Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Pierwsza biografia niekwestionowanej królowej ringu. Historia dziewczyny, która w wieku dwudziestu jeden lat podczas igrzysk w Paryżu zdobyła srebrny medal olimpijski w boksie. Sielskie dzieciństwo w miejscowości Bieniów pod Chełmem, pasja jeździecka i pierwsze kroki sportowe. Droga do pięściarstwa, która wiodła przez karate, zapasy, kick-boxing, a nawet krav magę i sumo. Niezwykły talent i temperament wojowniczki, a także silny i nieustępliwy charakter powodowały, że kolejni trenerzy mieli z przyszłą mistrzynią sporo problemów. Znalazł się jednak ktoś, kto obudził w niej ambicję i determinację, wyzwalając jednocześnie jej niespotykany potencjał. Jak wyglądała droga Julii Ateny Szeremety na sportowy olimp? Czy sukces i sława zawróciły jej w głowie? Czy w 2028 roku z igrzysk w Los Angeles przywiezie złoty medal olimpijski? Na te i wiele innych pytań, kreśląc historyczne tło wielkich triumfów polskiego boksu, odpowiada wybitny ekspert tej dyscypliny – Andrzej Kostyra.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 172
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 5 godz. 15 min
Lektor: Tomasz Urbański
Copyright © by Andrzej Kostyra, 2026 Copyright © by TIME S.A., 2026
Redaktor naczelny: Michał Zarzycki, mzarzycki@grupazpr.pl Redakcja: Igor Stefanowicz Korekta: Małgorzata Ablewska, Katarzyna Pikosz Projekt okładki i stron tytułowych: Piotr Tarasiuk Zdjęcie Julii Szeremety na okładce: Andrzej Jakóbczyk Zdjęcia w książce: domena publiczna; Getty Images; Biblioteka Kongresu, Washington D.C. 20540 USA; archiwum prywatne rodziny Szeremetów; Archiwum „Super Expressu”: Piotr Gajek; Paweł Skraba; Brunner; Paweł Dąbrowski; Paweł Kibitlewski; Marek Kudelski; Marcin Gadomski; Maciej Kulczyński; Archiwum PACO Lublin / Artur Długoszek, Mateusz Skwarcze
Wydawca: TIME S.A., ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa
Warszawa 2026 Wydanie pierwsze ISBN: 9788383436128
Więcej o naszych autorach i książkach: facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/hardewydawnictwo tiktok.com/@harde.wydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Polscy pięściarze lali Amerykanów, Rosjan, Anglików, Kubańczyków…
Dawno, dawno temu Polska była światową potęgą w boksie.
Brzmi jak początek cudownej bajki, ale to była rzeczywistość. Byliśmy światową potęgą. Kto to dzisiaj pamięta? Żeby zrozumieć fenomen zainteresowania, jakie wzbudza teraz największa gwiazda polskiego boksu, srebrna medalistka olimpijska z Paryża Julia Szeremeta, warto sobie przypomnieć historię naszych wybitnych pięściarzy oraz genialnego trenera, przez wielu uważanego za największego w historii polskiego sportu, Feliksa Stamma. Julia ożywiła uśpione sentymenty i wspomnienia o tamtych pięknych czasach.
Wszystko zaczęło się bardzo skromnie, zaraz po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, od startu na igrzyskach olimpijskich w… Paryżu w 1924 roku. Wystąpiła tam pięcioosobowa reprezentacja bokserska, ale nie odniosła żadnego zwycięstwa. Bieda w kraju była wtedy tak wielka, że nie pojechał z pięściarzami żaden trener i bokserom sekundował w narożniku srebrny medalista olimpijski w… kolarstwie torowym, Franciszek Szymczyk.
Na igrzyskach olimpijskich w Amsterdamie w 1928 roku boksowało czterech Polaków i wygraliśmy dwie walki (Jan Górny i Witold Majchrzycki). Kompromitacji nie było, ale trudno mówić o sukcesie.
Na kolejny start polscy bokserzy musieli czekać aż osiem lat, bo na igrzyska olimpijskie w Los Angeles w 1932 roku nie pojechał nikt – ze względu na wysokie koszty wyprawy. Polska kadra bokserów pojawiła się dopiero na igrzyskach w Berlinie w 1936 roku i było już dużo lepiej. Bardzo blisko medalu był Henryk Chmielewski, który zakwalifikował się do półfinału, eliminując po drodze między innymi Amerykanina Jimmy’ego Clarka. W półfinale przegrał. Dzisiaj za awans do półfinału dostałby brązowy medal olimpijski, lecz wtedy nie przyznawano dwóch brązowych medali w wadze. O brąz trzeba było toczyć dodatkowy pojedynek. Niestety Chmielewski nie mógł do niego stanąć ze względu na uraz dłoni.
