Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
31 osób interesuje się tą książką
W pewien lipcowy, upalny dzień turyści płynący rowerkiem wodnym obok wyspy na jeziorze Dzierzgońskim odkrywają u jej brzegów zatopiony wrak samochodu. Gdy wezwani na miejsce nurkowie ujawniają w jego wnętrzu ludzkie szczątki, mieszkańcy Prabut już wiedzą, że zagadkowe zniknięcie Mariusza Puchalskiego, do którego doszło dwadzieścia sześć lat wcześniej, właśnie zostało rozwiązane. Jednak komisarz Oczko musi wyjaśnić, co dokładnie stało się w upalną lipcową noc dwutysięcznego roku.
To cykl opowiadań kryminalno-sensacyjnych, których akcja rozgrywa się na Pomorzu. Polecamy kolejne części o śledztwach komisarza Oczko i również cykl o komisarzu Andrzeju Papaju i cykl o detektywce Róży Wielopolskiej.
Tomasz Wandzel – Autor, który ma na swoim koncie powieści sensacyjne, kryminalne, obyczajowe oraz historyczne. Jest wielokrotnym stypendystą różnych instytucji, wspierających rozwój kultury m.in. Marszałka Województwa Pomorskiego oraz Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mieszka w Prabutach, które często pojawiają się w jego twórczości.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 92
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TOMASZ WANDZEL
Komisarz Oczko (t. 36)
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału: Jezioro, które zbyt długo milczało
Seria: Komisarz Oczko (t. 36)
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana
ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana
w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody
Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Opracowanie redakcyjne: kaziki.pl
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
(Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI)
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-68636-67-3
– Wszystko spakowane? – tonem dowódcy zapytał Marek, spoglądając na żonę, a następnie przeniósł wzrok na siedmioletnią Igę i jedenastoletniego Dawida.
Dzieciaki, jak na komendę, kiwnęły głowami i pobiegły do stojącego na podjeździe samochodu.
– A więc jedziemy – zarządził mężczyzna, sadowiąc się za kierownicą SUV-a.
Anna jeszcze przez chwilę stała w otwartych drzwiach domu i lustrowała wiatrołap, sprawdzając, czy na pewno niczego nie zostawili. W przedpokoju panował już pusty, wakacyjny porządek. Walizki zniknęły, torby z prowiantem wylądowały w aucie. Dopiero wtedy zatrzasnęła drzwi i ruszyła do samochodu.
– Tylko ostrożnie – poprosiła, posyłając mężowi wymowne spojrzenie.
– Kochanie, w lipcowe, poniedziałkowe popołudnie raczej trudno będzie poszaleć na S7 – odpowiedział, wycofując z podjazdu.
Brzmiał swobodnie, ale Anna znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że każdą trasę traktuje jak zadanie do wykonania. Lubił prowadzić, nie gubił się, nie panikował w korkach, a przy tym zawsze uważał się za kogoś, kto wie wszystko, nad wszystkim panuje i wszystko jest w stanie przewidzieć. Właśnie dlatego jego żona wolała od czasu do czasu przypomnieć mu o ostrożności. Nie po to brali tydzień urlopu, żeby zaczynać go od stresu na trasie.
Początek podróży nie zapowiadał niczego nadzwyczajnego. Dzieci przez pierwsze kilkanaście minut były podekscytowane samym faktem wyjazdu. Iga ściskała na kolanach różową poduszkę w kształcie kota, a Dawid wertował po raz kolejny przewodnik po okolicy. Co chwilę odczytywał na głos jakieś ciekawostki o zamkach, jeziorach albo legendach, ale nikt specjalnie go nie słuchał.
Jakby na potwierdzenie słów Marka, już przed Łomiankami musieli odstać swoje na słynnym skrzyżowaniu, gdzie stracili kilkanaście minut, a Iga po raz pierwszy zapytała:
– Daleko jeszcze?
– Dopiero wyjechaliśmy – westchnęła Anna.
– Ale przecież jesteśmy już poza Warszawą – zauważył Dawid tonem człowieka, który uważa się za eksperta od geografii.
– To prawda – przyznał Marek. – Tylko Polska, synu, nie kończy się na Łomiankach.
Iga parsknęła śmiechem, choć nie do końca zrozumiała żart. Później było trochę lepiej, ale i tak minięcie Mławy oraz przejazd przez totalnie zatkaną Iławę kosztowały ich następne czterdzieści minut. Samochody pełzły w ślimaczym tempie, asfalt drżał od gorąca, a dzieci zaczęły się wiercić. Iga raz po raz pytała o coś do picia, a Dawid wystukiwał palcami rytm o szybę, jakby chciał tym przyspieszyć ruch.
