Jej Afganistan. Historia żołnierza w spódnicy - Pilor Magdalena - ebook
NOWOŚĆ

Jej Afganistan. Historia żołnierza w spódnicy ebook

Pilor Magdalena

0,0

Opis

W Afganistanie żółte szkolne autobusy woziły żołnierzy, a w wolnym czasie grało się w pokera lub chodziło na zakupy na „Złote Tarasy”. A wszystko to między ostrzałami i wyjazdami na patrole, z których każdy mógł być ostatnim.

 

 „Jej Afganistan. Historia żołnierza w spódnicy” to zapis misji wojskowej widzianej od środka — bez filtrów i oficjalnych komunikatów. Autorka pokazuje codzienność oraz absurdy życia w zamkniętej bazie: gdzie spali żołnierze, co jedli i dlaczego nie tańczyli na dyskotece w stołówce. Książka przedstawia także rzeczywistość patroli, w których Afganistan wygląda zupełnie inaczej niż w raportach i nagłówkach. Pozwala też przyjrzeć się Afgańczykom, którzy w „nienormalnym” świecie budowali normalne życie.

 

To książka zbudowana z doświadczeń, rozmów i historii zebranych podczas pobytu na misji — także tych trudnych, nieoczywistych i często niewypowiedzianych publicznie. Opowiada o życiu w ekstremalnych warunkach, w ciągłym napięciu, w przestrzeni, gdzie rutyna i nuda mieszają się z nieprzewidywalnością i ogromnym zagrożeniem.

 

Książka „Jej Afganistan” powstała na bazie osobistych doświadczeń Magdaleny Pilor — byłej dziennikarki prasowej i radiowej oraz specjalistki ds. mediów w Dowództwie Operacyjnym Sił Zbrojnych, a także historii i perspektyw kobiet, które były częścią Polskiego Kontyngentu w Afganistanie. A wszystko zebrane w formie listów/ maili do przyjaciela. 

 

To opowieść o misji, która nie kończy się wraz z powrotem do domu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 307

Rok wydania: 2014

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Agacie, która brała udział w niejednej wojnie, przeciwna jest każdej.

© Copyright by Magdalena Pilor, 2023

Żadna część ani całość niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, ani przetwarzana w sposób elektroniczny, mechaniczny, fotograficzny i inny, nie może być użyta do innej publikacji oraz przechowywana w jakiejkolwiek bazie danych bez pisemnej zgody wydawcy, z wyłączeniem zdjęć objętych licencjami Creative Commons i znajdujących się w domenie publicznej.

„Jej Afganistan. Historia żołnierza w spódnicy”

Magdalena Pilor

www.jejafganistan.pl

Autor tekstu: Magdalena Pilor

Redakcja: Beata Jankowiak-Konik

Projekt okładki: Szymon Baranowski

Skład i łamanie: Jarosław Talacha

Druk: Sowa Druk sp. z o.o.

Wydanie II.

ISBN: 978-83-968686-0-2

Od autorki

Wiedziałam, że ta książka powstanie, ale nie spodziewałam się, że tak szybko. Moim życiem rządzi przypadek, kolejne zrządzenia losu. Dzięki nim, zamiast rozwiązywać matematyczne równania, składałam zdania w artykuły prasowe, jako korespondent po raz pierwszy postawiłam stopę na afgańskiej ziemi, a po pół roku wyjechałam tam na dwanaście miesięcy. Nie byłoby to możliwe bez mojego szczęścia, szczęścia do poznawania niezwykłych ludzi.

Wśród nich znalazły się dziewczyny, z którymi spędziłam wiele godzin, rozmawiając o ich pracy, misji, Afganistanie. Na co dzień służą w Wojsku Polskim, w różnych jednostkach, w różnych miastach, na różnych stanowiskach. Są żołnierzami, ale i córkami, matkami oraz żonami. To dzięki nim powstały kolejne strony tej książki.

Nie chciałam opisywać ich historii, jedna po drugiej. Zdecydowałam się na inną formę – listy. Są bardziej intymne, prywatne. Mało kto chętnie rozbiera się, obnaża przed innymi, opowiada szczegóły ze swojego życia. Są rzeczy, o których nie chcemy, nie potrafimy mówić. Swoje sekrety zdradzamy tylko najbliższym. Bohaterka mojej książki nie może usiąść naprzeciwko przyjaciela, pisze więc do niego kolejne mejle, w których się uśmiecha, dziwi, boi i płacze.

Z premedytacją nie podałam konkretnych danych: jednostki, zmiany, stanowiska. Wspomnienia moich rozmówczyń połączyłam w historię jednej dziewczyny, dlatego jej losy mogą niekiedy wydawać się nierealne, zwłaszcza żołnierzom. Trudno tyle opowieści umieścić w życiorysie jednej osoby. Najważniejsze było dla mnie pokazanie misji z perspektywy kobiety, która z typowo męskiego środowiska, jakim jest armia, trafiła do jeszcze bardziej męskiego i brutalnego świata. Żądzą nim plotki, uprzedzenia, stereotypy oraz pociski talibów.

Żołnierze, którzy wyjeżdżają na misję, niczym nie różnią się od innych rodaków. Są tacy, z którymi można konie kraść i tacy, którym skoczyłoby się do gardła. Kontyngent to Polska w pigułce. Wszystko jednak widać znaczne wyraźniej, bo to nie kraj, w którym żyje ponad 38 milionów ludzi, a zaledwie kilka baz i maksymalnie 2500 osób. Przez sześć miesięcy mają tylko siebie i aż siebie.

Dlaczego Jej Afganistan? Bo to miejsce zostaje w nas na zawsze. Afganistan to kraj, góry, ludzie, to wojna, misja, ale to również radość i smutek, adrenalina i nuda, szczęście i pech, życie i śmierć.

Dziękuję dziewczynom oraz każdej osobie, która przyczyniła się do powstania tej książki.

Książka była inspirowana autentycznymi wydarzeniami.

Magdalena Pilor

Nie uwierzysz! Lepiej usiądź. Za dwa tygodnie lecę do Afganistanu.

Jestem w szoku. Dowiedziałam się kilka godzin temu. Zadzwonił do mnie dowódca i zapytał, czy chcę jechać na kolejną zmianę. Musiałam odpowiedzieć od razu. Zgodziłam się. Chyba dopiero teraz, gdy piszę do ciebie, docierają do mnie słowa, które wypowiedziałam.

Pamiętasz, że planowałam lecieć na jedną z wcześniejszych zmian? To było rok temu. Nawet byłam na rozmowie, którą przeprowadza się z żołnierzami chętnymi na wyjazd do Afganu. Wtedy mnie zapytali, która to moja misja.