Na tamtych berlińskich igrzyskach zadebiutował w roli trenera polskiej kadry młody, trzydziestopięcioletni szkoleniowiec Feliks Stamm. Nie był wybitnym bokserem, stoczył zaledwie trzynaście oficjalnych walk, z których jedenaście wygrał. Nie był też wykształconym człowiekiem, ale umiał rozmawiać o wszystkim, znał się na wielu sprawach, biegle władał niemieckim i angielskim, porozumiewał się po rosyjsku. Był genialnym samoukiem, podpatrywał innych, poszerzał swą wiedzę, zdobył wielki autorytet u zawodników. Był kimś, z jego zdaniem liczono się i w kraju, i za granicą. Rzadko chwalił, nie szafował nagrodami. Ale gdy już któremuś z zawodników powiedział „nieźle było”, to to „nieźle” znaczyło, że bokser jest gotowy do walk o wielkie sukcesy, medale. I te wielkie sukcesy, złota era polskiego boksu, zaczęły się od niego, od Papy Stamma – jak go nazywali podopieczni.
Na kolejne, drugie po wojnie igrzyska, które odbyły się w Helsinkach (1952), pojechała już pełna, dziesięcioosobowa reprezentacja polskich bokserów kierowana przez Stamma. I przywiozła od razu do kraju dwa medale – złoty Zygmunta Chychły i srebrny Aleksego Antkiewicza.
To pierwsze olimpijskie złoto dla polskiego boksu wywalczył Chychła, wygrywając w finale ze znakomitym Rosjaninem Siergiejem Szczerbakowem. Był Chychła supermistrzem: świetny technik i taktyk, obdarzony silnym ciosem z obu rąk, wspaniale też się bronił, przechodził do kontrataku, bardzo opanowany w ringu.
Jego życiowe losy były wyjątkowo pogmatwane. Urodził się w Gdańsku w 1926 roku, ojciec był woźnym w polskiej szkole. Zygmunt jako siedmioletni chłopiec był na wakacjach u rodziny w Tucholi i wtedy stracił w sieczkarni palec wskazujący u lewej dłoni. Ten dramatyczny wypadek na szczęście nie przeszkodził mu w odnoszeniu potem wielkich sukcesów w boksie.
Pierwszy złoty medal olimpijski w historii polskiego boksu zdobył w 1952 roku w Helsinkach Zygmunt „Twardy Kaszuba” Chychła
Już jako dwunastoletni junior zachwycał widzów. Ale wojna przerwała jego karierę. Jako obywatel Wolnego Miasta Gdańsk został wcielony do Wehrmachtu i wysłany na front zachodni. Zdezerterował, po wyzwoleniu Francji przeniósł się do Włoch i wstąpił do 2 Korpusu generała Andersa, w którym służył do 1946 roku. Po powrocie do kraju wznowił karierę bokserską.
Właśnie od Chychły zaczęły się olbrzymie sukcesy polskiego boksu. Zdobył jeszcze dwa złote medale w mistrzostwach Europy (oba w wadze półśredniej): pierwszy w Mediolanie (1951), drugi w pamiętnych dla Polski mistrzostwach w Warszawie w 1953 roku. W warszawskim finale znów pokonał groźnego Szczerbakowa, wprawiając w euforię miliony Polaków. Niestety, to był ostatni występ Twardego Kaszuba, bowiem zachorował na gruźlicę i na ring już nie wrócił.
Z następnych igrzysk olimpijskich, w Melbourne (1956), reprezentacja Polski wróciła z dwoma brązowymi medalami: Henryka Niedźwiedzkiego i Zbigniewa Pietrzykowskiego. Przed olimpiadą oczekiwania były już olbrzymie, więc ten wynik przyjęty został w kraju jako rozczarowanie. Sam Feliks Stamm był załamany: „Te nasze występy w Melbourne były dla mnie jak nokaut. Czas się wycofać z sali treningowej i narożnika” – stwierdził. Nie zrobił jednak tego. I całe szczęście, bo złote lata polskiego boksu dopiero się zaczynały.
Na igrzyskach olimpijskich w Rzymie w 1960 roku reprezentacja polskich bokserów zdobyła aż siedem medali: Kazimierz Paździor – złoty, Jerzy Adamski, Tadeusz Walasek i Zbigniew Pietrzykowski – srebrne, oraz Brunon Bendig, Marian Kasprzyk i Leszek Drogosz – brązowe.