Po drodze zatrzymali się jeszcze na krótkiej przerwie przy stacji benzynowej. Marek zatankował, Anna kupiła wodę i dwa drożdżowe rogaliki, a dzieci, korzystając z okazji, próbowały wynegocjować lody.
– Po obiedzie – ucięła Anna, zanim zdążyły się dobrze rozpędzić.
– Ale przecież nie jedliśmy obiadu – zauważył Dawid.
– Właśnie dlatego powiedziałam: po obiedzie – odparła, po czym wsunęła mu do ręki butelkę wody.
Na szczęście ostatni odcinek przez Susz i Prabuty pokonali bez żadnych drogowych niespodzianek. Ruch wyraźnie zelżał, krajobraz zrobił się bardziej senny, a pola i zagajniki ciągnące się po obu stronach szosy działały kojąco. Nawet dzieci nieco ucichły, zmęczone drogą i jednostajnym szumem klimatyzacji. Mimo wszystko, gdy w końcu dotarli do Julianowa, niewielkiej, urokliwej wsi, w której wynajęli domek przy samym jeziorze, zachodzące słońce kryło się już za brzegiem, barwiąc pomarszczone fale na pomarańczowo.
– Jak tu bajecznie – rozmarzonym głosem westchnęła Anna, rozglądając się wokół z nieskrywanym zachwytem.
Wysiadła z auta i od razu odniosła wrażenie, że ten krajobraz ucisza człowieka. Po wielogodzinnym siedzeniu w samochodzie, po warszawskim pośpiechu i rozgrzanym betonie widok wody działał niemal kojąco. Domek stał nieco na uboczu, osłonięty wysokimi sosnami, a do jeziora prowadziła krótka ścieżka wysypana drobnym żwirem.
– I zupełnie inaczej się oddycha – dodał Marek, zaciągając się głęboko powietrzem, które, w przeciwieństwie do tego z Warszawy, pachniało igliwiem, rozgrzaną ziemią i specyficzną, słodkawą wonią jeziornej wody.
Przez chwilę stał nieruchomo, patrząc na ogromną taflę jeziora, usianą milionami złocistych ogników. Porośnięte trzcinami brzegi naprawdę wyglądały bajkowo, a majacząca w półmroku wyspa przypominała grzbiet śpiącego wieloryba. Gdzieś dalej odezwał się ptak wodny, a od strony trzcin dobiegło ciche pluśnięcie, jakby coś zanurzyło się pod powierzchnię.
Kontemplację otoczenia przerwało nadejście właściciela domku. Pan Grzegorz przyniósł im kosz świeżych, dojrzałych truskawek, zapewniając, że owoce pochodzą z jego ogrodu, a nie targowiska czy, nie daj Boże, marketu. Był mężczyzną po sześćdziesiątce, lekko przygarbionym, ale energicznym, z twarzą spaloną słońcem i głosem człowieka, który lubi opowiadać.
– U nas wszystko jest swoje – oznajmił z dumą. – Truskawka ma pachnieć truskawką, a nie plastikiem.
Iga od razu sięgnęła po największy owoc, ale Anna spojrzała na nią ostrzegawczo.
– Umyjemy najpierw.
– Ja tylko sprawdzam, czy są prawdziwe – odparła dziewczynka z miną niewiniątka.
Pan Grzegorz roześmiał się pod nosem i udzielił im kilku praktycznych rad na nadchodzące dni.
– Proponuję zwiedzić Prabuty, a szczególnie podziemia starych wodociągów oraz ruiny zamku, przy których ustawiono jego makietę z czasów sprzed zniszczenia. Nieco dalej macie do Kwidzyna, gdzie warto obejrzeć kolejny zamek krzyżacki, oraz obowiązkowy punkt, czyli Malbork z zamkiem znanym w całej Europie. Możecie też popływać po jeziorze, bo rowerek przy pomoście jest do waszej wyłącznej dyspozycji. Jezioro ma ponad sześć kilometrów długości i kilka wysp, z których polecam odwiedzić Wyspę Muszlową – mówiąc to, pan Grzegorz wskazał dłonią ledwie widoczny, w gęstniejącym mroku, kształt.
– A na tej wyspie coś jest? – zapytał Dawid, wchodząc gospodarzowi w słowo, co spotkało się z karcącym spojrzeniem Anny.
