Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Główna - Centrum Kultury w Brzeszczach
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 285
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
GENOWEFA BASSARA - BOBROWNICKA
józia wielkie
Serce tata
iJwc-m&uiz 'ab
ŚLUB
ŻYCIE CODZIENNE
ROK 1939 - WOJNA
UCIECZKA
TUŁACZKA
WRESZCIE NA SWOIM
ZŁO WOJNY
NOWA KOLONIA
AUSCHWITZ - BIRKENAU
UKRAINA 1944
WOJNA - AKT OSTATNI
WYZWOLENIE 1945 ROK
ROZA
PRZEBUDZENIE NOWEJ KOLONII
TAKA BYŁA JÓZIA
DOM
KULIG
CHOINKA
POWIERNICA
TEATR
KUPECZKA
WAŁBRZYCH
KRAKÓW
ALEKSANDER
WYPRAWA W NIEZNANE
SWATKA
JÓZIA WŚRÓD ZWIERZĄT
ODEJŚCIE MAMY
STANISŁAW - NASZ TATA
SPIS TREŚCI
Serce tata
I moje wspominki
JÓZIA WIELKIE SERCE
TATA
I moje wspominki
GENOWEFA BASSARA - BOBROWNICKA
JÓZIA WIELKIE SERCE
TATA
I moje wspominki
\ i
• Pamięci Rodziców i Męża
^ \ V \ ■ '
Warszawa 2023
Genowefa Bassara - Bobrownicka Józia wielkie serce. Tata. I moje wspominki
Copyright © by Genowefa Bassara - Bobrownicka, 2025
Korekta literacka: Barbara Maria Rustecka, Renata Koszyk Projekt graficzny okładki, skład: Danuta Kazimierczak. W projekcie wykrzystano chustę tytułowej Józi.
Wydawca: Fundacja B-SIDE • www.fundacjabeside.org.pl
Druk: Mazowieckie Centrum Poligrafii • www.c-p.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone
Wydanie II • isbn 978-83-960960-4-3 • Warszawa 2025 Wszelkie prawa zastrzeżone
MÓJ DOM —'
Mój dom uchował mi się Za Pazuchę Słowa Jeszcze dziś Pachnie chlebem Zalewajką Wieczornym wołaniem Matki
To tutaj Jak kos Siadywałem Na gałęzi By się zachłysnąć Księżycem A rano Między zaciśnięte piąstki Wpuszczałem Słońce
Aleksander Bobrownicki
Dziękuję rodzeństwu: Kazi Tyran, Edwardowi Bassarze, Ewie Madejczyk i siostrzenicy Heni Przemyk za wspomnienia, które były inspiracją, do pisania. Serdecznie dziękuję siostrzenicy Magdalenie Pasternak i mojemu sąsiadowi Bogusławowi Wielowiejskiemu za nieocenioną pomoc w przygotowaniu książki do druku, Danusi Kazimierczak za piękną ilustrację, projekt okładki i pomoc w wydaniu książki,
Barbarze Rusteckiej za wnikliwą korektę literacką, Renacie Koszyk za profesjonalną pomoc merytoryczną, dzięki której, ta książka nabrała ostatecznego kształtu.
PRAWDA O PRAWDZIE
Genowefa Bassara Bobrownicka postanowiła napisać kronikę rodzinną a wyszła z tego znakomita książka z bardzo bogatym tłem społeczno-historycznym.
Wszystkie historie opowiedziane w tej książce są prawdziwe, odtworzone z dokładnością niemalże fotograficzną. Wszystkie opisane zdarzenia naprawdę się wydarzyły. Wszystkie osobowości ludzkie przedstawione są takimi, jakimi były w rzeczywistości, bez kolory-zowania, z ich dobrocią i podłością, z odwagą i tchórzostwem, charakterystyczne dla okresu, w którym żyły, od roku 1872 do czasów obecnych.
Nad wszystkimi góruje postać matki - Józi. Urodziła się w Małopolsce, czyli dawnej Galicji. Jej główną cechą osobowości była nadzwyczajna dobroć i empatia, pochylanie się nad każdym skrzywdzonym człowiekiem i natychmiastowa pomoc każdemu, kto tej pomocy potrzebował. Jeśli nawet doznawała krzywdy, nigdy się nie skarżyła. Z głębi jej jestestwa wypływały słowa niejednemu potrzebne do życia, jak i działania ratujące to życie. Ale przede wszystkim była matką, która potrafiła kochać i współodczuwać to, co czują i czego pragną jej dzieci. Kochała je bezwarunkowo. Przełamywała sztywny świat stworzony przez męża. Była matką, na przykładzie której można się uczyć, co znaczy kochać i współodczuwać to, co dzieje się z drugim człowiekiem, a przede wszystkim z małym, bezradnym dzieckiem.
Jest to przepiękna opowieść o ludzkiej determinacji i wytrwałości, o tym, jak można przekroczyć siebie samego, gdy jest to konieczne. Jest to też niemalże kronikarskie przedstawienie grozy i przerażenia kobiet i dzieci, pozostawionych samym sobie, gdy wybuchła wojna. Ich mężowie z obawy przed śmiercią z rąk hitlerowców uciekli do lasu. Co czuły kobiety, które pierwszy raz w życiu zostały same, będąc nieprzyzwyczajone do samodzielności.
Świetnie przedstawione zostały osobowości najeźdźców (hitlerowców, Ukraińców, a w 1945 roku i Sowietów). Część ludności cywilnej, wierząc, że jest to ostoja bezpieczeństwa, schroniła się w klasztorze dominikanów w Podkamieniu leżącym w dawnym województwie tarnopolskim. Ukraińcy podstępem dostali się do klasztoru i rozpoczęli rzeź kobiet, dzieci i starców. Co czuły kobiety, gdy na ich oczach bestialsko mordowali ich dzieci?
Nasuwają się tu od razu myśli, jak zupełnie inaczej zachowali się Irańczycy (dawni Persowie), gdy po wojnie przygarnęli nie tylko armię Andersa, lecz także 200 tysięcy osieroconych polskich dzieci.
Wracając do rodzinnej sagi i historii czasów przedwojennych, wojennych i powojennych, trzeba podkreślić, że książka napisana jest piękną polszczyzną, barwnie opisującą tradycję, na przykład zaręczyny i obrządki z tym związane, a także małżeństwa i sposób myślenia ludzi charakterystyczny dla tamtych czasów. Dla kontrastu autorka kreśli własne współczesne zaręczyny i swoje małżeństwo. Reasumując, książka stanowi cenny wkład do historii i kultury polskiej.