Podium medalistów igrzysk olimpijskich w Rzymie w 1960 roku. Na najwyższym stopniu Cassius Clay z USA, znany potem jako Muhammad Ali i uznawany za najwybitniejszego boksera w dziejach. W finale pokonał Zbigniewa Pietrzykowskiego (pierwszy z prawej). Brązowi medaliści to Włoch Giulio Saraudi i Australijczyk Antony Madigan
I pomyśleć, że w Polsce niektórzy byli rozczarowani tym łupem… Szczególnie brakiem złotego medalu Pietrzykowskiego. Był faworytem finałowego pojedynku z osiemnastoletnim Amerykaninem Cassiusem Clayem. Ale nie dał rady. Amerykanin „fruwał jak motyl, kłuł jak osa” i wygrał z Polakiem. Kto to mógł wtedy przewidzieć, że ten Cassius Clay potem zmieni nazwisko na Muhammad Ali i zostanie najwybitniejszym bokserem w dziejach tego sportu?!
Tamta walka Pietrzykowskiego z Alim miała po latach swój epilog. Na początku lat dwutysięcznych legendarny Amerykanin zaprosił bowiem Pietrzykowskiego i jego żonę na premierę filmu Ali. W hotelu – przez tłumacza – zapewniał Pietrzykowskiego, że Polak był jego najtrudniejszym przeciwnikiem z amatorskich czasów, i w dowód szacunku podarował mu złoty medal, z którego wartości nasz as początkowo nie zdawał sobie sprawy. Zakładał nawet, że może to być tylko pozłacany podarek. Jakiś czas później Pietrzykowscy zaczęli budowę domu w Bielsku-Białej i zabrakło im pieniędzy. Zbyszek postanowił się przekonać, jaka jest wartość klejnotu od legendy boksu.
„U jubilera okazało się, że jest to czyste złoto. Następnie rodzice komuś ten medal odsprzedali, ale miało być tak, że jak kiedyś staną finansowo na nogach i będą mieli pieniądze, to go odkupią. Niestety później ten złoty medal już nigdy nie wrócił, nawet nie pamiętam, jak on wyglądał. Rodzice się nie upominali, aż ta osoba zmarła i temat przepadł” – opowiadała niedawno dziennikarzowi Interii Arturowi Gacowi Dorota Pietrzykowska, córka naszego czempiona.
Starsi kibice boksu pamiętają, że powinno być w Rzymie więcej medali, bo Walasek został ohydnie „przekręcony” przez sędziów, którzy niezasłużenie dali wygraną w finale 3–2 Amerykaninowi Edwardowi Crookowi, co było takim skandalem, że włoska publiczność omal nie zlinczowała arbitrów i przez piętnaście minut były w hali takie gwizdy, buczenie i zamieszanie, że nie można było rozegrać następnych walk. Kasprzyk miał z kolei pecha, bo w zwycięskiej walce z wielkim faworytem Władimirem Jengibarianem ze Związku Radzieckiego doznał rozcięcia łuku brwiowego i nie został dopuszczony do półfinałowego pojedynku z Clementem Quarteyem z Ghany. Zdrowy na pewno pokonałby i Quarteya, i w finale Czecha Bohumila Nemecka.
To były piękne czasy polskiego boksu. Złoci medaliści olimpijscy z Tokio (1964): Józef Grudzień z uśmiechem patrzy, jak Jerzy Kulej i Marian Kasprzyk całują Feliksa „Papę” Stamma, największego trenera w historii polskiego pięściarstwa
Cztery lata później na igrzyskach olimpijskich w Tokio było jeszcze lepiej. Trzy razy z rzędu Polacy stawali na najwyższym podium i grano Mazurka Dąbrowskiego po finałowych wygranych Józefa Grudnia, Jerzego Kuleja i Mariana Kasprzyka. A to nie było wszystko. Artur Olech zdobył srebro, a Józef Grzesiak, Tadeusz Walasek i Zbigniew Pietrzykowski – medale brązowe. Tylko Brunon Bendig, Piotr Gutman i Władysław Jędrzejewski wrócili do kraju bez medali.
Bohaterem tamtych finałów był Marian Kasprzyk, który już w pierwszej rundzie finałowego pojedynku w wadze półśredniej z Litwinem Ričardasem Tamulisem doznał złamania kciuka. Walczył jednak dalej jedną ręką, nic nie mówił Feliksowi Stammowi, zdrową lewą ręką rzucił nawet rywala na deski. Nie wykończył go jednak prawą. Stamm natychmiast zorientował się, że coś jest nie tak. Nie było sensu dalej ukrywać kontuzji. „Chyba coś mi pękło w prawej dłoni” – przyznał Kasprzyk.
