Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W zwyczajne majowe popołudnie spokój mieszkańców apartamentowca w centrum Gdańska zostaje zakłócony głośnym wystrzałem, któremu towarzyszy
przeraźliwy krzyk młodej kobiety. Chwilę później z budynku wybiega zakrwawiony mężczyzna, wsiada do bordowego BMW-u i ucieka. Kiedy na miejsce przyjeżdża wezwana policja, okazuje się, że niedoszłą ofiarą zabójcy jest trzydziestoletnia Roksana Głowacka, świadcząca w wynajmowanym
mieszkaniu usługi towarzyskie. Według zeznań poszkodowanej klient, z którym umówiła się na spotkanie, chciał ją zastrzelić. Jednak gdy dzięki pozostawionym śladom udaje się zatrzymać podejrzanego, ten przedstawia zupełnie inny przebieg wypadków. Komisarz Oczko musi ustalić, kto mówi prawdę. Brak świadków oraz jednoznacznych dowodów sprawia, że śledczy stają przed klasycznym przypadkiem, słowo przeciw słowu.
To cykl opowiadań kryminalno-sensacyjnych, których akcja rozgrywa się na Pomorzu. Polecamy kolejne części o śledztwach komisarza Oczko, również cykl o komisarzu Andrzeju Papaju i cykl o detektywce Róży Wielopolskiej.
Tomasz Wandzel – Autor, który ma na swoim koncie powieści sensacyjne, kryminalne, obyczajowe oraz historyczne. Jest wielokrotnym stypendystą różnych instytucji, wspierających rozwój kultury m.in. Marszałka Województwa Pomorskiego oraz Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mieszka w Prabutach, które często pojawiają się w jego twórczości.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 99
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TOMASZ WANDZEL
Komisarz Oczko (t. 34)
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału: Słowo przeciwko słowu
Seria: Komisarz Oczko (t. 34)
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana
ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana
w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody
Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Opracowanie redakcyjne: kaziki.pl
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
(Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI)
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-68524-38-3
Roksana, z wprawą doświadczonej pokojówki, zaścieliła ogromne, małżeńskie łoże, zajmujące dużą część kawalerki. Jej ruchy były pewne, oszczędne i wyuczone. W końcu, jako absolwentka technikum hotelarskiego we Wrocławiu, gdzie nauka zaczynała się od podstaw, a jedną z nich było nabycie umiejętności starannego ścielenia łóżek, doskonale wiedziała, jak to robić. Co prawda nie posiadała matury, ale komuś, kto, tak jak ona, miał urodę, wdzięk, odwagę i marzenia, matura nie była do niczego potrzebna. Już mając piętnaście lat, uświadomiła sobie, że faceci – począwszy od szkolnych kolegów, poprzez nauczycieli w różnym wieku, a na zupełnie obcych typach kończąc – ślinili się na jej widok, wodzili za nią wzrokiem, a co bardziej bezczelni posuwali się nawet do ukradkowego, niby przypadkowego obmacywania. Dlatego bez większych oporów postanowiła wykorzystać atuty swego ciała. Było to tym łatwiejsze, że rodzice zafundowali jej internat, bo – jak zwykł mawiać ojciec, który również spędził kilka lat w podobnym przybytku – „Nic tak nie uczy życia, jak życie w internacie”. Roksana wzięła sobie do serca radę tatusia, schowała na dno umysłu wszystkie dylematy moralne, które nawiedzały ją przez pierwsze tygodnie, a na ich miejscu umieściła czystą, chłodną kalkulację. Efekt był taki, że już w połowie pierwszej klasy wynajmowała kawalerkę na mieście, choć noce – jak przystało na grzeczną uczennicę – spędzała w internacie. Natomiast popołudnia oraz większość weekendów rezerwowała dla facetów, którzy byli skłonni płacić za godzinę jej towarzystwa tyle, ile matka zarabiała przez tydzień, siedząc na kasie w markecie. Dzięki temu Roksana nawet nie myślała, aby po ukończeniu edukacji wysyłać CV i czekać, aż ktoś łaskawie raczy się nad nim pochylić.