– Pierwsza.

– Odezwiemy się – usłyszałam.

Podobnie jak na cywilnych rozmowach kwalifikacyjnych znaczy to, że nie masz szans. Wpisali mnie na listę rezerwową. Pomyślałam sobie wtedy: jak mnie nie chcecie, to nie.

Teraz okazuje się, że w ostatniej chwili jeden z żołnierzy zrezygnował, bo ma problemy w domu i potrzebują kogoś na jego miejsce, na już.

Istne szaleństwo. Jutro w jednostce mamy oficjalne pożegnanie osób, które wyjeżdżają do Afganistanu. Będę wśród nich, a nawet nie mam wymaganego munduru. Na misje dostajemy dodatkowe, między innymi w piaskowym kolorze. Dowódca wydał rozkaz, że to w nich mamy być na uroczystości. Dobrze, że znajoma, weteranka misji – to jej trzeci wylot – pożyczy mi jeden ze swoich piaskowych mundurów. Ten problem mam więc z głowy. Jeszcze badania, przekazanie obowiązków w jednostce, pakowanie, no i chyba najtrudniejsza rzecz – trzeba powiedzieć rodzinie. Szybki wylot będzie tu atutem. Nie ma czasu na wizytę w domu, na rozmowy i odradzanie mi wyjazdu na wojnę.

Trudniej jest w pracy. Staremu, to znaczy dowódcy, nie podoba się podjęta przeze mnie decyzja i na każdym kroku mi to okazuje. Przed wylotem mam różne szkolenia, na których powinnam być. Za każdym razem szef podkreśla, że mam swoje obowiązki, że w pierwszej kolejności muszę się rozliczyć, a potem mogę się szkolić. Mam nadzieję, że na kilka dni przed wylotem odpuści, a ja do tego czasu pozamykam wszystkie sprawy w jednostce.

Czy się boję? Trochę. Nie chodzi nawet o ostrzały czy wyjazdy poza bazę, ale o robactwo. Nasłuchałam się, zwłaszcza od osób, które były w Iraku, o pająkach i skorpionach w butach. Mam nadzieję, że nic mnie tam nie ugryzie i że nie przywiozę ze sobą żadnej choroby. Głupio byłoby wrócić z wojny w plastikowym worku z powodu robaka. Zwłaszcza że w każdej chwili, podczas każdego patrolu, na którym będę, może oberwać mój wóz, może wybuchnąć pod nim ładunek. Brzmi to śmiesznie, ale tak, robaków boję się najbardziej.

Przez to zamieszanie lecę jako jedna z ostatnich. Część moich chłopaków jest już w Bagram. Co ja bym bez nich zrobiła? Taki mój prywatny, misyjny rekonesans. To będzie moja pierwsza misja i nie wiem, co powinnam zabrać, a czego nie ma sensu pakować do plecaka. O wiele spraw pytałam dziewczyny, jednak idealnie sprawdzili się w tej sytuacji kumple. Mówią mi nie tylko z własnego doświadczenia, co jest niezbędne, ale chodzą po bazie, zaczepiają kobiety i pytają, co powinna zabrać ich koleżanka. Dodatkowo zrobili wstępne rozeznanie we wszystkich możliwych sklepach, sprawdzając, co mogę tam kupić. Wiem na przykład, że są kosmetyki, jak szampony, balsamy i żele pod prysznic, więc nie muszę brać zapasu na pół roku. Wystarczy tyle, ile zużyję w trakcie podróży do Ghazni. Ostrzegli mnie, że sama podróż może być długa. Oni, zanim trafili do wyznaczonej bazy, dwa tygodnie spędzili w innych, czekając na samolot lub śmigłowce, które miały przetransportować ich dalej.

Oczywiście nie ma nic za darmo. Przed wylotem dostałam od chłopaków mejla z listą zakupów. Na pierwszym miejscu – zupki chińskie. Podobno robią furorę w Afganistanie. Na wszelki wypadek wzięłam kilka dla siebie, choć właściwie nie wiem, po co. Czy tam aż tak źle karmią, że tęskni się za zupą w proszku?

Przekonam się za kilkanaście dni.

Chyba dociera do mnie, że jadę. Zwłaszcza kiedy patrzę na moje mieszkanie. Wszędzie porozkładane rzeczy, o których nie mogę zapomnieć i te, które mogą się przydać. I tu znów pojawia się pytanie, co właściwie trzeba zabrać na wojnę? Co jest niezbędne, a co niepotrzebnie zajmuje miejsce w lockerze[1]? Mundury i sprzęt wojskowy spakowałam w pierwszej kolejności. To rozwiązało wiele problemów, dwie trzecie miejsca zostało wykorzystane.

Gorzej poszło z cywilnymi ciuchami, które – jak mówiła koleżanka – warto zabrać ze sobą. Segregowanie, przekładanie z kupki na kupkę. Bez sensu zabierać kilkanaście koszulek, a kilka może nie wystarczyć. Zawsze mnie zastanawiało, że przed pakowaniem walizka wydaje się wielka, a w trakcie okazuje się za mała. Rzeczywistość znów mnie zaskoczyła i to nie tylko w kwestii układania rzeczy w lockerze.

Wszystko miało być inaczej. Decyzja podjęta. Planowałam się przenieść do innej jednostki. To miał być nowy początek: stanowisko, miasto, wyzwania, tylko ON miał być ten sam. Fuck… Wiem, Afganistan to dla mnie szansa: na awans, kupno własnego mieszkania, przeżycie czegoś nowego, ale jeśli jest tak dobrze, to dlaczego jest mi tak źle?

Miałeś kiedyś tak, że bardzo czegoś nie chciałeś, ale wiedziałeś, że inaczej się nie da, że nie można nic zrobić, nic zmienić? Na pewno. Wiem, że niezależnie od tego, czy zmieniłabym decyzję, czy nie i tak go stracę. Chyba to się już stało… Jednak wyjeżdżając, sama, własnymi rękami przybijam ostatni gwóźdź do trumny.

Jeszcze dwa miesiące temu rozmawialiśmy o zamieszkaniu razem. Miał być wspólny materac, wielkie okna, poranna niedzielna kawa na tarasie i zapach rosołu dochodzący z kuchni. Nasz świat. Został pusty kubek po moich ulubionych lodach, które ON kupił ostatniego wspólnego wieczoru i pościel pachnąca jego perfumami. Nasz związek rozsypał się kilka tygodni temu. Nie wyobrażałam sobie jednak wyjazdu do Afganistanu bez pożegnania. On chyba też. Wczoraj była ostatnia noc, nasza noc. Było jak dawniej. Trzymał moją twarz w dłoniach, patrzył w oczy i mówił, że nie da się mnie nie kochać. Dotykał tak jak dawniej, był jak dawniej. Nie wytłumaczę ci, co się stało, dlaczego się rozstaliśmy. Sama tego nie rozumiem.