Na pytanie Stamma, czy ma go poddać, Kasprzyk odpowiedział krótko: „Nie, wytrzymam jeszcze te trzy minuty”. I wytrzymał, chociaż ból był piekący, ręka spuchła jak bania i – jak wspominał masażysta reprezentacji Stanisław Zalewski – trudno było ściągnąć z dłoni rękawicę.
W nagrodę za to męstwo Kasprzyk dostał wspaniały złoty medal, który po latach przekazał jako dar do skarbca na Jasnej Górze w Częstochowie. „Oddałem ten medal Matce Bożej, bo zawsze się mną opiekowała” – mówił mi, gdy odwiedziłem go w Bielsku-Białej niedługo przed jego śmiercią drugiego lutego 2026 roku. Był człowiekiem wielkiej wiary. Po wywiadzie, który z nim przeprowadzałem, podarował mnie i operatorowi telewizji Polsat Sport Zbyszkowi Kołtoniowi różańce, które sam zrobił.
W Meksyku w 1968 roku polska ekipa zdobyła „tylko” pięć olimpijskich medali: złoty Jerzego Kuleja, srebrne Artura Olecha i Józefa Grudnia oraz brązowe Huberta Skrzypczaka i Stanisława Dragana. Pecha miał Lucjan Trela, który już w pierwszej walce trafił na legendarnego George’a Foremana i przegrał niejednogłośnie, kontrowersyjnie na punkty. Wszystkich pozostałych rywali Amerykanin po drodze do złota znokautował.
Mógł być jeszcze jeden złoty medal olimpijski, ale przeszkodziły pęknięte spodenki Mariana Kasprzyka, mistrza olimpijskiego z Tokio. Marian, znajdujący się w życiowej formie, był naszym największym faworytem do kolejnego złota. Na początek zmierzył się z Amerykaninem Armando Muñízem. Zabrzmiał pierwszy gong. Kasprzyk zrobił tradycyjny przysiad w narożniku i w tym momencie na całej długości pękły mu spodenki!
Sędzia ringowy zgodnie z regulaminem dał mu minutę na zmianę stroju. A tu, jak na złość, w narożniku nie mieli zapasowych spodenek. Kto bowiem mógł przewidzieć, że zdarzy się coś takiego? Publiczność miała ubaw, wyła ze śmiechu, Feliks Stamm oniemiał, Kasprzyk, zdenerwowany, przestępował z nogi na nogę, zakrywając nagość rękami. Jedyny, który zachował spokój w tej tragikomicznej sytuacji, był masażysta reprezentacji Stanisław Zalewski.
„Błyskawicznie zrzuciłem spodnie od dresu, zdjąłem reprezentacyjne majtki, rzuciłem je panu Feliksowi i wspólnie ubraliśmy Mariana. Skończyliśmy tę operację na sekundę przed mijającą minutą” – wspominał popularny pan Stasio.
Kasprzyk bardzo się tym wszystkim zdenerwował.
„On normalnie zawsze był opanowany. Tym jednak razem widać było, że jest skonsternowany. Poruszał się po ringu niezbyt żwawo, podwójne spodenki paraliżowały jego ruchy i przegrał z Amerykaninem niejednogłośnie na punkty. Jestem absolutnie przekonany, że gdyby nie te perypetie, pokonałby Amerykanina i zdobył złoty medal” – zapewniał Zalewski.
Na kolejnych igrzyskach olimpijskich, w Monachium (1972), było już trochę gorzej. „Tylko” jeden złoty medal Jana Szczepańskiego, srebrny Wiesława Rudkowskiego i brązowe Leszka Błażyńskiego oraz Janusza Gortata.
Zdobycie tego olimpijskiego złota przez Szczepańskiego graniczyło z cudem. Gdy miał dwadzieścia cztery lata i na koncie już wiele sukcesów, lekarze zabronili mu boksować. W 1964 roku po jednym z badań stwierdzili bowiem arytmię serca. Janek załamał się psychicznie, zaczął ostro pić. Próbował się leczyć, także znachorskimi metodami, ale bez skutku. Lekarze wciąż nie potrafili wyjaśnić, dlaczego arytmia nie występuje u niego podczas wysiłku, w czasie walki w ringu, tylko w różnych innych okolicznościach.
Nie boksował ponad cztery lata, dopiero we wrześniu 1968 roku poradnia sportowo-lekarska przystawiła pieczątkę w jego książeczce zawodniczej i wrócił na ring. To była pieczątka na wagę złotego olimpijskiego medalu (który, podobnie jak Marian Kasprzyk, przekazał potem Matce Bożej na Jasną Górę).