Barbara Maria Rustecka
WSTĘP
Moja wielka idolka i wspaniała kobieta, Anna Dymna, którą uważam za uosobienie człowieczeństwa, powiedziała kiedyś w pewnym wywiadzie, że jednym z kłamstw tego świata jest to, że jeżeli jest się dobrym dla ludzi, oni odwdzięczą się tym samym. Anna Dymna uważa, że to bzdura, że są tacy, którzy czerpią przyjemność z rujnowania innych i że choć niezależnie od tego, jak zgniłe serca w życiu spotykamy, to warto być miłym i dobrym, ale nie po to, aby inni ci się odwdzięczyli, ale po to, by pokazać światu, że człowieczeństwo jednak istnieje. Uważam, że ma rację, a takie właśnie człowieczeństwo uosabiała również Józia Bassara - moja mama, która była rezerwuarem niewyczerpanej dobroci, miłości, nie tylko dla swoich, ale i dla obcych. Nigdy nie liczyła na rewanż i wdzięczność tych, którym wyświadczała dobro.
W pierwszej części tej książki jestem narratorką, która na podstawie strzępków wspomnień przekazanych mi przez moich rodziców, a dotyczących moich dziadków, opowiada o odległych latach. W drugiej części piszę już jako uczestniczka życia rodzinnego. Oprócz moich własnych wspomnień cennym źródłem informacji była moja siostra Kazia, brat Edward oraz jego pamiętnik. Uwzględniłam również wspaniały przekaz najmłodszej siostry Ewy i siostrzenicy Heni. W trakcie spisywania tych wspomnień czasem przychodziły mi na myśl różne reminiscencje, nie zawsze związane z mamą. Nazywając je wspominkami, pozwoliłam sobie również o nich napisać.
Każdy człowiek ma w sobie dwie potężne siły: własny interes i troskę o innych i on sam decyduje, która z nich zwycięży. Mama już we wczesnej młodości wybrała troskę o bliskich, i o tych, którzy jej potrzebują. Swoim postępowaniem przekazała nam wiele cennych i wartościowych zasad. Nie nazywała ich, nie definiowała, ale każdy jej czyn mówił że:
- Dziecko to skarb, kochaj je,
- rozglądaj się dookoła, a zobaczysz ilu ludzi potrzebuje twojej pomocy,
- pomagaj bezinteresownie, nie licz na rewanż,
- rodzina powinna żyć w „kupeczce" - jak mówiła, mając na myśli bliskość, wzajemną pomoc i wspieranie się.
W różnych rodzinnych sytuacjach uczyła nas empatii, nie wiedząc, że tak to się nazywa. A oto przykłady:
- Nie wyzywaj, nie wyśmiewaj się z kogoś, bo sprawiasz mu tym przykrość. Zobacz, jest smutny. Przeproś go.
- Uderzyłeś kogoś. Przecież to go boli. Zobacz, płacze. Przeproś, podaj rękę.
Wszystkie opisane przeze mnie w tej książce wydarzenia są prawdziwe, a wszystkie uczestniczące w nich osoby mają swoje pierwowzory. Zdecydowałam, że będę używała imion - czasem ich własnych, czasem zmyślonych - i choć nazwisk nie podaję, to zapewne wiele osób będzie mogło rozpoznać sylwetki ludzi, którzy w moim życiu się pojawili. Pozwalam sobie też cytować zapamiętane przeze mnie wiersze, wypowiedzi i fragmenty książek, które były dla mnie inspirujące i bardzo ważne. Cytuję z pamięci, a nie na podstawie oryginalnego tekstu, dlatego zachowując ich sens, nie podaję dokładnego ich brzmienia, a tym samym nie podaję dokładnie źródła.
Dlaczego napisałam tę książkę? Odpowiedź jest krótka. Mieliśmy najwspanialszą matkę. Inne dzieci często nam zazdrościły i miały
czego. Zachęcam do przeczytania moich wspomnień spisanych z potrzeby serca, z miłości do rodziców i rodzeństwa, ich dzieci i wnuków. Kierowała mną również chęć pokazania światu krzywd, jakich doznali moi bliscy i ich sąsiedzi w czasie okupacji, krzywd jakich doznawały i ciągle doznają dzieci, które znalazły się w niewłaściwych rodzinach.
Jeśli chcecie poznać, jaką wspaniałą kobietą była nasza mama, jakie było nasze życie - czytajcie!
BASSAROWIE
Intrygujący jest fakt, skąd praprzodkowie przybyli na tereny Kresów Wschodnich. Nazwisko Bassara nie jest polskie. Nie byli więc Polakami. Nazwisko to nie jest też ukraińskie - zatem nie byli Ukraińcami. Wniosek nasuwa się sam - byli przybyszami. Ale skąd? Dociekanie współczesnych potomków wskazuje z dużym prawdopodobieństwem na to, że przodkowie żyli na Sycylii. Do dzisiaj spotyka się tam to nazwisko. Zapewne jeden z naszych przodków wyruszył z Sycylii, nie wiadomo czy za chlebem, czy też żądny poznawania świata. Za dużo tego świata nie poznał, bo znalazł się na ziemiach koło obecnego Rzeszowa. Tam ugodziła go strzała Amora: poznał piękną Polkę, ożenił się i dał początek nam, współczesnym polskim Bassarom.
Stanisław Bassara, nasz tato, syn Jana i Marii, urodził się w Dąbrowie koło Rzeszowa w 1906 roku. Ojciec Jan, urodzony w 1872 roku zmarł mając zaledwie 62 lata - w roku 1934. Matka, Maria, urodziła się w 1882 roku w niewielkiej, podrzeszowskiej wsi, Błędowa Zgłobieńska. Zmarła w Brzeszczach w roku 1985. Osiągnęła piękny wiek: 103 lata. Przekazała geny długowieczności swoim dzieciom. Każde z nich -z wyjątkiem Staszka - dożyło sędziwego wieku 90 - 99 lat. Stanisław zmarł mając zaledwie 79 lat.
Stanisław miał trzy siostry: Zofię, Katarzynę i Anastazję, oraz pięciu braci: Józefa, Ludwika, Edwarda, Franciszka i Tadeusza. Rodzina osiadła w miejscowości Pańkowce. Jak to bywało w rodzinach wielodzietnych - żyło im się ciężko. Matka, Maria, pracowała jako gospodyni u zamożnych Polaków prowadząc im domy. Ojciec, Jan, był murarzem.
