­chor­skimi meto­dami, ale bez skutku. Leka­rze wciąż nie potra­fili wyja­śnić, dla­czego aryt­mia nie wystę­puje u niego pod­czas wysiłku, w cza­sie walki w ringu, tylko w róż­nych innych oko­licz­no­ściach.

Nie bok­so­wał ponad cztery lata, dopiero we wrze­śniu 1968 roku porad­nia spor­towo-lekar­ska przy­sta­wiła pie­czątkę w jego ksią­żeczce zawod­ni­czej i wró­cił na ring. To była pie­czątka na wagę zło­tego olim­pij­skiego medalu (który, podob­nie jak Marian Kasprzyk, prze­ka­zał potem Matce Bożej na Jasną Górę).

W Mont­re­alu (1976) znów pięć olim­pij­skich medali: złoty Jerzego Rybic­kiego i cztery brą­zowe: Leszka Bła­żyń­skiego, Leszka Kose­dow­skiego, Kazi­mie­rza Szczerby i Janu­sza Gor­tata. Wynik na­dal zna­ko­mity, lecz widać było już pierw­sze objawy kry­zysu.

Na dwu­dzie­stych dru­gich igrzy­skach olim­pij­skich w Moskwie w 1980 roku kolej­nych pięć medali, ale – po raz pierw­szy od dawna – nie było złota. Tylko sre­bro Pawła Skrze­cza oraz brą­zowe krążki Krzysz­tofa Kose­dow­skiego, Kazi­mie­rza Ada­cha, Kazi­mie­rza Szczerby i Jerzego Rybic­kiego.

Naj­bli­żej złota był wtedy Paweł Skrzecz. W fina­ło­wej walce wagi pół­cięż­kiej pro­wa­dził wyraź­nie ze Slo­bo­da­nem Kačarem z Jugo­sła­wii; w trze­ciej run­dzie tra­fił Kačara lewym sier­po­wym i rywal chwiał się po tym cio­sie. Ale doszedł do sie­bie i odpo­wie­dział kontr­ata­kiem. Trzy­dzie­ści sie­dem sekund przed koń­cem Skrzecz się zaga­pił, był liczony i prze­grał nie­jed­no­gło­śnie, sto­sun­kiem gło­sów 1–4.

W Seulu (1988) były same brą­zowe medale: Jana Dydaka, Hen­ryka Petri­cha, Andrzeja Gołoty oraz Janu­sza Zaren­kie­wi­cza.

No i przy­szły igrzy­ska olim­pij­skie w Bar­ce­lo­nie (1992). Tylko jeden, jedyny medal, i to zale­d­wie brą­zowy, Woj­cie­cha Bart­nika, który był rezer­wo­wym i w ostat­niej chwili został powo­łany do olim­pij­skiej repre­zen­ta­cji. Spi­sał się zna­ko­mi­cie, nie­spo­dzie­wa­nie poko­nał Kubań­czyka Ángela Espi­nosę i awan­so­wał do pół­fi­nału, w któ­rym prze­grał dys­ku­syj­nie 6–8 z Niem­cem Tor­ste­nem Mayem.

Chyba nikt wtedy nie prze­wi­dy­wał, że po tym brą­zie Woj­cie­cha Bart­nika zaczną się trzy­dzie­ści dwa lata wiel­kiej smuty pol­skiego boksu, bez medali na igrzy­skach olim­pij­skich w Atlan­cie, Syd­ney, Ate­nach, Peki­nie, Lon­dy­nie, Rio de Jane­iro i Tokio. Przy­znam się, że i ja komen­tu­jąc i opi­su­jąc boks przez pół wieku, już zwąt­pi­łem. Jak mnie pytali kibice, kiedy w końcu zdo­bę­dziemy kolejny medal olim­pij­ski, żar­to­wa­łem przez łzy, że wtedy, gdy nad Pol­ską pojawi się znów Kometa Hal­leya (a ma się poja­wić w 2061 roku).