W Montrealu (1976) znów pięć olimpijskich medali: złoty Jerzego Rybickiego i cztery brązowe: Leszka Błażyńskiego, Leszka Kosedowskiego, Kazimierza Szczerby i Janusza Gortata. Wynik nadal znakomity, lecz widać było już pierwsze objawy kryzysu.
Na dwudziestych drugich igrzyskach olimpijskich w Moskwie w 1980 roku kolejnych pięć medali, ale – po raz pierwszy od dawna – nie było złota. Tylko srebro Pawła Skrzecza oraz brązowe krążki Krzysztofa Kosedowskiego, Kazimierza Adacha, Kazimierza Szczerby i Jerzego Rybickiego.
Najbliżej złota był wtedy Paweł Skrzecz. W finałowej walce wagi półciężkiej prowadził wyraźnie ze Slobodanem Kačarem z Jugosławii; w trzeciej rundzie trafił Kačara lewym sierpowym i rywal chwiał się po tym ciosie. Ale doszedł do siebie i odpowiedział kontratakiem. Trzydzieści siedem sekund przed końcem Skrzecz się zagapił, był liczony i przegrał niejednogłośnie, stosunkiem głosów 1–4.
W Seulu (1988) były same brązowe medale: Jana Dydaka, Henryka Petricha, Andrzeja Gołoty oraz Janusza Zarenkiewicza.
No i przyszły igrzyska olimpijskie w Barcelonie (1992). Tylko jeden, jedyny medal, i to zaledwie brązowy, Wojciecha Bartnika, który był rezerwowym i w ostatniej chwili został powołany do olimpijskiej reprezentacji. Spisał się znakomicie, niespodziewanie pokonał Kubańczyka Ángela Espinosę i awansował do półfinału, w którym przegrał dyskusyjnie 6–8 z Niemcem Torstenem Mayem.
Chyba nikt wtedy nie przewidywał, że po tym brązie Wojciecha Bartnika zaczną się trzydzieści dwa lata wielkiej smuty polskiego boksu, bez medali na igrzyskach olimpijskich w Atlancie, Sydney, Atenach, Pekinie, Londynie, Rio de Janeiro i Tokio. Przyznam się, że i ja komentując i opisując boks przez pół wieku, już zwątpiłem. Jak mnie pytali kibice, kiedy w końcu zdobędziemy kolejny medal olimpijski, żartowałem przez łzy, że wtedy, gdy nad Polską pojawi się znów Kometa Halleya (a ma się pojawić w 2061 roku).
Na szczęście nie musieliśmy czekać tak długo, bo nadszedł rok 2024, a wraz z nim igrzyska olimpijskie w Paryżu. W polskiej kadrze pojawili się na nich młodziutka, dwudziestoletnia Julia Szeremeta i starszy od niej o siedemnaście lat, mało znany, ale niewiarygodnie ambitny trener Tomasz Dylak. Dopiero oni zdjęli z polskiego boksu „klątwę Bartnika”.
Zdolna, ale leniwa. Z takim diabełkiem nic nie wiadomo.
Dostała ultimatum.
Dżulia z Polski pięknie tańczy. Ogień w ringu, trener się rozkleił.
Kobieca reprezentacja Polski w boksie na igrzyska olimpijskie w Paryżu składała się z trzech zawodniczek, które przeszły olimpijskie kwalifikacje i zapewniły sobie olimpijskie paszporty. Były to: Aneta Rygielska, Elżbieta Wójcik i najmłodsza w tym gronie Julia Szeremeta. Pierwszym trenerem kadry był Tomasz Dylak, drugim – Kamil Goiński.
Rygielska i Wójcik to doświadczone zawodniczki. Rygielska osiem razy zdobywała mistrzostwo Polski, dwa razy była wicemistrzynią Europy. Wójcik pięciokrotnie była mistrzynią Polski, dwukrotnie wicemistrzynią Europy, dwa razy zdobywała medale na igrzyskach europejskich. W środowisku panowało dość powszechne przekonanie, że obie jadą do Paryża z szansami na medal.
Wielką niewiadomą była natomiast zaledwie dwudziestoletnia Julia Szeremeta. Niewątpliwy talent, ale zdarzały się z nią kłopoty. Bardzo długo traktowała boks jak zabawę, nie przykładała się do treningów. Szła za nią fama, że „zdolna, ale leniwa”. Nie dawali sobie z nią rady trenerzy. Wchodziła im na głowę, kłóciła się z nimi, nie słuchała, jednego z nich (trenera z Ukrainy) próbowała nawet znokautować ciosem sierpowym. Trener kadry Tomasz Dylak początkowo też miał z nią problemy. W pewnym momencie postawił jej ultimatum. Albo bierzesz się solidnie do roboty, albo wylatujesz z kadry.