Po szkole, którą ukończyła z bardzo dobrymi wynikami – i to bez konieczności „kupowania” ocen ciałem, bo wiedzę wchłaniała jak gąbka wodę – wyjechała nad morze, konkretnie do Trójmiasta. Oficjalna wersja, wymyślona na użytek rodziny, mówiła, że pracuje w poważnej, gdańskiej korporacji na stanowisku asystentki jednego z dyrektorów. Na szczęście cała jej familia mieszkała pod Krakowem, więc szansa, że ktoś dowie się, jak naprawdę – a raczej czym – zarabia na życie, była minimalna.
No, powiedzmy, że może być – pomyślała Roksana, rzucając na czarną, atłasową narzutę kilka kolorowych jaśków różnej wielkości, które miały nieco ożywić czerń nakrycia. Uznając, że miejsce pracy zostało perfekcyjnie przygotowane, przeszła do łazienki, wzięła szybki prysznic, przygotowała ręcznik dla klienta i poświęciła trzy minuty na poprawienie urody, której właściwie nie musiała pomagać. Mimo trzydziestki na karku, wciąż miała twarz nastolatki: gładką cerę o naturalnym odcieniu brzoskwini, kształtne, dziewczęce usta, którym nawet pomadka nie była potrzebna, lekko skośne, kocie oczy barwy malachitu, podkreślone cienką kreską rzęs, i uroczy dołeczek w brodzie, będący niczym wisienka na torcie. Do tego ponętne, sprężyste ciało o idealnych proporcjach: biust i biodra osiemdziesiąt osiem, talia sześćdziesiąt sześć centymetrów. Aksamitna, perfekcyjnie wydepilowana skóra, bez tatuaży. Ukoronowaniem wszystkiego były długie, sięgające niemal do pasa włosy o naturalnym, słomkowym kolorze, spływające łagodnymi kaskadami po plecach. Jednak jej najważniejszym atutem, poza urodą, było doświadczenie, zdobywane przez piętnaście lat. To ono pozwalało jej doprowadzać mężczyzn tam, gdzie ich żony nie potrafiły albo nie chciały zaprowadzić.
Wciągając czarną, obcisłą sukienkę przed kolana, usłyszała dźwięk przychodzącej wiadomości. O, pan X już przyjechał – pomyślała, sięgając po leżący na marmurowym blacie smartfon. Rzeczywiście, SMS pochodził od Marcina, choć podejrzewała, że w dowodzie ma wpisane inne imię. To nie było nic nowego. Ona sama na portalach z ogłoszeniami erotycznymi występowała jako Lukrecja, a wszystkim panom, którzy okazywali zainteresowanie jej imieniem, wyjaśniała, że pochodzi ono z greki i oznacza „słodki korzeń”, co wielu brało do siebie, mrucząc: „To tak jak mój”.
„Już jestem” – przeczytała wiadomość i ostrożnie podeszła do okna, po drodze zabierając z komody lornetkę. Szyby, oklejone specjalną folią, zapewniały dyskrecję, mogła więc obserwować parking, sama nie będąc widziana. Odnalezienie bordowego bmw, które lata świetności miało już dawno za sobą, zajęło jej tylko chwilę. Facet siedzący za kierownicą mógł być lekko po albo nieco przed czterdziestką, czyli należał do tych, którym małżeńskie pożycie dość szybko się znudziło – o ile w ogóle miał żonę. Jednodniowy zarost sugerował, że próbuje zgrywać twardziela z dużego ekranu, choć urody amanta filmowego Roksana się w nim nie dopatrzyła. Po pierwsze był chudy, a po drugie gdy wysiadł z auta, okazało się, że jest zwyczajnie niski. Najpierw omiótł wzrokiem okna apartamentowca, czapkę z daszkiem głębiej nasunął na głowę i po chwili zastanowienia wolno, spokojnie, ruszył w stronę wejścia.