I co, jego też mam spakować? Na którą kupkę go położyć – przydatne? A może wśród rzeczy, które będą mi niezbędne w Afganistanie, 4,5 tys. kilometrów od domu? Rozum podpowiada, że powinien zostać w Polsce, razem z przedmiotami oznaczonymi jako niepotrzebne. Zaczynam nowy rozdział w życiu i to teraz dla mnie najlepsze. Nie powinnam rozmyślać nad czymś, czego już nie ma. Choć rzut oka na mieszkanie, w którym tyle się działo, moment przekręcenia klucza w drzwiach uświadomił mi, że to koniec mojego starego świata.

OK. ON zostaje, a ja? Jadę. Choć będę tysiące kilometrów od domu, przed sobą nie ucieknę.

Po kilku godzinach lotu wygodnym rejsowym samolotem wylądowałam w Manas, w Kirgistanie. Baza jest spora. Pełno tu wielkich namiotów, w każdym z nich mieści się kilkuset żołnierzy. Jedni wracają z wojny, a inni, tak jak ja, się na nią wybierają, czyli krótko mówiąc – rotacja.

Wielkie pole namiotowe podzielone jest na część damską i męską. Zero koedukacji – pilnują tego zwłaszcza Amerykanie. Chciałam rozejrzeć się po bazie, jednak tu pojawił się problem. Co mam zrobić z bronią?

W Manas nie mogę jej mieć przy sobie, a przecież nie zostawię jej w namiocie. Zgubienie broni oznacza poważne konsekwencje, nie chcę tak zaczynać misji. W bazie obecnie są tylko dwie Polki – ja i jeszcze jedna dziewczyna. Któraś z nas musiałaby zostać w namiocie i pilnować sprzętu, żeby ta druga mogła wyjść. Chłopakom jest łatwiej, po prostu jest ich więcej. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zaopiekuje się bronią. Poza tym w ich namiotach stoją zamykane szafki. Nam takich nie dali.

Przy papierosie pożaliłam się jednemu żołnierzowi. Zaproponował, że przechowa broń. Z duszą na ramieniu dałam mu swojego wista[2]. Za kilka godzin wylatujemy. Mam nadzieję, że w tym czasie nic złego się nie stanie.

Jaki tu spokój. Wcale nie czuję, że jadę na wojnę. Otwarte sklepy, kawiarnia, salon kosmetyczny. Można nawet kupić alkohol: piwo, wino i drinki. Na jeden paszport przypadają dwie sztuki – butelki, kieliszki lub szklanki – procentowych napojów na dzień. Przepis ten jednak spokojnie można obejść, co, jak się możesz domyślić, robią Polacy. Ci, którzy mają ochotę na kilka drinków więcej, po prostu pożyczają paszporty od niepijących kolegów. Miałam ochotę na piwo, ale wolałam nie zionąć alkoholem, wsiadając do samolotu.

Lecę dalej. Kolejny przystanek – Bagram.

Doleciałam. Od razu po wyjściu z samolotu uderzyła mnie fala gorąca. W ustach zrobiło się sucho. Straszny upał. Jednak to i tak miła odmiana po polskiej jesiennej szarudze. Zamykasz oczy i wystawiasz twarz w stronę słońca. Przyjemnie grzeje policzki.

W osłupienie wprawiła mnie liczba maszyn. Nie jesteś w stanie ogarnąć masy śmigłowców: chinooków, black hawków, apache’ów czy „kajouek”[3]. Obok nich samoloty: wielkie transportowce i małe maszyny, mieszczące może kilkanaście osób. Hałas ani na moment nie cichnie. Wyją wirniki helikopterów, silniki odrzutowców. Płyta lotniska w ogóle nie pustoszeje. Cały czas coś startuje i ląduje. Wysiadają i wsiadają ludzie. Rozładowywane i załadowywane są palety z amunicją, żywnością, częściami do maszyn. A wszystko to rozgrywa się w niemal magicznej scenerii. Lotnisko, podobnie jak całe Bagram, otoczone jest górami. Są odmienne od naszych. Mają kolor gliny. Widzisz każde załamanie terenu, dolinę i wzniesienie, jakby ktoś na kartce papieru namalował je brązową kredką. Kiedy przyjechałam, słońce akurat zaczęło zachodzić. Piękny widok.

Niedługo się nim cieszyłam. Rozładunek bagaży. Czekała już na nas wysłużona zielona ciężarówka ze Starachowic, czyli polski star. Na tle odrzutowych samolotów, bojowych śmigłowców czy nowych pikapów wyglądał jakby został wyrwany z innej epoki. Pojechaliśmy nim z lotniska do kolejnego miasteczka biwakowego, żeby poczekać na kolejny lot – tym razem do Sharany.

Zauważyłam, że chyba jako jedyni jeździmy tak zdezelowaną ciężarówką. Chociaż to ma swój klimat. Siedzi się na małych, drewnianych ławeczkach, między mnóstwem bagaży. Trzęsie jak cholera. Nie ma plandeki. Za to podczas jazdy można zobaczyć jedną z największych baz w Afganistanie.

Bagram jest ogromne. Gigantyczne ilości wojskowego sprzętu na ulicach, w zaułkach, przy budynkach, na lotnisku. W Afganistanie wiele rodzin nie ma prądu, a tu nocami świecą się latarnie. Większa część kraju to piach, a tu rosną drzewa.

Bagram przecina jedna główna ulica. Wzdłuż niej ciągnie się kilkukilometrowy chodnik, jak deptak, a na nim tłum ludzi i gwar jak na Marszałkowskiej. Ulica nazywa się Disney Road, na cześć Jasona Disneya, amerykańskiego żołnierza, który zginął w Afganistanie[4]. Na jezdni sznur samochodów. Znacznie więcej jest cywilnych niż wojskowych, głównie toyoty. Podobno po wołdze to jedna z najbardziej popularnych marek w Afganistanie.

Upał trochę zelżał, ale na pewno jest powyżej 30 stopni. Marzę tylko o klimatyzacji i kawałku materaca.

Nie odpisujesz, na pewno masz dużo zajęć. Ja nadal koczuję w Bagram. Baza jest znacznie większa niż wydawało mi się pierwszego dnia. Mieszka tu ponad 30 tysięcy ludzi – prawie jak w Sopocie. Jak na „American city” przystało, jest tu istny miks narodowości, między innymi Niemcy, Francuzi, Filipińczycy, Koreańczycy, Australijczycy, a po sąsiedzku spora grupa Afgańczyków.