– Teraz już nic, ale dawno, dawno temu stał tam budynek wykorzystywany przez szkółkę żeglarską, gdzie chłopcy, mniej więcej w twoim wieku, uczyli się pływać na żaglówkach – wyjaśnił gospodarz, dodając, że podobno pod koniec drugiej wojny światowej niedaleko wyspy zatonął niemiecki samolot, zestrzelony przez Rosjan, który miał transportować jakiś tajemniczy ładunek.
– Ma pan na myśli skarby? – Dawid natychmiast podchwycił temat, odrywając wzrok od „Atlasu Ryb Polski”.
– Możliwe, ale tego nikt nie wie. Jednak od lat woda systematycznie opada, więc kto wie, może się wam poszczęści i odkryjecie wrak tamtego samolotu – odpowiedział gospodarz i, inkasując należność, zniknął w ciemności, która coraz szczelniej otulała drewniany domek.
Kiedy odszedł, przez chwilę wszyscy jeszcze patrzyli w stronę jeziora. Opowieść o wraku wystarczyła, by wyobraźnia Dawida ruszyła pełną parą.
– A jeśli naprawdę tam coś leży? – zapytał półgłosem.
– To na pewno nie będziemy tego dziś sprawdzać – odparła Anna.
Wieczór upłynął im na rozpakowywaniu bagaży, a tych było sporo, bo mieli tu spędzić całe siedem dni. Na szczęście domek, choć miał już swoje lata, był zadbany i urządzony bardzo funkcjonalnie. Poza aneksem kuchennym i salonem, z którego było bezpośrednie wyjście na rozległy, drewniany taras, oferujący widok na jezioro, mieli do dyspozycji dwie spore sypialnie, w tym jedną z dużym małżeńskim łóżkiem, które okazało się nadzwyczaj wygodne, bo gdy Marek wstał wczesnym świtem, obudzony ostrymi promieniami wschodzącego słońca, nic go nie bolało, co czasami zdarzało się po nocy spędzonej w czterogwiazdkowym hotelu.
– Łóżko wygodne, ale w rolety to pan Grzesiu mógłby zainwestować – jęknęła Anna, nakrywając głowę poduszką.
Marek, wykorzystując sytuację, wsunął dłoń pod jej nocną koszulkę, ale zamiast spodziewanego przyzwolenia na poranne co nieco, żona wyskoczyła spod pościeli, jakby się paliło.
– Oszalałeś! Jeszcze nas ktoś zobaczy – syknęła, spoglądając wymownie na okna, przesłonięte jedynie cieniutkimi firanami, za którymi połyskiwała tafla jeziora.
– Mnie to nie przeszkadza.
– Bo tobie jest wszystko jedno, o czym dobitnie przekonałam się w nocy, gdy za oknem cykady urządziły sobie koncert, a ty wtórowałeś im swoim chrapaniem.
– Przecież ja nie chrapię – zaprotestował Marek, wstając z łóżka i podchodząc do okna.
Choć do szóstej brakowało jeszcze kilkunastu minut, na jeziorze dostrzegł już serfera, gładko sunącego po delikatnych falach. Woda była prawie nieruchoma, tylko od czasu do czasu rozcinała ją drobna smuga.
– To sobie posłuchaj – zaproponowała Anna, przystawiając mu do ucha swój smartfon. Najpierw usłyszał lekko stłumione cykanie, do którego po chwili dołączyły świszczące odgłosy.
– To pewnie pociąg przejeżdżał – zażartował i przeszedł do aneksu kuchennego, aby zaparzyć kawę.
Anna rzuciła w niego zmiętą chusteczką, ale nie trafiła. Wkrótce po domku rozszedł się zapach świeżo mielonej kawy i tostów. Dzieci zbudziły się dopiero kilkadziesiąt minut później, rozczochrane i nieco obrażone na świat, że nawet podczas wakacyjnego wyjazdu istnieje coś takiego jak mycie zębów.
Przy leniwym śniadaniu na tarasie uzgodnili, że skoro dzień miał być pogodny, a na kolejne dni zapowiadano pogorszenie pogody, to przedpołudniem wybiorą się do Prabut na zakupy, a później urządzą sobie wycieczkę po jeziorze, a następnego dnia zwiedzą zamek w Malborku.
– Ale obiad zjemy w McDonaldzie? – upewniła się Iga.
– Oczywiście – zapewnił Marek. – Ale dopiero w drodze powrotnej do Warszawy – dodał szybko, co córka skwitowała kwaśnym uśmiechem.