Wygląda normalnie – uznała Roksana, wysyłając SMS-em numer mieszkania. To był jeden z filarów jej bezpieczeństwa. Wiedziała, że wykonuje zawód wysokiego ryzyka, i robiła wszystko, aby je zminimalizować. Wolała nie kusić losu, tym bardziej że po świecie chodziło wielu erotycznych szajbusów. Zawsze, nim wpuściła klienta, oceniała go po wyglądzie. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że pozory mogą mylić, ale przez te lata potrafiła odróżnić świra od gościa, który chciał się wyłącznie zabawić. Dlatego gdy tylko klient wydawał się jej podejrzany, odpisywała grzecznie, że coś jej wypadło, blokowała jego numer i zapominała. Jednak gość z bordowego bmw wydawał się przeciętnym typem. Nagle w okularze lornetki, poza mężczyzną, pojawiła się tleniona blondyna, mieszkająca za ścianą. Na jej widok Roksana cicho zaklęła. Miała gdzieś, co sobie o niej myślą sąsiedzi, ale jeśli ta baba przyuważy kolejnego faceta wchodzącego do jej mieszkania, gotowa jeszcze donieść właścicielowi, a Roksana znowu będzie musiała szukać nowego lokum. Choć stosowała zasadę, aby co kilkanaście miesięcy zmieniać miejscówkę, to zawsze ona wypowiadała umowę i, jak dotąd, nikt jej nie wyrzucił. Częste przeprowadzki pozwalały unikać sytuacji, gdy pozostali lokatorzy bloku – odkrywszy jej profesję – zaczynali na nią krzywo patrzeć. Kilka razy zdarzyło się też, że napaleni sąsiedzi próbowali wynegocjować „sąsiedzki rabacik” na szybki numerek, jak to określił jeden z obleśnych adoratorów. Rzecz jasna, po tylu latach w zawodzie, było ją już stać, aby kupić sobie kilka takich kawalerek, jednak odkładała każdy grosz, żeby w wieku trzydziestu pięciu lat przejść na zasłużoną emeryturę, zniknąć z erotycznej giełdy, wyjechać na którąś z greckich wysp, gdzie nie zapuszczali się turyści, kupić niewielki, biały domek i całymi dniami wylegiwać się na plaży, a wieczorami popijać wino i słuchać cykad.
Brak dzwonka domofonu utwierdził ją w przekonaniu, że sąsiadka z naprzeciwka okazała się uczynna i wpuściła pana Marcina do bloku. Chwilę później rozległ się dźwięk gongu, który ostatecznie potwierdził jej podejrzenia. Roksana wstała z parapetu, schowała lornetkę do szuflady komody i poszła otworzyć. Miała nadzieję, że wredne babsko wejdzie już do siebie, ale Ewa Radwańska stała na swojej wycieraczce i udawała, że szuka w torebce kluczy.
– O, cześć, dobrze, że jesteś – przywitała się tak wylewnie, jakby stojącego przed nią faceta znała od piaskownicy.
Ten jednak nie zamierzał podjąć gry. Bąknął coś pod nosem, obrzucił ją zdezorientowanym spojrzeniem i wolno wszedł do mieszkania. Zamykając za nim drzwi, Roksana uświadomiła sobie, że już go gdzieś kiedyś widziała. Jednak nie potrafiła sobie przypomnieć okoliczności ich poprzedniego spotkania.
W tym samym czasie przysłuchująca się całej scenie Radwańska skrzywiła usta z obrzydzenia i nacisnęła dzwonek. Po chwili w uchylonych drzwiach zobaczyła twarz męża.
– Ten kurwiszon ma znowu jakiegoś fagasa – oświadczyła, obrzucając pogardliwym wzrokiem drzwi mieszkania naprzeciwko.
– Daj spokój, Ewa. Może brat? – mruknął Tomasz, choć brzmiało to bez przekonania.
– Z niego, kurwa, taki brat, jak ze mnie zakonnica – prychnęła, przechodząc do kuchni i stawiając na blacie torbę z zakupami. – Przecież widzę, że codziennie kilka samochodów podjeżdża i głucha też nie jestem, słyszę, jak za ścianą jęczą niczym zarzynane świniaki…
– Ciszej, w domu są dzieci – upomniał, przykładając palec do ust i kontrolnie spoglądając na drzwi, za którymi dwójka ich kilkuletnich synów oglądała bajki.