Groźba podziałała. Na młodzieżowych mistrzostwach Europy w Czarnogórze, w Budvie, Szeremeta zdobyła złoty medal, i to był sygnał, że chyba coś kliknęło w boksie tej niesfornej dziewczyny. Zwykle krytyczny Dylak mówił dziennikarzom, że Julka rozwija się z walki na walkę, ze sparingu na sparing, i staje się kandydatką do rzeczy wielkich – nie wiadomo, gdzie jest jej sufit możliwości.
Ale to były tylko młodzieżowe zawody. Nikt nie stawiał wielkich pieniędzy, że w którymś momencie ten zadziorny diabełek znów nie wyskoczy z Julii. Nie sposób było przewidzieć, jak tak młoda zawodniczka obdarzona takim charakterkiem zareaguje na start na igrzyskach olimpijskich w wielkim mieście, w samym Paryżu, gdzie będzie miała do czynienia z najlepszymi na świecie. Czy się nie spali psychicznie, czy pokaże wszystko, co umie, czy tylko jakąś mizerną część swojego talentu? Kiedyś była szarą myszką, teraz zmieniała się, nabierała pewności siebie i umiejętności. Ale czy na tyle, żeby zdobyć medal olimpijski, na który polski boks czeka od trzydziestu dwóch lat?
W pierwszej rundzie turnieju olimpijskiego w wadze piórkowej (do 57 kilogramów) Szeremeta trafiła na Omailyn Carolinę Alcalę Cegovię z Wenezueli, zawodniczkę doświadczoną, ćwierćfinalistkę mistrzostw świata. Teoretycznie Alcala była faworytką. Na dodatek to zawodniczka walcząca z odwrotnej pozycji (czyli prawa noga i prawa ręka z przodu, lewa, silniejsza, z tyłu), co zawsze sprawia problem przeciwnikom przyjmującym pozycję klasyczną, tak jak Julia (lewa noga i lewa ręka z przodu).
Na samym początku walki starsza od Polki o pięć lat Wenezuelka zadała mocny cios, Szeremeta odpowiedziała dwoma sierpowymi. Polka świetnie poruszała się w ringu, była szybsza, punktowała i wygrała tę rundę 5–0. Niewtajemniczonym wytłumaczmy przy okazji, co oznacza ten wynik: pięciu na pięciu sędziów orzekło wygraną Julii.
Wydawało się, że po tak dobrym początku dalej pójdzie z górki, ale gdzie tam! W ringu było dużo chaosu, Polka robiła większy show, ale Alcala lepiej się w tym chaosie odnajdywała, trafiała częściej, i drugą rundę wygrała zdaniem aż czterech sędziów.
O wszystkim miała zadecydować runda trzecia. Nadal walka była zacięta, a wynik niepewny. Gdy zabrzmiał ostatni gong, obie wyrzuciły do góry ręce na znak zwycięstwa. Na szczęście spiker oznajmił, że niejednogłośnie wygrała „Dżulia Szeremeta”, i Julia skoczyła do góry z radości.
W drugiej turze na „Dżulię z Polski” czekała Tina Rahimi. Australijka, która przystąpiła do walki w hidżabie, była rozstawiona w olimpijskim turnieju z numerem drugim. Ale nierozstawiona młodziutka Polka zdeklasowała ją w ringu. Boksowała z uśmiechem na ustach, spokojniej niż w pierwszej walce z Alcalą, czekała na ataki Australijki i kontrowała. Momentami Rahimi wyglądała na skonsternowaną. Polka dodatkowo ją deprymowała, boksując z opuszczonymi rękoma i – dzięki świetnej pracy nóg, zwodom, balansowi tułowia – unikała ciosów rywalki.
W drugim starciu Polka kontynuowała koncert, obijała przeciwniczkę. W trzeciej rundzie trochę zwolniła. W pewnym momencie sędzia ringowy musiał nawet zachęcać zawodniczki do żywszej wymiany ciosów.