Na szczę­ście nie musie­li­śmy cze­kać tak długo, bo nad­szedł rok 2024, a wraz z nim igrzy­ska olim­pij­skie w Paryżu. W pol­skiej kadrze poja­wili się na nich mło­dziutka, dwu­dzie­sto­let­nia Julia Sze­re­meta i star­szy od niej o sie­dem­na­ście lat, mało znany, ale nie­wia­ry­god­nie ambitny tre­ner Tomasz Dylak. Dopiero oni zdjęli z pol­skiego boksu „klą­twę Bart­nika”.

Klątwa zdjęta

Zdolna, ale leniwa. Z takim dia­beł­kiem nic nie wia­domo.

Dostała ulti­ma­tum.

Dżu­lia z Pol­ski pięk­nie tań­czy. Ogień w ringu, tre­ner się roz­kleił.

Kobieca repre­zen­ta­cja Pol­ski w bok­sie na igrzy­ska olim­pij­skie w Paryżu skła­dała się z trzech zawod­ni­czek, które prze­szły olim­pij­skie kwa­li­fi­ka­cje i zapew­niły sobie olim­pij­skie pasz­porty. Były to: Aneta Rygiel­ska, Elż­bieta Wój­cik i naj­młod­sza w tym gro­nie Julia Sze­re­meta. Pierw­szym tre­ne­rem kadry był Tomasz Dylak, dru­gim – Kamil Goiń­ski.

Rygiel­ska i Wój­cik to doświad­czone zawod­niczki. Rygiel­ska osiem razy zdo­by­wała mistrzo­stwo Pol­ski, dwa razy była wice­mi­strzy­nią Europy. Wój­cik pię­cio­krot­nie była mistrzy­nią Pol­ski, dwu­krot­nie wice­mi­strzy­nią Europy, dwa razy zdo­by­wała medale na igrzy­skach euro­pej­skich. W śro­do­wi­sku pano­wało dość powszechne prze­ko­na­nie, że obie jadą do Paryża z szan­sami na medal.

Wielką nie­wia­domą była nato­miast zale­d­wie dwu­dzie­sto­let­nia Julia Sze­re­meta. Nie­wąt­pliwy talent, ale zda­rzały się z nią kło­poty. Bar­dzo długo trak­to­wała boks jak zabawę, nie przy­kła­dała się do tre­nin­gów. Szła za nią fama, że „zdolna, ale leniwa”. Nie dawali sobie z nią rady tre­ne­rzy. Wcho­dziła im na głowę, kłó­ciła się z nimi, nie słu­chała, jed­nego z nich (tre­nera z Ukra­iny) pró­bo­wała nawet zno­kau­to­wać cio­sem sier­po­wym. Tre­ner kadry Tomasz Dylak począt­kowo też miał z nią pro­blemy. W pew­nym momen­cie posta­wił jej ulti­ma­tum. Albo bie­rzesz się solid­nie do roboty, albo wyla­tu­jesz z kadry.

Groźba podzia­łała. Na mło­dzie­żo­wych mistrzo­stwach Europy w Czar­no­gó­rze, w Budvie, Sze­re­meta zdo­była złoty medal, i to był sygnał, że chyba coś klik­nęło w bok­sie tej nie­sfor­nej dziew­czyny. Zwy­kle kry­tyczny Dylak mówił dzien­ni­ka­rzom, że Julka roz­wija się z walki na walkę, ze spa­ringu na spa­ring, i staje się kan­dy­datką do rze­czy wiel­kich – nie wia­domo, gdzie jest jej sufit moż­li­wo­ści.

Ale to były tylko mło­dzie­żowe zawody. Nikt nie sta­wiał wiel­kich pie­nię­dzy, że w któ­rymś momen­cie ten zadziorny dia­be­łek znów nie wysko­czy z Julii. Nie spo­sób było prze­wi­dzieć, jak tak młoda zawod­niczka obda­rzona takim cha­rak­ter­kiem zare­aguje na start na igrzy­skach olim­pij­skich w wiel­kim mie­ście, w samym Paryżu, gdzie będzie miała do czy­nie­nia z naj­lep­szymi na świe­cie. Czy się nie spali psy­chicz­nie, czy pokaże wszystko, co umie, czy tylko jakąś mizerną część swo­jego talentu? Kie­dyś była szarą myszką, teraz zmie­niała się, nabie­rała pew­no­ści sie­bie i umie­jęt­no­ści. Ale czy na tyle, żeby zdo­być medal olim­pij­ski, na który pol­ski boks czeka od trzy­dzie­stu dwóch lat?