NASZ DZIADEK - NAUCZYCIEL MIANOWANY
Pewnego razu czterej sąsiedzi: Franek, Józek, Władek i Staszek spotkali się w karczmie. Była późna jesień. Roboty w polu już nie było, więc chętnie wpadali na piwo. Kiedy już sporo wypili, a w głowach zaczynało szumieć, jeden z nich, Władek, doznał olśnienia. Prawie podskoczył na ławie i powiedział:
- Wiecie chłopy, nasze dzieciska rosną i ni pisać, ni czytać, ni rachować nie potrafią. Trza je uczyć. Jo swoich nie nauczę, bo sam nie umiem.
- Macie rację - odezwał się Franek.
- Jo też niepiśmienny.
Staszek też doznał olśnienia i odkrywczo powiedział:
- Potrzebny nauczyciel. Jak mają się uczyć, to musi być, no nie?
Zakończył zadowolony z siebie, że znalazł genialne rozwiązanie.
- Głupi, a kto tu przyjdzie uczyć nasze dzieciska? A pomyślałeś, ile trzeba będzie zapłacić? A takiś bogaty? - zakpił Franek.
Staszek wcale się nie obraził za „głupiego" i ciągnął dalej:
- Mają się uczyć, to musi być nauczyciel. No nie?
Po chwili wykrzyknął:
- Mam, mam, wiem! Wybierzemy kogoś ze wsi.
- Może ty - zakpili kompani.
- Ej Staszek, Staszek - kiwali głowami - taki uczony, bo umiesz się podpisać.
- Oj! Przestańcie się śmiać, przecież wiecie, że ja też ni czytaty, ni pisaty, tak jak i wy, a się z was nie śmieję. Mam, mam: Bassara! Bassara! Że też wcześniej na to nie wpadłem - ekscytował się.
- Co Bassara, co z nim? Nauczyciela sprowadzi? - dopytywali coraz bardziej podchmieleni i rozentuzjazmowani obradujący.
Raptem poczuli, że są kimś, wybrańcami, przedstawicielami ludu, którzy w jego imieniu mają podjąć jakże ważną, życiową decyzję.
- No to co z tym Bassarą? - naciskał Franek - Mów!
Staszek przerwał żeby zrobić większe wrażenie, wciągnął powietrze i jak pociskiem wyrzucił z siebie:
- Będzie nauczycielem. On umie czytać i pisać. Raz nawet słyszałem jak czytał gazetę i wcale nie dukał, nie jąkał się. A i pisać potrafi. Widziałem kiedy pisał mojej Helce pismo do sądu. No takie ładne litery stawiał jak... jak - brakowało mu odpowiedniego słowa, nareszcie wyrzucił - jak obrazki. Nauczył swoje dzieci to może uczyć i nasze. I on jest najmądrzejszy we wsi, nie taki jak my, niedouki.
Staszek, zadowolony z siebie, poczuł się prawie parlamentarzystą, a nawet prezesem zebrania. Nawiasem mówiąc, obecnie nasi parlamentarzyści też są zawsze z siebie zadowoleni, bez względu na to, co mówią czy robią.
Staszek uzasadniał swój wybór:
- On dużo wie, słyszałem, jak ciekawie opowiadał swoim dzieciom o jakichś krajach, ale nie pamiętam, o jakich. Ależ to było ciekawe. Słuchałbym dalej, jak te dzieciska wpatrzone w niego, ale moja mnie zawołała i musiałem iść do chałupy.
Józek też chciał coś dorzucić i poprzeć tę kandydaturę, więc dodał:
- On jest porządny chłop, do karczmy nie chodzi, nie upija się.
- Tak, jak my - wtrącił Staszek.
A co, nie wolno?- obruszył się Franek - Za swoje pijemy!
Mogłoby dojść do zwady czy wolno, czy też nie wolno chodzić do karczmy i czasem za dużo wypić. Przytomny Józek kontynuował argumenty:
- I wiecie? Baby nie bije - dodał Józek.
- No rzeczywiście, nie bije - przytaknęli „parlamentarzyści". Franek, zwolennik całkowitej wolności, wzruszył ramionami
i rzekł:
- A co, nie wolno? Jak zasłuży, to trza. Ociec gadali, że „jak się baby nie bije, to w niej wątroba gnije". To sami widzicie, że czasami trza, gdy chce się mieć zdrową babę. No nie?
Wybuchnęli śmiechem. Bardzo im się ten dowcip spodobał, a może wierzyli, że rzeczywiście tak jest?
Józek pomyślał, potraktował przysłowie poważnie i powiedział:
- On baby nie bije, a jest zdrowa.
Któryś odezwał się:
- Głupiś, głupiś! A skąd wiesz, że ma zdrową wątrobę?
W karczmie rozległa się kolejna salwa śmiechu. Byli tak ubawieni tym, co powiedzieli, że trudno było im się powstrzymać, a ja mam nadzieję, że nie wszystkie chłopy ze wsi byli „damskimi bokserami".
Ten tragiczny zwyczaj bicia żon przetrwał tu i ówdzie do dzisiaj. „Damscy bokserzy" byli, są i aby już ich więcej nie było. Teraz używają trochę innych argumentów, np. bo zupa była za słona, bo dziecko za głośno płacze i przeszkadza w oglądaniu telewizji, bo koszula była źle uprasowana, bo się upiłem i nie wiedziałem, co robię.
- Dobra chłopy! - najbardziej poważny i najmniej podchmielony Staszek przywołał ich do porządku. - My tu przyszli radzić, a nie żartować.
- Patrzcie jaki poważny- zaczepnie wtrącił Józek.
- To ty nie wiesz, że śmiech to zdrowie?
- Dobra, dobra, to co dalej?- trapił się Staszek.
- Idziemy do Bassary i powiemy, że ma być nauczycielem, bo wieś tak uradziła, i to jest mus!