Po śniadaniu pojechali na szybkie zakupy. W Prabutach kupili wodę, pieczywo, owoce, coś na grilla i obowiązkowo lody dla dzieci, wywalczone po serii negocjacji. Miasto wydało im się spokojne, trochę senne, jakby czas płynął tu nieco inaczej. Kiedy wrócili nad jezioro, słońce stało już wysoko i przyjemność z wycieczki po wodzie wydawała się oczywista.
Zacumowany przy drewnianym pomoście rowerek był solidny, czteromiejscowy, z dodatkową przestrzenią na bagaże, w której ulokowali dwa koszyki z prowiantem i koce. Dawid objął funkcję „nawigatora”, podczas gdy Marek i Anna miarowo pedałowali, sprawiając, że rowerek przecinał gładką jak lustro taflę. Jezioro było bardzo spokojne, słońce z każdą godziną grzało coraz mocniej i tylko komary, przed którymi mimochodem przestrzegał właściciel domku, intensyfikowały swoje ataki.
Początkowo wszystkim dopisywały humory. Iga moczyła palce w wodzie i opowiadała, że gdy dorośnie, będzie mieszkać w domku nad jeziorem i mieć psa, dwa koty oraz sklep z watą cukrową. Z kolei Dawid, poza wydawaniem komend nawigacyjnych, wypatrywał ryb, ale szczęście mu nie sprzyjało.
– Ja chcę już wracać – co kilka minut komunikowała Iga, odganiając się od natrętnych owadów.
– Tylko opłyniemy wyspę i wracamy – obiecał wreszcie Marek, nie zamierzając wysłuchiwać dalszych narzekań córki, co z kolei nie spodobało się synowi, który nie omieszkał tego wyartykułować:
– Ale przecież mieliśmy ją zwiedzić.
– Popłyniemy tam jutro, sami. To będzie taka męska wyprawa.
Propozycja musiała przypaść Dawidowi do gustu, bo zrobił zadowoloną minę i ponownie skupił się na wyznaczaniu kursu. Nawet Iga przestała na chwilę marudzić, bo perspektywa zostania następnego dnia z mamą w domku i jedzenia naleśników też wydała jej się kusząca.
Kiedy zbliżali się do wyspy, woda po tej stronie była ciemniejsza. Brzeg porastały gęste trzciny, a z wnętrza zarośli dolatywały pojedyncze odgłosy ptaków. Miejsce, choć piękne, miało w sobie coś dziwnie surowego. Jakby przyroda odzyskała tu wszystko dla siebie.
– Patrzcie, tam coś widać! – zawołała nagle Iga, wychylając się niebezpiecznie za burtę rowerka.
Znajdowali się jakieś dziesięć metrów od brzegu wyspy, który w tym miejscu był kamienisty, pozbawiony trzcin. Marek najpierw upomniał córkę, aby siedziała spokojnie, bo choć miała na sobie kapok, wolał uniknąć akcji ratunkowej, a dopiero w następnej chwili spojrzał w kierunku wskazanym przez Igę.
– Tato, tam jest coś wielkiego! Jakby… ogromne pudełko – zawtórował Dawid. – Może to ten wrak, o którym opowiadał pan Grzegorz – dodał głosem, w którym rosła dziecięca ekscytacja.
Małżonkowie, jak na komendę, przestali pedałować, ale rowerek, siłą rozpędu, sunął jeszcze kilka metrów po wodzie, aż w końcu zatrzymał się niemal w miejscu wskazanym przez dzieci. Marek spojrzał w dół, mrużąc oczy przed odblaskami popołudniowego słońca.
Początkowo widział tylko ciemny, prostokątny zarys. Jednak im dłużej wpatrywał się w toń, tym wyraźniej kształty zaczęły się układać w logiczną całość. To nie był wrak samolotu. Pod powierzchnią wody, na głębokości zaledwie metra lub dwóch, spoczywał dach samochodu. Lakier, niegdyś prawdopodobnie bordowy, teraz pokryty był warstwą mułu i osadów, ale wciąż odbijał słoneczne refleksy.
Przez krótką chwilę nikt się nie odzywał. Nawet Iga zamilkła, jakby wyczuła, że właśnie przestali uczestniczyć w wakacyjnej przygodzie, a zaczęli w czymś znacznie poważniejszym. Dawid wpatrywał się w wodę z otwartymi ustami, a Anna odruchowo położyła dłoń na ramieniu męża.
– Co to jest? – szepnęła.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ ÓSMY