– Dlaczego tak przyglądasz się temu lokalsowi? – zapytał mnie na stołówce Graba, kolega z plutonu.

Mój wzrok przykuł niewysoki Afgańczyk w spodniach w kratkę i białym fartuchu, z zaczepioną o uszy siatką na brodzie. Sprzątał stoły po osobach, które skończyły posiłek. Nikt nie zwracał na niego uwagi, jakby go nie było w sali wypełnionej ludźmi. Miał kamienną twarz i dumne, choć smutne oczy. Nienawidził nas za to, że byliśmy na jego ziemi, uważał za okupantów? A może był nam wdzięczny, że ma pracę i większe bezpieczeństwo niż za czasów talibów?

– Nie poznasz prawdy, nawet jak go zapytasz – skwitował moje rozważania kumpel. – Jesteś żołnierzem sił koalicji, odpowiedź będzie jedna: jestem wam wdzięczny, bo co innego może powiedzieć w swojej sytuacji. Chyba jesteś jedyną osobą, która zwróciła na niego uwagę. Oni po prostu są i nie ma co się nad tym zastanawiać.

Lotnisko, podobnie jak całe Bagram, otoczone jest górami. Są odmienne od naszych. Mają kolor gliny. Widzisz każde załamanie terenu, dolinę i wzniesienie, jakby ktoś na kartce papieru namalował je brązową kredką.

Na stałe w bazie mieszka ponad dwa tysiące Afgańczyków, czyli prawie tyle, ile liczy polski kontyngent. Kolejni przychodzą tutaj codziennie z okolicznych wiosek. Co robią? Pracują w stołówce, przy sprzątaniu, przy rozbudowie bazy, myją toalety, wywożą śmieci. Baza pozwala im zarobić na chleb. Dużo ryzykują. Talibowie nie mają litości dla tych, którzy współpracują z wrogiem. Wybór pomiędzy wyżywieniem rodziny i kulą z kałacha, a głodem i względnym bezpieczeństwem.

11 września 2010 r.

Bieg z okazji Dnia Patrioty, w rocznicę zamachów na World Trade Center w Nowym Jorku. Główną aleją Bagram, Disney Road, przebiegło 2500 osób

Wracając do Bagram – żeby zobaczyć bazę, trzeba zaplanować sobie kilkugodzinny spacer, pożyczyć od kogoś samochód lub wsiąść do autobusu. Kursuje tu zwykła komunikacja miejska. Wiesz, że jesteś w bazie wojskowej, a tu przystanek i szkolny żółty amerykański autobus. Nie jeżdżą nim dzieci, tylko żołnierze z bronią. Samochody poruszają się jak żółwie. Ruch na Disney Road jest ograniczony do 20 kilometrów na godzinę. Przy przejściach dla pieszych dyżurują żołnierze w odblaskowych kamizelkach. Czekają, aż zbierze się większa grupa ludzi i przeprowadzają ich na drugą stronę, jak przed polską podstawówką. W każdym mieście są znaki drogowe – tu też. Nic szczególnego: stop, zakaz wjazdu czy zakaz parkowania z groźbą odholowania auta. Ten ostatni znajduje się między innymi przy stołówce. Ciekawe, co by było, gdybym zaparkowała przy niej wozem bojowym?

Przez te kilka dni, od momentu wylądowania w Bagram, mam wrażenie, że nie jestem na wojnie. Życie toczy się powoli. Idziesz chodnikiem, mijają cię uśmiechnięci ludzie. Możesz wstąpić do biblioteki, kafejki internetowej i świetnie wyposażonej siłowni. Działa filia amerykańskiego uniwersytetu. Organizowane są wieczorki tematyczne, na przykład tajskie czy francuskie. Polegają głównie na słuchaniu muzyki i gotowaniu – taka wymiana kulturowa.

Koniecznie muszę ci opowiedzieć o stołówce. Stołówki są trzy. Wielkie, jak wszystko, co amerykańskie, ale jedna – wręcz gigantyczna. Przypomina fabrykę. Znajduje się w centrum. Codziennie przychodzi tu kilka tysięcy ludzi. Zawsze stoją w długiej kolejce. Wszystkich trzeba nakarmić. Kilka sal nieprzerwanie wypełnionych jest po brzegi żołnierzami i cywilami. Zastanawiam się, ile osób musi pracować w kuchni, przy wydawaniu posiłków, dokładaniu do lodówek? Ile steków trzeba upiec, ile kilogramów frytek usmażyć? A menu jest bogate i każdy sam kompletuje swój posiłek. Czy w tej fabryce można dobrze zjeść? Zdania są podzielone. Wielu narzeka na kurczaka bez smaku, piure z proszku czy hamburgery zamiast schabowego. Dla mnie potrawy są całkiem zjadliwe, choć nie jest to wyszukana kuchnia.

Na tych, którzy mają dosyć stołówki, czeka margherita w Pizza Hut, tuż obok kawiarni, gdzie podają kawę mocha czy latte macchiato. W centrum bazy można pójść do fryzjera damskiego i męskiego, zrobić zakupy w sklepie z afgańskimi bibelotami czy w ulubionym przez żołnierzy PX-ie – amerykańskim wojskowym supermarkecie. Sprzedają tu pocztówki z pozdrowieniami z Afganistanu, kartki bożonarodzeniowe i z okazji Dnia Matki, kubki, gazety, aparaty fotograficzne, najnowsze telefony komórkowe, ubrania – nie tylko spodnie, spodenki, koszulki, ale również… seksowną bieliznę. Po co komu taka na wojnie? Nie wiem. Może wygodniej jest na patrolu w mocno wyciętych majtkach z falbanką.

W PX-ie są materace, poduszki, deski do prasowania, a nawet odkurzacze. Tu jest chyba wszystko – odżywki dla planujących schudnąć lub wyrzeźbić ciało i słodycze dla tych, dla których sylwetka nie jest aż tak ważna. Jest też piwo, oczywiście bezalkoholowe.

Pół dnia spędziliśmy wspólnie z chłopakami w centrum, na zakupach i przy mrożonej kawie. Gdy wracaliśmy do namiotów, przeraziły mnie wróble. Te niewielkie ptaki obsiadły niemal wszystkie gałęzie drzew rosnących w bazie. Ich gigantyczna liczba robiła wielkie wrażenie i… spory hałas. Od razu wszystkim przypomniał się horror Hitchcocka.

Całkiem fajne to Bagram. Nigdy nie zasypia. Jutro jadę dalej. Czy Ghazni też mnie tak zaskoczy?