– No właśnie, dzieci – podjęła, wkładając mleko do lodówki i stukając kartonem o półkę. – Ja nie pozwolę, aby one na to patrzyły, i dlatego musimy coś z tym zrobić.
– Ale co?
– Nie wiem, może zgłosić do wspólnoty, donieść na policję albo powiadomić Waldka. W końcu to jego mieszkanie, a ta zdzira tylko je wynajmuje. Niech wie, kogo pod swój dach wpuścił.
– Przesadzasz.
– Ja przesadzam, a ty jej bronisz. Może sam też do niej chodzisz?
– No teraz to już przegięłaś – obruszył się Radwański i aż poczerwieniał.
– Ale jak się tylko wprowadziła, to naprawiałeś jej prysznic.
– Tak, ale zapłaciła mi gotówką.
– Ja tam nie wiem, ale jeszcze zobaczysz, że z tą szmatą będą problemy – ostrzegła, a jej ostatnie słowo zlało się z dziwnym dźwiękiem dochodzącym zza ściany.
Narastające z każdą sekundą wycie przypominało ustawiony na maksa alarm samochodowy. Metaliczny, wibrujący świst wypełniał powietrze, niósł się po ścianach, wwiercał w uszy falą bólu.
– No nie, zabić to mało – syknęła Radwańska, cytując ulubione powiedzenie swojego dziadka, i, zaciskając dłonie w pięści, wybiegła na korytarz.
Tam omal nie wpadła na zalanego krwią mężczyznę, który właśnie wytoczył się z mieszkania naprzeciwko. Facet otarł dłonią zakrwawioną twarz i puścił się sprintem w dół schodów. Przerażona Radwańska natychmiast wróciła do siebie, zaryglowała wszystkie zamki, drżącą dłonią wyjęła z kieszeni smartfon i ciesząc się, że numer alarmowy ma tylko trzy cyfry, zadzwoniła pod 112. Przez kolejne kilkanaście sekund, przekrzykując ogłuszające wycie, nieskładnie próbowała wyjaśnić, co zaszło, choć tak naprawdę wiedziała tylko tyle, że z mieszkania sąsiadki – w którym coś przeraźliwie wyje – uciekł zakrwawiony typ. Nagle wycie umilkło, wypełniając mieszkanie ciszą. Radwańska ściszyła głos, podeszła do okna, skąd widziała parking, i obserwując zakrwawionego faceta odjeżdżającego bordowym bmw, już nieco spokojniejsza, podała operatorowi adres. Gdy zakończyła rozmowę, wyjrzała przez wizjer, a nie widząc nikogo, otworzyła drzwi; dla pewności zlustrowała obie części korytarza i dopiero wtedy, zachowując czujność, weszła do mieszkania sąsiadki.
Kurwa też człowiek i pomóc trzeba – pomyślała, rozglądając się po gustownie urządzonym wnętrzu. Skulona, drżąca z przerażenia Roksana siedziała, wciśnięta w róg pokoju, i wytrzeszczonymi oczami patrzyła na leżący przed sobą pistolet.
– On do mnie strzelił, chciał mnie zabić – wyszeptała, jeszcze mocniej obejmując dłońmi ramiona.
Radwańska stłumiła krzyk, wzięła głęboki oddech i szybko przeanalizowała sytuację. Gdy przed kilkoma minutami mówiła do męża, że z Roksaną będą kłopoty, do głowy jej nie przyszło, że przybiorą one taki rozmiar i pojawią się tak nagle.
– Nic ci nie jest? – zapytała z troską, podchodząc do skulonej dziewczyny.
– Chyba nie – drżącym głosem odpowiedziała tamta.
– Dobrze, to teraz pójdziemy do mojego mieszkania i tam poczekamy na przyjazd policji.
Roksana skinęła głową. Wstała z trudem, była blada, oczy miała rozszerzone. Pozwoliła się wyprowadzić z miejsca, do którego już nigdy nie zamierzała wracać. Przechodząc przez korytarz, dostrzegła ślady krwi na posadzce i wtedy zrozumiała, że będzie musiała przejść na wcześniejszą emeryturę.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ ÓSMY
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