- Idziemy, idziemy! - Podnieśli się z ławy i natychmiast usiedli z powrotem. Nogi były coś takie, słabe i trochę kręciło się w głowach. Spróbowali jeszcze raz. Udało się! Ruszyli ze śpiewem przez wieś. Stanęli przed chałupą przyszłego nauczyciela. Musieli trzymać się płotu, bo jakoś dziwnie nimi kołysało. Nie wiedzieli, czy to oni się kołyszą, czy chałupa i podwórze. Nie roztrząsali tego jednak, bo „parlamentarzyści" przyszli załatwić ważną sprawę. Jeden z nich zwrócił uwagę na to, że tak tu inaczej. Józek rozejrzał się i rzekł:
- Mają tu bardzo czysto. To naprawdę porządny chłop. Goni babę i dziecka, żeby sprzątały. To będzie dobry nauczyciel.
- A może to on sam sprząta? - z powątpiewaniem rzekł Franek.
- E, głupiś. Chłop będzie sprzątał? - odpowiedzieli kompani -A od czego baba i dzieci?
Przed chałupę wyszła Maryśka, żona Jana, ze ścierką w ręku, gotowa w razie czego bronić swojej twierdzy. Widząc w jakim przybysze są stanie wrogo warknęła:
- Wy tu czego?!
- My do nauczyciela - odpowiedzieli chórem.
- Tu nie ma żadnego nauczyciela - zirytowała się.
- Nie ma, ale będzie - powiedzieli hardo.
- E... z Panem Bogiem - warknęła - do domu, ochlaptusy! Już wam baby dadzą popalić. No już - powtórzyła, w razie oporu gotowa była użyć ścierki.
- Nigdzie nie pójdziemy, zawołaj swojego! - krzyknął Władek.
Maryśka weszła do sieni mrucząc.
- Jaki nauczyciel? Upili się i we łbach im się pokręciło.
Krzyknęła:
- Janek, pijane chłopy przyszły do ciebie!
- A czego chcą? - zdziwił się mąż.
A bo ja wiem, coś bredzą o jakimś nauczycielu.
- Przecież tu nie ma żadnego nauczyciela? - zdziwił się Jan.
- Ale oni mówią, że jak nie ma, to będzie - wyjaśniła żona.
Jan wyszedł przed chałupę i zobaczył mocno podchmielonych sąsiadów.
- Co wy z tym nauczycielem? - zapytał. - Tu nie ma nauczyciela.
- Ale będzie - odrzekł ledwo trzymający się na nogach jeden z kompanów.
- A kto to ma być? - zdziwił się Jan.
- Jak to kto? No mus, że ty! My w karczmie uradzili, że ty jesteś najmądrzejszy, do karczmy nie chodzisz, umiesz czytać i pisać. Swoje dziecka nauczyłeś, to musisz uczyć nasze.
- Dajcie spokój, ja się nie nadaję, sam za dużo nie umiem. Roboty w domu pełno, kiedy mam to robić?- bronił się Jan.
- Słuchaj sąsiad. Wieś tak ustaliła, że masz być nauczycielem i basta!
- Jaka wieś? Przecież was jest tylko czterech. Gdzie tu wieś? -zdziwił się.
- No, my to cała wieś, a wieś to także my - powiedział Staszek zadowolony z siebie, że tak mądrze mu się powiedziało.
- To kiedy zaczynasz robotę? - zapytali.
- Zaraz, zaraz, ale ja się jeszcze nie zgodziłem.
- No to radzimy ci, żebyś jak najszybciej się zgodził - z groźbą w głosie odezwał się najbardziej podchmielony Władek.
- No dobrze, pomyślę - odpowiedział Jan.
- Dzieciska rosną i trzeba je uczyć. Może potem na urzędzie będą robić? - z rozmarzeniem w głosie powiedział Staszek. Wszyscy czterej, czyli cała wieś, rozchodzili się do domów marząc, że może ich uczone dzieci będą kimś, pisarzem w urzędzie albo sołtysem, a może księdzem? Władek zamarzył, że jak jego Zośka będzie uczona, to pozna bogatego gospodarza i będzie panią w murowanym domu.
Rzeczywiście Jan wyróżniał się we wsi. Nie pił, nie palił, nie wszczynał awantur. Dzieciom opowiadał ciekawe historie o innych krajach.
Często sąsiedzi go podsłuchiwali i dziwili się, skąd to się wzięło u niego. No i Jan się zgodził. Stanisław i jego rodzeństwo zostali dziećmi wiejskiego nauczyciela. Uczył nie tylko czytania, pisania i rachunków, ale również religii. Opowiadał o różnych krajach, wydarzeniach i o naszej historii. Nauka odbywała się tylko od późnej jesieni do wiosny, bowiem latem dzieci ciężko pracowały w polu razem z rodzicami.
Brak jest informacji, skąd Jan miał tak sporą wiedzę, jak na człowieka niewykształconego.
STANISŁAW - MŁODOŚĆ TATY
Stanisław i jego bracia: Józek, Ludwik i Franek wyrośli na silnych, dobrze zbudowanych młodzieńców. Tylko Edek był trochę mizerny. Tadzik - najmłodszy z braci - był wówczas chłopcem. Jedno jest pewne: nie grzeszyli pokorą. Lubili zabawy i chętnie na nich bywali, z wyjątkiem Tadzia, który czasem wymykał się z domu i biegł pod karczmę. Przyklejał twarz do szyby i z zapartym tchem chłonął to, co działo się wewnątrz. Szczególnie zauroczony patrzył na starszych braci. Stałby tam dłużej, ale zawsze znalazł się ktoś, kto wszedł do środka i krzyknął:
- Ej, Bassary, przed karczmą stoi wasz brat.
Zanim któryś ze starszych braci wyszedł, jego już nie było. Gnał co sił w nogach, aby brat go nie dopadł. Najczęściej ścigający po paru metrach machał ręką: „a niech tam" i wracał do karczmy.
O starszych braciach można by tak delikatnie powiedzieć: byli bitni. Czy byli awanturnikami? Nie, ale zdarzały się nieporozumienia, zaczepki, na które reagowali gwałtownie. No i zaczynało się jak w późniejszych westernach: bitką. Nie wiemy, jak ona wyglądała, ale pewne jest to, że zawsze byli górą. Jednym słowem, nie było na nich mocnych. Miejscowi wiedzieli, że gdy nadchodzi „gang" Bassarów, to lepiej schodzić im z drogi, a już broń Boże, nie zaczepiać. Zdarzało się jednak, że jakiś uczestnik zabawy, ledwo trzymający się na nogach po dużej dawce alkoholu, szedł w ich kierunku, żeby wszystkim udowodnić, że on się ich nie boi. Podchodził do stołu chwiejnym krokiem, próbował odważnie wypiąć pierś i bełkotał:
- Nie boję się was, nie boję. No chodź tu który, to ci pokażę. W karczmie zapanowała cisza. Wszyscy czekali co to będzie, może jakaś rozróba i też będą mogli powalczyć. Bracia Bassarowie mieli swoje zasady: nie bili się z pijanymi, nie bili się z wyrostkami; teraz powiedzielibyśmy z małolatami, a wtedy mówiło się o nich, że jeszcze mają mleko pod nosem.