Podobno my mamy zegarki, Afgańczycy – czas. Uświadomiłam sobie, że w tym kraju nie ma sensu mieć czegokolwiek, co odmierza godziny.

To, że wojsko uczy cierpliwości, wiem od dawna. Chyba najlepszym przykładem są poligony czy zbiórki z okazji różnych uroczystości. Dowódca wyznacza godzinę, a każdy człowiek na kolejnym niższym szczeblu dowodzenia dokłada kolejne zapasowe 30 minut. Ostatecznie parę godzin przed czasem żołnierze meldują się na miejscu i czekają. Do tego trzeba doliczyć nieplanowane sytuacje – a to gość honorowy się spóźni, a to sprzęt nagłaśniający nie działa – a godziny na placu apelowy mijają.

W Sharanie każdy się boi, że jutro historia się powtórzy i kolejny dzień przyjdzie spędzić na helipadzie. Mijały kolejne godziny. Może warto pozbyć się zegarka, tu jest on zbędny, a przynajmniej człowiek mniej by się denerwował.

Podobna sytuacja spotkała mnie na lotnisku, jeszcze prze wylotem do Afganu. Musieliśmy się na nim stawić na trzy – cztery godziny przed podniesieniem się samolotu w powietrze. Odprawa celna, zapakowanie tobołów na palety, ważenie – każdy z nas miał limit bagażu, 140 kilogramów na osobę, z samą osobą włącznie. Wszystko to trwało. Odczekaliśmy swoje. Gdy wreszcie nadeszła wyznaczona godzina, okazało się, że wylot przesunął się o kolejne dwie. Zastanawiasz się, co można robić przez tyle czasu na lotnisku, na którym nie ma nic oprócz hangarów? Odpowiadam – nudzić się. Gada się z ludźmi. Poznaje nowych. Dzwoni do domu w normalnej cenie – w Afganistanie za minutę rozmowy trzeba zapłacić 10 złotych, za esemesa – 5. No i czeka się z nadzieją, że lot nie przesunie się jeszcze bardziej, ani – co nie daj Boże – że nie zostanie odwołany.

To samo uczucie pojawiło się w Sharanie, bazie, która była naszym przystankiem między Bagram a Ghazni. „Atrakcje” rozpoczęły się tuż przed startem. Wspominałam ci, że lotnisko w Bagram otoczone jest górami. Piloci samolotów nie wzbijają się łagodnie w niebo, tylko pod bardzo ostrym kątem, brutalnie szarpią maszynę w górę. Strasznie to zabrzmi, ale śniadanie dosłownie poczułam w gardle.

Sharana podobno też jest wielka, nie było mi jednak dane tego sprawdzić. I dobrze. Z tego, co wiem, można tam utknąć na dobre kilka dni, a nawet tygodni. Miałam za to okazję dokładnie poznać tamtejszy helipad, czyli lądowisko dla śmigłowców. Kilka godzin czekania w coraz mocniejszym słońcu i w pełnym umundurowaniu dało nam w kość.

Według ustalonego planu wszystko zapowiadało się świetnie: przerzut do Sharany, gdzie miały na nas czekać baby-chinooki, czyli prywatne śmigłowce, trochę mniejsze od wojskowych, w czerwono--białych kolorach, często wykorzystywane podczas rotacji. I rzeczywiście czekały, jednak nikt nie wspomniał, że zabiorą najpierw żołnierzy, którzy są tu od kilku dni. Helikoptery miały zrobić kilka rund i ostatecznie zabrać wszystkich, więc czekaliśmy. Słońce grzało. Na zmianę amerykańskie i prywatne śmigłowce podnosiły się lub lądowały, a w nas uderzały kamienie i niezliczone ilości pyłu. Nikt nie odważył się pojechać na stołówkę po coś do jedzenia w obawie, że jego kolejka minie. Zostawała woda, która przy panującej temperaturze była już nie ciepła, a wręcz gorąca. I tak mijały kolejne godziny, w skwarze, na głodnego.

Ale jak w tym czasie ludzie kombinowali! Ktoś wpychał się w kolejkę poza listą tuż przed startem, ktoś inny na uboczu dogadywał się z oficerem łącznikowym odpowiedzialnym za nasz przerzut. Kolejny opowiadał bardzo naciąganą, jak się później okazało, historię, żeby uzasadnić, dlaczego musi lecieć jako pierwszy. Utrzymywał, że ma ważne dokumenty dla zastępcy dowódcy kontyngentu, który już na nie czeka. Na potwierdzenie swoich słów cały czas gdzieś dzwonił i krzyczał do słuchawki.

W Sharanie każdy się boi, że jutro historia się powtórzy i kolejny dzień przyjdzie spędzić na helipadzie. Mijały kolejne godziny. Może warto pozbyć się zegarka, tu jest on zbędny, a przynajmniej człowiek mniej by się denerwował.

Ostatecznie z Sharany wylecieliśmy po siedmiu godzinach oczekiwania, ale jednak tego samego dnia, którego przylecieliśmy. I tak oto znalazłam się w Ghazni.

Tu przywitał mnie chaos.

Lądowanie śmigłowca. Mimo iż helipad to wybetonowana płyta, łopaty śmigła helikoptera powodują tak wielki podmuch, że cały piach i kurz, który znajduje się w pobliżu, unosi się w powietrzu. Tuż przy maszynie czuć gorące powietrze wydobywające się z potężnych silników.

Hałas. Zamieszanie. Ktoś krzyczy:

– Szybciej z tymi bagażami!

Pył włazi wszędzie. Ledwo wyszłam ze śmigłowca, a Amerykanin niemal rzucił we mnie czyjąś torbą. Zaniosłam ją w miejsce, gdzie leżało już kilka naszych bagaży. Potem znów biegiem po kolejne ciężkie lockery i plecaki. Co chwilę krzyk polskiego logistyka:

– Szybciej!

Nie miałam pojęcia, gdzie są moje rzeczy. Śmigłowiec podniósł się. Dostałam piachem w twarz, a po nogach – drobnymi kamieniami. Co ja tutaj robię? Gdzie mam iść? Co dalej?

Miałam szczęście, bo oprócz moich chłopaków, z którymi spędziłam kilka ostatnich dni, na helipadzie pojawiła się inna znajoma twarz – koleżanka, która do Ghazni przyleciała przede mną.

Z odnalezionymi tobołami trafiłam w miejsce, w którym mam mieszkać przez najbliższe pół roku. To część bazy ze sporej wielkości placem i kontenerem przy kontenerze. Jeden z nich będzie naszym domem, moim i koleżanki. Mieć camp tylko dla siebie, to rzadkość. Takie sytuacje zdarzają się jedynie wtedy, gdy jedna z dziewczyn wróci do kraju, a na jej miejsce przysyłany jest mężczyzna, lub gdy ma się co najmniej podpułkownikowskie pagony.