Gdy zabrzmiał ostatni gong, nie było żadnych wątpliwości. Wszyscy sędziowie byli zadziwiająco jednomyślni, zgodnie punktowali 30–27, czyli widzieli wyższość Polki w każdej rundzie. Fani boksu doskonale wiedzą, o co chodzi, ale mam nadzieję, że po tę książkę sięgną też osoby, które do tej pory mniej interesowały się tym sportem, ponieważ Julia stała się dla nich inspiracją. Dlatego wyjaśnijmy: w boksie olimpijskim – jako się rzekło – sędziuje pięciu sędziów, z których każdy ogłasza swój werdykt po każdej z trzech rund pojedynku. Wydają go na podstawie liczenia czystych technicznych ciosów, czyli zadanych przednią lub tylną częścią rękawicy w głowę lub korpus powyżej pasa. Werdykt jest wyrażany w systemie dziesięciopunktowym. Jeśli orzekają, że w danej rundzie zawodniczka A zadała więcej czystych ciosów niż zawodniczka B, to werdykt brzmi 10 do 9 dla A. I taki wynik jest w boksie olimpijskim najczęstszy. Wynik 10–8 oznacza, że słabsza zawodniczka przegrywała bardzo wyraźnie albo była liczona, czyli nastąpił nokdaun (padła, ale wstała). Wynik 30–27 oznacza więc, że Julia wszystkie trzy rundy wygrała 10–9.
Pojedynek z Rahimi był po prostu koncertowym występem Polki. „Julia pokazała trochę kwiatków, udziwnień” – komentował popularny dziennikarz Edward Durda. Zdaniem innego z ekspertów, Piotra Jagiełły z TVP Sport, była to chyba najlepsza walka polskiej pięściarki w historii występów biało-czerwonych zawodniczek na igrzyskach olimpijskich.
W ćwierćfinale Szeremeta zmierzyła się z Ashleyann Lozadą Mottą z Portoryko. Widzowie zobaczyli kolejny popis bokserski w wykonaniu Julii. Od samego początku Szeremeta miała inicjatywę, uderzała, odskakiwała, była nieuchwytna, opuszczała ręce, bawiła się, podskakiwała, robiła show. Lozada była skonfundowana, raz po raz nadziewała się na ciosy i przegrała starcie w oczach wszystkich sędziów.
W drugiej odsłonie walka się wyrównała, lecz Szeremeta nadal miała inicjatywę i sędziowie ponownie byli jednomyślni. Szeremeta doskonale się bawiła, a wszyscy arbitrzy wskazali na Polkę. Stało się jasne, że tylko jakaś katastrofa w trzecim starciu może odebrać Polce wygraną i awans do medalowej strefy. Ale do takiej katastrofy na szczęście nie doszło. Julia była opanowana, a na dodatek tańczyła, podrygiwała, robiła show i przede wszystkim prowadziła. Nawet jak Lozada uderzała, to Julia odchylała się i niewiele ciosów dochodziło do celu.
Uwielbiamy sportowców, którzy się wyróżniają – charyzmą, kunsztem w swojej dyscyplinie, nietuzinkowymi decyzjami, a czasem nawet pajacowaniem. W końcu sport to również widowisko, show, rozrywka, a nie tylko suche liczby w werdyktach. I Szeremeta – świadomie bądź nieświadomie – znakomicie spełnia wymagania, które stawiamy sportowcom wzbudzającym największe emocje.
Wygrana Julii Szeremety nie podlegała dyskusji i zanim została ogłoszona, Julia rzuciła się z radością w ramiona trenera Dylaka. Werdykt: 30–27, 30–27, 30–27, 30–27, 29–28, to potwierdził. Bezpośrednio po pojedynku z Lozadą wywiad z Julią przeprowadził dziennikarz Eurosportu Sebastian Szczęsny.
Julka, wiesz, co zrobiłaś?
– Wiem i jeszcze się nie zatrzymuję.
Taki luz, taka cudowna nonszalancja w ringu, pewność siebie. A masz dopiero dwadzieścia lat, dziewczyno.
– Bez stresu podchodzę do tego, co robię. A robię to, co lubię. Dlaczego więc mam się stresować? Czy to gdy wchodzę do mistrzyni, czy do kogoś trochę słabszego, jestem taka sama.
Czy masz świadomość, że masz już medal?
– Tak, jestem świadoma. Powiedziałam, że przywiozę medal, i to zrobiłam. Teraz powalczę o złoty krążek. Na pewno nie zatrzymam się na tym brązowym.
Gdy patrzę na to, jak boksujesz, wydaje mi się, że dla ciebie nie ma znaczenia rywalka. Wchodzisz w swój świat, swój plan, który ma być realizowany.
– Tak, wchodzę pomiędzy liny, to jest mój świat. Mój styl jest dla rywalek bardzo niewygodny. Mam charyzmę, przeciwniczki nie wiedzą, skąd idzie cios. Nikt nie znalazł na mnie sposobu i na razie nie znajdzie.