Zebrani liczyli na to, że nareszcie się coś zacznie i będzie okazja do bitki. Wtedy dwóch braci podchodziło do delikwenta, brali go pod pachy i - wierzgającego i wykrzykującego „ja wam jeszcze pokażę, nie boję się was, nie boję" - wyprowadzali z karczmy.
Napięcie opadło. Wyczuwało się u zebranych rozczarowanie i zdziwienie. Mogła być rozróba do której chętnie by dołączyli, a tu nic. Któryś nawet powiedział, że Bassary zeszły na psy. Oni (tzn. wyrostki) też chcieli się pochwalić odwagą i byli zaczepni. Bracia opędzali się od nich jak od natrętnej muchy.
18 października 1927 roku Stanisław został powołany do służby wojskowe, w 22 Pułku Ułanów Podkarpackich w Brodach. Służba trwała do 21.01.1930 roku. Do pułku ułanów nie wcielano mizerotów, ale młodzieńców o odpowiedniej aparycji, tzn. silnych, dobrze zbudowanych, czyli - jak byśmy dzisiaj powiedzieli - postawnych. Jeśli go przyjęli, to znaczy, że taki był. Matkę Marię i braci rozpierała duma. I słusznie. Stanisław świetnie prezentował się w mundurze, a już na koniu to istne cudo - jak mówiła matka. Czasami przyjeżdżał na przepustkę. Patrzyła na niego jak na obrazek. Chwaliła się sąsiadkom i pytała:
- Widziałaś mojego Staszka? Prawda, że ładny z niego wojak?
W tamtych czasach żołnierzy darzono szacunkiem. Był to bowiem okres po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Byli oni postrzegani przez społeczeństwo jako ci, którzy dla nas wywalczyli tę niepodległość. Cieszyli się szczególnym powodzeniem u dziewcząt. Z tamtych czasów pochodzi powiedzenie „Za mundurem panny sznurem". Wielki zachwyt budzili ułani. Formacja ta stała się w tamtych czasach tematem licznych piosenek. Jedne z najpopularniejszych to niewątpliwie „Przybyli ułani pod okienko" czy „Ej, dziewczyno". Słowa tej pierwszej napisał do melodii ludowej w 1914 Feliks Gwiżdż. Druga z nich powstała prawdopodobnie w 1918 roku, autorem słów jest Kornel Makuszyński, a kompozytorem melodii Stanisław Niewiadomski. Jest to piosenka skoczna, melodyjna, radosna. Stała się bardzo popularna nie tylko wśród żołnierzy ale i wśród ludności cywilnej. Jest ona dialogiem między matką, a córką. Pozwolę sobie przytoczyć jej zapamiętane przeze mnie słowa:
[matka ostrzega]: Ej dziewczyno, ej niebogo jakieś wojsko pędzi drogę skryj się za ściany,
skryj się, skryj, skryj się, skryj.
[córka naiwnie]: Ja myślałam, że to maki,
że ogniste lecą ptaki, a to ułani, ułani, ułani
[matka dalej ostrzega]:
Strzeż się tego, co na przedzie, tam na karym koniu jedzie, oficyjera, oficyjera strzeż się, strzeż
[niezrażona córka odpowiada]: Jeśli mu się wydam miła,
to nie będę się broniła.
Niech mnie zabiera, zabiera.
[matka nie rezygnuje i dalej ostrzega]: Serce weźmie i pobiegnie,
potem w krwawym polu legnie zostaniesz wdową, zostaniesz wdową, strzeż się, strzeż l
córka pełna ufności mówi]: Łez ja po nim nie uronię,
jego serce mym zasłonię Bóg go zachowa, zachowa.
Córka Stanisława - czyli ja - miała do czynienia z tą pieśnią dwukrotnie. Obydwie sytuacje były dosyć zabawne. Otóż w 1956 roku wybrani uczniowie Liceum Pedagogicznego w Bielsku-Białej wyjeżdżali na wakacje na Węgry. Wśród nich była i ona. Wybrańcy to
dobrzy uczniowie, ale równocześnie śpiewający w chórze lub grający na skrzypcach. Niestety, spełniała tylko jeden warunek: była dobrą uczennicą, natomiast nie śpiewała, ani nie grała. Wychowawca „prze-mycił" ją i przekonał grono nauczycielskie, że na wyjazd zasłużyła. Chór dawał występy w różnych miejscowościach. Wychowawca, który go prowadził, zwrócił się do niej:
- Otwieraj usta, ale broń Boże nie śpiewaj - była bowiem całkowicie pozbawiona jakichkolwiek zdolności muzycznych.
Przebojem, który Węgrom podobał się najbardziej i był zawsze bisowany, była pieśń pt. „Ej dziewczyno" śpiewana na głosy i z podziałem na role. Bardzo ją lubiła i wbrew zakazom profesora śpiewała niektóre fragmenty. Kiedy nie śpiewała, szeroko otwierała usta, a dla zabawy nawet bardzo szeroko. Było to podobne do jakichś grymasów. Stojące obok chórzystki bokiem podglądały i z trudem powstrzymywały śmiech. Stała w ostatnim rzędzie i była pewna, że nikt tego nie widzi. Świetnie się bawiła. Po występie profesor zapytał:
- Śpiewałaś?
- Nie śpiewałam - odpowiadała patrząc mu prosto w oczy.
- Śpiewałaś, śpiewałaś, słyszałem. Mam nadzieję, że oni nie słyszeli jak fałszujesz - nie dał się oszukać. A potem powiedział:
- Słuchaj figlaro, a co ty robiłaś z tymi ustami?
- Otwierałam je tak, jak pan profesor kazał - broniła się.
- Ale nie tak karykaturalnie i nie rozśmieszaj chórzystek - zapowiedział profesor.
Na odchodnym pogroził kościstym palcem (był bardzo chudy)
i powiedział:
- Nie śpiewasz i nie wygłupiasz się. Rozumiesz?