Co do kontenera, to szału nie ma. Metalowa puszka – plus minus sześć na dwa i pół metra. Dwa łóżka, dwie metalowe szafy, trzy mniejsze szafki i lodówka. Lodówka to skarb w takie upały jak dziś. Zrozumiałam to po napiciu się zimnej coli, gdy w końcu usiadłam na swoim łóżku.

Niedługo cieszyłam się chwilą spokoju. Ghazni przywitało mnie „fajerwerkami”. Już miałam rozpakowywać plecak, gdy nagle usłyszałam: IN COMING! IN COMING! IN COMING!

Koleżanka krzyczy:

– Ostrzał!

Biegiem do schronu. Dobrze, że nie zdążyłam zdjąć butów. Sprint w skarpetkach po kamieniach, którymi wysypana jest większa część bazy, raczej nie należałby do przyjemnych.

W kilka sekund schron był pełny. Siedzieliśmy, a raczej kucaliśmy, niektórzy stali mocno pochyleni. To miejsce nie jest zbyt wysokie. Nawet ja muszę się schylać, wchodząc do niego, a mam nieco ponad 165 centymetrów wzrostu. Wszyscy stłoczeni. Nagle walnęło. Głuchy dźwięk. Trudno go opisać. Mimo że wiedziałam, gdzie jadę, miałam za sobą szkolenia, poligony, ten odgłos wyszeptał mi do ucha: tu jest wojna.

Chwila ciszy i w schronie zaraz pojawiły się komentarze:

– Poszło w bazę.

– Nie, ewidentnie poza, jak wpada w bazę, to jest znacznie głośniej.

Rozmowy przerwał kolejny sygnał IN COMING! I znów walnęło. Potem znów, i znów, i znów.

Zabrzmi to dziwnie, ale schron świetnie nadaje się do poznawania nowych ludzi i misyjnych historii. Jedna mocno utkwiła mi w pamięci. Chłopak opowiadał o Iraku, a dokładniej o VIII zmianie. O tym, że była to najgorsza zmiana, podczas jakiej służył, a miał już kilka za sobą. Ostrzeliwali ich niemal codziennie. Kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt pocisków jednego dnia. Wiele z nich lądowało w bazie.

– Wracałem z patrolu – opowiadał żołnierz – tak zmęczony, że nawet alarmy mnie nie budziły. Zresztą chyba się do nich po prostu przyzwyczaiłem. Stały się codziennością. Wolałem nie ryzykować, że ich nie usłyszę. Wstawiłem łóżko polowe do schronu i tam spałem.

Bichaty (z ang. B-Hut, Barracks Hut), czyli baraki mieszkalne w FOB Ghazni.

Podobno niektórzy z tej irackiej zmiany nie radzili sobie z niekończącym się sznurem rakiet nad głową. Jeden chłopak cały czas siedział w schronie. W ciągu dnia ucinał sobie krótkie drzemki. Nocami nie spał wcale. Znalazł zajęcie: w metalowej puszce palił jeden za drugim świstki papieru, byle tylko nie zamknąć oczu.

A jeśli nasza zmiana w Afganie będzie podobna? Czy wytrzymam?

Ghazni. Dzień drugi. Dziś dowiedziałam się, że mieszkam „na zatoce”. Zresztą różne części bazy mają swoje nazwy.

„Zatoka”, a dokładniej „zatoka świń”, to teren, na którym stoją kontenery mieszkalne. Camp przy campie, między ich rzędami toalety, prysznice, schrony. Skąd takie określenie na ten rejon bazy? Oprócz sporej części kobiet zakwaterowywani są tu tylko oficerowie, przez żołnierzy nieoficjalnie nazywani czasem „świniami”. Na terenie „zatoki” kilka „ulic”, czyli alejek między kontenerami, zostało oznakowanych. Na metalowych lub drewnianych tabliczkach widnieją nazwy „Aleja Gwiazd” i „Dzban Strasse” – „dzbany” to inne określenie na dowódców.

Podczas spaceru po FOB[5] Ghazni miałam okazję poznać kolejne miejsca. Na pierwszy ogień poszły „Złote Tarasy”, czyli centrum handlowe bazy. Tak naprawdę to kilka sklepów, a raczej drewnianych i metalowych baraków, prowadzonych głównie przez Afgańczyków. Wśród nich między innymi sklep elektroniczny. Nie wiem, skąd taka nazwa, bo można w nim dostać nie tylko telefony czy bezprzewodowe słuchawki, ale również kubki, skarpetki, gry i odżywki na siłownię. Podobnie jest w pozostałych sklepikach. Istny miszmasz. Proszki do prania, kosmetyki, cygara, słodycze, rękawiczki taktyczne, wojskowe paski, chusty i afgańskie bibeloty.

Hadżi (targ) na terenie bazy Ghazni

Sympatyczny sprzedawca z hadżi, zwany przez żołnierzy „Małym”, z niskiego wzostu uczynił dodatkowe źródło dochodu. Za zdjęcie żąda dwa dolary

Na „Złotych Tarasach” znajduje się również zakład krawiecki. U niskiego Afgańczyka można skrócić nogawki i zacerować dziurę, a także kupić wykonywane na zamówienie naszywki, tutejsze tradycyjne stroje, a nawet amerykański mundur dla trzylatka. Kawałek dalej mieści się salon fryzjerski. Prowadzą go dwie kobiety pochodzące z byłych republik radzieckich. Często siedzą na ławeczkach, które stoją między sklepikami i czekają na klientów. Zawsze bardzo mocno wymalowane, wyglądają trochę dwuznacznie. W środku zakładu jest kilka niewielkich pomieszczeń: poczekalnia, pokój z dwoma fryzjerskimi fotelami i… gabinet masażu.

Jak przystało na porządne centrum handlowe, tak i na naszych „Złotych Tarasach” nie brakuje miejsca, gdzie można odpocząć podczas robienia zakupów. Oprócz wspomnianych ławek jest kawiarnia. No, trochę przesadziłam z tą kawiarnią… To dość szumna nazwa dla niewielkiego pomieszczenia z małą ladą i dużą szybą. Za nią włożonych jest kilkanaście banknotów, każdy z innego kraju: Polski, USA, Czech, Afganistanu, Pakistanu, Indii, Nepalu. Za ladą stoi niska dziewczyna o ciemnej karnacji. Niestety nie mówi po polsku, angielski też sprawia jej kłopot, podobnie jak perski, więc niełatwo się dogadać co do rodzaju zamawianej kawy. Ze względu na pogodę wzięłam coś, co nazywało się ice macchiato: dużo mocno skruszonego lodu z mlekiem i płynem przypominającym kawę. Całość może i przyjemnie chłodziła, ale smakowała znacznie gorzej.

