Jestem zdrów i czuję się dobrze - Krystyna Serejska Olszer - ebook

Jestem zdrów i czuję się dobrze ebook

Krystyna Serejska Olszer

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Oświęcimiu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 94

Rok wydania: 2007

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Jestem zdrów i czuję się dobrze...

Oświęcimskie listy Mariana Henryka Serejskiego

w opracowaniu

Krystyny Serejskiej Olszer

 

Projekt okładki

Mariusz Banachowicz

 

Redaktor techniczny

Jadwiga Pinderska-Lech

 

Korekta

Joanna Smolarek

Helena Sliż

 

Skład

Oleg Aleksejczuk

 

Fotografie i dokumenty

zbiory Krystyny Serejskiej Olszer

Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu

 

 

 

 

Druk

Przedsiębiorstwo Poligraficzne DEKA sp. z o.o.

 

 

 

 

 

Copyright 2007 by Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau

w Oświęcimiu

Copyright by Krystyna Serejska Olszer

 

 

 

 

 

 

ISBN 978-83-60210-46-8

Przedmowa

Od końca lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zespół pracowników Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau opracowuje Księgi Pamięci Polaków osadzonych w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Dotąd ukazały się trzy księgi obejmujące około 60 000 osób deportowanych do KL Auschwitz z okupacyjnych okręgów administracyjnych tzw. dystryktów warszawskiego, krakowskiego i radomskiego1. Najistotniejszą częścią tych ksiąg pamięci są tabelaryczne wykazy zawierające nazwiska i podstawowe dane personalne osób osadzonych w oświęcimskim obozie. Nazwiska zgrupowane są poszczególnymi transportami i według kolejności więźniarskich numerów ewidencyjnych, dzięki czemu nawet w przypadku braku informacji o danej osobie w zachowanej w stanie szczątkowym dokumentacji niemieckiej mamy przynajmniej jej numer ewidencyjny. Każdy transport poprzedzony jest opisem okoliczności jego przywiezienia oraz bliższymi informacjami o niektórych osobach nim przybyłych, znanych szerzej ze swej działalności publicznej przed wojną, w konspiracji czy z działalności powojennej. Do tych suchych siłą rzeczy wykazów zostały dołączone fotografie cywilne więźniów, dokumenty osobiste, fragmenty wspomnień, przybliżające nam ich sylwetki.

W poszukiwaniu takich materiałów staraliśmy się, w wielu przypadkach z sukcesem, dotrzeć do rodzin więźniów. Nawiązywane przy tej okazji kontakty uświadomiły nam w sposób jeszcze bardziej przekonywający, niż wynikało to z dotychczasowych doświadczeń, dwa fakty. Po pierwsze: pamięć o bliskich – więźniach Auschwitz – jest często mimo upływu czasu nadal bardzo żywa nie tylko wśród pokolenia dzieci, ale także wnuków i prawnuków. Po drugie: istnieje, prawie zupełnie pomijany w pracach naukowych, drugi wymiar dramatu Auschwitz – dramat tych, którzy nie znaleźli się za „drutami”, nie łaknęli na co dzień chleba i wody, nie byli bici na każdym kroku, ale którzy żyjąc poza obozem, byli do niego przykuci myślą i troską o swych najdroższych, do których się tęskniło, na których wciąż się czekało w latach wojny i nawet po wojnie, niekiedy wiele lat po wojnie, bo „cuda się zdarzają”. Nawet wspomnienia byłych więźniów, tak wiernie i dramatycznie ukazujące rzeczywistość obozową i losy własne ich autorów, z reguły pomijają położenie swych bliskich „na wolności”.

Jednym z nielicznych wyjątków jest książka Heleny Noskowicz-Bieroniowej, opatrzona znamiennym tytułem „Ciągle czekają z obiadem”. Mówi ona właśnie o tej drugiej, najczęściej nieznanej stronie Auschwitz: cierpieniach psychicznych, biedzie, niedostatku tych bliskich, którzy pozostali na okupacyjnej wolności; zawiera wywiady-relacje żon, córek, synów krakowskich urzędników i robotników, którzy wyszli tylko na spacer, do pracy, po chleb do sklepu i już więcej nie wrócili. Wyrwani nad ranem ze snu zapewniali rozpaczające, odtrącone brutalnie dzieci: „Nie płacz, ja wrócę”. Potem nadchodziły listy: „Jestem w Oświęcimiu, jestem zdrów i czuję się dobrze”. I to kołatanie do niemieckich urzędów: przecież on jest niewinny, nikomu niczego złego nie zrobił, wypuście go, żyjemy w nędzy, tak nam go brak. Do sąsiadów, znajomych nadchodzą telegramy z hiobową wieścią: umarł w KL Auschwitz. Dlaczego? Przecież minęło zaledwie pięć tygodni. Jeszcze wczoraj czytali list, w którym pisał, że jest zdrów i czuje się dobrze. Co trzeba zrobić człowiekowi, żeby umarł w ciągu pięciu tygodni? I ten strach, strach przed posłańcem z telegramem.