Stanęła w postawie na „baczność" i odpowiedziała:
- Tak jest panie Profesorze. Nie śpiewam i nie wygłupiam się.
Zaczął się śmiać. To był cudowny człowiek, bardzo go wszyscy
kochali. W kłopotliwych sytuacjach walczył jak lew o swoich podopiecznych.
Pierwszy z prawej nasz ukochany profesor Korpiela, obok niego z prawej strony - ja
Z tą piosenką miała jeszcze jedno bardzo zabawne spotkanie. Jest rok akademicki 1965-66, Państwowy Instytut Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Wśród przedmiotów jest też wychowanie muzyczne. Wykładowcą jest uroczy i dowcipny Wacław Kowalski - aktor filmowy, później znany jako Pawlak z filmu „Sami swoi" czy Popiołek z serialu „Dom". Uczył studentów śpiewać piosenki dla dzieci w sposób aktorski. Były to jedyne wykłady, na których był komplet studentów.
Egzamin:
- Proszę zaśpiewać piosenkę pod tytułem „Huśtaweczka", solmi-zacyjnie i z taktowaniem.
- Ja to właściwie jestem nieśpiewająca - odpowiedziała ona.
- Jak to? Nauczycielka nieśpiewająca? - zdziwił się profesor -Przecież mieliście w liceum obowiązkowe lekcje gry na skrzypcach i muzykę. A gra pani na skrzypcach? - zapytał.
- Też nie - odpowiada.
- Jak pani udało się skończyć liceum? - dziwił się dalej.
- Byłam niezła z innych przedmiotów, więc przymykano oczy na całkowity brak u mnie zdolności i sukcesów muzycznych.
- Dobrze, niech pani śpiewa.
- Czy mogę słowami? - zapytała.
- No dobrze, niech pani śpiewa.
Nabrała w płuca haust powietrza i zaczęła:
- „Bujajże mnie huśtaweczko, bo już wieczór niedaleczko. Machając ręką, czyli taktując nijak nie mogła tego zgrać z melodią, a jeszcze przy tym fałszowała.
Profesor zaczął się śmiać...- Rzeczywiście, wygląda to trochę karykaturalnie. Dobrze. Jak mam zaliczyć, to jeszcze niech pani zaśpiewa pieśń „Ej dziewczyno" - powiedział pogodnie.
- Nareszcie moja ulubiona - odpowiedziała i pełnym głosem zaczęła śpiewać. Po dwóch zwrotkach rozbawiony profesor powiedział.
- Proszę indeks - wpisał ocenę.
PAŃSTWOWY INSTYTUT PEDAGOGIK! SPECJALNEJ
INDEKS
ta„ <hru>u*z{a
Noiwisko
o d-.«» 45*73*'Uza , w 2J t&z>&xct(CKJiwy,M OiiOiq>cCrn,
xc stoi zopison OU joko łlochoct w księdze
immolrvkulacvinei dnio v ^ r.
LZ^KtolDY r.L
Mój indeks - strona 1
lok studiów 4?~7Si^3...............
....... Rek «ic 196 t' 6 ^
Priedmioł
Wykładowca
\)£.3Co%+4xkX^
--
T f
y(y\y^C.......
'"•i I noiwiłko
Seroełlr .......^
Podpii
i koickwióy/
Dało Podpi:
go
i cif
Mój indeks - strona 18
Podziękowała i zerknęła na wpis do indeksu. Ku jej ogromnemu zdziwieniu było napisane „dobry".
- Dziwi się pani? To za odwagę, szczerość i poczucie humoru -podsumował profesor.
Podziękowała i wyszła.
To było drugie i ostatnie jej spotkanie z pieśnią „Ej dziewczyno". No, nie całkiem, bo teraz, gdy wraca do wspomnień, zawsze śpiewa ją pełną piersią. Mąż był zawsze zachwycony.
Rozpisałam się. Wracam więc do przerwanej historii Stanisława i jego służby wojskowej.
Stanisław był zdyscyplinowanym żołnierzem. W wojsku potrafił poskromić swój krewki temperament. Bardzo dobrze trzymał się w siodle. Uwielbiał wyścigi konne. Zamiłowanie do jeździectwa weszło mu w krew i stało się przyzwyczajeniem. Gdy był starszy, kupił sobie „motorek". Było to coś pośredniego między rowerem a motocyklem. Podczas jazdy często podnosił tylną część ciała i pochylał się do przodu. Jego dzieci wówczas mówiły: „zobacz, tata gna na koniu". No cóż. Koń rozwijał znacznie większą prędkość niż „motorek", ale dobre i to. Jest przysłowie „Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma". Tak więc „motorek" zastępował rączego konia i to mu musiało wystarczyć.
Kończę tę dygresję i powracam do czasu, gdy był żołnierzem. Pewnego razu sąsiadka zwróciła się do Marii:
- Ten twój Staszek taki urodziwy. Ma swoje lata, prawda? Powinnaś znaleźć mu żonę.
- Ja tam nie będę mu szukać żony. Pełno się koło niego kręci, to pewnie którąś wybierze - powiedziała.
- A co, masz kandydatkę? Która to? Znam ją? No mów - zainteresowała się Maria.
- No, może bym miała. Nie domyślasz się? Przecież to moja Baśka. Podejrzałam jak przewraca oczami na widok twojego wojaka.
- Eee, daj spokój - powiedziała Maria. - Już ci mówiłam, nie będę go swatać. Od przewracania oczami do ślubu daleka droga. Ciągnęła dalej:
- Jest jeszcze za młoda, ma dopiero 16 lat. Dlaczego chcesz ją koniecznie wydać?
- A to nie wiesz? Łazi za chłopakami, jeszcze bachora przyniesie. Lepiej niech już idzie za mąż - zwierzyła się sąsiadka.
- Wiesz co - dalej ciągnęła Maria - Baśka niech przewraca oczami, niech przewraca, może uda się jej zamącić w głowie jakiemuś chłopakowi, skoro jej tak pilno do zamążpójścia.
Baśka była ładną, zgrabną dziewczyną o niebieskich oczach i blond włosach zaplecionych w warkocze. Jednym słowem -Słowianka. Maria nie lubiła jej.
- To leń - jak mawiała - Nie pomaga matce w gospodarstwie tylko się stroi, łazi po wsi, strzela oczami i ugania się za chłopakami. Już ona mojego Staszka nie złowi. Znam go, on takich nie lubi.