Po wygranej Szeremety jej trener Tomasz Dylak popłakał się. Facet twardy, ale i uczuciowy, mówił przez łzy: „Dla mnie sukces Julki jest spełnieniem marzeń. Śniłem o tym od momentu przejęcia kadry olimpijskiej. Już wtedy mówiłem o medalu olimpijskim, wierzyłem w to, podobnie jak cały sztab oraz dziewczyny i kibice. Im było jednak bliżej igrzysk, tym bardziej czułem ogromną presję i miałem obawy, czy to na pewno się uda. Dlatego jak Julka wygrała walkę, co było moim wielkim marzeniem, puściły emocje. Płakałem jak dziecko. Marzyłem o tej chwili, wyobrażałem sobie ją, wizualizowałem. Jeszcze będąc w Polsce, wiele razy płakałem, czując te emocje. Teraz one są już prawdziwe. Nawet nie potrafię opisać słowami, jak tego pragnąłem”.
Łzy leciały, trener sięgnął po telefon i pokazał polskim dziennikarzom: „To moje dzieci. Mój syn, którego kocham najbardziej, a przez dwieście sześćdziesiąt dni w roku nie mogę z nim być. Moja córeczka, która urodziła się trzy miesiące temu, a widziałem ją tylko siedem dni. To mój tata, który zmarł na raka w lutym i nie doczekał się tego spełnienia marzeń. Był wielkim fanem boksu, i to dzięki niemu poszedłem w pięściarstwo. Moja babcia, Papa Stamm, trener Andrzej Gmitruk i cała moja rodzina. Zawsze to sobie oglądam, żeby mieć ten ogień w ringu i wierzyć przed samą walką. Jakby ktoś powiedział mi trzynaście lat temu, że będę trenerem kadry olimpijskiej… To jak bajka i dlatego chciałem udowodnić, że można robić rzeczy, które są niemożliwe”.
Trener bokserskiej kadry Polski kobiet Tomasz Dylak nie wstydził się łez. Spełniło się jego wielkie marzenie – Julia Szeremeta zdobyła srebrny medal olimpijski
Dziękuję Ci, trenerze. Bez Ciebie nie byłoby tego medalu w Paryżu
Po wygranej z Lozadą medal dla Julii Szeremety był już pewny. „Julia zdjęła z moich barków ciężar” – cieszył się ostatni polski medalista olimpijski w boksie Wojciech Bartnik. Nadal nie było jednak wiadomo, czy ten wymarzony medal będzie brązowy (jak Bartnika w Barcelonie w 1992 roku) czy też srebrny, a może i złoty. Rozstrzygnąć miał półfinał, ewentualnie finał.
W półfinale oponentką Szeremety była Nesthy Petecio z Filipin, wicemistrzyni olimpijska z Tokio. Rutynowana, starsza o jedenaście lat Filipinka była faworytką, miała olbrzymie doświadczenie, a naprzeciwko niej stała nieopierzona dwudziestolatka z Polski. Ale Lozada też była faworytką, a przegrała z Szeremetą. Pozostawało żywić nadzieję, że i w półfinale Polka wygra z faworyzowaną rywalką.
Trener Dylak wierzył w Julię, ale przyznawał, że nie był pewien, jak jego podopieczna zareaguje na walkę na korcie centralnym Rolanda Garrosa, gdzie co roku rozgrywany jest wielkoszlemowy turniej tenisowy. To był przecież największy sprawdzian w jej życiu.
„Mówiłem nawet w sztabie: zobaczymy, czy Julka jest naprawdę taka wielka, czy pod naporem Filipinki pęknie” – wspominał.
Nie pękła. Po raz kolejny pokazała niezwykle efektowny styl walki, nie bała się wchodzić w wymiany czy też w zwarcia z silną rywalką.
Julia Szeremeta aż podskoczyła z radości po wygranej w ćwierćfinale z Ashleyann Lozadą Mottą z Portoryko. To było wyjątkowo cenne zwycięstwo, bo gwarantowało awans do strefy medalowej
W boju o finał olimpijski w Paryżu Julia pokonała wicemistrzynię olimpijską z Tokio – Nesthy Petecio
Jest, jest, jest! Kolejne zwycięstwo w Paryżu. Julia szła po medal jak burza
Szał radości kadry trenerskiej reprezentacji Polski po wielkim sukcesie Julii Szeremety. „Klątwa Bartnika” zdjęta i w końcu mamy medal olimpijski w boksie!
„Wiedzieliśmy dokładnie, jak będzie wyglądać walka, że trzeba będzie ryzykować, że zanim Julka złapie swój rytm, to nadzieje się na kilka mocnych ciosów. I tak było, przegraliśmy pierwsze dwie minuty, ale w ostatniej minucie widziałem, że zaczęła czytać rywalkę, łapać rytm” – tłumaczył polskim dziennikarzom Tomasz Dylak.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