Żyją wśród nas, bez poczucia przynależności poprzez swój los do historii, w poczuciu swojej osobistej, prywatnej krzywdy, która najczęściej nikogo nie interesuje poza najbliższymi, a czasem nawet ci najbliżsi nie są w stanie jej zrozumieć. Wielu uznało los swoich bliskich, którzy zostali w Auschwitz na zawsze lub przeszli przez Auschwitz i wrócili z wyciśniętym w sercu żalem i rozgoryczeniem, za „polską” normę, która w kraju nikogo nie dziwi, a za granicą zostanie zlekceważona, bo nie mieści się w pojęciu Holokaustu. Pomijają ten „epizod” w swoich życiorysach i czasem przypadkiem okazuje się, że ludzie znani od lat ze swojej działalności publicznej, wybitni artyści, pisarze, uczeni byli tam lub stracili swych najbliższych: ojca, matkę, brata. Auschwitz mają lub mieli w swym życiorysie wybitni twórcy: Józef Szajna, Xawery Dunikowski, Stefan Jaracz. Tam stracili swych najbliższych wybitni aktorzy scen polskich Wojciech Siemion i Tadeusz Łomnicki, artyści Tadeusz Kantor i Kaja Danczowska, wieloletni nuncjusz papieski arcybiskup Józef Wesołowski i wielu, wielu innych.

Wśród tych, którzy przeszli przez Auschwitz, był również profesor Marian H. Serejski.

Z nazwiskiem profesora Serejskiego zetknąłem się po raz pierwszy w latach sześćdziesiątych, jako student historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Do dziś w domowej bibliotece spoczywa kupione przed laty ze skromnych funduszy dwutomowe dzieło zredagowane przez Mariana H. Serejskiego Historycy o historii, do którego sięgam chętnie, by przypomnieć sobie, czym dla badaczy dziejów była historia i historiografia, jak powinno się patrzeć na źródło historyczne i jakie z historycznej wiedzy płyną pożytki.

Ale o tym, że profesor Serejski miał w swym życiu kartę oświęcimską, dowiedziałem się przez przypadek dopiero rok temu, kiedy to pojawił się w Muzeum Auschwitz interesujący gość z Nowego Jorku: pani Krystyna Serejska Olszer, córka profesora, i opowiedziała o losach swojej rodziny, o dramatycznych okolicznościach aresztowania ojca, heroicznych – w okupacyjnej rzeczywistości prawie zawsze skazanych na niepowodzenie – zmaganiach przede wszystkim matki, ale także rodziny i przyjaciół o jego uwolnienie.

Nie napisał wspomnień. Pozostały po nim listy wysłane z obozu, pisane jedynym dozwolonym przez władze obozowe językiem niemieckim, okaleczone przez cenzorów tropiących z gorliwością godną lepszej sprawy każde podejrzane słowo, myśl nieprawomyślną, odrobinę gorzkiej prawdy. Czytając po wyjaśnieniach córki listy Mariana H. Serejskiego do żony, jesteśmy pełni podziwu dla inwencji ich autora i adresatki, którzy dość prostym zabiegiem, wprowadzając fikcyjną postać, potrafili wywieść w pole cenzurę i informować się regularnie z jednej strony o postępach w staraniach żony o uwolnienie z obozu, z drugiej – o sytuacji uwięzionego w obozie męża. Ten kontakt i te informacje niewątpliwie dodawały M. H. Serejskiemu psychicznych sił do wytrwania, a w rezultacie do przeżycia ponad rocznego pobytu w oświęcimskim piekle.

Czytając te listy, możemy obserwować, z jakim niezwykłym hartem ducha ich autor starał się (wbrew panującej powszechnie w obozie opinii, że trzeba zapomnieć o święcie poza „drutami”, bo to psychicznie zabija) pozostać myślami przy rodzinie, jej troskach, pocieszać i szczędzić nawet aluzji do swego dramatycznego położenia, dopytując się raczej o zdrowie, samopoczucie i sytuację swych bliskich, niż obarczać ich troską o siebie. Każdy, kto zna choć trochę obozowe realia (w 1942 roku dziennie wypisywano średnio (statystycznie) 128 aktów zgonu – łącznie sporządzono 45 616 takich dokumentów – nie licząc tysięcy Żydów kierowanych wprost z pociągów do komór gazowych), zdaje sobie sprawę z tego, czym było przeżycie w obozie jednego dnia, jednego tygodnia czy jednego miesiąca. Jest świadom, że każdy z tych listów mógł być ostatnim. Źe ta tak szczęśliwie przez zrządzenie losu zakończona batalia o jedno życie mogła w każdej chwili zakończyć się niepowodzeniem. Czytając te listy, uczestniczymy w swoistym wyścigu z czasem: trzymiesięczny kontyngent życia został już dawno przekroczony, nadchodzi słotna jesień, zima. Chociaż znamy finał tego pojedynku z mrozem, głodem, deszczem, wiatrem, kijem kapo i wezwaniem na rozstrzelanie, odczytujemy kolejne daty, wydłużające się terminy, z niepokojem, czy przetrwa, czy dotrwa, czy wytrzyma.