Tuż obok wspomnianej kawiarni jest restauracja. Na odrapanej ścianie drewnianego budynku widnieje napis OAZA. Z zewnątrz nic nie zachęca do wejścia. Kiedy przechodzi się obok, czuć zapachy licznych ostrych przypraw, na zmianę ze smrodem spalenizny. Podobno jedzenie nie jest takie złe. Postanowiłam jednak na razie nie sprawdzać tamtejszych specjałów, zwłaszcza że dotarły do mnie opowieści o zatruciach. Może kiedyś.

Baza w Ghazni jest znacznie mniejsza od Bagram, więc i spacer nie trwał zbyt długo. Zobaczyłam to, co znajduje się za i przed helipadem, trafiłam na „lachonarium”, czyli baraki, w których mieszkają pielęgniarki – kolejna, tym razem typowo męska złośliwość zaczerpnięta ze skeczu jednego z kabaretów. Potem „13 dzielnica” – bichaty – tak nazywają się drewniane budynki, gdzie mieszkają między innymi żołnierze ze zgrupowania bojowego ALFA i saperzy.

Nie wspomniałam jeszcze o hadżi – bazowym targu. Na pustym dziś placu dwa razy w tygodniu można kupić pamiątki i – podobnie jak na „Złotych Tarasach” – wszystko inne. Jest jeszcze kościół, siłownia, klub żołnierski, gdzie można pooglądać telewizję czy wypożyczyć książkę i kafejka internetowa.

Po spacerze w upale zahaczyłam o stołówkę, odczekałam swoje w kolejce. Podobnie jak w Bagram, tak i tu przed drzwiami DiFAC-u[6] niemal zawsze jest ogonek. Wydawanie posiłków odbywa się o wyznaczonych porach. Na kilka minut przed konkretną godziną kolejne grupki żołnierzy i cywili ustawiają się w nierównym rzędzie. To najlepsze miejsce do poznania bazowych plotek, chcąc nie chcąc słyszy się kolejne misyjne historie. Zjadłam i wróciłam na swoją „zatokę”. Może bryzy tu nie czuć, ale klimatyzacja też całkiem dobrze się sprawdza.

Cieszę się, że u ciebie wszystko w porządku i od razu przepraszam, że nie odzywałam się przez kilka ostatnich dni. Mamy tu spore zamieszanie z przekazywaniem obowiązków i sprzętu. Ja dodatkowo mogę mieć też inny poważny kłopot. Ja, a może raczej powinnam powiedzieć… my?

Cholerna aklimatyzacja. W Afganistanie jestem od kilkunastu dni, a mój organizm nadal się nie przyzwyczaił. Inny klimat, jedzenie i wysokość ponad 2200 metrów nad poziomem morza. Ból głowy towarzyszy mi codziennie, co chwilę mam zawroty, czasem tak silne, że robi mi się ciemno przed oczami, do tego ciągle mnie mdli i… okres mi się spóźnia, a ja się nakręcam.

Wszystko da się wytłumaczyć racjonalnie. Stres, zmęczenie, warunki, jakie panują w Ghazni. Ale, kurde, to już blisko dwa tygodnie! Mam powody, aby się martwić i to poważnie. Przed wylotem spędziliśmy przecież ze sobą noc – ON i ja.

Jeśli okaże się, że jestem w ciąży, co mam zrobić? Wracać od razu? Ledwo przyleciałam. Za kilka dni mam mieć pierwszy patrol. Założyć kamizelkę, wsiąść do wozu, zaryzykować, już nie tylko swoim życiem? A jeśli nie, to co powiedzieć dowódcy? Że podejrzewam, że jestem w ciąży? Kto mnie zastąpi? Mój pluton tu i teraz potrzebuje w pełni sprawnego żołnierza.

Jeszcze kilka miesięcy temu sytuacja wyglądałaby inaczej, inna byłaby reakcja na taką informację. To kolejny problem. Nie jesteśmy już razem, więc co teraz? Wrócić do siebie? Bez sensu.

Stało się coś jeszcze gorszego – rozmawiałam z nim i powiedziałam mu o wszystkim. Radości się nie spodziewałam, ale też nie takiej reakcji. Nie zapytał, jak się czuję, czy jestem bezpieczna. Powiedział tylko, że nie jest gotowy, że to nie ten czas. Informacja go przeraziła. Przedtem nie odzywał się przez dłuższy czas, a teraz codziennie przychodzi esemes z pytaniem, czy coś się zmieniło. Rozumiem, że to dla niego zły moment na potomstwo, ale ja też tego nie planowałam. Patrząc z boku: ON jest w Polsce, ja – w kraju ogarniętym wojną. To we mnie może trafić pocisk, albo rakieta w schron, w którym się ukryję. I jak już, to ja jestem w ciąży, a nie ON. Wyjazd to była moja decyzja, nie żałuję jej. Tyle że teraz może nie chodzić tylko o mnie. Nawet 4,5 tysiąca kilometrów ode mnie ON potrafi zranić do szpiku kości. Egoista. Zawsze taki był, a ja tego nie widziałam? Nie, to niemożliwe, w to nie uwierzę.

Natłok myśli przeplata się z zawrotami głowy. Mogłabym podejść do ambulatorium i poprosić o zbadanie krwi, ale nie chcę, aby ktoś wiedział. Nie ma co prowokować plotek. Zaczekam jeszcze kilka dni. Jak zapadnie decyzja o patrolu, a nic się nie zmieni, to pójdę i sprawdzę. Boję się. Mam nadzieję, że cholerna aklimatyzacja wytłumaczy szaleństwo organizmu.

Nie potrafię zasnąć. Nie wiem, co się stało, bo odkąd tu przyjechałam, śpię jak niemowlę. Może to afgańskie powietrze, może wygodny, amerykański materac, tak czy siak, z przespaniem całej nocy nie miałam problemu. Do dziś. Postanowiłam skorzystać z bezsenności i napisać do ciebie.

Noc w bazie jest specyficzna, zresztą jak całe funkcjonowanie tutaj. Już w okolicach 21.00 wszystko cichnie, a w alejkach między campami pojawiają się tylko pojedyncze osoby. Najczęściej idą w kierunku kontenerów sanitarnych. Mniej osób pod natryskami oznacza ciepłą wodę. Niestety podgrzewana jest w bojlerach. Nie wiem, jak w męskich łazienkach, ale u nas wystarczą trzy kobiety przed tobą i zimny prysznic masz gwarantowany. O ile jeszcze w trakcie dnia i podczas upałów można sobie z tym poradzić, o tyle przy coraz chłodniejszych wieczorach kąpiel w lodowatej wodzie nie należy do przyjemnych. Do tego dochodzi spacer z kosmetyczką, klapkami i ręcznikiem – mam kawałek do przejścia od mojego campu do kontenera, gdzie są prysznice.