W pierw­szej run­dzie tur­nieju olim­pij­skiego w wadze piór­ko­wej (do 57 kilo­gra­mów) Sze­re­meta tra­fiła na Oma­ilyn Caro­linę Alcalę Cego­vię z Wene­zu­eli, zawod­niczkę doświad­czoną, ćwierć­fi­na­listkę mistrzostw świata. Teo­re­tycz­nie Alcala była fawo­rytką. Na doda­tek to zawod­niczka wal­cząca z odwrot­nej pozy­cji (czyli prawa noga i prawa ręka z przodu, lewa, sil­niej­sza, z tyłu), co zawsze spra­wia pro­blem prze­ciw­ni­kom przyj­mu­ją­cym pozy­cję kla­syczną, tak jak Julia (lewa noga i lewa ręka z przodu).

Na samym początku walki star­sza od Polki o pięć lat Wene­zu­elka zadała mocny cios, Sze­re­meta odpo­wie­działa dwoma sier­po­wymi. Polka świet­nie poru­szała się w ringu, była szyb­sza, punk­to­wała i wygrała tę rundę 5–0. Nie­wta­jem­ni­czo­nym wytłu­maczmy przy oka­zji, co ozna­cza ten wynik: pię­ciu na pię­ciu sędziów orze­kło wygraną Julii.

Wyda­wało się, że po tak dobrym początku dalej pój­dzie z górki, ale gdzie tam! W ringu było dużo cha­osu, Polka robiła więk­szy show, ale Alcala lepiej się w tym cha­osie odnaj­dy­wała, tra­fiała czę­ściej, i drugą rundę wygrała zda­niem aż czte­rech sędziów.

O wszyst­kim miała zade­cy­do­wać runda trze­cia. Na­dal walka była zacięta, a wynik nie­pewny. Gdy zabrzmiał ostatni gong, obie wyrzu­ciły do góry ręce na znak zwy­cię­stwa. Na szczę­ście spi­ker oznaj­mił, że nie­jed­no­gło­śnie wygrała „Dżu­lia Sze­re­meta”, i Julia sko­czyła do góry z rado­ści.

W dru­giej turze na „Dżu­lię z Pol­ski” cze­kała Tina Rahimi. Austra­lijka, która przy­stą­piła do walki w hidża­bie, była roz­sta­wiona w olim­pij­skim tur­nieju z nume­rem dru­gim. Ale nieroz­sta­wiona mło­dziutka Polka zde­kla­so­wała ją w ringu. Bok­so­wała z uśmie­chem na ustach, spo­koj­niej niż w pierw­szej walce z Alcalą, cze­kała na ataki Austra­lijki i kon­tro­wała. Momen­tami Rahimi wyglą­dała na skon­ster­no­waną. Polka dodat­kowo ją depry­mo­wała, bok­su­jąc z opusz­czo­nymi rękoma i – dzięki świet­nej pracy nóg, zwo­dom, balan­sowi tuło­wia – uni­kała cio­sów rywalki.

W dru­gim star­ciu Polka kon­ty­nu­owała kon­cert, obi­jała prze­ciw­niczkę. W trze­ciej run­dzie tro­chę zwol­niła. W pew­nym momen­cie sędzia rin­gowy musiał nawet zachę­cać zawod­niczki do żyw­szej wymiany cio­sów.