Baśka zaczęła polować właśnie na niego. Szczególnie teraz, gdy był w wojsku i świetnie się prezentował w mundurze. Węglikiem czerniła brwi i nakładała puder. Policzki i usta muskała burakiem, do warkoczy wplatała wstążki. Makijaż był widoczny i śmieszny. Czekała, kiedy Staszek pojawi się na drodze. Wychodziła, prężąc się i uwydatniając ładny, kształtny biust. Zawsze tak się dziwnie składało, że akurat wypadało jej iść naprzeciw Stacha. Wpatrywała się w niego, bowiem nie grzeszyła nieśmiałością. Stanisław mijał ją obojętnie. Kiedyś wreszcie zagadnęła:
- A pan Stanisław to na długo przyjechał?
- Nie - padła krótka odpowiedź.
Nie ustępowała:
- A pan lubi tańcować? Bo ja bardzo!
- Lubię - znów krótko.
- To może pan zabrałby mnie na zabawę?
- Nie - jak w ping-pongu.
- A czemu nie? Nie podobam się? - pytała zalotnie.
- Żołnierz do karczmy nie wchodzi - wyłgał się. - A co do podobania, to muszę ci powiedzieć: Nie maluj się. Jesteś za młoda, masz dopiero szesnaście lat. Bez pacykowania jesteś ładniejsza.
Baśka uczepiła się tego „ładniejsza":
- No to podobam się panu? Pójdziemy?
Znowu krótkie:
-Nie!
Nie chciał się wdawać w dłuższą rozmowę. Na odchodnym powiedział:
- Nie maluj się, chłopaki tego nie lubią. Moja matka mówi przysłowie: „Jak się nie spodobasz brudna, to o ładność trudno".
Dziewczyna wybałuszyła oczy:
- To co? Mam się ubrudzić? Wtedy będę ładniejsza? - dziwiła się.
Próbował jej wytłumaczyć sens tego powiedzenia, jednak jej percepcja nie pozwalała na jego zrozumienie. Baśka była zdezorientowana: o co właściwie chodzi z tą „ładnością" i „brudem". Obrażona poszła na dalszy „połów" mrucząc pod nosem:
- Szkoda sobie nim głowy zawracać. Nie ten, to będzie inny.
Po powrocie Stacha do domu bracia ze śmiechem zapytali:
- No jak? Dałeś się złowić?
- Eee tam. Szkoda gadać. Wolę być myśliwym, a nie zwierzyną.
Zachowanie Baśki nie było standardem jak na tamte czasy. Musiała
być zdesperowana. Wtedy dziewczęta nie były zaczepne, nachalne. Teraz są bardziej swobodne i często biorą sprawy w swoje ręce. Wszystko się zmienia: moda, zwyczaje, obyczaje, język. I dobrze, bo inaczej tkwilibyśmy w tym samym miejscu, życie zaś jest dynamiczne i nie znosi stagnacji. „Panta rhei" powiedział Heraklit, to znaczy „wszystko płynie". Każda chwila jest inna. „Nic dwa razy się nie zdarza, pisała w wierszu Wisława Szymborska. Prawda. To, co wczoraj było
standardem, dzisiaj jest już nieaktualne. Zmianom podlega również język. Język narodził się z potrzeby porozumienia, jak pisał językoznawca, Jan Miodek. Jednak porozumienie prababci czy babci z wnukiem obecnie nie zawsze jest możliwe. Babcia niewiele zrozumie z tego, co mówi do niej wnuczek posługujący się młodzieżowym żargonem. A oto przykład tych zmian językowych i obyczajowości. Zupełnie inaczej przebiegało nawiązywanie znajomości dawniej a dziś.
Dawniej:
Kawaler spotykał dziewczynę i myślał:
- Ładna panna, muszę ją poznać.
Podchodził, przedstawiał się, całował w rękę i mówił:
- Nazywam się ... - a panna to kto?
- Jestem...
- Czy mogę odprowadzić? Niebezpiecznie jest takiej ładnej dziewczynie chodzić samej po ulicy.
Zawstydzona, oblewa się rumieńcem. Patrząc kawalerowi w oczy trzepocze rzęsami i mówi:
- Co powie matula, jak zobaczy?
- To proszę mnie przedstawić, może zaprosi na herbatkę, a ja chętnie skorzystam.
Ta sama scena obecnie:
Chłopak widzi dziewczynę i myśli:
- Ładna laska (cizia, niunia, sztuka, kociak).
Dziewczyna:
- Ale ciacho! muszę go zerwać.
Podchodzi i mówi:
- Cześć! Sie ma. Jestem Ewa, a ty? Jutro u kumpli jest impra.
Załapiesz się? Spoko, będzie OK. Spadam, muszę lecieć. No to nara, do impry.
Wracamy do Stanisława. Po zakończeniu służby wojskowej dnia 21. stycznia 1930 roku Stanisław wrócił do domu. Był to powód do
rodzinnego świętowania. Odwiedził ich Józef, najstarszy brat, który założył już rodzinę i wyprowadził się z domu, jak to się mówiło, na swoje. Oznajmił:
- Idę do policji, będę policjantem. Muszę jakoś utrzymać rodzinę.
Matkę ogarnęło przerażenie.
- Policjant, policjant -powtarzała -to takie niebezpieczne. Nie możesz sobie znaleźć spokojniejszej roboty?
- Nie, mamo! Ta jest najlepsza. Mama się nie boi - ucałował przerażoną matkę w rękę, bo tak wtedy wyrażało się szacunek do rodziców - będę gonił łobuzów.
Wszyscy się domyślali, że mówił o łobuzach ukraińskich. Nie znaczy to, że nie było tam polskich łobuzów. Byli.
- Ich także będę gonił. Jednak aresztując „ukraińskich łobuzów" będę miał wrażenie, że biorę odwet za, wprawdzie jeszcze nieliczne, napady na polskie rodziny.
Został policjantem w miasteczku Brody i tam zamieszkał z żoną Julią. Na ogół współżycie Polaków i Ukraińców na tych terenach było zgodne, z wyjątkiem nielicznych jeszcze ekscesów ze strony Ukraińców. Rodziny czasami sobie pomagały, nawet zdarzały się mieszane małżeństwa. Wiemy chociażby na podstawie filmu pt. „Wołyń" jak straszną cenę w latach 1943 - 1944 przyszło im zapłacić za tę „mieszaną miłość". Dla Ukraińców nieoficjalnie Polacy to byli „pany" lub „Lachy".