Nie pisałam ci jeszcze o tym, jak tu jest ciemno. Wcześniej z czymś takim nie miałam do czynienia. Polskie noce, w porównaniu do afgańskich, są jasne, nawet na nieoświetlonych ulicach. Oczy w pewnym momencie się przyzwyczajają i widzisz kontury. Tu nie ma o tym mowy. Ciemność jest totalna, absolutna, więc jeśli gdziekolwiek wychodzisz, latarka to konieczność. Raz jej nie wzięłam. Szłam pod prysznic, było jeszcze jasno. Gdy wyszłam, panował już mrok. Masakra. Ręcznik na szyję, kosmetyczka pod pachę i ręce do przodu, aby w coś nie uderzyć. Chłopaki opowiadały, jak niedawno inna dziewczyna zrobiła to samo, to znaczy też nie wzięła latarki i dosłownie wpadła na zaparkowany wóz.

Nie oznacza to, że w łazience spędziłam godzinę czy więcej. Byłam tam może z 15 minut. Ciemność w Afganistanie nie nadchodzi stopniowo, ona nagle jest. Tu słońce nie zachodzi. Po prostu ktoś tam, u góry, gasi światło. Szansą dla zapominalskich, żeby nie zdarli sobie facjaty, jest księżyc. Wystarczy, że pojawi się na niebie i bez problemu można dojść, gdzie się chce. No i gwiazdy. W pobliżu nie ma żadnego dużego miasta, to znaczy jest, ale bez latarni na ulicach, oświetlonych fabryk, a i w domach mało kto ma dostęp do elektryczności. Jest ciemno, a wspomniane gwiazdy wydają się niemal na wyciągnięcie ręki.

Nocą jest ciszej, ale nie zupełnie cicho. Baza nigdy nie śpi. Leżę na łóżku, co chwilę słyszę dźwięk wirników śmigłowców, potem „efy” – odrzutowce patrolujące prowincję Ghazni. I tak cały czas. Niekiedy, zwłaszcza w niedzielne poranki, mamy dodatkowe atrakcje – Dany. Co to takiego? Armatohaubica samobieżna. Prościej – taki czołg na kółkach, jaśniej nie da się tego wytłumaczyć. Chociaż gdyby chłopaki z artylerii usłyszały tę definicję, to miałabym pozamiatane, a oni – ubaw ze mnie do końca zmiany. Ostatnio co niedzielę o niebiańskich godzinach (5.00–6.00 rano) wystrzeliwują przynajmniej trzy pociski. Na szczęście mój camp jest położony nieco dalej od placu, na którym stoją sporych rozmiarów Dany. Żołnierze, którzy mieszkają tuż obok, mówią, że po każdym ostrzale drewniane bichaty całe się trzęsą i wszystko spada z półek. Artylerzyści odpalają kolejne pociski, najczęściej po to, żeby zneutralizować konkretny cel, czasem jest to zwykły pokaz siły, nazywany przez nas „zabijaniem gór”.

Niekiedy sen przerywany jest naszym „ulubionym” sygnałem IN COMING. Wtedy klapki, bluza i schron. Jak widzisz, na atrakcje możemy liczyć nawet w nocy. W Ghazni nie ma ciszy.

U mnie już 2.00, to znaczy, że u ciebie przed północą. Idę jeszcze na fajkę, posłuchać jak oddycha baza i spróbuję zasnąć.

Kolorowych snów.

Przyglądając się kolejnym bazom, w których byłam, zauważyłam, że misja w Afganistanie to gigantyczna machina wojenna. Doskonale widać to było w Bagram.

W życiu nie widziałam tyle sprzętu w jednym miejscu: samolotów, śmigłowców, wozów bojowych. Jeszcze większe jest zaplecze wojny, czyli logistyka. W Afganie samych amerykańskich żołnierzy jest blisko sto tysięcy. Trzeba ich nie tylko wyposażyć w broń i amunicję, ale też nakarmić, ubrać, przetransportować, zapłacić im. Są tu całe wydziały księgowości. Gdy popatrzysz na Bagram, uświadamiasz sobie, ile tu jest kasy. Leży na ziemi – dosłownie – w postaci asfaltowych, idealnie równych dróg, jeździ po ulicach jako nowiuteńkie toyoty, jest wkopana w grunt jako kanalizacja, pojawia się na stole wraz z tonami jedzenia. Widać to wyraźnie na sporej wielkości placu, na którym jeden przy drugim stoją MRAP-y, M-ATV[7]. Koszt jednego to około pół miliona dolarów. Jest ich tam kilkadziesiąt, jeśli nie więcej. A to przecież tylko jedna baza i widać wozy, które nie są w tym czasie używane na patrolach.

Strzelanie z armatohaubicy Dana, kalibru 152 mm. Polski Kontyngent Wojskowy w Afganistanie miał na stanie pięć sztuk popularnych „Danusiek”

Gdybym wygrała przetarg na dostarczanie butelkowanej wody dla żołnierzy i to tylko do jednej bazy, byłabym ustawiona na dobrych kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt lat. Wody, którą mamy w kranach, możemy używać tylko do mycia. Butelkowaną wlewa się do czajnika i zaparza nią kawę, myje kubki, płucze zęby, a każdy pluton codzienne zabiera ją na patrole. Wielkie palety ze zgrzewkami w kilka dni robią się puste.

Małe, czasem nawet niewidoczne trybiki na zapleczu machiny wojennej świetnie się ustawiły.

Mam gigantyczny ból brzucha, ale chyba jestem szczęśliwa. Na samych wspomnieniach, nawet najcudowniejszych, nie stworzę dziecku rodziny. Powinnam była myśleć wtedy, ale wtedy racjonalizm był daleko od mojej głowy. Dałam, a raczej daliśmy się ponieść chwili. Teraz nie ma to już znaczenia, zwłaszcza w obecnej sytuacji oraz wobec braku konsekwencji namiętnej, ale szalonej i nieodpowiedzialnej nocy.

A gdybyśmy się nie rozstali? Czy wtedy też tak cieszyłabym się z braku ciąży? Czy wytrzymalibyśmy sześciomiesięczną rozłąkę?

Spis treści

Okładka

Dedykacja

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Od autorki

Jej Afganistan

Landmarks

Cover

Dedication

Title Page

Colophon