Gdy zabrzmiał ostatni gong, nie było żad­nych wąt­pli­wo­ści. Wszy­scy sędzio­wie byli zadzi­wia­jąco jed­no­myślni, zgod­nie punk­to­wali 30–27, czyli widzieli wyż­szość Polki w każ­dej run­dzie. Fani boksu dosko­nale wie­dzą, o co cho­dzi, ale mam nadzieję, że po tę książkę się­gną też osoby, które do tej pory mniej inte­re­so­wały się tym spor­tem, ponie­waż Julia stała się dla nich inspi­ra­cją. Dla­tego wyja­śnijmy: w bok­sie olim­pij­skim – jako się rze­kło – sędziuje pię­ciu sędziów, z któ­rych każdy ogła­sza swój wer­dykt po każ­dej z trzech rund poje­dynku. Wydają go na pod­sta­wie licze­nia czy­stych tech­nicz­nych cio­sów, czyli zada­nych przed­nią lub tylną czę­ścią ręka­wicy w głowę lub kor­pus powy­żej pasa. Wer­dykt jest wyra­żany w sys­te­mie dzie­się­cio­punk­to­wym. Jeśli orze­kają, że w danej run­dzie zawod­niczka A zadała wię­cej czy­stych cio­sów niż zawod­niczka B, to wer­dykt brzmi 10 do 9 dla A. I taki wynik jest w bok­sie olim­pij­skim naj­częst­szy. Wynik 10–8 ozna­cza, że słab­sza zawod­niczka prze­gry­wała bar­dzo wyraź­nie albo była liczona, czyli nastą­pił nok­daun (padła, ale wstała). Wynik 30–27 ozna­cza więc, że Julia wszyst­kie trzy rundy wygrała 10–9.

Poje­dy­nek z Rahimi był po pro­stu kon­cer­to­wym wystę­pem Polki. „Julia poka­zała tro­chę kwiat­ków, udziw­nień” – komen­to­wał popu­larny dzien­ni­karz Edward Durda. Zda­niem innego z eks­per­tów, Pio­tra Jagiełły z TVP Sport, była to chyba naj­lep­sza walka pol­skiej pię­ściarki w histo­rii wystę­pów biało-czer­wo­nych zawod­ni­czek na igrzy­skach olim­pij­skich.

W ćwierć­fi­nale Sze­re­meta zmie­rzyła się z Ash­ley­ann Lozadą Mottą z Por­to­ryko. Widzo­wie zoba­czyli kolejny popis bok­ser­ski w wyko­na­niu Julii. Od samego początku Sze­re­meta miała ini­cja­tywę, ude­rzała, odska­ki­wała, była nie­uchwytna, opusz­czała ręce, bawiła się, podska­ki­wała, robiła show. Lozada była skon­fun­do­wana, raz po raz nadzie­wała się na ciosy i prze­grała star­cie w oczach wszyst­kich sędziów.

W dru­giej odsło­nie walka się wyrów­nała, lecz Sze­re­meta na­dal miała ini­cja­tywę i sędzio­wie ponow­nie byli jed­no­myślni. Sze­re­meta dosko­nale się bawiła, a wszy­scy arbi­trzy wska­zali na Polkę. Stało się jasne, że tylko jakaś kata­strofa w trze­cim star­ciu może ode­brać Polce wygraną i awans do meda­lo­wej strefy. Ale do takiej kata­strofy na szczę­ście nie doszło. Julia była opa­no­wana, a na doda­tek tań­czyła, podry­gi­wała, robiła show i przede wszyst­kim pro­wa­dziła. Nawet jak Lozada ude­rzała, to Julia odchy­lała się i nie­wiele cio­sów docho­dziło do celu.

Uwiel­biamy spor­tow­ców, któ­rzy się wyróż­niają – cha­ry­zmą, kunsz­tem w swo­jej dys­cy­pli­nie, nie­tu­zin­ko­wymi decy­zjami, a cza­sem nawet paja­co­wa­niem. W końcu sport to rów­nież wido­wi­sko, show, roz­rywka, a nie tylko suche liczby w wer­dyk­tach. I Sze­re­meta – świa­do­mie bądź nieświa­do­mie – zna­ko­mi­cie speł­nia wyma­ga­nia, które sta­wiamy spor­tow­com wzbu­dza­ją­cym naj­więk­sze emo­cje.