Pewnego razu ktoś przyniósł wiadomość - odezwę, że we wsi Brzeszcze powstała kopalnia i szukają ludzi do pracy. Bracia, po rozeznaniu gdzie to jest i zapoznaniu się na podstawie odezwy z warunkami pracy, podjęli jednogłośną decyzję.
- Jedziemy. To najlepsze miejsce na osiedlenie się i najlepsze rozwiązanie problemów materialnych.
Po naradzie rodzinnej postanowiono, że najpierw pojedzie Staszek, Franek i Anastazja. Ojciec Jan niedomagał na zdrowiu. Nie mogli go zostawić, poza tym wyjazd w nieznane tak licznej rodziny był ryzykowny. Reszta familii dojedzie później. Nikt nie miał wątpliwości, że podjęli słuszną decyzję. Wątpliwości miała tylko matka.
- A gdzie są te Brzeszcze, czy to aby nie Prusy? - pytała.
Synowie ją uspakajali.
- Mamo, to też Galicja.
- A, jak Galicja to dobrze, możecie jechać - zgodziła się.
Jej życie związane było zawsze z Galicją. W podeszłym wieku opowiadała wnukom i prawnukom o tym, jak to żyło się za Franciszka Józefa.
BRZESZCZE
Co to były te Brzeszcze? - zastanawiała się rodzina.
Wieś Brzeszcze położona była między rzekami Wisłą, a Sołą na terenie Kotliny Oświęcimskiej. Nazwa wsi wywodzi się od wiązu górskiego zwanego brzostem, rosnącego niegdyś nad brzegiem Wisły. Źródła podają, że historia Brzeszcz sięga XV wieku. Pierwsza wzmianka o tej wsi pochodzi z roku 1438. Przypuszcza się, że założona została przez osadników flamandzkich. Jest to prawdopodobne, ponieważ w miasteczku Wilamowice, niedaleko Brzeszcz, jeszcze teraz żyje niewielka grupka ludności pochodzenia flamandzkiego, posługująca się językiem zbliżonym do flamandzkiego. Wieś należała do Księstwa Oświęcimskiego, a od 1437 roku była własnością króla polskiego. W czasie rozbiorów znalazła się pod zaborem austriackim. Początkowo ludność żyła z rolnictwa. Później, gdy w roku 1447 założono stawy rybne, część rolników przekwalifikowała się na hodowców ryb. Rozwijała się także hodowla bydła. W drugiej połowie XIX wieku we wsi znajdowało się 226 gospodarstw na obszarze 1766 hektarów. Mieszkały tu 1402 osoby, z czego 1391 było katolikami, 1 grekokatolik, 4 wyznawców judaizmu i 6 wyznawców innego wyznania.
Odkrycie pod koniec XIX wieku złóż węgla kamiennego zmieniło charakter tej miejscowości. W roku 1903 przystąpiono do budowy kopalni. W 1906 roku na potrzeby pracowników kopalni najpierw zbudowano Kasarnie. Były to baraki. Później powstawały osiedla, które nazwano Starą, Urzędniczą i Nową Kolonią. Nowa Kolonia składała się z dziesięciu długich, jednopiętrowych budynków z dwoma wejściami. Mieszkanie stanowił pokój i kuchnia. WC było na korytarzu, do wspólnego użytku. Każdy z lokatorów miał swój ogródek znajdujący się za budynkami. Przed domami stał rząd komórek, w których hodowano różne zwierzęta. Pośrodku, pomiędzy komórkami była pralnia. Było to dosyć duże pomieszczenie z ogromnym kotłem i piecem. Pralnia - szczególnie w soboty - zamieniała się w łaźnię. Był również piec chlebowy. W skład Nowej Kolonii wchodziły również budynki zwane barakami. Były one długie, murowane, ale parterowe i dlatego tak je nazwano. Kolonie stały się centrum osady bo znajdowały się blisko kopalni. Na obrzeżach osady mieszkały rodziny, które żyły tu od pokoleń. W latach trzydziestych Brzeszcze były już osadą, a w lipcu 1962 roku otrzymały prawa miejskie.
Do takiej właśnie osady pod koniec stycznia 1930 roku przyjechał Stanisław z rodzeństwem: Anastazją, Zofią i Franciszkiem. W biurze kopalni złożył on podanie o przyjęcie do pracy. Po dwóch dniach poszedł się dowiedzieć, czy został przyjęty.
- O! Bassara! - powiedział kierownik - powiedzcie, gdzie nauczyliście się tak ładnie pisać? W całym biurze nikt nie ma takiego charakteru pisma. Bardzo składnie napisaliście to podanie. Możecie pracować u mnie.
Stanisław odrzekł:
- Pisać nauczył mnie ojciec - i z dumą dodał - był wiejskim nauczycielem. A co do roboty, to gdzie więcej zarobię, u was, czy na dole.
- Jasne, że na dole - poinformował kierownik.
Stanisław szybko podjął decyzję:
- To ja idę na dół, chcę być górnikiem.
- Szkoda, szkoda, bardzo byście mi się tu przydali. - ubolewał kierownik - Zgłoście się do sztygara, to wam wszystko powie. Przyjdźcie jutro podpisać umowę.
I tak z biura wychodził górnik Stanisław Bassara. Początkowo było ciężko, ale jego rodzina to „twardy, pojętny ludek", więc wszystkiego szybko się nauczył, a nawet polubił to, co robił, po prostu fe-drował i był z tego dumny. W robocie poznał kolegę Franka. Często chodzili na piwo, na zabawy i rozglądali się za kandydatkami na żony, bo dla obu była już pora na ożenek. Dotychczas nie spodobała się im żadna dziewczyna i nie spotkali takiej, z którą chcieliby spędzić resztę życia. Górnicy mieli w zwyczaju, że po skończonej szychcie grupami zatrzymywali się przy bramie kopalni. Rozmawiali i lustrowali wychodzące kobiety, żartowali, rzucali pod ich adresem różne komplementy i komentarze.
M <7> ,*»** /. / '
(y P*ć XĆ 72** iC
QJ ) J l , y 4
c&fyc
ti&uJt&nźZćOr, S?&X 7?i ftLm
v V '< 77% yj? , '?>77/<f
Vujif7Ł fart/td Jrtfieanfau *tt t/u x< a//'ta JiTc