Zwolnienie z Auschwitz było rzadkim ewenementem. W poobozowym archiwum przechowujemy tysiące listów wysłanych z obozu przez więźniów, którzy byli w podobnej sytuacji, mimo starań rodzin, mimo wielkiego pragnienia życia i przetrwania, nie doczekali ani zwolnienia, ani końca wojny i powrotu do swych bliskich: rozstali się ze światem strawieni tyfusową gorączką, zagłodzeni, zastrzeleni, zabici zastrzykiem fenolu, otruci w komorze gazowej, powieszeni, utopieni w błocie lub zakatowani w inny sposób.

Dramatyczny los rodziny Serejskich pod wieloma względami – z wyjątkiem szczęśliwego finału zwolnienia z Auschwitz – jest ilustracją losów wielu polskich rodzin inteligenckich w czasie okupacji niemieckiej, których dominantami były: degradacja materialna na skutek utraty dotychczasowego źródła utrzymania, pozbawienie możliwości działalności twórczej i naukowej, obowiązek pracy na rzecz okupanta, najczęściej niezgodnej z posiadanymi kwalifikacjami i predyspozycjami, represje i dyskryminacja z racji wykształcenia i przedwojennego inteligenckiego statusu społecznego.

W tle tego szczególnego położenia polskiej inteligencji rysuje się to, co było istotnym aspektem niemieckiej okupacji, a co dotyczyło wszystkich warstw narodu polskiego pozbawionego własnego państwa: bezprawie i samowola organów aparatu okupacyjnego, brak jakiejkolwiek ochrony prawnej, nagminne deptanie godności ludzkiej.

Z tego względu publikacja ta jest nie tylko interesującym przyczynkiem do historii KL Auschwitz, lecz także świetną ilustracją dnia codziennego w okupowanym kraju.

Franciszek Piper

Oświęcim, 31 października 2007 r.

1 W opracowaniu są księga lubelska oraz wielkopolska łącznie z Pomorzem, Ziemią Ciechanowską i Białostocką. Przewiduje się także publikację nazwisk Polaków deportowanych do KL Auschwitz z tzw. rejencji katowickiej, przywiezionych tzw. transportami zbiorowymi z różnych okręgów administracyjnych okupowanej Polski i Trzeciej Rzeszy oraz z innych obozów koncentracyjnych. Szacuje się, że wszystkie księgi obejmą około HOMO tys. Polaków ujętych w ewidencji numerowej.

Słowo wstępne

Leży przede mną paczka listów ojca pisanych z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. W sumie dwadzieścia pięć. Niewiele. Przychodziły w określonych regulaminem odstępach czasu, między styczniem 1941 a marcem 1942 roku. Każdy składa się z czterech poliniowanych stronic. Na pierwszej – wydrukowano rygory dotyczące korespondencji podpisane przez Der Lagerkommendanta oraz dane personalne więźnia. Z wyjątkiem dwu kartek pocztowych, wszystkie listy wyglądają tak samo i z pozoru niewiele różnią się w treści. Ale to tylko pozory, rozmyślnie stwarzane i skrzętnie przestrzegane dla zmylenia cenzury. Po latach szyfr stosowany przez rodziców nawet dla mnie nie jest całkiem jasny. Za to dramat tej korespondencji dopiero teraz mogę w pełni odczytać i połączyć z przeżyciami kilkuletniej dziewczynki, która była świadkiem i uczestniczką rodzinnego dramatu.

Z listami przez wiele lat nie rozstawała się matka. Później przeszły w ręce Leszka, mego starszego brata, a gdy i jego zabrakło, trafiły do mnie. Zawsze mówiło się, że trzeba z nimi coś zrobić. W końcu zdecydowałam się podjąć wyzwanie, aby wojenną historię naszej rodziny przekazać następnym pokoleniom.

Sprawa wydawała się prosta. Listy trzeba przetłumaczyć z języka niemieckiego i zapisać w komputerze. Może jeszcze dodać kilka słów wyjaśnienia o okolicznościach, w jakich ojciec trafił do KL Auschwitz i jak się z niego wydostał. Przy bliższym wglądzie w ich treść okazało się, że lektura samych listów może być całkowicie jałowa i niezrozumiała. Sam ojciec kiedyś ostrzegał, że tylko wytrawny historyk mógłby doczytać się jakiejś prawdy w zaszyfrowanych treściach jego listów. Nawet dr Zygmunt Gross, z którym pracowałam nad przekładem, znudzony monotonią powtarzających się zdań na temat niezmiennie dobrego samopoczucia i zmiennej pogody, rzucił mi pewnego razu: „Nic rewelacyjnego, prawda?”

Wprost przeciwnie, dla mnie odczytywanie tych listów było niezwykle ciekawe i budziło wspomnienia, o których nie myślałam, że są jeszcze tak ważne. Jego uwaga uświadomiła mi jednak potrzebę szerszego komentarza. Sporządziłam go na podstawie zachowanych dokumentów, własnych wspomnień oraz zapisków matki i przedstawiam tu jako komentarz do listów z Oświęcimia.