Wygrana Julii Sze­re­mety nie pod­le­gała dys­ku­sji i zanim została ogło­szona, Julia rzu­ciła się z rado­ścią w ramiona tre­nera Dylaka. Wer­dykt: 30–27, 30–27, 30–27, 30–27, 29–28, to potwier­dził. Bez­po­śred­nio po poje­dynku z Lozadą wywiad z Julią prze­pro­wa­dził dzien­ni­karz Euro­sportu Seba­stian Szczę­sny.

Julka, wiesz, co zro­bi­łaś?

– Wiem i jesz­cze się nie zatrzy­muję.

Taki luz, taka cudowna non­sza­lan­cja w ringu, pew­ność sie­bie. A masz dopiero dwa­dzie­ścia lat, dziew­czyno.

– Bez stresu pod­cho­dzę do tego, co robię. A robię to, co lubię. Dla­czego więc mam się stre­so­wać? Czy to gdy wcho­dzę do mistrzyni, czy do kogoś tro­chę słab­szego, jestem taka sama.

Czy masz świa­do­mość, że masz już medal?

– Tak, jestem świa­doma. Powie­dzia­łam, że przy­wiozę medal, i to zro­bi­łam. Teraz powal­czę o złoty krą­żek. Na pewno nie zatrzy­mam się na tym brą­zo­wym.

Gdy patrzę na to, jak bok­su­jesz, wydaje mi się, że dla cie­bie nie ma zna­cze­nia rywalka. Wcho­dzisz w swój świat, swój plan, który ma być reali­zo­wany.

– Tak, wcho­dzę pomię­dzy liny, to jest mój świat. Mój styl jest dla rywa­lek bar­dzo nie­wy­godny. Mam cha­ry­zmę, prze­ciw­niczki nie wie­dzą, skąd idzie cios. Nikt nie zna­lazł na mnie spo­sobu i na razie nie znaj­dzie.

Po wygra­nej Sze­re­mety jej tre­ner Tomasz Dylak popła­kał się. Facet twardy, ale i uczu­ciowy, mówił przez łzy: „Dla mnie suk­ces Julki jest speł­nie­niem marzeń. Śni­łem o tym od momentu prze­ję­cia kadry olim­pij­skiej. Już wtedy mówi­łem o medalu olim­pij­skim, wie­rzy­łem w to, podob­nie jak cały sztab oraz dziew­czyny i kibice. Im było jed­nak bli­żej igrzysk, tym bar­dziej czu­łem ogromną pre­sję i mia­łem obawy, czy to na pewno się uda. Dla­tego jak Julka wygrała walkę, co było moim wiel­kim marze­niem, puściły emo­cje. Pła­ka­łem jak dziecko. Marzy­łem o tej chwili, wyobra­ża­łem sobie ją, wizu­ali­zo­wa­łem. Jesz­cze będąc w Pol­sce, wiele razy pła­ka­łem, czu­jąc te emo­cje. Teraz one są już praw­dziwe. Nawet nie potra­fię opi­sać sło­wami, jak tego pra­gną­łem”.

Łzy leciały, tre­ner się­gnął po tele­fon i poka­zał pol­skim dzien­ni­ka­rzom: „To moje dzieci. Mój syn, któ­rego kocham naj­bar­dziej, a przez dwie­ście sześć­dzie­siąt dni w roku nie mogę z nim być. Moja córeczka, która uro­dziła się trzy mie­siące temu, a widzia­łem ją tylko sie­dem dni. To mój tata, który zmarł na raka w lutym i nie docze­kał się tego speł­nie­nia marzeń. Był wiel­kim fanem boksu, i to dzięki niemu posze­dłem w pię­ściar­stwo. Moja bab­cia, Papa Stamm, tre­ner Andrzej Gmi­truk i cała moja rodzina. Zawsze to sobie oglą­dam, żeby mieć ten ogień w ringu i wie­rzyć przed samą walką. Jakby ktoś powie­dział mi trzy­na­ście lat temu, że będę tre­nerem kadry olim­pij­skiej… To jak bajka i dla­tego chcia­łem udo­wod­nić, że można robić rze­czy, które są nie­moż­liwe”.

Tre­ner bok­ser­skiej kadry Pol­ski kobiet Tomasz Dylak nie wsty­dził się łez. Speł­niło się jego wiel­kie marze­nie – Julia Sze­re­meta zdo­była srebrny medal olim­pij­ski

Dzię­kuję Ci, tre­ne­rze. Bez Cie­bie nie byłoby tego medalu w Paryżu

Po wygra­nej z Lozadą medal dla Julii Sze­re­mety był już pewny. „Julia zdjęła z moich bar­ków cię­żar” – cie­szył się ostatni pol­ski meda­li­sta olim­pij­ski w bok­sie Woj­ciech Bart­nik. Na­dal nie było jed­nak wia­domo, czy ten wyma­rzony medal będzie brą­zowy (jak Bart­nika w Bar­ce­lo­nie w 1992 roku) czy też srebrny, a może i złoty. Roz­strzy­gnąć miał pół­fi­nał, ewen­tu­al­nie finał.

W pół­fi­nale opo­nentką Sze­re­mety była Nesthy Pete­cio z Fili­pin, wice­mi­strzyni olim­pij­ska z Tokio. Ruty­no­wana, star­sza o jede­na­ście lat Fili­pinka była fawo­rytką, miała olbrzy­mie doświad­cze­nie, a naprze­ciwko niej stała nie­opie­rzona dwu­dzie­sto­latka z Pol­ski. Ale Lozada też była fawo­rytką, a prze­grała z Sze­re­metą. Pozo­sta­wało żywić nadzieję, że i w pół­fi­nale Polka wygra z fawo­ry­zo­waną rywalką.

Tre­ner Dylak wie­rzył w Julię, ale przy­zna­wał, że nie był pewien, jak jego pod­opieczna zare­aguje na walkę na kor­cie cen­tral­nym Rolanda Gar­rosa, gdzie co roku roz­gry­wany jest wiel­kosz­le­mowy tur­niej teni­sowy. To był prze­cież naj­więk­szy spraw­dzian w jej życiu.

„Mówi­łem nawet w szta­bie: zoba­czymy, czy Julka jest naprawdę taka wielka, czy pod napo­rem Fili­pinki pęk­nie” – wspo­mi­nał.

Nie pękła. Po raz kolejny poka­zała nie­zwy­kle efek­towny styl walki, nie bała się wcho­dzić w wymiany czy też w zwar­cia z silną rywalką.

Julia Sze­re­meta aż pod­sko­czyła z rado­ści po wygra­nej w ćwierć­fi­nale z Ash­ley­ann Lozadą Mottą z Por­to­ryko. To było wyjąt­kowo cenne zwy­cię­stwo, bo gwa­ran­to­wało awans do strefy meda­lo­wej

W boju o finał olim­pij­ski w Paryżu Julia poko­nała wice­mi­strzy­nię olim­pij­ską z Tokio – Nesthy Pete­cio

Jest, jest, jest! Kolejne zwy­cię­stwo w Paryżu. Julia szła po medal jak burza

Szał rado­ści kadry tre­ner­skiej repre­zen­ta­cji Pol­ski po wiel­kim suk­ce­sie Julii Sze­re­mety. „Klą­twa Bart­nika” zdjęta i w końcu mamy medal olim­pij­ski w bok­sie!

„Wie­dzie­li­śmy dokład­nie, jak będzie wyglą­dać walka, że trzeba będzie ryzy­ko­wać, że zanim Julka zła­pie swój rytm, to nadzieje się na kilka moc­nych cio­sów. I tak było, prze­gra­li­śmy pierw­sze dwie minuty, ale w ostat­niej minu­cie widzia­łem, że zaczęła czy­tać rywalkę, łapać rytm” – tłu­ma­czył pol­skim dzien­ni­ka­rzom Tomasz Dylak.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki